Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 22 września 2009

Bo każdy pijak to złodziej!*

To, o czym dziś napiszę jest z pozoru tylko kolejnym wynaturzeniem jakiego dopuszczają się firmy ochroniarskie i pewnie nie tylko one w walce o obniżenie kosztów, ale nabiera wymiaru skandalu, kiedy spojrzy się przez pryzmat wieści jakie dochodzą nas po tragedii w kopalni Wujek-Śląsk.

Oto władze firmy H. z Mikołowa wpadły na pomysł stworzenia platformy wymiany informacji o pracownikach zwalnianych bądź zwalniających się, a mogących być z różnych przyczyn niepożądanymi w branży. Choć sam pomysł już na tym etapie wydaje się nieco kontrowersyjny, to jednak z pewnymi zastrzeżeniami można by go zaakceptować. Przyjmijmy, że tak specyficzna branża jaką jest ochrona osób i mienia wymaga zwiększonej dbałości o dobór kadry. Kto jednak dał się nabrać, ten już po wejściu na podstronę O NAS ma jasność. I jest to jasność rażenia piorunem. Najnormalniej w świecie, bez jakiegokolwiek udawania wyjaśniono tam zamysły twórców serwisu. Może pozwolę wypowiedzieć się im samym. Oto cytat:

Strona internetowa […] utworzona pod przewodnim mottem "Chroń się Pracodawco" jest pierwszą taką bazą danych tworzoną przez samych Pracodawców a będącą kolejnym instrumentem do ich ochrony. Jest to forum opinii o zatrudnianych/zwalnianych pracownikach w jakimś sensie uciążliwych dla firmy, którzy dopuścili się wykroczeń dyscyplinarnych lub zasłużyli z innych przyczyn na negatywną opinię jako niesolidni pracownicy i nie powinni być zatrudniani w branży. Dotyczy to głównie takich sytuacji w których pracownik porzuca pracę, przychodzi do pracy pod wpływem alkoholu lub spożywa go w miejscu pracy, opuszcza stanowisko pracy, dokonuje kradzieży osobiście lub przez swoje zaniechanie do niej dopuszcza narażając Pracodawcę na straty materialne /finansowe/, nie szanuje powierzonego mu mienia lub celowo go niszczy, nie jest komunikatywny w stosunku do Zleceniodawcy i zachowaniem swoim naraża na szwank wizerunek firmy, jest ,,pieniaczem" lubi pisał [tak w oryginale - Portier] skargi do PIP, ZUS, US lub innych instytucji kontrolnych lub z mało istotnych przyczyn procesował się przed Sądem Pracy, jest nielojalny w stosunku do firmy np. przekazuje istotne informacje o firmie konkurencji lub zleceniodawcy itp. Baza ta zmierza też do ,,ucywilizowania" rynku pracy na którym duży procent pracowników zatrudniana jest na umowy cywilno-prawne, gdzie brak np. świadectwa pracy uniemożliwia pozyskanie informacji o dotychczasowym przebiegu pracy /niektórzy zmieniają ją co kilka tygodni/ pracownika. Z poważaniem,
... [bez podpisu – tak w oryginale – Portier]

Nie rozumiem dlaczego firma H. stawia znak równości pomiędzy osobą, która kradnie czy też pije alkohol w pracy, a inną która w obronie swoich praw napisała do PIP czy ZUS. Nie wiem jak można tworząc tekst taki jak powyżej powoływać się na cywilizowanie czegokolwiek, a już rynku pracy w szczególności. Nie rozumiem także jakim prawem przedstawiciele branży która jak ognia wystrzega się umów o pracę, a pensję minimalną traktuje jak ósmy cud świata, mogą narzekać na rotację, umowy zlecenia czy też brak świadectw pracy. Miałbym sporo innych pytań do ludzi którzy w XXI wieku traktują pracownika jak niewolnika z którego prawami liczyć się nie trzeba. Miałbym, ale ich nie zadam.

