Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


poniedziałek, 27 września 2010

Krótkie spięcie

Chyba jednak wbrew lustru i metryce jestem dzieckiem XXI wieku. Dochodzę do takiego wniosku, ponieważ zamiast jak inni znosić do domu osierocone koty albo „wypadnięte” z gniazda ptaki, ja znoszę sprzęty rozmaite, które łączy to jedynie, iż zasilane są elektrycznie. Uratowałem w ten sposób jakiś skaner, drukarkę, ze dwa laptopy i do tego momentu nawet wydawało mi się to sensowne, bo każde z tych znalezisk mimo swego wieku i stanu działało, ale gdy złapałem się na tym, że kupuję starą ZEPSUTĄ komórkę tylko dlatego, że była jak moja pierwsza (komórka) i w związku z tym potraktowałem ją cokolwiek sentymentalnie zacząłem się zastanawiać.

Po co mi to?

Wiadomo, że laptopem z Pentium I można się pobawić godzinę, ale do niczego sensownego (przynajmniej dla amatora) dziś już się nie przyda.  A więc? Czyżbym był kleptomanem? Nie!
Wszystkie te dziwne, stare, porośnięte kurzem niepamięci urządzenia są moimi „punktami przywracania”, jakimiś kawałkami wspomnień nie zawsze nawet związanych bezpośrednio z danym sprzętem, a bardziej z pewną chwilą dłuższą lub krótszą.

Oto na przykład piorę się po łapach linijką i klęczę na grochu, żeby tylko nie kupić w „znanym serwisie aukcyjnym” prehistorycznego magnetowidu za 15 zł. Po co mi on? Po nic.
Po nic niby, ale jednak bardzo chciałbym go mieć ze względu na cztery literki, które dzisiaj mało komu już cokolwiek mówią. Art-B.

Kto pamięta, że znany i ceniony dziś producent audio video oraz telefonów – LG dawniej nazywał się GoldStar i że nie była to bynajmniej marka wysoko notowana wśród użytkowników? No dobrze, są tacy, co pamiętają. A kto wie, że ówczesny GoldStar właśnie miał swego czasu w Polsce montownię na spółkę ze spółką Art-B, własnością panów Bagsika i Gąsiorowskiego?
Poza Bezpieczną Kasą Oszczędności niejakiego Lecha Grobelnego, właśnie Art-B – „dziecko” obu wspomnianych wyżej panów stało się przecież synonimem afer leżących u zarania III RP. Nie tyle nawet sama spółka, ile pomysł na „oscylator”, dzięki któremu na jednej kwocie wpłaconej do jednego banku można było zarobić nawet kilkakrotnie wypłacając ją za pomocą tzw. czeku potwierdzonego w innym banku, tam zakładając lokatę, a następnie powtarzając operację z czekiem w kolejnym. Sprawa stała się głośna w 1991 roku, gdy właściciele firmy wyemigrowali do Izraela i uzyskali tamtejsze obywatelstwo, a tym samym zabezpieczenie przed ekstradycją do Polski.

Taką więc na poły sensacyjną, na poły historyczną wartość ma ciężki archaiczny GoldStar Art-B 1295, którego za 15 zł zapragnął się pozbyć ktoś, zapewne nie przypuszczający jakiego rodzaju wzruszeń mi dostarczy.

Inna aukcja, inne czasy. MK 433 data recorder. Po polskiemu - magnetofon kasetowy. Żadne cudo. Monofoniczny, prymitywny, najprawdopodobniej zbudowany, jako tańsza alternatywa popularnych Kasprzaków. Dziesięć złotych. Sprawny. Jak to się pisze „noszący normalne ślady użytkowania”.

Pamiętam jak około roku 1986 kuzyn nabył pierwszy chyba w naszej rodzinie sprzęt audio wychodzący ponad (?) zapyziałe gramofony z lat 70. Dla nas, dzieciarni, był wtedy idolem. Nawet nie on, a bardziej jego magnetofon. O dotknięciu go (magnetofonu) nie mogliśmy nawet marzyć, bo kosztował całe dziewięć tysięcy osiemset złotych, ale za to, jeśli zdołaliśmy zachowywać się cicho dawano nam popatrzeć na proces kopiowania nagrań (kuzyn namówił na taki sam zakup ciotkę), który odbywał się z nabożeństwem porównywalnym tylko do cumowania promu do stacji kosmicznej.

