Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komuna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2023

Człowiek który zrobił o jeden krok za mało

Nie jestem już dziś pewien, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, ale na pewno miał wtedy na sobie tę świetnie skrojoną sztruksową, granatową marynarkę, której potem przez długie lata tak mu zazdrościłem i która już na zawsze będzie mi się z nim kojarzyć. Wsiadał po południu do autobusu którym wracałem z zawodówki o kilka przystanków później niż ja, mimo, że był zatrudniony w tej samej firmie. W porannym nie widziałem go nigdy. Przyglądałem mu się z zainteresowaniem, zastanawiałem się kim jest. Niewątpliwie przystojny, wysoki, szczupły, zawsze gładko uczesany. Jakoś odróżniał się od innych pasażerów. No i przecież kto wtedy na co dzień nosił marynarki?

Powiedzmy, że ma na imię Andrzej, choć i czytający te słowa i ja wiemy że jest inaczej. Ale to nie ma znaczenia. 

Po trzech latach przyjąłem się do pracy, przyjąłem, a właściwie jakby przeniosłem, bo nasza szkoła była od początku częścią zakładu. Traf chciał że wylądowałem w dziale w którym mój autobusowy znajomy pracował. Poznaliśmy się. Z czasem staliśmy się dobrymi kumplami.

Andrzej był świadkiem moich porażek i sukcesów, spięć z kierownikiem i wygranych z dyrektorem, widział jak uczę się zawodu i widział jak popełniam błędy. Przez kilka lat widywaliśmy się codziennie, czasem kłócili, czasem pili wódkę, jak to w pracy. Obrazek, jaki wyniosłem ze szkoły, prawie filmowego amanta szybko okazał się złudzeniem. Mój kolega miał spaprane małżeństwo, był alkoholikiem a i w pracy ledwo, ledwo, utrzymywał się na granicy pomiędzy pomocnikiem a fachowcem, cudem chyba tylko po stronie fachowca...

Mam przed oczami kilka wspomnień. Pierwsze nie wiedzieć czemu nasuwa mi się to, kiedy leży jęcząc z bólu  w magazynie pełnym worków wapna i czeka na przyjazd pogotowia chwilę po tym jak spróbował podnieść więcej niż pozostali, inny to kolejne awantury z majstrem i nagany za alkohol, jeszcze inny to jego najlepszy kolega chwalący się tuż obok pijanego w sztok Andrzeja jak to dzień wcześniej "ta jego siedziała mi na kolanach i jakbym tylko chciał, to ten by nawet nie wiedział..."

Wypadek na delegacji, jedno, potem kolejne chorobowe, podejrzenie o kradzież, cudem wyprostowana bumelka, kłótnie, skargi, wódka, wódka, wódka...

Jeden z ostatnich obrazków to Andrzej podnoszący kieliszek już dwiema dłońmi a i tak rozlewający połowę na stół i wreszcie ostatni dzień - zwolnienie. Kto nie żył w PRL-u albo krótko po nim, ten nie wie jak abstrakcyjnym było wylecieć dyscyplinarnie z państwowej firmy. Andrzej wyleciał. Pewnego dnia po prostu zabrał swoje rzeczy, podał mi rękę i potem wyszedł bez słowa.

I znów widywałem go tylko z autobusu. Siedział w swojej sztruksowej marynarce czasem z żoną, czasem sam i sprzedawał jakieś drobiazgi na osiedlowym targowisku. Gdy się patrzyło na zawartość jego walizki widać było, że choćby sprzedał wszystko i tak nie zarobiłby więcej niż na średni obiad w barze... Potem już tylko pomagał innym handlarzom nosząc im torby, ustawiając stoiska albo sprzątając. Częściej pijany niż trzeźwy. 

Po latach rozmawiałem z kimś kto także z nami pracował. Usłyszałem, że Andrzeja eksmitowali, że żona odeszła, że trafił do jakiegoś ośrodka, nie wiem już dziś, czy na leczenie czy tylko na przetrwanie. 

Spotkałem go w zupełnie innej dzielnicy naszego miasta ponad trzydzieści lat później. Na pierwszy rzut oka się nie zmienił. Tak samo szczupły, choć nigdy nie chudy, ta sama, nie nadszarpnięta czasem fryzura, z pozoru identyczny z tym człowiekiem z którym murowałem, betonowałem albo transportowałem szkło dawno dawno temu. Tylko z pozoru.

Zapadnięte oczy, pożółkła cera, braki w uzębieniu. Drżące teraz już non stop dłonie. Tak jak kiedyś w latach osiemdziesiątych widzę go czasem z okna autobusu. Oczywiście mnie nie poznaje, choć kilka razy minęliśmy się oko w oko. Nikogo już nie poznaje. Żyje w innym świecie. A może w ogóle już nie żyje. Po prostu jest.

Czasem w objęciach z podobną mu niemłodą kobietą, czasem sam, kiedyś z podbitym okiem i przestawionym nosem, innego dnia kiwający się bezsensownie na przystankowej ławeczce. Nie ma już tej fascynującej mnie granatowej marynarki ani torby przewieszonej przez ramię. Ma reklamówkę do której zbiera pety ze śmietniczek. Z pozoru kloszard, ale zawsze spokojny, ba! nawet czasem szarmancki dla kobiet. Z pozoru z czymś na kształt uśmiechu, w rzeczywistości uczestniczący w codzienności tylko na tyle, aby od rana dotrwać do zmroku.

Człowiek, który w końcówce komuny nie zrobił tego jednego kroku by ugruntować swoją fachowość, która dałaby mu jakąś gwarancję przetrwania, człowiek który gdy był "wczorajszy", a bywał często, bez oporów zamieniał kielnię i packę na taczkę i łopatę dając się ustawiać byle komu. Kto "nie zniżył się" do tego by poprosić o darowanie win, gdy decydowano o jego dyscyplinarce. Kto jakby spadając w przepaść wciąż głębiej i głębiej po prostu się rozglądał nie decydując się nawet na krzyk. Może z niewiary, że to coś zmieni?

Stracił pracę, stabilizację, pieniądze, żonę, mieszkanie, okruszki normalności. W zasadzie wszystko. Jak na ironię jego ciało i twarz zmieniły się przez te dziesięciolecia najmniej. Gdyby dziś ubrał tę swoją granatową marynarkę z grubego sztruksu, w przeciwieństwie do wszystkich moich kolegów  z tamtych czasów i do mnie samego wyglądałby identycznie jak kiedyś.

Życie jest jak ten autobus, do którego niegdyś wsiadł znikąd, przejechał kilka przystanków i z którego później uciekł przed kontrolą, chociaż nikt tak naprawdę go nie gonił a może nawet nie miał zamiaru kontrolować.

Nie wie, nie pamięta, nie poznaje. Znów siedzi na ławeczce, tak samo jak wtedy, gdy w 1988 roku zobaczyłem go po raz pierwszy. Oczywiście że jest dla mnie jak wyrzut sumienia. Ale czy tylko dla mnie? Nigdy się tego nie dowiemy, bo Andrzej nie zamierza już wsiadać do żadnego autobusu.

Nadchodzi mrok.


poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Paraprofesjonaliści

Niniejszy tekst z racji długiej, długaśnej wręcz mojej przerwy w pisaniu nie ma bynajmniej ambicji przekazania jakichś nadzwyczaj głębokich przemyśleń w niezwykle barwnej stylistycznie formie, skądże, chce tylko wykorzystując starą, zarośniętą już ścieżkę do reszty świata, to jest do Was czasem miłościwie mnie tu odwiedzający, przedstawić pewien zbiór nieudaczników, mieniących się fachowcami i co gorsza mimo swej nieudolności przez niektórych za fachowców uważanych.


Nie dalej jak dwa lata temu zmieniano na mojej ulicy wodociąg. Któregoś późnojesiennego dnia ekipa zapukała i do moich drzwi. Co prawda byli tu już wcześniej, doprowadzając do budynku rurę, ale tamto jakimś cudem zrobili zgodnie ze sztuką, więc nie ma do czego wracać. Teraz za to połączenie rury owej z resztą że tak się wyrażę wodoobiegu (z racji wieku powinienem był napisac voodoooobiegu) nastręczyło im sporo trudności. Proszę zwrócić uwagę. Mamy firmę, która niczym innym się nie zajmuje, tylko właśnie skleja razem rurki, z tym tylko zastrzeżeniem że nic im się nie klei. Najpierw nie mieli TAKICH rurek, potem zgrzewarka padła, nie wykluczam, że ze wstydu, następnie dwóch z pięciu, tak! pięciu panów monterów w sieni dwa na dwa metry - atmosfera rodem z parady równości, gdzieś wybyło a pozostali... nigdy nie zgrzewali.

Stałem i oczom nie wierzyłem, a nie zdarza mi się to często pomijając chwile gdy liczę iksy na swojej rozmiarówce i czekałem na cud. Znaczy na to żeby COKOLWIEK im wyszło. Wyszła woda. Niby słusznie, ale nie do końca, bo na zgrzanym tuż przed wodomierzem kolanku. Kątówka, cięcie, nowa rurka, drugie zgrzewanie. I znów pech. Rurka PRZED wodomierzem i rurka ZA NIM są na różnych wysokościach. Znów cięcie, znów przekleństwa, znów próby. Wreszcie zadziałało. Na dworze zimno, w niczym nieogrzewanej sieni tym bardziej, drzwi na dwór otwarte, na podłodze błoto i panowie jeden nad drugim usiłujący coś z czymś połączyć. Można powiedzieć paraprofesjonaliści. Ledwie cztery godziny pracy. Koniec? NIE! Po trzech dniach okazało się, że wodomierz cieknie...

***

Kupiłem półtora roku temu za ciężko pożyczone kilka tysięcy piec. Piec ów jest włoski, ma piękną nazwę i imponujące parametry a nawet i całkiem niezły wygląd, więc w sumie nie byłoby powodów do narzekań, gdyby tylko last but not least WYTWARZAŁ CIEPŁO. Niestety o tym drobiazgu producent w natłoku wyżej wymienionych zalet zapomniał. Piec sam się rozpalał, pięknie mnie o tym po angielsku informował na złocistym wyświetlaczu i tylko momentami nie wiedzieć czemu wył jak poczciwy kamaz na wertepach peerelowskiej budowy, co nawet miało swój urok (Feel the power!)  ale ciepła z tego nie było. I co ciekawe montowali go, a jakże, fachowcy, w dodatku wprost z reklamowego filmu na You Tubie, na którym nie tylko praca, ale i piec paliły im się wręcz w rękach. Na żywo jednak wszystko było zimne jak żona mojego kolegi po wizycie listonosza. Na podłodze gruz, część tego gruzu pracowicie wgarnięta pod wykładzinę, na ścianie odciski brudnych łap panów montażystów a przed nimi wyjący (może z zimna?) piec za circa trzy moje wypłaty. 

