Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komputery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komputery. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 sierpnia 2023

Sztuczna Inteligencja, czyli Prawdziwa Głupota

W ciągu ostatnich powiedzmy dwóch lat tak zwana Sztuczna Inteligencja weszła w nasze życie na skalę wręcz niewyobrażalną. Jest prawie wszędzie tam, gdzie stykają się człowiek i oprogramowanie. Jako narzędzie sprawdza się doskonale. Dzięki niej możemy oglądać filmy z VHS-ów podrasowane do Full HD a nagrania z "mindefałek" (mini DV - pierwszy powszechny system cyfrowego zapisu filmów) zaprgrejdowane do 4K. Wyostrza i wzbogaca zdjęcia, koryguje kolory, odszumia i poprawia dźwięk. Zapewne ma też inne zastosowania. Nadal jednak zyskujemy tylko, jeżeli jest naszym narzędziem, a gdy usiłujemy ustawić ją w roli czegoś więcej...

Tak mi się teraz skojarzyło. Nowocześni i bardzo nowocześni śmieją się do rozpuku z ludzi, którzy z jakiejś plamy na ścianie czy zarysu na drzewie robią sobie w głowach obraz Chrystusa albo Maryi i zaczynają się doń modlić. Niejednokrotnie jednak ci właśnie w tak bezkompromisowy sposób postępowi chwilę później również "modlą się" do iluś literek kodu programu, czyli właśnie Sztucznej Inteligencji. Dla nich to już nie narzędzie, ale prawie osobowość, drogowskaz, wyrocznia.

Dla mnie to nawet gorsze zacofanie niż dziadek z babcią klękający przed plamą na murze.

Na You Tube posłuchać już możemy Freddyego Mercurego śpiewającego "Final Coundown" zespołu Europe albo Michaela Jacksona wykonującego hity Celine Dion. I ludzie tego słuchają. Naprawdę słuchają. Klikają, komentują, przeżywają. Dekadę temu nazywali Autotune zabijaniem muzyki, dziś chylą czoła przed szambem, jakim jest sztuczne generowanie głosu nieżyjącego wokalisty, który nigdy jakiegoś utworu nie śpiewał, albo nigdy nie chciałby go zaśpiewać. Ale przecież to takie futurystyczne, takie nowe, takie wspaniałe!

PG wchodzi w nasze życie nachalnie, pcha się do wyszukiwarek internetowych, proponuje nie tylko szukanie czegoś, ale wręcz myślenie za nas i udaje, głupio, bo inaczej nie potrafi, że jest mądra.

Google wprowadziło właśnie Barda, Prawdziwą Głupotę mającą być pomocą dla tzw. Przewodników Googla, czyli po prostu ludzi takich jak ja, dodających czasami do Map swoje zdjęcia czy recenzje. Bard jest szybki, miły i potrafi pisać/mówić jak człowiek. Problemem jest to, że nie potrafi myśleć, bo jest tylko zbiorem komend na łączenie w całość różnych wyszukiwań w Internecie.

Zadałem oto Bardowi proste pytanie. Jakie poleca łatwe szlaki turystyczne dla seniorów w Beskidzie Śląskim?

Prawdziwa Głupota zaproponowała mi między innymi trasę z Ustronia Polany na Skrzyczne. Zaciekawiło mnie to, ponieważ stanowczo nie uznałbym niczego ze Skrzycznem w składzie za łatwe, no chyba że od kolejki do kolejki, ale żeby z Ustronia?

Bard nie widzi problemu. Trasa jest łatwa, ponieważ ma trzy kilometry (sic!), sześćset siedemdziesiąt metrów przewyższenia (to nie jest mało, zaręczam) i trwa półtorej godziny. Zaczyna się w Ustroniu Polanie szlakiem zielonym, a kończy na Skrzycznem obok schroniska. Najpierw prowadzi przez las, a potem przez polany (o maj gat!). 

Co Państwo na to? Tylko maszerować. Oczywiście lasy i polany spoko, ale informacje od Barda trzeba zweryfikować, bo w górach żartów nie ma.

Weryfikujemy:

Trasa ma w rzeczywistości 22,5 km, suma przewyższeń to 1510 metrów, a czas przejścia ponad 8 godzin. Założenie było tylko takie, żeby początek był w Ustroniu Polanie, koniec na Skrzycznem a pierwszy odcinek zielony. Jak papiery Barda...

"Jesteś idiotą, Bard. Nawet kalkulator ma więcej inteligencji niż ty" - napisałem mu w okienku.

Oczywiście jak twierdzą uczeni oraz doświadczenie gatunku ludzkiego, Bard będzie ewoluował i jest szansa, że kiedyś zrozumie, że go obraziłem, a także postanowi się zemścić, ale jakoś się tego nie obawiam. Do tego czasu bowiem zostanę już dawno przekonwertowany na torf.

Enter. W imię Ojca i Syna.

Mojżesz teraz bezpiecznie wyłączyć komputer :)




Kliknij, aby powiększyć

niedziela, 24 października 2021

Jak usunąć malware AGENT TESLA

Z pozoru coś zupełnie nie na temat, ale ważnego. Malware. Szkodliwe oprogramowanie. Dokładniej niejaki agent tesla, czyli świństwo pozwalające wykraść nasze dane.

Nie wiem skąd się przyplątało, ale się przyplątało. Najpewniej ze spamem. Jeżeli i Ty masz z nim problem, to przeczytaj jak ja się go pozbyłem. Za darmo.

Jest wiele programów wykrywających tego szpiega, ale co do usunięcia bywa różnie. Wbudowany system ochrony Windows 10 w każdym razie mimo kilku prób sobie nie poradził. Inne programy są płatne, a sposoby ręczne czasochłonne. A ja połączyłem darmowość z szybkością i zadziałało.

Jak napisałem Windows Defender znalazł toto i nie potrafił usunąć. Po przekopaniu Internetu znalazłem program Combo Cleaner (KLIK!). Skuteczny podobno, ale płatny. Zainstalowałem licząc na cud. Cud się stał. Combo Cleaner znalazł zainfekowane lokalizacje będące jakimiś wpisami przeglądarki Microsoft Edge. Żeby je dokładnie usunąć musiałbym zapłacić za pełną wersję, a że tego nie chciałem robić po prostu zapamiętałem/zapisałem kto co i gdzie. Generalnie MS Edge. Spoko. Następnie ściągnąłem program CleanMyPC (KLIK!), który również w pełnej wersji jest płatny, ale sporo można w nim zrobić za darmo. A mnie wystarczyło, że potrafi usuwać programy, których Microsoft do usunięcia nie przewidział, w tym wspomnianą wcześniej przeglądarkę.

Zaznaczyłem pełne odinstalowanie Edge wraz ze wszystkimi śladami (a w tym także agentem tesla) i... zadziałało. Bez płacenia, bez reinstalacji, bez ręcznego kopania w rejestrach. W ciągu kilkunastu minut! Może mój amatorski sposób Cię przyda. Jeżeli tak, będzie mi miło. Pozdrawiam.

środa, 23 sierpnia 2017

Skąd w 2017 roku pobrać Windows Movie Makera?

Windows Movie Maker, to program do obróbki video z którym zetknął się chyba każdy. Nie jest to jakiś cud techniki, nie jest też programem uniwersalnym, ale ma absolutnie wszystko to, czego najczęściej się używa, zwłaszcza przy filmach amatorskich, to jest przycinanie, dodawanie napisów, możliwość dodania przejść, muzyki, dubbingu, przekodowania itd. A do tego jest prosty, wygodny, darmowy i po polsku. 
Niestety, od początku 2017 roku Microsoft zaprzestał wspierania zarówno Movie Makera jak i pakietu Windows Live (Windows Essentials) na który poza edytorem video składały się także edytor postów do blogów Writer, aplikacja Messenger, Poczta Windows Live, Galeria oraz obsługa dysku OneDrive w czasach gdy nie był on częścią systemu.

