Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


czwartek, 13 listopada 2014

Nieoczekiwana zmiana miejsc


 
WYCIECZKA DWUDZIESTA PIERWSZA
WĘGIERSKA GÓRKA - GLINNE - MAGURKA WIŚLAŃSKA - GAWLASI - CIENKÓW

 
Po powrocie z wycieczki dwudziestej stanąłem przed koniecznością wyboru, jakiego jeszcze kilka dni wcześniej bym się nie spodziewał. Oto miałem z jednej strony przygotowane od tygodni, rozrysowane, wyliczone w metrach, kilometrach i złotówkach kolejne trasy, z których kilka wykraczało wreszcie dość odważnie poza Beskid Śląski a jedna chyba tylko miała mniej niż 20 km, a z drugiej konstatację, że w towarzystwie Agaty, króciutka przecież, znana mi już i należąca do średnich, jeśli chodzi o widoki wędrówka (miało być pół na pół – i ładnie i niezbyt trudno) okazała się po prostu dobrą zabawą od pierwszej do ostatniej minuty. I to mimo zabójczego przecież ponad trzydziestostopniowego upału.

A skoro tak, to postanowiłem przyjąć wyżej wspominaną Agatę do mojej bandy i ruszać dalej w świat.

-To gdzie tam jest najładniej według ciebie? - zapytała mnie któregoś dnia.
-Myślę, że na Baraniej Górze i w jej okolicach.
-To idziemy na Baranią Górę!
-Ale…
-Żadne ale, idziemy.

Jest czwarty lipca, szósta czterdzieści siedem. To pierwsze zdjęcie. Nieczynny dworzec w Węgierskiej Górce. Właśnie odjechał przyjemnie klimatyzowany Elf, a dookoła nas, mimo wczesnej pory coraz mocniej przygrzewa słoneczko.


Który to już raz ta Węgierska Górka? Najpierw oglądałem ją jadąc aż na granicę – do Zwardonia latem 2013 roku, potem już jesienią, w październiku, ruszałem stąd na Fajkówkę i dalej na Baranią Górę, wreszcie w połowie marca 2014 przecierałem zaśnieżony jeszcze miejscami szlak czerwony przez Glinne, ten sam, którym i my za chwilę pomaszerujemy. Ciekawe jak też wygląda latem odcinek, na którym niżej podpisany między Magurką Wiślańską a Baranią właśnie „maszerował” na czworaka trzymając się… śniegu.

Ruszamy! Dla przypomnienia słów może kilka o trasie. Przechodzimy obok dworca po jego lewej patrząc od peronów stronie i lekkim łukiem (to ulica Kolejowa) dochodzimy obok słynnej odlewni żeliwa do skwerku z przystankiem autobusowym, pomnikiem Jana Pawła II i charakterystycznymi rzeźbami po drugiej stronie poprzecznie przebiegającej ruchliwej drogi (ul. Zielona). Dokładnie za przejściem dla pieszych stoi drogowskaz. W lewo zielony na Fajkówkę, w prawo czerwony na Baranią. Uprzedzając pytanie. Zarówno stopień trudności jak i atrakcyjności jest zbliżony, a cechą szczególną obu tras jest to, że są bardziej długie niż strome, choć i stromości się na nich spotyka.

Agata jako „zwierzę miejskie” (jak w starym dowcipie chciała, żebym zabrał w słoiku trochę spalin z Katowic żeby ją ocucić w górach) obfotografowuje domy, sklepy i urzędy, a ja pozując na starego wygę (bardziej to pierwsze niż to drugie) w swoim przynajmniej przekonaniu fachowo objaśniam gdzie i co wycieczka aktualnie ogląda. A więc Aleja Zbójników, Urząd Gminy, parking za nim i… uwaga, to ważne miejsce, tu właśnie, zaraz po minięciu parkingu, skręcić należy niepozornym chodniczkiem obniżającym się lekko w lewo. 

Dawniej, jak już kiedyś opowiadałem szlak wiódł prosto do mostu drogowego i dopiero za nim skręcał na Trakt Cesarski, teraz jednak dochodzi doń przez tzw. Most Zakochanych, który jest przeznaczony tylko dla ruchu pieszego. Najkrótszy opis przebiegu szlaku czerwonego brzmiałby tutaj tak: od drogowskazu na ulicy Zielonej zaczynamy „rysować” ogromną jedynkę, której ramię doprowadza nas do rzeki. Po drodze zaś warto przyjrzeć się zarówno dobrze już stąd widocznym górom w dali, jak i bardzo nowocześnie zagospodarowanym terenom Bulwarów nad Sołą, przez które przechodzimy, a może i nawet przysiąść na którejś z licznych ławeczek. My na przykład przysiedliśmy bardziej wirtualnie, bo z wrażenia, na widok czegoś małego, białego i czworonożnego, co przybiegło nie wiadomo skąd i niczym słynny kot-przytulak z Orłowej (polecam – zwierzak mieszka na szlaku z Równicy na Trzy Kopce Wiślańskie!) zażądało głaskania. A okazało się przeuroczym puchatym pieskiem towarzyszącym tu jakiejś grupie prawdopodobnie kolonistów. Piesek ten jednak jak sądzę nie należy do stałego elementu trasy, wobec czego jego braku proszę nie uznawać za dowód pobłądzenia. Jeśli ulica Zielona jest za plecami, a Soła przed oczami, to wszystko idzie w dobrym kierunku. A propos kierunek – chodnikiem wzdłuż rzeki udajemy się w prawo, w stronę widocznego a przepięknego z każdej odległości mostu.

 
Zarówno tym jak i drugim brzegiem w kilka minut można też udając się w lewo dotrzeć do szlaku zielonego (most Junaków), zaś następna taka możliwość to szczyt Glinnego, bo tam z kolei napotkamy ścieżkę prowadzącą na Czerwieńską Grapę. Jeśli ktoś ma ochotę poeksperymentować – proszę bardzo - można mieszać.

Robi się coraz cieplej, więc zatrzymujemy się na chwilę nad wodą, a potem po obfotografowaniu okolicy i przegryzieniu czegoś słodkiego ruszamy przez Most Zakochanych ku „cysorce” (przepraszam, ale takie zdanie budzi u mnie dziwne skojarzenia przyczynowo skutkowe), czyli Traktowi Cesarskiemu. I tutaj znów w lewo i zarazem po raz pierwszy „oficjalnie” pod górę. Piszę „oficjalnie”, ponieważ pierwsze wzniesienie terenu to… taras widokowy zaraz za, a raczej powyżej mostu. Jeśli się nie ma kondycji można tu zawsze zagrać wielkiego estetę i przysiąść, aby nacieszyć oczy widokami a przy okazji nie dostać zawału. My stajemy tu również dla zrobienia zdjęć z gatunku „każdy, zawsze” i prawie zaraz pochrupując sucharami ruszamy dalej w kierunku fortu Waligóra, do którego jednak, o czym proszę pamiętać, szlak oficjalnie nie prowadzi – trzeba zejść nieco w dół nieznakowaną ścieżką tuż przed miejscem, gdzie nasza trasa zakręca łagodnie w prawo.

Agata pędzi więc zdigitalizować w swoim wielkomiejskim zachwycie każdy metr sześcienny żelbetu, a ja uspokajam oddech, bo choć jak pamiętam z mojej marcowej tu bytności, chwilę za zakrętem skończyła mi się czekolada, a to znaczy, że było naprawdę ciężko, to jednak dziś dochodzi jeszcze tropikalna temperatura, której mocny przedsmak mimo wczesnej pory już mamy.

Szlak wznosi się nieprzerwanie i wiodąc nad coraz głębszą doliną (w kategoriach beskidzkich – przepaścią nawet momentami) doprowadza nas do sympatycznej kapliczki na drzewie i ostatnich zabudowań w otoczonym zielenią i czarującymi widokami siodle.

-Ale pięknie… - słyszę przy akompaniamencie trzaskania migawki. Uśmiecham się.
-No widzisz. Mówiłem.


