Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ochrona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ochrona. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 października 2021

Na sztokholmskim lajcie

W długiej już mojej że tak zażartuję karierze zawodowej napotykałem bardzo różne typy pracowników z którymi nie sposób mi się było identyfikować.  Do jakiegoś momentu wydawało mi się, że najbardziej odpychający są wazeliniarze. Do dziś siedzi mi w głowie np.  pewien portier który co piątek żegnał wychodzących okrzykiem (sic!) "I życzę miłego weekendu!" wydawanym przez okienko w pozycji kukułki zegarowej, nie zauważając absolutnie, że jest obiektem drwin. Ale co by nie mówić on nikomu krzywdy nie robił. Miał takie nawyki (cytat kolejny: "To do czwartku, BO MNIE JUTRO NIE MA!") i koniec. Fakt faktem, że każdy jego zmiennik zwyczajnie tylko reagujący "proszę-dziękuję" i "dzień dobry - do widzenia" wychodził prawie że na gbura, ale nadal nie było to niczym strasznym. Dopiero lata później, choć niestety także w branży ochroniarskiej napotkałem przypadek dużo gorszy, który zresztą był jednym z wielu nie tylko tam i nie tylko wtedy. "Porwany". I nie, nie chodzi mi tu o stan odzieży roboczej delikwenta, bez obaw. Bardziej mam na myśli tak zwany syndrom sztokholmski w wersji light. 

Środek zimy 2009/2010. Gnijąca budka z dykty na pustym placu po umierającej firmie. Pilnujemy rozpadających się budynków i paru maruderów pracujących tu i ówdzie na ogromnym terenie. Do ukradzenia nie ma tam nic. Do pilnowania także. I nagle wśród nas pojawia się nowy kolega, mężczyzna około trzydziestki, który okazuje się większym służbistą od naszego kierownika, który to (o czym mówiłem w "Urobionych") robił mi wymówki w środku nocy o to, że nie noszę krawata. Bo tego że do połowy łydek mam mokre od śniegu nogi we własnych starych butach i że pracuję za 3,70 (pozdrawiam wielbicieli pana Tuska, to oni, peowcy tak dbali o rynek) nie zauważał. Ale to nie o nim miało być. A więc ten nowy kolega. Sprawny, zorganizowany, zaangażowany. Ani stawka, ani otoczenie go nie deprymują. On się łasi, on wierzy, że dostanie umowę o pracę, że go przeniosą, ba!, może nawet mianują jakimś ochroniarskim generałem czy kim tam. Wydzwania do kierownika, pyta, notuje, biega na obchody, no po prostu cud pracownik. Tyle że dureń.

Ktoś kto czyta mojego bloga od lat, pamięta zapewne ile razy pisałem o tym, że zaangażowanie i uczciwe wykonywanie obowiązków nie powinny zależeć od stawki czy umowy, że jest to nasza część porozumienia z pracodawcą i my ją powinniśmy wykonywać jak należy, skoro na siebie przyjęliśmy. Tak właśnie robiłem. Nie spałem na służbie, nie wpisywałem fikcyjnych obchodów, kilka razy złapałem złodziei, zebrałem też ileś pochwał. ALE! Ale proszę Państwa, to było TYLKO wykonywanie obowiązków. Można rzec, że coś jakby naprawianie dziadowskiej firmy dobrym pracownikiem. Zawsze w stronę petenta, jak najmniej w stronę pracodawcy - oszusta. 

A ten bidok wydzwaniał, poprawiał ten krawat patrolując pusty plac o drugiej w nocy, bał się zamienić z kimś na zmianę i w ogóle brać głębszy oddech bez wiedzy władzy. A to wszystko za 3,70... 

Żebyśmy mieli jasność. On wiedział, że zlecenie na jakim pracujemy jest na warunkach umowy o pracę, wiedział, że firma nas okrada, łamie prawo, ma głęboko w nosie. Ale on tę firmę kochał.

Minęło circa pięć lat. Znalazłem się w ogromnym zakładzie produkcyjnym na jakże popularnym w naszym kraju stanowisku operatora maszyn. To już były inne pieniądze, to fakt, ale poza tym jak w ochronie albo i gorzej. Wyzwiska ze strony tak zwanych "liderów", ciągłe poganianie, ignorowanie przepisów prawa pracy i bhp i tak dalej i tym podobna. A do tego wyścig szczurów, bo przecież raz na pół roku kto się naprawdę angażował (soboty, niedziele, nadgodziny, normy) mógł dostać prawdziwą umowę o pracę. I w takiej to firmie spotkałem którejś nocy piękną ciemnowłosą dziewczynę. Wydała mi się jakaś inna, spokojniejsza, ciekawsza od całego tego oszalałego tłumu wokół. O jakże się myliłem! Plus minus w środku dniówki traf chciał że zastawiłem wózkiem na odpady jej wózek. Ot, musiałaby swoje ścinki wrzucić górą albo do mojego. Żaden problem, tym bardziej, że wszystko trwało może ze trzy minuty. Wiązanki jaką wtedy od niej usłyszałem nie jestem w stanie do dziś powtórzyć, a święty nigdy nie byłem. Te bluzgi, te wyzwiska pod adresem bądź co bądź starszego od niej, kogo widziała pierwszy raz w życiu zwyczajnie mnie powaliły.

Norma! Czas! Wydajność! Lider! A ty taki owaki i tak dalej... 

A przecież ona wiedziała, że tę upragnioną umowę powinna mieć od pierwszego dnia, że dodatek nocny którego na zleceniu nie ma też jej się należał, że nagradzanie etatem to żenada. Ale cóż tam, ważne, że może ktoś zauważy, pochwali, podrapie za uchem... O tym, że się gdzieś przez ten wyścig powoli odczłowiecza pewnie nie pomyślała.

Nie tak dawno poznałem kolejnego takiego człowieka. Nie jest młody. Nie jest też stary. Sporo umie. Od lat pracuje na minimalnej dostając resztę (niewielką) pod stołem, od lat znosi wyzwiska szefa i chamskie komentarze kierowników, od lat tłumaczy się z każdego dnia urlopu czy chorobowego. A i tak nie ma tygodnia żeby nie był szmacony. A i tak tę firmę kocha. I tak nawet nie zerknie na ogłoszenia w których za jedną z kilku jego umiejętności oferują pensję o tysiąc albo i więcej złotych wyższą od tej którą ma. 

Takich ludzi są tysiące, a może dziesiątki tysięcy. Karmieni chlebem ze smalcem zamiast suchego chleba zapomnieli już że istnieje szynka. Są tragiczni potrójnie. Krzywdzą siebie samych i swoich bliskich, upewniają złodziei i oszustów że mogą dalej kraść i oszukiwać, a wreszcie gdy ktoś obok krzyknie DOŚĆ! to oni pierwsi go uciszą, zanim pracodawca zdąży otworzyć usta.

Bójmy się ich.

piątek, 3 maja 2019

Lenin, lecz nie żywy

Podczas pewnej rozmowy, która odbyła się jakiś czas po moim wywiadzie do "Urobionych" pytano mnie o wspomnienia z okresu przemian 89 roku i nastawienie do poprzedniego ustroju z naciskiem na jego prosocjalną politykę. Oczekiwanie, że będę wspominał PRL z rozrzewnieniem było aż nazbyt widoczne. Podobne lub może częściej ewoluujące w stronę współczesnej lewicowości akcenty pojawiały się także w większości recenzji, komentarzy i dyskusji nad tamtą książką już po jej wydaniu usiłując świadomie lub nie stawiać znak równości pomiędzy walką z nieuczciwymi pracodawcami a walką z kapitalizmem jako systemem. O ile pierwsze takie pytanie nieco mnie zaskoczyło, zastanowiło i zmusiło do pewnych głębszych przemyśleń, o tyle wszelkie późniejsze słowa jakie na ten temat czytałem, oczywiście nie tylko w odniesieniu do siebie, ale i do innych urobionych czy po prostu źle traktowanych w pracy stopniowo coraz bardziej mnie irytowały.

Zupełnie niedawno znów "dowiedziałem się", że mój spór z przełożonymi o niższą niż kolegi z tej samej klasy stawkę w naszej pierwszej po skończeniu szkoły pracy i wszystko to co robiłem lata później wobec firm ochroniarskich, to była ta sama, niezmienna walka z kapitalizmem... Nie da się zaprzeczyć, że w PRL-u, gdyby ktoś wystawił mi taką laurkę mógłbym już nie martwić się o nic, bo dziś pewnie uczono by o mnie w każdej szkole, ale jednak, bez urazy, mało to ma wspólnego z rzeczywistością i jako takie wcale mi nie odpowiada.

Kiedyś może mniej, ale od około piętnastu lat prawa pracownicze są dla mnie czymś szczególnie ważnym, czymś czego przestrzegania wobec mnie jako pracownika bezwarunkowo oczekuję, na czego łamanie składam skargi i o co pytam ludzi pracujących na różnych stanowiskach w różnych firmach, by wiedzieć jak to wygląda u nich i jak sami to odbierają. Takich firm i takich rozmów było z pewnością kilkadziesiąt jeśli nie więcej. Czasy mamy takie, że o mniejszych lub większych oszustwach lub utrudnieniach słyszę prawie zawsze, ale nigdy, podkreślam to słowo, nigdy nie usłyszałem w takim kontekście o nadziei na rządy lewicy czy idącą w najlżej socjalistycznym choćby kierunku zmianę polityki państwa. Na nowego Lenina, Gierka czy Jaruzelskiego nikt z moich rozmówców nie czeka. Dla jasności dodam, że na Biedronia, Palikota czy Nowacką także nie. Oni, my, ja, czekamy na sprawiedliwość. A ona nie jest lewicowa ani prawicowa, zaczyna się od działającego w obie strony (na rządzących i rządzonych) dobrego prawa a kończy na karach za jego nieprzestrzeganie. Tylko tyle i aż tyle. Powie ktoś, a czy to ważne? Jeśli sprawiedliwości nie wprowadzi prawica, tylko lewica, to czy nie będzie ona sprawiedliwością? Oczywiście, że będzie, odpowiadam, ale nie będzie mimo to lewicowa, a tu tkwi sedno, bo właśnie tego nomen omen koloryzowania naszych życiorysów barwnikiem E120 sobie nie życzę.

Pamiętam dobrze jak ponad dekadę temu wyglądało przekazywanie około stu dwudziestu portierów "mojego" uniwersytetu do zewnętrznego pracodawcy. Wtedy to słynny i z tradycjami lewicowy jak najbardziej związek zawodowy nie zrobił nic prawie (odliczając pismo, które na biurku i komputerze mojej szefowej z wieloletnim stażem, nota bene członkini tegoż związku, pisałem ZA NIĄ ja oraz kilka także z mojej inicjatywy powstałych zapytań do pani kanclerz), a działali i inspirowali działania tylko i wyłącznie sami zainteresowani. Takich chwil się nie zapomina. Takich "związkowców" również. Nie słyszałem o związkach (choć były) w mojej pierwszej firmie ochroniarskiej, w której zmuszono mnie do podpisania fikcyjnej umowy zlecenia po to by uniknąć płacenia nadgodzin albo gdzie moją koleżankę za odmowę tegoż właśnie "zesłano" karnie pod market na drugim końcu województwa. Trzymając się nadal lewicy, zupełnie tak, jak ona usiłuje przyczepić się do takich jak ja, nie sposób nie wspomnieć jeszcze i słynnego "bojownika antykaczystowskiego", czyli pana towarzysza Jerzego Urbana, który co prawda podesłał był swego czasu do naszej akademii swojego dziennikarza, ale tego nasza sytuacja również nie zainteresowała, bo przecież "teraz tak jest wszędzie". 