Próba pobrania tych programów z wcześniej działających linków kończy się komunikatem o błędzie, takim jak ten poniżej: 


Sam producent na odpowiedniej stronie także informuje o braku możliwości pobierania wspomnianych aplikacji.


Na szczęście istnieje ciągle sposób ściągnięcia tych programów i korzystania z nich jak dawniej.

---

Zaczynamy od strony na której odnaleźć możemy oficjalne stare linki do różnych odmian językowych pakietu Windows Essentials 2012. KLIKNIJ!

Tam wybieramy interesującą nas wersję polską i klikamy w odpowiedni link, a następnie otwieramy lub zapisujemy i otwieramy malutki program instalacyjny (oficjalny od MS). Strona która się wtedy otwiera w normalnej wersji była początkiem ściągania całego pakietu, ale teraz wyświetla błąd 404. Ignorujemy go i KOPIUJEMY tylko zawartość paska adresu.


Otwieramy Internetową Maszynę Czasu i w jej pasku wklejamy adres pliku do pobrania. Otrzymujemy kilka lokalizacji. Dla wersji polskiej wybieramy tę z 23 kwietnia 2016. Klikamy i... już normalnie ściągamy pakiet.

 
Podczas instalacji możemy wybrać programy, które nas interesują a zrezygnować z tych, których nie chcemy.  I tak to właśnie w 2017 roku Windows Movie Maker nadal ma się dobrze i może służyć nam jak dawniej...




środa, 20 marca 2013

Moje dziesięć lat z komputerem

Lada moment minie dziesięć lat odkąd po raz pierwszy uruchomiłem komputer. Własny komputer. Wprawdzie nie przez siebie zbudowany, ale za to przez siebie za ciężko pożyczone pieniądze kupiony. Jedyny w moim życiu fabrycznie nowy należałoby tu nie bez pewnego skrępowania dodać.
 
Nie zapomnę chwili, gdy przewracając się o rozłożone na podłodze kartony i torby połączyłem wreszcie wszystkie kabelki i nacisnąłem POWER modląc się w duchu o brak jakiejś przypadkowej eksplozji. Nie wiedziałem jeszcze wtedy o "maszynach matematycznych" zbyt wiele...
 
Zanim jednak nadszedł TEN wieczór było kilka innych. Dni, nocy, popołudni i ranków. Naprawdę pierwszym komputerem, z którym wszedłem w kontakt (proszę się nie śmiać!) był poczciwy jak stara Mućka Pentium 100 MHz. Zdaje się, że miało toto jakieś 64 MB ramu i Windows 98 na pokładzie. Na uruchomienie na tym potworze najprostszego programu czekało się tyle, że można było zasnąć z nudów.
Ale właśnie przed czymś takim zasiadłem któregoś dnia z duszą na ramieniu i prowadzony telefonicznie przez znajomą („Widzisz taki duży guzik na tej skrzyni pod biurkiem?”) odpaliłem co trzeba.
„Przeczekaj to czarne, a jak się pokaże pulpit, to tam w rogu będzie taka ikonka, no znaczek taki, z dużym Wu
Przeczekałem, znalazłem ikonkę, z niemałym trudem naprowadziłem kursor gdzie trzeba i kliknąłem. Nic. „Musisz dwa razy, szybko” Aha. No to dwa razy. Klik, klik.
Tadam!
 
Ten pierwszy obrazek, jaki mam w głowie jest więc pustą „kartką” Worda – mojego do dziś ulubionego programu. Od niego zacząłem. Coś tam popisałem, skasowałem, zamknąłem. Z klawiaturą jakoś sobie radziłem, bo od dwóch lat całkiem nieźle pisałem na maszynie. Ale nikt, nikt mi nie powiedział o istnieniu w Windows funkcji „polski 214” przez co długo jeszcze wściekałem się na złośliwca, który „przestawił” klawisze „z” i „y”.
 

poniedziałek, 6 lutego 2012

Windows xp home (made)

Czasem człowiekowi wydaje się, że widział już wszystko, a potem trafia na taką aukcję i własnym oczom nie wierzy. Oto windows xp w wersji trial - działający do czasu przyjazdu policji :))

W tej sytuacji stare hasło reklamowe Microsoftu "Dokąd chcesz dzisiaj pójść?" brzmi jakby złowieszczo...


(Proszę kliknąć na zdjęcie, aby je powiększyć)

Co Portier robi w takiej sytuacji? To, co każdy uczciwy na jego miejscu zrobić powinien...

Zgłasza nadużycie.



A zanim ktoś powie, że jak to portierzy z filmów ;) jestem wredny i nadgorliwy, informuję, że przesiadłem się tydzień temu z legalnej Visty na legalną Siódemkę i nie po to zbierałem na jedno i drugie grosz do grosza, żeby innym uchodziło płazem ZŁODZIEJSTWO.

Amen. 


wtorek, 31 maja 2011

Konflikt sprzętowy

Wielokrotnie już na tym blogu i poza nim zdarzało mi się apelować lub może dokładniej; marzyć o bardziej ludzkim podejściu do biznesu i większej dozie empatii jaka moim zdaniem zmieniłaby na korzyść wszelakie stosunki pracodawców z pracownikami, kupujących ze sprzedającymi oraz abonentów z operatorami i kogo tam jeszcze z kimkolwiek. Krótko pisząc abyśmy ponad słupki Excela potrafili wynieść swoje i innych człowieczeństwo.

Nie może być chyba lepszego potwierdzenia słuszności moich słów niż historia, jaka przydarzyła mi się w ostatnich dniach.

Postanowiłem sprzedać stary komputer. Sprzęt ani  drogi ani wyjątkowy, ot typowa kompletna maszyna pod Windowsa xp.



Wystawiłem skrzynię na Allegro i zamieściłem parę ogłoszeń w darmowych serwisach. Cena uczciwa, przedmiot sprzedaży w niezłym stanie, a do tego jako bonus licencja na oprogramowanie i ono samo. Nie przesadzę pisząc, że gdybym to ja miał go kupić, to nie wahałbym się ani sekundy. Niestety, potencjalni kupujący bynajmniej nie pchali się drzwiami i oknami i nawet typowych maili w stylu „mogę panu dać [tutaj kwota]” nie uświadczyłem w swojej skrzynce ani razu do końca aukcji. Z ogłoszeniami zresztą nie było lepiej. Trochę pytań o kartę graficzną, trochę o twardy dysk i mimo pozornego zainteresowania paru osób nadal bezruch.

Obniżyłem cenę, dodałem mysz i nowiutką klawiaturę. Kilka dni i znów zero odzewu.

Obniżyłem cenę po raz kolejny zabierając tym razem dla równowagi peryferia. Też nic. Klątwa jakaś. 

Ogłoszenia wygasły, aukcja się skończyła. Potem druga. W desperacji wystawiłem trzecią znów ucinając parę groszy aż do granicy jakiejkolwiek opłacalności.

I buch! Następnego dnia komputer się sprzedał. Nabywcą okazał się pewien starszy pan z Chorzowa. Kulturalnie umówiliśmy się na spotkanie, szybko dobili targu i zadowoleni rozeszli w swoje strony. Powiedziałbym nawet że rozeszli z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, bo zdanie: Wie pan, ja przechodzę z Pentium II 400 MHz i 128 MB ram i to będzie dla mnie rakieta! autentycznie mnie wzruszyło. I teraz ważne. Przed sfinalizowaniem transakcji poinformowałem kupującego, że czasem blokuje się plastik przycisku power w obudowie i że trzeba go w związku z tym naciskać mocniej.

Następnego dnia otrzymałem maila. Innego. Bez powitania i podpisu. Bez pozdrowień i wstępów. 
„Komputer jest zepsuty! Nie działa. Włączył się raz, a potem już nie chciał. Oczekuję że mi go pan natychmiast naprawi albo odda pieniądze.  Jeżeli nie, to złożę skargę do Allegro i jeszcze w inne miejsca”

Jakie to jest to trudne słowo na określenie mojego stanu umysłowego w takiej chwili? Konsternacja! O właśnie!

