Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punkt widzenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 sierpnia 2023

Obecny

Od skrajności w skrajność przez lata dzieciństwa i dorastania raczej nieśmiały dojrzałem około lat trzydziestu do asertywności i przekonania, że dopóki żyję, dopóty żyć mają prawo moje racje. Nie jestem dziś w stanie określić żadnego konkretnego zdarzenia, które by to sprawiło, ale jednak jako jedno z pewniejszych przychodzi mi na myśl dość specyficzne, kiedy to wepchnąłem się jako pierwszy do konduktu pogrzebowego mojego ojca. Zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale sugerowałbym patrzeć na ów dzień w rozumieniu bardziej emocji i symboliki niźli tylko gołego faktu.

Do tego dnia byłem synem, byłem może i dzieckiem gdyby mówić tylko o prawie, potrzebie i możliwości wyrażania swojego ja wobec rodziny i jej znajomych. Ta śmierć była przełomem. Dopóki załatwiałem, pisałem, dzwoniłem, rozmawiałem, wszystko trwało jak wcześniej, ale gdy zakończyła się msza a przed kościołem zaczął formować się kondukt, coś się zmieniło. Zobaczyłem ciocie i wujków, kuzynów i przyjaciół, sąsiadów i kolegów niezdarnie nieco przepychających się na wedle własnego uznania należne im miejsca. Za trumną stała siostra ojca i jej córka. To poza mną były najbliższe osoby. Przez chwilę patrzyłem jeszcze jak dziecko i nagle uświadomiłem sobie, że wśród żywych to ja jestem tu najważniejszy. Prawie wepchnąłem się jako pierwszy a szmer za plecami uświadomił mi, że niektórzy do tego momentu nawet nie wiedzieli kim jestem.

Jestem.

Już dawno nie młody, ale chyba jeszcze przez jakiś czas nie stary, jeszcze „umiący w Internety”, ale też pamiętający, że „22 lipca, dawniej E. Wedel”. Jeszcze ktoś, zanim pewnie kiedyś coś.

Bronię się przed byciem januszem, przed krytykowaniem nowego i wychwalaniem starego, przed uznawaniem siebie i swoich czasów za niedościgły wzór, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Staram się jeszcze (to słowo z racji upływu lat muszę tu dodawać) bardziej uczestniczyć niż tylko obserwować, rozumieć, nawet jeżeli nie akceptować i starać się mieć równie trzeźwe spojrzenie na przedwczoraj jak i na pojutrze. 

Byłem już kiedyś w takiej sytuacji jakby na próbę. W pracy trafiłem do grupy w której mój wiek plasował mnie idealnie pomiędzy najstarszymi a najmłodszymi. Wysłuchiwałem żalów i jednych i drugich, tłumaczyłem i jednym i drugim. Potem dopiero dotarło do mnie, że nie tylko tłumaczyłem w znaczeniu wyjaśniałem, ale w tym dosłownym, czyli „przekładałem”, także. Dałem radę. 

To było dekadę temu. 

Nie krytykować i nie ustawiać, zwłaszcza podług siebie, młodych, ale nie skreślać i nie lekceważyć starszych. Czerpać, łączyć, budować. Z doświadczeniem, jako fundamentem, ale z otwartością umysłu, jako gmachem. 

Starość nie oznacza, jak się to młodszym wydaje „nie rozumiem”, a nawet jeśli, to jest to etap drugi. Pierwszym i sporej mierze pochodzącym z własnego wyboru zawsze jest „nie chcę”. 

A zatem "jestem", rozumiem, jako "uczestniczę". I tu sprawa z lekka zmienia swój kształt, bowiem z „uczestniczę” nie sposób nie wyjść na „(współ)tworzę”. 

Praca, mała firma, circa dwadzieścia osób. Właścicielka, złodziejka i oszustka łamie prawo pracy, prawo podatkowe, łamie wreszcie ludzką godność. Nikt nie ma ochoty tego nazwać po imieniu. Dostając okruchy zamiast okruszków zapomina się, że miało się prawo do pełnej kromki, czyż nie? 

Znów sam, jak kiedyś w firmie ochroniarskiej, „prostuję świat”. Inspekcja Pracy, Kontrola Skarbowa, zdjęcia, zeznania, przykłady. Tak jak tam, nikt nie ma ochoty stanąć do walki, mimo, że każdy wie jak jest okradany. 

A drobiazgi? Tyle ich każdego dnia. Złośliwy kurier doręczający uszkodzoną paczkę tak, żeby uszkodzenia nie było widać, przedsiębiorca który obraża się i znika gdy za uzgodnioną już pod każdym względem usługę oczekuje się od niego legalnej faktury, złodziej, który mający do czegoś dostęp na przykład w pracy, przekłada to prawo dostępu na prawo dysponowania, oszust sprzedający nam coś, co opisał jako sprawne i nowe a co nowym ani sprawnym nie jest, opryskliwa sprzedawczyni i opryskujący nas samochód… Wszystkiego po trochu. 

Jestem. 

Małe i duże wyzwania. Już nie mam czasu, by je odkładać, już nie ma sensu, by je omijać. Już nie można się bać. Trzeba być. Albo nie być. 

To mój wybór, już pewnie ostatni w życiu jaki mam PRZED sobą.

Jestem.

Dawno nie młody, ale chyba jeszcze przez jakiś czas nie stary. Jestem by nie skłócać, ale spróbować złączyć, jestem by nie pouczać, ale budować pomost zrozumienia, by mieć własne zdanie, ale bronić cudzego, nawet jeżeli jest niezgodne z moim, ale także powinno zaistnieć. Jestem by mówić o złodzieju per złodziej a o bohaterze per bohater. 

Jestem to znaczy JESTEM. 

Życie ciągle jeszcze trwa.




niedziela, 20 czerwca 2021

Album covidowy

Doceniamy wagę wszystkiego, gdy jest już za nami, tak mógłbym zacząć, czytając wpis na pewnej stronie zachęcający do tworzenia "albumów covidowych", czyli po prostu zbierania wspomnień z dziwnych czasów w jakich przyszło nam od ponad roku żyć. Albowiem rzeczywiście, w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "a cóż mam tam zbierać?", po co mi zostawiać w pamięci to wszystko, ten strach, maseczki, puste półki, taśmy ostrzegawcze w autobusach i profilaktyczne odsuwanie się od każdego kaszlącego, nawet jeśli jego kaszel towarzyszy nam (i jemu) od lat?

Ale zastanowiłem się kilka chwil i dotarło do mnie, że Weronika, która tworzenie takich albumów promuje, ma rację. O wiele za późno ta propozycja została upowszechniona, to fakt, ale pomysł jest przedni. 

Myśląc o wspomnieniach mamy zwykle przed oczami te największe, te od łez, śmiechu, te na całe życie. A przecież między nimi, obok nich i bezustannie mijamy te zwyczajne, te z których NAPRAWDĘ składa się nasza codzienność. I co ciekawe one nawet nie muszą być ważne. One mają być tylko, a przynajmniej być powinny, ikonkami dla naszej pamięci, powinny wyzwalać to, co mamy w głowach i sercach a co tylko poprzez skojarzenie wynika ze wspomnianych wspomnień ;) typu standard. Przykład? Mam w domu taki zeszyt sprzed dokładnie trzydziestu lat a w nim między innymi bilet autobusowy. Zwykły bilet, nawet po czasie nie mający żadnej wartości, ale będący kluczykiem (ok. niech będzie że hasłem) do "folderu" w mojej pamięci. A w nim jest już cała masa ważnych chwil. Deszczowy dzień, strach, wielki szpital, oczekiwanie na decyzję lekarza, przyjęcie, operacja, długie dni leżenia i wreszcie wyzdrowienie. A wszystko zaczęło się od tego biletu. 