Pamiętam idąc dalej szefa pewnego związku, a i owszem, jak najbardziej lewicującego, z pewnego dużego przedsiębiorstwa branży energetycznej, który wiedział o tym, że pod tym samym dachem co on pracują obok etatowców za minimalną także śmieciobiorcy na zleceniach po 3,70 na godzinę a jedni i drudzy jako codzienność mają fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole i całą masę tym podobnego błota. Ale to byli ochroniarze, nie jego firma, nie jego sprawa. Tyle mi powiedział, gdy go o wstawiennictwo prosiłem. Nie on jeden zresztą, bo podobnych prób w różnych miejscach i wobec różnych ludzi podejmowałem kilka.

Szanowni zatem malowani socjaldemokraci, socjaliści, komuniści, zieloni, różowi i wszelacy inni. Nie było Was tam, gdzie świat w wieku XXI cofnął się do XIX, nie mieliście czasu, odwagi, czy może to nie był Wasz rejon. Odpieprzcie się od robotnika.

---

Polecam zainteresowanym lekturę dwóch bardzo ciekawych książek pokazujących jasno, że w walce o prawa pracownicze dziewiętnastowieczni robotnicy nie czytali Marksa i Engelsa, ani nie planowali zakładania PGR-ów, a tylko (aż!) domagali się najpierw poszanowania prawa, które kulawe bo kulawe, ale już wtedy istniało, a później usiłowali na rządzących wpłynąć, by prawo to udoskonalić. I to właśnie była walka o sprawiedliwość, może nawet o prawo i sprawiedliwość, ale na pewno nie o rewolucję socjalistyczną. 

Wydawnictwo Odnowa Londyn 1970

Wydawnictwo Śląsk Katowice 1966

czwartek, 23 sierpnia 2018

Sługa lokaja

Za osiem dni pewna nie najmłodsza już pani ochroniarka straci pracę. Nie dlatego, że z niej uciekła, coś ukradła albo była pijana, nie dlatego, że non stop chorowała albo pokłóciła się z szefem. Nic z tych rzeczy. Dlatego tylko, że wykonywała swoje obowiązki w ostatnich kilkunastu minutach dniówki w prywatnym ubraniu i została na tym "złapana" oraz dlatego także, że w ocenie przełożonego swoim wyglądem, wiekiem i zachowaniem nie dość dobrze reprezentowała firmę i jej powagę.
 
Nawiązując tym wpisem nieco do książki "Urobieni" muszę jednak stanąć okoniem wobec pojawiającej się wokół niej tezy. Takie przypadki, jak ten o którym mówię, tak przecież podobny do tam opisanych, to nie żaden "wypaczony neoliberalizm" dla którego jedynym ratunkiem ma być rzekomo euro bądź nie euro lewicowość. To, proszę wybaczyć szczerość,  zwyczajne polskie skurwysyństwo, które dobrze się ma w każdym ustroju, bo zawsze gnębi tylko tych, którzy nie mają sił, odwagi lub wiedzy, by się bronić. To ponadczasowe skurwysyństwo, które ubiera ludzi w mundurki, wpaja im wojskowy dryl i policyjną nomenklaturę, wmawia, że praca poniżej dwustu godzin w miesiącu, to lenistwo, a jednocześnie nie potrafi dać wody mineralnej w upał albo długopisów do wypełniania przez nikogo nie czytanych sztampowych raportów. To praco i śmieciodawcy, którzy wchodzą tylnym wejściem każdemu, kto ich wynajmie, ale ludzi, swoich ludzi, dzięki którym mają dochód, traktują jak przedmioty. I przy okazji przyzwalają, choć nikt im takiego prawa nie dał, na to, by wynajmujący ich też tak do tychże ludzi podchodzili.
 
Koniec końców o zwolnieniu pracownika decydować może ktokolwiek w miarę ważny z firmy, która ochronę wynajęła. To tak jakby dajmy na to pasażer po uczciwie opłaconej jeździe spóźnionym jednakże autobusem mógł za to zażądać zwolnienia kierowcy. Głupie? No jasne, że głupie, ale nie w ochronie, bo ona w Polsce ze zdrowym rozsądkiem nie sąsiaduje nawet przez ścianę.
 
I oto proszę, nasz wspomniany wyżej pan Ważny, niczym Chińczyk pod pokładem statku płynącego do Europy "wykonuje telefon", po którym ktoś uważający się za szefa, ale tylko wobec pracowników, bo wobec wynajmujących jego firmę usłużny prawie jak spinacz z pakietu Office, trzask prask oznajmia, że pani może swoje manatki zabierać albowiem podpadła straszliwie.
 
Nieważne, że najpierw, widząc ją, wiedząc ile ma lat, jakie doświadczenie, głos, posturę itp. przyjął ją do pracy, nieważne, że sam skierował na taki a nie inny obiekt, nieważne, że to on powinien ponosić odpowiedzialność za jej doszkolenie, i bez znaczenia tu również, że skuteczność całego systemu ochrony tegoż obiektu z nią czy bez niej jest porównywalna ze skutecznością przeciętnego płynu na porost włosów, nic to, powiadam wam. Liczy się tylko, że wobec MIŁOŚCIWIE NAM PŁACĄCEGO można wykazać się dynamiką i zdecydowaniem. Taki drobiazg, że w zgnojeniu swojego pracownika, to już można pominąć.
 
Za osiem dni będzie wolne miejsce w pewnej firmie ochroniarskiej. Uczcie się dzieci, bo jak się nie będziecie uczyły, to wy też możecie tam kiedyś trafić... 
 

sobota, 19 maja 2018

Raport służbowy

Pamiętam doskonale dzień w którym po raz pierwszy w życiu ubierałem na swój portierski dyżur irytujący mnie wcześniej u innych firmowy czarny mundurek. Był nowy, pachnący, ładnie zaprasowany, świetnie skrojony (nie twierdzę, że od Hugo Bossa, ale skrót nazwy firmy pewne historyczne skojarzenia budził)  i po prostu dodający męskości. Dopiąłem ostatni guzik i niepewnie spojrzałem w lustro...
 
O Boże...
Wyglądałem świetnie!
 
Oto ja, pierwszy w naszej uczelni, którzy podjął na wszystkich możliwych frontach walkę przeciwko przekazaniu cywilnych portierów do jakiejś tam ochrony, także pierwszy założyłem ochroniarski uniform, gdy już stało się jasne, że ani związki zawodowe ani nasi przełożeni palcem nie kiwną by przeciwstawić się decyzji "żelaznej kanclerz". Wczoraj biegałem po kampusie z listami zbiorowymi, wysyłałem petycje do mediów, ministerstw, Inspekcji Pracy i kogo tam jeszcze, tłumaczyłem, wyjaśniałem, pobudzałem do walki, a dziś szedłem wyprostowany po korytarzu napawając się stukotem butów...
 
Zdziwione a częściej zgorszone wręcz miny i komentarze moich koleżanek i kolegów rekompensowało mi w dużej mierze nagłe po "zmilitaryzowaniu" przejście z odwiedzającymi uniwersytet policjantami z dzień dobry na cześć oraz wcale głośne westchnienie pewnej ładnej pani, gdy zobaczyła mnie któregoś wieczora w niebieskiej koszuli poprawiającego na jej widok krawat. Marsowa mina, surowy głos, sztywniejsza postawa, stopniowo rodzące się przekonanie o posiadaniu jakiejś wyimaginowanej władzy. Zachorowałem.
 
Setki tysięcy koleżanek i kolegów po fachu przechodziło to wcześniej lub przechodzi obecnie, a nie ma się co łudzić, że na nich historia się zakończy. Choroba pagonowa jak ją sobie nazwałem będzie trwała jeśli nie zawsze, to przynajmniej dopóty, dopóki istnieć będą miejsca w których choćby najmniejszą władzę nad innymi otrzymywać będą osoby, które nie mają władzy nad samym sobą. Każdy z nas spotkał w swoim życiu takich "zainfekowanych". To, żeby trzymać się tylko ochrony, ci na przykład portierzy, którzy gonią po parkingach, galeriach handlowych czy szkołach z nieśmiertelnym jak sama branża "Eeee, kolego! Tam nie wolno!", to także ci, którzy próbują nam grozić, gdy nie mają do tego podstaw, szarpią się z nami, krzyczą, wchodzą w niepotrzebne dyskusje, a jednocześnie nie potrafią czegokolwiek wyjaśnić czy załatwić NAPRAWDĘ. To wreszcie i przede wszystkim jako ich najbardziej wyrazista medialnie i skondensowana forma słynny nocny portier z filmu Kieślowskiego, który zainspirował mnie do stworzenia tytułu tego bloga.
 
Można powiedzieć, że jak każda choroba i ta ma swoje stadia. Gdy wczorajszy hydraulik albo kierowca dziś w mundurze twierdzi, że przyczepa kempingowa to posterunek a spacer wokół budowy i obsikanie drzewa w kącie to patrol, możemy mu to wybaczyć. Gdy wściekły emeryt tłumaczy nam wymachując rękami, że tu parkować nie wolno - także, bo tutaj w każdym przypadku granicą jest zwyczajna ludzka kultura a punktem odniesienia konkretna sytuacja. Nasza i jego. Są jednak przypadki bardziej delikatne, a zarazem groźniejsze.
 
Mężczyzna sprawdza detektorem dziesiątki osób wchodzących i wychodzących z pewnej instytucji. Czasem gdy jest zmęczony sprawdza wyłączonym, żeby było szybciej. Większość i tak tego nie zauważy. Czasem go włącza i kontroluje naprawdę. Ludzie wyjmują wtedy pęki kluczy, portfele, telefony i co tam ciekawego mają. Unoszą lekko ręce i sprawdzani są po raz kolejny. I następny, i dalej. Taśmówka.
 
Pusty korytarz, ładna, młoda dziewczyna. Detektor jakimś cudem włączony. Piszczy. Komuś innemu nasz bohater poleciłby wyjąć zawartość kieszeni i sprawdził go jeszcze raz. Jej, na oczach kilku obojętnie pracujących niedaleko mężczyzn poleca zdjąć sweterek i podnieść ręce do góry. Nie jak reszta petentów, o trzydzieści centymetrów od ciała, ale wyprostowane, wysoko nad głowę. I jeszcze stanąć z boku, blisko, bliziutko...
I nie komentować, skoro inni nie komentują.
 
Ochroniarz? Portier? A skądże!
Cieć.
 
***
 
Moja choroba pagonowa zaczęła się i skończyła dawno temu na poczuciu wyprzystojnienia po założeniu mundurka. Jakieś tam miny i ton głosu na szczęście nigdy nie przeszły na jakość i technikę mojej pracy. Mimo zmilitaryzowania nadal pisałem skargi na łamanie prawa, wydawałem gazetki, walczyłem o sprawiedliwość. Dziesiątki osób mogłyby to potwierdzić. Na każdym z wielu obiektów jakie w swojej karierze poznałem słyszałem pochwały. Za skuteczność, kulturę i samodzielność, nie za wymądrzanie się i pomiatanie innymi. Tym samym, mimo, że od 2016 roku jestem już kimś innym, to duchowo zawsze już będę portierem. Jedynym który rzeczywiście zaistniał w Internecie i tym, który słówko Portier wprowadził do Wikipedii. To zobowiązuje.
 
Odnalazłem przełożonego tego pana w miejscu które tego dnia odwiedziłem. Złożyłem na niego oficjalną skargę. Mam nadzieję, że zaboli.
 
Ma boleć, cieciu!


