Kalendarium polityczne PRL-u
wyznaczają w naszej pamięci lata – symbole.
1944-1945-1956-1968-1970-1976-1980-1981-1989.
Pod każdym z nich kryje się jakiś przełom, jakaś zmiana, mała lub
większa rewolucja, pod każdy także dopasować by można jakieś konkretne pokolenie,
które akurat wtedy i tak a nie inaczej o coś walczyło. Walczyło lub próbowało
walczyć, bo niezależnie od poglądów trudno było pozostawać obojętnym
politycznie w państwie, w którym ideologia i codzienność przenikały się każdego
dnia.
Myślę, że choć nie zawsze polityczna, ale potrzeba zmian, zburzenia
czegoś w jakiejkolwiek dziedzinie jest immanentną cechą każdego dorastającego
pokolenia. Moje również nie było w tym wyjątkiem.
Odkąd pamiętam uważałem się za
patriotę, choć rzecz jasna inne miałem do tego w różnych latach podstawy, ale
paradoksalnie w jakiejś mierze, ta najskrajniejsza, o której zamierzam dziś
opowiedzieć zaczęła się od czegoś zgoła jej przeciwnego. Od komunizmu. Można się
spierać o to, czy w Polsce mieliśmy kiedykolwiek komunizm, ale to spór pusty,
wyłącznie o słowo. Ja mam na myśli kierunek. Gdy dziś o nim myślę trudno mi jasno
zdecydować, kiedy uznałem go za zły. Może już w podstawówce, kiedy
uczestniczyłem w akademiach na część rewolucji w obcym kraju albo wyklejałem
albumy o jej przywódcy zastanawiając się co mnie on obchodzi, a może później,
na przykład stojąc w kolejce po szynkę od piątej rano. Dwa razy w roku rzecz
jasna, bo przecież kto tam widział szynkę na co dzień...
Różne małe kawałeczki spraw i
sprawek, jakieś nielegalne ulotki, wieczorne słuchanie RWE, książki o Polsce
przedwojennej, niechęć do czerwonej rzeczywistości, sztucznej przyjaźni ze
Związkiem Radzieckim i sam już nie wiem co jeszcze nakierowały mnie na
poszukiwanie czegoś alternatywnego. Obojętności bowiem wobec polityki, zamiany
tego sprzeciwu na bunt np. tylko muzyczny czy inny stricte kulturowy nie
potrafiłem w sobie wykrzesać.
Zacząłem od KPN-u. Konfederacji
Polski Niepodległej, gdyby ktoś już nie pamiętał. Ta dziś zapomniana partia,
kiedyś, pod wodzą Leszka Moczulskiego kreowała się lub była kreowana na
najsilniejszy głos opozycji „poza solidarnościowej”, czy słusznie, tego tu
oceniać nie będę. Łączyłem zatem zupełnie niezaangażowane wtedy poznawanie tego de facto nowego piłsudczyzmu z dalszymi
poszukiwaniami i rozszerzaniem wiedzy o Polsce sprzed 1939 roku. Pierwszej
takiej, z której mogłem być dumny i która coraz bardziej mnie fascynowała. Tym,
że w ogóle kiedyś była.
Nie załapałem się ani na stan
wojenny, ani na przełom ustrojowy i początek dzisiejszej rzeczywistości. Na
pierwsze byłem za młody, na drugie w zbyt dalekim rzędzie, by działać. Sama
świadomość nie wystarczała, zresztą czego nie mogę tu nie napisać, była to
świadomość nader słaba, opierająca się na dość bezkrytycznym syceniu się
wszystkim, co odmienne od Polski Ludowej.
Wspominałem kiedyś na tym blogu, że
wywodzę się z pokolenia przygotowanego do funkcjonowania w PRL-u, a następnie (po-)rzuconego
przezeń w głęboki kapitalizm. Dotyczy to nie tylko wykształcenia, mentalności, wiedzy
wszelakiej, pracy czy szeroko rozumianej zaradności, ale także i polityki.
