Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2023

Dzień Podległości

Pod moim oknem gigantyczna kopara ładuje właśnie kamień na ogromną wywrotę. Jest siódma rano, Święto Niepodległości. Nikomu to jakoś nie przeszkadza. Nikt nie ma pretensji do robotników, oni sami też nie wyglądają na pokrzywdzonych, a Straż Miejska, do której zadzwoniłem, twierdzi że żadnego mandatu wystawić nie może. Niestety, jak to dodała ku mojemu pocieszeniu pani operatorka.

Wyjdę tutaj na strasznego janusza, ale jestem w wieku, w którym nie mam już za bardzo innego wyjścia. Gdyby tak za komuny, powiedzmy 22 lipca ktoś odważył się pracować i do tego hałasować... O rany, myślę, że skończyłoby się w sądzie. Czyli co, komuna była bardziej patriotyczna niż wolna RP? Na pewno nie, ale z całą pewnością bardziej zdyscyplinowana.

Oczywiście, dla jasności zupełnej dodam, że 22 lipca to dla mnie żadne święto, ale o ile do tego dnia a zwłaszcza jego wyznawców było, jest i będzie mi zawsze jak najdalej, o tyle szokuje mnie, że WTEDY nie milicja, mandat czy sprawa w sądzie były straszakiem na takich nadgorliwców nadgodzinowców, a zwykłe ludzkie przekonanie, że nie i już. Po prostu w święto się nie pracuje. 

Nie pracowało się 1 maja, nie pracowało 22 lipca i nie pamiętam aby ktoś do tego kogoś zmuszał czy za pracę karał. Od 1989 roku wszystko się odmieniło. Nie chciałbym nikogo obrazić, bo wiem, że wielu jest Polaków myślących jak ja, ale czasem niektórzy zdają się sprowadzać wszystko to kwestii ceny. Jeden powie, że jak zapłacą mu "więcej" to przyjdzie, inny, tradycjonalista taki bardziej, zaznaczy, że nie "więcej" a konkretnie dwa razy tyle ile za zwykły dzień, ale zdarzy się pewnie wielu takich co po prostu potrzebują kasy i nawet za zwykłe stawki też się pojawią.

Przeraża mnie to, jeśli mam być szczery. I przypomina przy okazji jedną z moich dawnych rozmów o pracę, gdy zaznaczałem, a miałem być zatrudniony na zleceniu, podkreślam to, że nie chcę w miesiącu więcej godzin niż limit etatu. Pani kadrowa bardzo się poruszyła. Ale jak to tak? Dlaczego? A ile pani pracuje? - zapytałem. No... normalnie... od ósmej do szesnastej od poniedziałku do piątku. Widzi pani! No to ja właśnie też.

Nie przyjęli mnie.

Świat się zmienia, ja wiem. Kiedy zaczynałem swoje dorosłe życie za kanapkę z wędliną przyniesioną do pracy w piątek dostałbym ileś krzywych spojrzeń, za taką samą kanapkę w Wielki Piątek, po prostu oberwałbym w pysk. Dobrze to czy źle, muzealnie czy nowocześnie, coś trzeba w życiu szanować, trzymać się jakichś zasad.

Widzieliście Państwo te ogłoszenia w których to "można zarobić nawet do... (i tu kwota, niech będzie 10000 zł)? Zawsze tam są gwiazdki, dopiski i zastrzeżenia. Jeżeli bez chorobowego, jeżeli z sobotami, jeżeli z pełną premią, jeżeli z wykonaną normą itd. A powinna być podana wypłata za jak to mówię "święte osiem godzin" właśnie od poniedziałku do piątku. I wtedy wiesz, co możesz mieć więcej, jeśli czegoś swojego, życia dokładnie, będziesz mieć mniej.

W firmie z której ponad rok temu odchodziłem ludzie pracujący po godzinach albo w soboty dostawali gołą stawkę jak w tygodniu i to jeszcze pod stołem. Za dwudniową delegację coś tam więcej niż stawka, ale na pewno symbolicznie i oczywiście nie za od świtu do zmroku a tylko za powiedzmy 10 godzin mimo spania byle gdzie i bycia dwie albo trzy doby poza domem. NIKT nie miał nic przeciwko, nikt nie zgłaszał uwag, gdy przyszedł inspektor z OIP. Mało tego, bronili jeszcze kierownictwa, które przecież ich okradało. Ale bronili. A co powiecie Państwo na mojego kolegę, który z co prawda zwykłym, ale jednak solidnym przeziębieniem w epoce COVID-19 stawił się czerwony z gorączki do pracy tylko dlatego, że kazano mu rozładować widlakiem ciężarówkę, co na dobrą sprawę mogło zrobić trzech innych będących wtedy na dniówce? Przez myśl mu nie przeszło, że nawet telefonu nie musi odbierać na dobrą sprawę. Jak to niby tak?! Przecież jeżeli szefowa każe, to co on, biedny, ma do gadania?

Nie rozumiem takich ludzi. Ktoś kiedyś strajkował o wolne soboty, a oni nie chcą wolnych sobót, ktoś ginął na barykadach o ośmiogodzinne dniówki (zawsze powtarzam - wymyślone po to, żebyśmy my, robotnicy, nie byli tępymi robolami, a mieli czas nie tylko na rodzinę i dom, ale też własne zainteresowania i nowe możliwości) a ci "mieszkają" w pracy i tak dalej i tym podobne.

We wspomnianej już komunie za celebrowanie święta 11 listopada choćby tylko złożeniem gdzieś kwiatów można było zaliczyć masaż milicyjną pałką. Dziś to święto jest świętem, a idiotyczny 22 lipca nie, i większość ma to w nosie. Jedni jako święto, inni jako prawo do święta. No, nie sposób nie wspomnieć i o tych, co to wolne ok, fajnie, że jest, ale dlaczego Biedronka jest nieczynna? Albo jak to oni teraz piszą "nie czynna".

I nie wiem czego bać się bardziej. Tego że sami siebie i swoich praw nie szanujemy, czy tego, że i tak pomyślisz, że po prostu przeszkadza mi hałas tej koparki i dorabiam do tego ideologię...




Obrazek: Sztuczna Inteligencja

czwartek, 9 listopada 2023

Portier - Niemcy 1:0

Z dumą i radością informuję, że udało mi się doprowadzić do usunięcia zdjęcia wiaduktu w Łabajowie ze strony niemieckiej organizacji tzw. "wypędzonych". Jest to może sprawa drobna, ale jednak symboliczna i dla mnie osobiście bardzo ważna. Jak napisałem w poprzednim poście po stwierdzeniu ze zdumieniem i oburzeniem, że niemieccy "wypędzeni" jako główne zdjęcie swojego serwisu zamieszczają fotografię polskiego  wiaduktu, odnalazłem autora tego obrazka i skontaktowałem się  z nim informując o zaistniałej sytuacji a jednocześnie zwróciłem się z odpowiednim zapytaniem do organizacji Landsmannschaft Schlesien poprzez ich formularz kontaktowy.

Autor zdjęcia odpowiedział mi już po kilkunastu minutach dziękując za czujność i zaznaczając, że musi zweryfikować, czy to aby na pewno jego dzieło (ta sama fotografia, inaczej przycięta, a zrobiona z tego samego miejsca i w tym samych warunkach jest w jednym z serwisów podpisana jego nazwiskiem, więc biorąc pod uwagę, że jest zrobiona z drona, nie ma według mnie mowy o pomyłce), ale dodał też, że byłoby dla niego bulwersujące, gdy znalazła się tam bez jego wiedzy i zgody. Następnego dnia otrzymałem także odpowiedź z Niemiec w której napisano między innymi, że "motyw obrazu zostanie sprawdzony i w razie potrzeby zmieniony. W brzmieniu dosłownym: "Sehr geehrter Herr, wir werden eine Prüfung des Bildmotivs vornehmen und gegebenenfalls ändern".

