-...
piątek, 6 maja 2011
Pan kotek był goły...
Zacznę nietypowo, albowiem z ręką na sercu przyznam, że w dzisiejszej historii moje pretensje są nie do końca pewne i bardziej nazwałbym je niesmakiem niż zarzutami, ale to już kwestia indywidualnej oceny. Może zatem o sprawie.
Zapisałem się na wizytę do specjalisty. Jak na polskie warunki nie czekałem nawet zbyt długo, bo ledwie tydzień. Gdy już mój czas nadszedł udałem się do przychodni i najnormalniej w świecie zarejestrowałem, a potem usiadłem przed gabinetem. Po kilkunastu minutach zostałem poproszony do środka. I tutaj zdziwienie. Pani doktor poinformowała mnie o ile też zmienił się cennik od mojej ostatniej wizyty…
-Ale ja… Ja chciałbym normalnie, na kasę.
-Oooo…. Nie…. No na kasę to ja mogę… ewentualnie… gdzieś tak… Czerwiec? Po dwudziestym?
-...
-...
Już. Koniec historii.
Oczywiście zgodziłem się na wizytę prywatną, zapłaciłem i (mam nadzieję) „zostałem uzdrowiony”, ale jakiś niesmak pozostał. Skąd? Jak? Dlaczego?
Proszę spojrzeć. Rejestruję się do przychodni mającej umowę z NFZ. Nie przychodzę tam w środku nocy, w święto, ani też nie wpycham się przed kolejkę. Najzwyczajniej, jak prawie każdy w dzisiejszych czasach zapisuję się telefonicznie. Do specjalisty, nie do lekarza pierwszego kontaktu, to fakt, ale jednak takie też (między innymi) moje prawo.
Nikt nie informuje mnie, że czekając tydzień, czekam na wizytę płatną. Nikt nie protestuje, gdy w rejestracji „melduję się” kartą chipową i nikt też nie widzi przeszkód, by na jej podstawie wydrukować mi recepty. Odsiaduję swoje w kolejce, wchodzę do gabinetu i tam dopiero słyszę, że albo tu jestem i płacę albo do widzenia za półtora miesiąca.
Czy ja jestem przewrażliwiony czy to jednak jest nie fair?
Kto będąc chorym i stojąc w gabinecie lekarza zgodzi się wyjść i wrócić za kilka tygodni?
Przecież to absurd! Wiadomo, że nikt.
Czy to chodzi o pieniądze? Też, ale nie tylko.
O zasady chodzi, Szanowni Państwo.
Jak zawsze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.
Czasami mi się zdaje, że faktycznie jesteś przewrażliwiony :)
OdpowiedzUsuńAle ten przypadek jest zupełnie NIE w porządku. Najzwyczajniejszy brak uczciwości w obejściu z człowiekiem.
Mam pewne podejrzenia - skoro legitymowałeś się kartą czipową - że zgarnęli kasę podwójnie: od Ciebie i NFZ-u.
OdpowiedzUsuńAle nikt nie jest w stanie im tego udowodnić. Następnym razem nie zrób z siebie łosia.
Pozdrawiam serdecznie. :)
@Rotek:
OdpowiedzUsuńHa! Całkowicie zdaję sobie sprawę, że poprzez wydźwięk niektórych postów kreuję się tutaj na starego zrzędę, co to w spożywczym najpierw sprawdza daty ważności, a potem terminy badań okresowych pań sprzedawczyń, ale to złudzenie, wierz mi.
A poza tym gdy spotykam w urzędzie, sklepie czy gdziekolwiek kogoś, kto robi coś dobrze, uczciwie, ponad normę, to zawsze doceniam to i również staram się przekazać dalej.
W pewnym wieku uświadomiłem sobie po prostu, że nie ma żadnych powodów, aby bezkrytycznie akceptować wokół siebie np. chamstwo, kombinowanie czy głupotę.
@Akemi: Łosia, powiadasz? Czekaj, Ty... :))
Nie wiem. Może zgarnęli, ale to oznaczałoby co? Podwójne zapisanie jednej wizyty?
Przecież tą prywatną muszą mieć i w kasie i w mojej kartotece, więc gdzie tu "dorobić" państwową? Chyba, że nikt tego rzeczywiście nie sprawdza...
Wierz mi, wierzę Ci :)
OdpowiedzUsuńPowiem Ci tylko, że nie można wymagać od prywatnego pacjenta dowodu ubezpieczenia, a przecież karta czipowa jest czymś takim. Istnieje zatem podejrzenie, że p. doktor skasowała Cię prywatnie, a Twój pesel pognał do NFZ-u po kasę dla przychodni.