Komputer nie może być niesprawny a tym bardziej mieć problemów z włączaniem, bo nigdy ich przecież nie miał, więc…
Oddzwaniam.
Z drugiej strony napotykam mur złości, pokrzykiwań, gróźb i uwag już nie tylko pod adresem sprzętu, ale i mnie samego, co sprawia, że dla świętego spokoju choć zły, to jednak proponuję osobistą pomoc przy uruchomieniu zestawu w domu kupującego.

Wieczorem znajduję w skrzynce kolejny mail. „G… mnie obchodzi, że coś nie działa! Jak płacę to ma działać! Jesteś zwykłym oszustem i naciągaczem!”

Nic mnie tak nie wkurza jak pisanie do mnie per ty poza blogiem.

„Szanowny Panie! Nie jesteśmy i z pewnością nigdy nie będziemy na ty, więc proszę się liczyć ze słowami! Komputer jest sprawny, być może zacina się przycisk w obudowie, mnie to jednak nigdy nie przeszkadzało. Kwestia wprawy. Przyjadę i wszystko wyjaśnimy.”

Nie ma co ukrywać, jestem wściekły. Po trzech aukcjach i pięciu czy sześciu ogłoszeniach w różnych serwisach sprzedałem swój ukochany sprzęcik za cenę ledwie minimalną, a tu jeszcze trafił mi się jakiś zrzęda!
Ale nic. Obiecałem to jadę.

Łatwo nie jest. Maile i rozmowa (?) telefoniczna siedzą w głowie i nakazują zabierać co swoje i kazać się miłemu panu wypchać. Szczególnie gdy wybrzydza kupując komputer z Windowsem za cenę bardziej niż korzystną.
Atmosfera zatem cokolwiek nerwowa, rozmowa trudna, ale zaczynamy. Oczywiście uruchamiam sprzęt bez przeszkód. Instaluję z płytki aktualizacje, uruchamiam po raz kolejny, a potem znowu i jakby nie patrzeć za każdym razem odpala bezproblemowo. Zapada cisza...

Starszy pan zaczyna mnie przepraszać za swoje słownictwo, a jego żona dodatkowo objeżdża go za choleryczny charakter. Po chwili zaczynamy rozmawiać normalnie.

Czy mógłbym skonfigurować Internet, zainstalować dobrego antywira, przeglądarkę i parę innych rzeczy? Za opłatą ma się rozumieć?

Mógłbym. W końcu komputery to coś, co kocham. Nie kryję, że opłaty również.

Siedzę zatem,  instaluję, dostrajam. Rozmawiamy, żartujemy. Jak ludzie. Teraz już jak ludzie. Okazuje się że summa summarum ani ja jego nie chciałem oszukać, ani on mnie obrazić.

Wychodzę po około dwóch godzinach. "Co łaska" zarobiłem tyle, że zwrócił mi się nie tylko dojazd, ale i wszystkie obniżki ceny począwszy od pierwszej aukcji, zaś mój niedawny adwersarz zyskał tanio (bo wie pan ile bierze za samo przyjście prawdziwy informatyk?) i szybko optymalnie skonfigurowany sprzęt, którego zalety poznaje teraz z wypiekami na twarzy.

Wszyscy są uśmiechnięci. A przecież jeszcze gdy przyjechałem...

Myślę, że obu nas ta historia czegoś nauczyła.

sobota, 9 kwietnia 2011

Bonnie and Clyde

Jak to już parokrotnie wspominałem bywam częstym gościem pewnego serwisu aukcyjnego realizując tam zakupy przeróżne nie tylko dla siebie, ale i czasem znajomych i o ile pogodziłem się już z faktem, że cudów nie ma,  to jednak pomysłowość albo raczej brak skrupułów niektórych sprzedających przeraża mnie nieodmiennie.

Para sprzedaje komputer. Ona dziennikarka, miła w obyciu, nazwisko bez problemu znajdywane w Google, on informatyk. Kontakt idealny, kultura bez zarzutu, cena atrakcyjna.  Po wymianie kilku maili uzgadniamy miejsce spotkania. Oczywiście pojawiają się punktualnie, a nawet przed czasem. Uśmiech, swobodna rozmowa, żarty. Przedmiot sprzedaży błyszczący nowością (???), opakowany w folię i oryginalny karton.

"Komputer był czyszczony w środku, tak że wszystko jest jak spod igły" - stwierdza Pani Sprzedająca.
Pan Sprzedający ochoczo potwierdza.

No to może sprawdzimy?

Voila!



poniedziałek, 28 lutego 2011

Access Denied

Zdjęcie pierwsze. Dwóch młodych, prawdopodobnie nietrzeźwych mężczyzn siedzi na kanapie. Jeden z nich pochyla głowę nad rozporkiem drugiego imitując fellatio. Po kilkunastu sekundach od zamieszczenia fotografii w jednym z serwisów społecznościowych obrazek ma już kilkadziesiąt wyświetleń i dużą szansę na trafienie na któryś z blogów wyśmiewających podobne nie do końca przemyślane żarty. Oczywiście de facto na zdjęciu nić zdrożnego się nie dzieje, ale czy ktoś z nas chciałby zobaczyć taki żart imprezowy z sobą w roli głównej na biurku czy monitorze swojego szefa?

Zdjęcie drugie. Para tym razem mieszana. Sądząc z opisu mąż i żona. On pochylony z dość jednoznacznie wypiętą tylną częścią ciała i ona ściągająca mu spodnie i tym samym ukazująca światu 3/4 mężowskich pośladków. Oboje sądząc po minach dobrze się bawią. Ta fotka także prawie natychmiast wyrabia sobie kilkaset wejść. Można ją nawet skasować minutę później, ale kto odnajdzie i wykasuje dziesiątki jej zrobionych w tym czasie kopii?

Zdjęcie trzecie… To Ty?!

Prywatność. Jedno ze słów kluczy cywilizacji XXI wieku. Jedna z przyczyn likwidacji tzw. spisów lokatorów na klatkach schodowych, usunięcia rubryki „zatrudnienie” z dowodów osobistych oraz powstania wszelakich „kolorowych” linii telefonicznych dla przekazywania lub uzyskiwania różnych informacji bez ujawniania tożsamości.
Prywatność jest ważna, tego nie negujemy. Coś blokuje nas przed podawaniem nieznajomym adresu czy nawet numeru telefonu, przed zwierzaniem się koleżankom i kolegom z pracy, przed odpowiadaniem na zbyt bezpośrednie pytania nawet tych osób, których jakiś sposób bliskości akceptujemy.

A w Internecie zdajemy się o tym wszystkim zapominać.
Beztrosko opisujemy swoje przeżycia, rozstania, pierwsze razy czy depresyjne myśli. Bez głębszego zastanowienia udostępniamy na lewo i prawo adresy mailowe, czasem numery telefonów albo zdjęcia (nie tylko te „dziwne”). Zachowujemy się tak jakby Internet nie był częścią tego samego świata, którego przedstawicielem jest nachalny kloszard na przystanku, zbyt bezpośredni ankieter czy wścibski kolega z pracy. Nadal, mimo upływu czasu i rozwoju (stopnia upowszechnienia) wysokich technologii dajemy sobie taryfę ulgową tam, gdzie zamiast słów i pociągnięć pióra wchodzi w grę klawiatura i myszka.

Ilu nieznanym osobom dalibyśmy bez wahania swoje zdjęcie? Na blogu czy stronie WWW czynimy to przy byle okazji. Ilu opowiedzielibyśmy o psychicznym dole, niewiernym mężu czy swoim życiu intymnym? Tu czasem zdarza nam się nie mieć tematów tabu.
A przecież po odejściu od komputera znów ubieramy swój cieńszy lub grubszy pancerz. I co ciekawe akceptujemy go!

