WYCIECZKA OSIEMNASTA
WĘGIERSKA GÓRKA- GLINNE - BARANIA GÓRA - ISTEBNA
Czy
to nie zabawne? Barania Góra, szczyt, którego z niewiadomych w gruncie rzeczy
powodów unikałem najdłużej i którego chyba nawet trochę się obawiałem okazał
się być miejscem najbardziej „moim” i prawdziwym
zarazem ze wszystkich jakie odwiedziłem. Być może też przedsionkiem tych gór, które jeszcze przede
mną. Gór cichych, majestatycznych, surowych, a jednocześnie emanujących jakąś
nieokreśloną energią i ciepłem, których próżno by szukać tam, gdzie za
turystami nie wiedzieć po co dotarła cywilizacja w swoim najbardziej tandetnym
wydaniu.
Wracam
dziś zatem na Baranią właśnie, by doświadczyć raz jeszcze tego wszystkiego, co
tak zauroczyło mnie tu jesienią. Ruszam jak poprzednio z Węgierskiej Górki
innym jednakże szlakiem, bo uchodzącym za nieco trudniejszy czerwonym, czyli
ostatnim odcinkiem GSB przebiegającym przez teren Beskidu Śląskiego.
Warto
zapamiętać, że aż trzykrotnie szlaki czerwony i zielony (na Fajkówkę, skąd do
szczytu Baraniej Góry dalej czarnym) dają tu możliwość „przesiadki” albo po prostu
udziwnienia sobie wycieczki. Pierwszym ich spotkaniem jest oczywiście
drogowskaz przed dworcem w Węgierskiej Górce, a dokładnie po drugiej stronie ulicy Zielonej (DK nr 69), do której ze
stacji dochodzimy Kolejową mijając
budynki spółki Metalpol, będącej następczynią słynnej, założonej jeszcze w
początkach XIX wieku odlewni żeliwa.
Idąc
stąd trasą czerwoną w prawo docieram ozdobioną sympatycznymi wbrew nazwie
rzeźbami Aleją Zbójników do Urzędu
Gminy (Hmm... Dziwne zestawienie...) a niedługo za nim skręcam w lewo i zataczając łuk dochodzę do Soły, przy której korycie zmieniam
kierunek na powrót w prawo, zgodnie z jej biegiem. Tereny, które teraz mijam,
to bardzo estetycznie zagospodarowany kompleks wypoczynkowo spacerowy Bulwarów
nad Sołą powstały w 2009 roku i nadal rozwijany. Są tu trasy rowerowe, place
zabaw, ławki, całkiem spory amfiteatr, oczko wodne, wiele alejek i… most zakochanych, łączący poprzez Sołę
ulicę 3 maja z Traktem Cesarskim. Szlak
turystyczny poprowadzono tędy zupełnie niedawno, czego dowodem niech będzie
chociażby to, że moja wydana w 2012 roku mapa pokazuje jeszcze stary jego
przebieg – ulicą Zieloną na wprost i za mostem drogowym w lewo. Oczywiście tak
też można przejść, dochodząc potem „cysorką” od drugiej strony, z dołu, ale
oznacza to o kilka minut dłuższy kontakt ze spalinami i hałasem, czyli raczej
wątpliwą atrakcję. Most zaś (ten nowy – tutaj) warto odwiedzić z całą pewnością
zarówno dla niego samego jak i atrakcyjności widoków, jakie oferuje. Imponująca
łukowa konstrukcja, osiatkowane balustrady i podobno afrykańskie (???) drewno
jako wyłożenie chodnika (most jest przeznaczony tylko dla pieszych i
rowerzystów) robią bardzo korzystne wrażenie. Co do widoków nieco dalszych, to
są one w tym miejscu raczej oczywiste, ale na szczęście nie mniej przez to
urokliwe, a wreszcie przecież nie sposób nie wspomnieć tu o tym, dzięki czemu
miejsce to, przynajmniej nieoficjalnie zdobyło sobie taką a nie inną nazwę,
czyli o zakochanych. Przeniesiona z Zachodu moda sprawiła, że balustrady tego i
wielu innych jeszcze w naszym kraju mostów pokryły się tysiącami kłódek z
wypisanymi imionami i datami. Jest to, gdybym miał komuś wyjaśnić od podstaw,
swoista forma nowoczesnych zaręczyn, czy może bardziej nadziei na nie w
przyszłości. Sympatyczne to nawet, choć nie wiem czy wagowo przewidziane przez
projektantów. Kłódek rzeczywiście jest sporo…
Stojąc
na moście i spoglądając w górę rzeki dostrzec można tam inną, dużo mniej
atrakcyjną wizualnie, choć jednocześnie sporo od naszej masywniejszą przeprawę.
