Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2019

O tych, co nie przeskoczyli muru

Po 1989 roku tysiące Polaków poczuło się sierotami systemu. Wychowani, wykształceni lub już funkcjonujący zawodowo w PRL-u nagle zostali rzuceni na fale dzikiego kapitalizmu lat 90, wprost w świat, który do tej pory był im przedstawiany jako zły, wrogi i bezduszny. W ogromnej większości to spotkanie okazało się dla nich mniejszą lub większą przegraną. Albo nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości wcale, albo nauczyli się trwać tylko na niższych jej pułapach, podświadomie chyba utożsamiając ich biedę z tak dobrze sobie znaną biedą komunistycznej Polski albo wreszcie, w najlepszym wypadku zacząć musieli kształtowanie swojego świata i samych siebie od nowa. 



Katarzyna Duda odnalazła po latach osoby, które w trakcie transformacji ustrojowej nie miały odwagi lub możliwości by "wziąć swoje sprawy w swoje ręce", między innymi dlatego, że latami wmawiano im, że to państwo zrobi to za nich, i zapytała o to jak dziś, po 30 latach nowego ustroju wygląda ich codzienność. Poprzez smutne, ale jednak bardzo subiektywne wspomnienia pełne opowieści o bezrobociu, goryczy, niespłacanych pożyczkach i pracy za najniższe stawki przebija się, jak sądzę nie całkiem zamierzone przez autorkę, pytanie, na które każdy z czytelników sam musi sobie znaleźć odpowiedź. Czy "ofiary transformacji" są ofiarami faktycznymi, poszkodowanymi przez nieczułych kapitalistów, czy też może właśnie tym bezwładnym "człowiekiem sowieckim" którego usunięcie z rynku było mimo wszystko ceną za to by zaistnieć mogła nowa rzeczywistość.

***

Będąc jednym z bohaterów tej publikacji stanowczo skłaniam się ku tej drugiej tezie, ponieważ jak już na tym blogu pisałem, nie wolno utożsamiać goryczy wynikającej z łamania prawa pracy czy złej organizacji państwa z automatycznym gloryfikowaniem socjalizmu czy tzw. Polski Ludowej.  Narzekanie na psujący się często samochód nie oznacza tęsknoty za furmanką.


sobota, 2 czerwca 2018

"Urobieni", czyli zbierając na peronówkę

 
Spotykamy się pewnego szarego zimowego dnia na katowickim dworcu, w miejscu tyleż przypadkowym, co i jak się później okaże, symbolicznym. Dworzec to wszak miniatura współczesnego świata, obszar w wiecznym ruchu, z tysiącami ludzi przemieszczającymi się w różnych kierunkach pomiędzy rozmaitymi małymi rzeczywistościami, w których funkcjonują, funkcjonować będą albo od których uciekają.  Z pozoru można by uznać, że tylko cel, długość i jakość tych podróży ich od siebie różni, ale przecież są tu i tacy, którzy z różnych powodów nigdzie nie jadą. Ciężko ich dostrzec, ale z pewnością są. I to o takich jak oni będzie ta rozmowa.
 
 
Marek Szymaniak – „UROBIENI”
Wydawnictwo Czarne 2018
(zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa)
 
 
W 1989 roku Polacy przekroczyli ustrojowy Rubikon nie mając pojęcia, co czeka ich po drugiej stronie, ale nie mając też żadnej liczącej się alternatywy. Uświadamiani przez polityków i media o konieczności zmian nie zauważyli, że sedno kapitalizmu, jakim jest organizacja pracy zamieniono w polskiej wersji prawie wyłącznie na jej wydajność, i to właśnie stało się później jedną z przyczyn pojawienia się „urobionych”. Kilku pokoleniom wmówiono bez mrugnięcia okiem, że są winne słabej kondycji gospodarki, ponieważ pracowały źle, za mało, za krótko, zbyt wolno i tak dalej, przechodząc do porządku dziennego nad tym, gdzie, jak, czym i pod czyim kierownictwem ta praca była wykonywana. Musicie biec szybciej – zdawali się później przez lata twierdzić politycy i przedsiębiorcy, dodając tylko półgębkiem – ale buty kupcie sobie sami. Normalność poprzedniego ustroju będącą paradoksalnie wcale nie tak daleką od normalności zachodniej Europy, czyli ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy i pensje mniejsze lub większe, ale zawsze pozwalające przeżyć, uznano i nierzadko uznaje się do dziś za lenistwo, postawę roszczeniową albo zawodową bierność. Od tego sprowadzenia do parteru krok już tylko był do wmówienia, że piwnica to dach, co też stało się, gdy w miejsce dużych wymagań weszły próby szeroko rozumianego ograniczania czy wręcz łamania prawa pracy, jednego z tych, które budują podstawową sprawiedliwość społeczną współczesnego świata.

Pojawili się zatem urobieni. Urobieni ciężką pracą, dyscypliną, wymaganiami i wyścigiem szczurów dotykającym każdej już chyba branży starzy i średni, ale, co kto wie czy nie jest gorsze w skutkach, także urobieni młodsi, urobieni, bo wpasowani w za ciasny kostium zdeformowanego kapitalizmu już od pierwszego dnia i nie wiedzący nawet, że to nie jest normalne. 
 
Pracują dużo lub o wiele za dużo, ale czasem nie pracują wcale, bo tej pracy dla nich nie ma. Ledwie wiążą koniec z końcem za trzycyfrowe wypłaty lub inkasują co miesiąc grube tysiące nie mając nawet kiedy ich wydać, bo oddający za nie swój czas, młodość, rodzinę, marzenia. Godzący się na utratę swoich praw i swojej  godności w imię przetrwania lub w imię utrzymania wysokiego standardu. Ci po studiach i ci po podstawówkach. Maklerzy, portierzy, drobni przedsiębiorcy, sprzedawcy, sprzątaczki, pracownicy produkcji.
Urobieni zniewoleni i urobieni dopasowani. 
 
Jestem jednym z nich. Urobionym. Dziś siedząc na katowickim dworcu kolejowym za przykurzoną budką z fastfoodem jak za ucieleśnieniem nowej Polski, która adoptowała mnie w 1989 roku opowiadam o swoim życiu i słuchając sam siebie przechodzę przez nie po raz drugi. Nie jest to łatwe, bo człowiek, do którego mówię, jest już z innego pokolenia i pewne sprawy dla mnie oczywiste widzi inaczej. Ale ma to i swoje dobre strony, bo właśnie jego reakcje powodują, że sam w kilku momentach spoglądam na swoje doświadczenia z dystansem. Nie próbuję nawet jak początkowo miałem ochotę się usprawiedliwiać, kreować, korygować. Po prostu opowiadam. Rozmawiamy tak bardzo długo. Przechodzę jeszcze raz, prawie jak na Sądzie Ostatecznym długą drogę od normalności do współczesności.  Tuż obok pulsuje świat, przebiegają ludzie, odjeżdżają i przyjeżdżają pociągi, zmieniają się godziny. Mówię, mówię, mówię. Wreszcie wstajemy, podajemy sobie dłonie i żegnamy się. Schodzę w ciemność do podziemnego przystanku, skąd zabierze mnie do domu ten sam od lat żółty autobus.  
 
Więc to już? Wszystko?
Nawet nie byłem na peronie.
 