Polanka, lekkie obniżenie i po chwili znów idziemy pod górę. Najpierw mając po lewej prawie zaraz za przysiółkiem majestatyczne skały, z których wiosną przyglądał mi się kozioł, a po prawej dolinę i buchające nieskażoną zielonością góry, ale już wkrótce po prostu lasem, coraz węższą ścieżynką przedzierając się przez kolejne powalone drzewa. Drogę utrudniają nam gałęzie, kamienie, drobne strumyki, czasem błoto. Wreszcie docieramy do śródleśnej drogi i tu bardziej z przymusu niż z wyboru postanawiamy na chwilę przystanąć. I robi nam się podwójnie dziwnie, bo oto najpierw mija nas para może dwudziestokilkulatków z małą, ale bardzo dzielnie maszerującą pociechą, a minutę po nich… TIR z ogromną naczepą. Mina kierowcy wskazuje, co myśli o ludziach, którzy urządzili sobie biwak tuż przy drodze. Nie wiem czy kurz pozwala mu jednak dostrzec, co my myślimy o ciężarówkach w górach…

No właśnie. Jesteśmy na szlaku czerwonym. Niby nic takiego, ale to Główny Szlak Beskidzki, podobno duma naszego kraju ciągnąca się aż daleko w Bieszczady, więc jednak coś więcej niż jakaś tam ścieżka od stacji do schroniska. I wyobraźmy sobie, że chcąc pokazać zagranicznemu turyście piękno polskich gór zabieramy go na spacer, żeby wysoko na trasie napotkać PĘDZĄCĄ CIĘŻARÓWKĘ!  Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, niech wie, że jest to tak niewyobrażalnie żenujące i głupie, że aż smutne.

Solidarnie dzieląc się żelkami ruszamy w ślad za raźno maszerującą rodzinką teraz już jakby łagodniej się wznoszącą ścieżką by po chwili napotkać… kolejny samochód. Tym razem już wprost na szlaku. Mniejszy co prawda, ale jednak. Skąd on tutaj? Ano starczy się zatrzymać, wsłuchać i w moment wszystko staje się jasne. Mały dostawczak to zaplecze ekipy, która wysoko na stoku ścina drzewa. Pnie ściągają do drogi konie, na szczęście dla przyrody, na nieszczęście dla nich samych, bo jest tam naprawdę bardzo stromo, ciężarówką zaś zwozi się to po pewnie załadowaniu jakimś dźwigiem w dół do miasteczka.

Skręcamy błotnistym traktem w prawo i wreszcie docieramy do czegoś naturalnego - kilku cudownie szumiących źródełek tuż przy szlaku a nieco wyżej za nimi polany z widokiem na Beskid Żywiecki i Węgierską Górkę daleko już w dole pod nami…  To jedno z najpiękniejszych miejsc naszej wycieczki, ale i w ogóle jedna z lepszych panoram w Beskidzie Śląskim. Oddychamy głęboko i cała złość znika tak samo szybko jak się pojawiła. Tu przynajmniej te góry są nadal takie, jakimi były i być powinny.


Trasa zakręca, a wręcz zawraca tu bardzo ostro w lewo i przypominam sobie jak to święcie byłem przekonany kilka miesięcy temu, że góra, którą widzę dochodząc do tego punktu od źródełek jest już Magurką… 
A gdzie tam do niej!

Chwila lasu i ponownie przechodzimy przez wysypaną kamieniem drogę. Tuż przed nią po lewej napotykamy ukrytą w cieniu i przykurzoną nieco kapliczkę a zaraz potem wszystko cichnie wreszcie i znika. Teraz już tylko góry.

Przyglądam się badawczo jak też moja towarzyszka znosi trudy marszu i widzę, że coraz częściej nadrabia miną. Upał też robi swoje. Pora najwyższa na prawdziwą przerwę, ale najpierw jeszcze strome i tatrzańsko kamieniste podejście na Glinne osłodzone tylko przepięknymi widokami po lewej. Las kończy się tu nagle jak ucięty nożem i oto przed sobą widzimy już Baranią, Magurki, Skrzyczne i nawet Jezioro Żywieckie. Z prawej zaś mijamy niepozorną ścieżynkę na Czerwieńską Grapę, czyli ostatnią, a wspomnianą już wcześniej szansę przesiadki na szlak zielony.
 
 
Oto więc Glinne. Zdobyte i pokonane. W moim przypadku po raz drugi.
 
Decydujemy się zrobić przerwę śniadaniową w dolince między Glinnem a Magurką, bo tylko tam jest jakaś szansa na schronienie w cieniu, choć niewielka raczej jak się później okazuje. Przysiadamy na kilkanaście minut i jemy w milczeniu. Czuję, że za chwilę usłyszę coś, czego usłyszeć nie chcę, ale…
 
-Szukaj jakiejś krótszej trasy, bo ja chyba nie dam rady.
Aha.
 
Cóż, muszę tu napisać słowa, które może przydadzą się kiedyś kolejnym turystom dopiero zaczynającym swoją przygodę z „małymi górkami”. Kryzys, jaki przydarzył się mojej towarzyszce jest dokładnie takim samym, jaki ja przeżywałem na żółtym szlaku od zapory Mościckiego na Szyndzielnię jesienią 2011 roku, zresztą mnie złapało wtedy dużo mocniej, i też jak Agata sam się o to prosiłem wybierając za trudną jak na swoją kondycję, czy może bardziej obeznanie z chodzeniem po górach trasę.  
 
Czymże więc jest to obeznanie? Zbiorem wielu różnych prawd małych i dużych. Na przykład takich, że przez góry nie chodzi się miejskim dynamicznym krokiem, a dużo spokojniej (co nie zawsze oznacza wprost – wolniej), że utracone na jakimś podejściu siły szybko się regenerują, nie do stu procent co prawda, ale do osiemdziesięciu, potem siedemdziesięciu pięciu i tak dalej, że trzeba robić przerwy nie tylko te poważne, jedzeniowo wypoczynkowe, ale także mniejsze, te zwykłe, na złapanie oddechu, napicie się, czasem po prostu zatrzymanie. Bo to przecież wycieczka, nie bieg za autobusem, prawda?
 
Nie, nie wymądrzam się. Pamiętam po prostu jak stałem wtedy sam w lesie, miałem zawroty głowy, robiło mi się słabo i bałem się, że gdzieś tam runę pomiędzy drzewa. Ale właśnie dlatego potem do takich a nie innych wniosków nomen omen doszedłem.
 
Mijając grupę młodych ludzi, którzy także postanowili odpocząć sobie kilkadziesiąt metrów za nami docieramy krótkim stromym podejściem na Magurkę. A Magurek jak wiadomo jest w górach jak Kowalskich i Nowaków na nizinach – multum i jeszcze trochę. Ta tutaj należy do tych mniej znanych, zwłaszcza w porównaniu do swoich bliskich kuzynek – Radziechowskiej i Wiślańskiej jak i do dalszej rodziny – Magurki Wilkowickiej w Beskidzie Małym i oczywiście „Big Mama”, czyli Magury leżącej tuż obok Klimczoka. Zresztą widoki z niej są tylko te sprzed chwili, właśnie przy podchodzeniu od Glinnego, potem jest las. Nic szczególnego. Za lasem za to cudowna jak zawsze, przeogromna i przewspaniała Hala Radziechowska, jeden z moich prywatnych siedmiu cudów Beskidu Śląskiego.
 
 
Co robimy? Cóż, rozwiązaniem najprostszym jest teraz zejście do Radziechów szlakiem niebieskim. Nie jest krótkie, chyba też momentami nie należy do najłatwiejszych, ale ma tę zaletę, że na już prowadzi w dół, a na dole ma… przystanek autobusowy z bezpośrednim połączeniem do Żywca. Widokowo zresztą też jest niczego sobie.

Stawiam sprawę otwarcie widząc po minie mojej towarzyszki, że zasada o wracających zawsze siłach jednak działa.
-Możemy zejść tędy do Radziechów, ale jeśli dasz radę proponuję iść tam – pokazuję palcem górkę niedaleko – to Magurka Radziechowska. Z niej możemy iść szlakiem zielonym do Ostrego koło Żywca i tam już mamy busy.
-Dobra, spróbujmy!

No to próbujemy. Jest o tyle łatwiej, że wysoko i bez większych wzniesień w pobliżu. Widoki i atmosfera tego miejsca też robią swoje. Niby się jest zmęczonym, ale chce jeszcze. Znam to.