Podkreślam tutaj, że względy prawa autorskiego w tym zgody autora na publikację w serwisie tego akurat pokroju były dla mnie ważne, ale nie najważniejsze, stąd w moim liście zwróciłem przede wszystkim uwagę na polski charakter wiaduktu oraz wpływ wojny rozpętanej przez Niemcy miedzy innymi na planowaną budowę trasy kolejowej Wisła Głębce - Istebna - Zwardoń a także poinformowałem (?) ziomkostwo, że to właśnie hitlerowski okupant zniszczył tablice pamiątkowe na obu wiślańskich wiaduktach. Jest dla mnie bezdyskusyjne, że w tej sytuacji zamieszczanie tej fotografii jako głównego tła w serwisie internetowym tzw. "wypędzonych" jest dla Polaków obraźliwe.

Tło historyczne jest zresztą szersze. Po pierwsze "niemieckie wspomnienia" kończą się na 1945 roku i nie widzę powodu, dla którego serwis wyżej wspomniany miałby (niezależnie od kwestii autorskich) prawo zamieszczania fotografii polskich miast jako wyrazu swoich tęsknot. Chyba, że udział w ich niszczeniu uznać za wstęp do odbudowy i rozbudowy po wojnie. Krótko mówiąc, jeżeli się unika jak ognia słowa Polska oraz polskich nazw to nie ma się też prawa MORALNEGO do podpierania swoich tekstów współczesnymi zdjęciami. Po drugie nieco inaczej można by spoglądać na miejscowości które do grudnia 1937 roku (czyli przed rozpoczęciem wszelkich aneksji) znajdowały się na terenie Niemiec niż na te do których ci sami Niemcy wjechali czołgami w 1939. I wreszcie kwestia ostatnia, w odniesieniu do "mojego" wiaduktu, ale stanowczo nie tylko, najważniejsza. 
Mniejszość niemiecka w Polsce Anno Domini 1939 okazała się w ogromnej większości piątą kolumną, żeby nie użyć słów mocniejszych, co w sposób wręcz podręcznikowy miało miejsce miedzy innymi w Beskidzie Śląskim. Mniejszość ta korzystała w naszym kraju z szerokich praw, a troska o dobre stosunki z Rzeszą sprawiała, że łagodzono ze strony polskiej wszelkie konflikty próbując zagłaskać rzeczywistość. Bezkompromisowa (w odpowiedzi na prowokacje, nie sama z siebie) polityka takich ludzi jak wojewoda Michał Grażyński, to niestety jeden z niewielu chlubnych wyjątków. 

Tym samym jak można zaakceptować takie zawłaszczanie naszej rzeczywistości? Nie można.

Nie można i już nie trzeba. Niemcy właśnie usunęli zdjęcie polskiego wiaduktu ze swojego serwisu zamieniając je na zdjęcie Wrocławia, co już wygląda dużo lepiej, choć z pewnością nie idealnie. 

Idealnie bowiem było by gdyby dopisali tam, że to Wrocław, a nie przypadkiem Breslau. 
Breslau skończyło się w 1945.








sobota, 4 listopada 2023

Was ist das, was ist los?

Czytam ja sobie ostatnimi czasy książkę opisującą stosunek Republiki Federalnej Niemiec do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej w czasach wczesnego PRL-u. Książka ciekawa, nie powiem, nawet, mimo roku wydania, nie skalana za bardzo komunizmem (były takie kwestie polityczne w których władza wiedziała, że nie musi czarować, żeby naród był po jej stronie) i generalnie dobrze napisana. Jest tam o prawie, o kartografii, o wydawnictwach wszelakich, zjazdach z darmowym wurstem, specyficznym słownictwie i wielu jeszcze innych aspektach problemu, w tym oczywiście o słynnych Związkach Wypędzonych. Kto żył w PRL-u, ten pamięta jak nas straszono ziomkostwami a zwłaszcza panami Hupką i Czają. 

Co ciekawe, to już tak bardziej na marginesie, sam Herbert Czaja po 1990 roku bywał w Polsce i wspomagał swoją pracą władze województwa opolskiego, ale nie przeszkadzało mu to jeszcze kilka lat później twierdzić, że dałoby się to i owo do Niemiec przyłączyć, bo przecież Polakom pod niemieckimi rządami żyło się wiele lat zupełnie dobrze. 

Brednie? No jasne że tak. W końcu w Polsce też są ludzie którzy słysząc o ataku Rosji Putina na Ukrainę zaczęli kalkulować odzyskanie Lwowa. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Pomieszanie wspomnień z tęsknotami i z... pomieszaniem. Dopóki to prywatna sprawa jestem w stanie to zrozumieć.

A kiedy przestaje być prywatną?

Taki oto obrazek przywitał mnie na stronie (w wolnym tłumaczeniu) Śląskiej Drużyny, czyli regionalnego związku wypędzonych. Gdzieś już to widziałem...

Najpierw otworzyłem Mapy Google, ale pewności nie miałem, potem poszukałem artykułów na portalach turystycznych i wszystko stało się jasne. Wiadukt w Łabajowie. Wisła. Versteht ihr, Genossen? Wisła, eine alte deutsche Stadt im alten Deutsch-Schlesien.

Zdjęcie ze strony polskazachwyca.pl

No i teraz mam problem, bo chciałbym kulturalnie. Ale jak? Mimo wszystko spróbujmy.

Osobną kwestią jest samo zdjęcie, po odnalezieniu na innych stronach raz określane jako "wolne", a innym razem mające konkretnego autora i stronę macierzystą (Marcin Baranowski - Mosquidron), tu jednak jedno drugiego nie wyklucza, choć postanowiłem powiadomić autora o tym kto i gdzie jego fotografię wykorzystuje. Sprawa jest jednak dużo poważniejsza.

Jeżeli nawet przyjmiemy, że strona takiej organizacji jak "Drużyna Śląska" zajmuje się tylko pielęgnowaniem wspomnień, osobna rzecz, czyich, bo urodzeni z końcem wojny mają dziś po 80 lat, ale ok., to pozostaje jeszcze kwestia dobrego smaku oraz znajomości historii.

Wiadukt postawili Polacy około roku 1933 w trakcie budowy linii kolejowej do Zwardonia przez Istebną, gdy w tym samym czasie Niemcy zajmowali się budowaniem zupełnie, ale to zupełnie innych obiektów. Nie można nawet powiedzieć, że dołożyli jakąś swoją cegiełkę, bo stało się wręcz przeciwnie, zniszczyli w czasie okupacji tablice pamiątkowe opisujące TYLKO kto i kiedy wiadukt zaprojektował i wybudował. 

Krótko i węzłowato. Guzik mają panie i panowie "wypędzeni" do wiaduktu, który ich rodacy zdewastowali i którym także z winy ich rodaków oraz pewnego austriackiego kloszarda nie prowadzi dziś linia kolejowa do Zwardonia a tylko kilkaset metrów dalej, do Głębiec. Guzik, powiadam!

***

O zdjęciu poinformowałem autora oraz osobno złożyłem zapytanie niemieckiemu stowarzyszeniu Die Landsmannschaft Schlesien.


Zdjęcie - Sztuczna Inteligencja

sobota, 2 maja 2020

List do Pana K.


Szanowny Panie Naczelniku!

