Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą undercover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą undercover. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2011

Wyjazd (dez)integracyjny

Tytuł oryginału "Delegacjoniści".
Historia ta jest jak wszystko na moim blogu 100% autentyczna.
***
Dokładnie trzynastego czerwca, tuż po skończeniu przyzakładowej szkoły podjąłem pracę. Wydawało mi się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Oto ja – najlepszy uczeń, pupilek wychowawców i kilkuletni przewodniczący samorządu klasowego rezygnuję wspaniałomyślnie z ostatnich w swoim życiu prawdziwych dwumiesięcznych wakacji i rozpoczynam pracę najwcześniej jak to tylko możliwe. Po prostu aż mdli, gdy sobie to wyobrazić, prawda? Ponieważ jednak nigdy nie znosiłem jakiejkolwiek unifikacji uważałem wtedy, że to, co robię jest najlepszym w danym momencie rozwiązaniem.
Pierwsze wątpliwości pojawiły się w niecałe trzy tygodnie później, gdy okazało się, że mój kolega (notabene też „członek zarządu” – klasowy skarbnik), który idąc w moje ślady również postanowił wcześniej podjąć pracę otrzymał z niewiadomych przyczyn stawkę zaszeregowania o grupę wyższą od mojej i tą informacją momentalnie ugasił radość z naszego spotkania.

Nie potrafiłem zrozumieć, czym kierowano się różnicując już na starcie dwóch ludzi z takim samym przygotowaniem do zawodu i w dodatku siedzących chyba przez rok w tej samej ławce! Zadawałem to pytanie bezskutecznie po kolei majstrom, kierownikowi oddziału, szefom działu norm pracy i płacy oraz „naczalstwu” budowlanki w samej dyrekcji. Nawet nie zastanawiałem się  jak wygląda siedemnastolatek biegający podczas przerwy śniadaniowej po korytarzach dyrekcji z coraz to nowymi wnioskami i monitami aż do chwili, gdy po uznaniu mojej skargi zastępca dyrektora ds. technicznych zapytał: Kto panu pisał to podanie?
Jak to, kto?! Sam pisałem! – Oburzyłem się nie rozumiejąc jeszcze, do czego zmierza.
To bardzo dobrze – uśmiechnął się zagadkowo – Mógłbym je sobie zostawić jako wzór?
Oo..czywiscie – wyjąkałem zdumiony.
To był mój pierwszy sukces.

***

Mijały miesiące, oswajałem się z nowymi obowiązkami, poznawałem ludzi i zaczynałem traktować istniejący stan rzeczy, jako swego rodzaju naturalną stabilizację na coraz bardziej zagmatwanym rynku pracy, aż wreszcie pewnego dnia okazało się, że spośród kilkunastu moich kolegów z czasów szkolnych w budowlance zostałem sam. Miałem za sobą dwa lata nienagannej pracy bez zwolnień chorobowych czy sprawiania jakichkolwiek kłopotów natury dyscyplinarnej a wkoło wszyscy powtarzali mi, że każdemu po roku pracy przysługuje automatyczna podwyżka, więc postanowiłem spróbować po raz drugi. Z końcem kwietnia złożyłem odpowiednie podania zarówno kierownikowi oddziału jak i nauczony doświadczeniem jego przełożonemu w dyrekcji. O dziwo bardzo szybko uzyskałem wstępną zgodę i zanim jeszcze zdążyłem się nią nacieszyć zaproponowano mi „odwdzięczenie się”, to znaczy wyjazd z grupą malarzy w delegację do jednego z naszych ośrodków wczasowych. Sugestia, że obie sprawy są w jakikolwiek sposób powiązane była naturalnie bardzo zawoalowana, ale czytelna. Nie zastanawiałem się długo.  

W tamtych czasach każdy większy zakład pracy miał po kilka domów wczasowych w rozmaitych miejscach Polski, a wyjazdy w delegacje na przykład do drobnych remontów owiane były legendami o nocnych pijatykach i rozmaitych innych (nie zawsze) godnych pamięci przygodach…

Po kilku dniach kierownik gratulował mi przyznanej podwyżki i zapytał po raz kolejny: A wracając do naszej rozmowy, to czy mogę pana traktować jako chętnego na wyjazd?
Oczywiście! – podchwyciłem zachwycony perspektywami, jakie roztaczali przede mną koledzy mający za sobą już wiele takich wojaży.
„Handel wymienny” został przypieczętowany.
Teraz pozostawało mi już rozpocząć pakowanie swoich rzeczy… 

***

W poniedziałkowy poranek pojawiłem się w swoim miejscu pracy w nastroju wręcz wakacyjnym. Mimo świadomości, że jadę malować domki kempingowe, a nie w nich wypoczywać nie potrafiłem traktować tego inaczej niż tylko jak niespodziewaną okazję do obejrzenia kawałka Polski. Nie przerażały mnie ani wielogodzinne wędrówki po budynku dyrekcji (znałem tu już w końcu każdy kąt!)  w poszukiwaniu osoby kompetentnej do wypłacenia nam zaliczek ani nagłe odchudzenie składu naszej grupy z pięciu do trzech osób mimo zachowania tego samego terminu zakończenia i zakresu zaplanowanych prac.  Gdy około dziewiątej wsiadaliśmy wreszcie do wyładowanego wszelakim sprzętem Żuka czułem się prawie tak, jak wtedy, gdy jako piętnastolatek sam samiuteńki podróżowałem do Budapesztu nie znając słowa po węgiersku!
Jedziemy! To jedno tylko miałem wtedy w głowie.

***

Kilkanaście domków schowanych pośród gęstej zieleni, wąska droga, której z pewnością nie ma na mapach, biegające po asfalcie wiewiórki i zapach lasu, który przenika wszystko dokoła – oto cel naszej podróży. Do najbliższych zabudowań, sklepów i najzwyczajniej… cywilizacji jest ładnych kilka kilometrów.