To most junaków. Nim właśnie w stronę
ulicy Turystycznej wiedzie szlak zielony, z którym wkrótce spotkamy się bardzo
blisko po raz wtóry. Ale zanim to nastąpi polecam jeszcze
zatrzymanie się już po drugiej stronie rzeki przy genialnym wręcz punkcie
widokowym w formie tarasu znajdującego się wysoko na skarpie. Uczta dla oczu!
Idziemy dalej. Oto
„cysorka”, czyli Trakt Cesarski powstały w XVIII wieku dla połączenia
Krakowa i Wiednia. Nim skręcam w lewo i po kilku chwilach odbijam w las, aby wznosząc się dojść do kolejnego
zakrętu. To ważne miejsce dla każdego, kto chciałby zerknąć na położony
kilkadziesiąt metrów od ścieżki fort "Waligóra",
bowiem możliwość zobaczenia go nie jest (a powinna być) zaznaczona na
szlaku. Wystarczy jednak zapamiętać, że gdy nasza trasa zakręca w prawo do
fortu zejść powinniśmy którąś z licznych ścieżek w dół – w lewo.
Ogromny,
porośnięty zielonymi mchami betonowy kolos to jeden z planowanych dziewięciu (wg
innych źródeł - szesnastu) a zrealizowanych pięciu fortów obronnych powstałych krótko
przed II wojną światową w związku z zagrożeniem naszych granic powstałym po
zajęciu przez Niemców Czech i zwasalizowaniu Słowacji. W walkach, które
przyniosły Węgierskiej Górce miano Westerplatte Południa odegrał raczej
drugoplanową rolę, a większość uszkodzeń, jakie nosi, powstała podczas ostrzału
przeprowadzonego przez hitlerowców już po walkach na potrzeby realizowanego
filmu propagandowego. Po wojnie fort wykorzystywany był w latach 60, jako
punkt dowodzenia podczas manewrów wojskowych.
Obecnie niszczeje. Nie ma możliwości zwiedzania go wewnątrz. Muzeum związane z
wojną obronną 1939 można za to obejrzeć w innym forcie, noszącym nazwę
„Wędrowiec”, a znajdującym się także na trasie szlaku czerwonego, tyle że w
kierunku Beskidu Żywieckiego. Jako ciekawostkę dodam tu, że w okolicy
„Waligóry” (niżej – w kierunku Soły) znajduje się jeszcze a raczej znajdował
inny fort - „Włóczęga”, na którym dziś… stoi prywatny dom. Zastanawiające jest,
co śni się lub śniło jego mieszkańcom…
Schodząc
od „Waligóry” do przebiegającego niżej Traktu Cesarskiego (lub wcześniej – nie
opuszczając go) dojść można w kilka minut do mostu junaków i ulicy
Turystycznej, którymi przebiega szlak zielony na Fajkówkę. Kto jednak wybrał
kolor czerwony ten wrócić musi jak ja w górę do dróżki, która łukiem prowadzi
teraz w prawo w kierunku nielicznych zabudowań, a za nimi wraca znów w piękny,
gęsty las z urokliwymi skałkami i wspaniałym widokiem na sąsiednie góry. Tu
właśnie napotykam sarnę czy może kozła i dobra chwila musi
minąć zanim dociera do mnie, że to coś szare z oczami, co mi się badawczo
przygląda, to niekoniecznie od razu musi być… wilk.
Ech,
jak się człowiek naogląda telewizji…
Cichym,
magicznym wręcz lasem i łagodnie wznoszącą się ścieżką mijam kolejne polany,
leśne dróżki i drogi aż wreszcie skręcając nieco już bardziej stromo w prawo
docieram do miejsca, które pierwotnie biorę za Halę Radziechowską, a które jest tylko charakterystycznym punktem
widokowym i zwrotnym zarazem trasy czerwonej na długo przed nią. Docierając tu do
granicy gminy Radziechowy szlak
zmienia nagle kierunek rysując jakby odwróconą literkę V i pnie się dalej w
górę ku szczytowi Glinnego, ale
grzechem byłoby minąć ten dziwny nieco zakręt w marszu. Po lewej stronie mamy
tu kilka źródełek z nadającą się do picia wodą, zaś po prawej
zapierający dech w piersiach (tak że woda jak najbardziej na miejscu) widok na
Beskid Żywiecki i ogrom kotliny pomiędzy nim a naszą drogą. Dobre miejsce na
krótką przerwę, wykonanie kilku zdjęć, a przede wszystkim nacieszenie oczu i
duszy tym naprawdę nieczęsto spotykanym pejzażem.