Kolejne „Ale tu pięknie” w ustach Agaty brzmi dla mnie jak najwyższe wyróżnienie. No w końcu to ja „odkryłem” Halę Radziechowską dla świata, ha ha ha.

Szlak prowadzi nas łagodnie w lewo (tu wspaniały widok na daleką jeszcze Baranią Górę!) przez rozległe pastwiska, potem jednak zwraca się nagle w prawo i wznosząc pomiędzy coraz wyższymi zaroślami dociera wijącymi koleinami do… no właśnie, jeszcze nie szczytu, choć można tak pomyśleć. To tylko drogowskaz oznaczający punkt zetknięcia z kolorem zielonym. Przed nami oddzielone imponującą doliną Skrzyczne. Majestat w pełnej krasie.

-To tutaj. Jeśli chcesz, tędy możemy zejść do Ostrego.
-A co jest dalej na czerwonym?
-No… Najpiękniejsze widoki, zupełnie płaska, spacerowa trasa pomiędzy obiema Magurkami. Właściwie zaczyna się zaraz za tymi tam krzaczkami.
-To idziemy.

No tak. Z jednej strony o taką reakcję mi chodziło, z drugiej niepokoi mnie świadomość, że wybierając dalszy marsz pozbawiamy się jakiejkolwiek możliwości wcześniejszego zejścia (pomijając zejście z tego świata, czyli to które akurat pominąć bym wolał).

-Ale żebyś wiedziała, że to daleko…
-Dawaj, idziemy!
 

Ostatnie tęskne spojrzenie na schodzącą stromo ścieżkę zieloną i cóż, maszerujemy w lewo. Chwila dosłownie jeszcze pośród zarośli i nagle czuję się jak piłkarz wychodzący z tunelu na boisko. Ogarnia nas ogrom przestrzeni nieosiągalny w żadnym innym miejscu Beskidu Śląskiego poza może samym szczytem Baraniej. Ogarnia i aż przygniata zmysły. Dosłownie nie wiadomo, gdzie spojrzeć. Ale gdziekolwiek się spojrzy jest pięknie. Zwalniamy kroku. Strzelają migawki aparatów. Ponad nami pełne słońca niebo. To właśnie takie góry, jakie kocham. I jeszcze ta cienka ścieżka, którą idziemy. Ścieżka na której, co także uwielbiam, widzi się swoją przyszłość o jakąś godzinę do przodu…

Mijamy kopczyk kamieni oznaczający szczyt Magurki Radziechowskiej, bez tego prawie nieodczuwalny, bo wokół płasko jak na stole, potem kolejne wychodnie skalne i wreszcie na ostatnim odcinku przed Magurką Wiślańską przysiadamy pod jedną ze skał przypominającą daszek przystanku autobusowego, aby odpocząć chłonąc widoki na bardzo głęboką tu dolinę pomiędzy nami a Skrzycznem.

Według planu mamy iść teraz na Baranią a z niej na Przysłop i potem czarnym szlakiem pod Zamek Prezydenta. Ale to przecież jakieś trzy godziny lekko licząc. A jest już dobrze po trzynastej… Do tego zmęczenie… Hmm…

Co zrobiłbym sam? Pewnie jednak szedłbym dalej. Z przerwami, ale do końca. Nauczyłem się już odpowiednio rozkładać siły i jakoś wiem, gdzie i na co mogę sobie pozwolić. Ale nie jestem pewien czy mam prawo oczekiwać tego samego od Agaty…
-Tam gdzie ten płotek jest szczyt. Zrobimy porządną przerwę, zjemy coś i zerknę na mapę. Chyba mam pewien pomysł…

Idziemy. Ostatnie metry przed szczytem są coraz trudniejsze, ale mimo to gdyby nie ciut za szybkie tempo, jakie sobie narzuciliśmy (nazywam to „przegryzaniem się przez podejście” i bynajmniej nie pochwalam) nie odczuwałoby się go aż tak mocno. Ale skoro tam będzie jedzonko…

Jesteśmy! Magurka Wiślańska. Trochę jakby z bocznej drogi wjechać na autostradę. Odcinek pomiędzy Skrzycznem a Baranią o każdej porze roku jest zaludniony, więc nie dziwota, że i dziś, mimo upału ciągną tędy tłumnie wędrowcy.
Przysiadamy na spróchniałym pniu tuż pod drogowskazem i przyglądamy się im z minami wilków mor… yyy… górskich. Dominują dwa typy. Sportowy („adidaski”, czyli irytujące mnie do bólu metroseksualne buciki trekkingowe, dresy i saszetki na pasku) oraz spacerowy (biała koszula, markowe spodnie i ciemne okulary). Turystów plecakowych prawie nie widać. O ciupagach czy kosturach także można zapomnieć. Kijki. Wszędzie kijki. Kilka takich supermodnych zapewne, ale za to gustownie pokrzywionych już na szlaku spotkałem…

Nieważne.


Rozkładam mapę. Pierwsza myśl – Zielony Kopiec i przed Malinowską żółtym w prawo do Ostrego. No można. A coś innego? Gawlasi (wg. innych źródeł Gawlas – jedna z najtrudniejszych do odmiany nazw, jakie spotkałem. Wolę już bardziej powszechnie używane, np. Sałasz Dupne, ha ha ha. Jest coś takiego na żółtym z Kiczorów do Jaworzynki.) i stamtąd też żółty (inny) na Cienków i do Nowej Osady…
Ale, ale! Na Cienkowie jest przecież kolejka linowa!

Po krótkiej naradzie postanawiamy zmienić plany. Zdjęcia oddalonego stąd już tylko o godzinę drogi  szczytu Baraniej muszą nam wystarczyć. Schodzimy zielonym w kierunku Malinowskiej Skały. SCHODZIMY, to najważniejsze.

W każdej wycieczce przychodzi taki moment, który nazywam sobie po prostu „do domu”, taki w którym czasem może i jeszcze nawet kilka godzin marszu przed nami, ale jednak już na ostatnim odcinku dokądś. Teraz właśnie taki odcinek zaczynamy. Z każdym metrem niżej. Skalistą, ale szeroką i nawet wygodną drogą schodzimy z Magurki mijając kolejne mniejsze i większe grupy idące w przeciwnym kierunku.  Jest już lżej i jakby spokojniej. Jeśli zjedziemy kolejką, będzie to wręcz idealne zakończenie, choć i odcinek pieszy od Cienkowa do Nowej Osady nie jest jakoś szczególnie męczący czy długi. Będzie dobrze.
 

Po lewej towarzyszy nam teraz rezerwat Baraniej Góry a za nim Jezioro Czerniańskie i Zamek, a po prawej dolina zakończona w dali połyskującą w słońcu taflą Jeziora Żywieckiego. Przed nami Zielony Kopiec – szczyt, który darzę sporą sympatią z racji nietypowego nieco kształtu. Co to znaczy? Ano tyle tylko, że Zielony jest jak góra z dziecinnych rysunków – taki trójkąt. Wchodzi się nań i zaraz prawie schodzi. Zabawne. Ale gdyby ktoś się tam wybierał, to od razu uprzedzę, że podejście od Malinowskiej Skały jest dużo trudniejsze od tego z… no właśnie. Z Gawlasi? Z Gawlasa? Z Gawlasiów? Nie mam pojęcia jak to się pisze. Ale stamtąd.


A my na tym właśnie „niewymownym” szczycie odbijamy ze szlaku zielonego na żółty. Zanim to jednak nastąpi mijamy jeszcze po lewej grupkę, jakby to w zgodzie z poprawnością polityczną napisać, powiedzmy, że PATAFIANÓW. Osobnicy ci przy trzydziestostopniowym upale rozsiedli się w lesie i zrobili sobie grill party.  Na ognisku. A ognisko na igliwiu.
Dżizas Krajst! Bić i patrzeć czy równo puchnie! Wrrr…

Przy drogowskazie zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę ciesząc oczy i obiektywy panoramą przed nami i niepozorną ścieżką pomiędzy drzewami schodzimy w lewo w kierunku Cienkowa. Zejście to początkowo dość ostre łagodnieje zaraz i lekkim trawersem prowadzi nas w towarzystwie licznych strużek przecinających szlak w stronę lasu poprzez „pustynno podobne” zbocza. Z drugiej strony doliny spogląda na nas Barania Góra.
Tam mieliśmy dziś być… Hmm… Trochę żal. Może kiedy indziej się uda?