-Podoba ci się ta dzicz? – uśmiecha się R.
On wie, że tak.  Jest spośród naszej trójki najstarszy, zna mnie dosyć dobrze a poza tym „opiniował” u kierownika moją kandydaturę do uczestnictwa w wyprawie.  Jego „zastępcą” jest M. – trzydziestodwuletni wielbiciel westernów i Clinta Eastwooda.  Poza naszą trójką być może pojawią się tu jeszcze dwaj malarze, których obowiązki zatrzymały dłużej w Katowicach, a którzy wedle słów kierownika „mają nas dogonić na finiszu”. Zanim jednak będzie finisz musi być start.

Na stole przyznanego nam jako sypialnia domku pojawia się butelka.

No to wasze zdrowie chłopaki! – Kierownik podnosi do ust pierwszy kieliszek przyglądając mi się niepewnie po tym jak stwierdziłem, że nie piję i nie robię w tym wyjątków. Uśmiecham się stukając się z nim szklanką oranżady. 

-Wiecie, że w zeszłym roku wyłowiłem szczupaka takiego na metr? Takiego, ooo! – Nasz przełożony po kilkunastu minutach relaksu wyraźnie nabiera żywszych kolorów.
-Bo pan jest najlepszy!    przyjacielsko poklepuje go po plecach R., a M. nie mogąc powstrzymać śmiechu tylko spuszcza wzrok. Dyskusja się rozkręca. Śmiechy i żarty słychać chyba bardzo daleko...
I w takim właśnie nastroju wyruszamy po godzinie na obchód całego ośrodka. Kierownik fantazyjnym krokiem przemierza trawniki wzdłuż wszerz  zbierając po drodze mlecze do  reklamówki  i mrucząc coś pod nosem, a R. z obowiązku pokazuje nam ubytki lakieru na kolejnych domkach. Po powrocie w pobliże Żuka wołamy odpoczywającego na ławce kierowcę i nadzwyczaj sentymentalnie żegnamy naszego osłabionego pryncypała.
Żadnego picia panowie! – krzyczy jeszcze do nas zamykając drzwi szoferki.
Nic z tych rzeczy, za daleko do sklepu! – odpowiada mu R. a obracając się po chwili do mnie dodaje: Idź do portierni po klucze. Zamykamy ten interes.
Pora uczcić przyjazd.

Chyba wiem, o co chodzi.
R. należy do wielbicieli tanich win zwanych przez niego famfaramfam i tego właśnie domaga się jego organizm po podrażnieniu kilkoma kieliszkami ciepłej wódki. Ciekawe co będzie z M., on w pracy nie pije nawet piwa!  

Wyruszamy w kilkugodzinną wyprawę do miasta. Droga najpierw wije się zakrętami ostro pod górę, a potem dla odmiany równie stromo w dół. Wreszcie mijamy pierwsze zabudowania.
-Tu mamy spożywczy – próbuje ratować się M., ale R. krytycznie przygląda się małemu wiejskiemu sklepikowi i decyduje – idziemy do centrum. Mija równo godzina od wyjścia „z domu”, gdy wreszcie wkraczamy na rynek. M. kupuje bochen chleba w pierwszej otwartej piekarni a R. uważając, że jeden to za mało wchodzi do innego sklepu i kupuje drugi. Wyszło na to, że albo oni mają chleb dla siebie a ja nie, albo, że żywimy się wspólnie i wtedy powstaje pytanie, dlaczego mam na nich żerować? Wybieram sobie jeden z kolejnych mijanych sklepików i kupuję w nim… trzeci bochen. W ten sposób mamy trzy chleby i nawet ździebełka czegokolwiek do nich.

Nagle twarz R. przenika szczery uśmiech, jaki zapewne był udziałem wszystkich wielkich odkrywców – znaleźliśmy sklep monopolowy!
-Wino czy czyściocha? – pada krótkie pytanie
-Wino? – bardziej szepce niż mówi M.
-Czyściocha! – odpowiada sam sobie R.  i wchodzi do środka. M. patrzy na mnie wzrokiem skazańca, ale już wie, że jak w starej piosence „ta noc do innych jest niepodobna” i nie ma szans na trzeźwość. Racja. Dwie kolejne piwiarnie zmieniają obu moich współtowarzyszy nie do poznania i to tym mocniej, że każdy kufelek „zagryzają” kieliszkiem wspomnianej czyściochy. Efekt jest taki, że wracając do ośrodka nadal mamy tylko trzy chleby, bo panowie o jedzeniu jakby zapomnieli, a ja choćbym chciał nie mogę nic kupić będąc opiekunem M., który powtarza w kółko: Trzymaj mnie do cholery, bo lecę! R. trzymać już nie trzeba, bo osiągnął swoja nirwanę i jest nieobecny duchem kuśtykając wolno za nami pod górkę.
-Miasto widzę wam się podoba? – śmieje się portier otwierając nam bramę.

***

Po szesnastej rozpętuje się burza.  Siedzimy w swoim domku z zadowoleniem przyglądając się pracownikom firmy budującej nieopodal oczyszczalnię ścieków, którzy w panice próbują uchronić siebie i materiały przed kolejnymi falami ulewy. Nas to nie dotyczy. 
Około dziewiętnastej jemy kolację złożoną z konieczności z resztek prowiantu zabranego z domów i już już wydaje się, że po prostu pójdziemy spać „z kurami”, gdy R. stwierdza, że byłoby grzechem zakończyć „powitanie” tak wcześnie i otwiera kolejną butelkę (nawet nie pytam ile ich kupił!). M. już dawno przestał się wstydzić tego, że po raz pierwszy w czasie naszej dwuletniej znajomości widzę go pijanego w sztok i wbrew własnej słabości postanawia dotrzymać kroku naszemu brygadziście, co jak pokażą najbliższe godziny nie skończy się dla niego najlepiej. Zanim jednak to wszystko się wydarzy wyruszamy w piżamach na obchód całego ośrodka, aby odzyskać siły po deszczu i przed ciężką nocą, jaka nas czeka.