Dziś przed południem złożyłem doniesienie do Rzecznika Praw Obywatelskich oraz Państwowej Inspekcji Pracy. Oczywiście mam świadomość, że po czymś takim firma H. nie zatrudni mnie już nigdy, ale chciałbym powiedzieć jej przedstawicielom co o tym wszystkim myślę.
HWD!
(Honor widać droższy)  ;)
Kliknij lewym, aby otworzyć na całym ekranie
lub środkowym, aby otworzyć w nowej karcie.

* - Tytuł wpisu jest cytatem z filmu "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz"


wtorek, 15 września 2009

Do przyjaciół ochroniarzy

Z jakiegoś dawno temu oglądanego filmu SF zapadło mi w pamięć zdanie „Wy, Ziemianie, jesteście najlepsi dla siebie wtedy, kiedy już jest najgorzej”. Marny to chyba był film skoro nawet nie pamiętam dziś tytułu, ale tamte słowa utkwiły mi w głowie bardzo mocno. Z pozoru są proste, trywialne wręcz, ale stety czy niestety sprawdzają się w życiu co do joty.

W portierskiej walce o godność pracy i poszanowanie prawa pisałem od 2007 roku różne rzeczy z których nie wstydzę się żadnej co do poglądów, ale jednak kilku co do formy. Nie da się ukryć, że w każdej wojnie, a tak chyba mogę nazwać to, co działo się pomiędzy nami, a Akademią czy Solidem, najskuteczniejsze jest przedstawienie adwersarza w uproszczonej, jednoznacznie złej postaci, której istnienie w wielu sytuacjach zdejmuje z nas konieczność tłumaczeń, niuansów i wątpliwości. Wojna ta była rzecz jasna pewną umownością, ale dla zaakcentowania tego, co ważne dla koleżanek i kolegów portierów nieraz używałem sformułowań które zawierały duży, zbyt duży ładunek negatywnych emocji. Po części machinalnie, po części z przekonania, ale jednak. Stereotyp ochroniarza, to miał być średnio rozgarnięty osiłek, który uwielbia wojskowy dryl i cierpi nie mogąc pracować więcej niż 240 godzin na miesiąc. Z ręką na sercu muszę powiedzieć, że niewielu, jeżeli w ogóle takich spotkałem przez te dwa lata.

Oczywiście ta podskórna niechęć była pochodną oficjalnej „ideologii” negowania pomysłu władz Uniwersytetu na przekazanie ponad stu pięćdziesięciu portierów firmie ochroniarskiej, ale czasem nabierała mocy sama w sobie, co skutkowało tekstami dalekimi od obiektywizmu. Na co dzień też utrzymywały się, oczywiście o wiele bardziej stonowane, podziały na „my i oni”. Tutaj akurat najczęściej z obopólnej winy.

Po dwóch latach stało się coś, czego żadna ze stron zapewne nie brała pod uwagę. Zamieniliśmy się duszami. „Oni” polubili i zaakceptowali „nasz” Uniwersytet, a my zrozumieliśmy, że walczyć należy z deformowaniem prawa jakiego dopuszczają się władze firm ochroniarskich, a nie z ludźmi którzy cierpią na tym tak samo jak my. Kiedy to do mnie dotarło? Późno. Za późno. Gdzieś w maju tego roku, kiedy przyszło mi zmienić mundur Solidu na mundur ERY. I kiedy zobaczyłem moich „wrogów” – „solidowców” z takim samym jak moje zakłopotaniem poznających nową firmę.

Podobnie jak w życiu, taki i tutaj, w naszej pracy, okazało się jednak, że człowiek uczy się do końca. Nie jestem już portierem Uniwersytetu, nie jestem ochroniarzem Solidu, ani strażnikiem ERY. Nie ma mnie w „moim” budynku pośród ludzi i miejsc które polubiłem i nie ma też, bo nigdy naprawdę nie było potrzeby dzielenia koleżanek i kolegów na swoich i obcych. Jednego dnia wszystko to straciło jakikolwiek sens, zakładając oczywiście, że kiedykolwiek miało go choć trochę.