EPILOG Z CZERWCA 2018

Obecnie służbę pełni obsada damsko męska. Mężczyzna ma prawo kontroli tylko mężczyzn, kobieta, tylko kobiet. Nieskromnie uważam, że zmiana ta nie nastąpiłaby bez mojego udziału...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Tyle samo prawd...

Czasem w życiu bywa tak, że słyszy się bicie własnego serca, a może zresztą bardziej nawet odczuwa niż słyszy. Świat zwęża się wtedy niemalże do jednego zmysłu, jak w sytuacji ekstremalnego zagrożenia, nawet, jeśli to zagrożenie realnie nie istnieje, a jest tylko mglistą obawą przed nim. Tak właśnie czuję się dziś. Stoję opierając się lekko rękami o śliski blat stołu. Ponad przerastającym wszystko oceanem szumu w mojej głowie unosi się ostatnia cienka nitka realności po której płynie do mnie głos odczytujący zdania na które czekałem wiele miesięcy, a których nie wiedzieć czemu zacząłem się bać ledwie kilkadziesiąt minut temu...
 
...uznaje, że w wymienionym okresie był zatrudniony na umowę o pracę...
...zasądza...
...bez wątpienia...
...czynnik ekonomiczny nie uzasadnia stosowania takich rozwiązań wobec pracowników...
 
Fala nagle opada, szum ustępuje, serce wraca na swoje miejsce. Nie, to mi się nie śni. Wygrałem. Spoglądam na ławkę naprzeciwko. Moja dawna "władza najwyższa" z miną skrzywdzonego dziecka, nie wierząca w to co słyszy, zirytowany i jakby skulony jej prawnik całym sobą mówiący "nieważne, chodźmy stąd i przygotujmy PRAWDZIWY odwet", jego podobnie zagubiona koleżanka, jakaś nieznana mi pani na widowni. A sędzia spokojnie wygłasza kolejne zdania... Uśmiecham się. Przecież ten "czynnik ekonomiczny nie uzasadniający takich działań" to moje własne słowa sprzed kilkunastu minut. Dziwnym trafem po raz już drugi w życiu moje słowa trafiają do wyroku sądu pracy. Kiedyś było to w sprawie mojego kolegi zdanie "przełożony to nie tylko osoba wydająca polecenia, ale przede wszystkim MAJĄCA PRAWO wydawania poleceń". No bo czyż nie tak właśnie jest? Nie chwaląc się zresztą, to akurat zdanie było jednym z punktów które pozwoliły mu wygrać wtedy z pracodawcą wystawiającym umowy o dzieło zamiast o pracę.

Czego się zatem bałem, skoro prawda jest tylko jedna?

Nie wiem. Może dlatego strach był większy.

Prawie dwa lata temu, o wiele za późno, złożyłem skargę do Inspekcji Pracy na firmę w której byłem podówczas zatrudniony na umowie śmieciowej i za śmieciowe pieniądze. Kiedy dziś sięgam pamięcią do tych dni, w zasadzie trudno jest mi ocenić co miało tu znaczenie decydujące, ale najprawdopodobniej był to jakiś drobiazg, który po prostu przepełnił przysłowiową czarę goryczy. Wniosek trafił więc pocztą do PIP, a sama inspekcja w kilka tygodni później pojawiła się w moim zakładzie. Przewertowano tomy akt osobowych, przesłuchano kilkunastu przypadkowych ochroniarzy, potem mojego kierownika, jego szefa i wreszcie gdzieś między pomiędzy, oczywiście niby to przypadkiem, mnie. Inspektor po przeanalizowaniu dokumentacji, sytuacji na obiektach oraz zeznań pracowników bez cienia wątpliwości uznał, że stosunek łączący mnie z firmą jest stosunkiem pracy, nie umową cywilnoprawną. To samo orzeczono wobec każdego z przesłuchiwanych w trakcie kontroli moich kolegów. Jedno tylko wyglądało inaczej. Poza pewnym emerytem, któremu jak sam stwierdził aż tak na tej pracy nie zależało oraz mną NIKT inny nie zgodził się na podpisanie w protokole stwierdzenia, że nie akceptuje obecnej formy zatrudnienia i domaga się umowy o pracę.  Nie oceniam tych ludzi, ponieważ w dużej mierze ich rozumiem, ale przypomnieli mi się, gdy pewna osoba twierdziła potem w sądzie, że na grube setki pracowników takich jak ja "zbuntowanych" można by przez lata policzyć na palcach jednej ręki...

Po kontroli inspektorzy nakazali mojemu pracodawcy natychmiastową zmianę formy mojego i moich kolegów zatrudnienia, co ten oczywiście (?) zignorował. Prawnicy z PIP-u zajęli się zatem sporządzeniem pozwu do sądu. Mój udział w tym, to kilkustronicowe zeznanie, przygotowane zresztą samodzielnie przed spotkaniem z inspektorem, w którym to piśmie zawarłem wszystkie swoje usystematyzowane już wtedy pretensje i argumenty co do warunków zatrudnienia i płacy oraz kilka dodatkowych smaczków obrazujących jak firma podchodzi do poszanowania prawa w ogóle.

Około roku temu rozpoczęła się wreszcie sprawa sądowa. Przesłuchiwano w jej trakcie moich kolegów z obiektu, kierownika, dyrektora, a wreszcie samą wierchuszkę z zarządu i last but not least mnie. Padały różne słowa, od takich które świadomie lub nie wpasowywały się  moją narrację poprzez te zwyczajne, zwyczajnie również jej zaprzeczające, aż po takie po których włosy stawały dęba, gdy się miało świadomość, że są co najmniej dalekie od rzeczywistości a mimo to wygłaszane bez cienia zażenowania. Dla mnie jednak najdziwniejszym było coś innego. Oczywiście w sądach, także sądach pracy, bywałem już w życiu parokrotnie, ale jakoś zawsze wcześniej moje zeznania to było coś w rodzaju "niech świadek opowie...", a więc po prostu opowiadałem. Tutaj głównie odpowiadałem na pytania i to pytania czasem mające mnie urazić, obrazić lub zirytować. Byłem także łapany za słowa, wciągany w pułapki i atakowany na różne sposoby w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. I to ani łatwe ani miłe nie było, ale zaręczam że odwdzięczałem się potem pięknym za nadobne określając pewne działania mojego eks pracodawcy wprost takimi za jakie je uważałem, a to na pewno bolało.

Nie opiszę tu szczegółów ponieważ ani nie chcę, ani mi jeszcze nie wypada, ani nawet nie o nie chodzi. Opowiadam za to z grubsza o całej historii, gdyż ważniejszym w niej jest to, jak właściwie sprawa toczyła się od momentu gdy zebrałem się w sobie by zawalczyć z dotychczasowym zakładem pracy, aż do chwili gdy usłyszałem korzystny wyrok sądu. Cóż, jak widać, nie było tam niczego co byłoby nie do przejścia dla średnio rozgarniętego Kowalskiego. Tym bardziej, że rozpoczęcie od kontroli PIP dało mi także wsparcie prawne, oczywiście darmowe, na każdym etapie sprawy (i rozprawy) a także zdjęło ze mnie obowiązek sformułowania pozwu, któremu pewnie bym podołał, ale jednak nie z takim profesjonalizmem jak fachowcy dla których to codzienność.

Czy to więc już koniec? Czy mam świadectwo pracy, nową umowę i kilkadziesiąt tysięcy złotych w kieszeni?
Nie.

Bez wątpienia moi adwersarze odwołają się jeszcze a walka potrwa dłużej. Jestem na nią gotowy. Myślę, że teraz znacznie bardziej niż na początku.

Chciałbym, żeby tak samo jak ja dwa lata temu, ale przede wszystkim jak ja dziś, pomyślały w podobnej sytuacji setki tysięcy ludzi, którzy w imię posiadania jakiegoś tam zatrudnienia godzą się na warunki krzywdzące ich lub przynajmniej umniejszające to, co im się z mocy prawa należy.

Owszem, życie to nie film. Każdy czasem się boi, każdy zająknie, pomyli słowa, wpakuje na minę ku radości przeciwnika. Mało który też portier czy sprzątaczka znają na wskroś prawo pracy i fachową terminologię. Ale prawda jest jedna. Tylko jedna. Zdrowi i silni czy pokiereszowani codziennością na śmieciówkach musimy mieć odwagę o nią walczyć, skoro innym nie brakuje odwagi by ją wypaczać na swoją korzyść.
 
 

sobota, 27 stycznia 2018

Ciemna strona szlabanu

Historia do której odnosiłem się w poprzednim wpisie otrzymała właśnie zaskakujący dalszy ciąg. Aczkolwiek ani o jotę nie zmienia on mojej opinii o outsourcingu i jego skutkach, w tym przede wszystkim stwierdzenia, że skoro szpital potrzebuje obsługi portierskiej, to i szpital powinien takową zatrudniać, to jednak ma jeszcze jedno, głębsze dno, ponieważ pokazuje pośrednio jak manipulują nami media.
 
Okazało się właśnie, że to nie do końca lekarz był bohaterem a portier złym duchem, że też nie do końca jeden chciał i prosił a drugi odmawiał i ignorował, i wreszcie niestety, że tzw. parcie na szkło pierwszego było wprost proporcjonalne do wycofania drugiego. Brutalne słowa jakie pojawiły się potem w komentarzach, żałosne sondy, takie jak ta którą skopiowałem ze strony Faktu i wszechobecna fala krytyki zasłoniły drobiazg, że samego portiera do pewnego momentu nikt o sprawę nie zapytał. Ba! Jego własna firma w żenującej nadgorliwości od razu zarzekła się, że zostanie ukarany. WIEDZĄC jak się teraz okazuje, że był niewinny! Trudno w tej sytuacji nie stwierdzić, że karą (niezasłużoną) jest dla niego już sam taki właśnie pracodawca.
 
Ale do rzeczy. We wczorajszym reportażu TVN-u wyjaśniono wreszcie, że parkingowy NIE MIAŁ TECHNICZNEJ MOŻLIWOŚCI OTWARCIA SZLABANU od niewłaściwej strony, gdyż odpowiednie czujniki były tylko od wjazdu , nie było ich zaś, ani innego sposobu otwarcia blokady od wewnątrz, a przynajmniej nie przez portiera znajdującego się na miejscu. Mógł to zrobić drugi, z innego posterunku, ale po odpowiednim zgłoszeniu. Tego zgłoszenia nie otrzymał, ponieważ lekarz zdążył już szlaban wygiąć.
 
Smutne to wszystko, naprawdę. Mamy tu i obłudę i kłamstwa i medialny lincz. A teraz dla odmiany ckliwą historyjkę broniącą niesłusznie oskarżonego człowieka. Problem w tym że jedno i drugie pisane tym samym piórem. Wszystko dla kliknięć, bo dziś tylko one się liczą. Zamiast obiecywanej tyle razy "całej prawdy, całą dobę"...
 
 
 
=====================================
Winny jest portier.
 
Jak można tak hejtować niewinnego portiera?!
 
====================================
 
 
 
 ====================================







 
 

niedziela, 21 stycznia 2018

Szlaban na outsourcing!

Nagłówek tekstu ze strony Faktu
------------------------------------------------ 
Kilka dni temu media obiegła wiadomość o wydarzeniu które miało miejsce piętnastego stycznia na przyszpitalnym parkingu w Zielonej Górze. Oto lekarz wyjeżdżający karetką do pilnego wezwania zmuszony był do wyłamania szlabanu, ponieważ portier odmówił otwarcia go jako służącego wyłącznie do wjazdu, a nie wyjazdu z terenu szpitala. Ocena tej sytuacji wydaje się z pozoru prosta: całą winę ponosi jakiś bezmyślny parkingowy, nieprawdaż?
Ano, moim zdaniem, NIE. 