Odwiedzam tygodniowo dziesiątki stron i blogów. Czasem skacząc po linkach, czasem szukając konkretnej odpowiedzi na konkretne pytanie, czasem jeszcze idąc na ślepo. Z wieloma osobami poznanymi (?)  w ten sposób prowadziłem korespondencję mailową czasem krótką, czasem ciągnącą się miesiącami. I nieodmiennie przeraża mnie otwartość co niektórych. Nie wiem skąd się biorąca.

Do pisania bloga wystarczy płeć, może imię czy miasto skąd się wywodzi autor. Plus oczywiście jego zainteresowania, poglądy i opinie. Nie trzeba za to absolutnie jego wieku, stanu cywilnego, wykształcenia czy zdjęcia. A przynajmniej nie trzeba go tam, gdzie tematyka jest bytem niezależnym od samej osoby autora, bo oczywiście ktoś promujący swoje obrazy, teksty, rzeźby czy fotografie ma prawo promować też i siebie. Byle robił to świadomie.

Tymczasem z tą świadomością bywa różnie. Czasem wręcz pragniemy już, zaraz, natychmiast czyjegoś zdjęcia, numeru komunikatora, informacji na temat wieku i bycia lub nie bycia z kimś. Działa złudzenie internetowych zakupów albo ściągania programów.
"Kolega"-"zainstaluj" - klikamy.

No powiedz, czemu nie chcesz? Nie lubisz mnie?

Mogę lubić Twoje słowa, charakter i sposób opisywania świata, ale nie mogę naprawdę lubić Ciebie, bo Cię tutaj nie ma.

Mnie także nie.


----

user logout

end of transsmision

niedziela, 13 lutego 2011

Fucktoora maxima

Plus minus rok temu pisałem o problemach, z jakimi stykają się podatnicy chcący skorzystać z tzw. ulgi internetowej na podstawie faktur przesyłanych mailem w formie np. PDF-a*, a dziś opowiem o kwestii podobnej, może nie tyle zawinionej przez kogoś, ale po prostu zagmatwanej do imentu.

A zatem oto jest faktura. Wiemy wszyscy (?), że usługa internetowa powinna być na niej wyszczególniona, zaś dokument musi być wystawiony na nazwisko osoby odliczającej sobie później poniesione z tego tytułu wydatki**. Ok. Wszystko proste i łatwe.  Pozornie. Co bowiem zrobić mamy w grudniu? Faktury najczęściej wystawiane są nie według miesięcy kalendarzowych, a swoistych „abonenckich”, jak na złość (w moim przynajmniej doświadczeniu z kilkoma operatorami) liczonych średnio od połowy do połowy miesiąca normalnego.

Ponieważ jak to mawiał marszałek Zych „Nie pierwszy raz staje mi” stawać przed tym problemem postanowiłem dokonać kolejnego już na tym blogu riserczu ;) i otóż poniżej jego wynik.

Faktura za grudzień 2010 może zostać odliczona od podatku za ten rok tylko wtedy, jeżeli została wystawiona i zapłacona w 2010 roku***. Jeżeli zaś wystawiono ją w grudniu, a zapłacono w styczniu, to… znika. Nie można jej odliczyć w podatku za 2010, ani też nie będzie można za dwanaście miesięcy (choć tu zdania są podzielone, niektórzy twierdzą , że data wymagalności i data wpłaty AD 2011 załatwiają sprawę). 
No ładnie.

U mnie wygląda to tak. Miesiąc rozliczeniowy mam od 20 do 19 w miesiącu następnym. Fakturę dostaję drogą elektroniczną około 25, a opłacam najczęściej w dwa, góra trzy dni później. Data wymagalności jest na pierwsze dni kolejnego miesiąca.

Rok temu nie odliczyłem sobie ostatniej faktury z 2009 gdyż (błędnie) sądziłem, że decydującą jest data wymagalności, w tym przypadku 5 stycznia. Teraz też jej nie odliczę, bo wystawiona około Bożego Narodzenia i zapłacona też w tym czasie podchodzi jednak pod rok 2009, a nie 2010…

Czyli znikła albo zniknęła, jak kto woli.

Ha!



-----------------------------------------


*- Przy rozliczaniu 2011 roku będzie już można posiłkować się np. wydrukami PDF, bez konieczności posiadania "prawdziwej" faktury elektronicznej z kwalifikowanym podpisem lub oryginalnego dokumentu papierowego

**-Pewien mój znajomy okazując w ten sposób jak sądził miłośc małżeńską pozbawił się był owej słynnej ulgi za sprawą zapisania internetu na żonę, która nie osiąga żadnych dochodów. Tym samym o odliczeniu mogą oboje tylko pomarzyć. 

***- Jeżeli faktura za grudzień 2010 jest wystawiona i opłacona w styczniu 2011 to oczywiście "wchodzi do ulgi" za rok.

niedziela, 19 grudnia 2010

Wciągnij brzuch czyli bajki robotów

Fascynuje mnie ostatnimi czasy zjawisko, które nazwałbym syndromem Trabanta*, a mianowicie istnienie różnych produktów w wersjach quasi rozwojowych, a jednak zapomnianych lub zapominanych. Brzmi dziwnie? Już tłumaczę.
Każdy chyba zetknął się choć raz z kasetą video. Skoro tak, to również fakt, że nie ograniczają się one tylko do jednego formatu jest chyba ogólnie znany. W Polsce (tak sądzę) dla większości kaseta video, to określenie kasety VHS. I teraz sedno, zanim Czytelnik zaśnie.
Że poza VHS-em, dziś już „świętej pamięci” produkowano też lepszy sprzęt i taśmy systemu S-VHS to żadne odkrycie, ale kto z ręką na sercu przyzna, że słyszał o VHS-ach z jakością lepszą niż płyta DVD? A jak się okazuje jest coś takiego! Jakaś zupełnie zapomniana, a jakże oryginalna odnoga powszechnie znanej i od dawna już nie traktowanej poważnie technologii. Dziwne, prawda?
Takich „Trabantów” jest albo było wokół nas sporo. Stare kasety magnetofonowe systemu CC miały przecież być zastąpione na progu lat dziewięćdziesiątych nie tylko jeszcze w miarę kojarzonymi dziś kasetami DAT, ale także DCC (Digital Compact Cassette), wynalazkiem Philipsa, którego sprzęt, co oczywiste, był wstecznie kompatybilny z poczciwymi analogowymi kasetkami, spotykanymi jeszcze niedawno w naszych domach. Ba! Mało tego! W latach 80 ubiegłego stulecia skonstruowano nawet kamerę nagrywającą na kasetę magnetofonową kilkuminutowe czarnobiałe filmiki!!!
Albo dyskietka. Dziś raczej poza ZUS-em ;) mało używany nośnik. A w latach dziewięćdziesiątych aparaty cyfrowe Sony Mavica zapisywały na niej zdjęcia. Dla jasności – same zapisywały, tzn. były jednocześnie czymś w rodzaju stacji dyskietek w wersji portable. Skoro zaś jesteśmy przy dyskietkach, to czymś co na przełomie lat 80 i 90 XX w miało je zastąpić był wynalazek o nazwie LS-120, system zapisu z możliwością pomieszczenia 120 MB. Dziś tyle pamięci ma byle telefon komórkowy, ale np. w 1994 roku? Sto dwadzieścia megabajtów!? Szok! Rzecz jasna LS-120 odczytywał i zapisywał także dotychczasowe nośniki.
Klasyką trabanciarstwa były znane z lat 90 odtwarzacze video lub odtwarzacze z możliwością nagrywania. Znów mowa o VHS-ie. Nie stać Cię na magnetowid? Kup odtwarzacz! Albo bardziej nawet odtwarzacz z możliwością nagrywania. Różnicy w przypadku tego pierwszego tłumaczyć nie trzeba, a drugi od magnetowidu różni się brakiem tunera i timera, czyli skazaniem na nagrywanie „tępe” z doprowadzonego kablem sygnału.
No właśnie. Więc te kasety a' la DVD, od których zacząłem, cóż to jest? Ano wymyślił ktoś D-VHS, czyli cyfrowego VHS-a,  nagrywającego (proszę łyknąć relanium i popić) do 40 GB na taśmę DF-480! Czas nagrania zależny od wybranego trybu jakości od 4 do nawet 40 godzin na kasetę. Rozdzielczość? W najwyższych trybach 1920 x 1080 lub 1280 x 720. O tym, że sprzęt obsługuje obydwa wcześniejsze formaty (czyli S-VHS i VHS) zgodnie z ich natywnymi parametrami pracy chyba nie muszę wspominać?
No i jak? Komu jeszcze poczciwe "wideło" wydaje się zabytkiem? ;)
„Trabantów” ci u nas dostatek. Półautomatyczne pralki, telewizory kineskopowe superslim (w najgrubszym miejscu ok. 28 cm), komputerowe nagrywarki combo (DVD-ROM + CDRW) czy na przykład standard SVCD jako „ratunek” przed upadkiem VCD z jednej, a nadejściem DVD z drugiej strony. No i oczywiście SACD czyli ulepszone płyty kompaktowe czy też HD-DVD jako reakcja na Blu-ray.
Pora na morał.