Na końcu korytarza łączącego mój budynek z przyległym, pracował pewien pan za którym nie przepadałem. Nie kłóciliśmy się nigdy, nie było między nami żadnej zajadłości. Była tylko obojętność. Bez podstaw, bez poznania się, bez dania racji. Od samego początku. Kiedy dobiegała końca moja ostatnia dniówka, kiedy żegnałem się z tymi z którymi przepracowałem długie lata w Uniwersytecie i Solid Security pomyślałem, że łatwiej będzie mi odchodzić, zostawiając za sobą ludzi którzy przynajmniej mnie akceptują i postanowiłem go odwiedzić. To była długa, ważna, trudna i wyjątkowa rozmowa. Potrzebna jak się okazało nam obu i równie mocno dla każdego z nas poruszająca.

Nie. Nigdy nie traktowałem koleżanek i kolegów którzy dołączyli do obsady portierni po 2007 roku jak wrogów. Ze wszystkimi rozmawiałem, wielu lubiłem, z kilkorgiem nawet się zaprzyjaźniłem, ale rodzaj sztucznego wewnętrznego zahamowania „my - wy” był we mnie cały czas. Jak gdybym odmawiał im prawa do polubienia naszej uczelni, jak gdybym nie wierzył, że zależy im na pracy właśnie tutaj i nie chciał pojąć że dokładnie tyle ile we mnie przez te dwa lata przybyło ochroniarza, tyle samo w nich przybywało portiera.
To wszystko, te swoje jak się okazało wzajemne zastrzeżenia musieliśmy wyrzucić z siebie, pozbyć się ich, aby dojść do prozaicznego, a tak przecież zdawałoby się wcześniej obcego nam wniosku, że nie dzieli nas nic prócz braku zaufania. Po ponad godzinnej rozmowie wyszedłem lekki jak piórko, spokojniejszy, zupełnie inaczej patrzący na swoje pożegnanie z Uniwersytetem, na miłość do którego wcześniej dawałem sobie i wszystkim innych „starym pracownikom” monopol.

Strona www.portier.pl.tl powstała aby pomóc zorganizować i nagłośnić to, czego nie zorganizowali i nie nagłośnili nasi przełożeni, związki zawodowe czy pracodawcy. Przez dwa lata zrobiła wiele dobrego, ale dziś dopiero widzę to w pełni, nie zawsze była w swej formie stuprocentowo obiektywna. Owszem, wygraliśmy wczasy pod gruszą, jubilaty, trzynastą pensję i parę innych spraw. Owszem, zepsuliśmy mam nadzieję humor prezesowi Reszke i kanclerz Kuraszewskiej i wreszcie zaistnieliśmy całkiem mocno w świadomości wielu ludzi (Wikipedia!) w tym również redaktorów prasy i telewizji, ale największym sukcesem okazało się coś zupełnie innego. Człowiek.

Kiedy opadły emocje paragrafów i zarządzeń, kiedy opadła wzajemna nieufność tych, których los zwany przez niektórych pracodawcą postawił na dwóch pozornie przeciwstawnych pozycjach, spostrzegliśmy, że jesteśmy takimi samymi ludźmi i pracownikami. Dotarło do nas, że straszenie nas sobą nawzajem jest zwyczajnie głupie, bo ani portierzy nie izolowali „obcych”, ani „ochroniarze” nie przerobili żadnego z nas na bezdusznego i bezmózgiego „Rambo”. Nie wstydzę się i nie wycofuję z żadnego słowa jakie napisałem na temat łamania praw pracowniczych lub gardzenia nimi. Jestem pewien, że ta walka, walka z bezdusznymi zarządami firm ochroniarskich naginających przepisy prawa pracy będzie nadal trwała i że przyniesie zwycięstwo. Wstydzę się jednak za chwile kiedy uważałem, że osób które przyszły do nas wraz z Solidem to nie obchodzi, nie dotyczy, nie obejmuje. Za to przepraszam.