Nie, nie robiłem zdjęć gdy pojawiła się pandemia. Pewnie z dzisiejszej perspektywy oceniając robiłbym, ale nie robiłem. Mam jednak "zrzuty ekranu" w głowie. Obrazki - symbole tamtych dni. Pierwszy to zapewne jakieś wiadomości o epidemii, gdzieś daleko, na końcu świata. Zaraz potem nawet nie dziewiętnastowieczne, ale chyba przedpotopowe myślenie, że TO nigdy do nas nie dotrze, bo przecież morza, góry, tysiące kilometrów...

Obrazek drugi to chłopak w maseczce, którego minąłem obok Biedronki kilka tygodni później. Mój pogardliwy uśmiech mający zamaskować niepokój. To był pierwszy człowiek w maseczce jakiego spotkałem gdzie indziej niż na ekranie telewizora czy monitorze komputera.

Obrazek trzeci. No właśnie, błahy, ale mocno wyryty w pamięci. Kierowca autobusu podniesionym głosem każący mi usiąść, ponieważ NIE MA TERAZ MIEJSC STOJĄCYCH. Bzdury jakieś, powie ktoś. Nie za bardzo. Wsiadłem do autobusu żeby wracając ze sklepu przejechać trzy przystanki. Jak zawsze. Nie siadałem, bo nie było mi cięzko, trasa też krótka, słowem zachowałem się jak setki razy wcześniej. I nagle ta głowa wychylona z szoferki... Bez słowa usiadłem. Byłem przerażony.

Przerażenie, na granicy łez nawet budziły też u mnie maseczki. Ludzie odsuwający się od siebie, opatuleni tymi szmatkami i zachowujący się jakby tak było zawsze. Bałem się, że tak BĘDZIE zawsze. Że stało się coś strasznego skoro musimy wyglądać jak postacie z katastroficznego filmu.

Obrazek następny. Mój ulubiony sklep i montażyści zakładający pleksiglas na drewniane ramy wokół kas, kasjerki w przyłbicach i rękawiczkach, ochroniarz odliczający ilość klientów mogących jednorazowo wejść. Zamiast wesołych piosenek (jest tylko jedna sieć marketów która gra fajne piosenki pod nóżkę a nie smęty) komunikaty o tym by realizować zakupy szybko i bez spacerków. Kolejki, długie kolejki z odstępami po dwa metry między każdym czekającym. I nikt nie psioczył, nikt nie narzekał. Każdy się bał.

Potem pojawili się ONI. Ci którymi gardzę do dziś. Hieny i tchórze. Hieny podnosiły ceny na wszystko (mydło Protex zamiast średnio 2,60 zł za sztukę na 12 zł w promocji albo paczka rękawiczek zamiast 10 zł około 100) a tchórze wykupywali (wykupywały?) hurtowe ilości najzwyklejszych artykułów łudząc się że przedłużą sobie zdrowie i życie kartonem makaronu...

Przeżyłem komunę. Znam puste półki, czekanie na dostawę, jedzenie szynki dwa razy w roku albo zapach batoników Mars dochodzący zza drzwi Pewexu na dworcu w Katowicach. Biedę, taką prawdziwą, gdy nie ma się na bułkę też przerabiałem. Wydawało mi się zatem, że w tej materii nie może mnie już nic zdziwić. A tymczasem wiosną 2020 roku okazało się, że w ogromnym markecie nie ma ziarenka soli. SOLI!!!! A nie wiem jak czytającym te słowa, ale piszącemu je, kilo soli wystarcza circa na rok... Zatem sól, makaron, kasza, konserwy, mrożone mięso, papier toaletowy i puste półki, puste palety, wypchane po brzegi wózki. Oczywiście, że nie zazdrościłem tym, którzy coś "upolowali" przede mną, nie w tym rzecz, ja po prostu nienawidziłem ich za ten chaos jaki wprowadzają, za to nakręcanie strachu, zachęcanie kolejnych im podobnych do identycznych a KRETYŃSKICH zachowań. 

Szał zakupów na maseczki. Te zwykłe przeciwpyłowe, budowlane, kosztujące wcześniej może złotówkę, a teraz sprzedawane po 20 albo i 70 za sztukę. I te "nowocześniejsze" szmaciane, warte (i sprzedawane dziś znów po) 2 złote wtedy nagle wyceniane na 10 albo 20. I jeszcze płyny antybakteryjne, które jak wynika z nazwy guzik mają wspólnego z wirusami. I masa, cała masa innych towarów.  Gorączka cen i zakupów. Strach, który obudził w nas małych, wrednych, prawie że szmalcowników. 

I już przede mną inne zdjęcie. Ja - pacjent zero. O mało co. Gdy zaczęły się zachorowania w Polsce, gdy po raz pierwszy otworzono specjalne oddziały covidowe, zachorowałem ni stąd ni zowąd na pewną zakaźną chorobę, której początkowe objawy bardzo przypominały tę, której tak wszyscy się baliśmy.  Stąd moje telefony do sanepidu, do szpitali i do lekarza rodzinnego. Stąd potem codzienne dopytywania moich przełożonych o mój stan. Byłem przez moment słynny, wszak mogłem zostać tym, który wyśle na kwarantannę co najmniej kilkunastoosobową grupę współpracowników i to jako pierwszy w naprawdę dużym zakładzie! Gdy już potwierdziło się, że to zupełnie co innego, wszystko nagle ucichło. Przeleżałem sobie w domu około dziesięciu dni słuchając Pet Shop Boysów i czytając wspomnienia Augusta Kubizka. Jedno i drugie też już na zawsze będzie mi się kojarzyć z tym czasem. 

Następna kartka. Końcówka maja. Ogłoszenie o zwolnieniach grupowych w mojej firmie. Czytam je i fotografuję rano, kilka godzin później otrzymuję już wypowiedzenie. A razem ze mną wielu, wielu innych.

No właśnie. Poza strachem, cenami, trudnościami w zrobieniu zakupów i zmianą w zachowaniach jest coś, co dla mnie osobiście stało się wspomnieniem ważniejszym. Iluś ludzi, ileś miejsc, ileś rozmów, ileś przyjaźni, sympatii, ileś zwykłego tu i teraz zostało przez pandemię skasowane. Kogoś się lubiło, z kimś się rozmawiało, kogoś znało się od lat. Jedni potracili pracę, inni zdrowie, jeszcze inni życie. Poszatkował nam się ten świat.

Antyszczepionkowcy, antymaseczkowcy. Kolejna porcja ludzi "nieobsługiwanych w Media Markt". Szkoda na nich złości, ale zrozumienia u mnie także nie znajdą. Są następnym obrazkiem covidowego albumu. Razem z hienami i tchórzami to oni także, choć co jasne, nie wyłącznie, są winni temu jak przeszliśmy ten czas.