Zacznę od przypomnienia kolejności zdarzeń. Piętnastego stycznia około godziny 14 karetka otrzymała zlecenie pilnego wyjazdu zaraz po tym jak dowiozła innego pacjenta na izbę przyjęć. Pomocy potrzebowała kobieta, którą kilka dni wcześniej wypisano ze szpitala. Jej stan był teraz poważny, liczyła się każda minuta. Załoga zdecydowała zatem aby dla skrócenia trasy wyjechać bramą wjazdową, czyli pod prąd, i dzięki temu także ominąć korki na pobliskim skrzyżowaniu. Po dojechaniu do szlabanu okazało się jednak że portier odmawia jego otwarcia i kieruje auto do zwykłego wyjazdu ignorując informację od lekarza o powadze sytuacji. Po kolejnej próbie polubownego załatwienia sprawy, w tym argumentacji, że przecież po godzinie 22 i tak ten wjazd jest stale otwarty, lekarz zdecydował się wyłamać (a właściwie wygiąć) szlaban i przejechać mimo ostrzeżeń, że poniesie koszty swojego działania.

Oczywiście jak można się było spodziewać na głowę portiera posypały się gromy. Media, czytelnicy, widzowie, przedstawiciele szpitala i nawet firma w której pracował jęli prześcigać się w udowadnianiu swojej rzekomej "papieskości".  Po czymś takim nie dziwi wynik sondy na stronie Faktu, w której 94% respondentów z ponad tysiącstuosobowej grupy uznało za słuszne ukaranie za całe zajście parkingowego i tylko jego. Zresztą już to przyobiecał także pracodawca owego pana zapowiadając jego upomnienie i przeniesienie na inny obiekt.



I tak właśnie uspokaja się zbiorowo sumienie tych, którzy są w tej i setkach podobnych, choć na szczęście najczęściej mniej dramatycznych sytuacji winni naprawdę, nawet jeśli nigdy ani wspomnianego pana ani jego szlabanu na oczy nie widzieli.

Pozwólcie Państwo, że do sprawy podejdę szerzej. Winnym numer jeden jest tu według mnie nie portier, a szpital, ten konkretny z naszej historii, ale i każdy inny, generalnie cała służba zdrowia i nawet nie tylko ona. A razem z nimi modne słowo outsourcing, którym maskuje się robienie taniej i gorzej czegoś, co powinno być robione drożej i lepiej, aby móc uznać, że jest robione w ogóle!

Od lat panuje w Polsce moda na zewnętrzne firmy różnego rodzaju. Są one w powszechnym mniemaniu tańsze, bardziej elastyczne, zdejmują ze zleceniodawców część obowiązków niezwiązanych z sednem ich działalności, a do tego pozwalają zaoszczędzić na składkach na PFRON, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w branży ochrony mienia i czystościowej są zakładami pracy chronionej. O tym, że taka ochrona czy sprzątanie jest wykonywane gorzej, nierzadko na umowach śmieciowych, z naruszeniem norm godzinowych itd. itp. prawie się nie wspomina. O tym, że generalnie przygotowanie fachowe pracowników w firmach tego typu, także innych branż, jest słabsze niż potencjalne u bezpośredniego pracodawcy, również. A już fakt, że gdzieś w biurowcu widzimy po raz dziesiąty w danym roku nowego portiera chyba nikomu absolutnie nie przeszkadza, mimo że w wyniku tej zmiany on nic nie wie, a za to ten, który odszedł, wie aż za dużo. Także o nas, ale któżby tam nad tym myślał...

Kwestia druga to więź z firmą. Takie niby komunistyczne coś, co się dzisiaj zamienia w lukrowane obłudą wyjazdy integracyjne a co guzik ma ze swoim pierwowzorem wspólnego, bo zwyczajnie nie działa. A szkoda, bowiem nie ma i nigdy nie będzie lepszego pracownika od tego, który swoją pracę, swój zakład, po prostu lubi i szanuje. Nie rozumiała tej prostej zależności na przykład jedna z moich dawnych pracodawczyń - "żelazna" kanclerz SUM w Katowicach  - pani Bernadeta Kuraszewska, gdy w 2007 roku jednym pociągnięciem pióra pozbyła się sprawdzonych przez nierzadko dziesięciolecia i oddanych całym sobą ponad stu portierów na rzecz pseudoochroniarzy, dla których uczelnia była tym samym co wcześniej budowa a później kopalnia czy baza autobusów. I którzy także za ewentualne błędy niekoniecznie bać się musieli zwolnienia a co najwyżej przeniesienia, które i tak było dla nich codziennością. Czy taki człowiek się angażuje? A czy się identyfikuje, utożsamia w miejscem w którym pełni służbę? Wolne żarty.

Winny numer dwa to śmieciodawcy. Nieważne czy z firm ochrony osób i mienia, okołoprodukcyjnych, sprzątających czy np. tylko obsługujących parkingi. I nawet nieważne czy faktycznie zatrudniający na zleceniach. Firmy, które nie są prawdziwymi pracodawcami, a tylko handlarzami.  Przez szacunek do samego siebie jako jednego z ich dawnych śmieciobiorców napiszę tylko, że handlarzami pracowników.

Fabryka. Ubranie, skierowanie do pierwszej z brzegu brygady, praca. Powiedzmy do śniadania wolniej, żeby się wprawić, a potem już norma.  Ochrona. Mundur, pokwitowanie szkolenia BHP, adres obiektu i nieśmiertelna dniówka z "panem Zdziskiem, co to wszystko wie". Sprzątanie. Ciuchy, adres i "pani Jola pani pokaże". I włóczą się takie zombi rynku pracy od Annasza do Kajfasza, ciągle licząc na to że Zdzisek i Jola wytłumaczą tak, żeby nie było wpadki. Bo firma nie ma przecież czasu na takie drobiazgi jak prawdziwe szkolenie stanowiskowe, ale za to ma dla nas np. 9,70 netto. A jeszcze półtora roku temu bywało, że 3,70 zł wraz z umową w której zrzekamy się składek na ZUS.
Handlarze, nie pracodawcy.

Rok temu, w styczniu 2017 roku udzielałem wywiadu na temat moich doświadczeń w ochronie. Usłyszałem w nim pytanie, które mnie autentycznie oszołomiło. "Jak wygląda szkolenie ochroniarza?"
Szko...co???

Nie ma szkoleń. Nie ma personalizacji pod dany obiekt, nie ma wpajania pewnych ogólnych wzorców zachowań, umiejętności kojarzenia faktów, obserwacji, sposobu prowadzenia rozmów, samodzielności działania itp. Jest tylko "pan Zdzisek". To z jednej strony. W środku mamy zakres obowiązków. Najczęściej ogólnikowo wazeliniarskie brednie pisane masowo pod wszystkie obiekty danej firmy z tylko dokładanymi lub odejmowanymi kilkoma zdaniami dla pozorów. A na drugim biegunie czeka na nas katalog kar, często nielegalnych z punktu widzenia Kodeksu Pracy, za najdrobniejsze uchybienie w rodzaju braku krawata albo plakietki.  Kto wie czy czasem i za wypuszczenie kogoś bramą do wjazdów także czegoś nie wymyślono. Bo takie to bywają realia w bagnie zwanym outsourcingiem.

Dwa przykłady z dziesiątków z mojego życia:
Przełożona ustawiła mnie kiedyś do pionu i to w dość ostrych słowach, ponieważ za własne pieniądze odesłałem listem poleconym znalezioną w śniegu przed budynkiem dokumentację medyczną osoby z innego miasta. Pani kierownik chciała, żeby owa dokumentacja trafiła do jej szuflady, bo może ktoś się zgłosi! A jeśli się nie zgłosi, to trudno.

Inna firma, inny czas. Wezwałem pogotowie do leżącego na trawniku przed pobliskim marketem pijanego, który mógł umrzeć w upale, a obok którego przejeżdżało ileś samochodów i przechodziło obojętnie iluś pieszych.
-A co pana obchodzi co się dzieje za płotem? Przecież to nie nasz teren? - usłyszałem.

I jeszcze jedno na dobitkę. Pracowałem w swoim życiu jako ochroniarz na kilkunastu bardzo różnych obiektach w trzech firmach, a w czwartej zacząłem, ale zrezygnowałem. KAŻDA z tych firm łamała polskie prawo. Nie tylko pracy, bo chociażby fałszowanie dokumentów albo oszukiwanie ZUS-u to raczej kryminalka na poważnie. Ale te firmy nadal działają i nadal też mają klientów. Bo tak to już jest, że czasem wolimy być ślepi.

Nie wiem i wcale nie twierdzę, że taka też była na przykład firma zatrudniająca "pana od szlabanu", ale po raz któryś powtórzę - outsourcing to zawsze gorsza jakość faktyczna, nawet jeśli cena i organizacja z pozoru są lepsze czy lżejsze. Tam po prostu nie ma miejsca na profilowanie pracownika tak, jak to się dzieje z natury rzeczy u normalnego pracodawcy, którym, wracając do naszej historii powinien być szpital. Amen.

Czy zatem wreszcie uważam, że nieszczęsny parkingowy jest bez winy? Nie. Uważam, że powinien otworzyć szlaban, ale rozumiem dlaczego go nie otworzył. Moja kartoteka znaleziona w błocie też powinna trafić na zawsze do biurka mojej kierowniczki, a pijany mężczyzna któremu pomagałem miał tam leżeć, bo był poza terenem. Zrobiłem dobrze, ale łamiąc zasady swojej pracy. On także miał je złamać, ale wolał się ich trzymać. I ja go rozumiem. Spróbujcie choć trochę zrozumieć i Wy, drodzy czytający.

"To jest wjazd i tylko wjazd. Nie wolno panu nikogo tędy wypuszczać, zrozumiano?"

"Jak to odesłał pan kartę poleconym? Kto panu pozwolił?

"A co pana jakiś pijak na trawie obchodzi? To poza terenem firmy!"
 
 
POST SCRIPTUM
 
1. Pytanie do 94% uznających portiera za winnego. Któż byłby winnym, gdyby karetka wyjechała po otwarciu szlabanu wprost na rozpędzoną inną, jadącą NORMALNIE do szpitala?
 
2. Wjazd na parking po 22 jest do rana otwarty, ale czy to oznacza, że staje się wtedy dwukierunkowy? Raczej  nie,  jak widać dość wyraźnie na zrzucie z Google Street View.
 
 
 
---
 
 
Linki
 
Artykuł na stronie Onetu (proszę zwrócić uwagę na to jak pomieszano w nim opis sprawy)

wtorek, 28 listopada 2017

Biedny złodziej

Nawet wśród najbardziej radykalnie nastawionych przeciwników obecnej władzy trudno by było znaleźć niedostrzegających rewolucyjnej dla polskiego rynku pracy zmiany, jaką są stawki minimalne dla umów zleceń. I także nikt nie zaprzeczy, a nie kryję, że piszę to z satysfakcją, iż Platforma Obywatelska przez wszystkie lata swoich hurraoptymistycznych rządów nawet nie spróbowała ucywilizować patologii jaką były płace czasem w wysokości 3,60 zł netto za godzinę obowiązujące dla niektórych jeszcze rok temu.

Oczywiście stawka minimalna nigdy i w żadnym kraju nie będzie stanowić dochodu satysfakcjonującego i pozwalającego funkcjonować na miarę pełni potrzeb, ale by zrozumieć (dobrą) zmianę jaka się dokonała pomiędzy grudniem 2016 a styczniem 2017 wystarczy porównać płacę, która dla osoby wykonującej swoje obowiązki (na śmieciówce) przez 168 godzin w miesiącu wyniosłaby odpowiednio 604* i 1629** zł netto. Myślę, że jakikolwiek komentarz na temat tych kwot jest zbędny. 