---
 

Urobieni, to książka, w której dziennikarz TVN-u Marek Szymaniak opisuje życiorysy tych, którzy w zderzeniu ze współczesnością rynku pracy przegrali. To grupa bardzo różnych osób z różnymi charakterami, wiekiem, pozycją społeczną czy wykształceniem. Ich przegrana także bywa różna. Jedni stracili pracę, inni pieniądze, jeszcze inni godność, a wcale niemała część życie prywatne. Ich reakcje na to również były odmienne. Spotkamy tam tych, którzy się pogodzili i poddali, tych, którzy nigdy nie zaprzestali walki, takich, którzy postanowili zacisnąć zęby i wyciągnąć z realiów ile się da i wreszcie, czemu nie ma się co dziwić, tych, którzy zdecydowali odwzajemnić się codzienności pięknym za nadobne i spróbować oszukać ją choć trochę w zemście za to, że ona oszukuje ich. Ale to nie te konkretne osoby są tu sednem. Ta książka to przede wszystkim obraz ostatnich 28 lat polskiej historii, który powinni poznać i przemyśleć ci wszyscy, którzy uważają, że podczas tak zwanej transformacji przegrali tylko ci, którzy nigdy nie spróbowali zrobić niczego, by się zmienić. Jedna z tych opowieści jest o mnie.
 
PREMIERA 27 CZERWCA 2018

 ---
 
 
 

piątek, 8 lutego 2013

Bibliografia

Nie pamiętam jaki tytuł nosiła pierwsza książka, którą przeczytałem, ale nie zapomnę za to nigdy, jaki był pierwszy wyraz.

Dżem.

Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
-Dyy...
-Dyy…zyy…em. Dyzem… Dzem. DŻEM!
Mama mało nie upuściła talerzy.
-Umiesz czytać!
-Nie, ja tylko te literki tutaj… - na wszelki wypadek zacząłem się tłumaczyć.
-Umiesz czytać!!!

Naprawdę nie chciałem. Samo przyszło. Jak po maśle. Znaczy po dżemie.

W tamtych czasach czytania i pisania uczono „oficjalnie” dopiero w pierwszej klasie podstawówki, a że byłem ledwie zerówkowiczem to posiadłszy wspomnianą umiejętność z miejsca awansowałem w przedszkolu do swego rodzaju, nie bójmy się tego słowa, warstwy inteligenckiej (chciałoby sie napisać "i tak mi zostało", ale już sam mój nick wyraźnie temu zaprzecza).

Jako dzieciak początkowo czytałem głównie to, co czytać mi kazano. Puc, Bursztyn i goście, Nasza szkapa, Ferdynand Wspaniały, Chłopcy z Placu Broni, Łysek z pokładu Idy, W pustyni i w puszczy, i tak dalej i tym podobne.  Niektóre z tych książek miały klimat i działały na wyobraźnię (ileż łez wylałem po śmierci Nemeczka albo Piętaszka!), ale ogromna większość była dla mnie zwyczajnie nudna. Jak to ja zdecydowałem się więc pochodzić nieco własnymi drogami.

Pierwszą były tajemnicze kartony w naszej piwnicy. Do dziś nie wiem, dlaczego tyle książek moi rodzice akurat tam trzymali. Zapewne miało to jakiś związek z rozmiarami naszego mieszkania, ale niezależnie od przyczyn dodawało wygrzebywanym przeze mnie skarbom posmaku tajemnicy (oraz zapachu stęchlizny). Siadywałem sobie w każdym razie na skrzyni z ziemniakami i w czasie gdy mama robiła pranie wczytywałem się w różne historie. I potem tylko szło o to bym mógł coś zabrać na górę. Nie zawsze mogłem. Może to i lepiej, bo tam, pośród betonowych białych ścian, otoczony słoikami z kompotem (nie, dżemu nie było), rozmaitymi narzędziami, pudłami i rowerami traktowałem swoje lektury jakoś chyba bardziej magicznie. Proszę sobie wyobrazić na przykład podręcznik dla szkół pielęgniarskich z moim ulubionym (?) rozdziałem o wojnie jądrowej…
Jak urządzić piwnicę na wypadek ataku (kompoty i lekturę już miałem), jak przechowywać żywność itp. A najlepszym fragmentem był ten o konieczności umycia się w beczce po opadnięciu pyłu radioaktywnego.
Taaa… Już to widzę…

środa, 13 czerwca 2012

Born in the PRL

-Wybieram!
-Kupuję!
-Moje! Moje!

Tak właśnie jako dzieci oglądaliśmy zdobyte gdzieś przez rodziców, a najczęściej dramatycznie już przeterminowane zachodnie katalogi domów wysyłkowych, kolorowe pisma wszelkiej maści albo... coś takiego jak poniżej. Swego rodzaju symbol, żeby nie powiedzieć wręcz manifest ;) mojego pokolenia.

Polska - moja Ojczyzna. Encyklopedia dla dzieci.

Nigdy nie miałem własnego egzemplarza, bo zdobycie go graniczyło z cudem, ale poznałem tę książkę w dwóch etapach. Najpierw u moich kuzynek, które miały w domu z piątej ręki nabyty niesamowicie "zaczytany" tom bez okładek i  z powycinanymi co lepszymi ilustracjami, a potem u brata mojej mamy, który z kolei nie pozwolił mi księgi owej dotykać, ponieważ traktował ją jak lokatę kapitału. Ale okładkę sobie obejrzałem, stąd też udało mi się połączyć wewnątrz i zewnątrz dla uzyskania już wtedy jako takiego pojęcia o całości.

W latach 70 i 80 ubiegłego wieku Encyklopedia dla dzieci funkcjonowała najczęściej jako bardzo rasowy, wystawny wręcz prezent, np. z okazji Pierwszej Komunii lub "tylko" urodzin czy Dnia Dziecka. Widywało się ją w domach na półkach z gatunku "umyj ręce zanim dotkniesz!" albo na "szaberplacach" sprzedawaną za jakieś kosmiczne pieniądze. Z całą pewnością nie było szans na kupienie jej ot tak, z marszu, ale ponieważ w PRL było oczywistym, że zakupy się "zdobywa", chyba nikomu to nie przeszkadzało. Więcej nawet, dodawało smaczku samemu "aktowi" wejścia w posiadanie upragnionego towaru.



Dlaczego napisałem wyżej, że to manifest? Oczywiście nie dlatego iżbym się zgadzał z teoriami, że tow. Edward Gierek był inżynierem górnictwa,   Polska przegrała wrzesień 39, bo nie chciała zawrzeć sojuszu z odwiecznie przyjaznym nam ZSRR, a milicyjny tajniak to przyjaciel każdego dziecka, jakie można w tym dziele wyczytać, ale dlatego, że zostało to wszystko napisane dla mojego i zbliżonych do mojego pokoleń. Mniejsza z tym, że odrobinę (naprawdę minimalnie) tendencyjnie. Po prostu gdybym miał wrzucić do jakiegoś komputera dane czasów w których się wychowywałem zeskanowałbym mu tę książkę. Tacy byliśmy. A kłamstwo było w zestawie. Naiwnym jest ten, kto wierzy, że dziś, choć inne, nie jest dołączone do codzienności. Ale rozwijanie tej kwestii tym razem sobie darujmy...

Encyklopedia dla dzieci nie jest pewnie pomysłem polskim, a  ta konkretna jakimś jego wzorowym urzeczywistnieniem, mimo to ma jedną przynajmniej istotną nawet po latach zaletę. Nie jest infantylna. Wizualnie wnętrze książki przypomina do złudzenia słynną czterotomową encyklopedię PWN, a różnicą jest przede wszystkim zasób haseł, mnogość ilustracji i ograniczenie tematyki do spraw tylko polskich bądź z Polską bezpośrednio związanych.


Genialną bez wątpienia warstwę ilustracyjną widać po części na załączonych przeze mnie do tego posta fotografiach, a język? Cóż, język jest... pomyślało mi się, że pszenny. Ale co to znaczy w praktyce? Miękki, łagodny, ciepły. Nie uczy formułek i dat jak nudny belfer, ale tłumaczy wszystko dookoła jak mama na niedzielnym spacerze. To chyba najlepsze porównanie.


Oczywiście wartość edukacyjna takiej książki dziś jest bliska zeru, nie zamierzam zatem nikogo przekonywać do jej wykorzystywania zgodnie z założeniami autorów, ale jednak każdego, kto należy jak ja do pokolenia X zachęcam do jej przynajmniej przejrzenia jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja. To jest nasze dzieciństwo w miniaturze.