Nie ja tak Pana nazwałem, ale też daleki jestem od tego, by choćby z lekkim przymrużeniem oka takiego określenia nie akceptować. Stworzył Pan niegdyś formację, która z trzecioligowej partyjki jakich wiele stała się polityczną siłą zdolną nie tylko odświeżyć i przebudować polską prawicę, ale i pociągnąć ją do zwycięstw wyborczych oraz pełnoprawnego  powrotu na salony po jak się mogło wydawać "wypadku przy pracy" jakim były lata słynnej koalicji "przystawkowej". To niewątpliwie wielkie osiągnięcie i dowód ciężkiej pracy. Sukcesem jeszcze większym, który zresztą wyraźnie podkreślałem w obydwu wywiadach jakich udzieliłem do książek o rynku pracy w Polsce było wprowadzenie minimalnej stawki dla umów zleceń i zbliżenie tym samym sytuacji "śmieciobiorców" do statusu normalnych pracowników. To coś, nadal tak uważam, za co należy się Panu wieczna chwała i pamięć. Wygrał Pan dzięki skutecznej i świeżej kampanii wybory prezydenckie, co prawda nie startując w nich osobiście, ale wystawiając nikomu wcześniej nieznanego kandydata i umiejętnie sterując jego kampanią. Zainicjował Pan program pomocy dla rodzin z dziećmi i zadbał o dodatkową emeryturę dla naszych seniorów. Wykonanie jednego i drugiego można oceniać różnie, ale nie zmienia to faktu, że żadna inna partia przez 30 lat Nowej Polski o tym nie pomyślała. Zatem to także wielkie osiągnięcie. Nie zgodził się Pan na przyjmowanie przez nasz kraj uchodźców słusznie argumentując ustami ówczesnego ministra spraw zagranicznych, że pomagać tym ludziom należy na miejscu, w ich krajach, w ich miastach i w ich domach. To było stanowisko mocne i jakże odmienne od tego jakie prezentował Zachód. A przecież koniec końców słuszne i dobre dla Polski! To też Pana zasługa. Nikt tego Panu nie odbierze.

Błędy? Dostrzegam je. Dotyczą głównie decyzji personalnych a lista nazwisk jest, przykro mi to pisać, wcale długa. Z pewnością też błędem jest podnoszenie do absurdalnych wysokości pensji minimalnej powodujące niszczenie rynku pracy, wzrost inflacji i zwolnienia. To wszystko jednak można jeśli nie wybaczyć, to przynajmniej próbować naprawić. Pensje minimalne można w obecnym stanie na kilka lat zamrozić, a współpartyjnych karierowiczów, kombinatorów czy innych żałosnych lub śmiesznych wykluczyć z polityki i bezpośrednio lub pośrednio obciążyć ciężarem tego co i jak powyczyniali. To się naprawdę jeszcze da naprawić. Dziś jeszcze tak.

Chcąc nie chcąc byłem i jestem po Pana stronie. Mam summa summarum centroprawicowe poglądy, Polska jest dla mnie wielkim dobrem, uważam że tak zwana Unia Europejska jest i być powinna TYLKO organizacją międzynarodowej współpracy gospodarczej a nigdy jakimś państwem z niby to flagą i niby to prezydentem. Popieram całym sercem programy wyrównujące szanse czy to najniżej zarabiających czy to rodzin wielodzietnych, krótko - ideały mamy te same, poglądy na sposoby ich realizacji już niekoniecznie.

Świat opanowała pandemia. Od marca do maja wszystko zmieniło się nie do poznania. Niczym w katastroficznych filmach chodzimy w maskach, dezynfekujemy siebie i otoczenie na sto sposobów, przestaliśmy podawać sobie ręce, zbliżać się do siebie czy nawet chodzić osobiście do lekarza. Codziennie dowiadujemy się o kolejnych zmarłych, o setkach nowych zakażonych, o tysiącach przebywających na kwarantannie. Balansujemy na linie. My wszyscy każdego dnia, a policjanci, lekarze czy pielęgniarki w każdej godzinie. Towarzyszą nam ogromne zmiany, ogromne potrzeby finansowe i ogromne pytania o to, co będzie dalej.

W takiej chwili polityka, prawicowość czy lewicowość nie mają znaczenia. W takiej chwili nasza Polska też musi być na drugim miejscu za tym co najważniejsze niezależnie od przekonań. Za naszym, Pana, moim i milionów innych ludzi życiem. To teraz jest jedyna wartość.

Głosowałem na Pana, głosowałem na Pańskich współpracowników i współtowarzyszy. Popierałem i popieram wiele decyzji i ogólną wizję Polski w Europie jaką prezentowaliście. Mimo wielu zastrzeżeń nie wycofuję się z tego i nie zamierzam wstydzić. Takie mam poglądy od lat. Ale tego jednego nie zrobię. Nie wezmę udziału w czymś, co bezpodstawnie czy wręcz bezprawnie nazywa Pan wyborami. Choć pewnie głosowałbym na Pańskiego kandydata, a może właśnie dlatego. To nie są wybory i Pan doskonale to wie. To zaproszenie na prezentację poduszek przeciwreumatycznych albo płynu na porost włosów, to bezwartościowy druk, który zanim do mnie dotrze i zanim "do Pana" wróci może być sto razy zagubiony, sfałszowany, zmieniony, że już nie wspomnę o tym, że także "wyssany" z moich danych osobowych, do których umieszczania tam NIKOGO nie upoważniłem. To drogi i gwarantujący ogólnoświatowe ośmieszenie się naszego kraju eksperyment. I wreszcie najważniejsze. To nie ten dzień. To nie ta pora. Na polityczne spory był czas i miejmy nadzieję będzie czas. Teraz go nie ma i nie ma prawa go być. Teraz gramy w jednej drużynie. O życie i o zdrowie. Wszystkich. I tych z lewa i tych z prawa. I tych ze sprawiedliwości także. 

Nazywają Pana Naczelnikiem. Jedni złośliwie, inni ironicznie, jeszcze inni zupełnie szczerze, doceniając Pana wieloletnią pracę dla Polski, bezdyskusyjny patriotyzm i determinację. Wierzę, że i Pan pragnie tego, by tak rzadkiego wobec polityka miana nie zdegradować do pozycji naczelnika poczty rozsyłającego w czasie tak trudnym jak obecny nikomu niepotrzebne druczki.



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Szymona Kobylińskiego imaginacje

Jest weekend 23-24 sierpnia 1980 roku. W Polsce sporo się dzieje. Kilka dni wcześniej miała miejsce tragiczna katastrofa kolejowa pod Toruniem, na Wybrzeżu trwają strajki, Partia cichaczem przygotowuje się do odwołania ze stanowiska Edwarda Gierka, CPN gwarantuje, że paliwa wystarczy dla wszystkich o ile tylko zaprzestaną je kupować, a gwałtowne opady deszczu uniemożliwiają lub opóźniają zbiory. Jeden obok drugiego groźnie brzmiące tytuły atakują oczy czytelników. Gdzieś pomiędzy nimi przemyka błahy z pozoru felieton o czymś, co nie istnieje i nikt nie przewiduje aby istnieć miało. O e-bookach, czytnikach e-booków, tabletach i... Internecie.

Nie Apple, nie IBM, nie Microsoft ani nawet Commodore wespół z Atari, ale... Trybuna Ludu, najobrzydliwsza z możliwych komunistyczna gazeta, niestrawna nawet dla tych, którym generalnie socjalizm nie przeszkadza wieści w tych dniach rewolucję cyfrową. Tak, wiem, brzmi to niewiarygodnie, ale mimo to jest prawdą. Piórem Szymona Kobylińskiego, znanego chyba każdemu wspaniałego rysownika, satyryka, karykaturzysty i historyka przekazuje nam ta właśnie publikacja obraz świata, który ziści się dopiero w XXI wieku.


"[...] okiem wyobraźni ujrzałem czytnik (sic! - dopisek mój, Portiera) w postaci dość płaskiego pudełka zaopatrzonego w bateryjkę i pokrętło co można by zwyczajnie dzierżyć w dłoni i tylko drobnym ruchem kciuka przerzucać "kartkę po kartce" na plastikowej matówce. Całą swoją bibliotekę, zajmującą teraz kilkanaście metrów mieszkania [...] miałbym w podręcznej szufladzie.



[...]
Żaden druk nie osiągnie precyzji slajdu. I tu upatruję szansę dla dzieł z reprodukcjami wielkiego malarstwa. Nawet najwspanialej tłoczone papierowe odbitki wciąż nie umywają się do barwnej kliszy.