OdpowiedzUsuńPoważnie.
Ps. Łosie są bardzo fajnymi zwierzakami. A jak świetnie pływają! :)
Łosie są fajne, racja. A już łosie płacące, to absolutnie...
OdpowiedzUsuńKurcze, może by tak mały donosik do NFZ-tu?
To, że się płaci za wizytę nie dziwi, ale żeby tak trochę podstępem do tego doprowadzając, to budzi niesmak. Terminy obłędne. Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńAch! To że się płaci to pikuś. Po prostu trzeba potem chlebek cieniej smarować i da się wyżyć ;D
OdpowiedzUsuńAle kurcze nie rozumiem dlaczego tak kochamy kombinować, oszukiwać, naciągać, skoro tak jednocześnie pragniemy szczerości...
Pozdrawiam takoż samoż oczywistosz :)
Rozumiem - kasa, czyli to co w czasach obecnych najbardziej psuje człowieka i relacje międzyludzie, ale mogliby chociaż zachować granicę ludzkiej przyzwoitości. Nie przesadzasz Portier, zgadzam się z Tobą zdecydowanie. I potem uwierz w to, że lekarz to funkcja powołana do pracy na rzecz człowieka, do której powinno podchodzić się z sercem. Jestem zniesmaczona..
OdpowiedzUsuńPatka
Ja także jestem zniesmaczony, ale przyznasz, że sprytnie to sobie wymyślili. Jesteś chora, stoisz w gabinecie i zrezygnuj teraz dla tych kilkudziesięciu złotych w kieszeni...
OdpowiedzUsuńMachasz ręką i płacisz. No przynajmniej ja zapłaciłem. Smutne to, nie da się ukryć.
A powiedz mi, zwróciłeś im chociaż na to uwagę?
OdpowiedzUsuńJak wyżej: Do wizyty "na kasę" jest dłuższa kolejka, a na taką jak odczekałem plus odstałem (tygodniową plus minus) może być tylko prywatnie.
OdpowiedzUsuńI tu dodam bez bicia, że w moim odczuciu było to tylko nie fair, dopiero Akemi uświadomiła mi, że być może przychodnia zarobiła kasę z NFZ za nic...
Nie wykluczam, że do tegoż NFZ-u napiszę z prośbą o sprawdzenie całej sprawy.
Cóż specjaliści nie od dziś mają obłędnie dalekie terminy przyjęć...tygodniowy termin oczekiwania...to już na pierwszy rzut oka było podejrzane zdaje się że ten TWÓJ specjalista ma elegancki kontakt z personelem przychodni...niesmaczna,ale zdaje się kwitnąca współpraca ...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę zdrowia :)
No właśnie różnie z tym bywa. Zależy od przychodni. Zdarzało mi się że np. kardiolog był w ten sam dzień, USG do trzech dni, EKG wysiłkowe do tygodnia, okulista - na bieżąco. Wszystko na kasę.
OdpowiedzUsuńI teraz jak się ma TAKIE doświadczenia, to akurat termin tygodniowy wcale nie kojarzy się z wizytą prywatną. Poza tym jednak powinni uprzedzać, bo moim zdaniem nadal jednak standardem jest NFZ nie własna kieszeń.
Pozdrawiam
Powinieneś odpowiedzieć pani doktór coś w stylu:
OdpowiedzUsuń- Nikt mi przy rejestracji nie mówił, że będę musiał za tę wizytę zapłacić. To jak? Przyjmie mnie pani doktor jak jestem, czy robimy zadymę?
Żeby tak odpowiedzieć musiałbym być chory...
OdpowiedzUsuńPardon!
ZDROWY! ;)
A że nie byłem, więc zapłaciłem.
A może by gdzieś o tym napisać..? I nie mam na myśli bloga. Przecież to kant, aż miło...
OdpowiedzUsuńJak wspomniałem wyżej zastanawiam się nad skargą do NFZ. Z tym że nadal nie odbieram tego w stu procentach jako kant na mnie, a raczej na budżecie państwa. Argumentację o konieczności odstania swego w kolejce mogę zrozumieć, natomiast już to że nikt nie raczył jasno mnie poinformować PRZED wizytą o jej statusie jest co najmniej irytujące.
OdpowiedzUsuńPrzecież nie musisz od razu skargi pisać,ale podpytać i sprawdzić :) ...
OdpowiedzUsuńCzary mary: Oczywiście że nie muszę, ale mogę np. zadzwonić do funduszu i zapytać jakie jest ich spojrzenie, ale z całą pewnością gdyby okazało się, że również mają podejrzenia, nie zawaham się złożyć oficjalnej skargi.
OdpowiedzUsuńJak to ja ;)