Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interwencje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interwencje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2023

Portier - Niemcy 1:0

Z dumą i radością informuję, że udało mi się doprowadzić do usunięcia zdjęcia wiaduktu w Łabajowie ze strony niemieckiej organizacji tzw. "wypędzonych". Jest to może sprawa drobna, ale jednak symboliczna i dla mnie osobiście bardzo ważna. Jak napisałem w poprzednim poście po stwierdzeniu ze zdumieniem i oburzeniem, że niemieccy "wypędzeni" jako główne zdjęcie swojego serwisu zamieszczają fotografię polskiego  wiaduktu, odnalazłem autora tego obrazka i skontaktowałem się  z nim informując o zaistniałej sytuacji a jednocześnie zwróciłem się z odpowiednim zapytaniem do organizacji Landsmannschaft Schlesien poprzez ich formularz kontaktowy.

Autor zdjęcia odpowiedział mi już po kilkunastu minutach dziękując za czujność i zaznaczając, że musi zweryfikować, czy to aby na pewno jego dzieło (ta sama fotografia, inaczej przycięta, a zrobiona z tego samego miejsca i w tym samych warunkach jest w jednym z serwisów podpisana jego nazwiskiem, więc biorąc pod uwagę, że jest zrobiona z drona, nie ma według mnie mowy o pomyłce), ale dodał też, że byłoby dla niego bulwersujące, gdy znalazła się tam bez jego wiedzy i zgody. Następnego dnia otrzymałem także odpowiedź z Niemiec w której napisano między innymi, że "motyw obrazu zostanie sprawdzony i w razie potrzeby zmieniony. W brzmieniu dosłownym: "Sehr geehrter Herr, wir werden eine Prüfung des Bildmotivs vornehmen und gegebenenfalls ändern".

Podkreślam tutaj, że względy prawa autorskiego w tym zgody autora na publikację w serwisie tego akurat pokroju były dla mnie ważne, ale nie najważniejsze, stąd w moim liście zwróciłem przede wszystkim uwagę na polski charakter wiaduktu oraz wpływ wojny rozpętanej przez Niemcy miedzy innymi na planowaną budowę trasy kolejowej Wisła Głębce - Istebna - Zwardoń a także poinformowałem (?) ziomkostwo, że to właśnie hitlerowski okupant zniszczył tablice pamiątkowe na obu wiślańskich wiaduktach. Jest dla mnie bezdyskusyjne, że w tej sytuacji zamieszczanie tej fotografii jako głównego tła w serwisie internetowym tzw. "wypędzonych" jest dla Polaków obraźliwe.

Tło historyczne jest zresztą szersze. Po pierwsze "niemieckie wspomnienia" kończą się na 1945 roku i nie widzę powodu, dla którego serwis wyżej wspomniany miałby (niezależnie od kwestii autorskich) prawo zamieszczania fotografii polskich miast jako wyrazu swoich tęsknot. Chyba, że udział w ich niszczeniu uznać za wstęp do odbudowy i rozbudowy po wojnie. Krótko mówiąc, jeżeli się unika jak ognia słowa Polska oraz polskich nazw to nie ma się też prawa MORALNEGO do podpierania swoich tekstów współczesnymi zdjęciami. Po drugie nieco inaczej można by spoglądać na miejscowości które do grudnia 1937 roku (czyli przed rozpoczęciem wszelkich aneksji) znajdowały się na terenie Niemiec niż na te do których ci sami Niemcy wjechali czołgami w 1939. I wreszcie kwestia ostatnia, w odniesieniu do "mojego" wiaduktu, ale stanowczo nie tylko, najważniejsza. 
Mniejszość niemiecka w Polsce Anno Domini 1939 okazała się w ogromnej większości piątą kolumną, żeby nie użyć słów mocniejszych, co w sposób wręcz podręcznikowy miało miejsce miedzy innymi w Beskidzie Śląskim. Mniejszość ta korzystała w naszym kraju z szerokich praw, a troska o dobre stosunki z Rzeszą sprawiała, że łagodzono ze strony polskiej wszelkie konflikty próbując zagłaskać rzeczywistość. Bezkompromisowa (w odpowiedzi na prowokacje, nie sama z siebie) polityka takich ludzi jak wojewoda Michał Grażyński, to niestety jeden z niewielu chlubnych wyjątków. 

Tym samym jak można zaakceptować takie zawłaszczanie naszej rzeczywistości? Nie można.

Nie można i już nie trzeba. Niemcy właśnie usunęli zdjęcie polskiego wiaduktu ze swojego serwisu zamieniając je na zdjęcie Wrocławia, co już wygląda dużo lepiej, choć z pewnością nie idealnie. 

Idealnie bowiem było by gdyby dopisali tam, że to Wrocław, a nie przypadkiem Breslau. 
Breslau skończyło się w 1945.








sobota, 4 listopada 2023

Was ist das, was ist los?

Czytam ja sobie ostatnimi czasy książkę opisującą stosunek Republiki Federalnej Niemiec do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej w czasach wczesnego PRL-u. Książka ciekawa, nie powiem, nawet, mimo roku wydania, nie skalana za bardzo komunizmem (były takie kwestie polityczne w których władza wiedziała, że nie musi czarować, żeby naród był po jej stronie) i generalnie dobrze napisana. Jest tam o prawie, o kartografii, o wydawnictwach wszelakich, zjazdach z darmowym wurstem, specyficznym słownictwie i wielu jeszcze innych aspektach problemu, w tym oczywiście o słynnych Związkach Wypędzonych. Kto żył w PRL-u, ten pamięta jak nas straszono ziomkostwami a zwłaszcza panami Hupką i Czają. 

Co ciekawe, to już tak bardziej na marginesie, sam Herbert Czaja po 1990 roku bywał w Polsce i wspomagał swoją pracą władze województwa opolskiego, ale nie przeszkadzało mu to jeszcze kilka lat później twierdzić, że dałoby się to i owo do Niemiec przyłączyć, bo przecież Polakom pod niemieckimi rządami żyło się wiele lat zupełnie dobrze. 

Brednie? No jasne że tak. W końcu w Polsce też są ludzie którzy słysząc o ataku Rosji Putina na Ukrainę zaczęli kalkulować odzyskanie Lwowa. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Pomieszanie wspomnień z tęsknotami i z... pomieszaniem. Dopóki to prywatna sprawa jestem w stanie to zrozumieć.

A kiedy przestaje być prywatną?

Taki oto obrazek przywitał mnie na stronie (w wolnym tłumaczeniu) Śląskiej Drużyny, czyli regionalnego związku wypędzonych. Gdzieś już to widziałem...

Najpierw otworzyłem Mapy Google, ale pewności nie miałem, potem poszukałem artykułów na portalach turystycznych i wszystko stało się jasne. Wiadukt w Łabajowie. Wisła. Versteht ihr, Genossen? Wisła, eine alte deutsche Stadt im alten Deutsch-Schlesien.

Zdjęcie ze strony polskazachwyca.pl

No i teraz mam problem, bo chciałbym kulturalnie. Ale jak? Mimo wszystko spróbujmy.

Osobną kwestią jest samo zdjęcie, po odnalezieniu na innych stronach raz określane jako "wolne", a innym razem mające konkretnego autora i stronę macierzystą (Marcin Baranowski - Mosquidron), tu jednak jedno drugiego nie wyklucza, choć postanowiłem powiadomić autora o tym kto i gdzie jego fotografię wykorzystuje. Sprawa jest jednak dużo poważniejsza.

Jeżeli nawet przyjmiemy, że strona takiej organizacji jak "Drużyna Śląska" zajmuje się tylko pielęgnowaniem wspomnień, osobna rzecz, czyich, bo urodzeni z końcem wojny mają dziś po 80 lat, ale ok., to pozostaje jeszcze kwestia dobrego smaku oraz znajomości historii.

Wiadukt postawili Polacy około roku 1933 w trakcie budowy linii kolejowej do Zwardonia przez Istebną, gdy w tym samym czasie Niemcy zajmowali się budowaniem zupełnie, ale to zupełnie innych obiektów. Nie można nawet powiedzieć, że dołożyli jakąś swoją cegiełkę, bo stało się wręcz przeciwnie, zniszczyli w czasie okupacji tablice pamiątkowe opisujące TYLKO kto i kiedy wiadukt zaprojektował i wybudował. 

Krótko i węzłowato. Guzik mają panie i panowie "wypędzeni" do wiaduktu, który ich rodacy zdewastowali i którym także z winy ich rodaków oraz pewnego austriackiego kloszarda nie prowadzi dziś linia kolejowa do Zwardonia a tylko kilkaset metrów dalej, do Głębiec. Guzik, powiadam!

***

O zdjęciu poinformowałem autora oraz osobno złożyłem zapytanie niemieckiemu stowarzyszeniu Die Landsmannschaft Schlesien.