Zdjęcie. Zdjęcie, a może tylko obrazek wyryty w pamięci. Młoda dziewczyna myje twarz w ściekającym z górskiego zbocza strumyczku. Ufamy matce przyrodzie, choć tak wyrodnymi jej dziećmi bywamy…

I znów mrok lasu, chłód, wilgoć. Ale króciutko. Po lewej charakterystyczny korzeń w kształcie… głowy łosia, który zapamiętałem ze swojej poprzedniej tu bytności (to moja trasa Wisła Głębce – Skrzyczne z 2012 roku) i oto jesteśmy na „afgance” jak nazwałem sobie pylistą drogę, którą teraz już bardzo wygodnie maszerujemy przyglądając się widokom po drugiej stronie doliny.
Cóż to tam być może? Zapewne szlak czerwony. Zejście w kierunku Stecówki. A może niebieski? Raczej nie, niebieski powinien być dużo niżej. Zresztą nieważne. Tak czy siak jest pięknie. Tu u nas także. Łąki, pola i oto już kolejna leśna wyspa...


Na mapie (pozornie) i w mojej pamięci (tym bardziej) las ten „miał" do dziś może ze trzydzieści minut, w rzeczywistości jest jednak o wiele dłuższy do przejścia. Ale jest chłodno i to wystarcza by wytrzymać. Już niedaleko.
-Już niedaleko. Pewnie tam gdzie się rozjaśnia.
-Mówiłeś to ze trzy razy!
-Bo trzy razy się rozjaśniało! Nie wiem, długo coś…

Nareszcie jest! Najpierw łąka, pierwsze spojrzenie na zabudowania Wisły Malinki, potem dwa krótkie, ale bardzo strome zejścia i już niezaprzeczalnie, acz o wiele za późno według mnie - Cienków. Charakterystyczna wijąca się szczytem droga, ogromne pastwiska, nieliczne gospodarstwa i przeuroczy widok na Jezioro Czerniańskie. Oraz owce. Udało nam się natrafić nie tylko jak mnie samemu w 2012 roku na krowy, bo są i te, ale także, a może przede wszystkim na stado owieczek, które oczywiście zaraz ujmujemy fotograficznie na sto sposobów. Tym chętniej, że niektóre pozują wręcz wzorowo.



Zbliża się czternasta trzydzieści. Oboje mamy już dość. W nogach jakieś osiemnaście kilometrów, a do tego temperatura… Obojętnie prawie mijamy bar i całkiem sympatyczne ławki mając wzrok wbity tylko w widoczną od kilku minut w dali stację kolejki linowej. Jeśli się okaże, że nie jeździ…
-Jedzie! Jedzie!
O tak! Ile by nie kosztowało, wiem już, że pieszo nie pójdziemy. A że kosztuje sześć złotych od osoby, czyli darmo prawie, radość jest tym większa.
-Powrotne też sobie państwo życzą? - pyta kasjer.
-Nie! – odpowiadamy zgodnym chórem. Na dziś wystarczy.

Szwajcaria. Czekolada. Cisza. Jesteśmy z Agatą jedynymi pasażerami. Jeszcze klaśnięcie zatrzasku poręczy i oto już szybujemy wolniutko ponad łąkami. A dokoła jak okiem sięgnąć nikogo, tylko dzwoniące dzwoneczkami krowy spacerują gdzieś pod naszymi stopami.
Szszszszsz…. Szumi cisza. Dryń, dryń – odpowiadają jej dzwoneczki.

Góry, słońce, wolność.
Latawce, dmuchawce, wiatr...
 
 
***


EPILOG

 
Do Wisły Uzdrowiska dojechaliśmy w kilkanaście minut przyjemnie pustym autobusem i teraz liżąc lody kuśtykamy w popołudniowym słońcu w stronę dworca kolejowego, aby tam ze zdziwieniem stwierdzić…
-Koparka!
-Gdzie? Co?
-Na torach stoi koparka! Mieli coś naprawiać, ale nasz pociąg miał być pierwszym, który popołudniu pojedzie, a jak ma jechać, skoro jest jak jest?
-I co teraz?
Wyjmuję komórkę i z rozkładu spisuję numer infolinii Kolei Śląskich. Dzwonię. Cisza. A raczej melodyjka i informacja o zajętych wszystkich liniach. Ciekawe ile ich jest. Dwie, trzy?
Pięć minut i nic. A pociąg za niewiele ponad pół godziny!
-Dworzec! Dworzec bez kasy, bez informacji, bez ławek, bez ubikacji i bez pociągu! – rzucam wściekle. Gdyby Prezydent Mościcki tego dożył, toby to całe towarzystwo posłał na wakacje do Berezy!
 
Wyobrażając sobie przez moment, że jest naprawdę rok powiedzmy 1932 pukam stanowczo do budki dyżurnego ruchu.
Cisza.
Pukam jeszcze raz. Nic.
 
Za moimi plecami pojawia się nagle mężczyzna w rozpiętej szeroko koszuli i z jakimś garnuszkiem w dłoniach.
-Pan mnie szukał?
-Za pół godziny powinien tu być pociąg do Katowic, a na torach stoi koparka. Infolinia Kolei Śląskich nie działa, a tutaj nie ma żadnej informacji! Może mi pan to wyjaśnić?!
-Ach, no tak. Naprawa się przedłużyła. Będzie autobus. Ja tam zaraz przyjdę. Proszę poczekać przed budynkiem.
 
Rok trzydziesty drugi trwa. Punktualnie o wskazanej godzinie pod dworzec zajeżdża autokar, a mój pan kolejarz w przepisowej czapce (sic!) „odprawia go” jak należy przyglądając mi się z ukosa.
No!
 
Za to w Ustroniu Polanie czeka już na nas podstawiony zawczasu skład do Katowic. Tak samo swojsko brudny jak ten miesiąc wcześniej z Głębiec. Ale to już przeszkadza nam jakby mniej. Wracamy do domu!
 
Trzeba nabrać sił przed kolejną wyprawą.



 

4 lipca 2014

Trasa: Węgierska Górka PKP - Glinne - Magurka – Hala Radziechowska – Magurka Radziechowska - Magurka Wiślańska – Gawlasi - Cienków.

Punkty do wyszukania na mapie: Węgierska Górka, Glinne, Hala Radziechowska, Magurka Wiślańska, Barania Góra, Gawlasi, Cienków, Wisła Nowa Osada, Wisła Malinka.

Stopień trudności: średni.

Up & Down: Od dworca kolejowego równo, od Mostu Zakochanych stale wznosząco, miejscami bardziej stromo aż do Glinnego, dalej w dół i znów do góry na Magurkę, lekko opadająco do Hali Radziechowskiej, potem wznosząco do Magurki Radziechowskiej, dalej do Wiślańskiej raczej płasko, lekko wznoszący ostatni, krótki odcinek. Z Magurki szlakiem zielonym w dół, później prawie płasko, od zejścia przed Zielonym Kopcem szlak w przeważającej części łagodnie opadający, w środkowej (droga „afganka”) praktycznie płaski. Lekkie bardzo krótkie podejście do stacji kolejki na Cienkowie.

Atrakcje widokowe: Most Zakochanych i widoki z niego, panorama z punktu widokowego ponad mostem, fort „Waligóra”, charakterystyczny zakręt przy podejściu na Glinne i potem do zejścia przed Zielonym Kopcem właściwie wszystko. Panoramy z zejścia przez Cienków. Widoki z kolejki linowej.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Węgierskiej Górce oraz Wiśle. Na całej trasie nie ma schronisk (ewentualnie przy zmianie wg. propozycji nr 5 - schronisko na Przysłopie).

Komunikacja: Do stacji PKP Węgierska Górka koleją lub autobusem. Z Wisły Malinki autobus do centrum. Stamtąd połączenia kolejowe i autobusowe.

Opis marszruty: Od stacji PKP stacji PKP Węgierska Górka szlak czerwony (GSB) do Magurki Wiślańskiej, dalej zielony do zejścia przed Zielonym Kopcem (Gawlasi) i żółty aż na Cienków.

Odległość: Ok. 18 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu przerw) 7 godzin.