Kiedy jak to piszą zaangażowani „wybuchła wolność” poraniły mnie konceptualnie jej
odłamki. Zapragnąłem więcej. Zamarzyła mi się ta duma i ta siła (choćby
malowana) jaka biła ze wszystkiego prawie co wiedziałem o II RP. Chciałem, nie
ja jeden zapewne, dla odreagowania Polski podległej, zdeptanej, zakłamanej,
państwa sprawnego, mocnego i mającego realny wpływ na swój i nie tylko swój los.
Czytałem dużo. Wszystkiego. Od
lewicowych, czasem wręcz lewackich ulotek i pism poprzez wszystko to, co określilibyśmy
dziś jako centrum, aż do gazet i gazetek prawicowych i narodowych włącznie. Myślę, że
było to trochę jak przymierzanie butów. Traf chciał, że trafiłem na glany,
można by tu powiedzieć. Ale to też nie tak od razu. Zaczęło się od tych
zupełnie normalnych, znanych i dostępnych do dziś gazet. Z każdej z nich
wybierałem kierunki bardziej wyraziste i
radykalniejsze. Wszystkie te księgarnie wysyłkowe, malutkie niszowe wydawnictwa
wysyłające katalogi po przesłaniu koperty zwrotnej i wreszcie reklamy innych,
mniej znanych magazynów. Tak poznałem książkę, którą do dziś mam w swojej
biblioteczce. Myśli nowoczesnego Polaka
– autorstwa Romana Dmowskiego, rzecz, wbrew pokutującym nadal opiniom bardzo dobrze
pod względem literackim i równie wartościowo pod merytorycznym napisaną. Przy oczywiście
„filtrze” czasów i prądów historycznych, w tym zwłaszcza „odcięciu” tonacji
antyżydowskich.
Po lekturze tegoż dzieła poczułem
jakiś rodzaj ulgi. Spodziewałem się (proszę wybaczyć porównanie) czegoś
podobnego prawie Mein Kampf, bo tak mi to wpajano przez lata, a otrzymałem
książkę o świadomym obywatelstwie, o obowiązku działania wespół z innymi dla
dobra swojej ojczyzny i wreszcie przede wszystkim o potrzebie aktywności i odpowiedzialności,
jako drogach do rozwoju kraju.
Ale to był początek. Czytując
różne książki docierałem do coraz bardziej oryginalnych lub może należałoby to
tak nazwać, wypaczonych spojrzeń na patriotyzm czy nawet nacjonalizm.
Neopoganie, panslawizm, czysty prawie narodowy socjalizm made in Poland, no i Bóg
jeden wie, co jeszcze. Pomysły na nawodnienie Sahary razem z „listą Żydów w
Sejmie”. Widziałem i takie zestawienia. Jednocześnie niejako niezależnie
czytywałem klasyków nurtu narodowego, poza wspomnianym Dmowskim np. Doboszyńskiego
czy Giertychów.
Nazwanie siebie „en-erem” w
tytule tej notki jest sporym nadużyciem, gdyż poza wspomnianym czytelnictwem i okazjonalną
korespondencją z niektórymi partiami właściwie wszystko, co zrobiłem „w realu”
sprowadzić można do uczestnictwa w jednym marszu i dwóch spotkań z działaczami
prawicowych partyjek. Bynajmniej nie dla usprawiedliwiania się dodam, że celem
obu, poza abstrakcyjnymi dyskusjami o asymilacji innych narodów lub przyłączeniu
Królewca :) były głównie darmowe wydawnictwa, które przy okazji otrzymywałem.
Ten jeden jedyny marsz to właśnie
Święto Niepodległości wiele lat temu i moja przy okazji pierwsza wizyta w
Krakowie. Najpierw uroczystości oficjalne, przemówienia, salwy i śpiewy, a
potem już tylko „partyjna” parada przez miasto. Zaprosił mnie sam przywódca,
którego nazwisko z litości dla jego i siebie tutaj pominę. Pamiętam, że pojawił
się tam we mnie pierwszy impuls na nie, ponieważ wybierając transparent
trafiałem na tak hmm… dziwne, że momentami absurdalne (Zapamiętałem jeden: Narodowa Polska tylko wolna) i wreszcie,
co w odniesieniu do dalszego biegu wydarzeń i dnia dzisiejszego wydaje mi się
nader symboliczne, wybrałem po prostu biało czerwoną flagę.