Zdjęcie - Sztuczna Inteligencja

niedziela, 30 czerwca 2019

sKurier V*


Środa 12 czerwca 2019

Po zasygnalizowaniu sklepowi internetowemu chęci zwrotu zakupionego towaru i odstąpienia od umowy otrzymałem mailem dane do bezpłatnego zamówienia kuriera. 

Czwartek 13 czerwca 2019

Kontaktuję się z infolinią firmy [---] i bardzo szybko załatwiam sprawę. Konsultant jest miły, rzeczowy, pomocny i nawet wyprzedzający moje oczekiwania, ponieważ proponuje mi odbiór paczki tego samego dnia po 16:00, chociaż zakładałem, że mowa będzie o jutrze.
Mimo swojego wrodzonego pesymizmu trudno mi zaakceptować fakt, że po południu nikt się po przesyłkę nie zgłasza. Po kontakcie z Biurem Obsługi otrzymuję informację, że "usługa jest w realizacji". Niestety nie jest to prawda. Paczuszka leży na moim stoliku tak samo jak leżała rano.

Piątek 14 czerwca 2019 

Ponowny kontakt z Biurem Obsługi skutkuje informacją, że przesyłka zostanie podjęta dziś, między 15:00 a 18:00. Proszę o numer do kuriera. Pan konsultant odmawia, twierdząc, że od tego jest strona internetowa. Wchodzę zatem na stronę i po wpisaniu daty oraz numeru zlecenia telefon uzyskuję. Nikt nie obiecywał, że to będzie TEN numer, prawda? No właśnie. Okazuje się, że kurier do którego się dobijam obsługuje zupełnie inne dzielnice...
Paczki nikt nie odbiera, a po południu w Biurze Obsługi dowiaduję się, że moje zlecenie nie jest przypisane do żadnego z kierowców. I dowiaduję się tego o 17:00, na godzinę przed "zamknięciem okienka" w którym przewoźnik miał się zmieścić.

Sobota 15 czerwca 2019

Zlecenie z datą czwartkową przenoszone na poniedziałek źle by wyglądało. Konsultant zmienia mu więc datę na sobotnią, nadaje nowy numer i obiecuje, że zostanie zrealizowane bezproblemowo. W poniedziałek rzecz jasna.

Poniedziałek 17 czerwca 2019

Planowany odbiór przesyłki to godziny pomiędzy 15:00 a 17:00. Nauczony doświadczeniem dzwonię do kuriera o 15:30, żeby usłyszeć, że... jedzie już do domu.
Albowiem:
1. Zlecenie za późno mu przekazano
2. On nie pracuje "od - do"
3. Generalnie to nie jego wina i nie jego problem.
BONUS. Jutro to raczej będzie ciężko z odbiorem, bo ma urlop i będzie jeździł zastępca. Niestety nie dowiaduję się co to wszystko ma wspólnego ze zobowiązaniem jakiego podjęła się firma, której on, jego zmiennik, panie i panowie konsultanci oraz cała reszta są dla mnie przedstawicielami.
Dzwonię na infolinię. Pan konsultant jest zdziwiony. Twierdzi, że zaraz skontaktuje się z kurierem i sprawę wyjaśni. Jak można się było spodziewać ani się nie kontaktuje ani nie wyjaśnia, bo kurier już telefonów nie odbiera... 
Informuję konsultanta, że wysyłam paczkę pocztą, anuluję zlecenie, oraz last but not least będę domagał się zwrócenia mi kosztów nadania przesyłki, której przez nieudolność firmy kurierskiej nie mogłem nadać zgodnie z ustaleniami i bezpłatnie.

Wtorek 18 czerwca 2019

Poprzez formularz na stronie firmy kurierskiej składam skargę na niewykonanie usługi oraz żądam wypłacenia mi 20 zł tytułem odszkodowania za A. nadanie paczki Pocztą Polską (15 zł) oraz B. stracony czas i nerwy (5 zł - baaardzo tanio).

Środa 19 czerwca 2019

Około 16:45 radosny głos kuriera w słuchawce oznajmia mi, że za kilka minut podjedzie po paczkę... Jest bardzo zdziwiony, że i dlaczego niby anulowałem zlecenie. Ja również jestem - dlaczego on o tym nie wie.

Piątek 28 czerwca 2019

Otrzymuję maila, że dziś o godzinie 12:51 skończył się w Polsce komunizm... yyy... nie, sorry, nie skończył się. Że przekazano moją skargę do rozpatrzenia.
Trzy minuty później skarga była już załatwiona. Oczywiście odmownie. Przecież mówiłem o tym komunizmie...
Odmówiono mi odszkodowania za niezrealizowanie usługi, ponieważ... usługa nie została zrealizowana. 


EPILOG 1


Sprzedawca, czego wcale od niego nie wymagałem oddał mi koszt przesyłki Pocztą po przesłaniu zdjęcia dowodu nadania. Pani wysyłającej mi w imieniu firmy kurierskiej odpowiedź jak powyżej odpisałem grzecznie, a przynajmniej na tyle grzecznie na ile mogłem się na to zdobyć, aby przekazała moją skargę swojemu zwierzchnikowi...
Życie toczy się dalej.

---


EPILOG 2

Dwudziestego szóstego lipca, a więc w prawie miesiąc po mojej prośbie o ponowne rozpatrzenie reklamacji przez zwierzchnika pani od ekspresowej odpowiedzi otrzymałem maila z błyskotliwym stwierdzeniem, że skoro zlecającym usługę był sprzedawca który umożliwił mi darmowy zwrot (bzdura, bo to ja złożyłem zlecenie kurierowi), to moją reklamację pozostawi się bez rozpoznania.


* - "s" w tytule oznacza oczywiście "super"





___

Polecam inne wpisy o sKurierach* na tym blogu 

sobota, 28 lipca 2018

Kto odpowiada za zakup przesłany listem zwykłym?

Ktokolwiek kupował na Allegro z pewnością zna opisy z aukcji albo maile przesyłane mu po zakupie z informacją o tym, że listy zwykłe giną i sprzedawca nie ma na to wpływu. I choć jedno i drugie jest prawdą, to wcale to nie oznacza, że sprzedający za taki list nie odpowiada.
 
Często kupuję książki, odzież, jakieś drobiazgi do roweru, narzędzia i temu podobne. Większość tych rzeczy spokojnie mieści się w liście. Z racji ich relatywnie niskiej wartości wolę wybierać przesyłki najtańsze, paczkę w Ruchu, paczkomat albo list ekonomiczny. Właśnie przy korzystaniu z tego ostatniego sposobu często natykam się na ostrzeżenia, uwagi i sugestie, aby zmienić formę transportu. NIGDY tego nie robię. I już nawet nie dlatego, że stara książka za trzy złote albo podkoszulek za piętnaście "nie zasługują" na coś lepszego, ale dlatego, że nie ma ku takiej zmianie żadnych realnych podstaw.
 
Sposoby dostawy dobiera sprzedawca adekwatnie do wymiarów, wartości i innego rodzaju specyfiki towaru. Proponując określone formy wysyłki pośrednio sam przyznaje, że spełniają one potrzebne warunki i zapewniają bezpieczeństwo tak towaru sensu stricto jak i samego doręczenia. Aukcja jest zatem zamkniętą całością -  ktoś oferuje nam towar X wespół z możliwymi formami dostawy, na przykład Y czy Z. Dokonując wyboru cały czas mieścimy się w ofercie sprzedającego, w tym co on nam, a nie my jemu zaproponowaliśmy. A zatem sprzedawca odpowiada tak samo za przesyłkę kurierską jak i za list ekonomiczny. Brak możliwości reklamowania tego drugiego u przewoźnika niczego tu nie zmienia. Tak samo zresztą jak nieważne od początku do końca są zapisy w rodzaju "za list ekonomiczny nie ponosimy odpowiedzialności" albo "wysyłka listem zwykłym na wyłączną odpowiedzialność kupującego".
 
Sprzedawca ZAWSZE odpowiada za towar, w tym jego uszkodzenie w trakcie dostawy do momentu otrzymania go przez kupującego.
 
Podstawą prawną jest tutaj artykuł 548 Kodeksu Cywilnego a jej uzasadnienie bardziej przystępnym językiem ułożył dla nas nieoceniony UOKIK (LINK)
 
Pamiętajmy też o tym, że brak dowodu odebrania przesyłki nie oznacza, że nie możemy walczyć o swoje prawa w przypadku gdy nam jej nie dostarczono. Kierując sprawę czy to na policję czy też tylko do sporu w serwisie Allegro (lub innym) ponosimy przecież, a może dokładniej, godzimy się ponieść odpowiedzialność za podanie nieprawdy. A więc upraszczając tu naszym dowodem jest nasze słowo.
 