Ludzi zarabiających minimum jest w Polsce bardzo dużo, ale niestety mało się o nich mówi i też rzadko który z tego grona sam ma moc, aby się gdziekolwiek ze swoimi problemami przebić. Może więc tylko przypomnę, że najniższe dochody jako standard, to domena nie tylko jak się powszechnie sądzi branży ochrony mienia czy usług czystościowych, ale także bardzo często produkcji czy wszelkich innych prac najogólniej określanych mianem pomocniczych, od wykładaczy towarów, roznosicieli ulotek aż po pracowników w teorii wykwalifikowanych, ale dopiero gdzieś zaczynających. A to wszystko, to już są grube setki tysięcy ludzi, by nie zaryzykować twierdzenia, że więcej.

I znów, podobnie jak z wspomnianymi ochroniarzami i sprzątaczkami popełnić możemy błąd, zakładając, że minimum to minimum, trudno i kropka, albowiem niestety Polak potrafi i czasem z tych prawem nakazanych stawek schodzi się jeszcze mocniej, cały czas zachowując pozory legalności. Pierwszym takim zejściem, a przynajmniej pierwszym, które ja zauważyłem funkcjonując na rynku pracy od kilku dziesięcioleci, były chyba umowy zlecenia na wypłatę nadgodzin. Poprzez stosowanie ich wypłacano pensję za dodatkowe godziny z etatu w formie gołej stawki za pracę świadczonej rzekomo dla innego niż główny pracodawca podmiotu. Osobną kwestią, a od połowy pierwszej dekady XXI wieku wręcz plagą są zlecenia na warunkach umowy o pracę, ale to w dzisiejszym wpisie aspekt, który choć bardzo znaczący, odkładamy na bok. Cóż zatem dalej z tym przebijaniem dna? Przykładów niestety jest wiele, często ekstremalnych***. W 2015 roku wielką popularnością cieszył się np. sposób "na malowanie trawy", czyli rozdzielanie pensji ze śmieciówki na dwie umowy, z których pierwsza była mikroskopijna, powiedzmy na 50 zł i do tego pod każdym względem fikcyjna, ale za to oskładkowana, zaś druga, faktyczna, zawierała klauzulę, że oto jej wykonawca nie chce mieć potrącanych składek, ponieważ takowe odprowadza już z innej umowy. Zgadnijcie Państwo której? Tak! Dziwnym trafem z tej symbolicznej! Dzięki takim to druczkom dziesiątki polskich firm oszukało ZUS nie odprowadzając doń należnych kwot, a dodatkowo tysiące pracowników tak samo (choć bez własnej winy) okłamało później Urzędy Skarbowe wypełniając PIT-y wg. danych z przekazanych im przez pracodawców rozliczeń. O wysokości ich emerytur za lat ileś wyliczonych z takich właśnie dochodów nawet nie wspominam. Historii podobnych do wyżej wymienionych jest zresztą wiele więcej i nie wszystkie dotyczą tylko najmniej zarabiających, choć jednak ich bez wątpienia częściej niż innych. Choćby popularne do dziś zatrudnianie na pensji minimalnej z wypłatą faktyczną, czasem bardzo wysoką, jak to się mówi pod stołem. Ot, Polska! Co do tego ostatniego przykładu, to dodać tu muszę, że szczerze wzruszyłem się, gdy jesienią ub. roku zaproponował mi takie właśnie warunki pracy pan, u którego circa 15 lat wcześniej pracował na identycznych mój dobry kolega... Kiedy zastanowić się ile to czasu minęło, ilu pracowników, ile zysku, a potem skonstatować, że cały proceder toczy się nadal bez przeszkód, to naprawdę ręce opadają...

Wydawać by się mogło, wracając do kwestii umów zleceń i stawek na nich, że po zmianach wprowadzonych przez PIS nie da się już płacić nikomu mniej niż 9,70 za godzinę. Że zwyczajnie nie ma już na to żadnego haka. O naiwności!

Krótko po wprowadzeniu nowych stawek głośne stały się przypadki w których np. sprzątaczka musiała "wynajmować" odkurzacz, ubranie robocze czy wiadro od firmy i płacić za nie "raty", a gdzie indziej za spóźnienie czy inne drobne przewiny karano potrąceniami rzędu 200 zł, co we wszystkich przypadkach skutkowało tym samym - zejściem stawki godzinowej do poziomu poniżej minimum, mimo, że de iure owo minimum jak najbardziej było wypłacane. Ale to i tak nie koniec. Kilka miesięcy temu zetknąłem się na przykład z firmą, w której stawka naliczana była między innymi za... wygląd. Tak! Szef tejże argumentował w rozmowie ze mną, że przecież "tamten jest stary i ledwo łazi" a "ten znów niewyraźnie mówi" no i jakże on by miał im dawać (!) aż 9,70? Więc wypłacał zależnie od gustu po 8 czy 9 zł na przykład. Jak? Prosto. Albo co innego każąc podpisywać a co innego wypłacając do ręki (w sensie dosłownym, żeby nie było śladów) albo, częściej, zwyczajnie zaniżając liczbę godzin do ilości "tworzącej" jakby nową stawkę. W tym drugim przypadku ktoś pracował dajmy na to 180 godzin, wypłacano go ze 160 powiedzmy i tym samym nie miał już stawki z umowy, mimo... że ją miał.

I wreszcie wczoraj. Wczoraj odwiedziłem człowieka który poprzez popularny portal internetowy poszukiwał pracowników do zatrudnienia jak najbardziej na umowę o pracę. Na miejscu okazało się, że nie do końca, albowiem:
1. Okres próbny jest tylko na zleceniu, co samo w sobie jest niezgodne z prawem, i za najniższą stawkę, mimo, że specyfika pracy nie wiąże się z nabyciem jakichś szczególnych umiejętności po tym czasie a pracuje się pośród ludzi zarabiających dużo więcej.
2. Później, już będąc na etacie, świadczy się pracę średnio ok. 32 godziny miesięcznie ponad limit, ale nie ma się żadnych płatnych nadgodzin, tylko gołą stawkę godzinową jako jakiś fikcyjny dodatek.
3. Ubranie trzeba sobie (na zleceniu) albo samemu kupić albo wpłacić zań kaucję pracodawcy.
4. Miałbym dać słowo, że nie pójdę za dwa tygodnie na chorobowe.

"Bo przecież ja bym zbankrutował jakbym miał wszystko tak normalnie" rzekł pan ów na koniec naszej rozmowy.

Ktoś może zapytać teraz jakiż jest sens tego posta jeżeli zaczynam od radości ze zmian a kończę na smutku z trwania złodziejstwa, jakim jest ograniczanie pracownikom ich praw, które to złodziejstwo jak widać niestety wciąż ma się dobrze?

Sens ten sprowadza się do kwestii z powiedzenia o wędce i rybie. Wielu ludzi, którzy nigdy nie poznali uroków życia za grosze, uważa, że stawki minimalne (albo dodatek 500+, choć to zupełnie inna bajka) to tylko rozdawnictwo pieniędzy za nic, a upowszechniając takie mniemanie utwierdza w nim i beneficjentów tych zmian, którzy godzą się później płacić swoisty haracz od "luksusu". Haracz ze swoich praw, powiedzmy to jasno, w tym prawa do godnego życia. Tymczasem owe pieniądze to wędka. To krok do tego by pracownik był świadom wartości swojej i pracy którą wykonuje, a zatem nie tylko właśnie dostawał, ale także wymagał, stawiał warunki i działał dla ukarania łamiących prawo. Summa summarum, by zaistniał wreszcie w Polsce stan w którym pracodawca złodziej i pracodawca oszust są skazani w społeczeństwie na wieczną infamię, że już o odpowiedzialności prawno finansowej, jako czymś oczywistym, nie wspomnę. Rzecz w tym, że nie stanie się tak, dopóki ludzie, którzy wczoraj mieli mało a dziś mają lub potencjalnie mogą mieć trochę więcej, będą się tym "więcej" dzielić dla świętego spokoju z innymi, którzy na nich bezwstydnie żerują.



========================

* - stawka godzinowa netto 3,60 zł
** - stawka godzinowa netto 9,70 zł
*** - Z doświadczeń najbardziej absurdalnych. Spotkałem się w 2016 roku z firmą, która zatrudniała ludzi poprzez fikcyjną, istniejącą tylko na papierze, własną agencję pośrednictwa pracy, a nawet dwie takie agencje na dwóch osobnych umowach zleceniach, ale dalibóg nie wiem jaki był w tym jej zysk, choć jakiś był na pewno.

sobota, 3 czerwca 2017

Gdzie zgłaszać omijających stawki minimalne?

Szybko i sprawnie, z pominięciem długich pism i zeznań a nawet podawania swoich danych adresowych - poprzez specjalny serwis uruchomiony przez Tygodnik Solidarność.

Pamiętajmy tylko, że nie jest to portal zastępujący stronę Inspekcji Pracy. Nie zgłaszamy poprzez niego niczego poza naruszeniem stawek minimalnych! Wszelkie inne zgłoszenia należy podawać jak do tej pory - osobiście w inspektoracie, poprzez stronę internetową właściwego OIP, mailowo albo listownie.
 
Ale jeżeli kwestia dotyczy tylko stawki, to opisywana tu droga będzie na pewno szybsza i wygodniejsza. Po naszym zgłoszeniu to związkowcy przygotują wniosek do PIP, a nasze dane pozostaną tylko do ich dyspozycji.
 
W czym rzecz?
 
Od stycznia 2017 pracując na umowie zleceniu nie możemy, niezależnie od rodzaju wykonywanej pracy zarabiać za godzinę mniej niż 13 zł brutto, to jest około 9,70 netto. Jeżeli Twój pracodawca płaci Ci mniej, wmawia, że netto z 13 to np.  9 czy 8 zł, dolicza jakieś z sufitu wzięte obciążenia czy kaucje np. za ubranie robocze czy narzędzia itp. to łamie prawo. W takim wypadku nie ma się co zastanawiać nad złożeniem na niego skargi.
 
Jak to zrobić?
 
Wchodzimy na stronę formularza, do której link podaję nieco niżej i wypisujemy tam tylko kilka krótkich rubryk, w których podajemy:
 
-nasze imię i nazwisko
-nasz numer telefonu
-nasz adres mailowy
 
-nazwę firmy lub osoby którą zgłaszamy
-jej adres
-opis sprawy
 
Własnymi słowami, zwyczajnie, tak jak jest. Ale co najważniejsze, bez wahania. Nie ma się co litować. Niech płacą kary, niech ich ciągają po sądach, niech plajtują, niech zamiatają chodniki, skoro nie mają skrupułów by okradać własnych pracowników!
 
 

BY ZGŁOSIĆ NIEUCZCIWEGO PRACODAWCĘ
 
 
Masz problem innego rodzaju?
 
Mobbing, opóźnienie wypłat, złe warunki pracy, brak odzieży roboczej, niebezpieczeństwo na stanowisku, zlecenie na warunkach umowy o pracę itp.?
 