Zapyta ktoś całkiem słusznie, co w tym wszystkim fascynującego? Ot, zwykły postęp technologiczny. Racja, ale jednak ciekawy o tyle, że gdy się zastanowić, dojść można do wniosku, że my ludzie zachowujemy się czasem podobnie (?) chcąc w różnych sytuacjach wyglądać na młodszych, piękniejszych, sprawniejszych, inteligentniejszych czy bogatszych niż jesteśmy. I tak jak z maszynami bywa, najczęściej przegrywamy tą "wojnę formatów" tym boleśniej, im bardziej wierzymy, że poprawione zastąpi komukolwiek lepsze.
Dobranoc ;)



----------------
* - Trabant, kultowy samochodzik produkcji NRD był w swojej ostatniej wersji produkowany z czterosuwowym silnikiem VW Golfa.

czwartek, 14 października 2010

Kobyłka u płota

Planowałem zacząć ten tekst od zwrotu „pewna polska platforma cyfrowa”, ale zmieniłem zdanie.

Cyfrowy Polsat, bo to o nim mowa, decyduje za nas, z jakiego sprzętu możemy legalnie korzystać odbierając jego programy. Bo nie jest to tak Droga Internautko i Szanowny Internauto, iżby legalność Twa zależeć miała od opłaconego abonamentu i podpisanej umowy, o nie. Tyś skazanym jest na jedynie słuszny dekoder miłościwie ci sprzedającego go Polsatu.

Ale do rzeczy. Lat temu iks dołączyłem do grona użytkowników telewizji cyfrowej właśnie za sprawą umowy podpisanej z CP. Umowa była bodajże na półtora roku, a dołączony do niej dekoder stawał się moją własnością już na starcie. Po okresie obowiązkowym nadal korzystałem i korzystam z oferty programowej tej platformy i nie powiem, chwalę ją sobie. Do tego stopnia, że oddawszy na złom dekadę temu poczciwy magnetowid VHS, a nie pałając miłością do setek płyt walających się po domu zapragnąłem móc rejestrować programy co ciekawsze na twardy dysk zwany w co bardziej uczonych kręgach HDD.

Traf chciał, że dekoder właśnie Cyfrowego Polsatu i właśnie z twardym dyskiem miał na zbyciu ktoś znajomy. Sprzęt był w stanie idealnym, pełnosprawny, z wszelkimi papierkami i po okazyjnej cenie. Przyznaję, że nie wiedziałem wtedy, iż stosowana, jako w pewnym sensie klucz deszyfrujący abonencka karta chipowa jest przypisana do konkretnego egzemplarza i przekonany byłem, że przełożenie jej podobnie jak karty sim w telefonie już umożliwi mi korzystanie z nowego urządzenia.

Byłem w błędzie. Karta nie zadziałała. Sprawdziłem starą kartę którą otrzymałem od znajomego. Ta funkcjonowała bez zarzutu, ale tylko przy programach niekodowanych. Zadzwoniłem do BOK Cyfrowego Polsatu i wyjaśniając w czym rzecz poprosiłem o pomoc.
-Nie ma takiej możliwości – usłyszałem od miłej pani – Karta przypisana do jednego odbiornika nie zadziała w innym.
-OK. Rozumiem, ale musi istnieć jakieś rozwiązanie, prawda? Może da się nabyć odpłatnie nową kartę albo aktywować ponownie tą z drugiego dekodera, a jednocześnie odłączyć moją? W końcu to tylko chip i koszty przeprogramowania go nie mogą być wielkie.
-Zapytam przełożonego.
-...
-Nie ma takiej możliwości – po krótkiej chwili powtórzyła konsultantka
-Zaraz, chwileczkę. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę. Płacę abonament, tak? Dekoder jest moją własnością, prawda? Obydwa dekodery są sygnowane waszym logiem i pochodzą z Waszego kanału dystrybucji? W czym więc jest problem?
-Nie może pan przełożyć karty do innego sprzętu.
-Aha.

Co Portier robi w takich razach to już wiadomo. Pisze list. Do BOK Polsatu oczywiście.
------
Proszę o wyjaśnienie mi następującej kwestii.

[Tutaj opis sprawy jak powyżej i potem:]

Pytanie jest krótkie. Dlaczego?

Nie zadawałbym go gdyby był to sprzęt spoza oferty Polsatu, choć wiem, że i takie z odpowiednim modułem są w stanie odbierać Wasze programy, ale tutaj chodziło o wymianę dekodera na inny również z Waszym logo. Uważam to za delikatnie mówiąc nonsens i bezzasadne ograniczanie praw abonenta. Idąc dalej w ten absurd mógłbym zapytać czy rekomendujecie Państwo jakieś określone typy telewizorów? Prawda, że głupie pytanie? Dlaczego więc ktoś narzuca mi jaki mam mieć odbiornik satelitarny, a jakiego mi mieć nie wolno?

[Tutaj w oryginale moje imię, nazwisko i adres]
------
Dziś wieczorem otrzymałem odpowiedź.
------
Witam

Uprzejmie informuję, że karta jest przypisana do posiadanego dekodera i stanowi jego integralną część, w związku z powyższym nie będzie ona działała z innym dekoderem.

Wyjaśniam, że w przypadku chęci przerejestrowania dekodera jego właściciel powinien przesłać listem na adres Cyfrowego Polsatu prośbę o zmianę danych abonenta. Prośba powinna zawierać: 
- dane pozwalające na identyfikację  (np. id kontraktu, nr karty, nr dekodera),
- kopię dokumentu potwierdzającego tożsamość nowego abonenta (np. dowód osobisty),
- dane korespondencyjne nowego abonenta.
Po otrzymaniu w/w prośby Cyfrowy Polsat prześle do dotychczasowego właściciela dekodera Porozumienie Dotyczące Przeniesienia Praw I Obowiązków Z Umowy Programowej.
------
Nie należę do osób szczególnie lotnych, jednakże nawet przy stuprocentowym obciążeniu mojego procesora nie jestem w stanie połączyć odpowiedzi z pytaniem w sposób, który sugerowałby, że dotyczą siebie nawzajem. Polsat pisze o PRZENIESIENIU UMOWY połączonym z przepisaniem dekodera (po co mi druga umowa?!), a ja o ZAKUPIENIU UŻYWANEGO SPRZĘTU Z DRUGIEJ RĘKI od osoby której więź z CP rozluźniła się już daaawno, a która po prostu prywatnie pozbywa się zbędnego urządzenia.

O swoim odczuciu nie omieszkałem zresztą  poinformować Pana Konsultanta:
------
Mam nadzieję, że rozumie Pan iż przesłana mi odpowiedź NIE ODNOSI SIĘ W ŻADEN SPOSÓB DO ZAPYTANIA jakie do Państwa skierowałem.