I jeszcze kwestia samego doręczania, nieco może poboczna, ale nie najmniej ważna. Niektórzy sprzedawcy sugerują, że odpowiednio większy gabaryt listu oznaczać może, że utknie on gdzieś w urzędzie pocztowym i ani nikt go nam nie doręczy ani nie zaawizuje. Jest to bzdura. Po pierwsze awizuje się każdą przesyłkę i to więcej niż raz. Po drugie gabaryt może spowodować co prawda, że listonosz od awiza zacznie i tutaj wściekanie się, że byliśmy w domu nic nam nie da, albowiem przesyłki co do których jasnym jest, że nie wejdą do skrzynki nie muszą być przez niego taskane w torbie, ale i tak awizacja jest jego obowiązkiem.
 
***
 
Kupiłem przedmiot z wysyłką listem ekonomicznym.
Przesyłki nie otrzymałem.
 
1. Kontaktuję się ze sprzedawcą. Proszę o informację, kiedy list został wysłany. Sprzedawca posiada księgę nadań, w której, mimo, że list był zwykły, są moje dane adresowe, data wysłania oraz stempel poczty (oznacza to nota bene, że można na upartego reklamować niewykonanie usługi właśnie przez pocztę, ale to w tej chwili zostawmy) więc mogę go poprosić o przesłanie zdjęcia tegoż dokumentu jako dowodu.
2. W swoim urzędzie pocztowym sprawdzam czy nie oczekuje na mnie jakaś spóźniona przesyłka, ewentualnie czy jej gabaryt nie spowodował, że pozostała tam bez próby doręczenia.
3. Ponownie kontaktuję się ze sprzedawcą jeśli nie otrzymałem przesyłki i informuję go, że jest jego obowiązkiem mi ją dostarczyć lub oddać pełną wpłatę. W razie odmowy zakładam spór na Allegro oraz/lub przygotowuję się do złożenia wniosku na policję. Racja jest po mojej stronie, prawo także.
 
Nie dajmy się spryciarzom manipulować!

sobota, 19 maja 2018

Raport służbowy

Pamiętam doskonale dzień w którym po raz pierwszy w życiu ubierałem na swój portierski dyżur irytujący mnie wcześniej u innych firmowy czarny mundurek. Był nowy, pachnący, ładnie zaprasowany, świetnie skrojony (nie twierdzę, że od Hugo Bossa, ale skrót nazwy firmy pewne historyczne skojarzenia budził)  i po prostu dodający męskości. Dopiąłem ostatni guzik i niepewnie spojrzałem w lustro...
 
O Boże...
Wyglądałem świetnie!
 
Oto ja, pierwszy w naszej uczelni, którzy podjął na wszystkich możliwych frontach walkę przeciwko przekazaniu cywilnych portierów do jakiejś tam ochrony, także pierwszy założyłem ochroniarski uniform, gdy już stało się jasne, że ani związki zawodowe ani nasi przełożeni palcem nie kiwną by przeciwstawić się decyzji "żelaznej kanclerz". Wczoraj biegałem po kampusie z listami zbiorowymi, wysyłałem petycje do mediów, ministerstw, Inspekcji Pracy i kogo tam jeszcze, tłumaczyłem, wyjaśniałem, pobudzałem do walki, a dziś szedłem wyprostowany po korytarzu napawając się stukotem butów...
 
Zdziwione a częściej zgorszone wręcz miny i komentarze moich koleżanek i kolegów rekompensowało mi w dużej mierze nagłe po "zmilitaryzowaniu" przejście z odwiedzającymi uniwersytet policjantami z dzień dobry na cześć oraz wcale głośne westchnienie pewnej ładnej pani, gdy zobaczyła mnie któregoś wieczora w niebieskiej koszuli poprawiającego na jej widok krawat. Marsowa mina, surowy głos, sztywniejsza postawa, stopniowo rodzące się przekonanie o posiadaniu jakiejś wyimaginowanej władzy. Zachorowałem.
 
Setki tysięcy koleżanek i kolegów po fachu przechodziło to wcześniej lub przechodzi obecnie, a nie ma się co łudzić, że na nich historia się zakończy. Choroba pagonowa jak ją sobie nazwałem będzie trwała jeśli nie zawsze, to przynajmniej dopóty, dopóki istnieć będą miejsca w których choćby najmniejszą władzę nad innymi otrzymywać będą osoby, które nie mają władzy nad samym sobą. Każdy z nas spotkał w swoim życiu takich "zainfekowanych". To, żeby trzymać się tylko ochrony, ci na przykład portierzy, którzy gonią po parkingach, galeriach handlowych czy szkołach z nieśmiertelnym jak sama branża "Eeee, kolego! Tam nie wolno!", to także ci, którzy próbują nam grozić, gdy nie mają do tego podstaw, szarpią się z nami, krzyczą, wchodzą w niepotrzebne dyskusje, a jednocześnie nie potrafią czegokolwiek wyjaśnić czy załatwić NAPRAWDĘ. To wreszcie i przede wszystkim jako ich najbardziej wyrazista medialnie i skondensowana forma słynny nocny portier z filmu Kieślowskiego, który zainspirował mnie do stworzenia tytułu tego bloga.
 
Można powiedzieć, że jak każda choroba i ta ma swoje stadia. Gdy wczorajszy hydraulik albo kierowca dziś w mundurze twierdzi, że przyczepa kempingowa to posterunek a spacer wokół budowy i obsikanie drzewa w kącie to patrol, możemy mu to wybaczyć. Gdy wściekły emeryt tłumaczy nam wymachując rękami, że tu parkować nie wolno - także, bo tutaj w każdym przypadku granicą jest zwyczajna ludzka kultura a punktem odniesienia konkretna sytuacja. Nasza i jego. Są jednak przypadki bardziej delikatne, a zarazem groźniejsze.
 
Mężczyzna sprawdza detektorem dziesiątki osób wchodzących i wychodzących z pewnej instytucji. Czasem gdy jest zmęczony sprawdza wyłączonym, żeby było szybciej. Większość i tak tego nie zauważy. Czasem go włącza i kontroluje naprawdę. Ludzie wyjmują wtedy pęki kluczy, portfele, telefony i co tam ciekawego mają. Unoszą lekko ręce i sprawdzani są po raz kolejny. I następny, i dalej. Taśmówka.
 
Pusty korytarz, ładna, młoda dziewczyna. Detektor jakimś cudem włączony. Piszczy. Komuś innemu nasz bohater poleciłby wyjąć zawartość kieszeni i sprawdził go jeszcze raz. Jej, na oczach kilku obojętnie pracujących niedaleko mężczyzn poleca zdjąć sweterek i podnieść ręce do góry. Nie jak reszta petentów, o trzydzieści centymetrów od ciała, ale wyprostowane, wysoko nad głowę. I jeszcze stanąć z boku, blisko, bliziutko...
I nie komentować, skoro inni nie komentują.
 
Ochroniarz? Portier? A skądże!
Cieć.
 
***
 
Moja choroba pagonowa zaczęła się i skończyła dawno temu na poczuciu wyprzystojnienia po założeniu mundurka. Jakieś tam miny i ton głosu na szczęście nigdy nie przeszły na jakość i technikę mojej pracy. Mimo zmilitaryzowania nadal pisałem skargi na łamanie prawa, wydawałem gazetki, walczyłem o sprawiedliwość. Dziesiątki osób mogłyby to potwierdzić. Na każdym z wielu obiektów jakie w swojej karierze poznałem słyszałem pochwały. Za skuteczność, kulturę i samodzielność, nie za wymądrzanie się i pomiatanie innymi. Tym samym, mimo, że od 2016 roku jestem już kimś innym, to duchowo zawsze już będę portierem. Jedynym który rzeczywiście zaistniał w Internecie i tym, który słówko Portier wprowadził do Wikipedii. To zobowiązuje.
 
Odnalazłem przełożonego tego pana w miejscu które tego dnia odwiedziłem. Złożyłem na niego oficjalną skargę. Mam nadzieję, że zaboli.
 
Ma boleć, cieciu!


EPILOG Z CZERWCA 2018

Obecnie służbę pełni obsada damsko męska. Mężczyzna ma prawo kontroli tylko mężczyzn, kobieta, tylko kobiet. Nieskromnie uważam, że zmiana ta nie nastąpiłaby bez mojego udziału...

czwartek, 14 grudnia 2017

Zapaleńcy


Od kilku miesięcy obowiązuje w województwie śląskim tzw. uchwała antysmogowa stawiająca sobie za cel ograniczenie zanieczyszczenia powietrza poprzez zakaz ogrzewania naszych domów paliwami niskiej jakości, takimi jak np. muły, węgiel brunatny czy mokre drewno, stopniowe wycofywanie pieców nie spełniających określonych norm oraz skuteczniejsze wykrywanie i karanie osób spalających w kotłowniach śmiecie, stare meble itp. Jest to oczywiście tylko najbardziej powierzchowne określenie zamierzeń autorów tego aktu prawnego, bezdyskusyjnie słusznych i potrzebnych, ale jednak moim zdaniem niestety wprowadzanych w życie w sposób delikatnie mówiąc chaotyczny...