Skontaktuj się poprzez formularz, listownie, mailowo lub telefonicznie bezpośrednio z odpowiednim oddziałem Państwowej Inspekcji Pracy 
 
 

poniedziałek, 19 września 2016

Dawniej Portier

Nieco ponad sześć lat temu zakładałem tego bloga rozpoczynając nowy, choć mało jak dziś oceniam nobilitujący rozdział mojego życia zawodowego, a mianowicie przestając być cywilnym portierem w Śląskim Uniwersytecie Medycznym, a zostając, na papierze przynajmniej, ochroniarzem. Jak wszystko ważne, co nas spotyka, tak i to nie zaczęło się jednak z dnia na dzień,  a raczej bardzo, bardzo stopniowo. Najpierw przez długie lata pracowałem w firmie budowlanej. Tej samej, dzięki której powstała absolutna większość obiektów ówczesnej Akademii Medycznej w Ligocie i tej samej, której siedziba mieściła się tuż obok tego wszystkiego co budowała. Wydawało mi się wtedy, że oto znalazłem idealne miejsce dla siebie. Uczciwy pracodawca, zarobki raczej wystarczające, najczęściej ośmiogodzinne dniówki, wolne weekendy,  jakieś dziesięć minut spacerkiem od domu. Czegóż chcieć więcej? Ano właśnie. Tego tylko, by to trwało wiecznie. A tak się niestety nie stało. Pamiętam dzień, w którym mój szef powiedział mi prosto w oczy, że firma ma problemy finansowe i że powinienem zacząć rozglądać się za nową pracą. Nie dlatego że mnie zwalniają, czy mogą zwolnić, ale dlatego, że zakład może istnieć jeszcze rok, a może tylko miesiąc. Już te słowa były dla mnie szokiem, ale kto wie czy nie większym jego zaraz potem złożona mi propozycja zatrudnienia właśnie w uczelni, na stanowisku portiera. Za dyskretnym wsparciem ma się rozumieć, bo dostać się tam tak ulicy, nawet jako robotnik, wydawało się  czymś dla szarego Kowalskiego prawie nieosiągalnym... 
 
Powie ktoś, że mieć takiego szefa to skarb. Zgadzam się. Tym bardziej więc nie byłem skory do odejścia, nawet gdy w opisywanej sytuacji nie wymagało ono ode mnie żadnej aktywności w poszukiwaniu nowej pracy. No i ten portier... Co to niby za robota? Siedzieć i klucze wydawać? Nie...
 
Co robiłem wcześniej? Łatwiej było by powiedzieć czego nie robiłem. Ale spróbujmy podsumować. W tej konkretnej firmie byłem głównie magazynierem, czasem też murarzem czy malarzem, poza tym amatorskim copywriterem, redaktorem zakładowej gazetki i gdzieś tam incydentalnie jeszcze pewnie ze stu innymi. A tutaj... portier!
 
-Ale to jako miękkie lądowanie. Możesz pracować i szukać sobie czegoś innego.
-No tak. Mogę.
 
Zgodziłem się. Zmieniłem pracę. Po tygodniach czy może miesiącach nawet się przyzwyczaiłem. Zarobki nie były wiele niższe, tak zwany socjal, łącznie z dopłatami za pracę po południu, z czym się raczej nigdzie indziej nie spotkałem, imponował, a i wbrew moim przypuszczeniom sporo się ciekawego wokół działo.
 
I wtedy właśnie pani kanclerz wpadła na genialny inaczej pomysł zastosowania jakże modnego obecnie outsourcingu, czyli przerzucenia jakiejś części działalności na usługodawcę zewnętrznego. Pracujących czasem przez dziesięciolecia zaangażowanych i lubiących "swoją" uczelnię portierów wymieniono na ochroniarzy w obrzydliwych czarnych pseudo mundurach. Wtedy powinienem zwiewać, dziś już to wiem, ale cóż, nie zrobiłem tego i tak właśnie stałem się jednym z nich... 
 
Od tego też czasu plus minus istnieje ten blog. I także od tego momentu wszystkie mniejsze i większe zastrzeżenia jakie mogłem mieć wobec jednego, drugiego czy trzeciego mojego pracodawcy odeszły w cień wobec skali naruszeń prawa z jakim spotkałem się w ochronie. A pomyśleć, że wcześniej opóźniona o dwa dni wypłata wydawała mi się skandalem...
 
Pożegnałem się po jakimś czasie z jedną firmą, odszedłem do innej, potem przyjmowałem się do kolejnej, a cały czas wczytywałem się i wsłuchiwałem w wieści z innych. Przez sześć lat mojego "ochroniarstwa" zobaczyłem rzeczy w które wcześniej bym nie uwierzył. Przymusowe umowy zlecenia w fikcyjnych spółkach córkach do wypłaty godzin nadliczbowych na zaniżonych stawkach, fikcyjne szkolenia, mobbing, nagany in blanco (sic!), fikcyjne zlecenia na nigdy nie wykonywaną pracę dla uniknięcia płacenia składek na ZUS, wstecznie wypełniane dokumenty, fikcyjne a przymusowe "prośby" o zatrudnienie na gorszych niż do tej pory warunkach, stawki sięgające w dół czasem poziomu biletu autobusowego, dyskryminację, pracę po 400 godzin w miesiącu, brudne, śmierdzące "mundury" po kimś, posterunki bez bieżącej wody i ubikacji i tak dalej i tym podobne.
 
Owszem, próbowałem w tym funkcjonować. Odłożyć na bok zastrzeżenia wobec uczciwości pracodawcy i skoncentrować się na zapewnieniu bezpieczeństwa osób i mienia na podległym obiekcie. Robiłem zatem obchody, pisałem przepustki, legitymowałem, kontrolowałem, notowałem. Nigdy po ormowsku nadgorliwie, a raczej zawsze  w przekonaniu, że dobrze, kulturalnie i z pełnym zaangażowaniem wykonywana praca sama sobie dodaje wartości i sensu. Niestety, to nie pomogło. Poza bowiem doświadczeniem pierwszym, wspomnianym powyżej, mianowicie kosmiczną skalą naruszeń prawa pracy i nie tylko, z jaką się spotkałem, doświadczeniem drugim, które w efekcie przechyliło moją czarę goryczy okazała się świadomość, że, proszę wybaczyć wielkie słowa, ochrona taka, jaką się ją w większości przypadków, zwłaszcza poprzez ochroniarzy niekwalifikowanych świadczy w Polsce, to teatrzyk i zasłona dymna zarazem, a złamać  tworzone przez nią "zabezpieczenia" mógłby średnio rozgarnięty ośmiolatek.
 
Brutalnie należałoby może powiedzieć, że kluczem do funkcjonowania ochrony osób i mienia w naszym kraju jest... PFRON. Od strony firm ochroniarskich dlatego, że najważniejszym jest, aby dostać stamtąd dotację, nawet zatrudniając osoby, które NIGDY NIE POWINNY MIEĆ Z OCHRONĄ DO CZYNIENIA, zaś od strony wynajmujących takie firmy - by na tenże fundusz nie płacić obowiązkowych a dużych składek. A nie płaci się ich właśnie wtedy gdy taka zewnętrzna firma ochroniarska, co jest baaardzo częste, jest jednocześnie Zakładem Pracy Chronionej. Reszta, czyli jakość i potencjalna choćby skuteczność takiej ochrony to kwestia już dla obu stron drugorzędna. Drobiazgi takie jak kultura, wizerunek, inteligencja, empatia, to już zupełna egzotyka. Może nie zawsze i nie wszędzie, nie twierdzę tego, ale we wszystkich miejscach w których sam pracowałem albo które na swojej drodze mijałem częściej niż kilka razy, a było ich przez te sześć lat niemało...
 
 
***
 
 
Nie jestem już portierem, "panem od kluczy" jak sam siebie lata temu nazwałem. Zdałem kilka tygodni temu swój mundur, legitymację, identyfikator, odebrałem ostatnią wypłatę i zacząłem "nowe życie". Ani bogatsze o wiele, ani łatwiejsze, ale po prostu nowe, inne.
 
 

wtorek, 19 lipca 2016

Krótki kaszel

Pewien bardzo znany, kto wie czy nie najpopularniejszy portal zajmujący się prawem, w tym prawem pracy opublikował swego czasu świetną poradę jak de facto prawo to omijać. Ponieważ rozbawiło mnie to do łez, postanowiłem króciutko wspomnieć o sprawie także tutaj - na blogu.
 
Napisał oto z prośbą o pomoc do wspomnianego serwisu pewien przedsiębiorca. Pan ten ma problem, ponieważ zatrudnia kilku pracowników i kilku śmieciobiorców. Chciałby jak się można domyślić wykorzystując jednych i drugich do tego samego rodzaju pracy wystrzec się jednak w umowach śmieciowych sformułowań mogących sugerować, że wykonują oni dla niego normalną (etatową) pracę a nie zlecenie.
 
Serwis w osobie pana specjalisty służy pomocą objaśniając szeroko jakie to zapisy mogą a jakie absolutnie nie powinny znaleźć się w śmieciówce, mało tego,  podaje nawet jej proponowaną treść. Przykładowy fragment tej porady brzmi tak:
 
WAŻNE!
Ustalenie w umowie zlecenia prawa do jednostronnego wyznaczania miejsca pracy przez zleceniodawcę może narazić go na zarzut uznania umowy zlecenia za umowę o pracę.
Może to doprowadzić do odpowiedzialności za wykroczenie przeciwko prawom pracownika i przekształcenia tej umowy w umowę o pracę.
To, że nie można zawrzeć w treści umowy zapisów pozwalających na wyznaczanie przez zleceniodawcę miejsca pracy, nie oznacza, że nie można znaleźć rozwiązania odpowiadającego Pana potrzebom. 
 
[ Podkreślenie moje - Portier]
 
I jest super. Z pewnością pytający jest usatysfakcjonowany, a odpowiadający dumny z siebie. Drobiazg, że być może dzięki takim poradom kolejne tysiące osób pracować będą jak ja na przykład - za grosze, jako ludzie dziesiątej kategorii, jakoś umyka.
 
Źle się dzieje w państwie polskim...
 
 
 
 ============
 
 

 
 
 
 
 
Przykłady polskiej hmm... innowacyjności.
 

sobota, 2 lipca 2016

O ochronie inaczej

Tematy związane najogólniej rzecz ujmując z ochroną osób i mienia w Polsce, to materiał na solidną książkę, księgę nawet, nie wiem, białą czarną czy łaciatą, ale z pewnością zgodnie ze znanym powiedzeniem Hitchcocka zaczynającą się trzęsieniem ziemi, a potem już tylko potęgującą emocje. Napisać by w niej należało o tym, jak to po upadku PRL-u marginalną, ale bardzo jasno zorganizowaną wtedy gałąź administrowania firmą usamodzielniono i nadano jej wizerunek absolutnie nieprzystający do realnego znaczenia a zwłaszcza możliwości skutecznych działań. Jak w tej nowopowstałej branży znalazło najpierw schronienie a potem zupełnie niezłą przyszłość, także na kierowniczych stanowiskach, wielu dawnych funkcjonariuszy MO, jak wyszkoloną, jednolicie umundurowaną, uzbrojoną i zatrudnioną w podlegającej ochronie firmie a nie u usługodawcy zewnętrznego Straż Przemysłową zlikwidowano, a jej resztki i potencjalnych następców (również fachowo przygotowanych) wsadzono do jednego worka razem z dozorcami, portierami i panami od podlewania kwietników przed dyrekcją. Jak wreszcie w worek ten upchnięto w kolejnych latach ludzi, którzy nigdy nawet o najprostszą formę stróżowania się nie otarli, bo na przykład byli bezrobotnymi, emerytami albo osobami bez wykształcenia i zatrudnienie akurat tu okazało się dla nich szalupą ratunkową. I chciałoby się teraz podsumować, że to tylko tyle i aż tyle, ale nie. To dopiero początek, szczyt góry lodowej.