I dziś, kiedy mundury ERY zmienia się w Uniwersytecie na mundury Konsalnetu wiem już, że nikt z nas nie ma monopolu na sympatię, wierność, skuteczność czy lojalność. Wiem też, że moja tęsknota za pracą której oddawałem przez lata całe swoje serce nie różni się niczym od takiej samej tęsknoty kogoś kto przyszedł tutaj w śmiesznym mundurku dwa i pół roku temu, a kto, tak samo jak ja musi go dziś zdać do magazynu.

środa, 26 sierpnia 2009

Tajemniczy ogród

Pierwsze co mi się z nimi kojarzy to czarny jamnik którego nie znosiłem. Uparty, złośliwy pies. Był sobie tam za płotem, czuwał nad bezpieczeństwem swoich państwa i skutecznie zniechęcał nas do głośniejszej zabawy w pobliżu. Byli też oni. Starsze ciche małżeństwo żyjące swoim nieznanym mi życiem choć gdzieś tam jakoś ze mną spokrewnione. Wtedy było mi to obojętne. Miałem może z sześć lat. Oni tam po prostu byli. Od zawsze i na zawsze. On malował słupki ogrodzenia smołą czy czymś podobnym, ona chodziła do sklepu albo wieszała pranie.

Zmarli pół roku po sobie tak samo cicho i obco jak żyli. Jamnik też gdzieś zniknął. Został tylko pusty chylący się ku upadkowi domek. Nie, nie byłem na pogrzebie. Raz tylko odwiedziłem z kuzynem pusty dom szukając tam jakichś skarbów czy tajemnic. Znalazłem przeterminowane o trzydzieści lat proszki do prania i zarośnięte pajęczynami meble. I tak to trwało. Ogród dziczał, domek marniał, a złodzieje i miejscowi pijaczkowie co jakiś czas toczyli tu swoje małe wojny o terytorium.

Któregoś dnia na drodze zatrzymała się ciężarówka ze spychaczem na naczepie i okazało się że domek będzie rozebrany. Nie. Właściwie to nie rozebrany, bo nikt nie miał czasu ani ochoty na potyczki z tonami gruzu i drzewa. Będzie zburzony. Popołudniu zobaczyłem w ogrodzie jawnie już działających złomiarzy. Nikt ich nie gonił, nikt im nie przeszkadzał. Rwali kable, wyłamywali kraty z piwnicznych okienek… Któryś z nich widząc mnie machnął po przyjacielsku ręką proponując przyłączenie się do grupy. Poszedłem.

Skrzypiące schodki przed gankiem, ciasna sień, ciemne pokoje… Wszystko brudne i po części zdewastowane, ale jednak nadal wyglądające bardziej jak dom niż jak pusta rudera jakich wiele. Minęły długie lata odkąd byłem tu po raz ostatni. Miałem nadzieję, tak, nadzieję, że zobaczę puste pokoje i pleśń na ścianach, ale zobaczyłem dom. Nie budynek, ale DOM. Taki prawdziwy, za jakim się tęskni, o jaki się walczy, do którego się wraca. Nad przemoczonym kapiącą z dachu wodą łóżkiem wisiało ślubne zdjęcie. Jakby na przekór chwili czyste i lśniące. Spojrzałem w oczy dwojga osób na nim. Nie było tam brzydkiej grubej kobiety z koszem prania, ani zgarbionego przygłuchego dziadka którego pamiętałem z ławki przed domem na której siedział razem ze swoim psem. Zobaczyłem dwoje szczęśliwych młodych ludzi. Nawet na mnie nie spojrzeli, widzieli tylko siebie. Tak jak tego dnia kiedy przysięgali sobie wieczną miłość, tak jak tego dnia gdy on przenosił ją przez ten sam próg przez który ja sam przed chwilą przeszedłem. Byli piękni, szczęśliwi, bogaci. Bogaci przecież nie małym drewnianym domkiem w podrzędnej dzielnicy, ale sobą, swoim zakochaniem, swoją młodością, swoją nadzieją, która nawet teraz, gdy ostatni ślad ich istnienia miał rozpaść się w pył była silniejsza od rzeczywistości dookoła. -A to pan widział? – trącił mnie w ramię jeden z poszukiwaczy. -Tak. Wiem. – odparłem i odsuwając go wyszedłem najszybciej jak potrafiłem.