Ktokolwiek wieczorami spaceruje w dzielnicach w których większość zabudowy to domki a nie bloki, ten wie, że od lat pali się w nich wszystkim. Od byle jakiego węgla poprzez pocięte gałęzie, stare meblościanki aż po papę, dyktę, gumę i plastiki. To po prostu widać i czuć, bywa, że nawet w środku czarnej, bezgwiezdnej nocy. Widywałem posesje na których połamane szafki czy tapczany cięto lub magazynowano jak każdy inny drewnopochodny opał i to latami. Czasem ze skąpstwa, czasem z przyzwyczajenia, czasem z okazji (łatwego dostępu do czegoś) a czasem wreszcie z nieświadomości lub biedy. Usprawiedliwiać oczywiście takich ludzi nie zamierzam, bo jednak o ile można nie wiedzieć jak na środowisko wpłynie porąbany i spalony w piecu regał, o tyle nie wiedzieć, że ów regał do palenia nie służy, raczej się nie da.

W czym więc problem?
W szczegółach.

Wprowadzono na Śląsku wymogi, które obligatoryjne dla reszty kraju będą za kilka lat, ale nie zadbano, by były one zrozumiałe DLA WSZYSTKICH i wdrażane, właśnie przez to, że wcześniej niż gdzie indziej, jednak łagodniej, stopniowo, bez kar, przede wszystkim zaś równolegle z codzienną pracą nad zwiększaniem świadomości ekologicznej mieszkańców. Zacznijmy bowiem chociażby od tej niewinnej z pozoru kwestii czasowej. Mogę legalnie nabyć dziś, także w obrębie naszego województwa, piec najniższej klasy, czyli popularnego kopciucha, ale nie mogę go używać! Absurd, prawda? Sprzedawca nie musi jeszcze przez kilka lat oznaczać pieca w sposób jasno określający jego (jakąkolwiek) klasę, ale ja za użytkowanie urządzenia innego niż "piątka" lub "eko" zapłacę karę! Podkreślmy bowiem, że terminy użytkowania liczone w latach dotyczą pieców działających przed pierwszym września 2017 roku, nie pieców danej klasy w ogóle. Czyż nie prostsze było nakazanie sprzedawcom znakowania klasowego każdego sprzedawanego urządzenia, a dopiero potem ewentualne kontrolowanie tego samego już w miejscu instalacji? Pytanie retoryczne.

Problem kolejny to piece będące w użyciu od dłuższego czasu. Po pierwsze jak wspomniano znakowanie nie jest jeszcze powszechne, a tym bardziej nie było lat temu pięć, osiem czy dwadzieścia. Zatem okres zgodnego z prawem użytkowania, zależny przecież od generacji, mamy znów wydedukować sobie sami, a to przynajmniej w jakiejś części przypadków będzie bardzo trudne jeżeli nie wręcz niemożliwe. Rozwiązanie? Czytelny, napisany prostym językiem i zilustrowany przykładami "katalog" pozwalający sprawnie ocenić każdemu, niezależnie od wieku i wykształcenia co też ma w kotłowni.*
No i właśnie. Kotłownia. A co z piecami stricte domowymi**? Wciąż przecież w użyciu pozostają piecokuchnie, kozy, rozmaite Żary, piece kaflowe i tym podobne wynalazki. One nigdy nie miały i raczej nie będą mieć generacji. Ale znów to my mamy wiedzieć co i jak, bo jeśli nie będziemy, zapłacimy w razie kontroli karę. A przepraszam SKĄD ta wiedza ma do nas płynąć? Z uchwały, która jest krótkim, ogólnym tekstem, z wydanych po niej bardzo długich i trudnych często do zrozumienia elaboratów różnej maści, a może z kilkunastosekundowych reklamówek wyświetlanych w przyspieszonym tempie w pociągach czy autobusach? Zabrakło tu moim zdaniem właściwej kolejności i skali. Pokolenie 45+ może tego nie opanować z takich źródeł. Jedno za długie i trudne, drugie za to dla odmiany za skrótowe, a reszty szukaj sam!
Czyli z przymrużeniem oka - wydajemy Kodeks Drogowy brajlem po łacinie a potem na każdym zakręcie ustawiamy policjanta z duuużym bloczkiem mandatowym. Porównanie to mimo absurdalności jest jak najbardziej na rzeczy, albowiem Straż Miejska już rozpoczęła kontrole, częściowo realizowane po czyichś zgłoszeniach, częściowo zaś z samorzutnego wyboru przez funkcjonariuszy tej czy innej nieruchomości. A w ślad za kontrolami popłynęły mandaty.

Łączną karą (wraz z kosztami sądowymi) pięciu tysięcy złotych obciążono niedawno pewnego mężczyznę, który w Dąbrowie Górniczej palił w piecu resztkami mebli i plastikiem***. Kara ta może zresztą wzrosnąć wkrótce "za recydywę" jeszcze o drugie tyle, co jak stwierdził tamtejszy komendant SM jest przecież kwotą pozwalającą ogrzać dom przez trzy sezony. I ciekaw tylko jestem skąd założenie, że (bezsprzecznie) winny taką kwotę posiadał!!! Albo, to już pytanie drugie, czy jeśli grzywnę uiści, to zostanie mu jeszcze dość pieniędzy na ten legalny opał? Jakoś trudno mi w to wierzyć. I tak koło się zamknie, bo strażnicy znów go pewnie na czymś nakryją. 

Kuriozalnych smaczków ciąg dalszy. Nie wolno już na Śląsku palić drewnem o wilgotności powyżej 20%, ale zamiast postawić wymóg takowy NAJPIERW sprzedawcom opału sugeruje się obywatelowi ażeby w celu zbadania dotykał szczap dłonią****. Przypomina mi to jako żywo Rumunię lat 80 w której to wierzono święcie, że Biseptol ma działanie antykoncepcyjne. Prawdopodobieństwo skuteczności obu metod jest porównywalne. Sama straż oczywiście odpowiedni miernik posiada, a jakże. I mierzy, ale na szczęście na razie jeszcze stosuje w tej kwestii tylko pouczenie. Drobiazg drugi, to naklejki z datą "używalności" danego pieca. Naklejane na tenże piec już po ewentualnej kontroli. Nie, nie zgadliście Państwo, niestety nie od środka, ale to i tak zabawne. Nawet gdy się pominie fakt, że za takie kolędowanie z obrazkami ktoś dostaje pensję.

Mniej zabawne za to są wspomniane już kary. 500 złoty (pisownia oryginalna!) mandatu wlepiono panu, który palił odpady w okolicach giełdy warzywno-owocowej na Bocheńskiego w Katowicach*****. Sądząc po zdjęciach pan ów jest raczej mieszkańcem tej okolicy i to mieszkańcem w sensie dosłownym, bo bezdomnym. Najprawdopodobniej chciał się ogrzać. Ale tego aspektu notka już niestety nie porusza. Jeżeli jednak faktycznie jest tak jak przypuszczam, to oczywiście można się spierać co ważniejsze - człowiek czy wykroczenie, ale chyba każdy zgodzi się, że nie tak "spektakularnych" akcji byśmy od strażników oczekiwali. I już historia następna. Dwóch mężczyzn paliło liście na działkach przy ulicy Meteorologów na Muchowcu - dostali mandat.******

Powtarzam, nie bronię takich ludzi, nie usprawiedliwiam, ale po prostu boję się, aby nie stało się tak, że oto strażnicy zamienią swoje słynne fotoradary i blokady kół na bloczki mandatowe i lekką ręką wypisywać będą rachunki każdemu, kto pali coś niedozwolonego, zamiast najpierw zbadać - i od tego uzależnić karę -  DLACZEGO, w jakich okolicznościach i na ile często to robi.

To tylko szczypta moich zastrzeżeń, uwag i wątpliwości, oczywiście bezsprzecznie subiektywnych, ale mających tylko jeden cel, abyśmy nie zapalali kaganka oświaty ekologicznej słomianym ogniem szeroko rozumianej łatwizny.