Po
kilkuminutowym odpoczynku ruszam dalej. Mijam kapliczkę, zaraz za nią
utwardzoną drogę i wreszcie przez plamę lasu, w którym spotykam pierwszy dziś a
bardzo niepokojący mnie śnieg dochodzę do kamienistego podejścia. Przed nim jeszcze skręcając ścieżką bez znaków w lewo mógłbym tu po raz trzeci dziś "rozmyślić się" i przejść do szlaku zielonego dołączając doń na Czerwieńskiej Grapie. Ponieważ jednak trasy nie zmieniam, to już w
pełnym słońcu stromo raczej, ale też nie za długo maszerując docieram po kilku minutach do
szczytu.
Glinne
(1034 lub wg innych źródeł 1026 m n.p.m.) to góra, o której wcześniej nie słyszałem, to znaczy, jeśli mam być
szczery słyszałem właśnie w kontekście szlaku czerwonego, ale pomyliłem ją z
przełęczą Glinne, która znajduje się w Beskidzie Żywieckim i uważając za
przełęcz zlekceważyłem. Niesłusznie, bo szczyt to niewątpliwie piękny i wcale wysoki,
a dodatkowo udostępniający rozległą panoramę od Baraniej Góry począwszy,
poprzez Skrzyczne, aż do Kotliny Żywieckiej. Wprawdzie w starszych przewodnikach
opisuje się go jako zalesiony, ale jak większość okolicznych gór jest niestety i
on przy wierzchołku porośnięty już tylko trawami i krzakami spośród których
wystają kikuty uschłych drzew. Grzbiet
jest dość rozległy, płaski, przypominający chociażby odcinek szlaku pomiędzy Magurkami,
do którego z tego miejsca jeszcze kawał drogi, ale nie odbiera mu to w niczym
klimatu góry potężnej i bardzo wysokiej, ponieważ tworzą tenże klimat ogromne przestrzenie
wokół. W jedną z nich – w prawo – skręca teraz szlak czerwony obniżając się
dość znacznie i następnie wznosząc. To sytuacja, o której już nieraz
wspominałem. Z bólem, rozumianym dosłownie i w przenośni, oddaje się każdy
zdobyty metr wysokości, gdy się wie, że za chwil kilka trzeba go będzie
wydeptywać ponownie…
Przede
mną podejście na Halę Radziechowską. Najpierw w słońcu, dość stromo pod górę, ale zaraz potem już płasko w lesie, skręcając w
lewo poprzez śnieg. I tym razem ten śnieg jest zupełnie serio, już nie jako łaty
leżące tu i ówdzie, ale po prostu w formie jednej wielkiej bieli. A jej
środkiem po grubej warstwie połyskującego lodu wiedzie ledwie widoczna ścieżynka…
Tu
właśnie, pośród śniegu i lasu spotykam pierwszego dziś turystę, jak ja chyba współczesnego
wandervogla. Młody chłopak z ogromnym plecakiem maszeruje skądś samotnie raźnym
krokiem. Mijamy się wymieniając powitania i po chwili jego kroki cichną. Brodzę
w śniegu zaczynając przemyśliwać nawet nad radykalnym skróceniem trasy aż tu
nagle biel się kończy. Najpierw malutka zielona polanka pełna śpiewu
ptaków, a po chwili już upragniona Hala Radziechowska (980 - 1050 m n.p.m.). Znajome drzewo i
koniec szlaku niebieskiego z Radziechów. Od teraz do Magurki Wiślańskiej moja wycieczka będzie powtórką fragmentu tej
sprzed roku – Radziechowy – Szczyrk Solisko.
O
tym, że Hala Radziechowska jest miejscem pięknym i zapadającym w pamięć pisałem
już wiele razy. Z pełnym przekonaniem więc polecam jej odwiedzenie każdemu, kto
wybiera się w Beskid Śląski. Możliwości rozplanowania tras jest tu kilka, od
tych najdłuższych jak moja dzisiejsza, po znacznie krótsze np. z
Ostrego (szlakiem zielonym) przez Magurkę Radziechowską do Radziechów (kolorem
niebieskim). Komu będzie mało, ten może dołożyć do tej marszruty i Matyskę
zbaczając pod koniec trasy ze znakowanej ścieżki. Warto.