Pierwszą sprawą były dwie poduszki. Jedna, jako izolacja od dołu, druga od góry, a pomiędzy nimi „face to face” dwa magnetofony MK 232p, z których, co chyba oczywiste, jeden odtwarzał, a drugi kopiował jakiś tam dajmy na to kabaret Tey albo śląskie „szlagry”. Najważniejszym momentem było szybkie, ciche, a jednak skuteczne uruchomienie obydwu urządzeń ściśniętych poduszkami. A potem, to już wiadomo. Cały dom chodził na paluszkach, bo przecież „tam się nagrywa!”.

Zapragnąłem i ja audiofilskiej rewolucji i wymęczyłem od rodziców taki sam sprzęt. To znaczy wymęczyłem teoretycznie, gdyż jako nieletni nie rozumiałem jeszcze, że w PRL-u sklepy nie są po to, żeby w nich kupować. Krótko mówiąc, magnetofonu nie było. Miał być „jak rzucą”, ale jakoś nie rzucali. Aż któregoś dnia…
No leć do tego twojego sklepu! Magnetofony przywieźli! – usłyszałem po powrocie ze szkoły.
Popędziłem zatem.

Kolejka mnie nie zdziwiła, zdziwiła mnie cena.
17.300 zł
Jakby drożej.
A czemuż to? – zapytałem
Bo to lepszy model. Komputerowy*! – odparł ze znawstwem sprzedawca.

Kupiłem.
Kupiłem, wróciłem do domu, a gdy już siniaki się zagoiły wyjaśniłem ojcu, że po prostu musiałem, no musiałem go mieć, bo to przecież, tata rozumie, KOMPUTEROWY, lepszy model!

MK 433 data recorder. Poważna sprawa.
A dzisiaj dycha. Ech… młodości…

Tak więc wracając do sedna poza znanymi mi z dzieciństwa książkami wypatruję ostatnio u znajomych i w Internecie sprzętów powiedzmy około elektronicznych, które w jakiś sposób odbiły się (niekoniecznie siniakami) na moim życiorysie. I coś czuję, że wciągnie mnie to równie skutecznie jak moja "emka" taśmę... 


 ------------------------------- 
* - "komputerowość" owego wynalazku miała polegać na możliwości współpracy z komputerkiem właśnie jako jego zewnętrzna pamięć. Do dziś jednak nie wiem jaka była faktyczna różnica technologiczna pomiędzy obydwoma modelami.
-------------------------------



A tape recorder MK 232 P based on Grundig's C-235 Automatic.
Produced in Poland
Author Mohylek (Wikipedia)

piątek, 24 września 2010

***


Jest wokół nas tyle dni i tyle lat,
Zwyczajnych lub głupich
Pośród których z rzadka
Spoczywają chwile wielkie i prawdziwe

Jest tyle słów, liter, spojrzeń, dotknięć,
Którymi, zdaje mi się czasem,
można by wybrukować Mur Chiński

A skoro wszystkie potrafimy zamknąć w jednym pocałunku
To jakąż drobiną jest życie?

czwartek, 23 września 2010

Krótki film o zalesianiu*


Przejmująca w formie i treści wizja reżyserska spleciona z sugestywną narracją i mistrzowskimi zdjęciami. Złoty metal na festiwalu Portierskie Jutro w Karl Marx Stadt, dwukrotne Słońce Peru z mieczami w 1999 roku oraz wyróżnienie Jury Krakowsko Częstochowskiej na VI ogólnoportierskim tygodniu kultury i higieny osobistyj.

--------------------------------

*- czyli reżysersko lektorskie ;) wprawki mojego kolegi po fachu

środa, 22 września 2010

Undercover 2

W Undercoverze - jednej z wydawanych przeze mnie na przestrzeni ostatnich (?) osiemnastu lat amatorskich gazetek umieściłem około roku 2004 coś, co nazwałem firmowym słownikiem, oczywiście z wielkim przymrużeniem oka. Myślę, że fragmenty tegoż, które poniżej prezentuję, mimo pewnych zabiegów autocenzorskich będą czytelne również dziś i również tutaj. Gwoli wyjaśnienia dodam, że sprawa dotyczy firmy budowlanej, a Diana i Nuka to imiona czworonogów.
----------------------------------------------------------

A
(...)