============

* pewien zakres takich informacji znajduje się w przewodniku dla straży gminnych dostępnych w formie elektronicznej, ale jest to bardziej opis typów pieców w ogóle niż porady ułatwiające ocenę konkretnego urządzenia laikowi
** według informacji jakie uzyskałem w Urzędzie Miasta Katowic piece takie, o ile rozpoczęcie ich eksploatacji nastąpiło przez 1.09.2017 można użytkować do końca 2022 roku.
***  Link do artykułu na stronie tvn24.pl
**** Link do ulotki pdf "Uchwała antysmogowa. Co należy wiedzieć?"
***** - Link do notki na stronie SM Katowice
******- Link do drugiej notki na stronie SM Katowice


============


Tekst opublikowany przeze mnie 13 grudnia 2017 na blogu "Katowice z poziomu chodnika"

piątek, 8 grudnia 2017

Gra w trzy kupki




Poprzednią część tej opowieści zakończyłem na dwudziestym czwartym września, kiedy to sfotografowałem po raz kolejny (powyżej) śmiecie wyrzucone przez kogoś w lesie na pograniczu Katowic i Rudy Śląskiej a zgłoszone przeze mnie Straży Miejskiej trzynastego sierpnia. Przypomnę tutaj skrótowo kalendarium wydarzeń szerzej opisanych w poście "Gra w dwa oknie".

13 sierpnia 2017 - filmuję stos starych skrzydeł okiennych wyrzuconych na ulicy Gościnnej.
13 sierpnia 2017 - przekazuję katowickiej Straży Miejskiej zgłoszenie telefoniczne i mailowe wraz z filmem oraz namiarami z Google Maps.
21 sierpnia 2017 - otrzymuję odpowiedź mailową, informującą mnie, że odpady znajdują się na terenie Rudy Śląskiej i sprawa zostaje tam przekazana. 
3 września 2017 - zwracam się z zapytaniem do rudzkiej centrali SM w sprawie podjętych działań.
7 września 2017 - Straż Miejska odpisuje mi w sposób sprawiający wrażenie, że o problemie dowiedziała się ode mnie, a nie od swoich kolegów z Katowic. Rozpoczęto działania wyjaśniające.
24 września 2017 - fotografuję śmieci ponownie. Nic się nie zmieniło.

---

Prawie już zapomniałem o całej sprawie, ale chęć znalezienia jakiegoś zakończenia do opisywanej historii skłoniła mnie do kolejnego maila półtora miesiąca później. Przekonany byłem zresztą, że cały problem dawno już jest zamknięty, ale dla porządku chciałem to mieć na piśmie. Dziewiątego listopada zwróciłem się zatem ponownie do Straży Miejskiej w Rudzie Śląskiej z zapytaniem jak też to wszystko wygląda po prawie kwartale od mojego pierwszego zgłoszenia.

Zanim jeszcze odpisano na mój list, zupełnie przypadkowo, w ramach świątecznego spaceru jedenastego listopada odwiedziłem jednak osobiście ulicę Gościnną, która równie gościnna co dla ludzi, była jak się okazało, i dla śmieci zalegających tam nadal w najlepsze.


Dwudziestego pierwszego listopada rudzcy strażnicy poinformowali mnie, że czynności śledcze trwają, zaś do wywiezienia odpadów zobowiązał się Wydział Gospodarki Komunalnej ich miasta.

Zaraz po odczytaniu powyższego pisma zatelefonowałem do Urzędu Miejskiego Rudy Śląskiej i tam poinformowano mnie, że okna zostały usunięte 13 listopada. Dwudziestego piątego listopada wykonałem poniższe zdjęcie. Wreszcie je wykonałem!


I tak właściwie ta opowieść mogłaby się zakończyć, gdyby nie trzy kwestie spędzające mi sen z powiek.

Po pierwsze: dlaczego od zgłoszenia śmieci w lesie do ich wywiezienia (abstrahując od czynności dochodzeniowych itp.) musiał minąć kwartał, zaś zaangażowani w to wszystko byli pracownicy aż trzech instytucji?

Po drugie: dlaczego strażnicy z Rudy odpisali mi we wrześniu tak, jakbym to ja, a nie wcześniej ich koledzy z Katowic zgłosił im problem i także dlaczego tak dziwnym zbiegiem okoliczności jest data wywiezienia odpadów w połączeniu z o trzy dni wcześniejszą datą mojego ostatniego pisma?

Po trzecie: jeżeli pracownicy Wydziału Gospodarki Komunalnej UM Rudy Śląskiej dojechali do granicy Katowic ulicą Gościnną, to dlaczego zignorowali dwukrotnie mając przed oczami to coś na zdjęciu poniżej leżące przy drodze kilkaset metrów dalej, jak najbardziej w kierunku ich miasta?


niedziela, 24 września 2017

Gra w dwa oknie

Ta historia nie ma dobrego bohatera, ponieważ obie jej strony są złe, choć każda w inny sposób. Jedną jest człowiek, którego stać na wymianę kilkunastu okien, ale nie stać na usunięcie tych, które zdemontował, mimo że kosztuje to może połowę jednego nowego. Stroną drugą jest katowicka i rudzka Straż Miejska, które pokazują, że pracując na państwowym hasło "czy się stoi czy się leży" ciągle jeszcze można uważać za aktualne...
***
Półtora miesiąca temu, trzynastego sierpnia, podczas jednego z moich rowerowych spacerów po okolicy napotkałem w lesie na pograniczu Rudy Śląskiej i Katowic wyrzuconą przez kogoś dość dużą ilość starych skrzydeł okiennych i innego poremontowego śmiecia. Po kilku godzinach skontaktowałem się telefonicznie z komendą Straży Miejskiej w Katowicach i przekazałem informację o tym znalezisku, sugerując, że racji mniejszej odległości od zabudowań Kokocińca (to dzielnica mojego miasta) niż Rudy Śląskiej odpady mogą pochodzić "z naszej strony" mimo usytuowania prawie dokładnie na granicy gmin. Przyjmujący zgłoszenie zapewnił, że patrol uda się na miejsce następnego dnia i poprosił o dokładniejsze namiary. Przesłałem mu zatem mailem odpowiedni link KLIK! oraz fragment filmu z mojej kamery rowerowej.





Film z 13 sierpnia 2017


Sprawa wydawała się prosta. Śmiecie faktycznie leżały na granicy miast, jednak wedle Street View  był to jeszcze teren Katowic, zaś zdrowy rozsądek oraz mój zmysł dedukcji podpowiadały, że także z Katowic przywieziono je tutaj. Dlaczego tak uważałem? No cóż, po pierwsze jak wspomniałem do Rudy Śląskiej jest dalej, po drugie TAM jest więcej obiektów przemysłowych niż prywatnych, a tu (i znacznie bliżej) wręcz odwrotnie, po trzecie jeśli ktoś skąpi na wywóz legalny to nie będzie jeździł nie wiadomo ile kilometrów z takim truchłem, bo poza kosztami, także musi być pewnym że zna miejsce w którym odpady wywala i że nikt go tam nagle nie nakryje. Logiczne? Uważam że tak. Ale to jedyna logika w tej opowieści.

Ponad tydzień zajęło Straży Miejskiej w Katowicach dojście, niestety nie do śmieci, a do faktu, że znajdują się one na terenie Rudy Śląskiej, w związku z czym sprawa zostaje przekazana tamtejszym funkcjonariuszom. I o ile samo to można zrozumieć, to jednak czas od zgłoszenia do lokalizacji już nie. Stanowczo nie. Albowiem czyż nie byłoby nowocześnie i po europejsku śmiecie po prostu wywieźć a dopiero potem z rachunkiem i kolegami z drugiego miasta dalej szukać winnego? Pytanie retoryczne.


Może warto tu dodać, czego w ogóle oczekiwałem. Oczekiwałem otóż, że spacerujący lub przejeżdżający czasem po okolicy strażnicy spatrolują Kokociniec przyglądając się budynkom w których jednocześnie założonych jest co najmniej kilka nowych okien. Poznać to można łatwo, a że lwia część dzielnicy to blokowiska, których temat nie dotyczy (okna są bardzo stare), to obszar takiego patrolu dałoby się spenetrować powiedzmy w godzinę z hakiem. I sednem oczywiście jest żeby to właściciel zapłacił i za wywóz i za zanieczyszczanie lasu. I to zapłacił tak, żeby mu już na rolety grosza nie zostało. Nic trudnego, a efekt piorunujący, bo takie historie szybko się roznoszą. Śmieci niestety nie chcą i nadal leżą na (nie) swoim miejscu jak pierwszego dnia...


Zdjęcie z 23 sierpnia 2017


Czując, że coś tu stanowczo nie gra postanowiłem zapytać o losy sprawy w Rudzie Śląskiej i trzeciego września zgłosiłem się tam z pytaniem jak poniżej.




Siódmego września, bo jak już wiemy w tej branży czas płynie wolniej, kierownik referatu Straży Miejskiej w Rudzie odpisał mi mailem, z którego odniosłem dziwne wrażenie, że to nie funkcjonariusze z Katowic, ale znów ja jestem zgłaszającym.  Interesujące...