A ja
tymczasem idę dalej. Z hali lekko w lewo, potem w prawo i pomiędzy
zaroślami do wspomnianego wyżej odgałęzienia szlaku zielonego z Ostrego. Wbrew
pozorom nie jest to jednak szczyt Magurki Radziechowskiej, do którego jeszcze
kilka minut coraz łagodniejszą i wreszcie zupełnie płaską ścieżyną. Szczyt ów
zaś nieoznaczony niestety żadną tabliczką odnajdziemy wypatrując po prawej
sporego kopczyka kamieni.
Piękne
stąd i warte uwiecznienia są widoki zarówno na Skrzyczne jak i całe pasmo do
Baraniej Góry. Kilka metrów od ścieżki zobaczyć można także charakterystyczne
wychodnie skalne, które zresztą pojawią się za kilkanaście minut także na samym
prawie szlaku. Rozglądam się wypatrując śniegu, ale poza celem mojej wycieczki
nie widzę go nigdzie. Cóż, mógłbym stąd cofnąć się do
Ostrego, ale to byłaby zbyt skromna jak na moje ambicje trasa albo ominąć
Baranią schodząc przez Cienków do Wisły, ale to z kolei byłoby niewiele krótsze
a już znane. Chyba więc wyboru nie mam.
Krajobraz
na odcinku pomiędzy Magurkami do złudzenia przypomina ten z Glinnego. Jest
połogo, nie ma zbyt wielu drzew, ścieżkę otaczają tylko wysokie trawy, a
grzbiet, którym idę ogromne doliny. I tylko cisza, lekki wiatr. Przyszłość i
przeszłość jak na dłoni. Lubię to miejsce.
Przed
Magurką Wiślańską szlak lekko się wznosi, a ja przypominam sobie, że rok temu
tu właśnie przedzierałem się przez poprzewracane drzewa, obchodząc je stokiem i
ryzykując nie całkiem kontrolowany zjazd w dół. Teraz nie ma już nic – tylko pnie.
Ach, przecież! Jeszcze jedno wspomnienie. Oglądane zupełnie niedawno, choć
wykonane kilka lat temu zdjęcia z czyjejś wycieczki rowerowej. Zdziwienie na
widok LASU wokół skał, które właśnie mijam. Abstrahując od kwestii
przyrodniczych potwierdza się po raz kolejny, że każda wycieczka nawet przez
miejsca, które już znamy wnosi jednak coś nowego do zapamiętanego już obrazu. Czy
in plus, to już osobna kwestia.
Oto
szczyt (1140 m n.p.m.) i szlak zielony ze Skrzycznego przez Malinowską Skałę. Wraz z moim,
czerwonym, oba prowadzą teraz w lewo wprost na Baranią Górę. Chwila
zastanowienia przez połamanym wiatrami drogowskazem i ruszam na spotkanie
przeznaczeniu.
He he he… Mocne słowa.
Najpierw
jednak obniżając się ku przełęczy napotykam kilkunastoosobową grupę turystów.
Doświadczenie uczy mnie, że najlepiej przyjrzeć się tym idącym na końcu… Nie
jest dobrze, oj nie jest. Czerwony jak burak (albo jak ja, gdy w podstawówce
kazano mi (sic!) pocałować najładniejszą dziewczynę w klasie) młody w sumie
człowiek nie jest w stanie nawet odpowiedzieć na moje powitanie, a przecież…
przecież schodzi z góry!!!
W
najniższym punkcie przełęczy zatrzymuję się ponownie. Przede mną po lewej
roztaczają się niesamowite wręcz widoki, a nieco dalej jak na dłoni mam całą
prawie do tej pory przebytą trasę. Sporo jej, przyznaję, a przecież ze szczytu też jeszcze kawałek będzie. No ale nic, idziemy!
Ścieżka
odbija teraz pozornie w prawo, by po chwili zwrócić się w lewo i już
zdecydowanie bardziej stromo ruszyć trawersując zbocze. Początkowo jest sporo
błota, kałuż i tylko plamy topniejącego śniegu, ale z każdym metrem ten ostatni
zaczyna dominować. I oto docieram do najtrudniejszego dziś i zarazem we
wszystkich dotychczasowych wycieczkach fragmentu. Z szerokości najpierw drogi,
potem chodnika szlak skurczył się tu do ledwie „jednoosobowej” ścieżynki ze
sporą ilością kamieni, dziur i uskoków, a nadto wznoszącej się nad dość stromym
jak na Beskid Śląski zboczem. I wszystko to już w pełni zaśnieżone i zmarznięte.