Akro - /płyty Akro/ niektórzy twierdzą, że to na nich Mojżesz miał zapisane 10 przykazań, które swego czasu rozbił w przypływie emocji. Jeśli to prawda to wyjaśniałaby ich obecny stan techniczny.

B
Badania okresowe – znam takiego lekarza… „Wzrost? (…) Waga? (…) A choruje pan na coś? Nie? No to dwadzieścia pięć złotych w kasie i… następny proszę!” Poważnie.
(...)

Bradley Road – wiecie, że window to okno? Bo znam takich, co nie wiedzą…

Budowlańca dzień.  Rany! Że ja wtedy nie wziąłem dokładki tego szaszłyka!!!
(...)

C
Cila – barakowóz szatniowy. Biorąc pod uwagę rotację zatrudnienia trzeba uczciwie powiedzieć, że Cila miała w sobie już wielu mężczyzn…

Czułość – stan statystycznego kierownika około godziny dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć. („Słoneczko, żyjesz?”)

Ciągłość pracy – stan statystycznego kierownika około północy. („Chłopaki, dokąd idziecie? Zostańcie, mam kanapkę ze śledziem!”)

Człowiek, który pokonał Anglię – tak nazwała obsługa lotniska jednego z pracowników [...] po zdjęciu przez niego butów…

D
(...)

Debet – wynik badania ilorazu inteligencji u niektórych (…) [Ust. O Kontr. Publ. I Wid.]

Ducato – ponieważ pan Wicek nie zdążył terminowo ukończyć testów pocisków samonaprowadzających do ataku na Wielką Brytanię użyliśmy półciężarówki. W roli zapalnika wystąpił pewien wybuchowy kierownik.

Doki – rodzaj belek szalunkowych. Odkąd nasza firma prowadzi roboty eksportowe każdy zwolniony może w Urzędzie Pracy powiedzieć, że pracował w londyńskich dokach…

Dozorca – według naukowców dozorcy wyginęli, ale plotki głoszą, że jeden stary mamut błąka się jeszcze nocami po budowie.
(...)

Dunkierka – port we Francji, w którym pewien kierownik spędził tydzień czekając na połączenie do Londynu. Jak się potem okazało jakieś niemieckie biuro wcisnęło mu rozkład lotów z czerwca 1940…

E
Europa – „Europa to pikuś!” zakrzyknął wyżej wymieniony gdy okazało się że w Londynie też nikt go nie rozumie.

Eunuch – człowiek bez ikry według norm europejskich

F

Fine! – „Fajn!” powiedział pewien pracownik [...] znajdując żeton telefoniczny w pisuarze na lotnisku Heathrow. ( „Look this!” odrzekł na to jego kierownik spoglądając do muszli)

G

Gra wstępna – „Słoneczko, jakie masz plany na wieczór, bo szykujemy malutkie betonowanko?”

Gazetka – według niektórych dowód na to, że papier toaletowy nawet jeśli gustownie go zadrukować służy zawsze do …

[...] Dariusz – były kierownik, który wbrew swoim codziennym poczynaniom okazał się bardzo przewidujący, kiedy po kłótni z pracownikiem kazał mu rozesłać wszystkim świadkom zajścia przeprosiny na piśmie, a gdy tamten zapytał: A jaki jest pana adres? szybko stwierdził, że wystarczy mu jednak zadośćuczynienie słowne…

(...)

H
(...)

I
Idylla – stan przeciętnego pracownika w okresie pierwszych trzech dni po otrzymaniu wynagrodzenia.

J
Jasne pełne – odpowiedź na pytanie, jakie jest zatrudnienie w naszej firmie

K
(...)

Kotłownia – kotłownia na zapleczu była ostatnim punktem gdzie niżej podpisany miał jeszcze jakiś kontakt z prasą codzienną…

L
(...)

Ligota – też na L, też nad rzeką i nawet Diana była, ale niektórym to zawsze mało!

M
Metro – „Jak tam płytki?” zapytał prezes. „Świetnie. Mamy już pół metra zrobione!” – odparł majster pokrzykując jednocześnie do pracownika „ Popękanych nie zrywaj bo nam na budowie nie przejdą!”