Opinia: Trasa raczej długa, średnio trudna, bez możliwości skorzystania ze schronisk czy innych punktów żywieniowych i zadaszonych miejsc odpoczynku. Niezalecana dla dzieci, osób słabszych i starszych.

Możliwości zmian: 1. Podejście od Radziechów szlakiem niebieskim na Halę Radziechowską. 2. Zejście do Radziechów szlakiem niebieskim (możliwość odwiedzenia Matyski) 3. Zejście do Ostrego szlakiem zielonym z Magurki Radziechowskiej. 5. Marsz na Baranią Górę i zejście szlakiem czerwonym na Przysłop i czarnym w okolice Zamku. 6. Marsz z Magurki Wiślańskiej szlakiem zielonym przez Zielony Kopiec i zejście żółtym do Ostrego przed Malinowską Skałą. 7. Zakończenie trasy w Wiśle Nowej Osadzie szlakiem żółtym z Cienkowa bez korzystania z kolejki.


niedziela, 2 listopada 2014

Demotyportier 20

 
Proszę kliknąć na wybrany obrazek, aby go powiększyć.
---
 
 







 
--------------------
 BONUS z 8 listopada 2014
 
 
--------------------
 BONUS z 9 listopada 2014
 
 
 

czwartek, 2 października 2014

Siedem wcieleń doktora Lao


PIERWSZE...
 
LEONCIO ALMEIDA (Leoncio, Leoncio de Almeida)
 
Kto dziś pamięta jeszcze tę fascynację jaką w późnym PRL-u wzbudzały wśród telewidzów perypetie niewolnicy Isaury, jej złego, acz demonicznie fascynującego właściciela Leoncia i pragnącego ją uwolnić i pojąć za żonę Tobiasa? Kto ma przed oczami pustoszejące przed dwudziestą podwórka, przeżywające następnego ranka kolejny odcinek wszystkie chyba pokolenia Polaków jednocześnie i wreszcie szał, jaki zapanował, gdy odtwórcy głównych ról, Lucelia Santos i Rubens de Falco zawitali do kraju nad Wisłą?
Dopiero z upływem lat widać jak zdziwieni, rozbawieni a momentami zażenowani tą naszą gorączką byli bohaterowie tamtej zbiorowej euforii. Codzienne relacje w gazetach, dziesiątki wywiadów, zdjęcia, plakaty, plakietki, dyskusja w mediach czy aby Isaura Kowalska to dobre imię dla dziewczynki i tak dalej i tak w nieskończoność.
Nie oparłem się i ja tej fali bardziej jednak ukierunkowanej na "ciemną stronę mocy", czyli Leoncia niż powiedzmy to sobie szczerze, umiarkowanie urodziwą Isaurę. Grubaśny brulion zapełniony zdjęciami, wycinkami i jakimiś pierwszymi własnymi przemyśleniami stał wtedy na najważniejszej półce w moim pokoju i był pokazywany gościom z nabożnością godną co najmniej najnowszego wydania encyklopedii. Ech, ile by teraz człowiek za ten zeszyt zgarnął na Allegro...
Ale ja nie o tym.
 
Otóż już po emisji serialu, po odjeździe aktorów i po lekkim, ale naprawdę minimalnym spadku popularności filmu przez czas jakiś funkcjonowałem jeszcze jako samozwańczy Leoncio podpisując się tak na pamiątkowych zdjęciach ze szkolnych wycieczek, ku wściekłości zresztą moich zapewne kierowanych jakimiś prefeministycznymi zastrzeżeniami koleżanek.
 
Kto więc na fotkach ze szczytu Czantorii, góry św. Anny albo muzeum dajmy na to jeżozwierzy ma obok Ani, Kasi, Joli, Wojtka i Adasia jakiegoś Leoncia (zaaabójczo wówczas* przystojnego) niech wie, że ma mnie!
Tadaam!
 
 
 DRUGIE...
 
FARAON (Faraon Records, Faraon Corporation) wł. powinno być Pharaoh Records
 
Proszę wyobrazić sobie regał na którego półkach równiutko ustawionych stoi ponad dwieście pięćdziesiąt kaset audio i może z pięćdziesiąt video. A przeważająca większość z nich ma na grzbietach charakterystyczny znaczek nazwany przeze mnie "wzrastanie", własny numer i wspomnianą wyżej nazwę "firmy". Ładnie, prawda? No ładnie. A skąd cudzysłów? Ano stąd, że firmę tę wymyślił był na swój własny tylko użytek niżej podpisany i "brandował" nią jakbyśmy to dziś powiedzieli wszystko co mu wpadło w ręce. Od kaset audio poczynając. Na początku oznaczało to po prostu rysowane piórem (sic!) a fantazyjne niezmiernie i niepowtarzalne zarazem wkładki, ale z biegiem czasu urosło do kserowanych i ujednoliconych serii (!!!) z których inne stosowane były do kaset sklepowych, inne do tych nagrywanych z radia a jeszcze inne do twórczości własnej autora, a była takowa, oj była, że wspomnę tylko "projekt" Radio Wolne Kielce realizowany ku przerażeniu sąsiadów wespół z kuzynką i jej syntezatorem z szaberplacu... 
 
Skąd mi się to wzięło, dalibóg nie wiem. Jakaś fascynacja starożytnym Egiptem - na pewno, może też wrodzona skłonność do "oficjalizowania" swojego życia i pewnie ze sto innych powodów. A że efekt tej mojej fantazji wbrew pozorom prezentował się całkiem nieźle, to i polityka firmy stawała się coraz bardziej agresywna. Kasety video z własnymi naklejkami, gazetki, a w nich druczki zamówienia na obsługę fotograficzną uroczystości (tanio!) z której na szczęście nikt nie skorzystał i wreszcie seria "książek" będących w zasadzie pamiętnikami, które namiętnie tworzyłem sobie a muzom. To w książkach i gazetkach funkcjonowała właśnie marka Faraon Corporation.
 
Nie ma co, ambicje były.
 
 
TRZECIE...
 
KONSPIRATOR (redakcja Konspiry)
 
Konspira to pierwsza moja gazetka, a zarazem pierwszy stan przedzawałowy mojego pierwszego w życiu kierownika w pierwszej zresztą pracy. Rzecz cała zaczęła się od płachty ogromnej na której przykleiłem obok siebie wycinki pokazujące jak bardzo różnią się wypowiedzi polityków przed i po wyborach. Sporo tego było i naprawdę soczyście, więc koledzy byli zachwyceni lekturą. I tak to właśnie w miarę zwyczajna chęć zapełnienia czymś pustej gablotki w salce śniadaniowej przerodziła się u mnie w pragnienie posiadania "imperium prasowego". Chwilowo w postaci jednego tytułu kserowanego w bloku obok. Tak zaistniała Konspira, pisana w stu procentach ręcznie, nie zawsze z użyciem głowy, co dziś z pokorą muszę przyznać, ale jednak mimo tego albo właśnie dlatego mająca zbawienny wpływ na poprawę ciśnienia krwi u co niektórych czytających. Bo przecież, powiedzmy to wprost, trzeba być bardzo naiwno idealistycznym siedemnastolatkiem żeby wpaść na pomysł opisania już w drugim numerze jak to pan kierownik w czasie dniówki zabiera służbowym samochodem do pracy w swoim domu naszego hydraulika i wydany mu oficjalnie materiał...
 
Ale kurcze... dziś chyba napisałbym tak samo...
 
 
CZWARTE...
 
DR POWER (Dr. Power)
 
Wchodziłem w dorosłość. Wiodło mi się niezgorzej, więc i nastawienie do świata miałem diametralnie inne niż dziś. I właśnie Doktor Power (choć nie przypominam sobie używania tego miana w pełnym rozwinięciu) był tego wyrazem. Pseudo to funkcjonowało częściowo na kasetach audio, częściowo w moich gazetkach jako "ucieleśnienie" bardziej ogólnego przecież Faraon coś tam, coś tam. I a propos tych kaset jeszcze skojarzyło mi się jak to właśnie pod marką Dr. Power je tworzyłem. Specyficznie dość.
Nagrywałem otóż sobie z radia jakiś program z nowościami muzyki bardzo lekkiej i potem montowałem to tak, żeby usunąć przynudzanie, a zostawić krótkie, dynamiczne wstawki prezenterów. Wychodziło coś na kształt modnych swego czasu nagrań setów didżejskich z dyskotek. I co ciekawe robiły te kasety potem furorę pożyczane moim znajomym. Zresztą ja sam także po wielokroć ich później słuchałem przez długie, długie lata.
 
