Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


sobota, 18 września 2010

Mur

Miałem taki sen. Nasza piwnica, przyćmione światło słabych żarówek i strach, który wzrasta z każdą sekundą jakby ktoś podkręcał regulator radia. Cofam się do wyjścia, ale nagle przyspieszając orientuję się, że właśnie je minąłem. Za mną jeszcze tylko kilkanaście kroków i ściana. Korytarz wydaje się długi, coraz dłuższy…
Dopiero co minięte schody są już tak daleko…
I nagle uderzenie. Beton.
Koniec. Nie ma już ani centymetra.
A TO jest coraz bliżej...

Nieeeeee!!!
---------

Skończyłem właśnie siedem lat, zacząłem pierwszą klasę podstawówki. Pewnego dnia na lekcji wuefu poczułem coś jakby ukłucie, nic wielkiego, po prostu sekundę bólu. Po południu byłem już bardzo słaby, a wieczorem świat rodzielił się i jak wielkie nadmuchane koło zaczął krążyć wokół mnie...
Szuu... Szuu...
Zaczął się koszmar. Ani ja ani rodzice nie wiedzieliśmy wtedy, co to znaczy.
Korytarz, na którego końcu jest tylko…

Noc.
Nie widzę go ani nie słyszę, ale wiem, że teraz też jest tutaj. Czuję, że mi się przygląda. Nie mogę uciekać, nie mogę się bronić. Nie mogę już nawet krzyczeć. Tak strasznie boli. Gdzie jest cały świat? Dlaczego nikt mi nie pomoże?

Odgłos przekręcanego zamka.
-Mamo, to ty?
Nikogo.
Tak bardzo chce mi się pić…

Przyjechała lekarka.
-Mierzyła mu pani gorączkę?
Miiiieeerzyyłłłaaa mmmmuuu ppppaaaaannnnniiiiii...
-Czterdzieści jeden stopni…

Łup!
Co się dzieje? Dlaczego ktoś ciągle otwiera te drzwi?
-Mamo! To ty, prawda?
Pomału wstaję z łóżka. Potykam się i zjeżdżam po futrynie na podłogę. Dalej już tylko na czworaka…

Znowu ciemność. Świat poprzeplatał się jak mój wiklinowy fotelik. Nie ma teraz, jest potem, jest później, jest było, jest będzie...

-Nie możecie mu dać jakiegoś lekarstwa?
-Pani nie rozumie!? Jeśli go tu zostawimy - umrze.

Chciałbym mieć własnego kota. Takiego małego z białymi łapkami. I żeby mruczał. Prawdziwy własny kot. Mógłbym go przytulać przed snem. Bardzo bym go kochał.

Jestem w samochodzie. WIDZIAŁEM siebie jak tu idę, ale nie wiem czy to było naprawdę. Kremowa cerata leżanki i twardy wałek pod głową. Za oknem przesuwają się gwiazdy. Chciałbym popatrzeć przez okno. Przecież zawsze siadam przy oknie.

-Zobacz jak on płacze… Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Jak masz na imię?  
-[...].                                                     
-Śpij teraz.

Ciekawe jak to jest mieć kotka na własność? Takiego, którego nie trzeba zostawiać u babci kiedy wraca się do domu.
Lubię kłaść się na podłodze i patrzeć jak kot pije mleko z miski. Uszy tak mu się śmiesznie zginają, kiedy go głaszczę.

-Chcesz cukierka?
-Nie…
-Nie zasłaniam ci bajki?
-Nie… ja nie patrzę…

Bbbbbbiiiiiiaaaaałłłłoooooo....

-To jest ten [...]?                                   
-Tak.                                                        
-Masz tu worek z lodem. Spróbuj zasnąć.                     
-Będę jutro w domu?                                
-Tak. Masz moje słowo. Teraz śpij.

Ciemność. Sufit. Podskok. Jesteśmy w windzie.
Zakręt i nagle światło, dużo światła.
Co oni mi robią? Co…
Nie mogę mówić.