On tak wyje, bo jest taki cug, wie pan?

Nie wiedziałem, ale wierzyłem. Do czasu kiedy wrzesień zmienił się w październik, a ten z kolei w listopad i grudzień. Teraz wyliśmy już w duecie, i ja i piec. Za chwilę niczym brakujący trzeci tenor dołączył do nas pan montażysta gdy pomiędzy paroma oktawami przekleństw jakie mu wyśpiewałem przez telefon dowiedział się między innymi, że ma piec bezwarunkowo wymienić na egzemplarz wytwarzający nie tylko dźwięki, ale i ciepło... Wymienił. Na pożegnanie dałem mu jeszcze śrubę wielkości małego palca, którą znalazłem luzem w popielniku. Nawet okiem nie mrugnął. A nowy piec, cóż, typowe małżeństwo z rozsądku, może nie tak ładny i nie tak imponujący designem, ale po prostu się go włącza i... jest ciepło. Nudy na pudy.

***

Rok temu postanowiłem założyć kablówkę. W umówionym dniu zawitało do mnie dwóch panów z wiertarką i zaczął się problem. Najpierw najspokojniej w świecie zaproponowali mi "rzucnięcie" światłowodu luzem ze słupa na dach i potem wywiercenie dziurki przy oknie. Spojrzałem na nich mniej więcej tak jak moja szefowa na mnie kiedy trzeci raz (bezskutecznie) pytam o podwyżkę. Panowie żartujecie, prawda?

Nie, dlaczego? Tu ze słupa damy na dach, dachem dwadzieścia metrów i w dół do okna...

No ale jak dachem? Bez montażu, bez peszli, bez korytek? Luźno na papie? 

No a co to panu za różnica?

Moja sugestia żeby jednak bardziej konwencjonalnie przymocować kabelek do muru prawie panów fachowców obraziła. Starszy aż jęknął. Pół godziny później siedział już w duzym pokoju i przez nikogo nie zaproszony kiwał się na krześle rozmawiając przez telefon.

Ale tu tynki twarde, wiertło nie to, haczyki mi nie wchodzą!

Zirytowany cokolwiek zaproponowałem panu przerwanie pracy i oświadczenie swojej firmie, że "się nie da", bo dla mnie akurat "manie" albo "nie manie" stu kanałów i szybkiego Internetu nie jest kwestią życia. Obraził się po raz drugi. Zrobił. Po kolejnych narzekaniach, telefonach i wymianie wierteł z haczykami i vice versa. A to czego nie zrobił poprawiałem potem sam.

***

Dach sobie w tym roku remontowałem. Litościwie już pominę pierwszego pana, który wywalił mi rachunek wartości nowego samochodu i zdziwił się, że kazałem mu zamknąć furtkę z drugiej strony. Pal go licho! Tacy zawsze byli i zawsze będą. Tacy jak ten drugi też. A drugi od razu nazwał pierwszego idiotą i kombinatorem samemu proponując mniej niż 1/3 ceny swego poprzednika i gdy tamten mówił o trzech tygodniach pracy, wykonanie wszystkiego w dwa, góra trzy dni. Już mi się wydawało, że złapałem Pana Boga za nogi, ale czas pokazał, że to nawet nie były sznurowadła...

Zamiast trzech dni wyszło dziesięć, zamiast jednej trzeciej ceny jedna druga, a ekipy która na środku podwórka pośród kupy gruzu, starych desek i papy robiła sobie palnikiem gazowym... jajecznicę, moi sąsiedzi nie zapomną już nigdy. Ja zresztą także, bo wszystkie moje wieloletnie doświadczenia z budów okazały się niczym wobec wynalazczości panów dekarzy. Oto wylewkę wyrównującą usiłowali oni robić... klejem do styropianu a po awanturze z mojej strony zaprawą tynkarską (gdyby ktoś nie kojarzył - najsłabszą z używanych w budownictwie). Zapłaconą przeze mnie wełnę na ocieplenie podmieniono mi na resztki styropianu z poprzedniego zlecenia, nadmiar zerwanej papy który nie wszedł na auto "przypadkowo" przysypano gruzem,  a moje oczekiwanie że kominy otynkowane będą nie tylko nad dachem ale i pod nim doprowadziło panów do rozpaczy. Podobnie jak mnie to, że na źle przyklejoną papę następnego dnia paraprofesjonaliści z czystym jak ich kora mózgowa sumieniem przywalili łatę! Państwo to widzą? Jest remont, dach ma nowe pokrycie i na tym nowym jeszcze przed końcem pracy mamy doklejkę!

***

Za kilka tygodni kolejna ekipa przyjedzie przerzedzać mi drzewa. Podobno żaden problem, tak mówi szef który jest już po rozpoznaniu terenu. W trosce oto aby po wyrębie i mnie dało się rozpoznać na wszelki nomen omen wypadek wynająłem już pokój w hotelu, spakowałem walizki i profilaktycznie złożyłem wniosek o mieszkanie. No bo jakby tak coś im się, fachowcom, za przeproszeniem omskło?

środa, 11 marca 2020

Nie dla idiotów

Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci, jeśli nie w ogóle po raz pierwszy w życiu, usłyszałem w sklepie, że nie ma soli. SOLI!!! I to nie w sensie, że nie ma, bo "wyszła" i pani z paleciakiem zaraz ją z magazynu dowiezie. Nie. Ona została wykupiona do zera po raz któryś z rzędu jak mi powiedziała jedna z ekspedientek, przez panikarzy, tych samych, którzy od kilku już dni pakują do wózków po dziesięć kilo mąki, cukru, czy makaronu, które to produkty, mogę się założyć, najdalej za kilka miesięcy i tak wywalą na śmietnik.

Jechałem wczoraj po sklepie za taką osobą. Pchała największy z dostępnych wózek a zwinnie przemieszczający się między półkami jej prawdopodobnie wnuczek podawał na żądanie kolejne paczki ryżu (chińskiego przecież, co za ironia!), mielonki, zgrzewki jajek i makarony. Minął nas też po chwili pan z klasycznie komunistycznym naręczem papieru toaletowego i kilkunastoma mydłami w woreczku. A przy kasie takich samych i podobnych im było jeszcze całe mnóstwo.

Zastanawiam się co im jest. Wierzą, że jeśli obłożą się makaronem i zasypią płatkami, wirus ich nie dostrzeże? Mają nadzieję, że przekupią złe moce puszką Turystycznej z zawartością MOM-u 50 % czy też może po prostu zgłodnieli? Na Boga jedynego, nie wiem!

Ale jedno wam powiem, miłościwie nam kupujący. Pomyślcie! Napędzacie swoim infantylnym strachem kolejnych potencjalnych panikarzy (Nie ma soli? Idę do drugiego sklepu i kupuję całą paletę!), ośmieszacie się pokazując jak łatwo można wami manipulować i wreszcie, co nie bez znaczenia, nabijacie kieszeń handlarzom, którzy dzięki wam czują się przeszczęśliwi.

Czy ktoś powiedział, że koronawirus przenosi się na zwierzęta i masowo zdychają kury, krowy, świnie czy indyki w związku z czym nie będzie co jeść? 
NIE.
Czy ktoś powiedział, że koronawirus zabija rośliny i w wyniku tego nie urosną zboża, nie będzie ziemniaków, buraków cukrowych czy innych pomarańczy?
NIE.
Czy abstrahując od pustych półek np. we Włoszech słyszeliście o tysiącach ludzi umierających z głodu w wyniku epidemii koronawirusa, zjadających się nawzajem albo polujących na okoliczne koty? 
NIE.

I wreszcie najważniejsze. Na ile nazbieracie tych zapasów? Na tydzień, dwa, trzy? Co to zmieni?
Przyszło wam do głowy, że jeśli nadszedłby dzień w którym nie byłoby już niczego do kupienia, na ulicach słaniałyby się jak w filmach klasy C stada zombi, a za bochenek chleba można by było dostać samochód, to wyjmując z szafy ten wasz ryż wyjmowalibyście i tak nie swoje bezpieczeństwo, ale ostatni, przedostatni czy najwyżej przedprzedprzedostatni posiłek na tym padole? 

Pomyślcie o tym i zachowujcie się jak dorośli, bo wstyd mi za was jak jasna cholera.



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Szymona Kobylińskiego imaginacje

Jest weekend 23-24 sierpnia 1980 roku. W Polsce sporo się dzieje. Kilka dni wcześniej miała miejsce tragiczna katastrofa kolejowa pod Toruniem, na Wybrzeżu trwają strajki, Partia cichaczem przygotowuje się do odwołania ze stanowiska Edwarda Gierka, CPN gwarantuje, że paliwa wystarczy dla wszystkich o ile tylko zaprzestaną je kupować, a gwałtowne opady deszczu uniemożliwiają lub opóźniają zbiory. Jeden obok drugiego groźnie brzmiące tytuły atakują oczy czytelników. Gdzieś pomiędzy nimi przemyka błahy z pozoru felieton o czymś, co nie istnieje i nikt nie przewiduje aby istnieć miało. O e-bookach, czytnikach e-booków, tabletach i... Internecie.

Nie Apple, nie IBM, nie Microsoft ani nawet Commodore wespół z Atari, ale... Trybuna Ludu, najobrzydliwsza z możliwych komunistyczna gazeta, niestrawna nawet dla tych, którym generalnie socjalizm nie przeszkadza wieści w tych dniach rewolucję cyfrową. Tak, wiem, brzmi to niewiarygodnie, ale mimo to jest prawdą. Piórem Szymona Kobylińskiego, znanego chyba każdemu wspaniałego rysownika, satyryka, karykaturzysty i historyka przekazuje nam ta właśnie publikacja obraz świata, który ziści się dopiero w XXI wieku.


"[...] okiem wyobraźni ujrzałem czytnik (sic! - dopisek mój, Portiera) w postaci dość płaskiego pudełka zaopatrzonego w bateryjkę i pokrętło co można by zwyczajnie dzierżyć w dłoni i tylko drobnym ruchem kciuka przerzucać "kartkę po kartce" na plastikowej matówce. Całą swoją bibliotekę, zajmującą teraz kilkanaście metrów mieszkania [...] miałbym w podręcznej szufladzie.