Obiecałem sobie, że naprawię obojętność z tych wszystkich lat, że zaraz, już, natychmiast, kupię film do aparatu i zachowam ich dom, ich zdjęcie, ich marzenia. Wycierając łzy przepraszałem ich w duchu za tych złodziei teraz i za pomstowanie na czarnego jamnika kiedyś, za obojętność, za powierzchowność, za wszystko…

Wracając następnego dnia z pracy miałem już aparat w torbie. Kupiłem rolkę filmu, zaplanowałem gdzie, co i jak sfotografuję. U dołu ulicy minęła mnie wywrotka. Na środku ogrodu ziała tylko dziura w ziemi, a zdziczałe drzewka leżały połamane gąsienicami spychacza.

Umarli.

środa, 19 sierpnia 2009

Numer do Pana Gąbki

Miało nie być znowu o technice, ale trudno, muszę. Dziś o dwóch pytaniach które śmieszą mnie tym bardziej im więcej mam lat „na liczniku”, a które są stuprocentowym wytworem dwudziestego pierwszego wieku. Niestety.

„Dlaczego miałeś wyłączoną komórkę?!”, „Dlaczego nie ma cię na Naszej-Klasie?”

Hmm… Takie dwie kwestie które słyszę już od kilku lat co jakiś czas. Niby mało ważne, ale symptomatyczne, bo przecież dajmy na to w 1995 roku NIKT by ich nie zrozumiał, a to tylko (aż?) 14 lat. Jestem wprawdzie gorącym zwolennikiem techniki i usprawniania naszego życia, ale mimo to, tylko zwolennikiem, nie fanatykiem. Uważam, że telefon komórkowy mam po to by z niego dzwonić lub połączenia odbierać i tak jak mając żelazko nie trzymam go cały czas „pod parą” tak nie widzę potrzeby „mania” (Neologizm. Mój.) non stop włączonego telefonu. A może nie mam dziś ochoty na rozmowy? Może czytam ciekawą książkę? Może idę na spacer albo… robię sto tysięcy innych rzeczy które mogę robić w danym momencie swojego życia? Czy mam prawo do tej chwili offline? Myślę że mam.

Bądź co bądź poprzednie pokolenia które znały tylko telefony stacjonarne, żyły jakoś i radziły sobie całkiem dobrze, mimo że czasem z niektórymi ich przedstawicielami można się było skontaktować raz dziennie albo i rzadziej. I proszę mi nie mówić, że to życie od nas tego wymaga byśmy byli na całodobowym nasłuchu. Nie wymaga. O ile ktoś nie jest lekarzem, policjantem, wojskowym czy strażakiem – moim skromnym zdaniem nie wymaga.

A czy zwróciliście uwagę na dziwną usługę jaką są tzw. „darmowe minuty”? Ilu z nas odebrało telefon słysząc w słuchawce „Aaa… Cześć! Wiesz, tak do ciebie dzwonię, bo mam dużo darmowych minut!” Znaczy po polsku, nie mam nic ważnego, ale szkoda żeby się zmarnowało. I tak się to nasze życie upraszcza i upraszcza. Nie rozmawiamy dlatego że mamy taką potrzebę, ale dlatego, że dali nam darmowe minuty. Nie piszemy listów, tylko maile, albo jeszcze gorzej – używamy komunikatorów, które zamieniają nasze myśli w gorący kubek. Byle jak, byle szybko.