Kolorowy szumiący zielony… Taka srebrna ta klamka…
A koty polują na myszy. Na myszy. Myszy. Myszyszszszszs…


Boli...
-----------

-Wiesz jak długo spałeś? Cztery dni! Rodzice się martwili!

piątek, 17 września 2010

P2P*

Wycinek prasowy z 1980 lub 1981 roku


------------------------------------

* - P2P (od ang. peer-to-peer – równy z równym) – model komunikacji w sieci komputerowej. Najpopularniejsze sieci P2P służą do współdzielenia plików w Internecie.
(Wikipedia)

wtorek, 14 września 2010

Dąbrowskie Peryferie

W 2004 roku, decyzją radnych, usługi sprzątające w Szpitalu Specjalistycznym w Dąbrowie Górniczej przejęła firma zewnętrzna. Salowym zapisami uchwały zapewniono zatrudnienie na tych samych warunkach, jak w lecznicy. Wszystko jednak zmienił ostatni przetarg, które wygrał inny pracodawca. Ten zaproponował kobietom dwuletnie umowy o pracę. Salowe walczą o kontynuację zatrudnienia na czas nieokreślony.  Zapowiadają, że dopóki problem nie zostanie rozwiązany, nadal będą protestować.
----------------------------
Poniżej treść mojego maila wysłanego do pani Elżbiety Żuchowicz, przewodniczącej szpitalnej Solidarności.
----------------------------
Szanowna Pani!

Z wielkim zainteresowaniem i szczerym poparciem przyglądam się protestowi dąbrowskich salowych, które walczą o godne warunki pracy i płacy, a jednocześnie przeżywają ten sam niepokój o los siebie i swoich bliskich jaki był i moim udziałem trzy lata temu.

Sprawa, wokół której toczy się cały spór może się dla wielu postronnych obserwatorów wydawać jedną z wielu, typową, ale tak nie jest i wydaje mi się, że podobnych problemów na polskim rynku pracy z czasem będzie coraz więcej. O ile dyskutować można nad samą zasadnością wymagania od nowej firmy warunków zatrudnienia identycznych jak w firmie, która wcześniej przejęła pracownice szpitala na mocy "sławetnego" art. 23.1 KP (teraz jak rozumiem podobne przekazanie nie ma miejsca) to jednak sednem i źródłem powstania niepokoju jest sama decyzja o outsourcingu i to o niej należy głośno mówić.

Outsourcing stał się od kilku lat najprostszą receptą na obniżenie kosztów usług takich jak remonty, ochrona, sprzątanie, transport, w firmach, które albo wcześniej same zatrudniały odpowiednich pracowników albo też jak się wydaje mogłyby bez problemu zatrudnić ich dodatkowo czerpiąc korzyści np. z usług sprzedawanych na zewnątrz.

Patrząc przez pryzmat wyłącznie ekonomiczny "wydzielenie" prawie zawsze się broni, ale już oceniając aspekt jakości pracy, zaangażowania, identyfikacji z firmą czy last but not least poszanowania podstawowych praw pracowniczych bywa z tym dużo gorzej.
Masowo stosuje się umowy zlecenia i umowy o dzieło tam, gdzie zgodnie z przepisami powinno zawierać się umowy o pracę, masowo nakłania się załogi do podpisywania fikcyjnych umów zleceń obok (jeśli już jest) umowy o pracę, nie dba się o dostarczanie ubrań roboczych, o standard pomieszczeń gospodarczych, szatniowych i zaplecza sanitarnego, o napoje chłodzące w lato i ciepłą odzież w zimę.

Takie przykłady można by mnożyć. Są one oczywiście różne zależnie od specyfiki danej branży, ale nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że pracownik na outsourcingu nie zyskuje prawie nigdy.

Dziękuję Pani za nagłośnienie sprawy z Dąbrowy Górniczej, dziękuję za odwagę i determinację paniom salowym i z całego serca życzę Wam zwycięstwa w walce o prawo do godnej pracy i bezpiecznej przyszłości.