[...]
Żaden druk nie osiągnie precyzji slajdu. I tu upatruję szansę dla dzieł z reprodukcjami wielkiego malarstwa. Nawet najwspanialej tłoczone papierowe odbitki wciąż nie umywają się do barwnej kliszy.

A więc już nie czytnik, lecz "oglądnik" czy "obejrzywacz" -  niech mu tam kolejna ankieta gazetowa przyda odpowiednie miano. 
[...]
Teraz już moje oko wyobraźni zaczyna szaleć! Oto widzę siebie (ciebie, nas, was, ich) - jak sięgamy nonszalanckim ruchem do podręcznej biblioteczki i dobywamy z niej cały, przypuśćmy, Ermitaż, albo Luwr [...] 
Solidny , domowy ekran z ładnie oprawną matówką stawiamy na stoliku i hajda po wystawach świata.
[...]

Gdybyż tak jeszcze - jak hulać wyobraźnią, to hulać! - wedle wzoru niezliczonych wykładów naukowych szły z magnetofoniku dźwięki komentarza, lub zgoła literatury pięknej, do której jak na przykład w prozie Iwaszkiewicza, widziane cuda artyzmu byłyby ilustracją, wówczas koncert dla ucha i oka byłby wręcz najwyższej rangi.

Szkoda, że czegoś takiego nie doczekam, choc właściwie - zupełnie nie wiem, dlaczego."


------------------


Wykorzystałem fragmenty felietonu Szymona Kobylińskiego "Imaginacje" opublikowanego w numerze 200 (11208) Trybuny Ludu z 23-24 sierpnia 1980 roku.



POBIERZ CAŁY FELIETON 
OTWIERAJĄC OBRAZEK W NOWYM OKNIE
(środkowy przycisk myszy) 



niedziela, 5 stycznia 2020

Pretensjonalnik 3

Obrazek, który skojarzył mi się jako pierwszy to dziewczyna lub chłopak na spacerze w parku z sympatyczną babcią lub dziadkiem. Taka prawie że rodzinna idylla. Reklama. Bzdura. Wciskanie kitu. Prawdziwy bowiem pierwszy obrazek to "opiekunka" pod pięćdziesiątkę, z rzekomo kilkuletnim stażem, która nie potrafi rozwinąć prześcieradła pod leżącym chorym, nie wie jak pomóc mu obrócić się na bok i wreszcie (o tempora, o mores!) usiłuje najspokojniej w świecie wodę z podmywania intymnych części ciała wylać do zlewu w kuchni. Bo tam jest bliżej.

Opiekunki "zwyczajne", bo dodać należy, że są i specjalistyczne, droższe, nie mają wbrew temu czego moglibyśmy oczekiwać przygotowania pielęgniarskiego, nawet najprostszego, będącego owocem powiedzmy kilkudniowego kursu. Mają być tanie i są tanie. Zwłaszcza, gdy zamiast z wolnego rynku realizują zlecenia (w ramach zewnętrznej firmy) ze wskazania Opieki Społecznej. Konsekwencja tej taniości jest dokładnie taka sama jak we wszystkich innych znanych światu przykładach, a nazywa się bylejakością. Takiej właśnie doświadczyliśmy.

Już pracownica MOPSu ostrzegała nas, że opiekunki mogą oszukiwać na czasie pracy i sprawdza się to przy pierwszej wizycie, gdy takaż właśnie "opiekunka" (cudzysłów jak najbardziej zamierzony) usiłuje ulotnić się po mniej więcej 40% czasu przewidzianego na swoją pracę... Potem jest tylko lepiej, to jest przepraszam, śmieszniej. Panie które CHCĄ wykonywać tylko część czynności, ponieważ np. są u nas na zastępstwo albo DZIŚ SIĘ SPIESZĄ, panie, którym trzeba kupić rękawiczki jednorazowe, bo firma która je kieruje nie wyposaża je w takowe, panie, które pracując pół godziny bezczelnie wpisują godzinę i wreszcie przychodzące (do chorej osoby, do obcego domu!) z córką lub... psem. Ale to i tak nie koniec. Najlepsza była kobieta wpisująca się do dokumentów jako mężczyzna i to nie dlatego iżby na przykład była (był?) aż tak postępowa, ale dlatego, że "ta umowa nie może być na mnie".  Do tego jeszcze "opiekunki" z problemami. Zdrowotnymi, domowymi, finansowymi i jakimi tam tylko. Wyłączane komórki, opuszczone bez kontaktu wizyty, stawianie warunków, dyskusje i wszystko to co najgorsze można by sobie wymyślić. 

Czy ja już coś wspomniałem o pieniądzach?

No jasne, ze panie są na zleceniu, no jasne, że na najtańszym, no jasne, że z firmy "mydło, powidło, export, naprawa telewizorów", bo to takie właśnie najczęściej wygrywają przetargi tam, gdzie  ważnym kryterium jest cena. Ba! Była i pani twierdząca, że dopłaca do nas przyjeżdżając tu, gdzie jej akurat jest nie po drodze. Po prostu cud, miód i orzeszki!

A ile było tych pań? Ile było maili, smsów, telefonów, monitów, skarg, próśb i wszystkiego podobnego ze straconym czasem i nerwami na czele, by ta pożal się Boże usługa działała jak powinna?

Nie pytajcie. Po prostu przyjmijmy, że lepiej żeby się Wam ta wiedza nigdy nie przydała w praktyce.


niedziela, 29 grudnia 2019

Pretensjonalnik 2

Z dnia na dzień, wcale nie od razu z racji wieku czy przewlekłych chorób, ale zupełnego przypadku, każdy z nas może wrócić do etapu życia, który jak do tej pory błędnie sądził raz na zawsze ma za sobą. Do pieluch mianowicie. Swoich, żeby nie było wątpliwości. Nie jest to z całą pewnością nic przyjemnego, ale cóż poradzimy, też bywa częścią naszego tu i teraz.

Gdzież te czasy, kiedy się w szpitalach leżało miesiącami? Gdy się ze szpitali a) par excellence wychodziło b) zdrowym? Sam pamiętam z lat niesłusznego ustroju jak to wyrostek robaczkowy z dodatkami w postaci skrętu kiszek i ospy w gratisie wyciął mi z życiorysu ponad miesiąc... Ale to przeszłość. Teraz leczy się szybko. I tak dnia pewnego transport sanitarny zwozi mi do domu i de facto "wysypuje" na tapczan wspomnianą w pierwszym poście bliską osobę połamaną jak opłatek wigilijny, opampersowaną, z temblakiem, stosem wyników badań i nadzieją że wiem co z tym począć. Dzień dobry, do widzenia, miłego dnia. I radź tu sobie teraz człowieku.

Pierwsza myśl to lekarz rodzinny i słowo klucz "wizyta domowa". Idę, zamawiam, jestem spokojniejszy. Dowiaduję się też, że i pielęgniarkę można zamówić w ten sam sposób, oczywiście również za darmo, ale uwaga, tylko do zastrzyków, zmiany opatrunków czy podawania kroplówek. Nie do pieluch czy pomocy w toalecie. 

Rozpoczyna się bieganina i szukanie po omacku. Apteki, przychodnie, papierki oraz papierki do papierków. Szok. Skąd niby szary człowiek ma się w tym rozeznawać?  Na mój gust w takie rozeznanie powinien zaopatrywać pacjenta i jego rodzinę właśnie szpital, ale ja to tam taki wiecie, bardziej idealista jestem. Życie wygląda inaczej. Szuka się z pomocą wujka Google i wszystkich możliwych znajomych, ale jednak najczęściej po prostu samemu. Ktoś wreszcie przy okazji rozmowy wspomina, że pieluchy są refundowane, tylko trzeba sobie załatwić pisemko od lekarza. Mam pierwszy stabilny punkt. Wizyta domowa - pismo - pieluchy. W praktyce okazuje się, że pomiędzy tym jest jeszcze NFZ, a ściślej nie wiedzieć komu i na co potrzebna wizyta w tejże instytucji celem podbicia i wprowadzenia do jakiejś wirtualnej kartoteki zlecenia z przychodni. Tu jednak czeka mnie miłe zaskoczenie. Pobyt w gmachu NFZ-tu trwa łącznie ze staniem w kolejce może kwadrans. Z podbitym zleceniem mogę już udać się do sklepu lub apteki i otrzymać górę pieluch za ułamek ich ceny. 

Szukamy dalej. Chory leżący, to chory wymagający doglądania. Jako, że dorosły, to może i mniejszego, ale jednak. Samo podstawienie pod nos jedzenia, picia i pilotów sprawy nie załatwia, zresztą wspomniane już dziś kilkukrotnie pieluchy, też nie są dla nikogo miłym przeżyciem, i to także dlatego, że poza wszystkim są jeszcze drastycznym naruszeniem prywatności, pewnych blokad psychicznych i masy temu podobnych. Jest potrzebna pomoc.

Agencji opiekuńczo pielęgniarskich mamy w naszym mieście mnóstwo. Tyle, że ceny są w nich stanowczo dalekie od moich przynajmniej możliwości... I tak to człowiek, który pracuje i nawet jakby zarabia, mieszkający z drugim człowiekiem w podobnej sytuacji, musi wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi stać się klientem Opieki Społecznej. No to się staje.

Najpierw Internet, znalezienie właściwego ośrodka, potem wizyta w nim, przejście przez kolejkę pełną różnych, naprawdę różnych ludzi, nierzadko poprzedzielanych policjantami i wreszcie przy uderzającym zewsząd poczuciu, że designersko przynajmniej a na pewno technologicznie mamy rok 1990 albo i wcześniejszy... umówienie się na wizytę domową. 

Wizyta zaś to spektakl sam w sobie. Pytania o długi, o komornika, o kuratora, o narkotyki, o alkohol i przemoc domową potęgują wrażenie absurdu. W pewnym momencie odczuwam nawet jakiś żal, że na wszystko odpowiadamy nie... Nic to, nieważne, takie moje skrzywione przemyślenia. Będzie opiekunka! To najważniejsze. Będzie też, po przeanalizowaniu dochodów, częściowa tylko za nią odpłatność. Minęły trzy dni. Wypłynąłem jak mi się zdaje na prostą.