Po powrocie R. z M. zachowują się zupełnie jak bohaterowie amerykańskich filmów „pojedynkujący” się na ilość wypitego alkoholu i z upływem czasu „odlatują” niemal całkowicie. Kładziemy się do łóżek po dwudziestej drugiej, ale ponieważ R. znajduje szatańską przyjemność w budzeniu nas raz po raz zasypiamy tak naprawdę grubo po drugiej…

***

Pobudka, godzina piąta. Jedyne, co pozwala mi zebrać siły i wstać po tak krótkiej nocy to przedstawienie jakie zaprawiony w nocnych balangach R. urządza sobie ze zniszczonym do cna M. Najpierw polewa go wodą z garnuszka, potem wyrzuca kołdrę na dwór, a gdy i to nie pomaga układa mu krzyż z mokrych kapsli i zakrętek na gołych plecach… 

Po ciężkim rozruchu wychodzimy wreszcie do pracy po godzinie ósmej. Na pierwszy ogień recepcja. W ruch idą szczotki i papier ścierny a później pędzle i świeżutki lakier. Prawdę mówiąc po malowaniu domek nie różni się od stanu sprzed malowania, ale nie mnie to oceniać. Po dziewiątej przenosimy się pod kolejny kemping i zaraz potem… wędrujemy do wsi na piwo. Zaczynam chyba rozumieć, za co moi koledzy tak kochają delegacje. Po powrocie załatwiamy drugi, większy tym razem domek w dwie godziny i o dwunastej fundujemy sobie kolejną przerwę, tym razem obiadową. Idąc tą techniką do osiemnastej mamy pięć domków z głowy! Zostało nam siedem na co najmniej trzy dni. Luzik!

Zostawiliśmy sobie klucze z „dwójki” (w każdym domku musimy malować też balkon, czyli wejść nań od wewnątrz) i wieczorny odcinek „Dynastii” oglądamy już w prawie luksusowych warunkach, a gdy jeszcze R. stwierdza, że w kuchni jest czynna lodówka (mrożona Pola Monola, sami rozumiecie, pycha!) to już po prostu wszyscy (?) czujemy się wniebowzięci. Po drobnym w porównaniu z wczorajszym „wieczorku alkoholowym” zasypiamy tym razem grzecznie i cicho około dwudziestej trzeciej. Tak trzymać. Pogoda na medal, robota idzie jak po maśle, norma podgoniona, humory dopisują. Czegóż chcieć więcej?

***

Środa. Pobudka o szóstej. I znów poranna kawa, leniwe śniadanie i słuchanie radia aż do ósmej. Zaczynamy od domku numer 10. Okazuje się, że jest zamieszkały. W środku dwie panie i dwóch panów, głośna muzyka  i ogólnie nastroje bliskie chyba naszej trójce z pierwszego wieczora, a przecież to ledwie ósma rano!
Dopóki zajmujemy się kempingiem od strony wejścia towarzystwo nie reaguje ale gdy zbliżamy się do tarasu…
-Długo będziecie mi tu tak drapać? – naskakuje na mnie (taki los jak się nie ma wysokościowego i pracuje na dole!) jeden z balujących mężczyzn.
-Daj spokój! Panowie tu muszą… - szarpie go za rękaw drugi i po chwili wracają do środka.
M. z drabiny czyści i maluje sam wierzchołek, R. przypada balkon i średnie wysokości, a mnie wszystko to co poniżej 2,5 metra… Ma to swoje określone konsekwencje.
-Musisz tak robić „szszsz”?- blondynka w białej kurtce przygląda mi się z pewną irytacją.
-Nie ja to wymyśliłem proszę pani – odpowiadam może i niezbyt grzecznie, ale za to w jedyny sposób, jaki w tym momencie przychodzi mi do głowy.
-Ale ty tu „szszsz” a mnie głowa boli, rozumiesz?
-Uhm… Przykro mi.
-Przykro mu! Słyszałeś? – zwraca się panienka do swojego rycerza, który grozi mi pięścią przez firankę. Na szczęście zanim sytuacja się zaogni M. z R. kończą drapanie i zaczynają malować, co już znacznie łagodzi nastroje a gdy i ja dołączam do nich po około dziesięciu minutach grupka balowiczów zapomina o nas już na amen.

Po dziewiątej pierwszy na dziś kemping mamy z głowy i udajemy się na zasłużone śniadanie. Podczas jedzenia przypadkowo spoglądam w okno i co widzę? Naszego kierownika! Skrada się schylony pod oknami kolejnych domków zapomniawszy zapewne, w którym się ulokowaliśmy.
-Temu to już Bozia rozumu nie wróci! – komentuje „desantowca” R. wychodząc do ubikacji.
-Jak tam, chłopy? – kierownik wskakuje do domku z miną „dobrego wujka” – Gdzie R.?
-W ki… , w wucecie – poprawia się M.
-Jak robota? Jak się młody sprawuje?
-W porządku, robotę też mamy nadgonioną.
-Aha.  No to zjedzcie spokojnie i pójdziemy sobie pooglądać.  Przywiozłem wam lakier i papier ścierny a poza tym J. z P. są w drodze.

***

Po śniadaniu biorę z recepcji klucze z domku nr 9 i pomagam kierownikowi wydostać z zakamarków Żuka wszystkie drobiazgi, jakie nam przywiózł. 
-Ładnie to wam idzie – zwraca się do mnie – Ja już niestety muszę lecieć. Gdybym spotkał naszych po drodze to najwyżej się tu jeszcze wrócę.
A ty – dodaje – żebyś mi się tu nie rozpił z nimi!