 
PIĄTE...
 
UNDERCOVER (Undercover Lover, Undercover MC)
 
Ha! To chyba najdłużej używany przeze mnie nick. Wziął się ze starusieńskiej piosenki z lat 80, a że brzmiał kosmicznie błyskawicznie, to i bezproblemowo zgrał się podówczas z moim ja, skrócony tylko po kilku latach do samego już Undercovera.
A więc najpierw, rzec by można tradycyjnie, (nomen omen) przewinął się przez moje kasety i potem jeszcze na krótko powrócił po latach w pierwszych nagrywanych na stacjonarnej, przeogromnej nagrywarce płytach CD, ale przede wszystkim związał się z dwoma innymi epizodami z mojego życia, radiowym i gazet(k)owym wiele zresztą mającymi ze sobą wspólnego za sprawą identycznej nazwy - Hyde Park.
 
Najpierw więc było radio TOP i jego audycja muzyczno pozdrowieniowa prowadzona przez Patryka Martynusa (DJ Martino) do której to w epoce jeszcze długo przedkomórkowej wysłałem dziesiątki jeśli nie więcej kart pocztowych i której byłem nadwornym wierszokletą. A zaczęło się zupełnie prozaicznie. W któreś sobotnie popołudnie poszukując jakiejś muzyki mającej umilić mi domowe porządki natrafiłem właśnie na Hyde Park. Akurat zadzwonił tam ktoś jakoś zabawnie pozdrawiający kogoś i rozśmieszający tym prezentera. Postanowiłem posłuchać cóż też będzie dalej. I spodobało mi się. Na tyle, że sam wysłałem kartkę w poniedziałek. Nie wiedząc jeszcze dobrze kto jest kto a kojarząc za to że raczej nie słucha tego radia nikt z osób mi znanych pozdrowiłem po prostu prowadzącego i załogę. Zszokowany nieco usłyszałem w kolejną sobotę te swoje słowa i poczułem się prawie jak wspominany wyżej Rubens de Falco po wylądowaniu w Warszawie. Aż miałem mrówki na plecach. Do tego, do dziś podejrzewam że na pocieszenie za "bezosobowe" pozdrowienia, wygrałem płytę CD wylosowany przez jednego z dzwoniących. I zaczęło się. Wysyłałem wiersze i wierszyki, pozdrowienia dla swojej ówczesnej miłości, kolegów z pracy, szefowej, kuzynki, rodziców i nawet ich psa. Byle być. A w międzyczasie zdobyłem jakąś tam sympatię słuchaczy i współpozdrawiaczy, czego dowody mam do dziś na kasecie magnetofonowej, którejś jakoś nigdy nie miałem czasu zdigitalizować i zostałem stałym punktem cotygodniowej audycji wciągając zresztą później do całej zabawy także kolegę z pracy.
 
Za to inny, świeżo poznany wtedy, na wieść żem to ja jest ów "anderkower" mało nie zemdlał mówiąc że siostra jego jest wielbicielką mojej Tfu!rczości.
Łaskawie poprosiłem aby niewiastę ową pozdrowił. Od Undercovera Lovera, ha ha ha.
 
Plus minus w tym samym czasie moje pseudo pojawiło się też w innym Hyde Parku - jednym z działów dodatku ogłoszeniowego Dziennika Zachodniego w którym także kartkami i także co tydzień pozdrawiałem kogo się dało, ale i znów wespół z kolegą pokusiłem się o pewną prowokację ogłaszając oto, że mamy własne radio, bynajmniej nie w znaczeniu odbiornika. NRG.FM się to nazywało. O tymże radiu za linijek kilka. A więc oto ja i on jesteśmy niby to prezenterami radiowymi, nadajemy naprawdę dobrą muzę z gatunku umc umc umc i nie lubimy szarpidrutów. Co wy na to, wyjce?
Rozpętała się wojna. Jedni z nami, inni przeciwko. Pytania, na jakich to falach, gdzie, co jak. Musieliśmy wybrnąć z tego wyjaśniając, że tak naprawdę mamy sieć radiowęzłów (ja nie wiem skąd mi się takie pomysły biorą, słowo harcerza!) i ciągnęliśmy sprawę dalej. Gdy już rzeczy szły prawie w kierunku ustawki w jakimś lesie dla jednoznacznego wyjaśnienia czy Modern Talking są lepsi niż Metallica (są, ha ha ha) spokojnie wszystkich kilkudziesięciu wzburzonych poinformowaliśmy, że całe radio to żart.
Niektórzy tak samo jak w nasze istnienie, tak samo potem w nieistnienie nie potrafili za nic uwierzyć!
 
Undercover to wreszcie tytuł jednej z moich gazetek, wydawanej jako prawie że pisemko zakładowe miesiąc w miesiąc przez ponad pięć lat. Ale i tak z racji trudności w wymawianiu każdy mówił "gazetka".
 
 
SZÓSTE...
 
NRG (NRG.FM)
 
Po kilku miesiącach prowokacji na łamach Gratki tak się już zżyliśmy z rolą didżejów, że zapragnęliśmy choć dla własnego użytku się w nich pobawić. I tak to powstało kasetowe radio (radiomagnetofon?) NRG. Dwa mikrofony, dwie pary słuchawek, trzy magnetofony, odtwarzacz CD i jakiś wzmacniacz. A potem prezentacje ulubionych czy mających szansę takimi zostać utworów i dyskusja. Chyba dosyć ciekawie nam to wychodziło, bo obydwaj mieliśmy radiowe głosy i nieźle poprzestawiane pod sufitem, aby bawić się tak dla kilku łaskawie to wszystko odsłuchujących osób. To na użytek tego właśnie pomysłu i tak dobrze brzmiący Undercover został Undercoverem MC.
 
Tutaj dygresja. Pomiędzy jednym a drugim Hyde Parkiem wpadł nam do głowy szalony pomysł na kawał. Otóż dnia pewnego w ogólnopolskim tygodniku ogłoszeniowym podaliśmy numer telefonu czy też może nawet adres innego naszego kolegi wraz z informacją (płakałem na środku Sokolskiej w Katowicach ze śmiechu gdy otworzyłem gazetę!) że ten to właśnie zajmuje się (uwaga!) CAŁODOBOWYM SKUPEM I SPRZEDAŻĄ PASZTETU DROBIOWEGO.
 
Bohaterowi tego wydarzenia następnego dnia humor dopisywał znacznie słabiej...
 
 
SIÓDME...
 
LESZEK (Marzena, Grzegorz i inni)
 
Leszek to sprawa dużo poważniejsza. Wymyśliłem go w 2007 roku, gdy ówczesna Śląska Akademia Medyczna przekazywała mnie i ponad stu moich kolegów do zewnętrznej firmy za nic mając nasze wątpliwości, pytania i wnioski w odniesieniu do całej sytuacji. Nie uznali nas za odpowiednich do rozmowy przełożeni ani przełożeni przełożonych, zostawiły na lodzie obydwa związki zawodowe (nigdy nie zapomnę jak "wielkiej działaczce" ZNP a poza tym mojej szefowej, osobie z wyższym wykształceniem, to ja, człowiek po zawodówce musiałem napisać jakieś oświadczenie do rektoratu) i krótko mówiąc klamka zapadła. W mniemaniu pani kanclerz przynajmniej. Ale jeden dziwny, do tej pory milczący pan postanowił jeszcze wsadzić nogę między drzwi.

Tyle, że był problem. Kadrowy w jakimś sensie.
Większość moich kolegów była sporo ode mnie starsza, często wykluczona cyfrowo i też nie zawsze gotowa do zadzierania z pracodawcą nawet jeśli ten ewidentnie gra nie fair...
 