***

Mamy początek lata 2021 roku. Udało mi się nie zachorować. Straciłem "tylko" pracę, zgubiłem po drodze iluś ludzi których mi brakuje, zaliczyłem trzymiesięczne bezrobocie (bezbolesne dzięki odprawie i "dudowemu") i jestem o rok starszy. Kilka dni temu przyjąłem drugą dawkę szczepionki i wierzę, że będzie lepiej. Ale ten rok z małym hakiem zmienił w mojej duszy, w naszych duszach, więcej niż całe dziesięciolecia wcześniej. 

Czasem ważniejsze są te małe sprawy na których wyrastają dopiero te wielkie, życiowe. Jeżeli za kilka dni znów usiądę obok kogoś w tramwaju lub autobusie bez zastanawiania się nad tym czy mi wolno, to może już to będzie milowym krokiem do świata jaki znaliśmy przed marcem 2020. A może akurat los sprawi, że tym kimś będzie ktoś, kogo dawno, dawno nie widziałem?

Dla tego uśmiechu jaki by spowodowało takie spotkanie zostawiam miejsce na ostatniej stronie mojego albumu.

piątek, 23 października 2020

Żeby Wszystkich Świętych nie było Świętem Zmarłych

Do stu tysięcy problemów prawdziwych i wymyślonych, jakie nam w tym roku towarzyszą doszedł w ostatnich dniach kolejny.

Iść czy nie iść na groby swoich bliskich w Dniu Wszystkich Świętych. 

I oto obudziła się nasza narodowa obłuda. Nagle jesteśmy tacy rodzinni, tacy pamiętający, tacy wierzący, tacy tęskniący i tacy niewzruszeni. Taką krzywdę nam chcą „źli pisowcy” zrobić zamykając cmentarze. Bo przecież przed nami trzeba je zamykać, my się tam pchamy rękami i nogami. 

Po co?

Po to by zostać?

Łatwo nam nie pamiętać, nie znać, nie pomagać i nie mieć czasu za życia kogoś. „No ale wiesz, ja mam tyle na głowie!” Potem za to wielkością i ilością zniczy czy kwiatów w naszym jedynie mniemaniu naprawiamy to wszystko ten jeden lub nawet kilka razy w roku stojąc nad kamienną płytą czy ziemnym kopczykiem i mając pełną świadomość, że temu, kto pod nimi spoczywa jest to totalnie obojętne.

Nie, nie, nie obruszaj się tak. Raczej się rozejrzyj. Rewia mody, plotki, znudzone miny i pokazanie się „bo co by ludzie powiedzieli”. Pomiędzy tym garstka takich, co naprawdę tęsknią, naprawdę cierpią, naprawdę chcą tu być. Garstka. Zawsze tak było.

A ja nie chcę.

Nienawidzę udawać. 

Zwłaszcza w takim nieprzewidywalnym roku jak 2020.

Żaden wieniec, żadna świeczka nie wróci mi babci, dziadka czy ojca. Dla nich i dla mnie wszystko zakończyło się, gdy odeszli. Pamiętam, owszem, dbam, owszem, ale nie mam żadnego wyrzutu sumienia, że w tym roku ich nie odwiedzę na cmentarzu. To co ważne zostało w moim sercu, nie pod płytą z chińskiego piaskowca.

Maseczek, dystansu społecznego ani dezynfekcji nie wymyślili Morawiecki z Kaczyńskim. Tak samo nie oni każą mi lub zabraniają wpychać się do pełnego autobusu, podawać ręki czy łazić po galeriach handlowych jakby nadal był rok 2019. To zdrowy rozsądek. Pozytywny egoizm.

Chcę żyć, chcę być zdrowy. Wszystko inne jest na drugim miejscu.

Nie podam Ci ręki. Nie usiądę obok w autobusie. Nie zdejmę maseczki „bo tutaj i tak policja nie chodzi”, nie pójdę na cmentarz pierwszego listopada.

Może mi to nic nie da i któregoś dnia i tak zachoruję. 

A może sprawi, że nie zachoruję nigdy.


Najpierw żyć, potem dopiero popełniać błędy.

Amen.


poniedziałek, 27 lipca 2020

Cham idealista

Czy można usprawiedliwiać niską jakość swojej pracy równie niską płacą jaką się otrzymuje, gorszą formą zatrudnienia albo np. głupim przełożonym? Bardzo wiele osób które spotkałem w swoim życiu tak właśnie robiło. Tekstów o tym, że "dopóki robię za dychę" albo "na zleceniu to ja ich..." czy wreszcie "skoro cymbał nie chce kupić porządnych narzędzi, to..." nasłuchałem się do bólu. I choć co do pretensji jakie mieli je wypowiadający najczęściej zgadzałem się w pełni lub nawet doświadczałem tego samego, co oni, to jednak zawsze też twierdziłem, że nie jest to żaden argument. 

Przykładowo w czasach swojej "kariery ochroniarskiej" byłem praktycznie zawsze chwalony, uważany za uczciwego, inteligentnego, zaangażowanego, samodzielnego i skutecznego, a przecież płacono mi wtedy np. 3,70 zł za godzinę  na przedłużanej powiedzmy co miesiąc śmieciówce. I co? I pstro! Jasne, że uważałem, iż łamane jest wobec mnie prawo pracy i też opluwana moja godność, ale co temu byli winni petenci z którymi się stykałem albo dlaczego na tym mieliby korzystać np. złodzieje planujący jakąś akcję na "moim" obiekcie? A więc idąc tym tropem rozumowania przez 10 lat zmarnowanego w branży ochrony mojego żywota przespałem na służbie około 10 minut, których zresztą nie zapomnę już nigdy bo zwyczajnie o 4:40, na właśnie 10 minut przed zmianą a po kolejnym obchodzie w trzaskającym mrozie, "na sekundę" przytuliłem się do grzejnika. I tyle.

Ileś razy w pracy, także tej późniejszej, poochroniarskiej, a rozrzut specjalizacji miałem i mam niczym Irena Kwiatkowska w Czterdziestolatku, zdarzało mi się robić coś lepiej, więcej, dokładniej niż inni oraz  w ogóle cokolwiek, wtedy, gdy wiedziałem, że nikt nie widzi i nikt nie sprawdzi, prawie zawsze ze świadomością, że marne są szanse by ktoś to moje podejście docenił. Dlaczego taki byłem? Dlatego oto, że ani stary pędzel wręczony mi do malowania czegoś tam, ani dyrektor o "wybiórczej" inteligencji nie zmieniali mojej uczciwości. Och, mało tego. Na trzy moje choroby w ostatnim roku, dwa razy żądałem od lekarzy skrócenia chorobowego a raz zamiast niego wziąłem urlop. A chory byłem dość mocno, w każdym razie na tyle, by wstając z łóżka w swoich najgorszych dniach płakać z bólu jak dziecko. Więc jasne, trzeba wypocząć półtora tygodnia czy nawet dwa, to trzeba. Masochistą nie jestem. Leżę, leczę się i oglądam teledyski na You Tubie. Ale jeśli potem da się już z grubsza funkcjonować biorąc leki i nie szalejąc, to żadne dodatkowe ferie nie są mi potrzebne. Taki byłem, taki jestem i taki mam nadzieję pozostanę. 