Kierownik odjeżdża a my najpierw w ekspresowym tempie przerabiamy kolejny kemping a później idziemy na południowe piwko. Gdy wracamy po około czterdziestu minutach okazuje się, że J. z P. są już na miejscu. O ile P. jako kierowca jest trzeźwy o tyle J. kopci już na starcie jak po dobrej imprezie. Po krótkim powitaniu i oprowadzeniu nowych gości po ośrodku wracamy do malowania ósemki a P. zostawiając J. śpiącego na ławce wyrusza do miasta po nieśmiertelną czyścioszkę…

Dzień zapowiada się ciekawie tym bardziej, że R. decyduje się zakończyć dziś pracę na trzecim z kolei domku. No tak. Wczoraj pięć w trójkę, dzisiaj trzy oficjalnie w piątkę! Takie są jednak prawa delegacji.

Po obiedzie panowie siadają do wódeczki kart i plotek, a ja wyruszam na plażę powłóczyć się trochę  i poczuć wreszcie, że  jestem w  jednej z najpiękniejszych górskich miejscowości naszego kraju…
Po dwóch godzinach wracam by stwierdzić ze zdziwieniem, że wszyscy posnęli. J. z P. w  „swoim” domku, R. na  ławce a M. na kocu  za kempingiem. Czyżby  tyle na dziś? Skądże!

Od dziewiętnastej do dwudziestej drugiej dogrywka. Tym razem wszyscy są już ululani w drobny mak, a R. po raz kolejny zabawia się budząc mnie i M. swoimi opowieściami, które, co wydaje się co najmniej dziwne w tej sytuacji są bardzo ciekawe a niekiedy i wzruszające… Nagle dowiaduję się, że z pozoru bimbający na wszystko wielbiciel tanich win to tak naprawdę człowiek z wielce zagmatwaną przeszłością i problemami, o które nigdy bym go nie podejrzewał. 

Od tamtej nocy nigdy już się z niego nie śmiałem i nie pozwalałem innym w mojej obecności. Normalnie pewnie byłbym wściekły, ale wtedy zasypiając wreszcie o drugiej nie czułem się pokrzywdzony.

***

Czwartek. Pobudka o godzinie 5:20. Poranek mija jak zwykle, do pracy wyruszamy o ósmej dwadzieścia.  Idzie nam dziś jakby sprawniej niż wczoraj. Po dziewiątej robimy sobie śniadanie a o dwunastej P. zostaje oddelegowany do miasta po…
Wiadomo, po co. 

Kończymy dniówkę o piętnastej. Na jutro został nam jeszcze jeden ostatni domek i tyle naszej delegacji. Podobno był telefon, że w piątek mamy wracać. Mówi się trudno. Na razie jest czwartkowe popołudnie i zaczyna się dzień, jak co dzień. Po „przygrywce na czyściochę i szklanki” wymykamy się z M. do spania około dwudziestej pierwszej, ale to nie pomaga, bo balujący najpierw z J.  i P. a potem  już solo R. dopada nas przed północą  i znów mamy pogadankę  do  trzeciej.  Ja, ponieważ grzecznie i ze szczerym zainteresowaniem słucham wykładów jestem „ten dobry” a M. raz po raz obrywa się, kiedy próbuje zasnąć.
Wreszcie R. zamyka naradę i gasimy światło.

***

W piątek, ostatni dzień delegacji wstajemy po szóstej osłabieni minioną nocą, ale szybko zbieramy się do pracy wiedząc jak mało nam jej zostało. „Po znajomości” R. deleguje mnie do sprzątania domku nr 2, który był naszą świetlicą, a reszcie zleca malowanie ostatniego kempingu. Sam udaje się do kierownika ośrodka załatwić nasze delegacje.

Po dziesiątej pod nasz domek znów zajeżdża  Żuk z którego wyskakuje kierownik... prosto na R., który finalizuje właśnie sprzedaż portierowi (sic!) skrzynki rozpuszczalnika i 60 litrów lakieru!

Awantura nie z tej ziemi. Portier oczywiście wypiera się związków ze sprawą. Wściekły kierownik idzie zbierać pokrzywy, a my pakujemy swoje bagaże do auta. M. i J. wracają Moskwiczem P. a ja z R. lokujemy się na pace Żuka. Auto powoli rusza a wtedy R. wyciąga z kieszeni zwitek banknotów i widząc mój pytający wzrok śmieje się:
-Nie zapytał gdzie jest emulsja, prawda? 

No tak. R. jest doświadczonym „delegacjonistą” i pewnie to wszystko to dla niego chleb powszedni, bo ja dalej nie mogę pojąć kiedy i jak zrealizował tą transakcję…

***

Po krótkim postoju w przydrożnej piwiarni dojeżdżamy do Katowic około pierwszej po południu. Szybki rozładunek i do domu.

-Jak się panu podobała wycieczka? – pyta mnie jeden z naszych majstrów
-Było wspaniale! – odpowiadam zgodnie z prawdą.

Przed drugą odbieram wynagrodzenie i dumny z siebie idę na autobus. Po drodze spotykam Cypisa – jednego z moich kumpli ze szkoły, który jako pierwszy z naszych zmienił pracę.  Gdy mówi mi, jaką też otrzymał wypłatę krew się we mnie gotuje. A ja głupi cieszę się z tych kilku dni wakacji „na koszt państwa”! 

O nie! Trzeba coś z tym zrobić! W końcu jest tyle sposobów na podwyżkę… 
Zajmę się tym od poniedziałku. Obiecuję.                                                                             



Spisane w latach 90.

środa, 30 listopada 2011

Okulary w różowym futerale - część 2

Druga porcja rymowanek pochodzących w większości z wydawanej przeze mnie w latach 1999 - 2005 gazetki Undercover.
---

Jestem…
( i nie ma mnie tu)
I nie ma mnie tu.
Jestem.
Goryczą, żalem,
Złością.
Słodkim szeptaniem.
Gestem.
Zegara biciem nagłym
Pośród nadśnieżnej ciszy.
Czekaniem,
Myślą,
Sobą.

Póki mnie nikt nie słyszy….