A więc już nie czytnik, lecz "oglądnik" czy "obejrzywacz" -  niech mu tam kolejna ankieta gazetowa przyda odpowiednie miano. 
[...]
Teraz już moje oko wyobraźni zaczyna szaleć! Oto widzę siebie (ciebie, nas, was, ich) - jak sięgamy nonszalanckim ruchem do podręcznej biblioteczki i dobywamy z niej cały, przypuśćmy, Ermitaż, albo Luwr [...] 
Solidny , domowy ekran z ładnie oprawną matówką stawiamy na stoliku i hajda po wystawach świata.
[...]

Gdybyż tak jeszcze - jak hulać wyobraźnią, to hulać! - wedle wzoru niezliczonych wykładów naukowych szły z magnetofoniku dźwięki komentarza, lub zgoła literatury pięknej, do której jak na przykład w prozie Iwaszkiewicza, widziane cuda artyzmu byłyby ilustracją, wówczas koncert dla ucha i oka byłby wręcz najwyższej rangi.

Szkoda, że czegoś takiego nie doczekam, choc właściwie - zupełnie nie wiem, dlaczego."


------------------


Wykorzystałem fragmenty felietonu Szymona Kobylińskiego "Imaginacje" opublikowanego w numerze 200 (11208) Trybuny Ludu z 23-24 sierpnia 1980 roku.



POBIERZ CAŁY FELIETON 
OTWIERAJĄC OBRAZEK W NOWYM OKNIE
(środkowy przycisk myszy) 



niedziela, 27 października 2019

Wina Tuska, farba Kaczyńskiego

Kupiłem sobie nie tak dawno eksperymentalnie z dostawą do paczkomatu wiaderko farby. Farba jak to farba, z gatunku tych najtańszych, biała, emulsyjna itede, itepe, nieważne. Chciałem się przekonać, czy dziesięciolitrowe wiadro naprawdę dotrze do mnie za 9 zł bez żadnego uszczerbku. Tak się stało, ale i to nieważne. Sednem jest cena i sprzedający. Farba jako się rzekło była z gatunku tych najtańszych i kosztowała ledwie 35 zł. Ponieważ okazała się zupełnie dobra postanowiłem po kilkunastu dniach kupić jeszcze jedno wiaderko. Z pewnym jednakże zdziwieniem skonstatowałem, że teraz kosztuje ono już nie 35 a 40 zł. Nieco uszczypliwie, nie ukrywam tego, bo na pewno nie z januszowego skąpstwa napisałem do sprzedawcy zapytanie "cóż też tak poprawiło się w tej farbie, że podnieśliście Państwo cenę o 5 zł?" Odpowiedź mnie rozbroiła. Pan sprzedawca odpisał "PIS wygrał wybory i to wystarczyło". 

Nie chcę komentować tej argumentacji inaczej niż tylko neutralnym politycznie stwierdzeniem, że uznałbym już bez szemrania tekst "dobrze się sprzedawała, więc chcieliśmy więcej zarobić", ale muszę powiedzieć, że nikt od dawna tak mnie nie ubawił.

Obiecałem sobie w związku z tym, że gdy mnie kiedyś kierownik w pracy zapyta dlaczego notorycznie się spóźniam, to już absolutnie bez wahania odpowiem mu, że to dlatego, że utraciliśmy większość w senacie. A co, może nieprawda?

-------------------------------------------------------------------


KLIKNIJ W ZDJĘCIE BY JE POWIĘKSZYĆ










niedziela, 14 lipca 2019

Naród bez historii

Moja babcia przez 40 lat po II wojnie światowej karmiła swoje psy używając zamiast miski niemieckiego hełmu, choć oczywiście misek miała co niemiara. Ale taka to była jej mała zemsta, a bardziej może złośliwość za to co musiała przeżyć podczas okupacji. Nie wiem co prawda, czy do wioski w której żyła zajechał w tych czasach jakiś przedstawiciel narodu zza Odry, ale pewien jestem, że gdyby to zobaczył, poczułby się mniej lub bardziej obrażany. I dobrze, bo dokładnie o to mojej babci chodziło. Są sprawy, o których nie wolno zapomnieć a tym bardziej nie wolno ich zagłaskiwać. One po prostu mają swoje miejsce w historii i powinny mieć na zawsze także w pamięci. Niezależnie od tego jak inna od nich jest teraźniejszość.

Przypomniał mi się ten hełm i uśmiech babci na widok mojego pytającego spojrzenia gdy przeczytałem wczoraj o kilku bunkrach Obszaru Warownego Śląsk, które są właśnie parę kilometrów od mojego domu wyburzane dla zrobienia miejsca pod... centrum logistyczne.  Oczywiście można powiedzieć, że nie mają dziś żadnej wartości użytkowej, co jest prawdą, można też dodać, że ich wartość architektoniczna czy wprost historyczna jest taka sobie, bo nie są przecież niczym nietypowym, niespotykanym, niepowtarzalnym. Ale są symbolem i to na widok tego niszczenia symbolu wściekłość we mnie wzbiera.

Obszar Warowny Śląsk, czyli linię umocnień na ówczesnej granicy polsko-niemieckiej rozpoczęto budować prawie natychmiast po dojściu do władzy Hitlera i jeśli ktokolwiek ma w tym względzie wątpliwości dodaję dla jasności, że były to umocnienia polskie przygotowywane na wypadek agresji niemieckiej, a nie odwrotnie. Nie udało się co prawda ukończyć całej linii do chwili wybuchu wojny, ani też nie odegrała ona szczególnie wielkiej roli w walkach i została opuszczona przez polską obsadę w nocy z 2 na 3 września 1939, ale symbolem była i jest i to ten właśnie symbol, symbol polskości Śląska, symbol sprzeciwu wobec niemieckiej próby zdominowania Europy teraz burzy się w imię postawienia o kilka metrów w lewo lub prawo jakiejś tam sobie hali magazynowej, którą za lat pięć i tak się rozbierze i postawi market, a za lat dziesięć może osiedle...

Co ciekawe, a możliwe do sprawdzenia dla każdego np. na mapach portalu orsip.pl bunkry w okolicach Kochłowic, bo to o nich tu dziś piszę nie przeszkadzały przez lata komunistycznym władzom ani nawet działającej w pobliżu kopalni Śląsk (nota bene obecnie również likwidowanej), a przeszkadzają współczesnym biznesmenom, dla których to tylko niewykorzystany metraż "ich" działki. 

Zastrzegłbym tu jednak, że tak jak jeden czy drugi bunkier jest obecnie kawałkiem czyjegoś placu budowy, tak ten plac budowy jest kawałkiem Polski.  A tej własnie Polski nie byłoby dziś, razem z tymże placem i tymiż biznesmenami, gdyby pierwszego września 1939 roku, osiemdziesiąt lat temu, nie stanęli tutaj odważni ludzie broniący swojej ojczyzny. Nie tylko dla siebie i swoich bliskich, ale i dla nas. Tak właśnie im dzisiaj odpłacamy. Wstyd.


Stan z 6 lipca 2019 - foto Portier



Stan z 12 lipca 2019 - foto Tomasz Zamysłowski - zdjęcie ze strony silesia24.pl




piątek, 3 maja 2019

Lenin, lecz nie żywy

Podczas pewnej rozmowy, która odbyła się jakiś czas po moim wywiadzie do "Urobionych" pytano mnie o wspomnienia z okresu przemian 89 roku i nastawienie do poprzedniego ustroju z naciskiem na jego prosocjalną politykę. Oczekiwanie, że będę wspominał PRL z rozrzewnieniem było aż nazbyt widoczne. Podobne lub może częściej ewoluujące w stronę współczesnej lewicowości akcenty pojawiały się także w większości recenzji, komentarzy i dyskusji nad tamtą książką już po jej wydaniu usiłując świadomie lub nie stawiać znak równości pomiędzy walką z nieuczciwymi pracodawcami a walką z kapitalizmem jako systemem. O ile pierwsze takie pytanie nieco mnie zaskoczyło, zastanowiło i zmusiło do pewnych głębszych przemyśleń, o tyle wszelkie późniejsze słowa jakie na ten temat czytałem, oczywiście nie tylko w odniesieniu do siebie, ale i do innych urobionych czy po prostu źle traktowanych w pracy stopniowo coraz bardziej mnie irytowały.