A skąd u mnie dziś to tomisko? Ano z wędrówek po antykwariatach i Allegro. Dopóki spotykałem egzemplarze po 70 czy 60 złotych tylko się uśmiechałem, wydaniem za 25 byłem już poważnie zainteresowany, ale kiedy wygrzebałem gdzieś encyklopedię w stanie bliskim idealnemu za jedyne pięć złociszy nie miałem już żadnego argumentu na nie. Kupiłem zatem i czytam, choć bynajmniej za PRL-em nie tęsknię. W jednym tylko muszę mu (i tej książce) z pewną goryczą oddać sprawiedliwość. Gdy się przeglądając przeszłość odsieje propagandowo komunistyczne brednie, pozostaje i tak obraz kraju z którego nie tylko można (było) ale i ma (miało) się realne podstawy, by być dumnym. Żyliśmy w Polsce która produkowała oparte na własnych pomysłach samochody, lokomotywy czy statki, miała dużą i dobrze uzbrojoną armię, tworzyła nowe miejsca pracy i dawała jakieś perspektywy każdemu, nawet jeśli od pełnoletności do emerytury był w stanie opanować tylko machanie łopatą.

I tego wszystkiego niestety już nie ma.
Ale to przecież zupełnie inna historia.



sobota, 5 maja 2012

Dwa kroki wstecz

Od kilku miesięcy powracały do mnie dwa obrazki z dzieciństwa. Pierwszy, w którym czekając na kolację u babci na wsi przeglądam ściągnięte wcześniej z biblioteczki kryminały i zainteresowany nietypową okładką próbuję czytać jeden z nich (a mam lat plus minus 11) i drugi, w którym już w Katowicach plądruję kartony z książkami w naszej piwnicy czekając aż mama skończy pranie.

O ile ten pierwszy opis jest do dziś zrozumiały, o tyle jednak do drugiego czuję się zobowiązany dodać kilka zdań wyjaśnienia. W „tamtych czasach” pralnie w blokach były zbiorowe, choć z racji ustroju także próżno by szukać w nich pralek. Ot, pomieszczenie z ogromną gazową kuchenką, wanną, ławką i stołem. Do tego bardzo klimatyczne podesty z desek na lastrykowej posadzce i zgniłozielona lamperia. Vintage się to wszystko dziś nazywa, o ile znam angielski.

Kiedy zatem według listy kolejkowej wiszącej w gablotce na klatce schodowej nadchodził „ten dzień”, co mógł zrobić ze sobą dzieciak, gdy wokół królowały tylko para i mokre koszule? Oczywiście ulokować się w naszej komórce na kartonach pełnych szpargałów (za które dziś na Allegro miałbym fortunę!!!) i podżerając truskawki z kompotu czytać „Magazyny Polskie” i co tam mu trafiło w ręce. Niejednokrotnie drżące zresztą ręce, bo sporo było w owych kartonach literatury „przygotowującej do życia w rodzinie” z której cytaty zostały mi w głowie do dziś.

Ale wracajmy do sedna.

Książka pierwsza.

Do pensjonatu w górach przybywa na wypoczynek inspektor policji przekonany, że w najbliższym czasie praca będzie ostatnią rzeczą, o jakiej mógłby pomyśleć. Jeździ sobie zatem na nartach, poznaje ludzi, popija to i owo i stara się dobrze bawić. Sielanka kończy się w chwili gdy jeden z gości zostaje zamordowany, a w górach schodzi lawina i do czasu przybycia ekspedycji ratunkowej hotel jest odcięty od świata. Nasz bohater musi rozpocząć śledztwo przegryzając się przez zagmatwane charaktery współmieszkańców, a  nie przypuszczając nawet,  że nie wszyscy wokół niego są...

I tutaj właśnie klasyczny do tej pory kryminał łączy się z równie klasycznym jak na lata 70 XX wieku science fiction. Z racji zasad gatunku nic więcej nie wypada mi mówić.

A scena, którą zapamiętałem? Oto po czymś w rodzaju wieczorku zapoznawczego mocno już podchmielony stróż prawa postanawia wyjaśnić czy intrygująca go od pierwszego dnia drobna osóbka w nieodłącznych ciemnych okularach (w tej roli wyobraziłem sobie dziś np. wczesną Winonę Ryder) jest w końcu… chłopcem czy dziewczyną. Oraz profilaktycznie się jej oświadczyć.

Myśli pijanego inspektora są tu ujęte tak realistycznie, że prawie widzimy jak się zatacza próbując poprosić Brune do tańca, a potem wykłada jej swój pogląd na małżeństwo, by po chwili odkryć z takim samym zaangażowaniem „kobietę swojego życia” w Oldze – żonie zdziwaczałego nieco pana Mosesa.
Po prostu boki zrywać.

Reasumując mamy tu w dość cienkiej książeczce humor, wojnę gangów, kosmos, faszystów oraz odrobinę moralizatorstwa na koniec. Wbrew temu jak karkołomnie to zestawienie brzmi - jest jako opowieść z lekkim dreszczykiem wykonane bezbłędnie. Lektura w sam raz na jak się to wtedy mówiło sezon ogórkowy.

Książka druga

...jest dwa razy grubsza i w dzieciństwie z racji okładki a i pewnie po części tytułu wydawała mi się bajką, ale bajką nie jest. Jest za to prawie dokładnie tym samym, co ta o której opowiedziałem powyżej. Mistrzowskim połączeniem, a raczej stopniowym przejściem od fundamentalnego kryminału do absolutnie współcześnie ujętego SF. Od razu uprzedzam, że język nie jest tu tak fascynujący, ale też nie wydaje się przeszkodą. Nazwałbym go neutralnym – opowiadającym. Coś tak jeden na jeden. Realizm bez ozdobników.

W centrali firmy Jubiler w środku dnia zdarza się zuchwała kradzież. Wedle zeznań świadków (w tym, pozwolę sobie to podkreślić - także portiera) jedyną osobą mogącą wynieść kosztowności jest jeden z pracowników, tyle tylko, że on w tym czasie jest na spotkaniu slużbowym z dyrektorem firmy, na co również są świadkowie.

Klimat całej historii opisałbym tak. Deszczowy wieczór, światła latarń, szare kamienice, kocie łby na ulicach, Trybuna Ludu z tow. Gomułką, milicyjna warszawa oraz może jeszcze bułka z żółtym serem i herbata w szklance na spodeczku. Obowiązkowo z fusami.

Nie chcę tu zdradzać sedna, bo przecież to jednak kryminał, ale uchylając rąbka tajemnicy powiem, że dochodzimy w pewnym momencie do zagadnień związanych z doświadczeniami genetycznymi, wolnością w medycynie i nauce oraz tego, co na własny użytek nazywam meandrami ludzkiej duszy.
I co dziwne, książkę będącą w swojej wymowie, a przynajmniej w wymowie scen finałowych wielką, filmową wręcz pochwałą ludzkiej niezależności i wolności wyborów napisał (pod pseudonimem) wieloletni współpracownik służby bezpieczeństwa, świadek oskarżenia w procesie Melchiora Wańkowicza i autor tekstów popierających wprowadzenie stanu wojennego. Gdy dodamy do tego, że stworzył ów pisarz także socrealistyczną powieść „Piątka z ulicy Barskiej” obraz robi się jeszcze ciekawszy, nieprawdaż?

Scena, którą zapamiętałem?