---

Gdybym na wszystkich murach napisał
Jak bardzo cię nienawidzę,
Ludzie pokiwaliby tylko głowami
- Widocznie ma powody.
Ale jeśli mówię: Kocham cię!
Nazywają mnie szaleńcem

---

Za to, że leczysz i że leczyłeś
Za to jesteś, za to, że byłeś
Za wszystkie chwile lepsze i... mniej.
I za nadzieję.
Przyjąć dziś chciej
Nasze „dziękuję”
(słowo nie nowe)
Lecz dziś specjalne – urodzinowe
W imieniu wielu tutaj mówione
Jakby piękniejsze, uduchowione
Abyś uwierzył, że przez Twą pracę
I przez wysiłków dla innych wiele
Dumni jesteśmy...
(Z siebie też trochę!)
Żeś naszym właśnie jest
Przyjacielem.

---

W  dniu Bożego Narodzenia
Przesyłamy Wam życzenia
Szczęścia, Zdrowia i Radości,
Powodzenia, Pomyślności,
Czego tylko sami chcecie
- najlepszego na tym świecie!
Niech Rok Nowy
Lepszym będzie,
A się wszystko spełni
Wszędzie!

---

W czarnym ogrodzie
Za wysokim murem
Niezrozumienie
Głupie
Śmieszne
Czułe
Za zaciągniętych zasłon
Milczeniem
Śni cudze sny
Swoimi łzami

---

Gdy pierwsza gwiazdka pełna nadziei
niebo okryła światłością w ciszy,
a obrus tkany na stole leży
i kolędników śpiewy się słyszy
przodków tradycją i my w tą datę
ślemy życzenia szczere, bogate
aby dzień każdy lepszym był bardziej,
los nie doświadczał nas wciąż uparcie
i by najskrytsze wszystkich marzenia
w roku już nowym doszły spełnienia…

---

1812

Zimno mi…
Wystrzał! Bieg!
I cisza.
Śnieg.
Niech się ta noc już skończy.
Nie może być prawdziwa!
Dlaczego nikt nie śpiewa?
Musimy wytrwać,
Wierzyć,
Wygrywać!
Tak trzeba!
Już order mi nadali…
Nie słuchasz?
Słuchaj! Prawda!
A Moskwa taka piękna zimą
Padła!
I mundur był jak nowy
I sztandar
Wolności wiek!
A teraz krew
Krew i śnieg

---

Napisałem we wtorek wiersz
Chlebem na ścianie
I miał być tak prosty, wiesz?
Zaczynać się jakoś…
Kochanie?
I miał być sposobem
Przyznaję
Na wszystkie życiowe rozterki.
Pisałem, kreśliłem, wierzyłem.
Nie wyszło.
Znów tylko literki…

---

Będę żył by zwyciężać,
Poszukiwać,
Znajdować.
I będę z tego dumny.
Będę pragnął
Światła i zapachu
Takiego jak wszyscy
Celu i miejsca
I mówił, mówił, mówił
Dużo i głośno.
Będę kłamcą
Bo szczęście
To witać się z Tobą
Co rano.

---

Wiatru w żagle z każdym dniem,
Losu, co się zdaje snem,
Najpiękniejszych chwil i lat,
Charakteru wciąż bez wad
I ogólnie – powodzenia!
Oto moje są życzenia.

---

Gdybyś tu była…
Na pochmurnym niebie
Księżyca jasna rozbłyskuje siła
I wszystkie słowa moje
Są tylko dla Ciebie
Gdybyś tutaj była

Gdybyś tu była
Każda deszczu kropla
Smutku, co duszę gnębi ślady by rozmyła
I jak ambrozji okruch
Istniałaby słodka
Gdybyś tutaj była

Naiwne, nieskończone,
Daremne czekanie
Głucha na wszystko jedna droga stała
Abyś tu była – prosi
Miast się pytać pierwej
Cóż sprawić może
Abyś choć istniała…

---

Widziałem słabych zaślepionych mocą
Co stukot butów brali za oklaski
Widziałem silnych, co okrutni nocą
Za dnia fałszywie pełni byli łaski
Widziałem wiernych, co na obce słowo
Szli w pierwszym rzędzie na spotkanie losu
I bez nadziei, choć tak silni mową
W próby godzinie bronić chcieli trzosu
A wierzyć chciałbym, choć nie wierzę raczej
Że znajdę drogę czystą aż do kresu
Możem naiwny – nie umiem inaczej
Lecz czy naiwności nie dane sukcesu?
Powiesz mi – trudno, oto jest ma dola
Krzyknę: nieprawda, bo się z nią nie godzę!
Odpowiem cicho jeszcze: inna moja rola
I dojdę do niej po swej wiary drodze.
(1996)

---

Pusta kartka papieru niechaj będzie mym polem
Liter rzędy posadzę po swojemu – jak wolę.
Będę dbał o nie czule, rymem hojnie podlewał,
Doglądając ich co dnia kołysanki im śpiewał.
Będę z kartki na kartkę moje grządki przesadzał
delikatnie i czule mym roślinkom dogadzał.
Będę budził się z nimi i zasypiał
Do końca.
Będę chronił od deszczu, będę bronił od słońca.
To dla Ciebie tu rosną, Tobie oddać je pragnę
- ceną za nie jest uśmiech
Czy zapłacisz?
Nie zgadnę
Ale nie mam nic więcej bym Ci złożyć mógł w darze
Tylko tu jestem sobą
Tutaj kocham i marzę…
I wiesz, chciałbym by świat ten
Ci nie sprawił zawodu…
Więc podaję swą rękę
- wejdź do mego ogrodu.
(1999)

---

Zapomniałem imienia,
Burza drogi rozmyła
Przez noc idę do Ciebie
W bezmiar ciszy wtopiony.
Wierny mapom wyblakłym,
Pomny swego pragnienia
Krok za krokiem szlak znaczę
Przed wiekami zgubiony.
Bagno, knieje, gęstwina,
Ni człowieka, ni zwierza
Groza myśli splątała,
Tu początki, tam końce…
Może nigdy nie dojdę
Lecz mieć będę nadzieję
Bo każdego poranka
Jedno budzi nas słońce…

(1995)