Aha! I jeszcze portal dla ludzi z kasą. ;) Pewien mój przyjaciel swego czasu zapytał mnie z wyrzutem dlaczego nie mógł mnie tam znaleźć i moja odpowiedź „dlatego, że mnie tam nie ma” wydała mu się czymś łagodnie mówiąc dziwnym. No więc przyjrzałem się i ja temu serwisowi. Nie żebym krytykował pomysł, skądże. Też poczułem mrówki na plecach otwierając zdjęcie dziewczyny w której kochałem się platonicznie od przedszkola. Ma to swój urok, ale chyba tylko taki jak powyżej, bo wgłębiając się bardziej widzi się coś co zamiast PROFIL powinno nazywać się MIEJSCE NA TWOJĄ REKLAMĘ. „To ja w moim nowym autku”, „To ja i nasza działka”, „…a to Pikuś za 1230 pln jak sika pod drzewkiem”. Taaa… Baaardzo ciekawe.

Gorzej kiedy okazuje się, że autko stoi w salonie, działka jest sąsiadów, a Pikuś przyszedł od cioci, bo też, tak jak my lubi wędliny z tanich marketów. No i pomyślałem przy okazji z czym ja mógłbym sobie zrobić taką fotkę. „To ja i moje Dual Core. Niedługo wymieniam na Quada. Ale będzie czadówa!”. „To moja Vista Premium. Legalna o dziwo. Naprawdę se ją kupiłem. Słowo.”

Nie. To chyba nie dla mnie. I jeszcze fan club wielbicieli żółtych mokasynów oraz muzyki Italo Disco granej na skrzypcach. Brr… I tak sobie postanowiłem, że nie założę tego profilu na NK i mało tego, nadal będę wyłączał komórkę kiedy poczuję potrzebę wolności od cyfrowego świata. Ale zdjęcie mojej przewodniczącej z podstawówki jednak sobie zatrzymam.

Ładna jest.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Generał kontra zerówka

Moja znajoma opowiadała mi dziś o przygotowaniach, jakie poczyniła w związku ze zbliżającym się rokiem szkolnym i koniecznością wyekwipowania swojego synka do zerówki. Nie dowierzałem, gdy stwierdziła, że jej dziecko nie tylko potrzebuje książek i zeszytów, co od biedy mógłbym uznać za akceptowalny postęp w stosunku do własnych doświadczeń, ale także, że uczy się angielskiego, a od pierwszej klasy podstawówki dojdzie do tego poza „normalnymi” przedmiotami jeszcze informatyka. Za moich czasów (wiem, dawno) było powodem do dumy, jeżeli przychodząc do pierwszej klasy umiało się choćby trochę czytać i pisać, ale książki, zeszyty i języki obce? W życiu Karola! I jeszcze te komputery!