(...)

Miłość – stan statystycznego kierownika na widok pracownika zbierającego się do wyjścia („Chciałbym żebyś tu został na zawsze!”)

Mózg – …lepiej zostawiaj w szatni

N
(...)

Nadgodziny – wszystko to, co w rozliczeniu sprawia, że miesiąc ma więcej niż sześćdziesiąt dwa dni…

Nadzieja – niektórzy mówią do niej: mamo!

Nirwana – stan przeciętnego pracownika w okresie pierwszych trzech godzin po wypiciu wynagrodzenia.

Nuka – podobno Pecunia non olet, ale ona… jakby trochę.

O
Oszołom – dowód na to, że pojęcia czasu i przestrzeni są względne („płytkujcie od tego miejsca do dwudziestej czwartej”)

(...)

P
Puszki aluminiowe – niektórzy twierdzą, że na bilet Londyn – Tychy potrzeba ich osiem worków, ale to nieprawda, bo po pierwsze nikt żadnych puszek nie zbierał a po drugie jak się dobrze ubije to za sześć wpuszczają na pokład węglowca do Szczecina a potem to już normalnie – rowerem…

Podwyżka – coś jak UFO, prawdziwa miłość albo skuteczny rząd – podobno możliwe, ale nikt nie widział.

Panie – Zwolnić facetów – przyjąć kobiety!
PS. Jednego przystojnego zostawić dla kontrastu. Mogę być ja.

Przewóz pracowników – już nawet zapomniałem jak to się pisze!

(...)

R
Ryzyko zawodowe – nigdy nie odpowiadaj przełożonemu „mam jeszcze kupę do zrobienia”, jeżeli naprawdę tylko tyle masz na dziś w planie…

(...)

S
Stawka – i pomyśleć, że są kobiety, które twierdzą, że wielkość nie ma znaczenia…

Stemple – „Mam na to wszystko stemple!” jak mawiał pewien cieśla przyłapany na gorącym uczynku…

(...)

Szalunek – twarda osłona zabezpieczająca zawartość czegoś przed wydostaniem się na zewnątrz. Odpowiednikiem u człowieka korzystającego z mózgu jest tzw. zakuty łeb.

(...)

T
Termin – bardzo rozciągliwe określenie czegoś, co powinno kiedyś nastąpić a przynajmniej byłoby fajnie gdyby kiedykolwiek nastąpiło („wypłata będzie w piątek” albo „jak urośnie to zmądrzeje”)

(...)

Typowa budowa – najpierw kierownik robi ludziom wodę z mózgu a potem się dziwi, że są zalani…

U
Udziałowiec – pewien mój znajomy zawsze powtarza, że bycie udziałowcem ma dwa plusy – darmowe delicje i paluszki ile kto może a podobno ostatnio była tylko kawa…

Urlop – urlopowicz nic nie robi a zgarnia kasę (nie mylić z innymi specjalnościami działającymi na tej samej zasadzie!)

W
Wiara – ponoć czyni cuda jak powtarza pewien kierownik przed nadejściem inspektora nadzoru.

Warszawa – rusztowanie warszawskie („Cześć staruszku! Masz tam u siebie trochę Warszawy?” – autentyczny cytat z rozmowy telefonicznej w 2002 roku)

Wczasy pod gruszą – patrz: Gruszki na wierzbie

Z
Zegarek – „nie patrzymy na zegarki” jak mawiał pewien kierownik, co w domyśle oznaczało „powiem wam jak będzie Nowy Rok”

poniedziałek, 20 września 2010

Patriotyzm II

Fragmenty tekstu z wiosny 2007 roku przesłanego przeze mnie do redakcji jednego z zachodnich czasopism polonijnych.