Powstała przecież, i to jest sednem,  w wyniku wszystkich tych i innych jeszcze działań ochrona opierająca się głównie na stwarzaniu wrażenia, że chroni, a nie faktycznie chroniąca*, ochrona źle wyszkolona, wyposażona, zorganizowana, opłacana i kontrolowana, ochrona w której pracownicy kwalifikowani (dawni licencyjni, czyli jedyni PRAWDZIWI ochroniarze) stanowią 20% procent ogółu**, co już brzmi szokująco, ale przecież odjąć należy Z TEJ CZĘŚCI JESZCZE kierowników, dowódców i innych komendantów siedzących głównie za biurkami a zatem służących tylko do zawyżania statystyk i poprawy wizerunku i last but not least ochrona, w której ktoś, kto w teorii przynajmniej dbać ma o bezpieczeństwo mienia, zdrowia i życia innych, bronić ich i organizować im ewakuację, a przede wszystkim być spostrzegawczym, szybkim i skutecznym zarabia za to wszystko najwięcej wtedy, gdy jest... niepełnosprawny.***

Tak właśnie!

Albowiem ktoś kiedyś pośród tysięcy genialnych w swoim odczuciu pomysłów jak dawać urlop w wolne, zatrudniać za trzy czwarte albo i połowę pensji minimalnej, płacić za nadgodziny z fikcyjnej umowy albo dopisywać na jeszcze innej, równie nierealnej, podlewanie kwiatków na pustyni za 50 zł miesięcznie po to żeby TYLKO od tej kwoty opłacać ZUS**** wykoncypował, aby trudną (?) sytuację na rynku zrekompensować sobie relatywnie łatwymi do uzyskania dopłatami z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
 
Jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły wtedy (zwłaszcza w pierwszej dekadzie XXI wieku) kolejne firmy ochroniarskie, nowe, przekształcone lub utworzone jako córki  już istniejących a mające status zakładów pracy chronionej, swoiste oksymorony, w których chorzy ubrani  w mundury bronić mają zdrowych. Właśnie na tym aspekcie dziś chciałbym się skupić i o realiach funkcjonowania takich ludzi w branży słów parę opowiedzieć.

Jest to temat tyleż kłopotliwy do oceny moralnej lub prawnej*****, co i organizacyjno technicznej, ale spróbujmy mimo to mu się przyjrzeć. Niewątpliwie osoby niepełnosprawne w bardzo dużej liczbie są w stanie, tudzież mają potrzeby zarówno psychospołeczne jak i ekonomiczne, aby w miarę możliwości funkcjonować zawodowo. Nie da się też zaprzeczyć, że znalezienie pracy odpowiadającej ich stanowi nie zawsze należy do łatwych, w związku z tym każde wolne miejsce jest ważne i potrzebne. Jednakże, obok ofert jak najbardziej w tej sytuacji pożądanych,  pojawił się na rynku w ostatnich kilkunastu latach czynnik nieobecny jak sądzę wcześniej a bezsprzecznie negatywny jakim są stanowiska de iure tylko dostosowane do potrzeb osób chorych, właśnie w celu uzyskania dopłat z PFRON-u. Stanowiska na których są oni traktowani przez pracodawców przedmiotowo, bez wnikania w to, co mogą, czego chcą i do czego absolutnie się nie nadają. Poza absurdami do kwadratu, takimi jak niepełnosprawni murarze, rzeźnicy, brukarze (Autentyki z portali ogłoszeniowych! Brukarza do pracy z ubijarką wibracyjną poszukiwał swego czasu nawet katowicki PUP!) jedną z baz takich właśnie ofert jest ochrona i tzw. usługi czystościowe. Jako że dziś piszę tylko o ochronie realia pracy w firmach sprzątających zostawmy sobie na inną okazję.
 
A więc ochrona. Problemem pierwszym są tu warunki w jakich świadczy się pracę. Niestety portiernie, posterunki, dyżurki i jak tam jeszcze zwie się te miejsca nie zawsze mieszczą się w wyłożonych marmurami urzędach, pachnących nowoczesnością biurowcach, szpitalach czy szkołach. Często są to położone na odludziach stare kioski, budki, przyczepy kempingowe, barakowozy czy nawet... własny samochód, jeżeli się go posiada rzecz jasna, zaparkowany gdzieś pod drzewkiem. A wszystko to niezależnie od pory roku. Obiekty bez dostępu do ubikacji, bez bieżącej wody, przeciekające, niedogrzane, niedoświetlone, gnijące, brudne, są trudne do wytrzymania nawet dla zdrowych, a co dopiero dla chorych, starszych lub słabszych. Dwunasto, szesnasto lub dwudziestoczterogodzinna służba tylko pogarsza sprawę. A co z ludźmi, którym lekarze zakazali pracy w nocy albo samodzielnej? Nie zawsze jest możliwość zapewnienia im takich warunków, a jeśli zgadzają się na gorsze, ryzykują co najmniej zdrowiem...
 
"Posterunek" ochrony  jakich wiele. Wiosna 2016.
Autor: Portier
 
Problem kolejny to oczywiście wydajność i skuteczność. Często spotykam się z argumentacją, że typowy portier w biurowcu czy parkingowy nie są narażeni na niebezpieczeństwa takie jak ochroniarze kwalifikowani, mają prostsze niż oni obowiązki do wykonania a zatem mogą być to również osoby niepełnosprawne. Nie zgadzam się z tym. Jest to może bolesna opinia dla samych zainteresowanych, ale powtarzam - nie zgadzam się. Moja ocena bierze się z lat pracy podczas których zaobserwować mogłem realną szeroko rozumianą wydolność takich osób w sytuacjach krytycznych lub tylko nietypowych. Zwykle jest ona na tyle różna in minus od reakcji osoby zdrowej, że praktycznie pozbawiająca ją wartości. Poza tym absolutną nieprawdą jest jakoby portier czy parkingowy nie napotykali w swojej pracy na bezpośrednie zagrożenia dla osób i mienia które mają zabezpieczać. Są one być może rzadsze, z pewnością innego rodzaju i skali, ale że są przekonałem się kilka razy na własnej skórze.

Oddajmy jednak głos innym:

Marcin Tadus z agencji pracy Personnel Solutions przyznaje: - Ponad połowa pracujących w ochronie ma 50 lat, a duża część osób jest niepełnosprawna. Nie są oni przystosowani do zawodu i nie są w stanie podjąć jakichkolwiek interwencji [Głos Wielkopolski z 8 sierpnia 2013]
 
[...] dajmy ich na stanowiska kierownicze, biurowe, magazynowe, stacje monitoringu, wszędzie tylko nie każmy im pracować w linii, bo to przestaje być ochrona. [Paweł Bilko wochronie.pl 2 października 2015]
 
Uzupełniając jeszcze. Interwencja nie zawsze albo u niekwalifikowanych ochroniarzy nigdy prawie nie polega na powaleniu kogoś, obezwładnieniu, odebraniu czegoś siłą itp. Interwencja to przede wszystkim możliwość szybkiego przemieszczenia się dla sprawdzenia czegoś lub kogoś, błyskawiczna ocena sytuacji i ew. wezwanie wsparcia grupy patrolowej, poinformowanie policji, pogotowia ratunkowego lub serwisu. Nie są w stanie robić tego dobrze ludzie, dla których wejście na drugie piętro albo szybkie przejście stu metrów oznacza wyczerpanie organizmu. A z takimi także, niczego im prywatnie nie ujmując, pracowałem.
 
Trzecim wreszcie czynnikiem redukującym możliwości zarazem skutecznej jak i bezpiecznej dla siebie i innych pracy osób chorych w branży są bezpośrednie, określmy to tak, wizerunkowe pochodne ich stanu zdrowia. Dużemu procentowi zachowań niepożądanych na terenie ochranianego obiektu może zapobiec zawczasu sama tylko obecność pracownika ochrony, ostrzeżenie, zakaz lub informacja przez niego przekazane. Nie każdy ochroniarz musi mieć posturę kulturysty, to jasne, ale osoba widocznie chora, słaba czy po prostu (również - w wyniku wcześniej wymienionych czynników) niepewna swoich działań nie powstrzyma nikogo a niektórych wręcz sprowokuje...
 
Reasumując zatem ośmielam się twierdzić, że liczba miejsc pracy w branży ochrony rzeczywiście nadających się dla osób chorych jest ledwie drobną częścią tego, co się oficjalnie na rynku oferuje, zaś to, co się oferuje jest w większości owocem chęci otrzymania dopłat za wszelką cenę bez liczenia się z tym jak na danym stanowisku odnajdzie się i jak będzie skuteczny ewentualny niepełnosprawny pracownik.
 
I na tym mógłbym zakończyć, ale niestety życie, a raczej swoiście rozumiana inwencja w branży poszły już znacznie dalej. Dokąd? Ano spójrzmy.
 
Oferty zatrudnienia dla chorych koncentrowały się w ochronie do plus minus końca 2014 roku na II, czasem także III grupie niepełnosprawności (stopnie umiarkowany lub lekki). Zmiany w dofinansowaniach z PFRON-u, kolejne podwyżki pensji minimalnych, konkurencja na rynku, firmy nieumiejące walczyć ze sobą inaczej niż tylko dumpingowymi cenami wytworzyły jednak przyparte do ściany jeszcze jeden absurd, przewyższający wszystko co opisałem powyżej. I moim zdaniem zasługujący już nie tylko na wskazanie nieskuteczności czy skargę do PIP-u, ale na pociągnięcie zarządzających do odpowiedzialności karnej przed sądem, i to bynajmniej nie sądem pracy.
 
Zanim przejdę do szczegółów, proszę przyjrzeć się treści pewnego ogłoszenia którego zdjęcie posiadam w swoim komputerze. Od razu zaznaczę że jest to jedno z wielu podobnych.
 
[...] Zatrudnimy osoby niepełnosprawne na stanowiska: PRACOWNIK OCHRONY.
Warunek konieczny: niepełnosprawność z tzw. schorzeniem specjalnym (01-U, 02-P, 04-O, 06-E)
 
Wydaje się zupełnie zwyczajne, prawda? Wiemy już, że ochrona w Polsce w swojej niewykwalifikowanej części zatrudnia obok zdrowych również osoby chore, więc z pozoru niczego nowego tu nie dostrzegamy. Ale nowość jest i to duża. Widoczna jednak się staje dopiero wtedy, gdy zadamy sobie trud odnalezienia opisu tajemniczych symboli umieszczonych w nawiasie jako warunki podjęcia pracy. Wówczas to dowiadujemy się, że tak naprawdę firma ochroniarska zatrudnić pragnie:
 
-upośledzonych umysłowo
-chorych psychicznie
-cierpiących na choroby narządu wzroku
-epileptyków
 
Albowiem, czego już oczywiście nie dopisała, tak się składa, że za nich PFRON dopłaca aktualnie najwięcej. Ale czy aby na pewno z myślą, że znajdą pracę w ochronie? Przy monitoringu? Na budowie? Na portierni przy bramie dużej firmy? Na patrolach? W markecie? Nie sądzę...
 
   
ZAMIAST ZAKOŃCZENIA
 
Cóż, przyznam się, że początkowo planowałem opisanie w tym miejscu potencjalnych zagrożeń wynikających z pracy ochroniarzy takich jak ci poszukiwani w skopiowanym przeze mnie ogłoszeniu. Zagrożeń dla nich samych, zagrożeń dla osób chronionych, zagrożeń dla mienia, ale także jakkolwiek dziwnie to zabrzmi zagrożeń dla wandali czy złodziei, ale nie chciałbym, aby tekst mający piętnować pazerność i brak odpowiedzialności PRACODAWCÓW zamienił się w choćby pośrednio krzywdzący ludzi, dla których 1350 zł miesięcznie jest często fortuną. Pozostawiam zatem swoje wywody bez puenty, jako tylko sygnał, jeden z wielu, że źle, bardzo źle się dzieje w polskiej ochronie.
 