Rozróżniam po prostu układ pomiędzy mną a  pracodawcą, który może być kulawy i należy działać a nawet walczyć o to by go zmienić, od układu pomiędzy mną a petentem, klientem, odbiorcą wyników mojej pracy. Oraz last but not least pomiędzy mną a moim, Państwo wybaczą wielkie słowa, honorem. Amen.

A dziś usłyszałem i to na pół ulicy, żem cham jest zwyczajny i tyle.

Dlaczego? Ano dlatego, że komuś, kto wykonał pracę dla mnie w 1/3 czasu na tę właśnie pracę wyliczoną, jeśli ma być zrealizowana dobrze i uczciwie oraz za tyle wymaganą do zapłacenia ośmieliłem się zwrócić uwagę, że podkłada mi do podpisu dokument na którym jest nieprawda. Ktoś ten zaczął się natychmiastowo pienić, wyrzucać mi, że firma płaci mu 10 zł za godzinę, w związku z czym czego to ja wymagam i w ogóle cham jestem jak już wspomniałem na wstępie.

Może i jestem. Ale z zasadami.

sobota, 2 maja 2020

List do Pana K.


Szanowny Panie Naczelniku!

Nie ja tak Pana nazwałem, ale też daleki jestem od tego, by choćby z lekkim przymrużeniem oka takiego określenia nie akceptować. Stworzył Pan niegdyś formację, która z trzecioligowej partyjki jakich wiele stała się polityczną siłą zdolną nie tylko odświeżyć i przebudować polską prawicę, ale i pociągnąć ją do zwycięstw wyborczych oraz pełnoprawnego  powrotu na salony po jak się mogło wydawać "wypadku przy pracy" jakim były lata słynnej koalicji "przystawkowej". To niewątpliwie wielkie osiągnięcie i dowód ciężkiej pracy. Sukcesem jeszcze większym, który zresztą wyraźnie podkreślałem w obydwu wywiadach jakich udzieliłem do książek o rynku pracy w Polsce było wprowadzenie minimalnej stawki dla umów zleceń i zbliżenie tym samym sytuacji "śmieciobiorców" do statusu normalnych pracowników. To coś, nadal tak uważam, za co należy się Panu wieczna chwała i pamięć. Wygrał Pan dzięki skutecznej i świeżej kampanii wybory prezydenckie, co prawda nie startując w nich osobiście, ale wystawiając nikomu wcześniej nieznanego kandydata i umiejętnie sterując jego kampanią. Zainicjował Pan program pomocy dla rodzin z dziećmi i zadbał o dodatkową emeryturę dla naszych seniorów. Wykonanie jednego i drugiego można oceniać różnie, ale nie zmienia to faktu, że żadna inna partia przez 30 lat Nowej Polski o tym nie pomyślała. Zatem to także wielkie osiągnięcie. Nie zgodził się Pan na przyjmowanie przez nasz kraj uchodźców słusznie argumentując ustami ówczesnego ministra spraw zagranicznych, że pomagać tym ludziom należy na miejscu, w ich krajach, w ich miastach i w ich domach. To było stanowisko mocne i jakże odmienne od tego jakie prezentował Zachód. A przecież koniec końców słuszne i dobre dla Polski! To też Pana zasługa. Nikt tego Panu nie odbierze.

Błędy? Dostrzegam je. Dotyczą głównie decyzji personalnych a lista nazwisk jest, przykro mi to pisać, wcale długa. Z pewnością też błędem jest podnoszenie do absurdalnych wysokości pensji minimalnej powodujące niszczenie rynku pracy, wzrost inflacji i zwolnienia. To wszystko jednak można jeśli nie wybaczyć, to przynajmniej próbować naprawić. Pensje minimalne można w obecnym stanie na kilka lat zamrozić, a współpartyjnych karierowiczów, kombinatorów czy innych żałosnych lub śmiesznych wykluczyć z polityki i bezpośrednio lub pośrednio obciążyć ciężarem tego co i jak powyczyniali. To się naprawdę jeszcze da naprawić. Dziś jeszcze tak.

Chcąc nie chcąc byłem i jestem po Pana stronie. Mam summa summarum centroprawicowe poglądy, Polska jest dla mnie wielkim dobrem, uważam że tak zwana Unia Europejska jest i być powinna TYLKO organizacją międzynarodowej współpracy gospodarczej a nigdy jakimś państwem z niby to flagą i niby to prezydentem. Popieram całym sercem programy wyrównujące szanse czy to najniżej zarabiających czy to rodzin wielodzietnych, krótko - ideały mamy te same, poglądy na sposoby ich realizacji już niekoniecznie.

Świat opanowała pandemia. Od marca do maja wszystko zmieniło się nie do poznania. Niczym w katastroficznych filmach chodzimy w maskach, dezynfekujemy siebie i otoczenie na sto sposobów, przestaliśmy podawać sobie ręce, zbliżać się do siebie czy nawet chodzić osobiście do lekarza. Codziennie dowiadujemy się o kolejnych zmarłych, o setkach nowych zakażonych, o tysiącach przebywających na kwarantannie. Balansujemy na linie. My wszyscy każdego dnia, a policjanci, lekarze czy pielęgniarki w każdej godzinie. Towarzyszą nam ogromne zmiany, ogromne potrzeby finansowe i ogromne pytania o to, co będzie dalej.

W takiej chwili polityka, prawicowość czy lewicowość nie mają znaczenia. W takiej chwili nasza Polska też musi być na drugim miejscu za tym co najważniejsze niezależnie od przekonań. Za naszym, Pana, moim i milionów innych ludzi życiem. To teraz jest jedyna wartość.

Głosowałem na Pana, głosowałem na Pańskich współpracowników i współtowarzyszy. Popierałem i popieram wiele decyzji i ogólną wizję Polski w Europie jaką prezentowaliście. Mimo wielu zastrzeżeń nie wycofuję się z tego i nie zamierzam wstydzić. Takie mam poglądy od lat. Ale tego jednego nie zrobię. Nie wezmę udziału w czymś, co bezpodstawnie czy wręcz bezprawnie nazywa Pan wyborami. Choć pewnie głosowałbym na Pańskiego kandydata, a może właśnie dlatego. To nie są wybory i Pan doskonale to wie. To zaproszenie na prezentację poduszek przeciwreumatycznych albo płynu na porost włosów, to bezwartościowy druk, który zanim do mnie dotrze i zanim "do Pana" wróci może być sto razy zagubiony, sfałszowany, zmieniony, że już nie wspomnę o tym, że także "wyssany" z moich danych osobowych, do których umieszczania tam NIKOGO nie upoważniłem. To drogi i gwarantujący ogólnoświatowe ośmieszenie się naszego kraju eksperyment. I wreszcie najważniejsze. To nie ten dzień. To nie ta pora. Na polityczne spory był czas i miejmy nadzieję będzie czas. Teraz go nie ma i nie ma prawa go być. Teraz gramy w jednej drużynie. O życie i o zdrowie. Wszystkich. I tych z lewa i tych z prawa. I tych ze sprawiedliwości także. 

