Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2023

Człowiek który zrobił o jeden krok za mało

Nie jestem już dziś pewien, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, ale na pewno miał wtedy na sobie tę świetnie skrojoną sztruksową, granatową marynarkę, której potem przez długie lata tak mu zazdrościłem i która już na zawsze będzie mi się z nim kojarzyć. Wsiadał po południu do autobusu którym wracałem z zawodówki o kilka przystanków później niż ja, mimo, że był zatrudniony w tej samej firmie. W porannym nie widziałem go nigdy. Przyglądałem mu się z zainteresowaniem, zastanawiałem się kim jest. Niewątpliwie przystojny, wysoki, szczupły, zawsze gładko uczesany. Jakoś odróżniał się od innych pasażerów. No i przecież kto wtedy na co dzień nosił marynarki?

Powiedzmy, że ma na imię Andrzej, choć i czytający te słowa i ja wiemy że jest inaczej. Ale to nie ma znaczenia. 

Po trzech latach przyjąłem się do pracy, przyjąłem, a właściwie jakby przeniosłem, bo nasza szkoła była od początku częścią zakładu. Traf chciał że wylądowałem w dziale w którym mój autobusowy znajomy pracował. Poznaliśmy się. Z czasem staliśmy się dobrymi kumplami.

Andrzej był świadkiem moich porażek i sukcesów, spięć z kierownikiem i wygranych z dyrektorem, widział jak uczę się zawodu i widział jak popełniam błędy. Przez kilka lat widywaliśmy się codziennie, czasem kłócili, czasem pili wódkę, jak to w pracy. Obrazek, jaki wyniosłem ze szkoły, prawie filmowego amanta szybko okazał się złudzeniem. Mój kolega miał spaprane małżeństwo, był alkoholikiem a i w pracy ledwo, ledwo, utrzymywał się na granicy pomiędzy pomocnikiem a fachowcem, cudem chyba tylko po stronie fachowca...

Mam przed oczami kilka wspomnień. Pierwsze nie wiedzieć czemu nasuwa mi się to, kiedy leży jęcząc z bólu  w magazynie pełnym worków wapna i czeka na przyjazd pogotowia chwilę po tym jak spróbował podnieść więcej niż pozostali, inny to kolejne awantury z majstrem i nagany za alkohol, jeszcze inny to jego najlepszy kolega chwalący się tuż obok pijanego w sztok Andrzeja jak to dzień wcześniej "ta jego siedziała mi na kolanach i jakbym tylko chciał, to ten by nawet nie wiedział..."

Wypadek na delegacji, jedno, potem kolejne chorobowe, podejrzenie o kradzież, cudem wyprostowana bumelka, kłótnie, skargi, wódka, wódka, wódka...

Jeden z ostatnich obrazków to Andrzej podnoszący kieliszek już dwiema dłońmi a i tak rozlewający połowę na stół i wreszcie ostatni dzień - zwolnienie. Kto nie żył w PRL-u albo krótko po nim, ten nie wie jak abstrakcyjnym było wylecieć dyscyplinarnie z państwowej firmy. Andrzej wyleciał. Pewnego dnia po prostu zabrał swoje rzeczy, podał mi rękę i potem wyszedł bez słowa.

I znów widywałem go tylko z autobusu. Siedział w swojej sztruksowej marynarce czasem z żoną, czasem sam i sprzedawał jakieś drobiazgi na osiedlowym targowisku. Gdy się patrzyło na zawartość jego walizki widać było, że choćby sprzedał wszystko i tak nie zarobiłby więcej niż na średni obiad w barze... Potem już tylko pomagał innym handlarzom nosząc im torby, ustawiając stoiska albo sprzątając. Częściej pijany niż trzeźwy. 

Po latach rozmawiałem z kimś kto także z nami pracował. Usłyszałem, że Andrzeja eksmitowali, że żona odeszła, że trafił do jakiegoś ośrodka, nie wiem już dziś, czy na leczenie czy tylko na przetrwanie. 

Spotkałem go w zupełnie innej dzielnicy naszego miasta ponad trzydzieści lat później. Na pierwszy rzut oka się nie zmienił. Tak samo szczupły, choć nigdy nie chudy, ta sama, nie nadszarpnięta czasem fryzura, z pozoru identyczny z tym człowiekiem z którym murowałem, betonowałem albo transportowałem szkło dawno dawno temu. Tylko z pozoru.