Z wyrazami szacunku
[Tu w oryginale moje imię i nazwisko]  - Katowice

niedziela, 12 września 2010

Krzyżowy ogień

"Niebawem noszenie „Krzyżyka Smoleńskiego” będzie symbolem jak kiedyś w czarnych latach stanu wojennego noszenie opornika, wpiętego w kołnierz kurtki czy w koszulę było świadectwem odwagi i sprzeciwu wobec rządów Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (...)" napisano dziś na jednym z blogów w tekście dotyczącym  m.in. pomysłu na produkcję, rozprowadzanie i przede wszystkim noszenie wpinek mających być oficjalnie znakiem protestu przeciwko opieszałościom śledztwa w sprawie katastrofy z 10 kwietnia. Jeśli ktokolwiek wierzy, że takie właśnie i tylko takie były intencje przyświecające tej propozycji pamiątkowego znaczka to otrzeźwić mu spojrzenie powinno zakończenie tekstu: "Przyszedł czas, by pokazać władzy gdzie jest jej miejsce i odesłać ją na podwórka, niech tam sobie kopie w piłkę, bo to jej wychodzi najlepiej."

Treść całego wpisu jest oczywiście bardziej rozbudowana i mówią o niej najlepiej tagi widoczne na fragmencie zrzutu strony poniżej...
-------------------
-------------------
Oto kopia mojego komentarza tamże.
Portier napisał: 2010-09-12 14:54

W stanie wojennym opornik oznaczał odwagę, determinację i przekonanie o swojej racji wobec państwa, które nie było w pełni suwerenne i demokratyczne, wobec państwa, które przeciwko własnym obywatelom wysyłało czołgi i zomowców. Dziś Polska jest wolna i niepodległa, a jakiekolwiek "posmoleńskie" (inne niż czysto żałobne czy pamiątkowe) wpinki mogą tylko dowodzić braku zaufania do rządu, prezydenta i własnej ojczyzny. Tym bardziej więc zrównywanie tego (albo tylko porównywanie) z tamtym buntem jest jak to mówi Sz. P. Prezes "poważnym nadużyciem semantycznym".

Powiem więcej. Mam już jako obywatel dość tego upartego szukania w katastrofie drugiego dna, wypatrywania spisku, zamachu i zemsty kogokolwiek za cokolwiek. Mam dość "obrońców krzyża", którzy swoją fanatyczną postawą SZKODZĄ polskiemu Kościołowi i prawdziwej religijności. Mam dość obrażania czy pomniejszania znaczenia legalnie wybranego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego i to tym bardziej przez osoby, które słowo patriotyzm we wszystkich przypadkach odmieniane dokładają do każdej swojej wypowiedzi każdego dnia. Mam tego dość!

piątek, 10 września 2010

Undercover

W latach 1999 - 2005 wydawałem własnym sumptem coś, co nieco na wyrost nazywałem "gazetką zakładową", a czego stałą rubryką były m.in. "Autentyki". Oto ich garść na próbę.

--------------------

Adolfowi by smakowało!
Informacja na opakowaniu plasterkowanego żółtego sera: Dobrą trwałość zapewnia atmosfera gazu do celów spożywczych.

Lekcja asertywności
Pani stojąca w kolejce do okienka opłat na poczcie nagle przechodzi do kolejki „listowej” i wpychając się między innych ogłasza: Mówiłam, że stoję tu i tu!
- A ryj się, ryj łokciami! – komentuje podniesionym głosem jeden z mężczyzn
- Dziękuję, że mnie pan zrozumiał!
- Proszę qrwa bardzo!

Moja mieć mózg!
Rozmowa dwojga młodych ludzi w autobusie.
- Dzisiaj jest środa, nie?
- Wtorek.
- Wtorek? To kiedy wypada Sylwester?
- Ostatniego.

To… jedwabiście!
Rozmowa dwóch młodych ludzi na przystanku autobusowym:
-I tak z nią siedzę i nic to już nie wytrzymałem i mówię: zrozum qrwa, że cię kocham!

Fax You!!!
Pytanie z kolejki do pani pocztówki:
-Czy w tym urzędzie działa faks?
-Raz działa a raz nie.

A potem zrobimy to w windzie!
Ekspedientka wydaje mi resztę, ale nie mając banknotu dwudziestozłotowego wysypuje garść drobnych mówiąc:
-No to zaczniemy sobie od tyłu!