---

Choć krzyczę – ciszę wołam
 Płacz mój widzą śmiechem
Nazwij mnie cieniem zimnym,
Wspomnieniem, oddechem,
Nie napisanym listem,
Nie mówionym słowem
Bo nie ma mnie,
Nie było.
Oddaję siebie
Tobie

---



wtorek, 22 listopada 2011

Okulary w różowym futerale


Garść moich "dokonań" rymotwórczych z lat 1999 - 2004.
Może jeszcze tylko słówko a propos tytułu posta, który zresztą jest skopiowany z zeszytu z moimi wierszykami sprzed lat. Okulary w różowym futerale dlatego, że właśnie nie różowe - optymistyczne, ale TYLKO w różowym futerale, czyli jakby z nadzieją na optymizm.
---


„Wstań skoro słońce wzejdzie
I do ogrodu bosa,
Nim wszyscy śpią, idź
Kwiat zmoczony rosą
Zerwij
Tak pachnie szczęście!
Biegnij!
Drogą polną
Przez nieskończone łany zbóż.
Niech wiatr Twe włosy pieści
Śmiej się!
To dzisiaj! Już! Nareszcie!
Zdyszana myjąc twarz w strumieniu
Spojrzyj na senny jeszcze świat,
Zakłopotany w swym zdumieniu


Cóż znaczy osiemnaście lat…”

---

„A na początku było słowo
Jak mrozu kaprys gdzieś na szybie
Co nic pomogło zmienić w wszystko.
Słowo
Co w każdej myśli na mnie dybie.
Niepowtarzalne czasu mgnienie
Jedno, najkrótsze, najpiękniejsze.
Słowo
Imieniem przeznaczenie.
Bańka mydlana, puch na wietrze.
„I nikt prócz Ciebie... „
Wiesz? Pamiętasz?
Słowo

Goryczą słodycz przesiąknięta...”

---

Pomiędzy nocą a świtem,
Ciche, w marzeniach ukryte
Jest miasto mapom nieznane.
Pod śnieżnym pyłem schowane
Jak pod pierzynką
Uśpione.

Moje, jedyne, wyśnione.

Ulice bez nazw i numerów,
Domy jednako bez skazy,
Ławki schowane wśród skwerów.
Same cudowne obrazy.

I nim się zbudzę tu jestem
A co mi za dnia szelestem
Tu burzą, wichrem, nawałą
Szaleństwa miłością całą.
I biegiem bez tchu
Do Ciebie

Pomiędzy nocą a niebem…

---

Kocham cię tęsknić
Łzawym cichym deszczem
I w mroku nocy nasłuchiwać kroków
Kiedym jest pewien, że cię ujrzę jeszcze
Że swym oddechem zmącisz myśli spokój

Lecz gdy cię nie ma wolałbym nie czekać
Wolałbym widzieć zamiast marzyć tylko.
Tak szybko chwile każą nam uciekać,
Tak szybko milkną…

Kiedy letnimi przemoknięty łzami
Do snu się kładę czekając bez celu
Wiem żeś mi wszystkim
Choć to nic nie znaczy.
Jak ja wymyślić
Wszak cię mogło wielu…

---

Milczenie

Kiedy po drugiej stronie
Cisza oddechu twego
Tak dobrze znajoma.

Ogień w kominku płonie,
Śnieżna noc dokoła.
Nareszcie wyczekane
Razem.

Na krótką chwilę.
I pachnące zioła.

Nie chcę już mówić o tym
Ile było bezdni,
Beznocy pustych,
Bezoddechów głodnych.
Nie ma powrotu
Do nich.

Nie ma wyjścia.
Razem.

Nim nas obudzą
Obcych.
Przyszłości niegodnych.

Milczenie

---

Dla Wiktora

 „Masz takie poważne imię
 Choć jesteś zupełnie malutki
 I żyjesz w bajkowej krainie
 Gdzie nie zdarzają się smutki.


To mama, to tata, to słońce,
 To mleko, to wózek, grzechotka
 - dzień jasny, pogodny jak lato
 Gdzie chwila najprostsza jest słodka.


Gdy płaczesz to trwa tylko mgnienie,
 Gdy zły jesteś to równie króciutko
 Bo wszystko jest jeszcze złudzeniem
 I pełne tajemnic jest jutro.


Cóż mam ci powiedzieć na drogę?
 Przed tobą wszak życie jest całe!
 Ty rośnij, a twoje problemy
 Na zawsze niech będą już małe!”


---

„Tych lukrowanych cudnie
Karteczek i listów
Możesz kupić wiele
- Mogą kupić Tobie
Na każdej słowa znajdziesz:
Niech Święta Wesołe
Rok niechaj szczęśliwy
Pieniądze i zdrowie!

Nie trzeba nic już myśleć
I nie trzeba pisać
Starczy zakleić, wysłać
I zapomnieć.
Pamięć i serce,
Tradycja i zwyczaj
Za „trzy pięćdziesiąt”
Albo nawet skromniej…

Nie chcę czyimiś słowy
Pisać życzeń Tobie,
Nie chcę by za mnie obcy
Układali strofy.
Dam Ci opłatka okruch
Powiesz: prezent płochy!

Lecz wierny i uczciwy,
Szczery, czysty, żywy
Jak ludzki los na ziemi…
Prosty, a prawdziwy.”

---

Gdy zdmuchniesz świeczki na swoim torcie
Usłyszysz „sto lat”, przyjmiesz życzenia
Może się zdarzyć, że się zamyślisz
Nad liczbą, która co rok się zmienia
A wtedy wspomnij o mojej radzie
I gdy kto spyta – wbij mu do głowy:
To, co ofermy zwą „piąty krzyżyk”
U Ciebie znaczy „pięciogwiazdkowy”!