Zupełnie niedawno znów "dowiedziałem się", że mój spór z przełożonymi o niższą niż kolegi z tej samej klasy stawkę w naszej pierwszej po skończeniu szkoły pracy i wszystko to co robiłem lata później wobec firm ochroniarskich, to była ta sama, niezmienna walka z kapitalizmem... Nie da się zaprzeczyć, że w PRL-u, gdyby ktoś wystawił mi taką laurkę mógłbym już nie martwić się o nic, bo dziś pewnie uczono by o mnie w każdej szkole, ale jednak, bez urazy, mało to ma wspólnego z rzeczywistością i jako takie wcale mi nie odpowiada.

Kiedyś może mniej, ale od około piętnastu lat prawa pracownicze są dla mnie czymś szczególnie ważnym, czymś czego przestrzegania wobec mnie jako pracownika bezwarunkowo oczekuję, na czego łamanie składam skargi i o co pytam ludzi pracujących na różnych stanowiskach w różnych firmach, by wiedzieć jak to wygląda u nich i jak sami to odbierają. Takich firm i takich rozmów było z pewnością kilkadziesiąt jeśli nie więcej. Czasy mamy takie, że o mniejszych lub większych oszustwach lub utrudnieniach słyszę prawie zawsze, ale nigdy, podkreślam to słowo, nigdy nie usłyszałem w takim kontekście o nadziei na rządy lewicy czy idącą w najlżej socjalistycznym choćby kierunku zmianę polityki państwa. Na nowego Lenina, Gierka czy Jaruzelskiego nikt z moich rozmówców nie czeka. Dla jasności dodam, że na Biedronia, Palikota czy Nowacką także nie. Oni, my, ja, czekamy na sprawiedliwość. A ona nie jest lewicowa ani prawicowa, zaczyna się od działającego w obie strony (na rządzących i rządzonych) dobrego prawa a kończy na karach za jego nieprzestrzeganie. Tylko tyle i aż tyle. Powie ktoś, a czy to ważne? Jeśli sprawiedliwości nie wprowadzi prawica, tylko lewica, to czy nie będzie ona sprawiedliwością? Oczywiście, że będzie, odpowiadam, ale nie będzie mimo to lewicowa, a tu tkwi sedno, bo właśnie tego nomen omen koloryzowania naszych życiorysów barwnikiem E120 sobie nie życzę.

Pamiętam dobrze jak ponad dekadę temu wyglądało przekazywanie około stu dwudziestu portierów "mojego" uniwersytetu do zewnętrznego pracodawcy. Wtedy to słynny i z tradycjami lewicowy jak najbardziej związek zawodowy nie zrobił nic prawie (odliczając pismo, które na biurku i komputerze mojej szefowej z wieloletnim stażem, nota bene członkini tegoż związku, pisałem ZA NIĄ ja oraz kilka także z mojej inicjatywy powstałych zapytań do pani kanclerz), a działali i inspirowali działania tylko i wyłącznie sami zainteresowani. Takich chwil się nie zapomina. Takich "związkowców" również. Nie słyszałem o związkach (choć były) w mojej pierwszej firmie ochroniarskiej, w której zmuszono mnie do podpisania fikcyjnej umowy zlecenia po to by uniknąć płacenia nadgodzin albo gdzie moją koleżankę za odmowę tegoż właśnie "zesłano" karnie pod market na drugim końcu województwa. Trzymając się nadal lewicy, zupełnie tak, jak ona usiłuje przyczepić się do takich jak ja, nie sposób nie wspomnieć jeszcze i słynnego "bojownika antykaczystowskiego", czyli pana towarzysza Jerzego Urbana, który co prawda podesłał był swego czasu do naszej akademii swojego dziennikarza, ale tego nasza sytuacja również nie zainteresowała, bo przecież "teraz tak jest wszędzie". 

Pamiętam idąc dalej szefa pewnego związku, a i owszem, jak najbardziej lewicującego, z pewnego dużego przedsiębiorstwa branży energetycznej, który wiedział o tym, że pod tym samym dachem co on pracują obok etatowców za minimalną także śmieciobiorcy na zleceniach po 3,70 na godzinę a jedni i drudzy jako codzienność mają fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole i całą masę tym podobnego błota. Ale to byli ochroniarze, nie jego firma, nie jego sprawa. Tyle mi powiedział, gdy go o wstawiennictwo prosiłem. Nie on jeden zresztą, bo podobnych prób w różnych miejscach i wobec różnych ludzi podejmowałem kilka.

Szanowni zatem malowani socjaldemokraci, socjaliści, komuniści, zieloni, różowi i wszelacy inni. Nie było Was tam, gdzie świat w wieku XXI cofnął się do XIX, nie mieliście czasu, odwagi, czy może to nie był Wasz rejon. Odpieprzcie się od robotnika.

---

Polecam zainteresowanym lekturę dwóch bardzo ciekawych książek pokazujących jasno, że w walce o prawa pracownicze dziewiętnastowieczni robotnicy nie czytali Marksa i Engelsa, ani nie planowali zakładania PGR-ów, a tylko (aż!) domagali się najpierw poszanowania prawa, które kulawe bo kulawe, ale już wtedy istniało, a później usiłowali na rządzących wpłynąć, by prawo to udoskonalić. I to właśnie była walka o sprawiedliwość, może nawet o prawo i sprawiedliwość, ale na pewno nie o rewolucję socjalistyczną. 

Wydawnictwo Odnowa Londyn 1970

Wydawnictwo Śląsk Katowice 1966

piątek, 19 lutego 2016

"Leszek" do Lecha

 
 



Panie Prezydencie!
 
              Wielu Pana działań i wypowiedzi po roku 1990 a zwłaszcza po 1995 nie jestem w stanie zaakceptować, a niektóre wręcz mnie irytowały, ale za to wszystko co działo się przed 1990 jest Pan i będzie, jak dla mnie przynajmniej, bohaterem narodowym. Tysiące ludzi w Polsce zaczęły coś robić a miliony myśleć przeciwko komunie inspirując się Panem i Solidarnością, dla nich wszystkich był Pan wzorem, argumentem i punktem odniesienia. Więcej nawet. Czym dla Pana i Solidarności była nagroda Nobla, tym dla polskiej opozycji był Lech Wałęsa. Symbolem, nadzieją i duchowym wsparciem. Nikt nie usłyszałby o Lechu czy Jarosławie Kaczyńskim oraz dziesiątkach innych jakże potem buńczucznych, gdyby nie było WCZEŚNIEJ Pana. I takie są fakty.

Dziwię się tylko, że nie chce Pan zdradzić zdrajców, czyli wprost opisać jak Pana komuniści zmusili czy nakłonili do takich czy innych działań, które z perspektywy okazały się błędne czy szkodliwe. To będzie ich wstyd, nie Pana. Słusznie ktoś napisał wczoraj w komentarzu na stronie TVN24, że dzisiejsi bohaterowie Internetu wtedy na Pana i innych miejscu narobili by w spodnie ze strachu. Ja powiem mocniej. Gdyby dziś był tamten czas, a ja byłbym Panem, gdyby stawką było moje i mojej rodziny bezpieczeństwo, zdrowie, życie, praca, a z drugiej strony gdybym szczerze w coś wierzył - podpisałbym wszystko. Żeby wyjść i robić swoje. A jeżeli okazało by się, że czymś co podpisałem, do czego się zobowiązałem, co opowiedziałem wyrządziłem iluś ludziom krzywdę, to trudno, nikt nie jest bez winy, zmazywałbym ją swoimi działaniami potem.
 