 
 
***********
 
 
 
* - Proszę zwrócić uwagę na ochroniarzy których spotykamy codziennie chociażby w marketach, szpitalach, uczelniach czy zakładowych portierniach, na ich profesjonalizm, spostrzegawczość, elokwencję i kulturę, na zaangażowanie, realnie udaremnione włamania, rozboje, akty dewastacji,  itp. A potem proszę odpowiedzieć sobie na pytanie czy i jak można "złamać" takie zabezpieczenie. Odpowiedź jest prosta: zrobi to nawet dziecko.
 
** - Ochroniarzy jest w Polsce ok. 300.000, z czego kwalifikowanych (licencyjnych) ledwie 60.000, a w liniowej służbie jeszcze mniej, ponieważ ich część pełni funkcje kierownicze różnego szczebla.
 
 
*** - Ochrona jest jedną z niewielu branż, w której standardem dla etatowca jest pensja minimalna. W chwili pisania tego tekstu oznacza to ok. 1350 zł netto. Pracownicy z niepełnosprawnością najczęściej zatrudniani są na umowy o pracę, choć ostatnio zaczyna się to zmieniać i preferowane są tylko niektóre ("mocniejsze") schorzenia. Dla porównania pracownik kwalifikowany w typowej służbie (patrol, obiekt z wymogiem kwalifikacji) zarabia najczęściej nie więcej niż o 200-300 zł ponad to, ale może się zdarzyć, że również tylko minimum. Zależne to jest od rodzaju pracy i firmy.  Niekwalifikowani na umowach śmieciowych w najlepszym razie zarabiają nieco poniżej pensji minimalnej za porównywalną do etatu liczbę godzin, w najgorszym zdarza się, że i jej połowę. Umowy cywilnoprawne stosowane są dla umożliwienia wypłacania wynagrodzeń niższych niż nakazane prawem albowiem praca ochroniarza najczęściej spełnia wszystkie wymogi stawiane przez KP zatrudnieniu na etat.
 
**** - Od końca 2014 roku i przez cały rok 2015 wiele firm nie tylko z branży ochrony stosowało wybieg polegający na wystawianiu fikcyjnych umów zleceń na np. 50 zł brutto miesięcznie na czynność faktycznie niewykonywaną, po to, by tylko z takich umów odprowadzać składki do ZUS. Umowa na ochronę była wtedy wystawiana z przymusowym dopiskiem, z którego wynikało, że śmieciobiorca nie życzy sobie oskładkowania, ponieważ już je posiada.
 
***** - Zatrudnianie niepełnosprawnych w ochronie nie jest zakazane czy ograniczone, natomiast z samej istoty ich stanu wynika, że nie na każdym stanowisku powinni i mogą pracować wykonując powierzone obowiązki skutecznie i bezpiecznie dla siebie i innych.
 
 
  

 
 

niedziela, 12 czerwca 2016

Człowiek - Praca - Godność

W najnowszym, weekendowym wydaniu Pulsu Biznesu ukazał się artykuł pani redaktor Magdaleny Wierzchowskiej "Rozpoczyna się sprzedaż Konsalnetu" w którym autorka opisując plany sprzedaży tej firmy ochroniarskiej nowemu inwestorowi pośrednio porusza także temat ogólnej kondycji całej branży i jej perspektywy. Ta właśnie część tekstu, choć marginalna w stosunku do sedna zbulwersowała mnie najbardziej i do niej też postanowiłem się odnieść wysyłając do redakcji PB i osobiście autorki list o treści jak poniżej.
 
Podkreślam, że wyrażane przeze mnie opinie opierają się na doświadczeniach i dowodach zgromadzonych na przestrzeni lat 2008 - 2016 u kilku pracodawców w branży i odnoszą się w różnych aspektach i różnym procencie do każdego z nich. Tekst poniższy nie ma na celu dyskredytowania kogokolwiek, w tym firmy będącej bohaterem artykułu p. Wierzchowskiej a jedynie uwypuklenie praktyk łamania prawa przez różnych pracodawców sektora ochrony osób i mienia.

Bardziej szczegółowe informacje na tematy zaznaczone poniżej zostały na początku tego roku przekazane przeze mnie w osobnym piśmie między innymi prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, panu Andrzejowi Dudzie.
 
 
***
 
Szanowna Pani Redaktor
 
             W tekście "Rozpoczyna się sprzedaż Konsalnetu", który opublikowała Pani na łamach Pulsu Biznesu w numerze 109 z 10-12 czerwca 2016 roku znalazły się zdania, których wymowa, nie wiem czy świadomie czy też przypadkowo, ale bezdyskusyjnie zafałszowuje obraz branży ochrony osób i mienia, w tym zwłaszcza sytuację jej pracowników. Mowa tu przede wszystkim o akapicie, w którym nazywa Pani deregulację, ozusowanie umów zleceń oraz stawkę minimalną "bolesnymi posunięciami" oraz dalszym, w którym używa Pani zwrotu "dodatkowe obciążenia" dodając jeszcze, że "firmy ratują się [podkreślenie moje] cięciami zatrudnienia". Wrażenie, jakie powstaje po przeczytaniu tych słów może być tylko jedno: oto "zły" ustawodawca rzuca kłody pod nogi przedsiębiorcom zatrudniającym setki tysięcy pracowników i pośrednio zmusza ich do redukcji, również liczonych w tysiącach, a zatem najkrócej rzecz ujmując - utrudnia prowadzenie biznesu. Odczucie takie jednak dalekie jest od jakiegokolwiek związku z rzeczywistością, na co niniejszym pozwalam sobie zwrócić Pani uwagę.

Branża ochrony w naszym kraju należy do tych, w których najczęściej łamane są prawa pracownicze i to łamane w sposób najbardziej jaskrawy, bo w odniesieniu do najniżej zarabiających i także najniżej wykwalifikowanych a tym samym najmniej zaradnych na rynku. Działania zaś, o których Pani łaskawa była wspomnieć, nakierowane są tylko na to, aby tym właśnie ludziom zapewnić te same prawa, jakie są minimalnymi w każdej innej gałęzi gospodarki i jakie za minimalne uznaje Kodeks Pracy.

Jestem dogłębnie przekonany, że rolą mediów, również tych zajmujących się wymienionymi tematami tylko od strony finansowej jest nazywanie po imieniu zmian, jakie zachodzą, zmian, których celem jest likwidacja patologii w zatrudnieniu, niemającej prawa bytu w XXI wieku nie zaś jakaś forma "domiaru".

Jeżeli bowiem mówić mamy o rzekomych obciążeniach, jakie stanowi dla pracodawcy konieczność odprowadzenia NORMALNEJ składki na ZUS z umowy zlecenia, powiedzmy najpierw o tym, jakim obciążeniem dla budżetu państwa będą kiedyś ci, za których wczoraj i przedwczoraj składek tych się nie odprowadzało. Jeżeli pochylić się mamy nad losem firm, które zastosować będą musiały stawki minimalne napiszmy wcześniej o tym za ile dziś pracują potencjalni beneficjenci tej zmiany i także jak żałosnym organizatorem jest przedsiębiorca, który mając potrzebę zatrudnienia pracownika nie jest w stanie zaproponować mu nic ponad to, co prawo wyznaczyło, jako stawkę najniższą z możliwych. Nazywajmy, powiadam, rzeczy po imieniu.

Jeszcze jakieś sześć, siedem lat temu najszerzej stosowanym a nieuczciwym, należy to podkreślić, sposobem obniżenia kosztów zatrudnienia w ochronie było tylko i aż stosowanie umów zleceń zawieranych ze spółkami córkami głównego pracodawcy, jako obowiązkowych uzupełnień etatów. Poprzez te właśnie dodatkowe umowy wypłacano wynagrodzenie za godziny nadliczbowe tworząc fikcję pracy świadczonej innemu podmiotowi a zatem niepodlegającej przepisom o dodatkach za nadliczbówki, czyli po prostu pozwalającej wypłacać za godzinę kwoty niższe niż nawet z pensji minimalnej. Wydawało się wtedy, że jest to maksimum tego, co można w tej kwestii zmanipulować, ale oczywiście był to dopiero początek tej swoiście pojmowanej kreatywności pracodawców. Niewiele później pojawiły się na masową skalę umowy zlecenia już solo, bez etatów, choć przecież zawsze prawie spełniające wszystkie wymogi stawianej takiej właśnie pracy. Cały zaś rok 2015 to wysyp umów jak je nazywam syjamskich, czyli zleceń bez składek emerytalnych i chorobowych, bo wystawianych nominalnie w dzień lub kilka dni po fikcyjnej umowie np. na 50 zł brutto (sic!!!) miesięcznie na pracę inną niż faktycznie wykonywana, istniejącą co prawda tylko na papierze, ale za to przepisowo w pełni oskładkowaną. Pozbawiono w ten prosty sposób nie tylko tysiące ludzi gwarantowanych im praw, ale i przy okazji oszukano ZUS i pośrednio urzędy skarbowe. Przykładem wreszcie ekstremalnym niech będą przypadki ogłoszeń o pracę, w których firmy ochroniarskie, będące, o czym się prawie nie wspomina w mediach, w większej części zakładami pracy chronionej, oferowały zatrudnienie na etat osobom (uwaga!) chorym psychicznie, upośledzonym umysłowo, z chorobami narządu wzroku oraz cierpiącymi na epilepsję, czyli najkrócej: ludziom, którzy przy całym szacunku dla ich stanu nigdy nie powinni pracować w branży, jako potencjalnie stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. Co stało u podstaw tego otwarcia pracodawców? To proste: Najwyższe akurat za takich pracowników dopłaty z PFRON-u. Nazwanie takich praktyk tylko nadużyciem, byłoby zbyt łagodne…

I wreszcie kwestia ostatnia, ale absolutnie nie najmniej ważna, bo wiążąca się ze wszystkim prawie, co napisałem powyżej. Umowa zlecenie w ochronie nie oznacza dla zatrudnionego jak się to czasem przedstawia „tylko” pracy bez urlopu czy limitów godzin, ale jest przede wszystkim stosowana dla umożliwienia wypłacania za pracę stawek niższych, czasem drastycznie niższych niż w przypadku pensji minimalnej. Dokładniej zaś: służy do omijania prawa, ponieważ jak już wspomniałem przytłaczająca większość ochroniarzy wykonując swoje obowiązki spełnia wszystkie wymogi stawiane zatrudnieniu na etat. W praktyce oznacza to zatrudnianie za stawki uwłaczające godności człowieka, czyli np. pięć, cztery a czasem i trzy złote netto za godzinę bez jakichkolwiek dodatków. Proszę pamiętać o tym wszystkim, gdy kolejny dyrektor lub prezes wylewać będą swoje żale na utrudniające ich firmom działalność zmiany w prawie.

Rynek, szeroko rozumiana ekonomia, podaż i popyt są, z czym się w pełni zgadzam, jedynym motorem współczesnej gospodarki, ale motor ten, jeżeli rozumieć go dosłownie stać powinien zawsze na fundamencie prawa, nie zaś jak to ma dziś często miejsce w branży ochrony osób i mienia – zatopiony w pozbawionym zasad moralnych bagnie.  
Z wyrazami szacunku
[tu w oryginale moje imię i nazwisko] – Katowice
 
Imię i nazwisko tylko do wiadomości redakcji.
 
 
 
***
 
 
DODANE 13 CZERWCA 2016

 

 
Kliknij aby powiększyć obrazek 
 
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.