Zapadnięte oczy, pożółkła cera, braki w uzębieniu. Drżące teraz już non stop dłonie. Tak jak kiedyś w latach osiemdziesiątych widzę go czasem z okna autobusu. Oczywiście mnie nie poznaje, choć kilka razy minęliśmy się oko w oko. Nikogo już nie poznaje. Żyje w innym świecie. A może w ogóle już nie żyje. Po prostu jest.

Czasem w objęciach z podobną mu niemłodą kobietą, czasem sam, kiedyś z podbitym okiem i przestawionym nosem, innego dnia kiwający się bezsensownie na przystankowej ławeczce. Nie ma już tej fascynującej mnie granatowej marynarki ani torby przewieszonej przez ramię. Ma reklamówkę do której zbiera pety ze śmietniczek. Z pozoru kloszard, ale zawsze spokojny, ba! nawet czasem szarmancki dla kobiet. Z pozoru z czymś na kształt uśmiechu, w rzeczywistości uczestniczący w codzienności tylko na tyle, aby od rana dotrwać do zmroku.

Człowiek, który w końcówce komuny nie zrobił tego jednego kroku by ugruntować swoją fachowość, która dałaby mu jakąś gwarancję przetrwania, człowiek który gdy był "wczorajszy", a bywał często, bez oporów zamieniał kielnię i packę na taczkę i łopatę dając się ustawiać byle komu. Kto "nie zniżył się" do tego by poprosić o darowanie win, gdy decydowano o jego dyscyplinarce. Kto jakby spadając w przepaść wciąż głębiej i głębiej po prostu się rozglądał nie decydując się nawet na krzyk. Może z niewiary, że to coś zmieni?

Stracił pracę, stabilizację, pieniądze, żonę, mieszkanie, okruszki normalności. W zasadzie wszystko. Jak na ironię jego ciało i twarz zmieniły się przez te dziesięciolecia najmniej. Gdyby dziś ubrał tę swoją granatową marynarkę z grubego sztruksu, w przeciwieństwie do wszystkich moich kolegów  z tamtych czasów i do mnie samego wyglądałby identycznie jak kiedyś.

Życie jest jak ten autobus, do którego niegdyś wsiadł znikąd, przejechał kilka przystanków i z którego później uciekł przed kontrolą, chociaż nikt tak naprawdę go nie gonił a może nawet nie miał zamiaru kontrolować.

Nie wie, nie pamięta, nie poznaje. Znów siedzi na ławeczce, tak samo jak wtedy, gdy w 1988 roku zobaczyłem go po raz pierwszy. Oczywiście że jest dla mnie jak wyrzut sumienia. Ale czy tylko dla mnie? Nigdy się tego nie dowiemy, bo Andrzej nie zamierza już wsiadać do żadnego autobusu.

Nadchodzi mrok.


niedziela, 20 czerwca 2021

Album covidowy

Doceniamy wagę wszystkiego, gdy jest już za nami, tak mógłbym zacząć, czytając wpis na pewnej stronie zachęcający do tworzenia "albumów covidowych", czyli po prostu zbierania wspomnień z dziwnych czasów w jakich przyszło nam od ponad roku żyć. Albowiem rzeczywiście, w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "a cóż mam tam zbierać?", po co mi zostawiać w pamięci to wszystko, ten strach, maseczki, puste półki, taśmy ostrzegawcze w autobusach i profilaktyczne odsuwanie się od każdego kaszlącego, nawet jeśli jego kaszel towarzyszy nam (i jemu) od lat?

Ale zastanowiłem się kilka chwil i dotarło do mnie, że Weronika, która tworzenie takich albumów promuje, ma rację. O wiele za późno ta propozycja została upowszechniona, to fakt, ale pomysł jest przedni. 

Myśląc o wspomnieniach mamy zwykle przed oczami te największe, te od łez, śmiechu, te na całe życie. A przecież między nimi, obok nich i bezustannie mijamy te zwyczajne, te z których NAPRAWDĘ składa się nasza codzienność. I co ciekawe one nawet nie muszą być ważne. One mają być tylko, a przynajmniej być powinny, ikonkami dla naszej pamięci, powinny wyzwalać to, co mamy w głowach i sercach a co tylko poprzez skojarzenie wynika ze wspomnianych wspomnień ;) typu standard. Przykład? Mam w domu taki zeszyt sprzed dokładnie trzydziestu lat a w nim między innymi bilet autobusowy. Zwykły bilet, nawet po czasie nie mający żadnej wartości, ale będący kluczykiem (ok. niech będzie że hasłem) do "folderu" w mojej pamięci. A w nim jest już cała masa ważnych chwil. Deszczowy dzień, strach, wielki szpital, oczekiwanie na decyzję lekarza, przyjęcie, operacja, długie dni leżenia i wreszcie wyzdrowienie. A wszystko zaczęło się od tego biletu. 