Wymyśliłem zatem, że zamiast mnie samego, jakiegoś tam pana skądś tam, powołam do wirtualnego życia jego, Leszka, bazując przy tym na wszystkich gazetowo radiowych doświadczeniach z "poprzednich wcieleń" oraz nie wykorzystanym w czasach stanu wojennego potencjale konspiratora. Zresztą Leszek był bezpośrednim ukłonem w stronę Lecha Wałęsy, co wierzyłem ktoś może zauważy. Do towarzystwa dołożyłem mu Grzegorza (mój dobry kolega z podstawówki, którego na oczy nie widziałem od dziesięcioleci), Marzenę - dla parytetu poniekąd, ale głównie dla uzmysłowienia różnym ludziom z obu stron wirtualnej barykady, że marzenia warto mieć i warto o nie walczyć a dorywczo jeszcze inne osoby.

I zaczęło się. Najpierw zbiorowe listy, które niby to ktoś nam pisał, a ja tylko roznosiłem, potem gazetka, którą tworzyli "tacy tam, nie znasz ich" a ja rozdawałem, wreszcie funkcjonująca całkiem nieźle ku wściekłości zarówno starego jak i nowego pracodawcy strona internetowa.
 
Pomiędzy 2007 a 2009 rokiem Leszek i jego banda napsuli w słusznej sprawie walki o sprawiedliwość pracowniczą sporo krwi zarówno w uczelni jak i w Solid Security czy Konsalnecie w których to firmach niżej podpisany do dziś jest zresztą na czarnej liście, czego jednak jak sądzi nie sposób nie poczytywać sobie za zaszczyt.
 
***
 
EPILOG,
czyli oczywiście...
 
PORTIER (Portier Internetowy, PortierBlog)
 
Jak wynika z opisów wszystkich moich poprzednich wcieleń kolejne w jakiś sposób zawsze wynikały bądź powiązane były z poprzednimi. Portier dzisiejszy, ten z bloga, jest zatem portierem szeregowym, jednym z tych dla których wirtualny Leszek, korzystając z mojego ciała i głosu rozmawiał z dziennikarzami Gazety Wyborczej, TVN-u czy NIE albo wypisywał setną skargę do PIP-u czy Solidarności. Od lata 2009 roku lepiej lub gorzej opowiada tu o różnych, nie zawsze kluczowych sprawach czekając jednak na dzień, kiedy przestanie być portierem i wróci do swojego prawdziwego imienia lub odnajdzie inne warte choćby chwilowego przybrania... 
 
 
=============

 
 
 
* - i dziś także ;))

środa, 24 września 2014

O niepotrzebniątkach

Chyba każdy z nas ma gdzieś w swoim domu niepotrzebniątka. Takie małe cosie, co to nie wiadomo komu, kiedy i do czego, ale na pewno kiedyś się przydadzą. Jesteśmy o tym przekonani. Przekładamy więc je z wielką czcią z lewa na prawo i z prawa na lewo obiecując sobie, że może jutro albo najdalej w przyszłym tygodniu. Tu zacerujemy, tam skleimy, tam jeszcze poszukamy takiego tego, co się zgubił, a to damy kuzynowi, bo na pewno mu się przyda. O! I to jeszcze, bo jakie ładne jest! Słowem, niech leży, jeść nie woła. I nieważne co to. Może być kierownica z malucha, sweter po babce, laptop na Pentium II, biografia Lenina albo żelazko co to prawie grzeje, ale jednak nie. Zostaw, daj spokój, przeszkadza ci?
 
Upychamy takie osierocone przez użyteczność przedmioty po szafkach,  pawlaczach, piwnicach i garażach. Czasem, rzadko, rzeczywiście coś jeszcze z nimi robimy, dużo częściej przełamujemy się i wyrzucamy je wreszcie któregoś dnia do kubła, a zdarza się i tak że wyrzucają je po nas inni.
 
Kiedy prawie trzydzieści lat temu zmarł mój sąsiad z tej samej ulicy jego rodzina wywoziła takie skarby tygodniami. Były tam jakieś znaczki pocztowe, stare książki, niedziałające wentylatory, pokraczne odpustowo pamiątkarskie figurki, zwoje do niczego niepasujących kabli, radia, płyty i Zakład Oczyszczania Miasta jeden wie co jeszcze. Siedziałem wtedy ku rozpaczy swych bliskich wewnątrz prawie kontenera i wyciągałem co się dało jak szalony, pokrzykując przy tym w gorączce niczym odkrywcy skarbu faraonów. I czułem, dalibóg, czułem już wtedy, niby to radując się z dziesiątej serii znaczków z Hitlerem, zepsutego dzwonka albo muszelki "pamiątka z Zakopanego" że te śmiecie, to tak naprawdę tylne drzwi do czyjejś duszy. Rodzaj pamiętnika.
 
Dekadę temu tak samo przyszło mi sprzątać życie mojego ojca. Dosłownie i w przenośni. Spędziłem dwa dni i dwie noce w pozbawionym już mebli mieszkaniu otoczony tylko workami i kartonami z wszystkim tym, czego droga życiowa dobiegała końca razem z człowiekiem do którego należało. Przeglądałem stare dokumenty, wezwania i podania, kasety magnetofonowe, fachowe czasopisma, zepsute piloty, telefony komórkowe, komplety czegoś bez czegoś i inne pamiątki drobnych spraw a zarazem wielkiego obszaru czasu. Spałem na materacu w pustym, zimnym pokoju i przeżywałem raz jeszcze wszystko to, co umarło. A potem o poranku wyniosłem ostatni worek, podpisałem jakieś papierki i oddałem klucze paniom z administracji czując i wstydząc się tego, że i tak NIE ZROZUMIAŁEM.
 
Chyba nikt nigdy nie zrozumie.
 
To rzeczy, a co z myślami, z marzeniami, z priorytetami które się z nimi wiążą lub nie? Gdzie ukryte pod zaplamionymi pomidorową obrusami codzienności nasze niechęci, nienawiści i pretensje? Sprawy bezsensowne w których do celu brakło ledwie paru kroków i te bardzo poważne dopiero co rozpoczęte? Cały zapis małego niepotrzebniątkowego DNA?
 
Czy to w ogóle można tak materialnie "przejąć", porozkładać sobie na odpowiednich półeczkach, odtworzyć i zrozumieć? I czy próbując nie zaniedbujemy jednocześnie takich samych niepotrzebniątek ze swojego życiorysu komplikując tym samym funkcjonowanie naszym następcom?
 
Zaglądam do szafy. Gdzieś w ciemnościach za plecakiem i torbą podróżną drzemie sobie wymięty karton. Pod tapczanem drugi, zupełnie malutki. To w nich jest suplement do mojego ja. Do samodzielnego montażu.
 
Czy to ważne co konkretnie? No wszystko.
Zielona plastikowa żabka, lista drożdżówek kupowanych komuś na zamówienie, jakieś klucze w ozdobnym etui, kartka na mięso, latarka, zegarek, kaseta video, pluszowy lew a może tygrys, kilka kości ramu, łuska karabinowa, kabel euro cinch, MS Word 2000 i okulary. 
 
Hmm... Nie jest dobrze. 
 
Boję się, że każdemu próbującemu kiedyś to wszystko ułożyć wychodzić będzie za każdym razem coś zupełnie innego niż powinno.  A ja pewnie będę sobie stał wtedy gdzieś za chmurką i darł się bezgłośnie pośród setek tysięcy podobnych mi, tak samo wkurzonych:
-Gamoniu! Co robisz?! Najpierw była kosiarka, dopiero potem prześwietlenie płuc!
 
Na próżno.

 

środa, 10 września 2014

Czasem można być dzieckiem

Oglądam dziś świat przez ciemne szkło buteleczki z syropem. Na blacie nocnej szafki leżą tabletki, dwie paczki chusteczek, termometr i krople do nosa. Na stoliku paruje setna szklanka herbaty.
Jestem chory. Jak na ironię akurat wtedy, kiedy w grafiku wyznaczono mi wolne dni. Chyba mam do nich pecha.*
A więc leżę, próbuję coś czytać, zrzucam wracającego jak bumerang na moją poduszkę kocura (skoro pan śpi, to ja również mogę!) i wspominam jak też chorowało mi się lat temu wiele.
 