Nazywają Pana Naczelnikiem. Jedni złośliwie, inni ironicznie, jeszcze inni zupełnie szczerze, doceniając Pana wieloletnią pracę dla Polski, bezdyskusyjny patriotyzm i determinację. Wierzę, że i Pan pragnie tego, by tak rzadkiego wobec polityka miana nie zdegradować do pozycji naczelnika poczty rozsyłającego w czasie tak trudnym jak obecny nikomu niepotrzebne druczki.



środa, 11 marca 2020

Nie dla idiotów

Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci, jeśli nie w ogóle po raz pierwszy w życiu, usłyszałem w sklepie, że nie ma soli. SOLI!!! I to nie w sensie, że nie ma, bo "wyszła" i pani z paleciakiem zaraz ją z magazynu dowiezie. Nie. Ona została wykupiona do zera po raz któryś z rzędu jak mi powiedziała jedna z ekspedientek, przez panikarzy, tych samych, którzy od kilku już dni pakują do wózków po dziesięć kilo mąki, cukru, czy makaronu, które to produkty, mogę się założyć, najdalej za kilka miesięcy i tak wywalą na śmietnik.

Jechałem wczoraj po sklepie za taką osobą. Pchała największy z dostępnych wózek a zwinnie przemieszczający się między półkami jej prawdopodobnie wnuczek podawał na żądanie kolejne paczki ryżu (chińskiego przecież, co za ironia!), mielonki, zgrzewki jajek i makarony. Minął nas też po chwili pan z klasycznie komunistycznym naręczem papieru toaletowego i kilkunastoma mydłami w woreczku. A przy kasie takich samych i podobnych im było jeszcze całe mnóstwo.

Zastanawiam się co im jest. Wierzą, że jeśli obłożą się makaronem i zasypią płatkami, wirus ich nie dostrzeże? Mają nadzieję, że przekupią złe moce puszką Turystycznej z zawartością MOM-u 50 % czy też może po prostu zgłodnieli? Na Boga jedynego, nie wiem!

Ale jedno wam powiem, miłościwie nam kupujący. Pomyślcie! Napędzacie swoim infantylnym strachem kolejnych potencjalnych panikarzy (Nie ma soli? Idę do drugiego sklepu i kupuję całą paletę!), ośmieszacie się pokazując jak łatwo można wami manipulować i wreszcie, co nie bez znaczenia, nabijacie kieszeń handlarzom, którzy dzięki wam czują się przeszczęśliwi.

Czy ktoś powiedział, że koronawirus przenosi się na zwierzęta i masowo zdychają kury, krowy, świnie czy indyki w związku z czym nie będzie co jeść? 
NIE.
Czy ktoś powiedział, że koronawirus zabija rośliny i w wyniku tego nie urosną zboża, nie będzie ziemniaków, buraków cukrowych czy innych pomarańczy?
NIE.
Czy abstrahując od pustych półek np. we Włoszech słyszeliście o tysiącach ludzi umierających z głodu w wyniku epidemii koronawirusa, zjadających się nawzajem albo polujących na okoliczne koty? 
NIE.

I wreszcie najważniejsze. Na ile nazbieracie tych zapasów? Na tydzień, dwa, trzy? Co to zmieni?
Przyszło wam do głowy, że jeśli nadszedłby dzień w którym nie byłoby już niczego do kupienia, na ulicach słaniałyby się jak w filmach klasy C stada zombi, a za bochenek chleba można by było dostać samochód, to wyjmując z szafy ten wasz ryż wyjmowalibyście i tak nie swoje bezpieczeństwo, ale ostatni, przedostatni czy najwyżej przedprzedprzedostatni posiłek na tym padole? 

Pomyślcie o tym i zachowujcie się jak dorośli, bo wstyd mi za was jak jasna cholera.



niedziela, 1 marca 2020

Pandemia głupoty i wyrachowania

Z racji choroby z którą się od jakiegoś czasu zmagam muszę stosować okłady z płynu, który ma między innymi choć nie tylko działanie bakteriobójcze. Płyn ten nie należy do jakichś szczególnie popularnych specyfików i też ma swoje zamienniki, tańsze, o węższym zakresie oddziaływania czy po prostu popularniejsze. Ale cóż, ja muszę stosować akurat ten. Do tej pory wyglądało to tak, że owszem, aptekarz czy aptekarka wygrzebywali mi ów lek gdzieś tam z piętnastej z kolei szuflady, jako dosłownie i w przenośni niszowy, ale jednak z zakupem nie było problemu. Dziś okazało się, że po moim preparacie słuch zaginął. Jedna, druga, trzecia apteka i nic. Zamówienie? Nie ma w hurtowniach. Kiedy będzie? Nikt nie wie.

Wszystkiemu winny koronawirus. Potencjalne zagrożenie. Realny strach. A w ich cieniu globalna pandemia głupoty i wyrachowania. 

Nie ma aptekach maseczek. Nie ma płynów antybakteryjnych. Ludzie kupują jedno i drugie na potęgę, choć tydzień wcześniej myli ręce raz czy dwa dziennie a prosto z ubikacji szli na przykład zapalić i nie robiło im to problemu. Sklepy z materiałami budowlanymi stały się nagle prawie że aptekami, a bezwartościowe nawet w swoim podstawowym zastosowaniu papierowe maseczki przeciwpyłowe o wartości powiedzmy kilkudziesięciu groszy za sztukę najspokojniej w świecie sprzedaje się jako antywirusowe za co najmniej dychę. A ludzie i tak biorą to jak szaleni. 

Można tłumaczyć, wskazywać bezwartościowość masek BUDOWLANYCH w kontakcie z wirusem a ograniczoną moc (zależną zresztą w sporej mierze od umiejętności zakładania i zdejmowania) tych droższych, faktycznie do użytku medycznego. Nieważne. Gdyby ktoś ogłosił, że od koronawirusa uchronić nas może jedzenie dajmy na to pieczarek w occie, słoiczek kosztowałby z miejsca jakieś dwie stówy a i tak zniknąłby ze sklepów.

Oceniając to na spokojnie, można się śmiać. Co więcej, uważam, że należy się śmiać (chyba, że ktoś uznaje poprawność polityczną), bo pokazujemy, że dwudziesty pierwszy wiek, Internet, wykształcenie i media to jedno, a jak dobrze pokombinować to starczy szczypta wiejskiego marketingu i staczamy się w intelektualne średniowiecze. I to jest śmieszne, nie ma co udawać. 

Śmiesznym być jednak przestaje, gdy się pomyśli o ludziach, którym zabrano płyny np. do przemywania zakażonych ran i zostawiono ich z karteczką "nie ma" w aptece, ponieważ jeden z drugim wykarmiony panikarskim bełkotem Kowalski myją teraz ręce medycznym specyfikiem, którego w tej roli z nadwyżką zastąpiło by zwykłe mydło, lub niech tam już, Protex jeśli kto woli. Albowiem niestety, w drugą stronę taka zamiana nie zadziała.

Czyli co? Głupota? Infantylizm? Naiwność? Bezmyślność? Po stokroć tak.

Koniec, kropka? 