Nie, nie robiłem zdjęć gdy pojawiła się pandemia. Pewnie z dzisiejszej perspektywy oceniając robiłbym, ale nie robiłem. Mam jednak "zrzuty ekranu" w głowie. Obrazki - symbole tamtych dni. Pierwszy to zapewne jakieś wiadomości o epidemii, gdzieś daleko, na końcu świata. Zaraz potem nawet nie dziewiętnastowieczne, ale chyba przedpotopowe myślenie, że TO nigdy do nas nie dotrze, bo przecież morza, góry, tysiące kilometrów...

Obrazek drugi to chłopak w maseczce, którego minąłem obok Biedronki kilka tygodni później. Mój pogardliwy uśmiech mający zamaskować niepokój. To był pierwszy człowiek w maseczce jakiego spotkałem gdzie indziej niż na ekranie telewizora czy monitorze komputera.

Obrazek trzeci. No właśnie, błahy, ale mocno wyryty w pamięci. Kierowca autobusu podniesionym głosem każący mi usiąść, ponieważ NIE MA TERAZ MIEJSC STOJĄCYCH. Bzdury jakieś, powie ktoś. Nie za bardzo. Wsiadłem do autobusu żeby wracając ze sklepu przejechać trzy przystanki. Jak zawsze. Nie siadałem, bo nie było mi cięzko, trasa też krótka, słowem zachowałem się jak setki razy wcześniej. I nagle ta głowa wychylona z szoferki... Bez słowa usiadłem. Byłem przerażony.

Przerażenie, na granicy łez nawet budziły też u mnie maseczki. Ludzie odsuwający się od siebie, opatuleni tymi szmatkami i zachowujący się jakby tak było zawsze. Bałem się, że tak BĘDZIE zawsze. Że stało się coś strasznego skoro musimy wyglądać jak postacie z katastroficznego filmu.

Obrazek następny. Mój ulubiony sklep i montażyści zakładający pleksiglas na drewniane ramy wokół kas, kasjerki w przyłbicach i rękawiczkach, ochroniarz odliczający ilość klientów mogących jednorazowo wejść. Zamiast wesołych piosenek (jest tylko jedna sieć marketów która gra fajne piosenki pod nóżkę a nie smęty) komunikaty o tym by realizować zakupy szybko i bez spacerków. Kolejki, długie kolejki z odstępami po dwa metry między każdym czekającym. I nikt nie psioczył, nikt nie narzekał. Każdy się bał.

Potem pojawili się ONI. Ci którymi gardzę do dziś. Hieny i tchórze. Hieny podnosiły ceny na wszystko (mydło Protex zamiast średnio 2,60 zł za sztukę na 12 zł w promocji albo paczka rękawiczek zamiast 10 zł około 100) a tchórze wykupywali (wykupywały?) hurtowe ilości najzwyklejszych artykułów łudząc się że przedłużą sobie zdrowie i życie kartonem makaronu...

Przeżyłem komunę. Znam puste półki, czekanie na dostawę, jedzenie szynki dwa razy w roku albo zapach batoników Mars dochodzący zza drzwi Pewexu na dworcu w Katowicach. Biedę, taką prawdziwą, gdy nie ma się na bułkę też przerabiałem. Wydawało mi się zatem, że w tej materii nie może mnie już nic zdziwić. A tymczasem wiosną 2020 roku okazało się, że w ogromnym markecie nie ma ziarenka soli. SOLI!!!! A nie wiem jak czytającym te słowa, ale piszącemu je, kilo soli wystarcza circa na rok... Zatem sól, makaron, kasza, konserwy, mrożone mięso, papier toaletowy i puste półki, puste palety, wypchane po brzegi wózki. Oczywiście, że nie zazdrościłem tym, którzy coś "upolowali" przede mną, nie w tym rzecz, ja po prostu nienawidziłem ich za ten chaos jaki wprowadzają, za to nakręcanie strachu, zachęcanie kolejnych im podobnych do identycznych a KRETYŃSKICH zachowań. 

Szał zakupów na maseczki. Te zwykłe przeciwpyłowe, budowlane, kosztujące wcześniej może złotówkę, a teraz sprzedawane po 20 albo i 70 za sztukę. I te "nowocześniejsze" szmaciane, warte (i sprzedawane dziś znów po) 2 złote wtedy nagle wyceniane na 10 albo 20. I jeszcze płyny antybakteryjne, które jak wynika z nazwy guzik mają wspólnego z wirusami. I masa, cała masa innych towarów.  Gorączka cen i zakupów. Strach, który obudził w nas małych, wrednych, prawie że szmalcowników. 