Pan i działaniami i wpływem na resztę Polaków w latach 80 dokonał tak wiele, że trzeba by być ślepym i głuchym by stawiać przeciw temu sprawy z początku lat 70, kiedy był Pan jednym z wielu, de facto bezimiennym robotnikiem.



 ===

 

 
 
/Mój wpis na wykop.pl/

piątek, 5 czerwca 2015

Do widzenia, Panie Prezydencie!

Pięć lat temu z pełnym przekonaniem oddałem na Pana swój głos zarówno w pierwszej jak i w drugiej turze wyborów. Wydawał mi się Pan wtedy kimś, kto łącząc pomostem swojej osobowości, doświadczenia i poglądów myślenie propaństwowe Lecha Kaczyńskiego z otwartością na świat Aleksandra Kwaśniewskiego jest właśnie takim jak być powinien - idealnym kandydatem. Kandydatem narodowej zgody, na którą tak często się Pan powołuje. Mało tego! Niewykluczone, że byłem też pierwszym człowiekiem w Polsce, który potraktował myśl o Pańskim starcie w wyborach poważnie, na długo przed tym zanim przekonał się do takiego rozwiązania ówczesny pewny kandydat PO Donald Tusk. Mówiłem wtedy: Na Tuska na pewno nie zagłosuję, ale gdyby tak wystartował marszałek Komorowski...
 
Dotrzymałem słowa. Zagłosowałem. I gdyby dziś było tamto umowne "wczoraj" rozumiane jako zetknięcie moich przekonań z propozycjami i osobami ówczesnych kandydatów oraz ogólną sytuacją polityczną zagłosowałbym ponownie. Także na Pana.
 
 
Nie zrobiłem tego jednak ani 10 ani 24 maja 2015 roku.
 
Dlaczego?
 
Ponieważ zawiódł mnie Pan. Może nie jakoś tam wielko - szumnie - historycznie, ale tak po prostu, po ludzku. Mam więc w sobie żal, zbyt duży by go przełamać. O to na przykład, że mając nie być, był Pan jednak tym nieszczęsnym "strażnikiem żyrandola". O "maszynkę do podpisywania", której wrażenie Pan sprawiał przez te wszystkie lata i o kontrast jakim była w porównaniu z nimi Pana sztuczna nadaktywność po przegranej pierwszej turze. O pięć lat bez zakończenia sprawy katastrofy smoleńskiej. O Gruzję chociażby, którą pozostawiliśmy samą sobie małpując w tym USA, które nas z kolei wystawiły do wiatru po Kiejkutach albo obietnicach tarczy antyrakietowej. O prawie bezkrytyczne popieranie Platformy Obywatelskiej i unikanie najmniejszych z nią tarć. O wiek emerytalny, dzięki któremu wozić nas, leczyć albo ratować nasze mienie będą schorowani, starzejący się ludzie, którym tylko statystyka dodała kondycji. O kotyliony może jeszcze, choć to przykład bliski anegdocie, ale dobrze, o kotyliony także, o kotyliony których dzięki Pana prezydenturze nie znoszę już, bo wydają mi się kpiną z wyborców i dziecinną zabawą w jakiś sztuczny eurospokopatriotyzm. Nie mój.
 
Wierzyłem, że będzie to inna prezydentura. Naprawdę wierzyłem. W Pana samodzielność, w chęć współpracy dla dobra Polski z każdym, w tym także z otwartymi politycznymi przeciwnikami w partiach czy związkach zawodowych, w pochylenie się nad losem szarego Kowalskiego, nie tylko tego od dwóch tysięcy, ale także tego od tysiąca lub jeszcze mniej czy wręcz w ogóle bez grosza. Albo bez ZUS-u - jak ja. W twórcze łączenie polskiej tradycji,  dumy oraz interesów z nowoczesnością Europy. Przede wszystkim zaś w to, że będzie Pan jak to sobie nazywam "ambasadorem państwa wobec jego obywateli", bardziej, mimo wszystkich złych z tym słowem skojarzeń "ojcem narodu" niż tylko urzędnikiem. Był Pan urzędnikiem. Spokojnym, przewidywalnym, partyjnym i poprawnym politycznie. Jak dla mnie stanowczo za poprawnym wobec wyzwań czasu i miejsca.
 
 
 
 Naprawdę żałuję, Panie Prezydencie. Tym razem nie.
 

wtorek, 3 czerwca 2014

25 lat Wolnej Polski

 Fragment kalendarium roku 1989 z czasopisma "Na przełaj"
---
Pierwszą myślą i pierwszym zarazem skojarzeniem z rocznicą, którą jutro będziemy obchodzić jest dla mnie Gazeta Wyborcza – dziennik, który początkowo ukazywać się miał tylko do wyborów*, a okazał się czymś nad wyraz trwałym i stabilnym na polskim rynku prasowym i nie tylko. Ze zdziwieniem niejakim uświadomiłem sobie a raczej zwyczajnie - przypomniałem, że począwszy od któregoś z pierwszych numerów kupowałem ją codziennie plus minus do 1993 roku. Mało tego! Zbierałem co ciekawsze artykuły i wyklejałem nimi kolejne zeszyty zatytułowane nieco pretensjonalnie „O tym jak Polaczki wypruły z komuny flaczki”.

Czy to znaczy, że w pełni identyfikowałem się z zawartością tegoż wydawnictwa? Nie do końca. Najkrócej rzecz ujmując GW była dla mnie przez długi czas ucieleśnieniem zjednoczonej opozycji antykomunistycznej, czyli w gruncie rzeczy czegoś, co nigdy naprawdę nie zaistniało. Ale była też novum, czymś wręcz rewolucyjnym pośród zatęchłych dzienników ogólnopolskich i niepewnych każdego słowa regionalnych. Summa summarum zresztą sama Solidarność, sam ruch antykomunistyczny z drugiej połowy lat osiemdziesiątych wpasował się idealnie w moją ówczesną (czy tylko?) potrzebę buntu wobec świata zastanego. Był moim prywatnym Jarocinem, jeżeli mogę użyć tego porównania, a przynajmniej tak oddziaływał na mój światopogląd polityczny jak właśnie festiwal w Jarocinie na gusta muzyczne moich koleżanek i kolegów.
 
 Bardzo trafna karykatura komunistycznego rozumienia pluralizmu.
Obrazek z "Na przełaj".

Ale początek mojego przebudzenia politycznego datuje się na jesień 1988 roku i pamiętne spotkanie Miodowicz – Wałęsa. Do tego czasu może komunistów nie kochałem, ale też jednak nadal nie wierzyłem i nie miałem zaufania do opozycji, której obraz wynosiłem stety - niestety z oficjalnych mediów. Głupi, niezaradny, niszczycielski i wrogi Polsce Lech Wałęsa okazał się jednak podczas dyskusji telewizyjnej politykiem nowoczesnym, dynamicznym, pewnym siebie, trafnie dobierającym argumenty i zwyczajnie po ludzku sympatycznym, bo wcale nie planującym jak to mu i jego ludziom zarzucano wieszania komunistów na latarniach, a po prostu zmianę Polski na lepsze.
Od tego listopadowego dnia wyczekiwałem kilkakrotnie przecież przekładanego rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu jak wielkiej nadziei i szansy. Skakałem prawie z radości, gdy  wreszcie się udało, a gdy ogłoszono termin wyborów pewien już byłem, że coś ożywczego wisi w powietrzu. Nie było to już wtedy wielką odwagą, ale gdzieś koło kwietnia – maja 1989 zakupiłem sobie u pań sprzedających na katowickim rynku reklamówki i oscypki znaczek Solidarności (bo handlowały one wszystkim prawie) i dumnie paradowałem z nim po mieście czując się prawie ambasadorem nowych czasów.
  Fotografia propagandowa z lat stanu wojennego.
Stąd też wspomniana już Gazeta Wyborcza, którą pierwszy raz przez przypadek, a później już z pełnym przekonaniem kupowałem co dnia w tym samym kiosku przed bramą mojej kopalni. Tu dodać mogę jako marketingową ciekawostkę, że pierwszy jej numer kosztował 50 zł (dziś 1/2 grosza) i przez kilka jeszcze lat w rocznicę jego wydania, mimo że normalnie cena gazety dawno już wzrosła i to parokrotnie, nadal można go było kupić za taki sam zielony banknot.  