No właśnie nie. Niestety nie. Jest jednak jeszcze coś bardziej szkodliwego jak się okazuje. Oto szukając "swojego" płynu na okłady trafiam na znany portal aukcyjny, gdzie tenże środek w ilości dwóch opakowań sprzedaje miedzy innymi pewien pan za znośną, bo bliską "droższej aptekarskiej" cenie 69 zł. Z obowiązku tylko wysyłam zapytanie czy to na pewno za oba opakowania. Odpowiedź rozkłada mnie na łopatki. Gdzie tam! Za jedno. Drugie zresztą już się sprzedało.

Zaraz, zaraz. W aptece internetowej od ok. 27 do 32 zł, w aptece stacjonarnej od ok. 30 do 36 zł, a tu u pana z aukcji dwa razy więcej... Za to samo. I cóż tam, cena nie gra roli, ktoś już przecież kupił, za chwilę kupi następny.

Bazując na naszym strachu, na potrzebie posiadania tego akurat specyfiku, na trudnościach w zaopatrzeniu taki ktoś wydał sobie powiedzmy wczoraj w aptece góra 70 zł a dziś chce drugie tyle zebrać od naiwnych.

I to już nie jest śmieszne. To już jest obrzydliwe.






niedziela, 27 października 2019

Wina Tuska, farba Kaczyńskiego

Kupiłem sobie nie tak dawno eksperymentalnie z dostawą do paczkomatu wiaderko farby. Farba jak to farba, z gatunku tych najtańszych, biała, emulsyjna itede, itepe, nieważne. Chciałem się przekonać, czy dziesięciolitrowe wiadro naprawdę dotrze do mnie za 9 zł bez żadnego uszczerbku. Tak się stało, ale i to nieważne. Sednem jest cena i sprzedający. Farba jako się rzekło była z gatunku tych najtańszych i kosztowała ledwie 35 zł. Ponieważ okazała się zupełnie dobra postanowiłem po kilkunastu dniach kupić jeszcze jedno wiaderko. Z pewnym jednakże zdziwieniem skonstatowałem, że teraz kosztuje ono już nie 35 a 40 zł. Nieco uszczypliwie, nie ukrywam tego, bo na pewno nie z januszowego skąpstwa napisałem do sprzedawcy zapytanie "cóż też tak poprawiło się w tej farbie, że podnieśliście Państwo cenę o 5 zł?" Odpowiedź mnie rozbroiła. Pan sprzedawca odpisał "PIS wygrał wybory i to wystarczyło". 

Nie chcę komentować tej argumentacji inaczej niż tylko neutralnym politycznie stwierdzeniem, że uznałbym już bez szemrania tekst "dobrze się sprzedawała, więc chcieliśmy więcej zarobić", ale muszę powiedzieć, że nikt od dawna tak mnie nie ubawił.

Obiecałem sobie w związku z tym, że gdy mnie kiedyś kierownik w pracy zapyta dlaczego notorycznie się spóźniam, to już absolutnie bez wahania odpowiem mu, że to dlatego, że utraciliśmy większość w senacie. A co, może nieprawda?

-------------------------------------------------------------------


KLIKNIJ W ZDJĘCIE BY JE POWIĘKSZYĆ










sobota, 7 lipca 2018

Jazda bez trzymanki

Katowickie rowery są w coraz gorszym stanie. Pisałem już o tym parokrotnie, ale dziś podkreślić chciałbym inny niż tylko estetyczno użytkowy aspekt problemu. Jest nim nasze, użytkowników, zdrowie i życie. O ile bowiem rower odrapany czy skrzypiący może irytować, a kiwający się koszyk na przykład uniemożliwić przewiezienie czegoś, o tyle uszkodzone hamulce czy przerzutki, to już realne zagrożenie na drodze. O tym zdaje się operatorzy zapomnieli.

Co najmniej kilka razy w tym roku trafiłem na rowery, w których przedni hamulec był de facto atrapą. Owszem, pozwalał trochę zwolnić, ale zatrzymać się już nie. Wyobraźmy sobie, że ktoś przyzwyczajony z większości obecnie rowerów do hamulców tylko ręcznych zapragnie z niego skorzystać w sytuacji zagrożenia... Przekombinowane? Nie sądzę, ale w porządku, może wobec tego inaczej. Niech nam przy jeździe z ostrej góry spadnie łańcuch...

Przerzutki to w ogóle osobny temat. Zmorą miejskich rowerów jest brak któregoś biegu, z przewagą najważniejszego, czyli dwójki. Osobiście takie rowery zwykle odstawiam od razu, ale czasem jakieś usterki dają o sobie znać dopiero podczas jazdy i co wtedy? Przykład? Służę. Jadę na trójce (najszybciej, z największym zużyciem siły), dojeżdżam do skrzyżowania, redukuję na "składakowo miejską" dwójkę i czekam na zielone światło. Potem ruszam, przyspieszam i chcę znów wrzucić najszybszy bieg, bo w końcu nie jadę samochodem i nie mogę wlec się zbyt długo, gdy zielone zaraz gaśnie. Zamiast trójki słyszę strzały (w czternastej sekundzie, ha ha ha) i nagle mam jedynkę. Nextbike ode mnie również. Albowiem gdyby ktoś nie wiedział pierwszy bieg oznacza, że kręcę jak oszalały, a ledwo jadę. A rzecz dzieje się, przypominam, na środku skrzyżowania. Pomijam już przy tym nawet zaburzenie równowagi grożące wywrotką, gdy naciskając pedały zamiast stawiającej typowy opór dwójki wpadnie nam jedynka.

Jeżeli rowery miejskie serwisowane są tylko po zgłoszeniu użytkowników albo po tym jak w systemie ktoś zarejestruje, że dany egzemplarz stoi np. trzy dni i nic, to pozostaje nam czekać na tragedię. Bo ona nastąpi prędzej czy później. I niczego nie zmienia tu fakt, że za większością awarii z pewnością stoją demolujący z wielkim zaangażowaniem nasze rowerki wszelacy Janusze i Sebixy o Grażynach i Karynach nawet nie wspominając.

Za to płacimy operatorowi by móc jeździć, ale przede wszystkim płacimy za to, żeby móc jeździć bezpiecznie.

I dopóki nie pojawią się kontrole stałe i częste (a w każdym razie dużo częstsze niż obecnie), w czasie których mechanik na danej stacji będzie MUSIAŁ zrobić na każdym z rowerów paru kółeczek dla próby, dopóty stąpać, pardon, jechać, będziemy wszyscy na krawędzi przepaści.


===============================
POZA KONKURSEM

Od niedawna pojawiły się w ofercie Nextbike'a rowery towarowe, zwane nie wiedzieć czemu z hiszpańsko angielska rowerami cargo. Wynalazek ten, skądinąd bardzo pomysłowy i potrzebny,  przypiąć można przy zdawaniu jedynie do skrajnego słupka i to łańcuszkiem, bo mój przynajmniej egzemplarz bolca do zatrzasku nie posiadał. I teraz zaczynają się schody. Oddanie roweru z przypięciem łańcuszkiem nie jest możliwe jeśli są wolne zamki, a wolne zamki nie pozwalają towarowego wpiąć, bo ten z kolei jest w tej kwestii jakby wykastrowany :)

Aplikacja mobilna nie pomaga, terminal także, a telefon do biura obsługi wymaga płacenia, czekania, podania iluś danych osobistych i gimnastyki by usłyszeć konsultanta, któremu chyba kupiono mikrofon na targowisku staroci...