Walczący z (jak sądzi) halucynacjami pilot wojskowy obawiając się, że jego stan jest konsekwencją choroby nerwowej jego matki i przekonany, że w tej sytuacji utraci prawo do latania przemyka się rozgorączkowany pustymi ulicami w środku nocy, by doczekać świtu w kabinie swojego myśliwca. Klucząc i węsząc wszędzie zagrożenie dociera wreszcie taksówką na przedmieścia i sobie tylko znanymi drogami dostaje się na lotnisko wojskowe. Gdy już od samolotu dzielą go sekundy zostaje zatrzymany przez wartowników, którzy ze zdumieniem odkrywają w nim swojego dowódcę…

Książka została wydana w 1958 roku i nie doszukałem się w Internecie jej wznowień, ale każdy, kto miałby szansę ją odnaleźć w bibliotece, na strychu, w antykwariacie czy na Allegro, a następnie oczywiście przeczytać :) powinien to zrobić i przeżyć jak ja szok odnajdując dylematy z jutra w powieści napisanej daleko dawniej niż wczoraj.

I niech puentą tej notki będzie fakt, że odnalazłem opisane kryminały maglując Google właściwie tylko opisami tych dwóch scen, które tu opowiedziałem, bowiem nie pamiętałem ani okładek, ani tytułów, ani nawet autorów.

Udało mi się. Mam. Przeczytałem znów po bardzo wielu latach.

Znów mogłem zafascynować się urokiem tajemniczej Brune i znów uciekać przed cieniem poprzez nocne łąki wypatrując jak zbawienia sylwetki swojego MIG-a.

Po prostu odlot. Czego i Wam życzę.


 *Antoni Armand (Kazimierz Koźniewski i  Grażyna Terlikowska-Woysznic) "Człowiek z lustra" 1958

* Arkadij Strugacki, Borys Strugacki "Sprawa zabójstwa" 1973 (Późniejsze wydania jako: "Hotel Pod Poległym Alpinistą")

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Otchłań

Hitlerowiec wypuszczony w Polsce na wolność w latach stalinizmu? Zarządca milionowego miasta, który skończył tylko podstawówkę? Generał SA na którego procesie, jako świadkowie obrony zeznawali Polacy?

Każde z powyższych zdań wydaje się gwałtem na zdrowym rozsądku, a mimo to wszystkie są prawdziwe i więcej nawet, dotyczą jednego tylko człowieka, Ludwiga Leista, okupacyjnego starosty miasta Warszawy w latach 1940 – 1944.


Odnalazłem książkę o nim, jak pewnie wielu przede mną i po mnie poprzez skojarzenia (błędne) ze słynnymi „Rozmowami z katem” Moczarskiego. Ale to zupełnie inna historia. Walichnowski nie jest więźniem, a Leist nie ma wyroku śmierci. Nie spotykają się jak równy z równym pod celą. Byłego hitlerowskiego generała przedstawia nam w swojej książeczce… późniejszy generał MO. Zaiste, piekielne to zestawienie, ale nie ono jest tutaj ważne.


Bohater książki - Ludwig Leist był przed wojną niewiele znaczącym szeregowym urzędnikiem. Dla bezpieczeństwa swojego i rodziny jak sam zaznacza zapisał się swego czasu do NSDAP i SA, ponieważ bez tego nie miałby szans na awans, ale nie angażował się zbytnio w politykę traktując legitymacje wspomnianych organizacji raczej jak dodatkowe referencje niż wizytówkę światopoglądu. Wykorzystując swoje znajomości trafił jesienią 1939 roku do okupowanej Warszawy na stanowisko kierownika wydziału w niemieckim zarządzie miasta, ale już w marcu 1940 roku został mianowany starostą, a przy okazji awansowany z kaprala na… generała SA.

Do jesieni 1944, tj. do przegranego polskiego powstania, wypędzenia mieszkańców i faktycznego zburzenia stolicy Leist jest jej administratorem, ale administratorem szczególnym. Nie ma władzy nad policją czy wojskiem, nie zajmuje się eksterminacją czy grabieżami, a próbuje (próbuje, ponieważ trudno powiedzieć, że mu się to w stu procentach udało) być tylko urzędnikiem w okupowanym kraju. Angażuje się tam, gdzie może być bardziej gospodarzem, wycofuje tam, gdzie przekraczałby granicę zbrodni. Korzysta ze swojej pozycji i jest lojalny wobec przełożonych, ale jednocześnie dostrzega i właściwie ocenia rzeczywistość z którą przyszło mu się zmierzyć.
Balansuje na granicy stając się momentami niepewnym tak dla Niemców jak i dla Polaków. O tym wszystkim w celi barczewskiego więzienia opowiada w 1951 roku Tadeuszowi Walichnowskiemu stwierdzając w którymś momencie krótko: Jestem hitlerowcem, ale nie hitlerowskim zbrodniarzem.

I to jego zdanie potwierdził w 1947 roku polski sąd. Nie stwierdzono, by brał udział w zbrodniach i jako jedynego z jego grupy skazano na relatywnie niską karę ośmiu lat więzienia. Otrzymał taki a nie inny wyrok, ponieważ niewątpliwie wydawał zarządzenia dyskryminujące Polaków i Żydów oraz uczestniczył aktywnie w przestępczej organizacji za jaką uznano administrację niemiecką w GG. Pozostali oskarżeni, to jest Max Daume oficer SS odpowiedzialny za masakrę w Wawrze, Ludwig Fischer gubernator dystryktu warszawskiego oraz Josef Meisinger szef policji bezpieczeństwa w Warszawie skazani zostali na karę śmierci.

Leist odsiedział swój wyrok i w styczniu 1954 roku jako wolny człowiek wyjechał do Niemiec Zachodnich, gdzie czekała na niego rodzina.

Ta historia ma wiele niewiarygodnych akcentów, jak chociażby te, o których wspomniałem na samym początku, ale jest w niej coś także mniej może widowiskowego, a równie intrygującego, gdy się ma odwagę spojrzeć wprost. Człowiek. O ile bowiem mogą wzbudzać pewną nieufność w ustach niemieckiego funkcjonariusza słowa czasem zbyt nadgorliwe w potępianiu przeszłości, o tyle jedno jest jasne od pierwszych stron. Nieustający stres braku prostego dopasowania. Przed wojną jak sam mówi zbyt zafascynowany nowym ustrojem by być przeciw, a przecież mimo to zbyt ostrożny by być bezwarunkowo i aktywnie za. W czasie wojny z jednej strony przedstawiciel „rasy panów” i wysoki urzędnik, a z drugiej rozmyślający o polskim ruchu oporu i skutkach swoich działań, pełen kompleksów związanych z brakami w wykształceniu i wiedzy, niepewny jutra, choć absolutnie mający świadomość jego nieuchronności człowiek którego przerosło życie. 

I wreszcie w Barczewie od nowa. Współpracuje, zeznaje, opowiada, a jednocześnie odmawia np. pisania pamiętników zasłaniając się kłopotami, jakie po ich wydaniu miałby wracając do RFN, dodając przy tym, że nawet niski wyrok (sic!) jaki otrzymał w Polsce TAM będzie wyglądał podejrzanie.

Otchłań nad którą z własnego wyboru rozpoczął kiedyś spacer będzie obok już do ostatniego oddechu.

piątek, 6 kwietnia 2012

Daleko od noszy

Przygotowując się do spotkania ze swoją przeszłością oraz skalpelem w Silent Hill w którymś momencie stanąłem przed jakże prozaicznym zadaniem skompletowania potrzebnego ekwipunku. Wbrew wizerunkowi, jaki mógłby się wyłaniać po lekturze tego bloga działam w takich sytuacjach raczej rzeczowo i całość przygotowań od sporządzenia szczegółowej listy po zasunięcie suwaka w torbie podróżnej zajęła mi może trzydzieści minut. Ale gdy z satysfakcją odetchnąłem już oznajmiając tym samym  światu: gotowe,  dostrzegłem, że nie mam ze sobą niczego do czytania. Albowiem z książkami u mnie to zupełnie jak z cukierkami na święta. Ciężko je utrzymać nietknięte.