Puenta
Piotrowice. Rozmawiam ze sprzedawczynią w spożywczym o sytuacji ekonomicznej Polaków i akurat ona mówi:
-A mój sąsiad, co dwa lata nowe auto, co roku wakacje za granicą i forsa w każdej kieszeni!
W tym momencie do sklepu wbiega mocno „osłabiony” jegomość i od drzwi woła:
-Szefowo, pilnie muszę rozmienić dwa złote!

***
Sprzedawczyni w spożywczym na wieść o tym, że jestem nocnym dozorcą na budowie tuż obok:
-Boże jedyny! To gdzie pan tam śpi?

Ciekawe, co mieli na obiad w przedszkolu?
Dziewczynka stojąca wraz z mamą w kolejce do stoiska mięsnego puka nagle w szybę chłodziarki z wędlinami i pyta:
-A kiedy kupisz mi kotka?

Oral be – anal cacy?
Reklama okien w czeskim radiu Frequency Jedna: Mami recepte na każdi volny otwor!

Kierunek – resocjalizacja!
Na teren budowy zaglądają dwie plus minus szesnastolatki i zaczynają rozmowę z pracownikami naszego podwykonawcy.
-My się wam przyglądamy codziennie przez okno i postanowiłyśmy przyjść, bo z robotnikami to zawsze można normalnie pogadać.
-No.
-Masz coś zapalić? Bo mnie qrwa te egzaminy wykończą jak nie zajaram!

I ja mam to jeść?!
Skład czegoś, co nieco na wyrost nazwano Mielonką Turystyczną: mięso wieprzowe, skórki, woda, zagęstnik E 1422, stabilizator E 452, substancja wzmacniająca smak E 621, cukry, białko sojowe, substancja konserwująca E 250 oraz plazma krwi…

Bo to zła kobieta była…
Wchodzę do sklepiku, w którym jedna z ekspedientek przykleja właśnie do szyby wystawowej napis „u nas towary już od 2 zł!”
-Nie sądzi pani, że w każdym sklepie znajdzie się coś, co kosztuje 2 złote? – pytam
-Niby tak, ale ludzie się nie skapną.

Z życia prezesa Banku Zbożowego…
Odwiedzam sklep komputerowy, w którym kupuję np. tusz czy dyskietki nie częściej niż raz na trzy miesiące i już przy kasie okazuje się, że ekspedientka nie ma jak wydać mi reszty z… 50 zł.
-Dziesięć osiemdziesiąt. Zapłaci pan przy następnych zakupach. W końcu jako stały klient…
Dokładnie piętnaście minut później jestem w spożywczym:
-Widzi pan? Mam tylko setki i monety poniżej dwóch złotych. Przypomni się pan następnym razem…
Ten sam dzień. Sklep spożywczy w okolicach naszej budowy.
-Po ile te kanapki?
-Normalnie 2 złote, a dla pana po złotówce. Za wierszyki.

Czapka gore?
Bibliotekarka w Piotrowicach do mnie:
-A pan znowu poezję?
-Właśnie miałem zapytać, co by było gdybym tak „zgubił” tego Staffa?
-Czekałam, kiedy pan to powie!

Jakby nie patrzeć…
Zadole, ulica Wczasowa. Monolog mężczyzny dochodzący z otwartego okna jednego z mieszkań:
-W robocie robią mie za ch…, dzieci robią mie za ch… a teraz i ty! Co wy k… myślicie, że ja jestem pierwszy lepszy kut…?!

Postrzeganie pozazmysłowe
Autobus do Tychów. Rozmowa dwóch emerytów:
-Ty jeszcze robisz?
-Coś ty! Niech se inni porobią! Jo terozki mom emerytura!
-A twoja tyż siedzi w domu?
/W tej chwili myślę: powinien powiedzieć, że żona pracuje, bo by mu tylko w domu przeszkadzała i już mam anegdotkę do gazetki!/
-Moja durś bako! Wisz jak fajnie jak jej ni ma w doma?