Czy ja w to wierzyłem? Trudno
odpowiedzieć. Miałem nie za wiele w sumie lat, spóźnioną nieco potrzebę buntu i jednocześnie
autentyczne pragnienie by Polska była krajem silnym i poważanym. Tyle. Skłamałbym przy tym,
że nie miałem gęsiej skórki, gdy tak maszerowaliśmy po krakowskim bruku… To
zawsze i każdemu działa na wyobraźnię. Flagi furkocą, śpiew się niesie,
radiowozy ochraniają, ma się poczucie, że można tak
wejść do historii…
Krótko potem dwa spotkania. Jedno
w Katowicach ze znanym i aktywnym do dziś, choć na szczęście czwartoligowym politykiem,
a drugie już w innym województwie z odmiennym raczej światopoglądowo od pierwszego – autentycznym (?) neopoganinem.
Może
jednak opowiem po kolei.
Otrzymałem pocztą zaproszenie. Ładne,
imienne, z podanym adresem w centrum miasta i zapowiedzią „prywatnej” rozmowy
po wszystkim. Na klatce schodowej wskazanego mi budynku wylegitymowali mnie
autentyczni do bólu skinheadzi, a w małej salce grupa około dwudziestu osób
zebrana wokół stołu dyskutowała zawzięcie już przed oficjalną godziną
rozpoczęcia narady. Było o Żydach, o wyprzedaży polskości, o spisku, o wielu
temu podobnych. Powie ktoś, że skoro tam poszedłem, to teraz pisząc tak a nie
inaczej się wybielam. Nie, absolutnie nie. Poszedłem owszem z własnej woli,
interesowało mnie to, co mogę usłyszeć (aczkolwiek to, co usłyszałem już mniej), a poza tym wtedy wydawało mi się, że
można coś z tego wygrzebać, co byłoby bliższe moim hmm… politycznym
oczekiwaniom. Niestety, nie można było.
Wzbogacony o reklamówkę gazetek
wróciłem do domu i zdegustowany przerwałem korespondencję z partią, która owo
spotkanie zorganizowała. Pamiętam, że jeszcze chyba rok później dostałem list z
pytaniem, dlaczego milczę, skoro mógłbym już być członkiem zarządu na
województwo. Taaa... Albo ambasadorem na Atlantydzie ;)
Spotkanie drugie odbywało się w
prywatnym mieszkaniu. Miało być czymś w rodzaju sondowania mnie i moich
zapatrywań, jako że zbliżały się wybory, a organizacja, której szefem regionalnym
był gospodarz na gwałt szukała kandydatów na swoje listy. I tutaj podobnie.
Sama „znajomość” wywiązała się poprzez właśnie jakieś czasopismo i
książeczki (Coś na zasadzie; „Otrzymał pan nasz miesięcznik. Skoro
pana zainteresował, to może chciałby pan zostać naszym posłem?" Przy całej
absurdalności tak to z grubsza wyglądało.)
Wysiadłem na stacji kolejowej na
której umówiłem się z panem przewodniczącym i mimo kilkukrotnego obejścia budynku
nikogo nie spotkałem, a przynajmniej nikogo, kto by swoim zachowaniem
wskazywał, że na mnie czeka. I już, już zacząłem się wczytywać w rozkład jazdy,
gdy pod budynek podjechał z piskiem zdezelowany maluch, z którego wyskoczył
najpierw skin, a tuż za nim zirytowany mężczyzna około
pięćdziesiątki. Przyglądałem się im przez okno i zastanawiałem czy warto
ujawniać.
I znów, jeśli ktoś wątpi. Tak, ja
wtedy uważałem się za narodowca. Towarzystwo wygolonych osiłków, (do których
sam nigdy nie należałem) wydawało mi się nieuniknionym w tej sytuacji symbolem autentycznego radykalizmu i świeżości tej czy
innej organizacji, zaś różnice światopoglądowe tłumaczyłem sobie „błędami i wypaczeniami”,
ale nawet tak elastyczne podejście, jak się tego dnia okazało, miało swoje granice...
Wyszedłem na peron powodując
swoją obecnością wyraźną ulgę na twarzach obu mężczyzn.