Proszę nie odpisywać. Sprawa została przekazana do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Pozostaję z poważaniem.
------
Słowo się rzekło.

poniedziałek, 27 września 2010

Krótkie spięcie

Chyba jednak wbrew lustru i metryce jestem dzieckiem XXI wieku. Dochodzę do takiego wniosku, ponieważ zamiast jak inni znosić do domu osierocone koty albo „wypadnięte” z gniazda ptaki, ja znoszę sprzęty rozmaite, które łączy to jedynie, iż zasilane są elektrycznie. Uratowałem w ten sposób jakiś skaner, drukarkę, ze dwa laptopy i do tego momentu nawet wydawało mi się to sensowne, bo każde z tych znalezisk mimo swego wieku i stanu działało, ale gdy złapałem się na tym, że kupuję starą ZEPSUTĄ komórkę tylko dlatego, że była jak moja pierwsza (komórka) i w związku z tym potraktowałem ją cokolwiek sentymentalnie zacząłem się zastanawiać.

Po co mi to?

Wiadomo, że laptopem z Pentium I można się pobawić godzinę, ale do niczego sensownego (przynajmniej dla amatora) dziś już się nie przyda.  A więc? Czyżbym był kleptomanem? Nie!
Wszystkie te dziwne, stare, porośnięte kurzem niepamięci urządzenia są moimi „punktami przywracania”, jakimiś kawałkami wspomnień nie zawsze nawet związanych bezpośrednio z danym sprzętem, a bardziej z pewną chwilą dłuższą lub krótszą.

Oto na przykład piorę się po łapach linijką i klęczę na grochu, żeby tylko nie kupić w „znanym serwisie aukcyjnym” prehistorycznego magnetowidu za 15 zł. Po co mi on? Po nic.
Po nic niby, ale jednak bardzo chciałbym go mieć ze względu na cztery literki, które dzisiaj mało komu już cokolwiek mówią. Art-B.

Kto pamięta, że znany i ceniony dziś producent audio video oraz telefonów – LG dawniej nazywał się GoldStar i że nie była to bynajmniej marka wysoko notowana wśród użytkowników? No dobrze, są tacy, co pamiętają. A kto wie, że ówczesny GoldStar właśnie miał swego czasu w Polsce montownię na spółkę ze spółką Art-B, własnością panów Bagsika i Gąsiorowskiego?
Poza Bezpieczną Kasą Oszczędności niejakiego Lecha Grobelnego, właśnie Art-B – „dziecko” obu wspomnianych wyżej panów stało się przecież synonimem afer leżących u zarania III RP. Nie tyle nawet sama spółka, ile pomysł na „oscylator”, dzięki któremu na jednej kwocie wpłaconej do jednego banku można było zarobić nawet kilkakrotnie wypłacając ją za pomocą tzw. czeku potwierdzonego w innym banku, tam zakładając lokatę, a następnie powtarzając operację z czekiem w kolejnym. Sprawa stała się głośna w 1991 roku, gdy właściciele firmy wyemigrowali do Izraela i uzyskali tamtejsze obywatelstwo, a tym samym zabezpieczenie przed ekstradycją do Polski.

Taką więc na poły sensacyjną, na poły historyczną wartość ma ciężki archaiczny GoldStar Art-B 1295, którego za 15 zł zapragnął się pozbyć ktoś, zapewne nie przypuszczający jakiego rodzaju wzruszeń mi dostarczy.

Inna aukcja, inne czasy. MK 433 data recorder. Po polskiemu - magnetofon kasetowy. Żadne cudo. Monofoniczny, prymitywny, najprawdopodobniej zbudowany, jako tańsza alternatywa popularnych Kasprzaków. Dziesięć złotych. Sprawny. Jak to się pisze „noszący normalne ślady użytkowania”.

Pamiętam jak około roku 1986 kuzyn nabył pierwszy chyba w naszej rodzinie sprzęt audio wychodzący ponad (?) zapyziałe gramofony z lat 70. Dla nas, dzieciarni, był wtedy idolem. Nawet nie on, a bardziej jego magnetofon. O dotknięciu go (magnetofonu) nie mogliśmy nawet marzyć, bo kosztował całe dziewięć tysięcy osiemset złotych, ale za to, jeśli zdołaliśmy zachowywać się cicho dawano nam popatrzeć na proces kopiowania nagrań (kuzyn namówił na taki sam zakup ciotkę), który odbywał się z nabożeństwem porównywalnym tylko do cumowania promu do stacji kosmicznej.

Pierwszą sprawą były dwie poduszki. Jedna, jako izolacja od dołu, druga od góry, a pomiędzy nimi „face to face” dwa magnetofony MK 232p, z których, co chyba oczywiste, jeden odtwarzał, a drugi kopiował jakiś tam dajmy na to kabaret Tey albo śląskie „szlagry”. Najważniejszym momentem było szybkie, ciche, a jednak skuteczne uruchomienie obydwu urządzeń ściśniętych poduszkami. A potem, to już wiadomo. Cały dom chodził na paluszkach, bo przecież „tam się nagrywa!”.

Zapragnąłem i ja audiofilskiej rewolucji i wymęczyłem od rodziców taki sam sprzęt. To znaczy wymęczyłem teoretycznie, gdyż jako nieletni nie rozumiałem jeszcze, że w PRL-u sklepy nie są po to, żeby w nich kupować. Krótko mówiąc, magnetofonu nie było. Miał być „jak rzucą”, ale jakoś nie rzucali. Aż któregoś dnia…
No leć do tego twojego sklepu! Magnetofony przywieźli! – usłyszałem po powrocie ze szkoły.
Popędziłem zatem.

Kolejka mnie nie zdziwiła, zdziwiła mnie cena.
17.300 zł
Jakby drożej.
A czemuż to? – zapytałem
Bo to lepszy model. Komputerowy*! – odparł ze znawstwem sprzedawca.

Kupiłem.
Kupiłem, wróciłem do domu, a gdy już siniaki się zagoiły wyjaśniłem ojcu, że po prostu musiałem, no musiałem go mieć, bo to przecież, tata rozumie, KOMPUTEROWY, lepszy model!

MK 433 data recorder. Poważna sprawa.
A dzisiaj dycha. Ech… młodości…

Tak więc wracając do sedna poza znanymi mi z dzieciństwa książkami wypatruję ostatnio u znajomych i w Internecie sprzętów powiedzmy około elektronicznych, które w jakiś sposób odbiły się (niekoniecznie siniakami) na moim życiorysie. I coś czuję, że wciągnie mnie to równie skutecznie jak moja "emka" taśmę... 


 ------------------------------- 
* - "komputerowość" owego wynalazku miała polegać na możliwości współpracy z komputerkiem właśnie jako jego zewnętrzna pamięć. Do dziś jednak nie wiem jaka była faktyczna różnica technologiczna pomiędzy obydwoma modelami.
-------------------------------



A tape recorder MK 232 P based on Grundig's C-235 Automatic.
Produced in Poland
Author Mohylek (Wikipedia)

czwartek, 6 maja 2010

Legalny Windows

Jako fanatyk komputerów wielokrotnie stawałem przed problemem legalności licencji na posiadane bądź nabywane oprogramowanie (od 2003 roku użytkuję lekko licząc dziesiątego peceta), w tym zwłaszcza system Windows.

W internecie znaleźć można właściwie wszystkie możliwe interpretacje prawne, które jednak czasem wzajemnie się wykluczają, a dodatkowo w "znanym serwisie aukcyjnym" oferowane są używane komputery z samą "naklejką" jako sprzęt z licencją. Niby temat mało blogerski, ale ważny, zwłaszcza dla osób zakupujących sprzęt z drugiej ręki. Po prostu warto wiedzieć.

Poniżej fragment maila z BOK Microsoftu z odpowiedzią na moje pytanie o atrybuty legalnego systemu jakie winniśmy posiadać.

-----------------
(...)
Elementami świadczącymi o legalności oprogramowania są:

1. Certyfikat autentyczności COA;
2.Wersja instalacyjna (Oryginalny nośnik, partycja recovery, nośnik recovery);
3. Oryginalny podręcznik użytkownika, (jeżeli został dostarczony łącznie z oprogramowaniem).