I już przede mną inne zdjęcie. Ja - pacjent zero. O mało co. Gdy zaczęły się zachorowania w Polsce, gdy po raz pierwszy otworzono specjalne oddziały covidowe, zachorowałem ni stąd ni zowąd na pewną zakaźną chorobę, której początkowe objawy bardzo przypominały tę, której tak wszyscy się baliśmy.  Stąd moje telefony do sanepidu, do szpitali i do lekarza rodzinnego. Stąd potem codzienne dopytywania moich przełożonych o mój stan. Byłem przez moment słynny, wszak mogłem zostać tym, który wyśle na kwarantannę co najmniej kilkunastoosobową grupę współpracowników i to jako pierwszy w naprawdę dużym zakładzie! Gdy już potwierdziło się, że to zupełnie co innego, wszystko nagle ucichło. Przeleżałem sobie w domu około dziesięciu dni słuchając Pet Shop Boysów i czytając wspomnienia Augusta Kubizka. Jedno i drugie też już na zawsze będzie mi się kojarzyć z tym czasem. 

Następna kartka. Końcówka maja. Ogłoszenie o zwolnieniach grupowych w mojej firmie. Czytam je i fotografuję rano, kilka godzin później otrzymuję już wypowiedzenie. A razem ze mną wielu, wielu innych.

No właśnie. Poza strachem, cenami, trudnościami w zrobieniu zakupów i zmianą w zachowaniach jest coś, co dla mnie osobiście stało się wspomnieniem ważniejszym. Iluś ludzi, ileś miejsc, ileś rozmów, ileś przyjaźni, sympatii, ileś zwykłego tu i teraz zostało przez pandemię skasowane. Kogoś się lubiło, z kimś się rozmawiało, kogoś znało się od lat. Jedni potracili pracę, inni zdrowie, jeszcze inni życie. Poszatkował nam się ten świat.

Antyszczepionkowcy, antymaseczkowcy. Kolejna porcja ludzi "nieobsługiwanych w Media Markt". Szkoda na nich złości, ale zrozumienia u mnie także nie znajdą. Są następnym obrazkiem covidowego albumu. Razem z hienami i tchórzami to oni także, choć co jasne, nie wyłącznie, są winni temu jak przeszliśmy ten czas.

***

Mamy początek lata 2021 roku. Udało mi się nie zachorować. Straciłem "tylko" pracę, zgubiłem po drodze iluś ludzi których mi brakuje, zaliczyłem trzymiesięczne bezrobocie (bezbolesne dzięki odprawie i "dudowemu") i jestem o rok starszy. Kilka dni temu przyjąłem drugą dawkę szczepionki i wierzę, że będzie lepiej. Ale ten rok z małym hakiem zmienił w mojej duszy, w naszych duszach, więcej niż całe dziesięciolecia wcześniej. 

Czasem ważniejsze są te małe sprawy na których wyrastają dopiero te wielkie, życiowe. Jeżeli za kilka dni znów usiądę obok kogoś w tramwaju lub autobusie bez zastanawiania się nad tym czy mi wolno, to może już to będzie milowym krokiem do świata jaki znaliśmy przed marcem 2020. A może akurat los sprawi, że tym kimś będzie ktoś, kogo dawno, dawno nie widziałem?

Dla tego uśmiechu jaki by spowodowało takie spotkanie zostawiam miejsce na ostatniej stronie mojego albumu.

piątek, 23 października 2020

Żeby Wszystkich Świętych nie było Świętem Zmarłych

Do stu tysięcy problemów prawdziwych i wymyślonych, jakie nam w tym roku towarzyszą doszedł w ostatnich dniach kolejny.

Iść czy nie iść na groby swoich bliskich w Dniu Wszystkich Świętych. 

I oto obudziła się nasza narodowa obłuda. Nagle jesteśmy tacy rodzinni, tacy pamiętający, tacy wierzący, tacy tęskniący i tacy niewzruszeni. Taką krzywdę nam chcą „źli pisowcy” zrobić zamykając cmentarze. Bo przecież przed nami trzeba je zamykać, my się tam pchamy rękami i nogami. 

Po co?

Po to by zostać?

Łatwo nam nie pamiętać, nie znać, nie pomagać i nie mieć czasu za życia kogoś. „No ale wiesz, ja mam tyle na głowie!” Potem za to wielkością i ilością zniczy czy kwiatów w naszym jedynie mniemaniu naprawiamy to wszystko ten jeden lub nawet kilka razy w roku stojąc nad kamienną płytą czy ziemnym kopczykiem i mając pełną świadomość, że temu, kto pod nimi spoczywa jest to totalnie obojętne.