Kto wie dlaczego chorego leżącego, na dodatek z połamaną w kilku miejscach ręką i miednicą wypisuje się do domu i "wysypuje" na tapczan bez grama wprowadzenia współdomowników w sytuację i sposoby poradzenia sobie z nią? Kto wie dlaczego zgruchotane ramię z ilością stali godną wczesnych wersji terminatorów "zabezpiecza się" temblakiem a nie szyną czy gipsem? Kto wie, dlaczego mimo XXI wieku pomiędzy lekarzem i NFZ-tem musi biegać pacjent zbierający pieczątki? Kto wie wreszcie dlaczego i biedny i chory i alkoholik z wyrokiem wypełniają w MOPS-ie takie same dokumenty nawet starając się o zupełnie różną pomoc?

Kto wie...


-------------------------------------------------------


piątek, 27 grudnia 2019

Pretensjonalnik 1

Niedzielny wieczór

Bliska osoba nie wraca na noc do domu, choć wyszła po południu w założeniu na kilkadziesiąt minut. „Oczywiście” nie ma ze sobą dokumentów ani telefonu. Nikt nic nie wie, nie ma też jak zaginionej szukać, bo trasa jaką miała przebyć jest prosta, bliska i tak oczywista, że nie ma technicznej możliwości by po iluś godzinach niezależnie od tego co się mogło stać na niej była. Po nieprzespanej nocy pełnej koszmarów i wiary, że jednak wszystko wróci na swoje miejsce okazuje się, że zaginionej nadal nie ma.

Szpital

Piąta rano. Nocna i świąteczna pomoc medyczna. Kilka minut od naszego domu, na jednej trzeciej trasy jaką pokonać miała zaginiona osoba. Pani lekarka otwiera drzwi po moim trzecim dzwonku. Nic o nikim nie wie, w ciągu nocy nikogo nie było. Gdyby jednak był, też nie mogłaby mi o tym powiedzieć, bo przecież RODO zabrania. Dowiaduję się dodatkowo, że lekarz na nocnym dyżurze nie jest lekarzem ze szpitala w którym ten dyżur pełni i że konieczność hospitalizacji nie oznacza w żadnym przypadku automatycznego pozostawienia pacjenta właśnie w placówce, w której był przyjęty do zbadania.

Ten sam szpital. Izba Przyjęć.

Krótko i na temat. Nikogo nie było. RODO i tak nie pozwala udzielić informacji gdyby jednak był. 

112

Pan operator może przyjąć zgłoszenie zaginięcia, ale nie może udzielić informacji nt. tego czy ktoś w ciągu nocy miał wypadek i został odwieziony do szpitala lub na przykład zginął albo zmarł gdzieś na ulicy. I nie, nie chodzi już nawet o nazwisko. Nie można uzyskać informacji czy w ogóle karetki w naszym mieście transportowały w ciągu ostatnich dwunastu godzin kogoś np. z wypadku samochodowego w określonej dzielnicy lub będącego w określonym wieku… RODO.

Komisariat Policji

Nie można uzyskać żadnych informacji, ale można… na koszt państwa powozić się z patrolem po okolicznych szpitalach i wtedy ewentualnie…

Wreszcie policjant lituje się i pytając o wiek i dzielnicę wyszukuje w systemie interwencje z ostatnich godzin. Znajduje taką, która może w teorii dotyczyć zaginionej. Nie podaje mi żadnych danych poza namiarami szpitala i informacją o tym, że poszukiwana żyje, ale to już jest punkt zaczepienia.

Telefon do szpitala

Zdziwiona pani na Izbie Przyjęć. Czy ja nie słyszałem o RODO? Żadnych informacji się nie udziela. Proszę przyjechać. Nieważne, że ktoś kogoś szuka, że nie wie czy chodzi o skręcenie kostki czy amputację obu nóg. Nie ma mowy o odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Mimo propozycji podania przeze mnie wszelkich danych moich i osoby, której szukam. Od numerów PESEL po rozmiar butów. Nie. Bo RODO.

Dom

Szybkie pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, jeszcze szybsze załatwianie urlopu na żądanie. Jazda na ślepo do szpitala cały czas bez wiedzy co się właściwie stało i czy poszkodowana jest osobą o która mi chodzi.

Szpital

W szpitalu panuje epidemia grypy. Nie ma odwiedzin, nie ma odwiedzających na oddziałach. Nie można zobaczyć, podać, wejść.  Nie można podejść, pocieszyć, uspokoić. Bo grypa. Te ileś osób stykających się ze mną a potem ze sobą wzajemnie i z chorymi przy okazji grypy nie przenosi. Taki cud medycyny.
Wreszcie krótka rozmowa z lekarzem. Pierwsze konkretne informacje. Jest!

Wydarzenia opisane powyżej to ledwie osiemnaście godzin. Godzin w trakcie których strach, łzy, przerażenie dwóch bliskich sobie osób oddzielone były przez tak zwaną ochronę danych osobowych. Godzin w których tak dobrze znane z książek i filmów zdanie „Obdzwoniliśmy wszystkie szpitale” okazało się pozbawione jakiegokolwiek sensu w chorej rzeczywistości XXI wieku. Wreszcie last but not least godzin w których mój zawsze daleki od sympatii stosunek do Unii Europejskiej zmienił się z dezaprobaty w coś, czego w trosce o swój byt na Bloggerze nawet nie ośmielę się zdefiniować. 

Bo RODO.




poniedziałek, 16 września 2019

Boczne drogi rozsądku

Dawno dawno temu, w czasach, kiedy piszący te słowa zaliczał się jeszcze do młodzieży, a przynajmniej mniej niż dzisiaj osób protestowałoby gdyby się zaliczyć odważył, zdarzyło mu się stanąć przed obliczem komisji lekarskiej oceniającej zdrowie poborowych. Tam na wieść, że wyżej wymieniony leczy się kardiologicznie skierowano go na konsultację do przychodni, z tym tylko, że nie tej w której miał kartotekę. Lekarz widzący delikwenta wspomnianego pierwszy raz na oczy wysłuchał oczywiście co wysłuchał, zanotował co zanotował, a potem podał młodzieńcowi tabletkę na zbicie ciśnienia i... wysłał go na spacer po Katowicach.
Po powiedzmy godzinie czy półtorej usatysfakcjonowany... działaniem tabletki wpisał ów jegomość do odpowiedniego formularza, że pacjent jest zdrowy, sprawny i niczego mu do szczęścia nie brakuje. 
Gdyby nie to, że się potem ów pacjent na piśmie domagał był przed komisją wojskową konsultacji w przychodni w której się ileś tam czasu LECZYŁ, dziś byłby już może nie ex-portierem a kto wie, generałem dywizji na przykład. Na nagrobku jakiegoś cmentarza...

Sytuacja ta, głupia od A do Z wydawała mi się jednorazowym zupełnie przypadkiem przez długie dziesięciolecia aż do dziś, kiedym to stanął przed obliczem pewnego starszego pana, sądząc po podejściu do pacjenta co najmniej spokrewnionego z tamtym...

A było to tak...
W piątek dokładnie przeziębiłem się na amen i początkowe kichanie oraz drapanie w gardle już w nocy zamieniło się w objawy dużo poważniejsze. Przez weekend leżąc plackiem jadłem tyle co nic, piłem herbaty owocowe jak smok, a nadto faszerowałem się aspiryną, kroplami wszelakimi, tabletkami na gardło i dla urozmaicenia także syropem. Scenariusz taki jak zawsze. W sobotę boli, w niedzielę nie boli, ale stopniowo traci się smak, a w ślad za nim i słuch :)) Gorączka męczy, głowa pęka, nogi się uginają, a chusteczki schodzą jak na festiwalu wenezuelskich telenowel.

Praca, dodajmy praca fizyczna w takim stanie to absurd. Ledwo człowiek kuśtyka po domu a poci sie jak mops wchodząc po byle schodach. Decyzja może być tylko jedna - lekarz.

I tutaj zaczyna się najlepsze.
Pan doktor ignoruje informacje o lekach i twierdzi, żem zdrowy jest jako szczupak! Temperatura 37 stopni (w półtorej godziny po dziesiątej od piątku aspirynie!) go rozśmiesza, drożny po rozpoczętej kolejnej buteleczce kropli nos doprowadza do rechotu a ból głowy zgłoszony jako jeden z objawów nasz medyk zalicza na poczet "być może problemów z kręgosłupem" docelowo niedwuznacznie sugerując, że ktoś proszący o chorobowe w poniedziałek niechybnie w sobotę był na czyichś na przykład imieninach... 

Według takiego pana (a słów na jego określenie, z przewagą tych wulgarnych, mam sporo) pacjent aby móc myśleć o chorobowym ma przyjść do niego niejako saute, z gorączką która by go powalała na czworaka, z zatkanym nosem i nieledwie charczący coś z zakażonego gardła...

Bo inaczej... jest zdrowy.


Nie, nie ma puenty. No może taka, że o swoje trzeba walczyć, co też w obu przypadkach uczyniłem, nie chwaląc się, z sukcesem, ale jednak, że sie tacy "medycy" wciąż jeszcze trafiają, to już wydaje mi się niewiarygodnym po prostu...

niedziela, 7 lipca 2019

O tych, co nie przeskoczyli muru

Po 1989 roku tysiące Polaków poczuło się sierotami systemu. Wychowani, wykształceni lub już funkcjonujący zawodowo w PRL-u nagle zostali rzuceni na fale dzikiego kapitalizmu lat 90, wprost w świat, który do tej pory był im przedstawiany jako zły, wrogi i bezduszny. W ogromnej większości to spotkanie okazało się dla nich mniejszą lub większą przegraną. Albo nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości wcale, albo nauczyli się trwać tylko na niższych jej pułapach, podświadomie chyba utożsamiając ich biedę z tak dobrze sobie znaną biedą komunistycznej Polski albo wreszcie, w najlepszym wypadku zacząć musieli kształtowanie swojego świata i samych siebie od nowa. 



Katarzyna Duda odnalazła po latach osoby, które w trakcie transformacji ustrojowej nie miały odwagi lub możliwości by "wziąć swoje sprawy w swoje ręce", między innymi dlatego, że latami wmawiano im, że to państwo zrobi to za nich, i zapytała o to jak dziś, po 30 latach nowego ustroju wygląda ich codzienność. Poprzez smutne, ale jednak bardzo subiektywne wspomnienia pełne opowieści o bezrobociu, goryczy, niespłacanych pożyczkach i pracy za najniższe stawki przebija się, jak sądzę nie całkiem zamierzone przez autorkę, pytanie, na które każdy z czytelników sam musi sobie znaleźć odpowiedź. Czy "ofiary transformacji" są ofiarami faktycznymi, poszkodowanymi przez nieczułych kapitalistów, czy też może właśnie tym bezwładnym "człowiekiem sowieckim" którego usunięcie z rynku było mimo wszystko ceną za to by zaistnieć mogła nowa rzeczywistość.