Wolniej,
wolniej, wolniej. Stop. Kiedy zatrzymuję się nie ze zmęczenia, ale z braku
pomysłu na to JAK iść dalej, to znak, że problem jest poważny. Garbiąc się nieco i
przechylając ku szczytowi krok za krokiem przesuwam się o metr, dwa, trzy.
Najpierw kostur, potem jedna noga, druga, jakaś gałąź, kamień…
Trach!!!
I nic,
tylko mój puls jak walenie młotem.
Padłem
na stok wbijając palce w twardy śnieg. Kij zjechał gdzieś w dół razem z
bryłą, w którą wbiłem go przed sekundą tuż za sobą.
Jeszcze
chwila dla uspokojenia oddechu. Jeszcze sekundka.
Ostatnie
metry pokonuję przytulony prawie do zbocza i wybijający to dłońmi „uchwyty”, to
znów butami „stopnie”. Pięć, metrów, cztery, trzy, dwa…
Jestem.
Ścieżka
znów ma szerokość miejskiego chodnika. Co za ulga dla człowieka z dożywotnim
lekarskim zakazem pracy na wysokości! Co za ulga…
Spoglądam
na dłonie. Opuchnięte, czerwone, obolałe. Ale jestem. Doszedłem. Dałem radę. Z
tego wszystkiego zapominam nawet zrobić zdjęcie. Słyszę tylko swój zmieniony
głos nagrywając kilkunastosekundowy filmik.
Czy
to podejście naprawdę jest takie trudne? Zależy kiedy i dla kogo. Latem jest to
po prostu kamienista ścieżka, jakich przeszedłem wiele. Znacznie od większości z
nich węższa, ze sporą ilością uskoków, ale to tyle. Podobny nieco do niej fragment
napotkamy na przykład na szlaku niebieskim schodząc z Baraniej do Wisły. Ale
tutaj ten śnieg plus niepewność po potknięciu zrobiły swoje. Zjeżdżając w dół zapewne
bym się nie zabił, ale już połamać mógłbym, a sterczące pnie i wyrwane drzewa
też dobrze nie wróżą przy bliższym spotkaniu. Lepiej nie sprawdzać.
Szlak
zakręca łagodną serpentyną w prawo i oto przede mną w dużej jeszcze odległości,
ale już widoczna doskonale wieża widokowa. Jestem naprawdę zmęczony. Co
kilkanaście metrów robię przerwę, ale koniec końców dowlekam się do szczytu (1220 m n.p.m.) i
przysiadam na jednej z ławeczek. No cóż, czasem przejścia raczej nie mogę się
pochwalić. Po odliczeniu krótkich przerw i zejścia z trasy do fortu „Waligóra”
mam i tak co najmniej 30 minut opóźnienia. Bywało lepiej.
W
przeciwieństwie do mojej poprzedniej tu bytności na
Baraniej jest dziś zupełnie pusto. Panuje nawet swego rodzaju kolejność. Oto mężczyzna,
który był na wieży, gdy podchodziłem, zszedł właśnie na dół i zajął się
posiłkiem, ja dreptam na jego miejsce stukając buciorami po schodkach, a od
strony Wisły zbliża się właśnie kolejny dziś samotny wędrowiec, by przysiąść, a
jakże, na zajmowanej jeszcze przed chwilą przeze mnie ławeczce.
O
wieży widokowej opowiadałem już przy okazji wycieczki piętnastej, dziś
więc jako ciekawostkę dodam tylko, że wcześniej, do lat 60 ub. wieku była tu
zupełnie inna wieża, drewniana, która niestety spłonęła. Tą którą znamy dziś
wybudowano dopiero w latach 90, zaś Władysław Krygowski w swoim słynnym
przewodniku (moje wydanie 1974 rok) opisywał widok z tamtej, dawnej wieży jak
zaznaczał „na wypadek jej odbudowania”. Ciekawostką drugą niech będzie fakt, że
żelbetowy pik na szczycie (stoi wewnątrz konstrukcji) pochodzi jeszcze z czasów
austro-węgierskich. Proszę pomyśleć jakiż wtedy produkowano doskonały cement!
Schodzę
z wieży i poprawiam plecak. Jeszcze jakaś kanapka i czas wracać na szlak. Młody
wędrowiec, który (kolejka obowiązuje!) dopiero teraz wstał z ławki dopytuje starszego
już ruszającego w dalszą drogę, gdzież też jest… Skrzyczne i czy to daleko. O
matko i córko! W góry bez mapy to samo w sobie bezmyślność, ale bez podstawowej
orientacji w szlakach to już dramat. Zwłaszcza, gdy się idzie samemu. Zanim
ktoś pomyśli, że się wymądrzam od razu mówię, że nad doświadczeniem (nawet tak
mikrym jak niżej podpisanego) górować powinna pokora. Sam nawet na Klimczok
zabieram mapę i przewodnik. O tym jak bardzo mogą się przydać opowiem przy
okazji wspominania wycieczki dziewiętnastej już wkrótce.