Dodatkowym dokumentem mogącym świadczyć o legalności oprogramowania jest dokument zakupu (faktura, rachunek, paragon, umowa kupna-sprzedaży, itp.). W przypadku oprogramowania OEM certyfikat autentyczności COA jest niezbędny, niezależnie od pozostałych elementów.

Zalecamy posiadanie minimum 2 - 3 z wymienionych wyżej atrybutów legalności. Jeżeli z jakichkolwiek przyczyn użytkownik nie posiada minimum dokumentacji wymienionej powyżej, wówczas każdy przypadek analizowany jest indywidualnie, przez organy do tego uprawnione na podstawie towarzyszących mu okoliczności. Dotyczy to wyłącznie licencji pojedynczych - FPP i OEM. 
Z poważaniem,
Justyna Rokicka - Centrum Obsługi Klienta Microsoft
Tel: 0 801 308 801, +48 22 594 1999, Email: plcshlp@microsoft.com, pomoc@microsoft.com
-----------------

sobota, 17 kwietnia 2010

niedziela, 28 lutego 2010

Napój z dyni o smaku pomarańczowym

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia wraz upowszechnieniem dostępu do pierwszego uniwersalnego nośnika cyfrowego, jakim była płyta CD (były i inne, ale raczej niszowe, np. DAT) pojawiły się na rynku dyski oznaczone jako AAD, o wiele tańsze i gorzej brzmiące od tych markowych wydawanych przez znane wytwórnie. Ich sekretem było to, że zawierały analogowo nagrane i zmontowane utwory przeniesione tylko na nowoczesne medium. Stąd zresztą skrót – Analog-Analog-Digital. Poza trwałością w zasadzie nic się nie zmieniało, a szumy i trzaski były zgodnie ze starą zasadą informatyków „Garbage In – Garbage Out” (śmiecie włożysz – śmiecie wyjmiesz). Cóż z tego, skoro Kowalski kupując cosik takiego mógł zaszpanować na pół osiedla, że oto kaset i płyt u niego niet. Jako posiadacz wypasionego CD playera już w 1990 roku wiem co mówię… ;)

Dziś zapewne płyt nagrywanych takim systemem się nie uświadczy, zresztą nawet sam sposób oznaczania DDD-ADD-AAD przeszedł raczej do przeszłości, ale sama zasada ubierania gorszego w lepsze ma się nadzwyczaj dobrze, o czym właśnie miałem okazję się przekonać.

Od dłuższego czasu irytowała mnie stosowana przez wiele instytucji, nonsensowna i kosztochłonna praktyka odpisywania na maile listem papierowym i to w kraju, w którym na każdym kroku mówi się o potrzebie przyspieszenia technologicznego. Pomijając kwestię czasu oczekiwania na taką odpowiedź, pozostaje po niej niesmak, chociażby ze względu na to, że nadawca listu dysponuje przecież z natury rzeczy zarówno numerem telefonu jak i mailem petenta. I proszę mi nie mówić, że np. odpowiedź na reklamację rachunku za satelitę (TV cyfrową) jest mi potrzebna na pamiątkę. Nie jest. Potrzebuję załatwienia sprawy, nie zdobycia sprawności zbieracza makulatury. Mail czy telefon wystarczą w 101 procentach. Co zresztą jest jeszcze bardziej oczywiste w przypadku operatora telefonicznego, który numeru po prostu nie może nie mieć. No ale zostawmy sprawę biurokracji. Ja dziś nie o tym. Rzecz jest poważniejsza i dotyczy gorącego obecnie tematu jakim są rozliczenia podatkowe, a ściślej tzw. ulga za internet.

Jak pewnie wielu moich rodaków przeżyłem szok dowiadując się niedawno, że faktura przesłana mailem albo ściągnięta z serwisu operatora i wydrukowana w domu nie jest fakturą (ta druga nie jest nawet fakturą papierową (sic!!!))i nie daje prawa do uwzględnienia jej jako podstawy do wspomnianej ulgi. Na pierwszy rzut oka jest to tak absurdalne, że trudno się nie zdenerwować, ale po jakimś czasie przychodzi refleksja. Niby rację ma prawnik. Ksero, faks, skan, czy pdf nie są dokumentami i żaden sąd ich za takie nie uzna, ale przecież są (to oficjalna nazwa, proszę się skupić) OBRAZEM DOKUMENTU, a to już coś. Twierdzenie, że nie mogę odliczyć Internetu od dochodu, ponieważ mam obraz faktury, a nie fakturę wydaje mi się bezsensowne. Obraz ten ma swój numer, który jest jednocześnie numerem autentycznego (?) pisma, a ja mam dowód wpłaty lub przelewu oraz umowę z operatorem. Czy to RAZEM nie potwierdza istnienia zobowiązania finansowego? Pomijam już fakt, że faktura wydrukowana z serwisu www NICZYM nie różni się od wydrukowanej na lepszej drukarce u operatora. Niczym. A jednak komuś to przeszkadzało i uznał, że (upraszczając) decyduje drukarka właśnie...

Nie wiem jak tam jest z wizami do Mołdawii, ale pora się pakować.

A tak poważniej. Mój operator, którego nazwy tu nie wymienię, od wielu miesięcy przekonywał swoich klientów do przejścia na tzw. ekofakturę reklamując ją jako nowoczesną oraz ratującą bobry czy inne kuropatwy na Mazurach poprzez ochronę lasu i wszystkiego co tam po nim łazi. ;)
W porządku. Chcesz być trendy i cool zamów se PDF-a.

Teraz dowiadujemy się, że PDF ów nie jest nową formą faktury a zwykłym kitem, opium dla ludu oraz bezwartościowym świstkiem. Co więc dalej? Duplikaty? Nie ma sprawy. Może być duplikat. Należy się 10 zł za kartkę papieru i mogą dostarczyć tylko z ostatnich dwunastu miesięcy, a zatem grudzień 2008 (data wymagalności spłaty w styczniu 2009) oraz styczeń 2009 idą się kichać. Ot, tak sobie.

Dla odmiany inny operator, a dokładniej Plus (skoro chwalę, mogę napisać nazwę) załatwił sprawę prościej i o wiele bardziej bezstresowo. Udostępnia mianowicie bezpłatnie i w każdej chwili możliwość dostarczenia odbiorcy pocztą wersji papierowej faktury z dowolnego okresu rozliczeniowego na przestrzeni CAŁEJ UMOWY. I co, nie da się?

Zadzwoniłem do „mojego” biura obsługi  i zapytałem dla draki o cenę duplikatu. Bez zmian. Dycha za sztukę. Ale pani konsultantka nie wiedząc, że to pułapka od razu zaproponowała mi ekofakturę, jako szybką i darmową alternatywę.
-No ja właśnie w tej sprawie – uśmiechnąłem się sarkastycznie i opowiedziałem, w czym problem.
-Ale ta faktura duplikat, którą byśmy wysłali jest taka sama jak ta z naszej strony, więc nie rozumiem. To jest taki sam dokument.

Uhmm… Tylko to chciałem usłyszeć. :))

Teraz uwaga. Macie Państwo czajnik elektryczny plastikowy o pojemności dwa litry, biały. Producent proponuje Wam wymianę na żółty, również dwulitrowy. Nowocześniejszy, a nadto zgrabny wygodny i tani. To co, bierzecie? Kto by nie brał!
Ejże! A dlaczego ten żółty jest używany i nie ma kabla?