Dziś podczas kolejnego przejazdu w tej okolicy sfotografowałem śmieciuszki po raz enty. Aż mi się ciepło zrobiło na sercu, bo to przecież bez mała już punkt orientacyjny.

Zdjęcie z 24 września 2017

Minęło sześć tygodni. Czuć, że wkrótce nadejdą jesienne chłody a po nich zima. Śmieci to jakoś nie rusza i dalej spokojnie biwakują na łączce. Tak sobie myślę... A może ktoś z okolicy weźmie sobie to drewno na opał i uwolni od obowiązków biednych, zapracowanych strażników miejskich? Powiecie, że to przecież z grubą warstwą farby i że tak nie wolno? No co wy?! Przecież zanim ktoś wykryje czym palimy, będzie już kwiecień!

DODANE 11 LISTOPADA 2017





niedziela, 12 czerwca 2016

Człowiek - Praca - Godność

W najnowszym, weekendowym wydaniu Pulsu Biznesu ukazał się artykuł pani redaktor Magdaleny Wierzchowskiej "Rozpoczyna się sprzedaż Konsalnetu" w którym autorka opisując plany sprzedaży tej firmy ochroniarskiej nowemu inwestorowi pośrednio porusza także temat ogólnej kondycji całej branży i jej perspektywy. Ta właśnie część tekstu, choć marginalna w stosunku do sedna zbulwersowała mnie najbardziej i do niej też postanowiłem się odnieść wysyłając do redakcji PB i osobiście autorki list o treści jak poniżej.
 
Podkreślam, że wyrażane przeze mnie opinie opierają się na doświadczeniach i dowodach zgromadzonych na przestrzeni lat 2008 - 2016 u kilku pracodawców w branży i odnoszą się w różnych aspektach i różnym procencie do każdego z nich. Tekst poniższy nie ma na celu dyskredytowania kogokolwiek, w tym firmy będącej bohaterem artykułu p. Wierzchowskiej a jedynie uwypuklenie praktyk łamania prawa przez różnych pracodawców sektora ochrony osób i mienia.

Bardziej szczegółowe informacje na tematy zaznaczone poniżej zostały na początku tego roku przekazane przeze mnie w osobnym piśmie między innymi prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, panu Andrzejowi Dudzie.
 
 
***
 
Szanowna Pani Redaktor
 
             W tekście "Rozpoczyna się sprzedaż Konsalnetu", który opublikowała Pani na łamach Pulsu Biznesu w numerze 109 z 10-12 czerwca 2016 roku znalazły się zdania, których wymowa, nie wiem czy świadomie czy też przypadkowo, ale bezdyskusyjnie zafałszowuje obraz branży ochrony osób i mienia, w tym zwłaszcza sytuację jej pracowników. Mowa tu przede wszystkim o akapicie, w którym nazywa Pani deregulację, ozusowanie umów zleceń oraz stawkę minimalną "bolesnymi posunięciami" oraz dalszym, w którym używa Pani zwrotu "dodatkowe obciążenia" dodając jeszcze, że "firmy ratują się [podkreślenie moje] cięciami zatrudnienia". Wrażenie, jakie powstaje po przeczytaniu tych słów może być tylko jedno: oto "zły" ustawodawca rzuca kłody pod nogi przedsiębiorcom zatrudniającym setki tysięcy pracowników i pośrednio zmusza ich do redukcji, również liczonych w tysiącach, a zatem najkrócej rzecz ujmując - utrudnia prowadzenie biznesu. Odczucie takie jednak dalekie jest od jakiegokolwiek związku z rzeczywistością, na co niniejszym pozwalam sobie zwrócić Pani uwagę.

Branża ochrony w naszym kraju należy do tych, w których najczęściej łamane są prawa pracownicze i to łamane w sposób najbardziej jaskrawy, bo w odniesieniu do najniżej zarabiających i także najniżej wykwalifikowanych a tym samym najmniej zaradnych na rynku. Działania zaś, o których Pani łaskawa była wspomnieć, nakierowane są tylko na to, aby tym właśnie ludziom zapewnić te same prawa, jakie są minimalnymi w każdej innej gałęzi gospodarki i jakie za minimalne uznaje Kodeks Pracy.

Jestem dogłębnie przekonany, że rolą mediów, również tych zajmujących się wymienionymi tematami tylko od strony finansowej jest nazywanie po imieniu zmian, jakie zachodzą, zmian, których celem jest likwidacja patologii w zatrudnieniu, niemającej prawa bytu w XXI wieku nie zaś jakaś forma "domiaru".

Jeżeli bowiem mówić mamy o rzekomych obciążeniach, jakie stanowi dla pracodawcy konieczność odprowadzenia NORMALNEJ składki na ZUS z umowy zlecenia, powiedzmy najpierw o tym, jakim obciążeniem dla budżetu państwa będą kiedyś ci, za których wczoraj i przedwczoraj składek tych się nie odprowadzało. Jeżeli pochylić się mamy nad losem firm, które zastosować będą musiały stawki minimalne napiszmy wcześniej o tym za ile dziś pracują potencjalni beneficjenci tej zmiany i także jak żałosnym organizatorem jest przedsiębiorca, który mając potrzebę zatrudnienia pracownika nie jest w stanie zaproponować mu nic ponad to, co prawo wyznaczyło, jako stawkę najniższą z możliwych. Nazywajmy, powiadam, rzeczy po imieniu.

Jeszcze jakieś sześć, siedem lat temu najszerzej stosowanym a nieuczciwym, należy to podkreślić, sposobem obniżenia kosztów zatrudnienia w ochronie było tylko i aż stosowanie umów zleceń zawieranych ze spółkami córkami głównego pracodawcy, jako obowiązkowych uzupełnień etatów. Poprzez te właśnie dodatkowe umowy wypłacano wynagrodzenie za godziny nadliczbowe tworząc fikcję pracy świadczonej innemu podmiotowi a zatem niepodlegającej przepisom o dodatkach za nadliczbówki, czyli po prostu pozwalającej wypłacać za godzinę kwoty niższe niż nawet z pensji minimalnej. Wydawało się wtedy, że jest to maksimum tego, co można w tej kwestii zmanipulować, ale oczywiście był to dopiero początek tej swoiście pojmowanej kreatywności pracodawców. Niewiele później pojawiły się na masową skalę umowy zlecenia już solo, bez etatów, choć przecież zawsze prawie spełniające wszystkie wymogi stawianej takiej właśnie pracy. Cały zaś rok 2015 to wysyp umów jak je nazywam syjamskich, czyli zleceń bez składek emerytalnych i chorobowych, bo wystawianych nominalnie w dzień lub kilka dni po fikcyjnej umowie np. na 50 zł brutto (sic!!!) miesięcznie na pracę inną niż faktycznie wykonywana, istniejącą co prawda tylko na papierze, ale za to przepisowo w pełni oskładkowaną. Pozbawiono w ten prosty sposób nie tylko tysiące ludzi gwarantowanych im praw, ale i przy okazji oszukano ZUS i pośrednio urzędy skarbowe. Przykładem wreszcie ekstremalnym niech będą przypadki ogłoszeń o pracę, w których firmy ochroniarskie, będące, o czym się prawie nie wspomina w mediach, w większej części zakładami pracy chronionej, oferowały zatrudnienie na etat osobom (uwaga!) chorym psychicznie, upośledzonym umysłowo, z chorobami narządu wzroku oraz cierpiącymi na epilepsję, czyli najkrócej: ludziom, którzy przy całym szacunku dla ich stanu nigdy nie powinni pracować w branży, jako potencjalnie stwarzający zagrożenie dla siebie i innych. Co stało u podstaw tego otwarcia pracodawców? To proste: Najwyższe akurat za takich pracowników dopłaty z PFRON-u. Nazwanie takich praktyk tylko nadużyciem, byłoby zbyt łagodne…

I wreszcie kwestia ostatnia, ale absolutnie nie najmniej ważna, bo wiążąca się ze wszystkim prawie, co napisałem powyżej. Umowa zlecenie w ochronie nie oznacza dla zatrudnionego jak się to czasem przedstawia „tylko” pracy bez urlopu czy limitów godzin, ale jest przede wszystkim stosowana dla umożliwienia wypłacania za pracę stawek niższych, czasem drastycznie niższych niż w przypadku pensji minimalnej. Dokładniej zaś: służy do omijania prawa, ponieważ jak już wspomniałem przytłaczająca większość ochroniarzy wykonując swoje obowiązki spełnia wszystkie wymogi stawiane zatrudnieniu na etat. W praktyce oznacza to zatrudnianie za stawki uwłaczające godności człowieka, czyli np. pięć, cztery a czasem i trzy złote netto za godzinę bez jakichkolwiek dodatków. Proszę pamiętać o tym wszystkim, gdy kolejny dyrektor lub prezes wylewać będą swoje żale na utrudniające ich firmom działalność zmiany w prawie.