I dostanę rower!
Odbieram pakiet firmowej korespondencji a „pani pocztówka” dorzuca do niego jakąś karteczkę i mówi: Niech pan to pokaże swoim w biurze to może pana docenią!
Spoglądam na ulotkę – „Konkurs na najmilszego pracownika pocztowego”

Ostatnia droga gratis!
Kontrola biletów w autobusie w Piotrowicach, godzina 6:15 rano.
-Pani, co pani? Ja tylko na cmentarz jadę to co będę kasował?!

***
Reklama cyrku rozłożona w formie ulotek w sklepie spożywczym:
„Super atrakcja: Indyjski słoń, który kocha dzieci!”

Klient nasz pan!
Piotrowice 30 maja godzina 23:30. Obok budowy przechodzi grupka młodych ludzi…
- No nareszcie qrwa będę miał blisko do domu! – cieszy się jeden z nich
- A co tu budują?
- Grzechu mówił, że podobno izbę wytrzeźwień!

Szczery do bólu...
Dwie naklejki na drzwiach kabiny kierowcy w autobusie linii 657:
-kierowca sprzedaje bilety za odliczoną gotówką
-uwaga, kradną portfele!

Marna protekcja
Sprzedawczyni w mięsnym do mnie:
-Niech pan powoła się na mnie w kiosku obok to na pewno panu rozmienią.
Powołuję się i...
-Co ona powariowała? Nie ma mowy!

„Hulali po polu i pili kakao...”
Pewien anonimowy spawacz do pewnego anonimowego kierowcy podczas ustawiania konstrukcji wiaty na zapleczu firmy powiedzmy X...
-A teraz wyprostuj to zobaczę ile ci obwisa!

Głodnemu… śledź na myśli!
Kobieta kupująca śledzie w oleju tłumaczy swój wybór sprzedawczyni:
-Mąż ma ochotę, ale ja niestety nie mogę…

Kot pocztowy?
Przed drzwiami poczty, którą z racji swego „listonoszowania” odwiedzam prawie codziennie leży sobie często biało rude kocisko, które w przeciwieństwie do mojego domowego Mruczasa jest bardzo łase na pieszczoty. Pewnego dnia widzę mojego pupila śpiącego przed miseczką z kocim jedzeniem i drapiąc go za uchem na powitanie pytam: (proszę się nie śmiać!)
-Miał kotek am?
-Miau… - słyszę w odpowiedzi

Chyba barman!
Pijany mężczyzna w autobusie stojącym w korku zwraca się do kierowcy:
-A coś mi qrwa mówiło żeby jechać pociągiem!

Cytat miesiąca…
Rozmowa podczas przerwy śniadaniowej w naszej szatni na osiedlu Paderewskiego:
-Przecież za pracę w soboty to się należy wolne do wybrania!
-No i dają ci wolne! Do wybrania w niedzielę!

Pragmatyczka...
Dwie dziewczyny rozmawiają w autobusie:
-Podobno Michał powiedział Marcie, że mnie kocha, wiesz?
-I co?
-No nie wiem. Dziwny jest, nie?

***
Półsamoobsługowy sklep warzywniczy. Ojciec wraz z kilkuletnim synkiem wybierają i przebierają, aż wreszcie podchodzą do okienka i wtedy tata zwraca się do syna...
-Marek, pokaż pani ogórasa!

Wstęp do psychoanalizy…
Sklep spożywczy.
-Poproszę twaróg.
-Mamy taki prostokątny.
-Wolałbym okrągły.
-Różki mogę panu obciąć.
-Dziękuję, już mi obcięli...

Biznes plan
Osiedle Paderewskiego. Pijany mężczyzna wychodzący z klatki schodowej pyta nas, co tu robimy.
-Elewację. Ale musimy delikatnie zrywać żeby się lokatorzy nie skarżyli.
-Panie, pierd... pan lokatorów!

Zakumał zawijkę
Rozmowa dwóch mężczyzn w autobusie:
-W sierpniu się żenię.
-To zajebiście, nie?
-No, luzik.

Nie śmiej się dziadku...
Zmęczony po pracy i troszeczkę zamyślony zwracam się do sprzedawczyni w spożywczym:
„Poproszę kostkę trójkątnego twarogu!”