***

Będąc jednym z bohaterów tej publikacji stanowczo skłaniam się ku tej drugiej tezie, ponieważ jak już na tym blogu pisałem, nie wolno utożsamiać goryczy wynikającej z łamania prawa pracy czy złej organizacji państwa z automatycznym gloryfikowaniem socjalizmu czy tzw. Polski Ludowej.  Narzekanie na psujący się często samochód nie oznacza tęsknoty za furmanką.


sobota, 3 marca 2018

Bałagan na kółkach

Każdy autobus naszego głównego miejskiego przewoźnika, czyli PKM Katowice jest codziennie myty i sprzątany według ściśle określonych zasad. Nie wchodząc w drobiazgowe opisy można powiedzieć najprościej, że po zjeździe z  trasy i zatankowaniu na następny dzień najpierw myje się taki wóz częściowo automatycznie, częściowo ręcznie z zewnątrz, a potem do środka wkracza wyposażona w odkurzacze i szczotki brygada i bierze się za to, co dla nas, pasażerów, najważniejsze, czyli siedzenia, uchwyty, podłogi i (to już nie codziennie) okna. Kiedy jednak na dworze jest duży mróz sprzątanie ogranicza się do zamiatania, odkurzania i ewentualnie zupełnie podstawowego przecierania. Autobusu z zewnątrz się wtedy nie myje. Wystarczy przyjrzeć się prywatnym samochodom jeżdżącym po Katowicach na przykład w mijającym tygodniu, kiedy temperatury dochodziły nocami do  dziewiętnastu kresek na minusie, aby dostrzec, że nie tylko PKM tak robi. A zatem okej, nie mamy  co mieć pretensji, bo przecież jest to podyktowane troską o pojazd, któremu podobnie jak nam kąpiel a potem "wyjście na dwór" mogłoby zaszkodzić. Ale, proszę państwa, jedno jednak muszę dodać zastrzeżenie. Przyglądając się kilka lat temu wielokrotnie jak to wszystko wygląda w praktyce, nigdy, podkreślam to, nigdy nie zauważyłem aby niezależnie od pogody dopuszczono do wyjazdu takiego brudasa, jak ten na zdjęciach poniżej.
 
Autobus linii 292 w piątek drugiego marca. Według informacji ze strony KZK GOP operatorem świadczącym usługi na tej trasie jest prywatna firma pana Krzysztofa Pawelca z Pacanowa.
 
Nie mam co prawda zdjęć z zewnątrz, ale te wewnętrzne doskonale pokazują w czym rzecz. Przez wszystkie szyby wozu poza tymi w szoferce nie widać dosłownie nic. Brud, błoto, sól, Bóg wie co tam jeszcze. Takiego, proszę wybaczyć, SYFU, nie widywałem nawet za głębokiej komuny. A gdy na dodatek tuż za tym czymś na przystanek podjeżdża żółciutka "12" z PKM-u - czysta od kół po dach, to już naprawdę trudno się nie zirytować...
 
 
 
 
 
 

piątek, 19 lutego 2016

"Leszek" do Lecha

 
 



Panie Prezydencie!
 
              Wielu Pana działań i wypowiedzi po roku 1990 a zwłaszcza po 1995 nie jestem w stanie zaakceptować, a niektóre wręcz mnie irytowały, ale za to wszystko co działo się przed 1990 jest Pan i będzie, jak dla mnie przynajmniej, bohaterem narodowym. Tysiące ludzi w Polsce zaczęły coś robić a miliony myśleć przeciwko komunie inspirując się Panem i Solidarnością, dla nich wszystkich był Pan wzorem, argumentem i punktem odniesienia. Więcej nawet. Czym dla Pana i Solidarności była nagroda Nobla, tym dla polskiej opozycji był Lech Wałęsa. Symbolem, nadzieją i duchowym wsparciem. Nikt nie usłyszałby o Lechu czy Jarosławie Kaczyńskim oraz dziesiątkach innych jakże potem buńczucznych, gdyby nie było WCZEŚNIEJ Pana. I takie są fakty.

Dziwię się tylko, że nie chce Pan zdradzić zdrajców, czyli wprost opisać jak Pana komuniści zmusili czy nakłonili do takich czy innych działań, które z perspektywy okazały się błędne czy szkodliwe. To będzie ich wstyd, nie Pana. Słusznie ktoś napisał wczoraj w komentarzu na stronie TVN24, że dzisiejsi bohaterowie Internetu wtedy na Pana i innych miejscu narobili by w spodnie ze strachu. Ja powiem mocniej. Gdyby dziś był tamten czas, a ja byłbym Panem, gdyby stawką było moje i mojej rodziny bezpieczeństwo, zdrowie, życie, praca, a z drugiej strony gdybym szczerze w coś wierzył - podpisałbym wszystko. Żeby wyjść i robić swoje. A jeżeli okazało by się, że czymś co podpisałem, do czego się zobowiązałem, co opowiedziałem wyrządziłem iluś ludziom krzywdę, to trudno, nikt nie jest bez winy, zmazywałbym ją swoimi działaniami potem.
 
Pan i działaniami i wpływem na resztę Polaków w latach 80 dokonał tak wiele, że trzeba by być ślepym i głuchym by stawiać przeciw temu sprawy z początku lat 70, kiedy był Pan jednym z wielu, de facto bezimiennym robotnikiem.



 ===

 

 
 
/Mój wpis na wykop.pl/

czwartek, 9 lipca 2015

Przygotowanie do życia w komunie

Polak to taki dziwny ktoś, kto godzinami potrafi dowodzić swej europejskości czy wręcz światowości, a potem spokojnie wykręcić żarówkę w windzie "bo akurat taka mu padła w domu". Polak zwiedził już Londyn, Dublin, Kair i Tunis, ale nie widzi problemu w tym, żeby we własnym mieście wywieźć parę worków śmieci w krzaki. I wreszcie Polak zna dokładnie wszystkie najnowsze światowe marki, mody i trendy, rozróżnia bezbłędnie ich jakość i wartość, nie pozwala się (a przynajmniej tak twierdzi) wziąć na plewy, ale w tak zwanym życiu codziennym akceptuje wokół siebie lub wręcz współtworzy polski brud, smród i ubóstwo nieudolnie maskowane np. "ciężkimi warunkami prowadzenia biznesu".
 
A mnie, jako również Polaka, ale o nieco innych poglądach zwyczajnie szlag trafia.
 
Dziś z cyklu "jak być nie powinno" przykład ileś milionów, ileś tysięcy, ileś tam któryś któryś, tym razem ze schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą.
 
 
 
1. Obrzydliwie brudna poduszka, która wygląda jakby na niej nie spało, ale zmarło w męczarniach co najmniej kilkanaście osób. Odpowiedź recepcjonisty na stwierdzenie, że nie powinno się czegoś takiego dawać nawet psu: "Przecież ma pan czystą poszewkę, to się przykryje!"
 
 
2. Zamknięte na głucho ubikacje (łazienki?) w pokojach.
 
 
3. Drzwi wejściowe pod którymi i wokół których widać i słychać pół jeśli nie świata, to z pewnością budynku. Plus na tych tu moich konkretnie ślady nieautoryzowanego dostępu.
 
 
4. Wykładzina dywanowa dla oszczędności położona tylko w zasięgu wzroku - pod łóżkami goła wylewka...
 
 
5. Łóżka krańcowo zużyte, krzywe, zapadające się i skrzypiące przy najmniejszym ruchu.
 
6. Wszystkie pokoje bez telewizora czy nawet radia, z odłączoną "po rusku" możliwością skorzystania z sieci 230V (z gniazdek usunięto po jednej blaszce wewnątrz oraz plastikowe osłony na zewnątrz). A co jeśli takim wynalazkiem zainteresuje się dziecko?! Strach myśleć.
 
Efekt? Turyści masowo ładujący telefony i aparaty na umywalkach zbiorowej łazienki i tamże korzystający nocą z czajników...
 
 
7. Kabina prysznicowa (zbiorowa) z rdzą, brudem i standardem ogólnym sprzed jakichś 30 lat. Niestety bez zdjęcia tym razem, bo wolałem dla bezpieczeństwa skorzystać tylko z umywalki.
 
8. Ciasne ubikacje bez możliwości zamknięcia się.
 
***
Nie, nie oczekuję plazmowych telewizorów ani kawioru podanego do łóżka. Oczekuję czystości, intymności i warunków choćby z pierwszego lepszego domu wczasowego w PRL-u, czyli adekwatnych do designu budynku (który akurat mi się podoba), ale nie standardu noclegowni dla bezdomnych. Zwłaszcza gdy każe mi się płacić za niego 45 zł za noc.
 
Do (raczej nie) zobaczenia!


 
 
 
 

czwartek, 11 grudnia 2014

Portier pyta - Kolej odpowiada

Czy spóźniony pociąg osobowy zatrzymujący się nie przy tym peronie przy którym powinien i nie mający żadnych oznaczeń wskazujących dokąd jedzie, to mało? Oczywiście! Można go jeszcze nie zapowiedzieć, sądząc, że zrobił to kolega, a plakaty informujące o zmianie peronu wywiesić dzień później...
Zaś tym, którzy jakoś dobiegli, wskoczyli i okazało się, że to jednak ich skład, dla podgrzania atmosfery włączyć ogrzewanie na maksa, tak, żeby w październiku siedzieli w podkoszulkach.

Witamy na kolei imienia Barei!
 
***
 
Zwracam się do Państwa z prośbą o wyjaśnienie absurdalnej sytuacji, z jaką zetknąłem się w niedzielę, dziewiętnastego października 2014 roku, wyjeżdżając ze stacji Katowice-Ligota w kierunku Wisły Dziechcinki pociągiem o godzinie 6:02. Z racji tego, że sprawa dotyczy po równo braku odpowiedniej informacji na samym dworcu jak i w pociągu kieruję tę skargę jednocześnie do Kolei Śląskich i Polskich Kolei Państwowych.
 