Zaopatrzyłem się wprawdzie swego czasu w kilka co najmniej tytułów, ale delikatnie mówiąc albo nie spełniły one moich oczekiwań (czeski opozycjonista po wojnie zostaje amerykańskim szpiegiem, ale potem w trosce o ojczyznę nawraca się na socjalizm...) albo generalnie zniesmaczyły (zwierzenia szarej eminencji z czasów Ceausescu sprowadzające się do nader realistycznych opisów szczytowania autora) albo wreszcie zostały "zjedzone na surowo" zaraz po nabyciu jak na przykład wywiady z dziećmi słynnych polskich polityków czy znane mi od lat, ale dawno nie widziane świetnie napisane zresztą wspomnienia generała Kuropieski.

Tym samym chcąc mieć możliwość czytania czegoś więcej niż etykietki na kroplówkach dokonać musiałem szybkiego zakupu jakiejś lektury odpowiadającej moim potrzebom, co łatwe nie jest, gdy się pamięta, że od circa dwudziestu pięciu lat nie biorę do ręki powieści. Zacząłem zatem przekopywać internet w poszukiwaniu biografii, wspomnień, reportaży czy też generalnie książek o polityce i historii, ale jakimś zrządzeniem losu na nic ciekawego nie mogłem natrafić.

I nagle eureka, jak to zakrzyknął Achilles przekraczając Rubikon ;) Cóż bardziej może mi się przydać w szpitalu niż uśmiech?

A gdyby tak ktoś napisał specjalnie dla mnie zupełnie niepoważny poradnik pacjenta? Byłoby wspaniale móc położyć sobie coś takiego na szafce podczas obchodu! Od razu przypomniała mi się mina mojego kierownika z czasów pracy w kopalni odwiedzającego któregoś dnia salę śniadaniową i spotykającego mnie (nomen omen) pogrążonego w lekturze "Jak być bogatym bez pracy i wysiłku"! Autentyk, ale jak widać chociażby po moim podpisie raczej nieskuteczny w działaniu.

Jak przeżyć, jak sobie radzić, jak przetrwać...
"Jak przetrwać w szpitalu"! Patrzę i oczom nie wierzę! Jest!



Tego, że kupiłem toto mało nie robiąc z radości dziury w klawiaturze chyba nie muszę tu nawet dodawać. Oczywiście przelew, list priorytet i gorączkowe (bo jakżeby inaczej) wyczekiwanie, a potem...

 "Spoglądam do tyłu i ponad ramieniem żony widzę drzwi; "jest jeszcze czas żeby się rozmyślić" powtarzam sobie, ale głos pielęgniarki przywołuje mnie do porządku.
-Pan zgłasza się do szpitala?
-Tak - mówię ze ściśniętym gardłem.
-To niemożliwe!
Świat wali mi się na głowę.
-Ale dlaczego? - pytam.
-Tylko przypadki nagłe. Nie widzi pan plakatów? Strajkujemy! - posyłając mi złowrogie spojrzenie dodaje: - Pan się solidaryzuje z żądaniami naszego zespołu, prawda? Strajk ma na celu poprawę jakości usług świadczonych pacjentom."

Taaak! To jest książka jakiej szukałem! Nie została wprawdzie napisana w Polsce i nawet ma już swoje lata, ale i tak wszystko w niej począwszy od gburnego szpitalnego portiera (sic!) poprzez podniecający zapach perfum pielęgniarek, paskudne jedzenie, niepokój przed, po i zwłaszcza w trakcie zabiegu oraz cały ten galimatias leków, odpłatności, przepisów lub ich braku jest jakby żywcem ściągnięty z naszego "enewzetowskiego" tu i teraz. Plus na dobitkę ranking prezentów od odwiedzających nas bliskich, opisy ich komentarzy, testy wszelakie i nawet propozycje spędzania wolnego czasu albo sposoby skutecznego wmawiania współpacjentom, że jesteśmy kimś innym niż w rzeczywistości. Krótko mówiąc szpital i rehabilitacja od A do Z, tyle, że absolutnie bez piątej klepki.


Cóż więcej można napisać o takiej książce? Jest to dokładnie to, co powinien mieć ze sobą każdy pacjent w momencie przekraczania progu izby przyjęć po to, by nie tylko pewne dziwne sprawy z jakimi się spotka zrozumieć, ale i by nie dać się im zdołować dlatego tylko, że są jak spora część naszego życia absurdalne do granic wytrzymałości.

Kuracja najzupełniej obowiązkowa.

A na zachętę jeszcze "skład chemiczny produktu":



I coś, co sprawiło, że książka ta zyskała z miejsca moje najgłębsze uznanie... ;))


piątek, 16 grudnia 2011

Realiści w krainie marzeń

W zasadzie to jeszcze jakieś trzy, no bądźmy szczerzy, cztery miesiące i wracam. W góry. 

Zaopatrzyłem się już w nowy plecak i buty, a czekając na wiosnę studiuję przewodniki, mapy i blogi oraz jak przystało na prawdziwego podróżnika rozmyślam. I w trakcie tej właśnie czynności powrócił do mnie obraz zoranych kołami ciężkich maszyn stoków Klimczoka i Skrzycznego, wytyczonych tam w poprzek szlakom obrzydliwych, wysypanych grubym kamieniem dróg i przede wszystkim wycinki drzew na skalę, jakiej z lat wcześniejszych nie pamiętam. A ponieważ Portier nie byłby sobą, gdyby raz na jakiś czas nie napisał gdzieś jakiegoś „uprzejmego donosu”, postanowiłem zasięgnąć języka u źródła, czyli w Okręgowej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach, której Bielsko z przyległościami podlega. Bo nie ukrywam, pierwsza myśl była taka, że to drapieżny kapitalizm i chęć zysku włażą z butami na beskidzkie zbocza i zamieniają je w pustynię.

Jako się więc rzekło odnalazłem w Internecie przedsiębiorstwo wyżej wspomniane i wybrałem wedle swojej oceny najwłaściwszego adresata, czyli Dział Ochrony Lasów. I tam właśnie w krótkim liście zwróciłem się z prośbą o wyjaśnienie przyczyn i skali wycinki oraz perspektyw dla Beskidów po niej, zaznaczając, że wygląda to wszystko bardzo przygnębiająco.

Często zdarza mi się na tym blogu narzekać na różne firmy i instytucje. Na tą nie mógłbym nawet słowem, ponieważ, proszę się skupić, na mój mail wysłany około godziny 21:00 szóstego grudnia odpowiedź otrzymałem o 9:00 rano dnia następnego!!!
Chapeau bas!

Naczelnik Wydziału Ochrony Lasu, mgr inż. Mirosław Nowak w świetnie napisanym, (co też nie jest codziennością) liście pokrótce opisał mi sytuację mającą miejsce w Beskidach zaczynając zresztą od znamiennych słów: Opisany w e-mailu widok […], jest w równym stopniu, co dla Pana, przykry dla gospodarujących tam leśników. a na koniec zapowiedział jeszcze dosłanie mi na adres zamieszkania… książki o beskidzkich lasach właśnie.

Książka dotarła pocztą może z dwa dni później. Dzięki wiadomościom z niej uzyskanym, a także listowi pana naczelnika mogę podzielić się z Wami informacjami nt. przyczyn rzeczywiście radykalnych wycinek w śląskich górach, a przede wszystkim rozwiać najgorsze (?) obawy: to nie rabunkowa gospodarka kieruje tym wszystkim. Chociaż w zasadzie może i tak, ale nie współczesna, jeśli już.

Obraz, która tak zapadł mi w pamięć, a pewien jestem, że nie tylko mnie, dotyczy jak się okazuje wyłącznie jednego gatunku – świerka i ma związek nie tyle z zapotrzebowaniem na niego, ile z jego stanem zdrowotnym, który jest bardzo zły. Pozostawienie wszystkiego naturze, jak to w podobnej sytuacji uczyniono np. w Lesie Bawarskim skończyć by się mogło jak to ujmuje pan Nowak deforestacją, ja proponuję bardziej polskie określenie: bezleśnością. 