Lubię to!


niedziela, 22 kwietnia 2018

Nasze małe Need for speed

W panewnickich lasach, niedaleko pętli autobusowej i słynnego opuszczonego szpitala nazywanego przez naiwnych willą Chruszczowa znajduje się bardzo interesujące miejsce. Jest to kilka wyasfaltowanych placyków poprzedzielanych zaroślami, które kiedyś (placyki, nie zarośla) były terenem rozmaitych zakładów pracy, w większości dawno już dziś zburzonych. Od ładnych paru lat jeśli nie dłużej odbywają się tu nielegalne wyścigi samochodowe, a dokładniej rzecz ujmując bardziej może pokazy gromadzące całkiem sporą publiczność. Wielu osobom mieszkającym na Zadolu czy w Ligocie to przeszkadza, ponieważ niewątpliwie pisk opon słychać bardzo daleko, ale z drugiej strony nic złego się tu nie dzieje, a też sami kierowcy nikomu, poza swoimi maszynami, krzywdy nie wyrządzają.
 
O tym, że mają talent świadczy choćby ten krótki filmik jaki dziś nakręciłem. Może jest to jakiś niewykorzystany potencjał? Nie wszystko w końcu co młode i krnąbrne jest złe. Zamiast skarg i narzekań, zamiast straszenia się nawzajem może by tak ktoś pomyślał o ucywilizowaniu tej okolicy? Teren można ogrodzić, oświetlić, co nieco uporządkować i z pewnością wprowadzić jakieś ograniczenia czasowe organizowania tu takich rajdów. W zamian zyskamy ciekawe miejsce, coś idealnego dla młodych i nie tylko, możliwość zarobku (fast foody itp.) i przede wszystkim niekonwencjonalną rozrywkę pozwalającą realizować ludziom swoje pasje i także wpisującą się w nowoczesny wizerunek miasta.
 
Las? Zwierzęta? Jedno i drugie jak na śląskie warunki i tak na razie ma się nieźle. Skoro nie myślimy o nich prowadząc nowe drogi i budując nowe osiedla nie bądźmy nadgorliwie obłudni legalizując i cywilizując to, co i tak już jest, a co może być lepsze, bezpieczniejsze i ciekawsze dla dobra wszystkich.
 
Ja jestem za.  
 
 
 
 
 

niedziela, 21 stycznia 2018

Szlaban na outsourcing!

Nagłówek tekstu ze strony Faktu
------------------------------------------------ 
Kilka dni temu media obiegła wiadomość o wydarzeniu które miało miejsce piętnastego stycznia na przyszpitalnym parkingu w Zielonej Górze. Oto lekarz wyjeżdżający karetką do pilnego wezwania zmuszony był do wyłamania szlabanu, ponieważ portier odmówił otwarcia go jako służącego wyłącznie do wjazdu, a nie wyjazdu z terenu szpitala. Ocena tej sytuacji wydaje się z pozoru prosta: całą winę ponosi jakiś bezmyślny parkingowy, nieprawdaż?
Ano, moim zdaniem, NIE. 

Zacznę od przypomnienia kolejności zdarzeń. Piętnastego stycznia około godziny 14 karetka otrzymała zlecenie pilnego wyjazdu zaraz po tym jak dowiozła innego pacjenta na izbę przyjęć. Pomocy potrzebowała kobieta, którą kilka dni wcześniej wypisano ze szpitala. Jej stan był teraz poważny, liczyła się każda minuta. Załoga zdecydowała zatem aby dla skrócenia trasy wyjechać bramą wjazdową, czyli pod prąd, i dzięki temu także ominąć korki na pobliskim skrzyżowaniu. Po dojechaniu do szlabanu okazało się jednak że portier odmawia jego otwarcia i kieruje auto do zwykłego wyjazdu ignorując informację od lekarza o powadze sytuacji. Po kolejnej próbie polubownego załatwienia sprawy, w tym argumentacji, że przecież po godzinie 22 i tak ten wjazd jest stale otwarty, lekarz zdecydował się wyłamać (a właściwie wygiąć) szlaban i przejechać mimo ostrzeżeń, że poniesie koszty swojego działania.

Oczywiście jak można się było spodziewać na głowę portiera posypały się gromy. Media, czytelnicy, widzowie, przedstawiciele szpitala i nawet firma w której pracował jęli prześcigać się w udowadnianiu swojej rzekomej "papieskości".  Po czymś takim nie dziwi wynik sondy na stronie Faktu, w której 94% respondentów z ponad tysiącstuosobowej grupy uznało za słuszne ukaranie za całe zajście parkingowego i tylko jego. Zresztą już to przyobiecał także pracodawca owego pana zapowiadając jego upomnienie i przeniesienie na inny obiekt.



I tak właśnie uspokaja się zbiorowo sumienie tych, którzy są w tej i setkach podobnych, choć na szczęście najczęściej mniej dramatycznych sytuacji winni naprawdę, nawet jeśli nigdy ani wspomnianego pana ani jego szlabanu na oczy nie widzieli.

Pozwólcie Państwo, że do sprawy podejdę szerzej. Winnym numer jeden jest tu według mnie nie portier, a szpital, ten konkretny z naszej historii, ale i każdy inny, generalnie cała służba zdrowia i nawet nie tylko ona. A razem z nimi modne słowo outsourcing, którym maskuje się robienie taniej i gorzej czegoś, co powinno być robione drożej i lepiej, aby móc uznać, że jest robione w ogóle!

Od lat panuje w Polsce moda na zewnętrzne firmy różnego rodzaju. Są one w powszechnym mniemaniu tańsze, bardziej elastyczne, zdejmują ze zleceniodawców część obowiązków niezwiązanych z sednem ich działalności, a do tego pozwalają zaoszczędzić na składkach na PFRON, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w branży ochrony mienia i czystościowej są zakładami pracy chronionej. O tym, że taka ochrona czy sprzątanie jest wykonywane gorzej, nierzadko na umowach śmieciowych, z naruszeniem norm godzinowych itd. itp. prawie się nie wspomina. O tym, że generalnie przygotowanie fachowe pracowników w firmach tego typu, także innych branż, jest słabsze niż potencjalne u bezpośredniego pracodawcy, również. A już fakt, że gdzieś w biurowcu widzimy po raz dziesiąty w danym roku nowego portiera chyba nikomu absolutnie nie przeszkadza, mimo że w wyniku tej zmiany on nic nie wie, a za to ten, który odszedł, wie aż za dużo. Także o nas, ale któżby tam nad tym myślał...

Kwestia druga to więź z firmą. Takie niby komunistyczne coś, co się dzisiaj zamienia w lukrowane obłudą wyjazdy integracyjne a co guzik ma ze swoim pierwowzorem wspólnego, bo zwyczajnie nie działa. A szkoda, bowiem nie ma i nigdy nie będzie lepszego pracownika od tego, który swoją pracę, swój zakład, po prostu lubi i szanuje. Nie rozumiała tej prostej zależności na przykład jedna z moich dawnych pracodawczyń - "żelazna" kanclerz SUM w Katowicach  - pani Bernadeta Kuraszewska, gdy w 2007 roku jednym pociągnięciem pióra pozbyła się sprawdzonych przez nierzadko dziesięciolecia i oddanych całym sobą ponad stu portierów na rzecz pseudoochroniarzy, dla których uczelnia była tym samym co wcześniej budowa a później kopalnia czy baza autobusów. I którzy także za ewentualne błędy niekoniecznie bać się musieli zwolnienia a co najwyżej przeniesienia, które i tak było dla nich codziennością. Czy taki człowiek się angażuje? A czy się identyfikuje, utożsamia w miejscem w którym pełni służbę? Wolne żarty.