1. Brak zapowiedzi ustnej lub informacji pisemnej o zmianach na dworcu Katowice Ligota.
 
Mimo remontu i wyłączenia z ruchu odcinka torów przy peronie drugim podróżni nie są informowani (a przynajmniej nie byli w niedzielę rano) o tym, że pociągi linii S-5 i S-6 jadące z Katowic zatrzymują się teraz przy peronie pierwszym a nie np. na drugim torze tego samego peronu. Brak jest takiej zapowiedzi w formie pisemnej np. w przejściu podziemnym czy na tablicach z rozkładami jazdy, ale przede wszystkim nie została ona też podana przez spikerkę (pociąg w ogóle nie został zapowiedziany!), mimo, że kilka minut wcześniej zapowiadała ona przepisowo i z wyprzedzeniem skład jadący bodajże z Żywca. W związku z powyższym wespół z kilkoma jeszcze innymi osobami oczekującymi na peronie drugim zostaliśmy zmuszeni W CHWILI WJAZDU POCIĄGU NA STACJĘ do biegu za nim poprzez przejście podziemne, co absolutnie nie powinno mieć miejsca i grozi wypadkiem, zwłaszcza, gdy ktoś wybierze jednak drogę przez tory.
 
2. Pociąg bez informacji zewnętrznej i wewnętrznej o stacji docelowej.

Skład wjechał na stację nie mając ŻADNEJ informacji na wyświetlaczu zarówno z zewnątrz jak i na ekranach LCD wewnątrz. Aby dowiedzieć się dokąd jedziemy (sic!) gdy pociąg już ruszył musieliśmy dopytywać się innych pasażerów. Stan powyższy nie przeszkadzał temu, aby przez całą drogę do Wisły Dziechcinki, gdzie wysiadałem, włączone było pełną mocą ogrzewanie i oświetlenie wagonów. Zdjęcie składu z widocznym, a raczej niewidocznym w tej sytuacji napisem o stacji przeznaczenia oraz numerze ewidencyjnym poniżej.
 

 
Bardzo proszę obydwie wymienione w nagłówku firmy o pisemne wyjaśnienie przedstawionej sytuacji. Pełne dane adresowe podaję, jako wymóg prawny, a w zupełności zadowolę się odpowiedzią przesłaną drogą elektroniczną.
 
Pozostaję z poważaniem
 
[Tu w oryginale moje imię, nazwisko, adres zamieszkania oraz oficjalny adres mailowy]

***
 
Wysyłając list do PKP DK* skorzystałem ze starego adresu, pod który w 2013 roku składałem zapytanie o stan techniczny dworców kolejowych i spod którego też wówczas mi odpowiedziano. Obecnie mail ten okazał się nieaktualny, więc koniec końców wysłałem raz jeszcze treść listu jako tekst w ogólnym formularzu kontaktowym PKP. Po kilku dniach otrzymałem zdawkową odpowiedź, że informacje o zmianach na dworcu są wywieszone w widocznych miejscach, na dowód czego przesłano mi również zdjęcia takie jak np. to poniżej. List ten niestety później skasowałem, ale potwierdzam, że do mnie dotarł. Treść jego sprowadzała się do zawoalowanego stwierdzenia, iż PKP nie ma sobie nic do zarzucenia...
 
 
Przyznaję, że widok owej kartki nieco mnie zaskoczył i byłem już skłonny uznać, że tym razem przestrzeliłem, ale po zastanowieniu stwierdziłem, że jednak nie. Ogłoszenie sfotografono przecież na kiepsko albo i wcale oświetlonej  po zmroku budce zastępującej poczekalnię oraz na ogrodzeniu remontowanego dworca. Żadne z tych miejsc nie jest (przynajmniej nie jest pierwszym, głównym) w którym przeciętny podróżny szukałby informacji. Są nimi za to peronowe czy dworcowe gablotki, zapowiedzi spikera oraz ewentualnie plakaty na peronach czy w przejściu pod nimi. I w nich potrzebnych dziewiętnastego października zawiadomień nie było.
 
A zatem co? Remis?
Dogrywka.
 
Na mój list odpowiada siedemnastego listopada drugi z adresatów, czyli Koleje Śląskie. Oto treść pisma pani Agnieszki Lekston - dyrektora działu handlowego wspomnianej firmy.

***

[...]
 
W odpowiedzi na Pana skargę dotyczącą braku zapowiedzi megafonowych o zmianie peronu odjazdu pociągu nr 49311 relacji Gliwice – Wisła Głębce w dniu 19.10.2014r. na stacji Katowice Ligota informujemy, że w sprawie tej wystąpiliśmy do PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., której pracownicy wygłaszają komunikaty megafonowe m.in. na stacji Katowice Ligota.
Z otrzymanych z tej Spółki wyjaśnień wynika, że ww. pociąg wjechał do stacji Katowice Ligota o godzinie 6:02 z 1-minutowym opóźnieniem i odjechał o godz. 6:03. W dniu 19.10.2014r. pracownik obsługujący urządzenia nagłaśniające nie wygłosił zapowiedzi megafonowej opóźnionego pociągu nr 49311 w przekonaniu, że stosowny komunikat został już wygłoszony przez poprzednika.
W związku z zaistniałą sytuacją oraz występującymi zmianami w organizacji ruchu pociągów, spowodowanymi remontami prowadzonymi przez PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., pouczono pracowników obsługujących megafon, o konieczności wygłaszania komunikatów dla podróżnych o wjeździe pociągu i zmianie peronu odpowiednio wcześniej.
PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. wyjaśniają również, że w dniu 20.10.2014r. podjęto działania mające na celu rozwieszenie informacji dla podróżnych o zmianie peronu dla pociągów wjeżdżających i wyjeżdżających w kierunku stacji Tychy i Mikołów w widocznych miejscach m.in. w tunelu i w gablotach na peronach.
W kwestii braku informacji o stacji docelowej na tablicach wizualnych wewnętrznych i zewnętrznych pociągu nr 49311 przeprowadzono postępowanie wyjaśniające w stosunku do drużyny pokładowej obsługującej ten pociąg. W jego wyniku ustalono, że w stacji Gliwice po przyjęciu pociągu obsługiwanego przez pojazd EN-57 AKŚ-223, tablice wizualne wewnętrzne i zewnętrzne były sprawne, a informacje były wyświetlane prawidłowo. Z uwagi na wczesne godziny poranne oświetlenie pociągu było zasadne, jak również uzasadnione było ogrzewanie pociągu z powodu temperatury panującej na zewnątrz. Żaden podróżny nie zgłaszał zastrzeżeń w tym zakresie. Po przyjeździe pociągu do stacji Katowice skład pociągu zmienił kierunek jazdy, a tym samym maszynista kabinę. Prawdopodobnie podczas zmiany kabiny doszło do wyłączenia informacji wizualnej, której poprawność działania nie została powtórnie sprawdzona w stacji Katowice przez pracowników personelu pokładowego. W związku z powyższym ww. pociąg kursował do stacji docelowej Wisła Głębce bez informacji na wyświetlaczach dotyczącej kierunku jazdy.
Informujemy, że w przypadku stwierdzenia jakichkolwiek nieprawidłowości w działaniu ogrzewania, oświetlenia, czy też systemu informacji pasażerskiej podróżny może zwrócić się do personelu pokładowego w celu uzyskania wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy.
Ze swej strony pragniemy Pana serdecznie przeprosić za zaistniałą sytuację, jak również podziękować za zgłoszenie zaobserwowanych przez Pana nieprawidłowości w postępowaniu naszych pracowników i zapewnić, że takie zachowania nie są przez nas akceptowane oraz, że dołożymy wszelkich starań, aby podobna sytuacja już się nie powtórzyła. Jednocześnie informujemy, że do PKP PLK Zakładu Linii Kolejowych w Sosnowcu zostało wystosowane pismo dotyczące zapowiedzi megafonowych w przypadku występujących opóźnień pociągów i zmiany trasy przejazdu. 
Z poważaniem
Dyrektor działu handlowego Agnieszka Lekston
***
 
 
KOMENTARZ PORTIERA
 

W całej korespondencji przewija się kilka tematów, które zasługują na osobne potraktowanie.
 
1. Megafonista NIE zapowiedział pociągu, mimo, że za to właśnie bierze pieniądze i zignorował fakt, że w czasie remontu, którego skutkiem jest zmiana peronu zapowiedź taka lepiej żeby była powtórzona niż gdyby nie było jej wcale. Tym samym stworzył zagrożenie dla bezpieczeństwa podróżnych, którzy aby wsiąść do wagonów musieli biec poprzez przejście podziemne lub co gorsza przez tory.
 
2. Rozkłady jazdy dostępne w gablotkach peronowych podawały nieaktualne dane i nimi właśnie kierowali się pasażerowie. Podkreślić bowiem należy, że podróżny nie szuka informacji nt. swojego pociągu na szybie sklepu warzywniczego, w ubikacji ani w komisie rowerowym, a właśnie w rozkładzie jazdy. Rozkład ten jak widać jest w polskich kolejach daleko posunięty.
 
3. List z firmy PKP napisany został w ok. 2-3 dni po mojej skardze. Nie sposób zatem stwierdzić, że sfotografowane obwieszczenia, nawet tak irracjonalnie rozmieszczone jak były, są stanem z dziewiętnastego czy też jakby można domniemywać z listu Kolei Śląskich dwudziestego października. Istnieje możliwość, że osoba, która rozklejała plakaty (już po moim liście) sama też je sfotografowała. Nie zmienia to faktu, że na peronach i w przejściu podziemnym w dniu mojej tam obecności nie było absolutnie żadnej informacji.
 
4. Nie należy do obowiązków pasażera pociągu informowanie jego załogi o sprawie tak oczywistej jak wyłączone wyświetlacze zewnętrzne czy też pokazujące do znudzenia napis EN-57 ekrany LCD wewnątrz wagonów. Stan ten kontrolowany jest i zarządzany z kabiny maszynisty i nie ma wątpliwości co do tego, iż ma on w trakcie swojej tam obecności stały jej odczyt. Jeżeli sytuację jak opisana ignoruje, to pierwszymi, którzy powinni mu zwrócić uwagę są pozostali członkowie drużyny pokładowej. Jeżeli fakty te ignorują zbiorowo, powinni zmienić pracę, bo kto wie jakie odczyty lub ich brak zlekceważą następnym razem.
 
5. Pociąg z Katowic do Wisły jedzie ok. dwóch godzin. O ile w początkowej fazie tej podróży (w październiku) pełne oświetlenie wagonów i maksymalnie nastawione ogrzewanie są lub mogą być konieczne, o tyle to pierwsze przestaje mieć sens najdalej w połowie drogi, zaś to drugie powinno być skorygowane in minus jeśli na dworze nie ma mrozów, a świeci jesienne, ale jednak słońce. Sytuacja w której ze względu na temperaturę w wagonach trzeba rozbierać się do koszul, a w pełen słońca ranek pociąg jedzie oświetlony jak choinka nie jest normalna, a za to z pewnością kosztowna.
 