A więc cięcia mają charakter wbrew pozorom naprawczy, ochronny, zaś ich praprzyczyną jest gospodarka leśna jeszcze z XIX wieku, która zaburzyła naturalne proporcje ilościowe gatunków drzew oraz po części ich, że użyję takiego określenia przypisanie geograficzne. I znów wszystkiemu winien… nie, nie Portier tym razem, świerk. Świerk, który był łatwo dostępny, tani i szybko rósł, a to nim właśnie uzupełniano wycinane masowo lasy bukowo jodłowe, gdy trzeba było ogromnych ilości drewna na opał do hut i materiał dla budownictwa.

Oznacza to, tak na marginesie, że "naturalne lasy", którymi tak się zachwycałem w swoich wędrówkach (Przeczytaj tutaj : pierwsza, druga), wcale takimi naturalnymi nie są...

W latach 1860 - 1880 założono tysiące nowych plantacji świerka ogółem obsadzając nim ok. 70% naturalnych siedlisk buczyny karpackiej w Beskidach Zachodnich. Na krótko przed II wojną światową na świerk przypadało już od 70 do… 98% powierzchni drzewostanu, gdy według współczesnych ocen powinno to być ok. 40 %. Nadto duży wpływ na późniejszą katastrofę miał fakt sprowadzania sadzonek nieraz z zupełnie odmiennych klimatycznie rejonów Europy, np. z Alp i sadzenie świerczyn w miejscach nie odpowiadających ich wymaganiom. Masowa tania i wydajna produkcja drewna przesłoniła wszystko inne. Do czasu.

W połowie XX wieku natura z całą jaskrawością obnażyła słabość świerka w Beskidach. Do przyczyn tak oczywistych jak nienaturalna dominacja jednego gatunku (a więc także w jakiejś mierze idące za tym jego zdegenerowanie), doszedł człowiek i zatrucie środowiska. Na to wszystko nałożyły się jeszcze szkodniki, które w osłabionych lasach znalazły dla siebie doskonałe lokum. Gdy się do tego doda, że część lasów w Beskidach jest prywatna i w związku z tym leśnicy nie mogli z marszu objąć ich działaniami, jakie podjęli, łatwo zrozumieć, że postęp chorób i zniszczenia był błyskawiczny.

Jedynym sposobem ratowania drzew stała się… ich wycinka. Usuwanie chorych świerków i zastępowanie ich lasem mieszanym o składzie zbliżonym do naturalnego. Chore drzewa wywozi się z lasu jak najprędzej, wcześniej je okorowując, a korę pali zapobiegając tym samym „ucieczce” korników, które dodatkowo zwalcza się też stosując w lasach specjalne pułapki feromonowe (to coś, co wygląda jak blokowa skrzynka na listy, a czego sporo w górach widziałem zastanawiając się cóż to być może).

Cała ta polityka (obejmująca na szczęście od jakiegoś czasu także część lasów prywatnych) obniżyła udział świerka do ok. 50% w roku 2005, zaś naturalne i sztuczne odnowienia pozwoliły uniknąć najgorszego – rozległych bezdrzewnych pustyń.

Akcja leśników trwa. W ramach „Programu dla Beskidów” opracowano wieloletni plan działań mający na celu przywrócenie równowagi w naturze i zachowanie nie tylko uroku, ale i zdrowia lasów. Sadzi się jodłę, buka, jawor, miejscami również inne drzewa, jak modrzew, brzoza czy jarząb, a w miejscach gdzie ma to rację bytu, także świerk, który przecież sam w sobie niczemu nie zawinił.
I co najważniejsze praca ta zaczęła przynosić już wymierne efekty, bo w roku 2006 po raz pierwszy spadła intensywność przymusowego wycinania świerków, a kornik i inne szkodniki znalazły się w zdecydowanym odwrocie.
Jest nadzieja. 

Jak to ujęto w książce „Na ratunek zielonym Beskidom” zamieranie świerka i działania w związku z tym podejmowane budzą emocje, a turyści, mieszkańcy gór czy przyrodnicy często widzą ów problem w krzywym zwierciadle (jak ja na przykład przenosząc wprost wycinane połacie lasu na czyjąś żądzę zysku – jak widać niesłusznie), ale ma to swoje dobre strony, bo zadając pytania, często stawiając zarzuty, mamy też szansę dyskutować i zrozumieć istniejący stan rzeczy oraz przyłączyć się do pracy nad jego polepszeniem.

Książka Krzysztofa Fronczaka, świetnie napisana, przystępna, uzupełniona doskonałymi fotografiami, a przede wszystkim darmowa jest doskonałym krokiem w tym kierunku. Sama zaś postawa RDLP w Katowicach i podejście do zwykłego zapytania złożonego mailem przez laika, turystę amatora, dowodzi klasy, jakiej próżno by szukać w większości państwowych instytucji.



wtorek, 13 września 2011

Czarny jak my

W starej, wydanej jeszcze w głębokim PRL-u książce "Nowojorskie ABC" odnalazłem któregoś dnia krótki cytat z innej, już na pierwszy rzut oka o niebo ciekawszej publikacji dotyczącej rasizmu w USA - książki "Czarny jak ja" napisanej przez Johna Howarda Griffina. Ten fragment plus jego opis w sumie liczące kilkanaście linijek sprawiły, że natychmiast włączyłem przeglądarkę w telefonie, zalogowałem się w serwisie wiadomym i po jakichś dwóch minutach klikałem już Kup Teraz!

Dlaczego?

Dlatego, iż nie sądziłem, że kiedykolwiek ktoś mógł wpaść na tak prosty, a zarazem genialny sposób przybliżenia światu problemów traktowania Czarnych.
Gdyby autor opisał je jako im życzliwy, dla wielu byłby mdły, gdyby opisał  je będąc Murzynem, spotkałby się zapewne z zarzutami przesady i braku obiektywizmu. On wybrał drogę, o której nikt przed nim nie odważył się pomyśleć.

Będąc Białym postanowił STAĆ SIĘ Czarnym. 


Dokonał tego zażywając specjalne leki stosowane zwykle w chorobach skórnych, naświetlając się lampą kwarcową,  nacierając maścią przyciemniającą, a wreszcie goląc głowę na zero.

Jak stwierdził we wstępie jego kolor skóry był tutaj szczegółem. Równie dobrze mógłby być kimś innym w innym państwie lub czasie. Kimkolwiek gorszym pośród uważających się za lepszych.

Bo "Czarny jak ja" to nie do końca opowieść o rasizmie. To bardziej może historia ludzkiej obłudy, chamstwa, brutalności i chorych przesądów. Tak samo przez to jasna i zrozumiała dziś, jak i w chwili wydania sześćdziesiąt lat temu. Tak samo zrywająca z naszej słodkiej nieświadomości skórę i sypiąca na jeszcze krwawiące rany sól. Abyśmy ZROZUMIELI.

Griffin po swojej karkołomnej przemianie nie rusza na barykady, nie próbuje zmieniać świata, wręcz przeciwnie, skręca w boczną uliczkę życia i stara się prowadzić je tak jakby od zawsze był Murzynem.
Sklep, praca, hotel. Wszystko gorsze, wszystko biedniejsze. Normalne. Bo przecież jest INNY.

Kultura osobista, ubranie, pieniądze ani otwartość w niczym nie pomagają. Kolor skóry decyduje.
Różne miasta, różne miejsca, różni ludzie. Dramat, którego sednem bardzo rzadko jest agresja par excellence, częściej negacja, izolacja, dystans.

Po jakimś czasie autor decyduje się przekroczyć kolejną granicę. Odwiedza te same miejsca raz jako Czarny, raz jako Biały. Zmienia sposób barwienia swojej skóry i opracowuje metodę szybszej  niż wcześniej przemiany. Widzi, czuje, przeżywa za każdym razem wielką różnicę w podejściu do swojej osoby. A przecież jest ciągle TYM SAMYM CZŁOWIEKIEM!