---

A może doktorze
Na życie receptą
Jest wierzyć w marzenia?
Ty pewnie już wiesz to!
Nie lękać się trudów
Nie cofać bez wiary?
Nadzieja? Placebo!
Lecz... Wszyscy ją mamy!
A może - jak jesteś
Wystarczy być sobą?
Wytrwale iść swoją wybraną raz drogą?
Mieć cele wbrew wszystkim
I dążyć do celu?
„Po pierwsze: nie szkodzić”
Po drugie zaś...
Wielu
Dać szansę i ufać
Że kiedyś też oni...
Szukamy od zawsze.
Któż prawdę dogoni?
Lecz w dniu szczególnym
To jedno już wiemy
Nim toast za zdrowie
Ochoczo wzniesiemy
Jest słowo dla Ciebie
Co sto zastępuje:
Od serca najszczersze
I proste:
Dziękuję!

---

„Mam swego tyle
I nie pragnę więcej
Ile cukierków
W dziecka zmieścisz ręce
Ile słów powiesz,
Gdy się żegnać pora.
Nie pragnę więcej,
   Taka moja dola.

Mam tylko pamięć,
Pamięć i nadzieję.
I zapach lata,
Nim je wiatr rozwieje.
I marzeń kilka
Jak gwiazdek na niebie.
To mniej niż mało
Lecz wszystko dla Ciebie…”

---

„Perły łez z policzków Twoich obudziły mnie o świcie
Nocy trwaj! Tu jesteś moją! Tutaj Twoim moje życie!
Tutaj tylko, w świecie marzeń rzec Ci mogę żeś jedyna
Wśród miliarda ludzkich twarzy z Twoją sen swój rozpoczynam.

Tobie mogę deszczem kwiecia dywan słać byś biegła po nim,
Ciebie budzić pocałunkiem pośród rajskich kwiatów woni.
Trwaj, nie odchodź! Zostań tutaj!
Świt znów blady nas rozdzieli

W snu krainie będziesz moją a ja twoim chcę na wieki
Tu mi wolno, tu Cię kocham - za dnia obcy i daleki.
Gdy więc rankiem mi nieznana znów ominiesz mnie na milę
Ufaj, że ten wiersz to prawda
I zatrzymaj się na chwilę…”

---

To powinno być święto państwowe
Lub, wystarczy, dzień wolny od pracy
Bo któż pracą zawracałby głowę
W takim dniu?
(Chociaż zawsze są tacy)

W każdym parku orkiestra by grała,
Dzieci jadłyby watę cukrową
Nawet burza, miast grzmieć by się śmiała
Zdobiąc niebo wstążeczką tęczową.

A ja poszedłbym z Tobą na spacer
Gdzieś przed siebie daleko, najdalej
Szukać szczęścia, odkrywać nieznane
Śmiać się tonąc w sierpniowym upale.

I za grosze ostatnie przed zmierzchem
Czerwień róży Ci złożyć w bukiecie
Mówiąc tylko dwa słowa:

Dla Ciebie

Najpiękniejsza ze wszystkich na świecie…

---

Dale przemierzać chciałbym bez przyczyny,
Nieujarzmione dotąd odkrywać krainy,
Gonić za słońcem, wciąż biegnąc
Do Ciebie.

I za drogowskaz mieć gwiazdy na niebie.

Lub też wygrywać przez innych przegrane
A sam przegrywać to, co zrachowane,
I mieć w kieszeni choćby i okruchy,
Wolny i wesół.
Na przestrogi głuchy.

Tańczyć na deszczu, zasypiać po zmroku,
Bez przyczyn śmiać się
To znów z łezką w oku
Wspominać dawne dzieje
Usiadłszy na chmurze.

I wciąż odbywać nowe
Mych marzeń podróże.

---------

Zamykam drzwi
Mój świat
Ty

Więzienie bez krat
I łzy

Zaciągam zasłony
Moje ja
Wyzwolone
Wyrwane z oczywistości

Dla złudzeń
Dla miłości

Gaszę światło
Nie gaszę pragnienia
I płuca powietrzem napełniam
Złudzenia

czwartek, 24 marca 2011

O urokach posiadania błony

To był słoneczny wrzesień Roku Pańskiego 1992. Niedawno otwarty salon firmowy Kodaka na katowickim rynku i ja wydający połowę wypłaty na nowiutki aparat fotograficzny. Suma to była niebagatelna i także samo brzmiąca. Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy złotych. Czyli dziewięćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt na dzisiejsze gdyby ktoś nie pamiętał przelicznika. Siła nabywcza oczywiście absolutnie nieporównywalna. Ale ja nie o tym miałem.

Postanowiłem sfotografować swoją historię znajomości z pewną damą, a raczej wszystkie miejsca, które na ową historię miały wpływ, a co do których wartości widokowej odnosić się można było wyłącznie w kategoriach emocjonalnych. Tak mnie jakoś naszło.
Zdjęcia miały być zresztą uzupełnieniem czegoś, co może w lekkim zadufaniu nazwałem książką, a co faktycznie było (i jest do dziś) zapełnionym po brzegi drobnym maczkiem mojego pióra zeszytem A4.
W sumie fotografii nie potrzebowałem aż tak dużo. Może piętnaście, może dwadzieścia. Dziś w epoce cyfrówek są to ilości nader powiedziałbym detaliczne, ale na filmie mającym 24 lub 36 klatek wartość każdej z nich liczyła się inaczej. I nie tyle mówię tu o wartości materialnej, choć o niej także, ale bardziej o tej zwykłej – w znaczeniu zaangażowania.

Za milion bez jednego tysiąca stałem się zatem właścicielem mojego pierwszego aparatu. W długim pudełku przypominającym bombonierkę otrzymałem także rolkę filmu i baterie, a więc wszystko, co było mi potrzebne do „pracy”. Mogłem zaczynać.

Doświadczenie w fotografowaniu? Żadne. Aparaty? Owszem, dwa. Miałem w ręce kiedykolwiek. Pierwszy to jakiś radziecki kolos – własność mojego ojca (robić tym zdjęcia to jak prowadzić rozpędzonego TIR-a z zamkniętymi oczami) i drugi, kupiony specjalnie dla mnie, a nigdy chyba nieużyty w akcji kultowy Ami66, którego nie znosiłem.