--------------
[...] Po przeczytaniu w lutowym wydaniu [...] artykułów [...] oraz [...], dotykających w odmienny co prawda sposób, tego samego jednak problemu obecnej kondycji naszego kraju, postanowiłem podzielić się i ja swoimi refleksjami na ten temat.Jako że mieszkam stale w Polsce i jak na razie nie zamierzam jej opuszczać, wydaje mi się że z bliska pewne sprawy oceniam może nieco inaczej. Podstawowym wnioskiem, jaki można wysnuć po przemyśleniu wspomnianych publikacji i zderzeniu ich z polską codziennością A.D. 2007 jest ten oto, że nasz kraj nie ma pomysłu na siebie. Nie ma tego autorytetu, jaki miała II RP czy nawet, abstrahując od ideologicznych ocen, PRL. Nie stwarza poczucia stabilności niezależnego od zawirowań sceny politycznej. Zgadzam się oczywiście z twierdzeniem, że emigracja jest czymś najzupełniej normalnym i że z pewnością nie każdy kto wyjeżdża, robi to po to by nigdy już nie wrócić, ale to, co moim zdaniem powinno być dzwonem na trwogę dla polityków, to argument ważniejszy czasem od prostych różnic w zarobkach.
W Polsce trudno jest mieć nadzieję.
Czy to nie znaczące, że nasi rodacy, którzy na Zachodzie okazują się najczęściej sumiennymi pracownikami gotowymi do podnoszenia kwalifikacji nie mieli możliwości realizowania się w swojej Ojczyźnie? Przecież (przynajmniej z punktu widzenia tzw. szarego człowieka) tu jest łatwiej! Nie ma bariery językowej, szybciej można opanować wszelkie sprawy najogólniej rzecz ujmując urzędowe i jakby nie patrzeć jest się „między swemi"! I co? Nie potrzebujemy aktywnych obywateli? Nie potrzebujemy ambitnych pracowników? A może boimy się zmian? Może Polska boi się „być sexy", bo rzutowałoby to na jej tradycyjny wizerunek? Załóżmy że tak, ale w takim razie pozostaje nam tylko trwanie w „małżeństwie z rozsądku" - kraju tych, którzy jeszcze nie wyjechali albo są zbyt niezaradni, biedni czy wiekowi by się na to odważyć. Kraju, który trudno jest kochać a jeszcze trudniej naprawdę szanować.
Wiele jest w Polsce do zrobienia. Od podstaw. Przede wszystkim należałoby pożegnać raz na zawsze asekuracyjne myślenie rodem z PRL-u w stylu „a co ja mogę", „nie warto próbować" albo „po co poprawiać skoro jakoś działa".
Sekret „seksapilu" Zachodu kryje się w sprawnej organizacji. Jeśli będę wydajnie pracował, dużo zarobię, jeśli nauczę się czegoś nowego, dostanę podwyżkę, jeśli... i tak dalej. Takie proste, prawda?
W Polsce nadal jeszcze najwygodniej jest nie wychylać się i malować trawę na zielono, jeśli tylko życzy sobie tego taka czy inna „góra". Tisze jedziesz dalsze budiesz jak mówią nasi wschodni sąsiedzi.
Przeżywamy życie spotykając na swej drodze absurdy, które prawie każdy dostrzega, ale większość nie ma odwagi nazwać po imieniu. Narzekamy na nieudacznych polityków zamiast ich zmienić albo kandydować samemu. Cicho znosimy marnotrawstwo czy mobbing zamiast dla dobra ogółu podjąć, spróbować przynajmniej podjąć, z nim jakąś walkę.
Uwierzyć w siebie.
Owszem, może być i tak że dobrzy fachowcy z Polski summa summarum poprawią wizerunek naszego kraju w świecie, ale tutaj, co i kto zostanie tutaj? Kto będzie miał odwagę poprawić Polskę?
W trakcie ubiegłorocznych wyborów samorządowych zauważyłem że nawet kandydaci do rad dzielnic włączali do swojej kampanii np. hasła budowy autostrad, ale próżno by oczekiwać odważniejszych propozycji ułatwiających życie właśnie w najbliższej okolicy. Cóż, ponoć najtrudniejsze są rzeczy proste. Samorządu dzielnicy za opóźnienia w budowie autostrady raczej nikt nie potępi. Za nieoświetloną osiedlową uliczkę mógłby.
Z niewielką tylko przesadą można powiedzieć, że tego typu postawy dominują wśród polityków naszego kraju aż do najwyższych szczebli. Zamiast zmieniać, reformować, rozwijać, lepiej stawiać kolejny zamek na piasku pobożnych życzeń albo psioczyć na poprzedników. W efekcie Polska jest jedynym znanym mi krajem, w którym każda zmiana rządu czy parlamentarnej większości traktowana jest jak kolejne odzyskanie niepodległości. A więc znów, zburzyć co było, bez wnikania w to czy dobre czy złe, a potem wytyczyć dalekosiężne plany. Im dalsze tym bezpieczniejsze dla planujących.
Zapewne zwykła codzienna praca nad rozbudową tego, co już jakoś działa jest mniej medialna niż wzięte z sufitu obietnice.
I oto doczekaliśmy czasów, w których młodzież dorasta ze świadomością że jeśli nie wegetować a naprawdę żyć to nie tutaj. O ile mnie pamięć nie myli nawet w poprzednim ustroju nie było to tak wyraźne masowe odczucie.