6.  Koleje Śląskie od momentu powstania do przejęcia po Przewozach Regionalnych całego ruchu podmiejskiego w naszym regionie były wzorem do naśladowania pod każdym względem. W chwili szumnie zapowiadanej ekspansji poniosły sromotną klęskę nie radząc sobie z organizacją i musząc wzywać na pomoc swego przegranego konkurenta. Stały się wtedy z dnia na dzień pośmiewiskiem. Od pewnego czasu znów wizerunkowo się poprawiają. Należy im zatem życzyć, żeby wyciągały wnioski z potknięć i wysoki poziom narzucały sobie w każdym aspekcie swojej działalności. Bywa z tym różnie.
 
7. Moja sugestia do molocha. Zróbmy jeszcze kilka firm z PKP w nazwie. Np. PKP Szalety Dworcowe, PKP Przejścia Podziemne, PKP Śmietniczki Peronowe itd. Wówczas będzie można od Annasza do Kajfasza przerzucać się obowiązkami, korespondencją i pretensjami. A pasażerów mieć głęboko w... tunelu.
 
Przyjemnej podróży!
 
***
 
* - Jak się okazało (por. punkt 7 powyżej) adresatem zapytania o zapowiedzi na dworcach powinna być nie spółka PKP DK a inna - PKP PLK...

piątek, 30 maja 2014

25.05.2014

Jeden z pierwszych w swoim życiu maili wysłałem do generała Jaruzelskiego. I niewielką będzie przesadą powiedzieć, że czekałem na tę chwilę od zawsze. Może i lepiej, że tak długo. Nie wiem co napisałbym mu w 1989 roku, gdy upadała komuna, a tym bardziej co w 1981, kiedy jak na ironię pod świąteczną choinką na katowickim rynku stały transportery opancerzone.
Minęły lata, opadła tamta pogarda, tamta nienawiść. Zmieniła się Polska i świat.  Czy na lepsze? Na pewno  na inne, bardzo inne. I wtedy zasiadając do napisania tego listu docierało już do mnie to, czego dziś jestem pewien.
Nie mam argumentów, że "nasze" jest lepsze. Nie mam, choć bardzo chciałbym mieć. Należę przecież do pokolenia zagubionego, wychowanego przez komunistów do życia w komunistycznym państwie, a potem przez to państwo zostawionego samemu sobie. Co gorsza na własną prośbę czy nawet żądanie.
O tak, pamiętam. PRL był zły. Do dziś tak uważam. Komunizm to zniewolenie, PZPR - zdrada, a łyse godło - dowód podporządkowania Związkowi Radzieckiemu. I co z tego?
Co DZIŚ z tego?

Tak, wiem. Moja mama stała przed mięsnym od piątej rano po jakąś zapyziałą mortadelę, ojciec załatwiał po znajomości meblościankę albo nowy telewizor, ja traktowałem niemiecką zupę w proszku z paczek które dostawała babka z Reichu jak ósmy cud świata. Było szaro, biednie i przygnębiająco. O tym wszystkim z perspektywy ówcześnie dorastającego człowieka opowiedziałem generałowi. 
Miało być lepiej.
Ale nie jest. Do tego już się nie przyznałem. Nie jest mnie, nie jest setkom tysięcy takich jak ja.
Kiedyś wiara w lepiej dawała nam siły żeby rzucać kamieniami w to wszystko co kojarzyło nam się ze zniewoleniem, żeby to opluwać, gardzić tym, wyśmiewać i poniżać. Tak pragnęliśmy nowej Polski, niepodległej, lepszej, bogatszej, pewniejszej. Ale zamiast niej straciliśmy pracę, perspektywy, nadzieję i wreszcie młodość.
Dziś nie stoję po mortadelę od piątej, bo mogę ją kupić przez internet, ale też niewiele więcej ponad nią, nie mam nowych mebli ani telewizora i nawet gdybym je "załatwił" nie miałbym czym za nie zapłacić, a do pracy w której spędzam dwieście godzin w miesiącu chodzę pieszo, bo nie stać mnie na bilet.
Nie podniosę tego kamienia, panie generale.
Jak to powiedziano w moim ulubionym filmie: Graliśmy uczciwie, ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś. Wygrał lepszy.
Od nas obu.

piątek, 2 sierpnia 2013

Dworzec PKP Katowice Ligota

Krótkie spojrzenie na niszczejący dworzec kolejowy w Katowicach Ligocie na którym nie można kupić biletu, skorzystać z WC, umyć rąk czy nawet usiąść, ale za to można... obejrzeć spektakl teatralny.

Temat zaniedbanych stacji poruszałem już w postach Dewa Stacja oraz Portier pyta - PKP odpowiada w ubiegłym roku.


 

niedziela, 11 listopada 2012

Spowiedź NR

Kalendarium polityczne PRL-u wyznaczają w naszej pamięci lata – symbole. 1944-1945-1956-1968-1970-1976-1980-1981-1989.  Pod każdym z nich kryje się jakiś przełom, jakaś zmiana, mała lub większa rewolucja, pod każdy także dopasować by można jakieś konkretne pokolenie, które akurat wtedy i tak a nie inaczej o coś walczyło. Walczyło lub próbowało walczyć, bo niezależnie od poglądów trudno było pozostawać obojętnym politycznie w państwie, w którym ideologia i codzienność przenikały się każdego dnia.
Myślę, że choć nie zawsze polityczna, ale potrzeba zmian, zburzenia czegoś w jakiejkolwiek dziedzinie jest immanentną cechą każdego dorastającego pokolenia. Moje również nie było w tym wyjątkiem.
 
Odkąd pamiętam uważałem się za patriotę, choć rzecz jasna inne miałem do tego w różnych latach podstawy, ale paradoksalnie w jakiejś mierze, ta najskrajniejsza, o której zamierzam dziś opowiedzieć zaczęła się od czegoś zgoła jej przeciwnego. Od komunizmu. Można się spierać o to, czy w Polsce mieliśmy kiedykolwiek komunizm, ale to spór pusty, wyłącznie o słowo. Ja mam na myśli kierunek. Gdy dziś o nim myślę trudno mi jasno zdecydować, kiedy uznałem go za zły. Może już w podstawówce, kiedy uczestniczyłem w akademiach na część rewolucji w obcym kraju albo wyklejałem albumy o jej przywódcy zastanawiając się co mnie on obchodzi, a może później, na przykład stojąc w kolejce po szynkę od piątej rano. Dwa razy w roku rzecz jasna, bo przecież kto tam widział szynkę na co dzień...
 
Różne małe kawałeczki spraw i sprawek, jakieś nielegalne ulotki, wieczorne słuchanie RWE, książki o Polsce przedwojennej, niechęć do czerwonej rzeczywistości, sztucznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i sam już nie wiem co jeszcze nakierowały mnie na poszukiwanie czegoś alternatywnego. Obojętności bowiem wobec polityki, zamiany tego sprzeciwu na bunt np. tylko muzyczny czy inny stricte kulturowy nie potrafiłem w sobie wykrzesać.
 
Zacząłem od KPN-u. Konfederacji Polski Niepodległej, gdyby ktoś już nie pamiętał. Ta dziś zapomniana partia, kiedyś, pod wodzą Leszka Moczulskiego kreowała się lub była kreowana na najsilniejszy głos opozycji „poza solidarnościowej”, czy słusznie, tego tu oceniać nie będę. Łączyłem zatem zupełnie niezaangażowane wtedy poznawanie tego de facto nowego piłsudczyzmu z dalszymi poszukiwaniami i rozszerzaniem wiedzy o Polsce sprzed 1939 roku. Pierwszej takiej, z której mogłem być dumny i która coraz bardziej mnie fascynowała. Tym, że w ogóle kiedyś była.
 
Nie załapałem się ani na stan wojenny, ani na przełom ustrojowy i początek dzisiejszej rzeczywistości. Na pierwsze byłem za młody, na drugie w zbyt dalekim rzędzie, by działać. Sama świadomość nie wystarczała, zresztą czego nie mogę tu nie napisać, była to świadomość nader słaba, opierająca się na dość bezkrytycznym syceniu się wszystkim, co odmienne od Polski Ludowej.
 
Wspominałem kiedyś na tym blogu, że wywodzę się z pokolenia przygotowanego do funkcjonowania w PRL-u, a następnie (po-)rzuconego przezeń w głęboki kapitalizm. Dotyczy to nie tylko wykształcenia, mentalności, wiedzy wszelakiej, pracy czy szeroko rozumianej zaradności, ale także i polityki. Kiedy jak to piszą zaangażowani „wybuchła wolność” poraniły mnie konceptualnie jej odłamki. Zapragnąłem więcej. Zamarzyła mi się ta duma i ta siła (choćby malowana) jaka biła ze wszystkiego prawie co wiedziałem o II RP. Chciałem, nie ja jeden zapewne, dla odreagowania Polski podległej, zdeptanej, zakłamanej, państwa sprawnego, mocnego i mającego realny wpływ na swój i nie tylko swój los.
 

Czytałem dużo. Wszystkiego. Od lewicowych, czasem wręcz lewackich ulotek i pism poprzez wszystko to, co określilibyśmy dziś jako centrum, aż do gazet i gazetek prawicowych i narodowych włącznie. Myślę, że było to trochę jak przymierzanie butów. Traf chciał, że trafiłem na glany, można by tu powiedzieć. Ale to też nie tak od razu. Zaczęło się od tych zupełnie normalnych, znanych i dostępnych do dziś gazet. Z każdej z nich wybierałem kierunki bardziej wyraziste i radykalniejsze. Wszystkie te księgarnie wysyłkowe, malutkie niszowe wydawnictwa wysyłające katalogi po przesłaniu koperty zwrotnej i wreszcie reklamy innych, mniej znanych magazynów. Tak poznałem książkę, którą do dziś mam w swojej biblioteczce. Myśli nowoczesnego Polaka – autorstwa Romana Dmowskiego, rzecz, wbrew pokutującym nadal opiniom bardzo dobrze pod względem literackim i równie wartościowo pod merytorycznym napisaną. Przy oczywiście „filtrze” czasów i prądów historycznych, w tym zwłaszcza „odcięciu” tonacji antyżydowskich.
Po lekturze tegoż dzieła poczułem jakiś rodzaj ulgi. Spodziewałem się (proszę wybaczyć porównanie) czegoś podobnego prawie Mein Kampf, bo tak mi to wpajano przez lata, a otrzymałem książkę o świadomym obywatelstwie, o obowiązku działania wespół z innymi dla dobra swojej ojczyzny i wreszcie przede wszystkim o potrzebie aktywności i odpowiedzialności, jako drogach do rozwoju kraju. 