Puenta


poniedziałek, 6 września 2010

Tartar

Na dnie naszego jestestwa, na pograniczu snu i jawy, wymieszane z wszystkim co nas otacza i co kiedykolwiek w życiu spotkaliśmy, tkwią światy, których nigdy chyba do końca nie zbadamy. Tam każdy może być wielkim kochankiem, bohaterem albo kloszardem. Każdy.

-------------------------------

Leży. Obrzydliwie pewny siebie. Dobrze ubrany. Z nad twarzy co kilka sekund unosi się lekka mgiełka pary. Śpi. Rozłożone wulgarnie nogi, rozpięta i rozrzucona pod nim jak dywan gruba zimowa kurtka, drogie spodnie i takiż sam sweter. Leży. Czasem stęknie, westchnie i przewróci się na drugi bok.
Dokładnie mu się przyjrzałem.

Nienawidzę go.

Spadające z czarnego grudniowego nieba płatki śniegu tną twarz jak żyletka. Próbują poszatkować tą ostatnią lichą osłonę dawno już pociętej duszy. A on leży. Wyzywający w swojej przewidywalności.
Więc tak. Podejdę, gdy odjedzie kolejny autobus, wtedy przystanek jest pusty przez kilkanaście minut. Podejdę i zabiorę mu tą jego pieprzoną saszetkę. Wytrzeźwieje i nawet nie będzie pamiętał.

Muszę mu ją zabrać. Muszę jeść. Cokolwiek, byle szybko, jeszcze dziś!
Tylko ta jego dłoń opleciona paskiem. Trzyma, bydlak!

Znowu ludzie. Autobus, drugi autobus. Idą sobie! Będą teraz w domach PRZYRZĄDZAĆ kolację i DELEKTOWAĆ SIĘ nią, będą żreć po prostu, jak świnie, opychać się, pakować do ust kolejne kawały żarła…
Ich też nienawidzę. I tych min, takich spokojnych, pewnych swego. Bo przecież u nich też wszystko jest przewidywalne i spokojne.

Ach złapać takiego za te jego nowiutkie szmaty, wytarzać w błocie i śniegu! Niech poczuje jak to jest, gdy w butach grzechocą przemarznięte palce… Zabrać mu tą pewność, ten spokój.
Zabrać.

Gnój się obudził. Usiadł. Rozejrzał. Patrzy na zegarek, przeklina i znów opada na plecy.
Leży tak sobie na tych schodach z jedną ręką wyrzuconą w górę jakby nadal trzymał się rurki w autobusie. Wystarczy żeby teraz wstał, a już tym jednym ruchem wróci do świata pewnych siebie. Do normalności. I tylko jak na złość nikt nie chce go podnieść. Cóż za despekt!

Albo nie. Bo jak zabiorę, zacznie się drzeć. Już się dobudza. Już mu zimno wywiewa alkoholowe sny z głowy. Otworzy ten swój pysk i zacznie się drzeć. Może i wyzwiskiem rzuci, gnój jeden. Bo oto jemu, JEMU, dzieje się krzywda!
Niech krzyczy. Szarpnę i ucieknę. Zabiorę mu to. Po prostu. Podchodzę, wyrywam i spokojnie idę dalej. Niech się drze. Niech mu ten mróz wlezie do gardła, niech go to zimno przewieje na wylot. Niech straci tą swoją pewność, tą paradoksalną w jego stanie stabilność, ten pieprzony ułożony jak drogie koszule w jeszcze droższej szafie plan dnia.
Niech poczuje strach, niepewność, głód.
Jak ja.

Głod. Jak ja.
Głód jak ja.
Głód.

Kurwa!

Więc nie. Nie wyszarpnę i nie odejdę. Spojrzę na niego i poczekam. Aż się obudzi i oburzy. Aż mi spojrzy w oczy. I kopnę go wtedy. Mocno. Tak, żeby poczuł smak krwi. Jak hiena zanurzająca kły w upragnionej zdobyczy.
Jak hiena.
Jak ja.