Tymczasem
pora na mnie. Błotnistą ścieżką ruszam wzdłuż lasu w stronę Wierchu Wisełka (1192 m n.p.m.) i stamtąd
mijając po lewej znany mi z jesieni szlak czarny do Kamesznicy kieruję się w
stronę schroniska na Przysłopie. Na
tym odcinku trasa jest, jeśli tak mogę powiedzieć trójkolorowa. Kolor niebieski
prowadzi przez Karolówkę, Koniaków i
Sołowy Wierch do Zwardonia (na odcinku od Karolówki jest to część mojej
wycieczki trzynastej), czerwony przez Stecówkę na Kubalonkę (a potem dalej na
Stożek, Czantorię, Równicę i do Ustronia), zaś zielony do Istebnej i na Kiczory.
Chwilowo jednak jak wspomniałem wszystkie wiodą na Przysłop.
I
cóż, widoków stąd nie ma w zasadzie żadnych. Najpierw las, potem polanka i znów
las. Ścieżka prawie cały czas mocno oblodzona a dookoła między drzewami śnieżne
łaty. Kilka razy na trasie pojawia się charakterystyczny dla tej góry obrazek,
czyli pnie drzew ułożone jako chodnik. Poza tym drzewa, drzewa, drzewa. I lód,
i śnieg, i kamienie. Wreszcie szlak mocniej się obniża, a lód zamienia najpierw
w wodę, a potem znika całkowicie. Przede mną opadająca w lewo polana Przysłop (880 - 995m n.p.m. Niektórzy używają nazwy Przysłup).
Niezmiernie
ciekawi mnie schronisko, o którym tyle słyszałem, a którego nigdy jeszcze nie
widziałem „własnoocznie”. Wieści głoszą, że jest brzydkie i w tej brzydkości
konkurować może jedynie ze schroniskiem na Skrzycznem, które znam i które może
nie jest ładne, ale jakoś szczególnie mojego poczucia estetyki nie razi. No to
uwaga… Trzy, dwa, jeden. Taaadaaam!!!
Blok.
Normalny dom wczasowy z lat 70 lub 80 XX wieku. Na pewno nie jest nieurodziwy,
po prostu postawiono go nie na miejscu. Byłem przygotowany na coś znacznie
gorszego. Być może jednak ktoś, kto zobaczył np. „dwór” Skibówki albo hotel
Gołębiewski (i nadal żyje) jest uodporniony na pośledniejszą brzydotę. Tak to sobie wykoncypowałem.
Szlak
zielony i niebieski skręcają od drogowskazów przy schronisku w lewo, a czerwony (dający nieco
niżej możliwość zejścia czarnym w okolice Zameczku) wiedzie prosto. A wiec
zmiana koloru. Od teraz zielony. Idę wzdłuż balkonów, przyglądam się otoczeniu, ignoruję, a przynajmniej staram się stworzyć takie wrażenie,
przyglądającego mi się także spod tarasu ogromnego wilka rasy pies czy może
odwrotnie i spostrzegam na swojej drodze coś naprawdę pięknego (nie, nie swoje
odbicie w lustrze). Muzeum Turystyki Górskiej
(oficjalna nazwa: Baraniogórski Ośrodek Kultury Turystyki Górskiej PTTK
"U Źródeł Wisły" na Przysłopie) funkcjonujące w dawnym budynku
gospodarczym jeszcze dawniejszego schroniska. I wbrew temu opisowi
nie jest to jakaś byle szopa, o nie. Piękny dom, bardziej może wiejski niż
górski, ale i górski w stopniu wystarczającym. Inicjatorem założenia tu takiej
placówki był znany działacz turystyczny Edward Moskała. Muzeum działa od 1994
roku niestety tylko w weekendy i to od maja do października.
Cóż, mówi się
trudno i idzie się dalej. Dalej, czyli na wprost w las i zaraz w nim stromo w
dół w prawo, a potem w lewo mostkiem przez… no tak! Czarną Wisełkę. Czyli mam komplet. Przy poprzedniej wycieczce
widziałem Białą, teraz Czarną. Parytety są zachowane.
Zaraz
za rzeką, czy może tutaj bardziej strumieniem szlak znów zmienia kierunek.