"Notowania" - stały cykl GW z jak widać jedną z ostatnich ingerencji cenzury.
Miasto okryło się nieznaną w PRL-u masą plakatów przedwyborczych z których najsłynniejsze były chyba trzy. Pierwszy z kowbojem i napisem „W samo południe – 4 czerwca”, drugi na którym polska flaga wynurzała się w trzech fazach z morza czerwoności zmieniając w biało czerwoną z napisami w kolejności 0%, 35% (tyle miejsc wyznaczono jako maksimum dla opozycji w sejmie) i 100% oraz trzeci z zegarem podpisanym „Nie śpij, bo cię przegłosują!”. Mnie jednak zapadły w pamięć plakaty inne, których pomysł powtórzył niedawno przed wyborami europejskimi (ośmieszając się tym samym nieco, gdy się zna jego stosunek do Wałęsy) Jarosław Kaczyński. Ale mniejsza z nim. Na plakatach o których mówię, Lech Wałęsa stał obok kandydatów Solidarności jakby samą swoją osobą gwarantując ich wiarygodność. Był to wtedy chwyt genialny i jak pokazały wybory – skuteczny.

Kampania była burzliwa. Z jednej strony komuniści którzy całe lata nie przebierali w słowach i planach wobec opozycjonistów kreowali się teraz zbiorowo na poważnych i odpowiedzialnych ojców narodu, karcących delikatnie społeczeństwo za jego nieodpowiedzialne w ich mniemaniu ciągoty do opozycji, z drugiej Solidarność, która nie zawsze do końca rozumiejąc ich zasady stosowała w końskich dawkach sposoby bardzo zachodnie i bardzo nowoczesne. Ale wydaje mi się, że nie to zdecydowało. Ludzie nie głosowali wtedy na kogoś i za czymś, głosowali przeciwko czemuś i przeciwko komuś. W końcu czekali od wojny na to by bezkarnie skreślać komunistów. I skreślali ich masowo, dając swoje głosy często ludziom o których nigdy wcześniej nie słyszeli. Nie, oczywiście nie zupełnie na ślepo, ale po prostu wierząc, że nowi będą lepsi, a co najważniejsze – inni od tych których bajania tyle lat musieli wysłuchiwać. Dając im swoje zaufanie w dużej mierze na kredyt. To między innymi sprawiło, że już w 1993 roku protestując przeciwko skutkom transformacji znów głosowali na czerwonych, ale jednak były to już inne czasy i inne wybory. W tych, o których piszę, PZPR z „przystawkami” nie miała szans. I niech miarą tego będzie fakt, że w drugiej turze to opozycjoniści namawiali społeczeństwo aby zagłosowało umożliwiając obsadzenie miejsc, które i tak z umowy zagwarantowane były dla partyjnych. 

Autentyczna ulotka wyborcza z 1989 roku.
Wyniki były szokiem dla obu stron. Nikt nie przewidywał, że Solidarność na sto miejsc w senacie obsadzi 99 (o tym setnym artykuł poniżej) i że zarówno słynna lista krajowa jak i działacze regionalni związani z partią przepadną albo wejdą do sejmu ostatkiem sił. Opozycja planująca nadal krytykować i blokować stała się z dnia na dzień siłą polityczną kształtującą państwo (w lecie powstał rząd premiera Mazowieckiego w koalicji OKP-ZSL-SD) a tym samym zmuszoną do podejmowania działań i decyzji do jakich nie była jeszcze w pełni przygotowana, zaś PZPR stała się partią za moment jeszcze współrządzącą, ale już z jasną perspektywą upadku (rozwiązała się pół roku później). Zaczynała się Nowa Polska.
  
  
Henryk Stokłosa - "Człowiek który zatrzymał Solidarność" - GW
W drugiej połowie lipca 1989 prezydentem został wybrany Wojciech Jaruzelski (walczący o to stanowisko jak przystało na komunistę sam ze sobą), na początku sierpnia rząd Rakowskiego urynkowił handel znosząc obowiązujące do tego dnia kartki na mięso i powodując w kilka dni lawinowy wzrost cen, ale zarazem napełnienie sklepów wszelkim towarem, a krótko potem wspomniany już Tadeusz Mazowiecki wybrany został pierwszym powojennym premierem niekomunistycznym. 
 Powyborczy wywiad z tow. Marianem Orzechowskim - GW
Od wszystkich tych wydarzeń minęło ćwierć wieku i myślę, że oceniać je można w trzech wymiarach. Jako ciągłość, jako spojrzenie z 2014 roku i wreszcie, jako obrazek z powiedzmy maja 1989.

Dla kogoś z końcówki komunistycznej Polski cały rok 1989 był pasmem spełniania się niemożliwego, niekoniecznie zawsze oczekiwanego, ale jednak tworzącego absolutnie nową rzeczywistość. Wierzono, że lepszą, błędnie, o czym już kiedyś pisałem zakładając, że komu się w kapitalizmie nie powiedzie, ten zostanie z tym co ma dziś. Skończyło się jak skończyło, czego sam jestem niechlubnym przykładem.

Z 2014 roku rok 1989 jest historią zamierzchłą, muzealnym eksponatem z epoki świata bez Internetu, komórek, Facebooka i otwartych granic. Śmiesznym czasem pełnym  ludzi w ortalionach, z wąsami „na Wałęsę” i nieprzeszkadzającymi nikomu gigantycznymi brakami w uzębieniu. Po prostu odległą przeszłością.

Ale to tylko takie gry wyobraźnią.

Rok 1989 jest punktem na linii ciągłej tak jak każde dziś zależne jest od wczoraj i wpływające na kształt jutra. Oceniać powinniśmy nie konkretne dni i słowa, ale to co z nich całościowo wyniknęło dla przyszłości, której kształt dziś współtworzymy. Zawsze pamiętając, że za lat ileś ktoś tak samo badawczo spojrzy na nas…
=== 
* - Gdy już jasne się stało, że GW wydawana będzie i po wyborach ogłoszono konkurs na jej tytuł. Jedną z propozycji, pokazujących "nieśmiałość" oczekiwań wobec rzeczywistości była "Nasza Gazeta". Czytelnik, który ją nadesłał argumentował, że wprowadzi to zamieszanie do cotygodniowych konferencji prasowych Jerzego Urbana, który będzie musiał używać zwrotów w rodzaju "A w naszej gazecie kłamią, kiedy piszą, że..."

czwartek, 10 stycznia 2013

W hołdzie pogodnemu patriocie

Wśród polityków Drugiej Rzeczypospolitej o których pamiętamy raczej rzadko się Go wymienia. Jest jako symbol całej prawie tamtej epoki Józef Piłsudski, jest także takiż sam symbol polityki zagranicznej Józef Beck, są jeszcze Gabriel Narutowicz, Roman Dmowski, a bardziej obeznani dodadzą Wincentego Witosa, Macieja Rataja, Stanisława Wojciechowskiego, Władysława Grabskiego, Ignacego Daszyńskiego czy Edwarda Rydza Śmigłego. Najdłużej urzędujący polski prezydent pozostaje mimo wszystko w ich cieniu, w cieniu na który z pewnością nie zasłużył.
 
Ignacy Mościcki. Kim był? Jaki był?
 
Do niedawna miałem w głowie na Jego temat tyle chyba co większość mi współczesnych. Niewiele. Poza rolą polityczną i działalnością naukową (wymienianych zwykle w jednym zdaniu, jako słowa klucze) raczej nic albo bardzo mało. Ogólniki z książek, filmów, kronik. Gdzieś w głowie także zdjęcie sympatycznego, niewątpliwie bardzo dostojnie i przystojnie zarazem wyglądającego starszego pana, jako symbol kolejny.
 