Od razu uśmiecham się sam do siebie, bo przecież z jednej strony rozpierała mnie wtedy radość, że oto taadaam - nie będzie szkoły, ale z drugiej jednocześnie paraliżował strach przed zastrzykami a jeszcze wcześniej przez patyczkiem do zaglądania w gardło. Brrr!
No ale coś za coś, myślałem sobie. I w związku z tym wspomnieniem kolejnym jest szarobury budynek przychodni na Bogucickiej ze specyficznym aromatem lekarstw i lizolu wewnątrz oraz dodające mi sił przekonanie, że za wizytę u lekarza należy mi się od rodziców co najmniej coś słodkiego jeśli nie wręcz zabawka.
 
fot. GoogleMaps
 
Często jednak całym zyskiem (poza radością nieopisaną z syropu Thymi lub paczki VisolVitu) była zwykła zużyta strzykawka, którą potem wykorzystywałem do wieczornego ostrzału wodą ludzi spacerujących pod naszym blokiem. Była to rozrywka nader popularna w czasach PRL-u i stąd jeszcze jedno z nią skojarzenie. Od razu przepraszam tu wszystkich zgorszonych, ale miałem wtedy baaardzo niewiele lat, więc czegóż oczekiwać - przeszedłem otóż kiedyś jak najbardziej jeszcze zdrowym będąc na broń masowego rażenia i wychylając się z okna użyłem  pompki do materaca (takiego "żółwia") włożonej do pełnego wody wiadra...
 
fot. Allegro
 
A wieczorem wracał sobie z siostrą i kolegami do domu Grzegorz, mój nieco zbyt przemądrzały klasowy kolega...
-Aaaaa... Leją!!! Uciekamy!!!
 
I jak tu się nie przeziębić jak człowiek stoi pół godziny przy otwartym oknie z nogą w wiadrze czekając na kolejną "ofiarę"? No właśnie.
 
Leżałem więc sobie potem zupełnie jak teraz, też zupełnie jak teraz bawiąc się guzikami w poszewce kołdry i legalnie chorowałem. Mama podawała mi jakieś mikstury, dzisiejszego kota Rozbója zastępował chwilowo przywrócony do łask biały miś, a wafelki pod kołdrą (aha, bo nie wspomniałem, że mam wafelki, tra la la la...) ciepłe lody których jakoś nie dało się "zorganizować" gdy byłem zdrowy, ale pojawiały się na osłodę cierpień, gdy chorowałem. Ich oczywiście pod kołdrę nie wkładałem.
Skoro zaś o cierpieniach mowa, to była jeszcze straszna pani pielęgniarka z brodawką w stylu Mao Tse Tunga i ucieczka przed nią przez całe mieszkanie a potem bywało że i pod łóżko. Albowiem niestety nie wiedzieć czemu wszelkie "gardłowe sprawy" leczono wtedy zastrzykami, a zastrzyków, jak każdy prawdziwy mężczyzna nie znoszę do dziś. Amen.
 
Pielęgniarka zaś wspomniana mieszkała sobie w bloku tuż obok i na co dzień (czyli najczęściej - w lato) nie budziła we mnie żadnych negatywnych emocji, za to jednak jej "dobry wieczór" w przedpokoju około dziewiętnastej oznaczało alarm bojowy. Zastrzyki!!!
Pewnego dnia rodzice siłą prawie ściągali mnie drącego się wniebogłosy z jakiegoś regału...
Z tego wszystkiego wyrobiłem sobie taki odruch Pawłowa, że gdy pierwszy raz byłem u fryzjera (w dzieciństwie strzygła mnie mama) to na widok jego białego fartucha momentalnie uciekłem na ulicę. A rzecz działa się, trzeba to dodać, na Mariackiej w Katowicach, czyli miejscu wtedy wcale ruchliwym.
 
Kilka dni przerwy w życiorysie oznaczało też siłą rzeczy pewien swoisty ich układ. Najpierw około szóstej tata szedł do pracy, po nim przed siódmą mama do sklepu, a ja jedno i drugie kojarzyłem tylko plus minus albo i wcale śpiąc sobie w najlepsze. Wreszcie następowała już prawdziwa pobudka około dziewiątej, po niej śniadanie, dalej tabletki i syropek, a potem powrót do łóżka i słuchanie radia albo płyt. I nie było to Lady Pank, oj nie.  Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków, Księżniczka na ziarnku grochu albo jeszcze piosenka w wykonaniu Zygmunta Kęstowicza (tego od psa Pankracego) z intrygującym mnie do dziś tekstem: "cztery słonie, zielone słonie, każdy kokardkę ma na ogonie..."
Działo się.

Potem obiadek, telewizja, zabawa, zastrzyk (nieee!!!) i znów nyny.
 
 
Okładki płyt

Chorowanie miało jak z tego wynika i swoje dobre strony. Można było leniuchować do woli, bez obaw o reakcję rodziców być kapryśnym, żądać przytulania co pół godziny, nie jeść zupki (bo kcem kotleta!) i zapędzać ojca w pięć minut po jego powrocie z pracy do zabawy żołnierzykami na podłodze. I wszystko to udawało mi się jedną płaczliwą miną załatwić w sekundę, ha ha ha!
 
Po iluś dniach wreszcie pierwszy spacer. Uczucie słabości, resztki gorączki, ale jednak już o chwilkę tylko przed całkowitym wyzdrowieniem. A potem już powrót do codzienności.
 
 ***
 
Na zegarze czternasta trzydzieści. Syropek, tabletka, kropelki.
Zaraz puszczę sobie jakąś fajną muzyczkę przez słuchawki, przewrócę się na drugi bok i znów zasnę obok mruczącego nie wiedzieć czemu Rozbója. Muszę tylko uważać żeby mi się wafelki nie połamały!
 
Czasem można być dzieckiem.
 
  
 
 
========================
 
 
 * - Porównaj z poprzednim wpisem [KLIK!]

niedziela, 24 sierpnia 2014

Czasem trzeba być dorosłym

Za mną kolejna kilkudniowa przerwa w dyżurach. W zasadzie można by powiedzieć, że zmarnowana. Nie przeczytałem książki po której nie mógłbym zasnąć, nie obejrzałem filmu wartego mądrej i długiej dyskusji (niewartego także nie),  nie opublikowałem wielostronicowego posta na blogu ani wreszcie nie pojechałem na wycieczkę w moje ukochane góry. Przesiedziałem za to wiele długich godzin w obrzydliwym, długim na prawie pięć metrów a szerokim ledwie na pół wykopie, wyciągając zeń przy akompaniamencie najobrzydliwszych przekleństw  ziemię, kamienie, cegły i przekuwając się po drodze przez betonowe ławy fundamentów pozostałe po stu (tysiącach) dawnych a nieaktualnych już od wieków konfiguracji domu w którym mieszkam.   
 
Ledwie stojący na nogach domywałem się dziś przed pierwszą w nocy po czternastu godzinach nieprzerwanej pracy bez jedzenia, a z lustra w łazience spoglądała na mnie wymęczona, brudna i nieogolona twarz.
 
Ze zmęczenia chciało mi się płakać, ale po chwili raz jeszcze podniosłem wzrok i spróbowałem wytrzymać spojrzenie gościa z drugiej strony szklanej tafli. Uśmiechnął się do mnie. Skinąłem mu lekko głową i także się uśmiechnąłem.
 
A potem rozejrzałem się dookoła. Dotarło do mnie, że oto stoję nad grubą żeliwną wanną którą sam wciągałem dwadzieścia jeden lat temu do tej łazienki, podłączałem i obmurowywałem, że woda do niej płynie instalacją, którą w części od wodomierza sam piętnaście lat temu (pod okiem fachowca co prawda, ale jednak) zrobiłem, zmienia się z zimnej w ciepłą w ogrzewaczu, który sam zakładałem dwa miesiące temu a ścieka do studzienki przed domem rurami, które ułożyłem dopiero co. Dziś, tuż po północy, kiedy całe miasto już spało.
 
I że może ci, którym tak zazdroszczę, a którzy przez te ostatnie cztery dni na przykład wędrowali z plecakiem, czytali książki, oglądali filmy, robili zdjęcia czy prowadzili głębokie dysputy na tematy wszelakie z meandrami ludzkiej duszy związane nigdy nie poznali tej radości i tej dumy.
 
Bo to przecież ja sam. Lepiej lub gorzej, ale jednak tymi rękami. Dziś, wczoraj, dwie dekady temu.
 
Zasnąłem przed drugą. Za oknem cichutko szumiał deszczyk.
 
Czasem trzeba być dorosłym.
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.