Czy to dobrze czy źle? Zależy jak patrzeć. Być może są to wszystko kwestie zależne bardziej niż chcielibyśmy to uznać od czasów i okoliczności. Za matuszki komuny na nic przecież byłoby uczyć dziecko informatyki skoro jedno Spectrum czy ATARI przypadało na pół osiedla, a cały dorosły świat był od A do Z „analogowy”, ale dziś? Nie da się żyć obok nowoczesności nawet jeżeli nie w pełni się ją akceptuje (patrz wczorajszy wpis). Nie bardzo pamiętam czego uczono mnie w zerówce, ale raczej na pewno koncentrowało się to bardziej na zabawach i grach, więc pewnie dlatego to, co dziś usłyszałem tak mnie zadziwiło. Z drugiej strony cieszę się, że młode pokolenia wyzbędą się (być może) strachu przed nowoczesnością jaki nam, ludziom co nieco starszym ciągle jeszcze towarzyszy. Czy tylko z winy PRL-owskiego wychowania? Chyba nie do końca. Jest tu taka śmieszna prawidłowość, którą jak sądzę można przenieść „ w górę”. Proszę zauważyć jaka głównie jest trudność w nauczeniu obsługi np. komórki czy komputera osoby w wieku średnim lub średnio wyższym (ładny eufemizm?). W 90% jest to wina zakodowanej w nas „prawidłowości jednego przycisku”. Nawyku, że jeden przycisk, klawisz, guzik i jak go tam zwał służy do jednej, góra dwóch funkcji. Coś na zasadzie włącznika światła albo pralki Frania. I teraz zrozumienie albo lepiej zaakceptowanie faktu, że tenże przycisk może ZMIENIAĆ przypisane mu działanie zależnie od okoliczności jest pierwszą barierą poznawczą, że pozwolę sobie na takie szumne określenie.

My, drogie moje rówieśniczki i rówieśnicy po prostu mamy stary BIOS! Nie rozpoznajemy sprzętu. Należy to rozumieć szerzej, a więc, że nie nauczono nas adaptowania się do zmieniających się warunków, do swego rodzaju rozwoju. Oczywiście rozwijamy się, a jakże, ale starając się w większości przypadków nie przekraczać bezpiecznych granic. A więc na przykład poprawienie swojego wykształcenia jest jeszcze Ok., ale już zaczęcie czegoś od zera… takie jakieś… śmieszno dziwaczno niepotrzebne…

Podoba mi się stwierdzenie, że ważniejsza od stałego posiadania informacji jest umiejętność jej znalezienia i wykorzystania. Tego nas niestety wujek Wojciech w ciemnych okularach i jego poprzednicy nie nauczyli. No i wreszcie. Czy chciałbym być dziś dzieckiem i mieć takie szanse i taki świat o jakim nie śniłem marząc o batonikach Mars pod pachnącym wielkim światem sklepem Pewexu?
Nie.
Chyba nie.
A może troszeczkę?

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Człowiek. Opakowanie zastępcze.

Swego czasu, gdy mój wiek i samopoczucie pozwalały jeszcze na dobiegnięcie na przystanek przed nadjeżdżającym właśnie autobusem, takie na przykład badania okresowe były prawdziwym misterium. Zaczynało się od oddania krwi i… powiedzmy innych płynów zaraz bladym świtem, a kończyło następnego dnia w gabinecie lekarza, który osłuchiwał i opukiwał wszystko co tylko osłuchać lub opukać można bez narażenia się na zarzut molestowania. W tak zwanym międzyczasie zdarzało się jeszcze prześwietlenie płuc, badanie słuchu, dentysta (brr…), waga, wzrost, czasem „wysokościówka” lub odwiedziny u specjalisty w innym mieście. Miłe to wszystko nie było, ale nie da się zaprzeczyć, że wynikiem takiego maratonu była jasność w kwestiach zdrowotnych w każdym możliwym aspekcie.

Kilka lat później zmieniłem pracę, a co za tym idzie lekarza zakładowego. Było już znacznie prościej. Krew, prześwietlenie, gabinet. Trzy rzeczy i nadal jeszcze dwa dni na ich załatwienie. Niby szło szybciej, ale pozostawał jakiś niesmak, ze względu na to tempo właśnie. Kiedy po kolejnej dekadzie przyjmowałem się do pracy w ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej pewna tutejsza pani doktor zaskoczyła mnie wypisaniem „zdolności” w godzinę po pobraniu krwi, a więc bez absolutnie żadnych wyników z laboratorium. O prześwietlenie i parę innych spraw nikt już nie pytał...