-To dla ochrony, wie pan. Czasy
są trudne. – przywitał mnie wskazując na skinheada przewodniczący.
-W jakim sensie? – zapytałem.
-Opowiem panu, wszystko panu
opowiem.
Opowiedział. Nie wiem czy
wszystko, ale przypuszczalnie większość z tego, co miał do dyspozycji. Niewiele
tego było i mimo chyba ze dwóch godzin rozmowy ciągle miałem poczucie, że jest
między nami jakaś szyba, ale kropką nad i było zakończenie. Działacz zaproponował
mi zakup książek. W porządku. Przyniósł te książki. Brednie takie, że nawet na
rozpałkę bym tego nie wziął. Hitler był Żydem, spisek Żydów, Żydzi i masoneria
gdzieś tam, coś tam, Słowianie zawsze razem i inne takie…
-To nie? I to też nie? Hmm… To co
pan chce?
-Ma pan coś z Dmowskiego?
-Kogo?!
Może nie brzmi to zbyt
wiarygodnie, ale to zdanie przeważyło szalę. Dzwoni mi w uszach do dziś. O ile
znosiłem monotematyczne wywody i śmieszne argumentacje, o tyle
pytanie „kogo?” w ustach przewodniczącego regionu partii mieniącej się narodową
było już kpiną. Kupiłem na odczepnego książkę o panslawizmie i poprosiłem o
odwiezienie na dworzec.
Korespondowaliśmy jeszcze trochę
i wreszcie otrzymałem list, którego dziś już niestety nie mam, czego bardzo żałuję, a który
był najlepszą puentą całego mojego zauroczenia nacjonalizmem. Oto po jakiejś
dyskusji na temat bodajże Polaków na dawnych Kresach odczytałem ni mniej ni więcej, że
mam za mało polski punkt widzenia…
Od takiego zdania krok tylko był
do pewnego jasnego stwierdzenia, co mnie nie ukrywam, szalenie rozbawiło. I tak
zerwałem przedostatnią linię korespondencji. Ostatnią zaś, zamkniętą nieco później już ze zwykłego znużenia były organizacje, które nazwę tu umownie katolicko narodowymi. To też nie było to, czego bym oczekiwał, choć poziom ogólny był tam o nomen omen niebo wyższy od tych wcześniej opisywanych.
Cała zaś historia trwała
chyba niewiele ponad półtora roku wliczając w to wszystkie listy, lektury, muzykę (bo mimo Modern Talking
w moim profilu słuchałem i takich, baaaardzo ostrych brzmień) i wymienione spotkania.
A dziś? To pytanie musi tu paść.
Ile Dyzmy w Dyzmie?
Żeby odpowiedzieć, powinienem wspomnieć
o jeszcze dwóch osobach, moich kolegach, najzupełniej współczesnych zresztą.
Obu pokrótce opowiadałem o tamtych czasach i spotkałem się z nader ciekawą,
ważną i jak sądzę potrzebną mi reakcją. Oto ten młodszy ode mnie o niecałą
dekadę pochwalił mnie za świadomość niewłaściwości swoich wyborów,
a przede wszystkim za odwagę przyznania się do nich, zaś drugi, młodszy o
prawie dwadzieścia lat… niczego z tego nie zrozumiał. Nie w znaczeniu
zrozumienia sprawy rzecz jasna, ale w sensie samej ideologii, wyborów, potrzeby
itd. A dodać tu muszę, że obydwaj moi rozmówcy są osobami z wyższym
wykształceniem, oczytanymi i z pewnością mającymi szerokie horyzonty.
I cieszy mnie, że właśnie tak
zareagowali.
Dziś zatem, po wielu już latach od tamtych historii czuję się po prostu świadomym patriotą, który kocha swój kraj niezależnie od tego czy prezydentem jest Kaczyński, Komorowski czy Palikot, cieszy się z jego sukcesów, szanuje przeszłość, przestrzega prawa i nie żywi niechęci do nikogo, kto sam go takową nie obdarza. Amen.
A glany?
Glany polecam każdemu z czystym
sumieniem.
Na wycieczkę w Beskidy :)
====================
* - NR oznacza Narodowego Radykała (lub Narodowy Radykalizm)