Organizacja, dynamika, otwarte myślenie. Fundamenty zmian.
[...] Pracując nad nimi, scalając je, doskonaląc możemy zbudować naprawdę sprawne państwo. Państwo, które można kochać i w którego przyszłość można wierzyć.

Dopóki jednak realia, głównie w rozumieniu przepisów i procedur zmuszać będą obywateli do ciągłego udowadniania, że nie są wielbłądami, dopóty doraźne posunięcia czy też jak to ostatnio bywa, granie na bogoojczyźnianej nucie pozostaną sztuką dla sztuki, a Polacy będą traktowali emigrację jako jedyny sposób na godziwe życie.

Pozostaje więc mieć nadzieję że zanim „ostatni zgasi światło" dostrzeżemy wreszcie że chociaż niewątpliwie miejscu między Bugiem a Odrą daleko jest do ideału to jednak to czym jest, a zwłaszcza to czym będzie zależy w równym stopniu od zaangażowania każdego z nas.

Patriotyzm

Fragmenty mojego tekstu z listopada 2006 roku, który ukazał się w jednym z miesięczników polonijnych na Zachodzie.

---------------------------
[...]
Z całą pewnością emigracja nie jest dziś już tym, czym była jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, że o czasach PRL-u nie wspomnę. Nie można nazwać jej ucieczką ani jedynym sposobem na godne życie a poprzez postępującą globalizację staje się coraz bardziej bliższa zwykłej, nie budzącej przecież żadnych wielkich emocji zmianie miejsca pracy. Nie uważam tego za coś złego, wręcz przeciwnie.
Tak dziś wygląda świat i przede wszystkim współczesną miarę winniśmy do naszych postępowań przykładać. Przykro tylko robi się na widok ludzi, których u nas na Śląsku nazywa się potocznie „polskimi Niemcami" a których niemieckość w tym akurat kontekście należy rozumieć jako przykład. Powiedzmy, że to „polscy europejczycy", będzie jaśniej.
Taki „europejczyk" (cudzysłów jak najbardziej na miejscu) wyjeżdża z kraju z całym bagażem uprzedzeń, kompleksów i stereotypów, które skutecznie zamazują mu rzeczywistość. Jak niestety większość naszych rodaków przynależy taki wyjeżdżający do jednej z dwóch głównych postaw. Nazywam to na własny użytek podchodzeniem do świata albo na kolanach albo z pięściami.

Albo więc jesteśmy ci biedni, zaniedbani, źle rządzeni i za samo to, niezależnie jak bardzo i czy w ogóle uzasadnione przekonanie należą nam się od Zachodu złote góry albo też czujemy się jako naród mesjaszem Europy i w związku z tym nie musimy nic umieć i nic sobą reprezentować a (też) wszystko nam się należy. Przedstawiciel pierwszej frakcji skrywa jak może całą swoją polskość uważając ją za coś, co przeszkadza na drodze do kariery (Tego właśnie synonimem jest określenie „polski Niemiec"), zaś przedstawiciel „mocarstwowców" sądzi, że umiejąc po np. angielsku kilkanaście słów powinien i tak z miejsca dostać dobrą pracę i w ogóle wszystko co najlepsze, bo przecież... jest Polakiem!
Jeśli powrócić do porównania ze zmianą pracy to zastanówmy się, zarówno ten, kto od pierwszych dni wyłącznie krytykuje swojego byłego pracodawcę jak i ten, kto rozgłasza że obniżył loty ponieważ przyszedł akurat tu a przecież był tam i tam są równie słabo rokującymi nabytkami dla nowej firmy. Czy nie podobnie jest z Polakami za granicą?
Ileż to razy słyszało się że gdzie inne narodowości potrafią się zorganizować i wzajemnie sobie pomagać w swoich nowych ojczyznach tam Polacy podgryzają się w najlepsze w myśl zasady że jeśli nie mogę mieć tak dojnej krowy jak mój sąsiad to niech chociaż ta jego zachoruje. Jakie to swojskie, nieprawdaż?