"Czarny jak ja" to książka krótka i prosta, bez ambicji moralizatorskich, można powiedzieć reportaż.
To w czytelniku ma rozegrać się puenta.

I pierwszym niby racjonalnym jej efektem jest chęć zemsty. Trzaśnięcia w twarz kogoś tak mocno by upadł na ziemię we krwi. Zmieszania go z błotem za cały ten obrzydliwy podział świata i ludzi istniejący tylko w jego głowie.

Ale tutaj Griffin mówi nam: nie.

Bylibyśmy przecież wtedy tak samo bezmyślni jak ci, których potępiamy.



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Ostatni rycerz jerozolimski

Feliks Boroń urodził się w marcu 1802 roku w rodzinie chłopskiej w podkrakowskim Kaszowie. Skończył jednoklasową szkołę powszechną. Czytał z trudem, a pisać nie potrafił wcale. Jak wielu jemu podobnych spędził większą część swojego życia na gospodarce i choć były to barwne czasy Rzeczpospolitej Krakowskiej i Powstania Styczniowego nie dokonał niczego, za co można by jego nazwisko zapisać w annałach historii politycznej czy wojskowej naszego kraju.

Mimo tego jego legenda żywa jest do dziś.



Nikt nie wie, co i kiedy natchnęło prostego rolnika do wędrówki. Być może stało się to za sprawą wrażeń z pielgrzymek do Częstochowy, Piekar Śląskich czy innych miejsc kultu maryjnego, do których mógł dotrzeć, ale niewykluczone także, że słuchając kazań czy czytając książki zapragnął poznać świat inny i barwniejszy od tego, w którym na co dzień egzystował. Dość powiedzieć, że myśl ta pojawiła się u niego około roku 1858 i już nie dała spokoju.

W 1861 roku przekazał gospodarstwo córce i zięciowi, a sam postanowił ruszyć na spotkanie swoich marzeń.
Rodzina wpadła w panikę, gdy ojca wezwano do urzędu po odbiór paszportu. Nikt nie brał poważnie jego zamiarów, a skojarzenia, jakie wywoływał urzędowy druk były jednoznaczne - adresatowi grozi areszt za jakieś szerzej nieznane nikomu przewiny.
Tak się jednak nie stało. Feliks Boroń otrzymawszy upragniony glejt i dołączywszy do niego wyproszoną u proboszcza metrykę, spakował wędrowny tobołek i ruszył w drogę mając w kieszeni ledwie sześćdziesiąt guldenów (równowartość wołu lub dwóch wieprzy).
Piechotą do Rzymu.

Czy był bardziej pielgrzymem czy może wedle dzisiejszych miar – turystą? Odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna, albowiem w tamtej epoce turystyka w dzisiejszym rozumieniu w zasadzie nie istniała, zaś podróże często, jeśli nie zawsze, miały w sobie jakiś aspekt religijny. Wiara była wszak o wiele mocniej zespolona z codziennością niż w jakichkolwiek znanych nam z własnej pamięci czasach. Tak więc Boroń uważając siebie za pielgrzyma w około religijnym znaczeniu tego słowa był także turystą, czy może lepiej powiedzieć – podróżnikiem wedle naszych miar.

Maszerując przez Wadowice, Skoczów, Ołomuniec, Wiedeń (dotarł tu po dwóch tygodniach), Triest i Wenecję poznał wielu ludzi, wiele też przeżył. Po raz pierwszy w życiu widział morze i jechał pociągiem. Chłonął cały ten nieznany wcześniej świat i nie czuł przed nim lęku. Potrafił swoim spokojem i uśmiechem zjednywać sobie zaufanie, w tym także dość często napotykanych na dalekich drogach rodaków.  
O dziwo nikt nigdzie na niego nie napadł, ani go nie oszukał, a że sam Boroń do karczm nie zaglądał, przeto i nie kusząc losu dotarł aż do Saviano we Włoszech gdzie wreszcie… aresztowano go, jako włóczęgę.
Gdy po sprawdzeniu dokumentów uznano jednak, że włóczęgą nie jest szybko odzyskał wolność i bez zwłoki wyruszył w dalszą drogę. Przez Loreto trafił wreszcie około połowy czerwca do Rzymu.

Pomoc księży i wstawiennictwo świeżo poznanego w Rzymie polskiego działacza emigracyjnego – Władysława Sasa – Kulczyckiego sprawiły, że po zwiedzeniu kościołów i samego miasta Boroniowi dane było spotkać się z na specjalnej audiencji z papieżem Piusem IX.

„W chwili, kiedy Stolica Apostolska opuszczona jest i znieważana przez najbliższych swoich synów, ty z dalekiego kraju przyszedłeś pieszo przez całą niemal Europę, by Matce twej, Kościołowi Rzymskiemu i Namiestnikowi Chrystusa hołd złożyć i wierność wyrazić. Błogosławię ciebie i cały lud polski w tobie” –usłyszał wzruszony Feliks Boroń po dłuższej rozmowie i opowiedzeniu papieżowi historii swojej podróży.

Trzy miesiące mieszkał nasz bohater w Rzymie. Zwiedzał, poznawał, rozmawiał z rodakami. Spał i żywił się u księży, a z każdym dniem rozszerzał swoje znajomości już nie tylko jak to miało miejsce w trakcie drogi z Polski z szeregowymi żołnierzami czy księżmi Polakami, ale także z ludźmi wyżej postawionymi, których naturalny urok i niewątpliwa inteligencja wiejskiego podróżnika w jakiś sposób rozbrajały.

Czy zatem zadziwić nas może, że sam papież zainteresowany dalszymi losami tak niecodziennego gościa sfinansował, gdy już przyszła na to pora bezpieczną podróż Boronia statkiem do Marsylii, a stamtąd pociągiem do Paryża i Polski?

Tak to Feliks Boroń, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej był zwykłym gospodarzem w podkrakowskiej wsi stał się rasowym turystą-pielgrzymem, bywalcem portów i stacji kolejowych, znajomym ludzi sławnych i znaczącego pochodzenia jak chociażby książęta - bracia Witold i Władysław Czartoryscy czy hrabia Władysław Dembowski, z którym Boroń przez Niemcy wrócił do kraju i 8 października 1861 wysiadł z pociągu w Warszawie co odnotowano nawet w Kurierze Warszawskim.

Tuż przed przyjazdem Boronia zmarł arcybiskup Antoni Fijałkowski, postać znana i ceniona, a jego pogrzeb zbiegł się w czasie z planowanymi już wcześniej manifestacjami „dni kościuszkowskich”. Procesję poprzedzała orkiestra pod batutą Stanisława Moniuszki, a bezpośrednio przed katafalkiem szedł… nie kto inny właśnie jak Feliks Boroń, którego niejaką już sławę pragnęły niektóre środowiska wpleść w uroczystość by udowodnić jedność stanową narodu. Pogrzeb ten był zresztą sam w sobie wielkim wydarzeniem w ówczesnej Warszawie, a uczestniczyli w nim przedstawiciele wielu państw i Kościołów.

Po podróży do Częstochowy i miesięcznym jeszcze tam pobycie powrócił wreszcie pielgrzym z początkiem grudnia do rodzinnego Kaszowa witany tam z wielką radością.

I nie wytrzymał zbyt długo spokoju domowych pieleszy albowiem w roku 1863 zapragnął odwiedzić jeszcze Jerozolimę i wbrew niezliczonym trudnościom i tego udało mu się dokonać. O tym także opowiada dalsza część książki, której początek pozwoliłem sobie tu streścić.

Feliks Boroń jest postacią autentyczną, zaś jego przygody przygodami są tylko z nazwy, bo wszystko to wydarzyło się naprawdę i było udziałem prawdziwego człowieka, który choć nie potrafił pisać, ale miał dar opowiadania i swoją szczerą fascynacją światem zjednywał sobie przyjaźń i życzliwość. Sam z siebie zapragnął i dokonał tego, o czym inni nie odważyli się myśleć. Tą wiarą w niemożliwe  przekonuje do dziś podobnych sobie wędrowców nieznanego.
Granice są przecież tylko w nas.

wtorek, 5 października 2010

Szaroświat umarłego czasu

Wyobraź sobie, że Twoje życie to złudzenie.