Tymczasem Kodak nawet dziś wygląda nowocześnie za sprawą z jednej strony oryginalnego kształtu „zużytej do połowy kostki mydła”, a z drugiej doprowadzenia do szczytu wymagań względem braku inteligencji właściciela. I tutaj akurat stosowany podówczas termin idiotenkamera był jak najbardziej uzasadniony. Co w niczym nie zmieniało faktu, że zdjęcia robiło toto przepiękne.

A więc najpierw nasza historia, wędrówki ranne i nocne dla uwiecznienia jakiegoś budynku ważnego dla „akcji książki”, a później, bo przecież nikt nie kupuje aparatu dla 24 zdjęć, kolejne filmy i kolejne wyprawy. Beskidy, moja kopalnia, Śląskie ZOO, spacery z psem, sam pies w stu milionach odsłon i wszelakie rodzinne uroczystości.
Aparat przeżył sporo. Przez lata noszony w oryginalnym pudełku, które było wygodne o tyle, że pozwalało załadować i rolkę z filmem i zapasowe baterie, a później już pod koniec lat 90 w jakimś naprędce dopasowanym etui z masowo już wtedy produkowanych idiotenkamer bywał ze mną nawet na budowach, na których pracowałem, a także wędrował po Polsce i pozwalał mi wzbogacać wizualnie wydawane przeze mnie w latach 1992 – 2005 gazetki.

Nie od rzeczy będzie tu dodać, że gdy podczas jakiejś firmowej uroczystości w roku bodajże 1999 zobaczyłem taki sam sprzęt w rękach jednej z najważniejszych osób w naszym zakładzie poczułem się właścicielem czegoś naprawdę wysokiej klasy. Zresztą chyba od początku tak uważałem, bo z racji i zaawansowania technologicznego i nietypowego wyglądu mój Kodak zawsze się podobał i wzbudzał ciekawość.

Automatyczne przewijanie filmu po każdej klatce oraz po zakończeniu całości, licznik, automatyczna ostrość, manualnie uruchamiana lampa błyskowa (wbrew pozorom to wygodniejsze niż grzebanie w menu cyfrówki!) i jakość zdjęć, która do dziś robi wrażenie. O ile kogoś nie fascynuje na przykład ilość palców na nóżce karalucha czy coś w tym guście.

Tutaj mała dygresja.
Jakież prawie szpiegowskie przeżycia dał mi w 2000 roku mój aparacik np. przy okazji wystrychnięcia na dudka ochroniarzy ze znienawidzonej przeze mnie później „firmy z dziwnym skrótem”! Proszę sobie wyobrazić pracę przy budowie marketu i doszkalających się w swoich obowiązkach „żołnierzyków”. Panowie mieli za zadanie kontrolować, co wnosi się i co wynosi z hali, na której (całuski dla Sanepidu) pod folią leżały już na półkach niektóre towary.
Oczywiście mając w ręce detektor czegoś tam, a na ramionach czarne pagony nie każdy jest w stanie panować nad emocjami, co sprawiało, że panów ponosiło, a teksty w rodzaju Hande hoch! lub Ruki wierch! były na porządku dziennym.
Postanowiłem pokazać, że taka ochrona to żadna ochrona i założyłem się z kolegą o to, że wniosę na halę aparat i zrobię lub przynajmniej będę miał niezaprzeczalną okazję do zrobienia kilku zdjęć. Ponieważ panowie kontrolowali nas tylko przy wychodzeniu ze sklepu z wniesieniem sprzętu nie miałem żadnych problemów, zresztą z udawaniem, że robię zdjęcia także, ale problemem było wyjście i detektor. Nie zastanawiając się długo postanowiłem dać ochroniarzom to, czego tak pragnęli. Poczucie siły. Włożyłem aparat do rękawiczki, a podchodząc do kontroli zamarkowałem na poły żart, a na poły strach podnosząc ręce do góry zupełnie jakbyśmy byli na wojnie. Miny panów „mundurowych” wskazywały, że mile połechtałem ich próżność, a tymczasem aparat wisiał wysoko nad obszarem kontrolowanym detektorem…
Nie mogłem pohamować śmiechu po wyjściu z budynku.

Ostatnie swoje zadania spełniał mój Kodak w okolicach roku 2004, wtedy już jako aparat „półcyfrowy” mojego wynalazku, to znaczy bez robienia odbitek u fotografa, (kto pamięta, że za komuny czekało się czasem i tydzień?), a tylko z wywoływaniem i skanowaniem negatywów wprost do komputera. Wychodziło nad wyraz tanio. Tak dokumentowałem na przykład ostatnie budowy prowadzone przez firmę, w której pracowałem i tak też do czasu zakupu pierwszej cyfrówki ubarwiałem swoje gazetki korzystając z dobrodziejstw komputerowej edycji analogowych „na wejściu” klisz.

Przez cały rok 2005 aparat porastał kurzem w czeluściach mojego biurka, a na początku 2006 trafił do kogoś jako prezent. I tak zniknął Kodak z mojego życia. Nie licząc jakiejś tam cyfrówki tej marki, która zdjęcia mimo swoich nominalnych 7 mpix robiła koszmarne i szybko się jej pozbyłem.

Kilkanaście dni temu wędrując jak to mam we zwyczaju nocą poprzez Allegro napotkałem „swój” aparat znowu. Nawet w lepszym stanie niż ten prawdziwy, za którym czasem tęskniłem i z którym wiązało się tyle wspomnień…

Czy to nie symboliczne, że po 19 latach kupiłem za 9 złotych coś, za co kiedyś dałem 999? Być może. Ucieszyłem się rozpakowując paczkę. Znowu mam swojego kochanego Kodaka.

Miał być tylko załataniem dziury we wspomnieniach, ale coś czuję, że nie powstrzymam się przed kupieniem co najmniej jednej rolki filmu…



 Prawda, że ładny? ;)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.