Nie potrzebuję jego saszetki, jego kluczy, jego dokumentów. Chcę tylko jeść.
I płakać.
Napić się ciepłej, pachnącej herbaty, zjeść mięsa, kiełbasy, bułek, słodyczy. Dużo.
Ogrzać się. Zapomnieć. Przynajmniej dziś.

I kopnąć go w ten ryj przebrzydły.
Żeby się bał.

Dość tego! Idę!
Pusta ulica, przejście, kiosk, chodnik. Coraz bliżej. Szybki krok. Podejść, wyrwać, odejść. Może kopnąć. Zabrać. Kupić jedzenie, dużo jedzenia. Podejść, zabrać, wyrwać, odejść, kopnąć, jeść.
On się budzi! Podnosi, siada, za chwilę stąd pójdzie!
Przestań myśleć. Zabierz! Po prostu zabierz!
No rusz się! Idź tam i zrób to!

Podejść, zabrać, odejść.
Podejść, zabrać, odejść.
Idź!
Idź!!!

-Hej! A ty co tu robisz o tej porze? Siemka! Co się tak gapisz na tego tam? Znasz go?

Jakby ktoś zamykał przypadkiem otworzoną trumnę wpychając z obrzydzeniem rękę nieboszczyka na swoje miejsce. Przesuwał wieko, zakładał mocne śruby...

-Ja? Na autobus… Tak tylko patrzę…
-Następny za godzinę. Chłopie, siny jesteś, chodź, odpalę auto, podwiozę cię. Widzisz? Nawet twój „kolega” idzie już do domu, he he!

Trup opada na dno swojej trumny i z rezygnacją opuszcza głowę na piersi. Dusza wraca na swoje miejsce.

-Chodźmy.
-Chodźmy!

środa, 1 września 2010

Solidawność

Solidarność 1980. Nie pamiętam jej dosłownie, choć mam w głowie obrazki, przebłyski, jakby rozrzucone na stole zdjęcia. Róg ulicy Szafranka i Francuskiej. Siedziba związku w Katowicach. Sprzedawane przez okno gazety i broszury. Zimno, szaro, mokro. I potem obrazek drugi. Transportery opancerzone pod wielką choinką na rynku. Zima. Bardzo długa zima.

Do tej pierwszej Solidarności należał mój ojciec. Z dumą nosił jej znaczek, chodził na zebrania, czuł się uczestnikiem czegoś autentycznego i potrzebnego. Wierzył w to. Nie przeszkadzało mu to wcale wtedy ani później w tym, by chodzić także na majowe pochody pełne idiotycznych transparentów i „leninów” na co drugim budynku. Partyjni dawali darmową grochówkę, można było za grosze kupić kiełbasę i cukierki, no a poza tym kto, poza sekretarzem POP-u traktował tą maskaradę serio? Nikt. Ot, przedeptać z ulicy Kościuszki poprzez 15-go grudnia na rynek i pod pomnik Powstańców Śląskich, a potem wrzucić flagę do Osinobusa i wrócić do dyrekcji firmy po zakupy.

Znaczek Solidarności leżał w naszym domu przez całe lata osiemdziesiąte. Ojciec wierzył i wiedział, że jeszcze się przyda. Opowiadał mi o Lechu Wałęsie, z troską i powagą wsłuchiwał się w wiadomości o aresztowaniach, internowaniach i tragedii w kopalni Wujek. I mimo tego wszystkiego wierzył nadal. Czasem brałem do ręki ten kawałek grubego tandetnego plastiku i zastanawiałem się, co w nim jest takiego magicznego…

W 1989 roku pojawił się drugi znaczek, mniejszy, z lekko pozłacanego metalu. Ten był już mój. Kupiłem go na tym samym katowickim rynku, przez który tyle razy maszerowałem z ojcem na pochód. To był już inny rynek, inne Katowice i inna Polska. Zbliżały się pierwsze wolne wybory. Częściowo wolne, ale kto tam wtedy zwracał na to uwagę.

Rodzice wyjechali na dwa tygodnie do Budapesztu, a ja sam jak palec, natchniony jakąś trudną do sprecyzowania potrzebą wziąłem swoje kieszonkowe i zamiast do kina czy sklepu powędrowałem na rynek by tam kupić i wpiąć sobie w kurtkę ten upragniony symbol. Czy wtedy wiedziałem cokolwiek o związkach zawodowych, wolności, prawach człowieka? Pewnie nie.