Winny numer dwa to śmieciodawcy. Nieważne czy z firm ochrony osób i mienia, okołoprodukcyjnych, sprzątających czy np. tylko obsługujących parkingi. I nawet nieważne czy faktycznie zatrudniający na zleceniach. Firmy, które nie są prawdziwymi pracodawcami, a tylko handlarzami.  Przez szacunek do samego siebie jako jednego z ich dawnych śmieciobiorców napiszę tylko, że handlarzami pracowników.

Fabryka. Ubranie, skierowanie do pierwszej z brzegu brygady, praca. Powiedzmy do śniadania wolniej, żeby się wprawić, a potem już norma.  Ochrona. Mundur, pokwitowanie szkolenia BHP, adres obiektu i nieśmiertelna dniówka z "panem Zdziskiem, co to wszystko wie". Sprzątanie. Ciuchy, adres i "pani Jola pani pokaże". I włóczą się takie zombi rynku pracy od Annasza do Kajfasza, ciągle licząc na to że Zdzisek i Jola wytłumaczą tak, żeby nie było wpadki. Bo firma nie ma przecież czasu na takie drobiazgi jak prawdziwe szkolenie stanowiskowe, ale za to ma dla nas np. 9,70 netto. A jeszcze półtora roku temu bywało, że 3,70 zł wraz z umową w której zrzekamy się składek na ZUS.
Handlarze, nie pracodawcy.

Rok temu, w styczniu 2017 roku udzielałem wywiadu na temat moich doświadczeń w ochronie. Usłyszałem w nim pytanie, które mnie autentycznie oszołomiło. "Jak wygląda szkolenie ochroniarza?"
Szko...co???

Nie ma szkoleń. Nie ma personalizacji pod dany obiekt, nie ma wpajania pewnych ogólnych wzorców zachowań, umiejętności kojarzenia faktów, obserwacji, sposobu prowadzenia rozmów, samodzielności działania itp. Jest tylko "pan Zdzisek". To z jednej strony. W środku mamy zakres obowiązków. Najczęściej ogólnikowo wazeliniarskie brednie pisane masowo pod wszystkie obiekty danej firmy z tylko dokładanymi lub odejmowanymi kilkoma zdaniami dla pozorów. A na drugim biegunie czeka na nas katalog kar, często nielegalnych z punktu widzenia Kodeksu Pracy, za najdrobniejsze uchybienie w rodzaju braku krawata albo plakietki.  Kto wie czy czasem i za wypuszczenie kogoś bramą do wjazdów także czegoś nie wymyślono. Bo takie to bywają realia w bagnie zwanym outsourcingiem.

Dwa przykłady z dziesiątków z mojego życia:
Przełożona ustawiła mnie kiedyś do pionu i to w dość ostrych słowach, ponieważ za własne pieniądze odesłałem listem poleconym znalezioną w śniegu przed budynkiem dokumentację medyczną osoby z innego miasta. Pani kierownik chciała, żeby owa dokumentacja trafiła do jej szuflady, bo może ktoś się zgłosi! A jeśli się nie zgłosi, to trudno.

Inna firma, inny czas. Wezwałem pogotowie do leżącego na trawniku przed pobliskim marketem pijanego, który mógł umrzeć w upale, a obok którego przejeżdżało ileś samochodów i przechodziło obojętnie iluś pieszych.
-A co pana obchodzi co się dzieje za płotem? Przecież to nie nasz teren? - usłyszałem.

I jeszcze jedno na dobitkę. Pracowałem w swoim życiu jako ochroniarz na kilkunastu bardzo różnych obiektach w trzech firmach, a w czwartej zacząłem, ale zrezygnowałem. KAŻDA z tych firm łamała polskie prawo. Nie tylko pracy, bo chociażby fałszowanie dokumentów albo oszukiwanie ZUS-u to raczej kryminalka na poważnie. Ale te firmy nadal działają i nadal też mają klientów. Bo tak to już jest, że czasem wolimy być ślepi.

Nie wiem i wcale nie twierdzę, że taka też była na przykład firma zatrudniająca "pana od szlabanu", ale po raz któryś powtórzę - outsourcing to zawsze gorsza jakość faktyczna, nawet jeśli cena i organizacja z pozoru są lepsze czy lżejsze. Tam po prostu nie ma miejsca na profilowanie pracownika tak, jak to się dzieje z natury rzeczy u normalnego pracodawcy, którym, wracając do naszej historii powinien być szpital. Amen.

Czy zatem wreszcie uważam, że nieszczęsny parkingowy jest bez winy? Nie. Uważam, że powinien otworzyć szlaban, ale rozumiem dlaczego go nie otworzył. Moja kartoteka znaleziona w błocie też powinna trafić na zawsze do biurka mojej kierowniczki, a pijany mężczyzna któremu pomagałem miał tam leżeć, bo był poza terenem. Zrobiłem dobrze, ale łamiąc zasady swojej pracy. On także miał je złamać, ale wolał się ich trzymać. I ja go rozumiem. Spróbujcie choć trochę zrozumieć i Wy, drodzy czytający.

"To jest wjazd i tylko wjazd. Nie wolno panu nikogo tędy wypuszczać, zrozumiano?"

"Jak to odesłał pan kartę poleconym? Kto panu pozwolił?

"A co pana jakiś pijak na trawie obchodzi? To poza terenem firmy!"
 
 
POST SCRIPTUM
 
1. Pytanie do 94% uznających portiera za winnego. Któż byłby winnym, gdyby karetka wyjechała po otwarciu szlabanu wprost na rozpędzoną inną, jadącą NORMALNIE do szpitala?
 
2. Wjazd na parking po 22 jest do rana otwarty, ale czy to oznacza, że staje się wtedy dwukierunkowy? Raczej  nie,  jak widać dość wyraźnie na zrzucie z Google Street View.
 
 
 
---
 
 
Linki
 
Artykuł na stronie Onetu (proszę zwrócić uwagę na to jak pomieszano w nim opis sprawy)

wtorek, 14 listopada 2017

Gdzie znów jest ten Portier?!

Ano chodzi.


Po pierwsze palcem po mapie, recenzując i fotografując a czasem także wynajdując rozmaite miejsca (Kliknij w obrazek)

https://www.google.pl/maps/contrib/109487448258231847369/reviews/@49.9908317,18.7874144,10z/data=!3m1!4b1!4m3!8m2!3m1!1e1?hl=pl


Po drugie czasem wrzuca jakiś nie tylko górski filmik na You Tube (Kliknij w obrazek)




Po trzecie dorabia na boku, znaczy udziela się od niedawna na zaprzyjaźnionym blogu. (Kliknij tutaj w obrazek a już na blogu w tytuł konkretnego posta)

https://katowicezpoziomuchodnika.blogspot.com/
Moje wpisy:


----------------------


Więc jakby co, proszę dzwonić :)

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.