Bardzo łagodną drogą wiedzie w prawo. Tutaj po lewej stronie warto przyjrzeć
się krzyżowi z datą 1864 i raczej młodszej od niego acz niemniej interesującej kamiennej
kapliczce, którą został obudowany.
Spodziewałem
się teraz, jeśli mam być szczery, jakichś stromizn i kamieni, a tu proszę, mam
pod nogami prawie że wiejską drogę, płaską zresztą nomen omen jak deska i do
tego wiodącą skrajem przepięknej doliny, której drugą stroną schodzi szlak
czerwony. Za plecami widać jeszcze Przysłop, a przede mną kolejna połać lasu,
za którą niespodzianie dostrzegam znajomy drogowskaz i… Karolówkę (931 m n.p.m.). Doprawdy, trudno uwierzyć, że to aż tak
blisko.
Karolówka
w przewodnikach opisywana jest z reguły, jako węzeł szlaków. Spójrzmy zatem
jakież je tu mamy do wyboru. Patrząc zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek
zegara pierwszy jest żółty do Kamesznicy, chwilowo w tym samym kierunku
niebieski do Zwardonia, na wprost zielony do Istebnej i po prawej czarny
łącznik do czerwonego z Baraniej. Ja postanawiam trzymać się zielonego i ruszam
na wprost. Ścieżka łagodnie obniża się wiodąc piękną łąką z widokiem na Gańczorkę
i Ochodzitą i już, już wydaje mi się, że będzie to trwało może godzinę, może
półtorej, gdy po niecałym kwadransie okazuje się, że stoję na asfalcie w
Istebnej! A przecież według drogowskazu trasy zostało mi na dwie godziny! No i
w tychże dwóch godzinach tkwi sekret. Miejsce, w którym się znajduję, to
przysiółek Istebnej – Pietraszonka (słynne
studenckie schronisko - Chatka AKT po lewej, szlak skręca w
prawo), a od niego jeszcze długo, bardzo
długo maszerować już będę do centrum drogą. Zdegustowanych tym faktem uprzedzam od
razu, że innej możliwości nie ma. Ewentualnie można wrócić na Karolówkę i zejść
żółtym do Kamesznicy, ta trasa ma tylko 50 minut.
Asfalt
to nie brzmi dobrze, prawda? Prawda. Czego więc spodziewać się należy dookoła?
Wspaniałych panoram, rozległych łąk i pól, z rzadka rozsianych gospodarstw i na
szczęście jeszcze zupełnie autentycznej wsi. W zestawie kundelki szarpiące
nogawki przechodniom, zapachy made in
obora i koty wylegujące się na drodze. Summa summarum ciekawie.
Zresztą
zabudowania wkrótce się kończą a droga prowadzi cichą pół leśną okolicą łukiem
w lewo aż do rozstaju, na którym z prawej dochodzi inna – wiodąca od Stecówki
(tam szlak czerwony Barania Góra – Kubalonka). Kolor zielony zaś wiedzie nadal
prosto pomiędzy kolejnymi gospodarstwami. Warto w tym miejscu przyjrzeć się ciekawej
przydomowej kapliczce, którą mijać będziemy po lewej
stronie. Okolica nadal średnio zaludniona, wokół spokój, ruch samochodowy
praktycznie żaden, a widoki bliższe i dalsze wciąż atrakcyjne.
Wreszcie trasa skręca
w prawo i mijając pierwszy dziś od Węgierskiej Górki sklepik spożywczy dociera
do Istebnej Zaolzia (po prawej OSP,
na wprost kolejny sklep). Stąd wiedzie w lewo przez las do dawnego schroniska Zaolzianka. I tutaj takie sobie spostrzeżenie poza konkursem. Nie
każdy lubi po górach chodzić, ale prawie każdy uznaje je za ładne, ciekawe, inspirujące.
Tylko czy byłyby takimi gdybyśmy mieli je na co dzień? I nie o przyzwyczajenie mi
chodzi. O codzienność, tą najbardziej szarą z szarych. W lesie mija mnie może trzynastoletnia
dziewczyna. Najprawdopodobniej sądząc po plecaku wracająca ze szkoły. Wlecze
się noga za nogą pod dosyć stromą tu górę. Nie wygląda na zachwyconą delikatnie
rzecz ujmując. A w zimie? Maszerować tędy do i ze szkoły, pracy, sklepu? Dzień w
dzień?
Oj,
nie. Chyba bym nie chciał. A Państwo?
