Spędzając dwanaście godzin słonecznego dnia w pustym biurowcu sam na sam ze swoimi myślami przechodzę w inny stan skupienia. Działam jak maszyna. O jedenastej to, o czternastej tamto. Tam zajrzeć, to sprawdzić, tu oświecić, tam zgasić. Otworzyć, zamknąć, przejść, obejść, zapisać. Gdzieś pomiędzy przegryźć kanapkę, wypić dziesiątą herbatę i odebrać telefon starając się nie odrywać wzroku od ściany monitorów.
Ten sam monotonny ruch kamery w którym trzeba mimo powtarzalności umieć dostrzec każdy drobiazg. Czasem spojrzenie w okno, na ulicę którą spacerują ludzie w letnich ubraniach, przemykają rowerzyści i wracają z niedzielnych zakupów rodziny, dla których moja tu obecność i możliwość podglądania ich jest, była i będzie wielką tajemnicą.
Ale tak z ręką na sercu, cóż tu można podglądać? Ulica i ludzie jakich pełno w każdym mieście.
Za drugim oknem parking, ogrodzenie, kilka krzaków, a dalej market. Wokół nawet dość spory ruch. Wyjeżdżają auta, całymi rodzinami pchają wózki pełne zakupów gromadki wciąż nowych klientów. Taki sam widok po raz miliardowy od rana. A jednak... jednak nie!
Z "automatu" przechodzę na ręczny. Myślami błądząc po zakamarkach czasu, pamięci i przestrzeni zarejestrowałem coś, co było odmienne od obrazka, którego się spodziewałem.
Procedura stop.
Na trawniku przy marketowej rampie leży mężczyzna, a nad nim bogato gestykulując stoją dwie kobiety. Nie pochylają się, nie dotykają go, tylko raczej strofują. Po kilku chwilach widzę je odchodzące (początkowo myślę, że po ochronę sklepu, ale nie). Ten ktoś tam nadal leży plackiem. Z daleka wygląda jakby wypoczywał na słońcu, ale kto spędza majówkę przy sklepowym parkingu?
Podnoszę się z fotela i wytężam wzrok. Dopiero teraz dociera do mnie, że trawa trawą, ale od może kolan w dół ten człowiek leży na asfalcie...
Robię, muszę zrobić coś, za co, gdybym trafił na kogoś ograniczonego mógłbym stracić pracę. Opuszczam "obiekt", wychodzę w mundurze na ulicę (do czego też nie mam prawa), a przede wszystkim angażuję się w sprawę, nie mającą związku z sytuacją w miejscu, które chronię.
Mea culpa.
Z jednego z mijających mnie aut machnięciem ręki mającym znaczyć "No właśnie, ochrona, rób coś z nim!" pozdrawia (?) mnie kierowca. Oczywiście na machnięcie było go stać, na zatrzymanie się już nie. Ale on myśli, że jestem stąd. Niech myśli.
Czternasta trzydzieści.
-Proszę pana! Proszę pana! Co się dzieje? Słyszy mnie pan?
-emmmmm...
-Pan jest chory czy pijany? Coś się panu stało? Leży pan przy jezdni!
-Pii...iiija...ny...
-Czy pan jest pijany czy źle się czuje?
-...iiijany...
Mężczyzna jest po trzydziestce i bynajmniej nie wygląda na typowego kloszarda. Na dwa metry wokół niego unosi się jednak obrzydliwy odór alkoholu i potu. Obok leży pusta butelka po czymś o nazwie "Gieroy". Może dlatego nikt nie odważył się tu podejść. Jeszcze chwila namysłu... Jeśli nawet go nie przejadą, to zejdzie na zawał na tym słońcu.
-Wstajemy, no już! - łapię go pod pachy i sadzam. Nie protestuje.
Na pijanego działa tylko prosta argumentacja...
-Pobudka! Wstajemy! Sam pana nie dźwignę! No już! Do góry!
Dziwnym trafem zatrzymuje się obok samochód patrolowy konkurencyjnej firmy.
-Pomóc ci? (Mundur "kolegi po fachu" zdjął z ochroniarzy etap mówienia mi per pan)
-Gdybyście mogli.
Bierzemy nasze znalezisko już we dwóch i prowadzimy, a właściwie niesiemy. Ale dokąd?
-Możecie go gdzieś przewieźć? Na policję albo coś?
-Nie, coś ty! Nam nie wolno!
Sadzamy zatem delikwenta na trawie w cieniu drzewa tuż przed "moim" budynkiem.
-To wy czy ja? - pytam wyciągając komórkę, choć już wiem jaka będzie odpowiedź.
-To może ty lepiej. Nas tu nie było.
Czternasta trzydzieści siedem.
Wzywam policję. Radiowóz dojeżdża w niecały kwadrans. Chwilę za nim pogotowie. Przeprowadzone na miejscu badania wykazują na szczęście tylko upojenie alkoholowe. Policjanci spisują moje zeznania i dane adresowe, a około piętnastej trzydzieści zabierają mężczyznę do izby wytrzeźwień.
---
Dlaczego o tym wszystkim piszę?
Z kilku powodów.
Po pierwsze dlatego, że poza kilkoma minutami wysiłku i koniecznością umycia się już po wszystkim nie musiałem robić prawie nic, by jednak zrobić COŚ.
Po drugie dlatego, że choć bohater tej notki zapłaci 250 zł za izbę i pewnie z 50 zł mandatu za "sianie zgorszenia", to jednak nie zostanie przejechany, okradziony, pobity, ani też nie umrze na słońcu. Myślę, że to wszystko warte jest takiej kasy.
Ale po trzecie i najważniejsze piszę, by zwrócić uwagę, że poza ochroniarzami, o których wspomniałem, NIKT nie pomógł ani pijanemu solo, ani mnie "walczącemu" z nim samotnie na trawniku. Ani czynem, ani słowem, ani nawet telefonem. Nie zatrzymał się żaden z przechodniów ani samochodów, które go mijały i które mijały potem nas dwóch. Trochę tego było przez te kilka minut.
Można zapytać i chyba należy; dlaczego?
Bo pijany? Bo śmierdzi? Bo "co ja mogę zrobić"? Bo "od tego są inni"?
Zapewne. Także jeszcze; "nie mamy czasu", "potem nas będą ciągać po sądach", "co cię to obchodzi?" albo "a może on ma HIV-a?" i kilkanaście podobnych.
I był tam też nieco dalej ktoś w bardzo podobnym do mojego mundurku przyglądający się z bezpiecznej odległości czy aby już uprzątnięto spod JEGO SKLEPU ten PROBLEM.
Czy którykolwiek z tych wszystkich, [...] (nie, jednak to słowo ocenzurowałem), zastanowił się, że jutro może ktoś ominie z daleka tak samo właśnie JEGO?
Nie wydaje mi się.