Nie, nie, nie obruszaj się tak. Raczej się rozejrzyj. Rewia mody, plotki, znudzone miny i pokazanie się „bo co by ludzie powiedzieli”. Pomiędzy tym garstka takich, co naprawdę tęsknią, naprawdę cierpią, naprawdę chcą tu być. Garstka. Zawsze tak było.

A ja nie chcę.

Nienawidzę udawać. 

Zwłaszcza w takim nieprzewidywalnym roku jak 2020.

Żaden wieniec, żadna świeczka nie wróci mi babci, dziadka czy ojca. Dla nich i dla mnie wszystko zakończyło się, gdy odeszli. Pamiętam, owszem, dbam, owszem, ale nie mam żadnego wyrzutu sumienia, że w tym roku ich nie odwiedzę na cmentarzu. To co ważne zostało w moim sercu, nie pod płytą z chińskiego piaskowca.

Maseczek, dystansu społecznego ani dezynfekcji nie wymyślili Morawiecki z Kaczyńskim. Tak samo nie oni każą mi lub zabraniają wpychać się do pełnego autobusu, podawać ręki czy łazić po galeriach handlowych jakby nadal był rok 2019. To zdrowy rozsądek. Pozytywny egoizm.

Chcę żyć, chcę być zdrowy. Wszystko inne jest na drugim miejscu.

Nie podam Ci ręki. Nie usiądę obok w autobusie. Nie zdejmę maseczki „bo tutaj i tak policja nie chodzi”, nie pójdę na cmentarz pierwszego listopada.

Może mi to nic nie da i któregoś dnia i tak zachoruję. 

A może sprawi, że nie zachoruję nigdy.


Najpierw żyć, potem dopiero popełniać błędy.

Amen.


środa, 5 sierpnia 2020

Pod górkę





Gazeta Wyborcza piórem pana Marcina Czyżewskiego ogłosiła dziś, że oto "Turyści wreszcie wiedzą, gdzie jest szczyt Skrzycznego", a wszystko to dzięki specjalnej żółtej tabliczce w celu informacyjnym na wspomnianej górze zamontowanej. Wielką tę, jakby z owego tytułu należało wnioskować,  pracę wykonały wspólnie Centralny Ośrodek Sportu w Szczyrku oraz oddział PTTK z Bielska Białej. Na tym jednak nie koniec. Jak donosi pan Czyżewski tabliczka na Skrzycznem oprócz precyzyjnego określenia wysokości podaje jeszcze, nie uwierzylibyście Państwo, informację, iż jest to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. 

Faktycznie, tego można było nie wiedzieć, co potwierdza pośrednio pan Tomasz Laszczak, dyrektor COS w Szczyrku, komentując, że "takiej konkretnej informacji do tej pory brakowało".  

Dopełnieniem tego niechaj będzie wypowiedź pana Andrzeja Kuci z oddziału PTTK w Bielsku, który dodaje, że będzie to teraz "idealne miejsce dla tych, którzy dokumentują zdobywanie najwyższych szczytów w ramach Korony Gór Polski".

---

Do Gazety Wyborczej AD 2020 daleko mi światopoglądowo jak nie przymierzając do szczytu Skrzycznego i to idąc z Węgierskiej Górki, ale mimo bycia "pisiorem" nadal mam otwarty umysł i potrafię docenić dobre dziennikarstwo, nawet, jeśli co do treści, które przekazuje, jestem w nomen omen totalnej opozycji. To niestety nie jest dobre dziennikarstwo. To jest gazetka szkolna. Przykro się czyta takie materiały. Raz, że przerost formy nad treścią żenuje, dwa, że tak autor jak i jego rozmówcy ani słowem nie wspominają, że taka "specjalna" i "precyzyjna" tabliczka jest lub może nie ma jej TERAZ (nie wiem tego), ale BYŁA przez długie lata, trzy, że turysta, który idąc na Skrzyczne nie wiedziałby, że to Skrzyczne, musiałby być przypadkiem wyjątkowym, i nie uważam aby z gatunku tych chlubnych, cztery, że gramolić się z dowolnie wybranej strony godzinami na szczyt, a docierając nań i nadal nie wiedząc (albo zwłaszcza nie widząc!), że nic wyżej już nie ma, po prostu jest niemożliwym,  i wreszcie pięć - oto kilka zdjęć. 

---

Rok 2011





Rok 2012





Rok 2015





Trzy komentarze ze strony www GW





Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.