Miałem tylko dość biedy, generała w ciemnych okularach i odgradzania się od normalności. Miałem dość Pewexów i sklepów „Skup i sprzedaż art. pochodzenia zagranicznego”, miałem wreszcie dość sytuacji takich jak na urodziny mojej kuzynki, kiedy jeden z gości dał jej w prezencie kupione w antykwariacie stare egzemplarze Bravo, które potem połowa rodziny oglądała z czcią i uwielbieniem przez następny kwartał. Miałem tego dość!

Ojciec nie zapisał się już do odrodzonego związku. Oficjalnie twierdził, że nie musi, bo nigdy nikt go nie wykreślił, ale widziałem i czułem, że trudno mu zaakceptować niektóre poglądy i niektórych ludzi. Mnie było łatwiej, bo wtedy wszystko co nie było czerwone było lepsze. Zaklejałem grube zeszyty wycinkami z Gazety Wyborczej, skakałem pod niebo, gdy WYGRALIŚMY wybory, godzinami wsłuchiwałem się w relację z sejmowej debaty o zmianie godła i nazwy państwa no i kochałem się bez pamięci w pani Niezabitowskiej. Ojeju!

Wtedy, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Solidarność była dla mnie tym samym, czym dla mojego ojca dziesięć lat wcześniej. Polską, nami, wszystkim. Jedynym ważnym i jedynym sensownym rozwiązaniem.
Wierzyłem w nią. Wierzyłem w Lecha Wałęsę, w Tadeusza Mazowieckiego, w wolność.

Przeszło mi to z końcem 1990 roku, tuż po wyborach prezydenckich. Polska zaczęła się mieszać, przetasowywać, rozmnażać przez podział. Nie było już NAS i ONYCH. Nie było jednej Solidarności, ani nawet jednej solidarności. Była polityczna magma. To z niej w bólach powstawało państwo, którego obywatelami jesteśmy dziś.

Zapomniałem o swojej plakietce, zapomniałem o związku, stawało mi się to wszystko coraz bardziej obojętne. Mimo to w 2007 roku wiedziony prostym pragnieniem walki o sprawiedliwość, tym razem już nie przeciwko złemu ustrojowi, ale firmie okradającej swoich pracowników wstąpiłem jednak do mitycznego związku. Nie, nie jako klient, jako aktywny, pełen pomysłów i chęci jak mi mówiono „mały Wałęsa”. Z tymi marzeniami, jakie miał ojciec w 1980 roku i tym upojeniem, jakie spotkało mnie samego w dekadę później stanąłem przed czymś, co nie tylko dalekie było od mojej wizji związku w ogóle, ale wręcz wykazywało się aktywnością mniejszą niż średnia. No może poza kwestią paczek na święta i zniżkowych biletów do filharmonii, ale ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało.

Próbowałem. Nie miałbym prawa pisać tych słów gdybym nie próbował.

Zbierałem po nocach podpisy pod listami protestacyjnymi, wydzwaniałem cały abonament z prywatnej komórki, aby walczyć o nasze prawa, wymyśliłem gazetkę rozdawaną w całym kampusie, stworzyłem stronę internetową, pisałem do prezydenta, spotykałem się z dziennikarzami. A pani wiceprzewodnicząca związku mówiła tylko, że mamy się trzymać, bo ona nam dobrze życzy. Po miesiącu, kwartale i dwóch latach niezmiennie życzyła nam jak najlepiej...

Przestałem płacić składki. Nie wierzę już w związki zawodowe. Nie w takie. A z drugiej strony nie wierzę także w tych, którzy dziś korzystając z tamtej wielkiej nazwy i tradycji palą opony, wygwizdują prezydenta czy premiera i patrzą na kraj poprzez optykę jednej partii. Jakby inne nie były taką samą Polską, naszą, wspólną, solidarną.

Moja Solidarność skończyła się w grudniu 1990.

Teraz wierzę tylko w ludzi.
Czasem nawet z wzajemnością.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.