Rynek, szeroko rozumiana ekonomia, podaż i popyt są, z czym się w pełni zgadzam, jedynym motorem współczesnej gospodarki, ale motor ten, jeżeli rozumieć go dosłownie stać powinien zawsze na fundamencie prawa, nie zaś jak to ma dziś często miejsce w branży ochrony osób i mienia – zatopiony w pozbawionym zasad moralnych bagnie.  
Z wyrazami szacunku
[tu w oryginale moje imię i nazwisko] – Katowice
 
Imię i nazwisko tylko do wiadomości redakcji.
 
 
 
***
 
 
DODANE 13 CZERWCA 2016

 

 
Kliknij aby powiększyć obrazek 
 
 

środa, 3 lutego 2016

Drugie tłoczenie morświna


Czy można de facto okraść kogoś, a następnie otrzymać od niego pisemną prośbę o okradzenie powtórne, tyle, że dokładniejsze? Nic prostszego. Proszę notować.

Zatrudniamy se jakiegoś przykładowego pana Morświna do powiedzmy rejsów dalekomorskich. Bardzo się cieszymy i on sie cieszy i w ogóle jest miło. Korzystając z okazji od razu uświadamiamy gościa, że takie bajery jak umowa o pracę to były za komuny, i teraz, w drodze absolutnego wyjątku, bo naprawdę jest źle, możemy mu dać, no ciężko będzie, ale spróbujemy, powiedzmy umowę zleconko. Ale za trzy czwarte albo i (jak Morświn głodny, to można próbować) za połowę tego, co mają nieliczne Wieloryby w naszym akwenie. Kwot radziłbym na początku nie wymieniać, bo po co się zajmować par excellence drobiazgami. Morświn może zacząć tutaj jakby wierzgać (to przenośnia taka, bo i czym jak mu natura poskąpiła), że coś nie bardzo, że jak to, on sam za tyle? A nie, nie, uświadamiamy go wtedy. Nie sam. Razem z Wielorybami właśnie. W ramach tej, no kurde... integracji międzyumowowej! One na ekonomicznym dnie, on w Rowie Mariańskim.

Jeśli po wzbogaceniu tą wiedzą nasz nowy narybek, znaczy się nabytek, na szczęśliwego nadal nie wygląda, informujemy go zaraz o specjalnym, acz obowiązkowym ekstra dodatku. Otóż wystarczy, że on, Morświn, nas poprosi żebyśmy go oskubali z ZUS-u, bo po co mu tam jakieś emerytury, zwolnienia lekarskie i inne przeżytki ustrojowe, a my to zaraz z wielką przyjemnością uczynimy i na pocieszenie dodamy potem do pensji połowę tego, cośmy mu zabrali, żeby znał nasze dobre serce, ale także żebyśmy mieli z kim iść do kicia jak sprawa wyjdzie na jaw. Taka sprzedaż wiązana. Drutem kolczastym.

I teraz to już pis a kejk ;) Pan Morświn, dumny i wyróżniony podpisuje nam świstek, że tam wnoszę o to żeby mnie pozbawić składek, a my to wykonujemy jak najbardziej, choć obiecaną połowę łupu owszem zaraz oddajemy, ale jakby tam coś, ktoś, to niby że z drugiego zleconka, na powiedzmy gupie pięć dyszek brutto miesięcznie.  I też, żeby nie było, z tych pięciu dyszek jak bum cyk cyk opłacamy chłopakowi emeryturę. Jak dobrze pójdzie będzie miał na niej kiedyś może i 14 zł. Oooo! Super, ale za co to zleconko będzie? No jak, za co? Za loty w stratosferze na ten przykład. Ale jak, Morświn ma latać?! Przecież to niewykonalne! No pewnie, że nie - uspokajamy go - Chodzi tylko o to żeby nas skarbówka z ZUS-em nie dorwały.

A gdyby delikwent był taki więcej de iure, że niby skoro nie lata, to nie może podpisać i inne tam takie, to podpiszemy mu my. Podziękowanie za pracę. Na druku zwrotu koszuli służbowej.

Podsumowując. Morświn powinien mieć etat, ponieważ wykonuje te same rejsy co Wieloryby, które etat jak najbardziej mają, robi to na tej samej trasie, z tym samym kapitanem, a nawet z nimi jeszcze do towarzystwa. Ale etatu nie ma, bo jest bieda i ma zleconko. Że bieda jest bardzo, ale to bardzo, zleconko jest na dużo mniej. To raz. Dwa to z tego zleconka, które jeszcze do 2014 roku było dla nas fajne, że się tak wyrażę au naturel, zajumaliśmy naszemu szczęściarzowi kawałek jego emerytury i prawo do zachorowania, bo nas o to sam na piśmie poprosił, więc zysk się (nam) zwiększa. Że tam Morświnom w stratosferze loty idą raczej kiepsko nie ma znaczenia, bo i tak wszyscy wiedzą, że to taki więcej economical fiction.
No.
I ten teges.


===

Absurdalna z pozoru powyższa historyjka nie przez przypadek nawiązuje do mojego tekstu sprzed kilku lat zatytułowanego "Krótki kurs hodowli morświna”, w którym to opisywałem praktyki zatrudniania pracowników jednocześnie na etat i przymusową fikcyjną umowę zlecenie. Nieprzypadkowo, albowiem zgodnie z proroczym wręcz ówczesnym komentarzem jednego z Czytelników dziś warunki takie jak tam opisane można by uznać za komfortowe.  Sztuka omijania prawa pracy, a wręcz nazywając rzeczy po imieniu nieskrywanego już nawet go łamania rozwinęła się od tamtego czasu niebywale. Oto nie dość, że w ciągu kilku lat umowy cywilnoprawne awansowały z pozycji bardzo niszowych, specyficznych, ewentualnie uzupełniających do w niektórych branżach wręcz pierwszoplanowych, to jeszcze w końcu 2014 roku pracodawcy wdrożyli już na masową skalę sztuczkę, którą nazwać by można umowami syjamskimi. Jak napisałem na wstępie żywy dowód, że można okraść już raz okradzionego. Niewielkim tylko pocieszeniem jest tu fakt, że od stycznia 2016 stosowanie takich umów jest w dotychczasowej formie niemożliwe.

Ale zacznijmy od początku. Czym naprawdę była umowa syjamska?

Było to nic innego jak tylko druga umowa zlecenie* zawierana z tym samym pracodawcą na inną jednak od dotychczas wykonywanej, istniejącą tylko na papierze pracę i także na znacznie niższą (najczęściej 50 zł brutto miesięcznie) kwotę wynagrodzenia. Pod niewyartykułowanym oczywiście wprost rygorem zwolnienia był to zestaw nierozłączny (stąd użyte przeze mnie określenie "syjamska") a dla pracownika w takiej formie obowiązkowy. Sedno całego pomysłu tkwiło jednak nie tyle w samych umowach, ile raczej w dokumencie je uzupełniającym, w którym to zatrudniony wnioskował (sic!) o odprowadzenie mu składek emerytalnych i chorobowych właśnie z umowy mniejszej, ewidentnie dla niego niekorzystnej.  Warto tu zadać pytanie, dlaczego tak czynił, mając przecież świadomość, że to tylko on decyduje, a wybranie do oskładkowania umowy n
a 50 zł brutto oznacza niższe świadczenia emerytalne w przyszłości i brak płatnego zwolnienia chorobowego** dziś. No cóż, po pierwsze dlatego, że wyboru takiego dokonywał już za niego zatrudniający najczęściej podsuwając mu tylko do podpisania gotowy druczek, po drugie dlatego, że umowa mniejsza zwykle była wystawiona z datą o dzień wcześniejszą niż większa i jako taka zgodnie z prawem powinna być automatycznie uznawana za tę do oskładkowania***, i wreszcie po trzecie także dlatego, że połowę "zaoszczędzonej" w ten sposób kwoty, a więc jak gdyby udział pracownika w składce, która normalnie byłaby odprowadzona (druga połowa tej składki to zysk firmy), zwracano mu na konto. Tak, macie Państwo rację, właśnie w postaci niby to wpływów z nigdy nie wykonywanej pracy objętej drugą umową...




I tym sposobem dochodzimy do sedna. W branży ochrony osób i mienia oraz tzw. czystościowej**** absolutna większość zatrudnionych na umowy cywilnoprawne spełnia warunki stawiane pracy na etat. Ich praca odbywa się bowiem w określonym z góry miejscu, wg określonego zakresu obowiązków, pod kierownictwem określonego przełożonego, w konkretnych godzinach itd. Dawanie im śmieciówek,  to już złamanie prawa (KP Art. 22 §1 oraz §11).  A czym jest dodawanie potem umów kolejnych, całkowicie fikcyjnych, stworzonych wyłącznie po to by już poszkodowany kosztem kilkudziesięciozłotowego zysku stał się współwinnym?