A gdy ŚlAM za sprawą Nowej Ekonomicznej Polityki przekazała mnie i moich kolegów do firmy ochroniarskiej o niekoniecznie wdzięcznym skrócie SS, badania były już tylko (a może właśnie dlatego) blitzkriegiem.
-Mam zdjąć koszulę? – zapytałem.
-A co będziemy czas marnować, przecież pan zdrów jak ryba, no nie? – bardziej stwierdził niż zapytał herr doktor (proszę wybaczyć skojarzenia, ale jak się w sześćdziesiąt parę lat po wojnie zakłada czarny mundur w firmie z TAKIM skrótem, to każdemu by odbiło). Tym sposobem po raz pierwszy w swoim życiu byłem osłuchiwany i miałem mierzone ciśnienie przez koszulę. W swojej nieustającej naiwności sądziłem, że herr doktora nikt nie przebije, ale, okazało się, że jestem w błędzie. Oto nie dalej jak w lipcu trafiłem znów do przychodni w której rozpoczynałem karierę portiera Akademii iks lat temu. Tym razem technika badań osiągnęła szczyty i to nawet w jakimś sensie dosłownie, bo zbliżyła się do polityki władz Uczelni od dawna oddzielających się od pracowników szczelnym murem.
-Pan się wpisze! – szybko rzuciła zza biurka pani doktor podając mi grubą księgę.
-Leczy się pan na coś?
-Tak. Na […]
-I co, pomaga?
-Myślę, że tak…
-No i super. Proszę. Ma pan na trzy lata.
I już. I tyle. I zdrowy. Sto dwadzieścia sekund za jedyne 50 PLN.

Nazwałem sobie to wszystko kiedyś na własny użytek „pokoleniem Aro”. Byle jak pracujemy i byle jak nam płacą (niektórzy twierdzą, że to na odwrót), byle jak kochamy i byle jak jesteśmy kochani. Jemy byle co popijając innym byle czym. I tak dalej i tym podobne. Wersja ekonomiczna. Trzecia klasa. Tandeta po prostu. Ale nawet nie to jest najgorsze.

Mawiał mój kolega, że od głupoty gorsza jest tylko głupota świadoma.
A my tą wszechobecną bylejakość próbujemy już nazywać życiem.

Spotkanie

Przed każdym świtem musi być noc. Ciemność, niepewność, tajemnica. Kiedy idę pustym o tej porze korytarzem myślę o Tobie. Chciałbym żebyś tu teraz była. Wyobrażam sobie Twoją bliskość, Twój uśmiech, głos, zapach. Wyobrażam sobie Ciebie. Czas zwalnia, prawie się zatrzymuje. Zamiast tykania zegara jest już tylko oddech i odbicia światła w szybie oddzielającej mnie od reszty świata. A może to resztę świata ode mnie?

Tak. Jestem portierem. Nie pytaj jak w wieku Internetu można zarabiać na życie wydając klucze albo odpowiadając codziennie po tysiąc razy dzień dobry i do widzenia. Pewnie są ciekawsze zajęcia, a już na pewno większość z nich jest lepiej płatna, ale nie zawsze to, co najbardziej logiczne jest jednocześnie najprostsze.

Lubię swoja pracę. Lubię zapach mocnej herbaty o poranku i nocne obchody, takie jak ten sprzed kilku minut. Mój budynek to trochę mój dom. Znam go, szanuję, staram się o niego dbać na tyle na ile pozwala moja skromna funkcja, a przede wszystkim tęsknię do niego kiedy nie ma mnie tu kilka lub kilkanaście dni.

Długie korytarze migające świetlówkami i niezmienne od kilku dziesięcioleci. Ten sam wystrój, ta sama kolorystyka. Od lat wszystko na swoim miejscu. Ile dałoby się za to by móc powiedzieć to samo o swoim życiu!

Nie śpisz jeszcze? Już późno.
Wiesz, myślę często o tym dniu kiedy zobaczyłem Cię po raz pierwszy. To też przecież było tutaj.

Dziwna noc...
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.