Mój operator nakłaniając mnie do zamiany faktury przesyłanej pocztą na fakturę udostępnianą na swoim serwerze nie przekazał mi informacji o ułomności prawnej tego drugiego rozwiązania, decydującej o praktycznej wartości takiego dokumentu w wymiarze, dla którego najprawdopodobniej jest mi potrzebny, (po co szaremu portierowi kolekcja faktur, jeśli nie do odliczenia ulgi?). Biorąc pod uwagę stan faktyczny (umowa, dowody wpłat, „obraz” faktury) w razie zanegowania wartości wydruków przez Urząd Skarbowy zamierzam więc zażądać od tegoż operatora BEZPŁATNEGO dostarczenia duplikatów, a w razie odmowy skierować pozew przeciwko niemu, jako podmiotowi odpowiedzialnemu za przekazanie mi po uprzednim wprowadzeniu w błąd dokumentu w formie nieuznawanej przez prawo za pełnowartościową.

Trochę mi bokiem wychodzi to wojowanie z połową świata...

środa, 20 stycznia 2010

Negatywów nie przyjmuję

Od ładnych kilku lat jestem wielkim fanem zakupów przez Internet, ale gdy ktoś pytał mnie dawniej o Allegro od razu kręciłem głową (a w zasadzie nosem).
-Nieee. Tam nie.
-Dlaczego?
-A bo używane, a bo cegłę można dostać, a bo (jak mówił nocny portier u Kieślowskiego) „nie podobuje mnie się to”.

Tak więc summa summarum kupując sporo ograniczałem się do typowych sklepów internetowych i uważałem, że tak pewniej i bezpieczniej. W pewnym jednak momencie po dosyć widowiskowym zgonie mojego monitora CRT i zakupie nowego za 190 zł (najtańszego w Sieci!) poczułem się trochę hmm… zdegustowany? Wkur… Zirytowany, o! Tym mocniej chyba, gdy okazało się, że wspomniany produkt nie tylko pochodzi z ojczyzny wielkiego Mao i pachnie dosyć oryginalną mieszanką aromatów industrialno genitalnych, ale także jest dokładnie 10x droższy od takiego samego „hamerykanckiego” aczkolwiek używanego na aukcji.

Ponieważ odkąd pamiętam ilość komputerów w moim domu zawsze przekraczała ilość domowników nawet liczonych razem z kotami, to nie namyślając się długo postanowiłem zaryzykować i kupić rzeczony sprzęt. Przyda się.

Zarejestrowałem się, aktywowałem konto i… zacząłem od czegoś jeszcze tańszego. Odtwarzacz DVD za 10 zł. Nie jakiś tam jakiś, ale oryginalny Thomson. Taką sumę nawet portier może wydać bez mrugnięcia okiem. I co? I nic. Dostałem sprzęt nie tylko idealnie opakowany i pełnosprawny, ale nawet z instrukcją obsługi! Za dychę! Pomyślałem, że to Allegro chyba nie jest takie złe i dokupiłem jeszcze wcześniej opisany monitor za 19 zł. I znów ten sam szok. Normalny, sprawny, czysty, działający kineskopowiec za psie pieniądze.

Do czego zmierzam, bo przecież nie do prezentowania swojej listy zakupów?
Od tamtego czasu minęły prawie trzy lata i sporo się nauczyłem zarówno jeśli chodzi o sprzedaż jak i o kupowanie. Nie zmienia to faktu, że nadal, jak każdemu, grozi mi wpadnięcie w szpony jednego z tych specyficznie podchodzących do interesów osobników, dla których język polski pełni rolę wytrycha do… naszych portfeli. Dopóki człowiek czegoś w rozpędzie nie kupi sama lektura bywa jednak dość zabawna i daje do myślenia. Polak potrafi!

Tak więc żeby daleko nie szukać. „Dla konesera”. A cóż to? Dla konesera mogłaby w moim mniemaniu być na przykład kartka na mięso z autografem Generała albo mapa Bornego Sulinowa z roku 1970, ale to tylko dowodzi, że ciągle jeszcze muszę się uczyć…

„Dla konesera” oznacza plus minus złom. Total złom bez szans na uruchomienie. W tej kategorii można trafić na perełki w rodzaju „super sprawny laptop z procesorem PIV i świetną grafiką, klawiatura qwerty, żadnych rys. Jedyny mankament – jest przewiercony na wylot wiertarką, ale myślę, że komuś się przyda” (autentyk!!!) Podobna okazja z tej samej branży: „Obniżam promocyjnie cenę tego laptopa, bo po wystawieniu na aukcję pies mi go zrzucił ze stołu.

Jako że obracam się głównie w zakupach sprzętu komputerowego więc moje obserwacje też najczęściej jego dotyczą, ale myślę, że nie w technice tu rzecz, a jeśli już, to nie w technice sensu stricto…
Na dysku zainstalowana wersja demonstracyjna Windows"- znów atrakcja. Nie ma czegoś takiego jak wersja demonstracyjna. Ale mniejsza z tym. To takie zwykłe szachrajki miniaturki. Zaśmiewam się za to zawsze do łez przy aukcjach z opisem w stylu „Włącza się, ale nie wiem czy działa, bo zupełnie nie znam się na komputerach”. Znaczy samą aukcję wystawił mi nie wiem, sąsiad, tak? A do tego np. trzysta komentarzy na koncie. Ależ skąd! O komputerach nie wiem nic. (Czytaj: sprzęt na śmietnik, ale chciałem to powiedzieć delikatnie).

Nie testowany z braku czasu” to dokładnie ta sama półka, a może lepiej powiedzieć ten sam kubeł. No i są oczywiście komputery „zza zachodniej granicy”, co może być marną nobilitacją, gdyż w tłumaczeniu na polski oznacza „z wystawki” w Niemczech lub Holandii.

Samo Allegro niejednokrotnie więc (głównie ze względu na niskie dochody) zamiast do zakupów służy mi do poprawienia humoru nad czym nieprzerwanie pracują moi byli, obecni, przyszli oraz Boże broń kontrahenci.

Wystawiam netbooka. Taki mój przenośny pomocnik wojownika o sprawiedliwość. Można walnąć skargę do PIP nawet spod mostu. ;) Żadne cudo, działa ok. ale mi jakoś nie leży. Nie trawię Linuksa i już. Pora się żegnać. Żeby obraz był pełny - kilka szczegółów.

Procesor MIPS 400 mhz
Pamięć 128 MB
Zamiast twardego dysku 2 GB „napęd” Flash
Zmodyfikowany Linux Debian w wersji ang. na pokładzie
Nie ma odbioru osobistego
Cena tylko Kup teraz
Czarny
Nie sprzedaję poza Allegro

I zaczyna się… Pomijam drobiazg, że na 30 maili może sześciu piszących zakłada, że jestem dorosły i forma „ty” może mi nie odpowiadać, ale co można zrobić z pytaniami w stylu:

„Cze. Dam ci za niego 200 zł, ale odpisz szybko”
„Mogę dać 350 bo 1) używany, 2) nie po polsku”
„Czy na tym pójdzie xp?”
„Napisz szybko jaki ma kolor i czy jest używany! Plizka!”
„Dam ci za niego kamerę Canon plus dwa akumulatory”
„Mogę kupić, ale obniż o 200 zł i odbiór osobisty, bo nie ufam poczcie”
„Jaki tam jest twardy dysk?”
„Czy WiFi na pewno dobrze ciągnie?”
„Czesc jaki procek.dzienki”
„Spuść coś to biorę”
„Interesuje pana zamiana na komputer Dell? Jestem z Gliwic.”
„Jak na tym chodzą filmy DVD?”
„Ile zbijesz cenę jak ładnie poproszę?”

Tak tak. To są autentyki. Dzieci Neostrady podrosły jak widać dosyć szybko, tylko czytanie jeszcze im słabo idzie… Boję się, że gdybym sprzedawał CZARNY BEZRĘKAWNIK to pierwsze ileśdziesiąt maili byłoby z pytaniem o kolor i długość rękawów…

I czy WiFi dobrze ciągnie…

========================================================
21.01.2010
Zamiast epilogu...
Odpowiedź pewnego pana na pytanie o legalność sprzedawanego przez niego komputera z "ikspekiem" ;))

Kliknij lewym, aby otworzyć na całym ekranie
lub środkowym, aby otworzyć w nowej karcie.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.