Jeżeli pamiętamy o tym jak najczęściej nisko zarabiające osoby obciążone były w 2015 roku opisywanym procederem nie da się chyba nie odnieść wrażenia, że było to masowe produkowanie przyszłych klientów opieki społecznej a zatem nie tylko kolejny przypadek łamania prawa, ale też czyn zwyczajnie podły, bezmyślny, dyskryminujący i zasługujący na ukaranie.

Kierując się takim właśnie odczuciem zwróciłem się w styczniu 2016 roku z oficjalnym pismem  do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy wnosząc o przedstawienie problemu Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych oraz odpowiednim Urzędom Skarbowym celem przeanalizowania dokumentacji i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności karnej. Zgłosiłem też oczywiście gotowość przedstawienia dowodów, które posiadam i szerszych wyjaśnień, jeżeli byłoby to pomocne.



=============


* - Nie sama druga umowa jest tu problemem, a jej przymusowość, fikcyjność oraz szkodliwość ekonomiczna dla pracownika.
** - Ubezpieczenie chorobowe jest jak najbardziej możliwe przy umowie zleceniu, ale jaki ma sens przy 50 zł brutto?
*** - Pracownik może wprawdzie sam zdecydować niezależenie od daty wystawienia i w każdym terminie, z której umowy mają być odprowadzone składki, ale... niechby spróbował. Druki są już zakreślone "fabrycznie" w odpowiadający firmie sposób.
**** - Umowy syjamskie były w 2014 roku stosowane masowo, zwłaszcza w branżach w których wynagrodzenia sa najniższe a pracownicy najbardziej nieuczciwie traktowani. Były to oczywiście bardzo różne branże, ale stanowczo ochrona i sprzatanie to największy kawałek tego zatrutego tortu :)



=============
 
Podobne posty na tym blogu:
 
  

 

sobota, 17 października 2015

Od Hoffa do Barei

Dwunastego września bieżącego roku opublikowałem na tym blogu wpis w którego treści  zamieściłem między innymi odpowiedź pani Karoliny Biedroń - naczelnika wydziału ds. skarg i wniosków Biura Zarządu i Kontroli PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. na moje pytanie o dalsze losy dworca w Wiśle Głębcach po zakończeniu trwającego tam remontu. Kluczowy na dziś fragment tegoż pisma brzmiał:
 
Biuro Zarządu i Kontroli PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. uprzejmie informuje, że zgodnie z informacjami uzyskanymi od administratora (PKP S.A.), dworzec w Wiśle Głębce należy traktować jako dworzec nieczynny. Dworzec w najbliższym czasie ma zostać przekazany na rzecz miasta Wisła.
 
Wobec powyższego szesnastego września 2015 roku zwróciłem się do Urzędu Miasta Wisły z następującym zapytaniem:

Szanowni Państwo,

Jako turysta i wielki sympatyk Waszego miasta zwracam się z prośbą o wyjaśnienia na temat dalszych losów budynków dworcowych na stacjach Głębce i Uzdrowisko. W tym pierwszym trwa generalny remont, a z informacji jakie kilka dni temu uzyskałem z PKP wynika, że będzie przekazany miastu, stąd moje zainteresowanie. Czy zachowana będzie choć częściowo jego pierwotna funkcja? W jakim zakresie? Jak samo miasto wykorzysta ten obiekt?
 
Co do dworca w centrum pytanie jest jeszcze bardziej banalne; czy remont i choć częściowe udostępnienie dworca pasażerom w ogóle jest rozpatrywane? Budynek jest piękny, opisywany nawet w przewodnikach (np. u genialnego Mirosława Barańskiego, który zachęca do zwiedzenia urządzonej po góralsku poczekalni) a niestety od lat stoi zabity deskami. Uważam, że to nie tylko niewygoda dla osób oczekujących na pociąg, ale i (w obu przypadkach) duży wizerunkowy minus dla tak znanej miejscowości turystycznej.

Wdzięczny będę za odpowiedź w formie elektronicznej. Adres zamieszkania podaję jako wymóg prawa w korespondencji do urzędu.

Z wyrazami szacunku
[Tu w oryginale moje imię, nazwisko oraz pełne dane adresowe]
 
 
Piętnastego października 2015 otrzymałem odpowiedź podpisaną przez panią Małgorzatę Szalbot - Kierownika Referatu Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta w Wiśle.
 
 
 
 
Odpowiadając na maila w sprawie przyszłości budynków dworcowych na stacjach kolejowych Głębce i Uzdrowisko w Wiśle uprzejmie wyjaśniam, co następuje:

- Gmina Wisła nie jest właścicielem zabudowań przy ul. Dworcowej w Wiśle Głębce jak również nie może potwierdzić informacji na temat przekazania ich Gminie. Nie posiadamy również informacji na temat dalszego wykorzystania obiektu.

- Budynek “dworca kolejowego” [cudzysłów jak w oryginale - dop. Portiera] w Wiśle przy ul. Kolejowej stanowi własność Gminy Wisła. Obiekt został zakupiony w listopadzie 2014 roku i z uwagi na stan techniczny wymaga kapitalnego remontu.

Celem opracowania koncepcji zagospodarowania terenu wraz z remontem obiektu niezbędna jest zmiana obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego miasta Wisły do czego Gmina już przystąpiła.

Jednocześnie wyjaśniam, że zgodnie z zawartym aktem notarialnym na nieruchomościach położonych przy ul. Kolejowej zapewnione będą między innymi funkcje związane z obsługą pasażerów, w tym między innymi swobodnego dostępu do peronów, zapewnienie poczekalni czy punktu sprzedaży biletów, a zakończenie remontu obiektu planowane jest do końca 2020 roku.
 
 
---
 
 
KOMENTARZ PORTIERA
 
Witamy w Polsce! Oto jedna z ważniejszych miejscowości turystycznych w naszym kraju, która mając pięć (!!!) stacji i przystanków kolejowych nie ma na nich ani jednego czynnego, najskromniejszego choćby budynku dworcowego. I oto są dwa remonty. Jeden sprawny, dynamiczny, radykalny, ale nikt nie wie przez kogo i dla kogo przeprowadzony, a więc na dziś przynajmniej jakby zamieciony pod dywan, i drugi rodem z PRL-u, rozwlekły, zagmatwany, pełen och jakich strasznych trudności i przewidywany na bite pięć lat, to jest o trzy lata dłużej niż trwało wybudowanie w Katowicach od fundamentów po dach dworca w którym zmieścić by się mogły obydwa wiślańskie z przyległościami...


Błagam, niech ktoś mnie obudzi!




 

piątek, 16 października 2015

Ziemia (już nie taka) niczyja

Dziewiątego sierpnia bieżącego roku zwróciłem się w piśmie do Straży Miejskiej o skontrolowanie posesji przy ulicy Jankego 11 w Katowicach ze względu na zagrożenie jakie stanowi dla okolicznych mieszkańców i przechodniów będąc de facto otwartym, niechronionym, nieoświetlonym, zarośniętym i pełnym niebezpieczeństw zarówno ze strony ludzi (pijących alkohol oraz bezdomnych) jak i zwierząt (stado dzików) terenem z tygodnia na tydzień dodatkowo dewastowanym jeszcze przez złodziei złomu.
 
Trzynastego sierpnia kierownik referatu południe SM w Katowicach p. Józef Barański pisał do mnie jak następuje:
 
Opisany w Pańskim e-mailu [...] stan porządkowy powyższej nieruchomości został przez funkcjonariuszy Straży Miejskiej potwierdzony.
 
Straż Miejska wystąpiła pisemnie do właścicieli nieruchomości zamieszkałych w Krakowie i w Płocku o uporządkowanie terenu nieruchomości z zalegających odpadów komunalnych, zabezpieczenie otwartych studzienek kanalizacyjnych bądź deszczowych oraz zabezpieczenie nieruchomości przed dostępem osób postronnych.
 
Oto przykładowe zdjęcie ogrodzenia od str. ul. Jankego wykonane w sierpniu.
 

Minęło kilka miesięcy i oto co się zmieniło. Po pierwsze teren wokół budynku został wykoszony i oczyszczony, po drugie skradzione skrzydła bocznych bram uzupełniono siatką, zaś po trzecie i najważniejsze resztki przerdzewiałego ogrodzenia usunięto a od kilku dni sukcesywnie otacza się cały obszar betonowym murem.
  
A więc można? Można!
A czy trzeba? Trzeba jak najbardziej!
 
Oto okolica głównej bramy 15 października...
 

...i 23 października (nadal trwają prace w innych rejonach).
 
 
  
 
========================
 
PRZECZYTAJ TAKŻE PIERWSZY WPIS
 
 
 
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.