Oczywiście nie wszyscy są tacy i w tym cała nadzieja. Być może zmiana naszej mentalności jest tylko kwestią czasu. Nie uważam żebyśmy byli gorsi od innych, ale obiektywizm nakazuje mi też dodać, że nie jesteśmy lepsi. Jesteśmy takim samym narodem jak wszystkie i w gruncie rzeczy powinniśmy się z tego cieszyć, bo jeszcze dwadzieścia lat temu taki stan wydawał się czymś niemożliwym. Warto czasem spojrzeć na swoje tu i teraz właśnie w ten sposób.

Nasza ojczyzna to nie tylko prezydent, sejm czy rząd, to nie tylko takie czy inne urzędy albo przepisy. Nikt nie oczekuje od nas zagranicą uzasadniania jakiejś konkretnej linii politycznej czy poczynań władz, choćby tych najwyższych. Nikt nie oczekuje wstydu za ich pomyłki.
Przede wszystkim, zawsze i w każdej sytuacji jesteśmy sobą, a nasze pochodzenie może być równie dobrą marką jak każda inna, jeśli o to zadbamy. Nie tylko swoją fachowością, wydajnością czy zaangażowaniem, ale także szacunkiem do samych siebie i do swoich współziomków. I tych starych w kraju i tych nowych w szerokiej Europie czy świecie. Jeżeli wstydzimy się tego, kim jesteśmy albo mamy muchy w nosie na wszystkich i wszystko, nie oczekujmy że ktoś nas doceni.

Roman Dmowski napisał kiedyś znamienne słowa: „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym mocniej się do nich poczuwam im wyższy reprezentuję sobą typ człowieka".
Kiedyś był to manifest nacjonalizmu a współcześnie, po ponad stu latach, być może wskazówka, że Polska jest taka, i tak w świecie widziana, jakim jest i jak jest widziany każdy z jej obywateli. Sami możemy być najlepszymi ambasadorami swojej godności.

Bo tak naprawdę, tak naprawdę Polska zaczyna się w każdym z nas. Od najdrobniejszych spraw, od codzienności, od tego jak traktujemy innych ludzi, jak traktujemy prawo, jak wreszcie wypełniamy powierzone nam obowiązki. Doceńmy to i korzystajmy z tego nie zapominając o przeszłości, ale wystrzegając się powtarzania jej potknięć.

niedziela, 19 września 2010

Prequel

Prawie osiemnaście lat temu, jesienią 1992 roku wpadłem na pomysł wydawania własnej gazetki. Być może będzie tutaj jeszcze okazja o niej szerzej opowiedzieć. Pisemko to tworzone jakże awangardową techniką "długopis-klej-nożyczki-ksero", a inkrustowane pismem bogato czerpiącym z tradycji staroegipskich hieroglifów stało się nieco później (jak głoszą niepotwierdzone źródła) przyczyną stanu przedzawałowego mojego kierownika i bynajmniej nie o zawał chodnika tu chodziło, choć rzecz działa się na kopalni...

Jako że antycypując* narodziny tabloidów postawiłem od razu na teksty nie pozostawiające nikogo obojętnym, zdecydowałem się też odpowiednio "podlinkować" swoją karierę dziennikarską i wysłałem dwa pierwsze numery do redakcji oficjalnej gazetki zakładowej, która na siódmej wprawdzie (ale wystarczającej do osiągnięcia u niektórych temperatury wrzenia) stronie zamieściła później gustowny reprint obu okładek oraz mój list...

A tak to wszystko wyglądało.
(Niech mi jury od mojego niedoszłego Pulitzera wybaczy!)



* - Nie ma się co wstydzić, też sprawdziłem w Wikipedii :))

Koci koci łapci

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.