Na
pociechę jest PKS. Już na dole, przy wspomnianym nieczynnym schronisku. Kilka
kursów dziennie, ale jeśli się dopasować… Albo dojechać tu z Istebnej, aby
dopiero rozpocząć trasę? No to już jest coś. Oczywiście jak uczy mnie
doświadczenie na autobus o tej porze (jest prawie 16:30) nie
mam co liczyć, pozostaje mi marsz asfaltem wzdłuż Olzy wespół ze szlakiem żółtym z Koniakowa, który tu właśnie do
mnie dołączył, a odejdzie w kierunku Kawulonki za około 30 minut.
Droga
prowadzi już teraz prosto do przystanku Istebna
Tartak. Po lewej rzeka, a na niej wielokolorowe kaczki, po prawej raz
rzadki las, raz znów łąki i coraz więcej zabudowań. Po siedemnastej docieram do
celu. Przeszedłem 22,9 kilometra w około 8 ½ godziny.
A te
sto metrów to innym razem.
ZAMIAST EPILOGU
Dwie godziny później - dworzec PKP Wisła Uzdrowisko
Kierowca
busa do mnie: Czy może pan podnieść nogi?
Podnoszę.
Przekleństwo.
Do
sąsiadów na drugim siedzeniu: Czy mogą państwo też? Dziękuję.
Jeszcze
gorsze przekleństwo.
Chwila
ciszy i wreszcie: No ukradli mi! Dowód, prawo jazdy, dowód rejestracyjny,
wszystko! Tu, tu była torba! Ukradli! Ja wiem kto tu siedział!
I
cóż. Jak na prawdziwego globtrotera przystało jadę oto do Katowic w busie
prowadzonym z szaloną szybkością przez rzucającego całą drogę najgorsze inwektywy
do telefonu kierowcę bez absolutnie żadnego dokumentu…
Tony
Halik nie takie rzeczy przetrzymał.
Kliknij!

Punkty do wyszukania na mapie: Węgierska Górka, fort „Waligóra”,
Glinne, Hala Radziechowska, Magurka Radziechowska, Magurka Wiślańska, Barania Góra, Przysłop,
Karolówka, Istebna.
Stopień trudności: Wysoki. Trasa bardzo długa.
Up& Down: Od dworca kolejowego równo, od Mostu
Zakochanych stale wznosząco, miejscami bardziej stromo aż do Glinnego, dalej w
dół i znów do góry na Halę Radziechowską, potem wznosząco do Magurki
Radziechowskiej, dalej do Wiślańskiej raczej płasko, zejście w dół na przełęcz
i podejście na Baranią Górę strome. Od szczytu do Wyrchu Wisełka lekko w dół,
podobnie, choć miejscami ostrzej do Przysłopu, krótkie zejście i do Karolówki szlak
bardzo łatwy, znów krótko w dół łąką do Pietraszonki i dalej już do końca
bardzo łagodnie w dół asfaltową drogą.
Atrakcje widokowe: Most Zakochanych i widoki z niego,
panorama z punktu widokowego ponad mostem, fort „Waligóra”, charakterystyczny
zakręt przy podejściu na Glinne i potem do szczytu Baraniej właściwie wszystko.
Fragmenty trasy z Pietraszonki.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Węgierskiej
Górce i Istebnej. Schronisko na Przysłopie, Chatka AKT w Pietraszonce.
Komunikacja: Do Węgierskiej Górki dojazd koleją lub
autobusami, z Istebnej połączenia autobusowe do Wisły (tu kolej), Ustronia,
Skoczowa i Cieszyna.
Opis marszruty: Z Węgierskiej Górki aż do Przysłopu szlak
czerwony (GSB), od schroniska do centrum Istebnej szlak zielony.
Odległość: 22,9 km. Mój czas przejścia (po odliczeniu
postojów) około 8 godzin i 30 minut.
Opinia: Trasa bardzo długa, męcząca, choć bez trudności orientacyjnych.
Nie polecana przy zalegającym śniegu.
Możliwości zmian: 1. Start z Węgierskiej Górki kolorem
zielonym i przejście do czerwonego przy forcie lub na Glinnem, 2. Zejście z
Przysłopu kolorem czerwonym np. na Kubalonkę lub czerwonym i czarnym do Wisły
przy Zameczku, 3. Zejście z Karolówki szlakiem żółtym do Kamesznicy.
Film w wersji tradycyjnej (czyli teledyskowej)
Film z komentarzem moim, czyli autora ;)
*- Małe wyjaśnienie a propos zakończenia drugiego filmu. Wbrew pozorom wszystko się zgadza, jak napisałem wracałem do Katowic busem, ale czekając nań sfilmowałem sobie pociąg ;))