Ale to był początek. Czytując różne książki docierałem do coraz bardziej oryginalnych lub może należałoby to tak nazwać, wypaczonych spojrzeń na patriotyzm czy nawet nacjonalizm. Neopoganie, panslawizm, czysty prawie narodowy socjalizm made in Poland, no i Bóg jeden wie, co jeszcze. Pomysły na nawodnienie Sahary razem z „listą Żydów w Sejmie”. Widziałem i takie zestawienia. Jednocześnie niejako niezależnie czytywałem klasyków nurtu narodowego, poza wspomnianym Dmowskim np. Doboszyńskiego czy Giertychów.
 
Nazwanie siebie „en-erem” w tytule tej notki jest sporym nadużyciem, gdyż poza wspomnianym czytelnictwem i okazjonalną korespondencją z niektórymi partiami właściwie wszystko, co zrobiłem „w realu” sprowadzić można do uczestnictwa w jednym marszu i dwóch spotkań z działaczami prawicowych partyjek. Bynajmniej nie dla usprawiedliwiania się dodam, że celem obu, poza abstrakcyjnymi dyskusjami o asymilacji innych narodów lub przyłączeniu Królewca :) były głównie darmowe wydawnictwa, które przy okazji otrzymywałem.
 
Ten jeden jedyny marsz to właśnie Święto Niepodległości wiele lat temu i moja przy okazji pierwsza wizyta w Krakowie. Najpierw uroczystości oficjalne, przemówienia, salwy i śpiewy, a potem już tylko „partyjna” parada przez miasto. Zaprosił mnie sam przywódca, którego nazwisko z litości dla jego i siebie tutaj pominę. Pamiętam, że pojawił się tam we mnie pierwszy impuls na nie, ponieważ wybierając transparent trafiałem na tak hmm… dziwne, że momentami absurdalne (Zapamiętałem jeden: Narodowa Polska tylko wolna) i wreszcie, co w odniesieniu do dalszego biegu wydarzeń i dnia dzisiejszego wydaje mi się nader symboliczne, wybrałem po prostu biało czerwoną flagę.
 
Czy ja w to wierzyłem? Trudno odpowiedzieć. Miałem nie za wiele w sumie lat, spóźnioną nieco potrzebę buntu i jednocześnie autentyczne pragnienie by Polska była krajem silnym i poważanym. Tyle. Skłamałbym przy tym, że nie miałem gęsiej skórki, gdy tak maszerowaliśmy po krakowskim bruku… To zawsze i każdemu działa na wyobraźnię. Flagi furkocą, śpiew się niesie, radiowozy ochraniają, ma się poczucie, że można tak wejść do historii…
 
Krótko potem dwa spotkania. Jedno w Katowicach ze znanym i aktywnym do dziś, choć na szczęście czwartoligowym politykiem, a drugie już w innym województwie z odmiennym raczej światopoglądowo od pierwszego – autentycznym (?) neopoganinem.
Może jednak opowiem po kolei.
Otrzymałem pocztą zaproszenie. Ładne, imienne, z podanym adresem w centrum miasta i zapowiedzią „prywatnej” rozmowy po wszystkim. Na klatce schodowej wskazanego mi budynku wylegitymowali mnie autentyczni do bólu skinheadzi, a w małej salce grupa około dwudziestu osób zebrana wokół stołu dyskutowała zawzięcie już przed oficjalną godziną rozpoczęcia narady. Było o Żydach, o wyprzedaży polskości, o spisku, o wielu temu podobnych. Powie ktoś, że skoro tam poszedłem, to teraz pisząc tak a nie inaczej się wybielam. Nie, absolutnie nie. Poszedłem owszem z własnej woli, interesowało mnie to, co mogę usłyszeć (aczkolwiek to, co usłyszałem już mniej), a poza tym wtedy wydawało mi się, że można coś z tego wygrzebać, co byłoby bliższe moim hmm… politycznym oczekiwaniom. Niestety, nie można było.
 
Wzbogacony o reklamówkę gazetek wróciłem do domu i zdegustowany przerwałem korespondencję z partią, która owo spotkanie zorganizowała. Pamiętam, że jeszcze chyba rok później dostałem list z pytaniem, dlaczego milczę, skoro mógłbym już być członkiem zarządu na województwo. Taaa... Albo ambasadorem na Atlantydzie ;)
 
Spotkanie drugie odbywało się w prywatnym mieszkaniu. Miało być czymś w rodzaju sondowania mnie i moich zapatrywań, jako że zbliżały się wybory, a organizacja, której szefem regionalnym był gospodarz na gwałt szukała kandydatów na swoje listy. I tutaj podobnie. Sama „znajomość” wywiązała się poprzez właśnie jakieś czasopismo i książeczki (Coś na zasadzie; „Otrzymał pan nasz miesięcznik. Skoro pana zainteresował, to może chciałby pan zostać naszym posłem?" Przy całej absurdalności tak to z grubsza wyglądało.)
 
Wysiadłem na stacji kolejowej na której umówiłem się z panem przewodniczącym i mimo kilkukrotnego obejścia budynku nikogo nie spotkałem, a przynajmniej nikogo, kto by swoim zachowaniem wskazywał, że na mnie czeka. I już, już zacząłem się wczytywać w rozkład jazdy, gdy pod budynek podjechał z piskiem zdezelowany maluch, z którego wyskoczył najpierw skin, a tuż za nim zirytowany mężczyzna około pięćdziesiątki. Przyglądałem się im przez okno i zastanawiałem czy warto ujawniać.
I znów, jeśli ktoś wątpi. Tak, ja wtedy uważałem się za narodowca. Towarzystwo wygolonych osiłków, (do których sam nigdy nie należałem) wydawało mi się nieuniknionym w  tej sytuacji symbolem autentycznego radykalizmu i świeżości tej czy innej organizacji, zaś różnice światopoglądowe tłumaczyłem sobie „błędami i wypaczeniami”, ale nawet tak elastyczne podejście, jak się tego dnia okazało, miało swoje granice...
 
Wyszedłem na peron powodując swoją obecnością wyraźną ulgę na twarzach obu mężczyzn.
 
-To dla ochrony, wie pan. Czasy są trudne. – przywitał mnie wskazując na skinheada przewodniczący.
-W jakim sensie? – zapytałem.
-Opowiem panu, wszystko panu opowiem.
 
Opowiedział. Nie wiem czy wszystko, ale przypuszczalnie większość z tego, co miał do dyspozycji. Niewiele tego było i mimo chyba ze dwóch godzin rozmowy ciągle miałem poczucie, że jest między nami jakaś szyba, ale kropką nad i było zakończenie. Działacz zaproponował mi zakup książek. W porządku. Przyniósł te książki. Brednie takie, że nawet na rozpałkę bym tego nie wziął. Hitler był Żydem, spisek Żydów, Żydzi i masoneria gdzieś tam, coś tam, Słowianie zawsze razem i inne takie…
-To nie? I to też nie? Hmm… To co pan chce?
-Ma pan coś z Dmowskiego?
-Kogo?!
 
Może nie brzmi to zbyt wiarygodnie, ale to zdanie przeważyło szalę. Dzwoni mi w uszach do dziś. O ile znosiłem monotematyczne wywody i śmieszne argumentacje, o tyle pytanie „kogo?” w ustach przewodniczącego regionu partii mieniącej się narodową było już kpiną. Kupiłem na odczepnego książkę o panslawizmie i poprosiłem o odwiezienie na dworzec.
 
Korespondowaliśmy jeszcze trochę i wreszcie otrzymałem list, którego dziś już niestety nie mam, czego bardzo żałuję, a który był najlepszą puentą całego mojego zauroczenia nacjonalizmem. Oto po jakiejś dyskusji na temat bodajże Polaków na dawnych Kresach odczytałem ni mniej ni więcej, że mam za mało polski punkt widzenia…
Od takiego zdania krok tylko był do pewnego jasnego stwierdzenia, co mnie nie ukrywam, szalenie rozbawiło. I tak zerwałem przedostatnią linię korespondencji. Ostatnią zaś, zamkniętą nieco później już ze zwykłego znużenia były organizacje, które nazwę tu umownie katolicko narodowymi. To też nie było to, czego bym oczekiwał, choć poziom ogólny był tam o nomen omen niebo wyższy od tych wcześniej opisywanych.
Cała zaś historia trwała chyba niewiele ponad półtora roku wliczając w to wszystkie listy, lektury, muzykę (bo mimo Modern Talking w moim profilu słuchałem i takich, baaaardzo ostrych brzmień) i wymienione spotkania.
 
A dziś? To pytanie musi tu paść. Ile Dyzmy w Dyzmie?
 
Żeby odpowiedzieć, powinienem wspomnieć o jeszcze dwóch osobach, moich kolegach, najzupełniej współczesnych zresztą. Obu pokrótce opowiadałem o tamtych czasach i spotkałem się z nader ciekawą, ważną i jak sądzę potrzebną mi reakcją. Oto ten młodszy ode mnie o niecałą dekadę pochwalił mnie za świadomość niewłaściwości swoich wyborów, a przede wszystkim za odwagę przyznania się do nich, zaś drugi, młodszy o prawie dwadzieścia lat… niczego z tego nie zrozumiał. Nie w znaczeniu zrozumienia sprawy rzecz jasna, ale w sensie samej ideologii, wyborów, potrzeby itd. A dodać tu muszę, że obydwaj moi rozmówcy są osobami z wyższym wykształceniem, oczytanymi i z pewnością mającymi szerokie horyzonty.
 
I cieszy mnie, że właśnie tak zareagowali.
 
Dziś zatem, po wielu już latach od tamtych historii czuję się po prostu świadomym patriotą, który kocha swój kraj niezależnie od tego czy prezydentem jest Kaczyński, Komorowski czy Palikot, cieszy się z jego sukcesów, szanuje przeszłość, przestrzega prawa i nie żywi niechęci do nikogo, kto sam go takową nie obdarza. Amen.
 
A glany?
 
Glany polecam każdemu z czystym sumieniem.
Na wycieczkę w Beskidy :)
 
 
 
 
 
====================
 
* - NR oznacza Narodowego Radykała (lub Narodowy Radykalizm)
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.