Wyobraź sobie, że za drzwiami, które za chwilę otworzysz nie ma TERAZ nic, a COŚ pojawi się dopiero, gdy naciśniesz klamkę. Jakby ktoś zmieniał dekorację tuż przed Twoim przyjściem.  Tworzył DALSZY CIĄG.

Myślałeś kiedyś, gdzie trafisz, jeśli któreś z wielu drzwi w swoim życiu otworzysz o sekundę za wcześnie?

Wyobraź sobie miejsce, w którym czas nie istnieje. Szare, mokre, ponure.  Ulice bez nazw, autobusy bez tras, ludzi bez życia. Wlokące się po spękanych brudnych chodnikach postacie w których oczach jest tylko nicość.
Krzyczysz? Aagggghhhhhhh…
Tutaj nie ma krzyku.
Tutaj nie ma już nic poza trwaniem. Dzień, rok, wiek.

Szaroświat.

On też wyszedł z domu o jeden krok za szybko. Na chwilę, może kilka godzin. Za szybko.
Szaroświat pochłonął go jak bagno. Wessał. Zabrał mu życie.
Przez osiemnaście lat błąkał się po nim szukając wyjścia. A może wcale nie szukając?

Przez osiemnaście lat tutaj umarł, został zapomniany, wykreślony, usunięty ze świadomości. Choć przecież był. Tuż obok. Za jednymi z tych drzwi, których nie wolno Ci otworzyć o niewłaściwej porze.

Albo Ona. Przez czyjąś zapewne nieuwagę trafiła do miejsca w którym była dawno temu. Zbyt dawno by teraz bezkarnie tam wracać.

Twoje marzenia. Przeżyć coś jeszcze raz. Zobaczyć kogoś jeszcze raz.

Wyobraź sobie…

Wracasz TAM. Jesteś.
Wydaje Ci się, że WIESZ i ROZUMIESZ, ale nie dociera do Ciebie, że NIE MOŻESZ. Ten świat już się przeżył. Ci, którzy mieli odejść, odeszli. Ci, którzy mieli umrzeć, umrą. Co miało się rozpaść i tak się rozpadnie. Jeszcze raz. I znowu. Jak na zapętlonym filmie.

A Ty stoisz drżąc i widzisz tylko to, czego nikt już nigdy nie odmieni.

Ona zdążyła się cofnąć. Z pozoru nic się nie zmieniło. Ale szarość jak trupi jad przeżarła jej pamięć i sny. Przesączyła się do nich.

Dwa światy. Ona tu, dzisiaj, i ona TAM, w DAWNO MINIONYM.
Druga strona lustra. Za blisko, by ją ignorować. Za boleśnie, by w nią uwierzyć.

A gdy dojdzie się do końca początku żadna odpowiedź nie da nam już niczego. Ci, którzy mieli odejść, odeszli. Ci, którzy mieli umrzeć, umrą. Co miało się rozpaść i tak się rozpadnie. Jeszcze raz. I znowu. Jak na zapętlonym filmie...

-----------------------------------------

„Dom II” oraz „List”
z tomiku „Jakim prawem” autorstwa Jerzego Urbana (!!!).


środa, 29 września 2010

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nierzeczywistość alternatywna

Kupuje sobie przeciętny (?) Portier na Allegro przeciętną (??) książkę,


otwiera ją i co widzi???



No żeby to przypadkowo trafić na jedno nazwisko to OK, ale dwa i to w takiej konfiguracji...
Robi wrażenie. :)

sobota, 17 lipca 2010

Cor ultimum moriens

Jego ciało leżało osobno. Siła wybuchu i zderzenia, które zniszczyły samolot, odrzuciły go dalej niż innych. Resztki kadłuba dogasały stercząc u końca drogi upadku znaczonej dwustumetrowym pasem ściętych wierzchołków drzew. Wokół wraku szerokim kołem leżały rozrzucone szczątki aparatury i wyposażenia samolotu. Jeden ze współpasażerów żył jeszcze, gdy go znaleziono, choć był śmiertelnie poparzony. Pozostałe ciała były zwęglone prawie nie do poznania.

Jego płomienie oszczędziły. Padając uległ złamaniu kręgosłupa i wgniótł sobie żebra. Odniósł też dwie rany; jedną większą, barku, drugą, mniejszą, pod brodą. Ale głowa i twarz nie wykazywały obrażeń. Spod rzadkich szaro blond włosów marsowo szkliły się bladoniebieskie oczy. Rysy: nos i zaciśnięte – jak za życia – usta pozostały niezmienione. Był bez marynarki. Nic też nie wskazywało aby miał założone pasy bezpieczeństwa w oczekiwaniu lądowania. Lekarze nie mogli uzgodnić czy poniósł śmierć na miejscu czy też żył jeszcze w chwili upadku.”

Dag Hammarskjold – sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych zginął w nie do końca do dziś wyjaśnionej katastrofie lotniczej 18 września 1961 roku.

Tak, to prawda. Ja też poczułem się dziwnie czytając ten opis akurat w 2010 roku. Ale to przypadek. Nie w nim tkwi sedno dzisiejszego posta. W ramach mojej prywatnej akcji ukulturalniania się ;) za pomocą wydawania niewypłacalnych poprzez bankomat kwot poniżej 10 zł na książki z Allegro trafiłem na dość gruby tomik pod tytułem

"Księga zamachów" autorstwa Władysława B. Pawlaka
Trafiłem nomen omen w dziesiątkę, bowiem książka ta nie dość, że jest świetnie napisana to jeszcze opowiada o tak różnych wydarzeniach i tak różnych osobach, że właściwie można ją śmiało traktować jak swoistą lekcję historii pierwszego sześćdziesięciolecia XX wieku.

Mamy tu zarówno postacie większości znane jak prezydent Gabriel Narutowicz, John F. Kennedy, Adolf Hitler, Mahatma Gandhi czy arcyksiążę Ferdynand, od którego cała rzecz się rozpoczyna, jak i inne, jakby bardziej pokryte już kurzem historii i raczej słabo dziś kojarzone jak admirał Francji Vichy François Darlan, hitlerowski namiestnik w Protektoracie Czech i Moraw Reinhard Heydrich czy dominikański dyktator Rafael Leonidas Trujillo. Różni ludzie, różne państwa, rozmaite systemy władzy i jeden wspólny punkt. Wszyscy oni byli ofiarami zamachów na swoje życie. Swoistą ironią losu jest tutaj fakt, że jedynym z tej grupy, który je przeżył był Adolf Hitler…

A więc podróż w czasie. Od Sarajewa tuż przed pierwszą wojną światową, poprzez po(pierwszo)wojenną Warszawę, hitlerowskie Niemcy, okupowaną Czechosłowację i francuski Algier, New Delhi, Rodezję Północną aż do Dominikany i Stanów Zjednoczonych. Za każdym razem pojawiamy się tuż przed zamachem, aby potem dopiero poznać wydarzenia go poprzedzające i samych głównych bohaterów. Szybko, prawie jak w dobrym filmie akcji, a jednocześnie na tyle dokładnie, aby zrozumieć kto, skąd i dlaczego wziął się w tym właśnie miejscu i czasie.

I jak najlepszy nauczyciel, który potrafi sprawić by zamierzchłe już czasy ożyły w naszych głowach na nowo pełnią kolorów, tak ten tom pozwala nam prawie dotknąć dramatów, które decydowały o losach nie jednego przecież czy kilku ludzi, ale zawsze milionów. Wielka, poważna, pouczająca i zmuszająca do zastanowienia nad wszelkim radykalizmem lekcja.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.