A przecież kojarzony niezmiennie z Wrześniem 1939 roku, ucieczką do Rumunii i internowaniem tam Prezydent sprawował swój urząd przez trzynaście lat, o trzy lata dłużej niż bliższy nam historycznie Aleksander Kwaśniewski! Musi mieć siłą rzeczy zatem na swoim politycznym koncie coś więcej niż znaną chyba każdemu odezwę do narodu w dniu rozpoczęcia wojny! I ma. Ma całkiem sporo. A poznając jego życie i działalność można nie tylko nieraz się zadziwić, ale i nabrać szacunku. Do człowieka, naukowca, polityka, ale przede wszystkim do Polski, którą współtworzył, a za której ułomności i przegrane nader często się Go obwinia.
 
Urodził się 1 grudnia 1867 roku w Mierzanowie w dzisiejszym województwie mazowieckim. Miał szóstkę rodzeństwa. Po skończeniu gimnazjum (najpierw w Skierbieszowie, potem w Zamościu) oraz tzw. szkoły realnej w Warszawie studiował chemię na uniwersytecie w Rydze, który ukończył w 1891 roku. W 1892 poślubił Michalinę Czyżewską. Początkowo związany światopoglądowo z ruchem narodowym zwrócił się jednak w stronę organizacji socjalistów i był współpracownikiem II Proletariatu uczestnicząc nawet w przygotowaniach do (niezrealizowanego) zamachu na generał-gubernatora Warszawy. Wobec groźby aresztowania wyjechał wraz z żoną do Londynu, gdzie kontynuował studia, ale także imał się prostych, aczkolwiek dość oryginalnych zajęć w rodzaju… produkcji kefiru, pomocy w zakładzie fryzjerskim czy też rzeźbienia w drewnie albo inkrustowania. W latach 93 - 99 pięciokrotnie został ojcem (pierwsze dziecko – córka - zmarło krótko po urodzeniu).
W 1897 roku przeniósł się do Szwajcarii i tam kontynuował karierę naukową miedzy innymi studiując uzupełniająco w Fryburgu fizykę i matematykę, a później także współpracując przy tworzeniu i rozwoju fabryki kwasu azotowego w spółce Société de l’Acide Nitrique wykorzystującej zresztą autorską metodę Mościckiego.
 
Wynalazł i opatentował nowe modele kondensatorów, z których zysk (prawa patentowe) przekazał jednak jako rekompensatę radzie nadzorczej wspomnianej fabryki, gdy okazało się, że w Norwegii wynaleziono tańszy sposób produkcji kwasu niż ten, który miano wdrażać według jego pomysłu. 
 
Wreszcie zatrudnił się w Société Générale des Condensateurs Electriques gdzie zaprojektował wiele modeli kondensatorów i bezpieczników, które były później przez lata jeszcze stosowane masowo w całej Europie, a następnie powrócił po negocjacjach do firmy z której wcześniej odszedł i tam kontynuował prace nad pozyskiwaniem azotu z atmosfery.
 
W 1912 roku przyjął zaproszenie Politechniki Lwowskiej i wrócił do Polski, gdzie został mianowany profesorem zwyczajnym technologii chemii nieorganicznej i elektrochemii technicznej. W tym samym roku nadano mu tytuł doktora honoris causa. Zajmował się projektowaniem aparatury chemicznej, pracował nad metodami otrzymywania kwasu azotowego, cyjanków, produktów naftowych. Efektem tych prac były kolejne patenty.
 

niedziela, 11 listopada 2012

Spowiedź NR

Kalendarium polityczne PRL-u wyznaczają w naszej pamięci lata – symbole. 1944-1945-1956-1968-1970-1976-1980-1981-1989.  Pod każdym z nich kryje się jakiś przełom, jakaś zmiana, mała lub większa rewolucja, pod każdy także dopasować by można jakieś konkretne pokolenie, które akurat wtedy i tak a nie inaczej o coś walczyło. Walczyło lub próbowało walczyć, bo niezależnie od poglądów trudno było pozostawać obojętnym politycznie w państwie, w którym ideologia i codzienność przenikały się każdego dnia.
Myślę, że choć nie zawsze polityczna, ale potrzeba zmian, zburzenia czegoś w jakiejkolwiek dziedzinie jest immanentną cechą każdego dorastającego pokolenia. Moje również nie było w tym wyjątkiem.
 
Odkąd pamiętam uważałem się za patriotę, choć rzecz jasna inne miałem do tego w różnych latach podstawy, ale paradoksalnie w jakiejś mierze, ta najskrajniejsza, o której zamierzam dziś opowiedzieć zaczęła się od czegoś zgoła jej przeciwnego. Od komunizmu. Można się spierać o to, czy w Polsce mieliśmy kiedykolwiek komunizm, ale to spór pusty, wyłącznie o słowo. Ja mam na myśli kierunek. Gdy dziś o nim myślę trudno mi jasno zdecydować, kiedy uznałem go za zły. Może już w podstawówce, kiedy uczestniczyłem w akademiach na część rewolucji w obcym kraju albo wyklejałem albumy o jej przywódcy zastanawiając się co mnie on obchodzi, a może później, na przykład stojąc w kolejce po szynkę od piątej rano. Dwa razy w roku rzecz jasna, bo przecież kto tam widział szynkę na co dzień...
 
Różne małe kawałeczki spraw i sprawek, jakieś nielegalne ulotki, wieczorne słuchanie RWE, książki o Polsce przedwojennej, niechęć do czerwonej rzeczywistości, sztucznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i sam już nie wiem co jeszcze nakierowały mnie na poszukiwanie czegoś alternatywnego. Obojętności bowiem wobec polityki, zamiany tego sprzeciwu na bunt np. tylko muzyczny czy inny stricte kulturowy nie potrafiłem w sobie wykrzesać.
 
Zacząłem od KPN-u. Konfederacji Polski Niepodległej, gdyby ktoś już nie pamiętał. Ta dziś zapomniana partia, kiedyś, pod wodzą Leszka Moczulskiego kreowała się lub była kreowana na najsilniejszy głos opozycji „poza solidarnościowej”, czy słusznie, tego tu oceniać nie będę. Łączyłem zatem zupełnie niezaangażowane wtedy poznawanie tego de facto nowego piłsudczyzmu z dalszymi poszukiwaniami i rozszerzaniem wiedzy o Polsce sprzed 1939 roku. Pierwszej takiej, z której mogłem być dumny i która coraz bardziej mnie fascynowała. Tym, że w ogóle kiedyś była.
 
Nie załapałem się ani na stan wojenny, ani na przełom ustrojowy i początek dzisiejszej rzeczywistości. Na pierwsze byłem za młody, na drugie w zbyt dalekim rzędzie, by działać. Sama świadomość nie wystarczała, zresztą czego nie mogę tu nie napisać, była to świadomość nader słaba, opierająca się na dość bezkrytycznym syceniu się wszystkim, co odmienne od Polski Ludowej.
 
Wspominałem kiedyś na tym blogu, że wywodzę się z pokolenia przygotowanego do funkcjonowania w PRL-u, a następnie (po-)rzuconego przezeń w głęboki kapitalizm. Dotyczy to nie tylko wykształcenia, mentalności, wiedzy wszelakiej, pracy czy szeroko rozumianej zaradności, ale także i polityki. Kiedy jak to piszą zaangażowani „wybuchła wolność” poraniły mnie konceptualnie jej odłamki. Zapragnąłem więcej. Zamarzyła mi się ta duma i ta siła (choćby malowana) jaka biła ze wszystkiego prawie co wiedziałem o II RP. Chciałem, nie ja jeden zapewne, dla odreagowania Polski podległej, zdeptanej, zakłamanej, państwa sprawnego, mocnego i mającego realny wpływ na swój i nie tylko swój los.
 

Czytałem dużo. Wszystkiego. Od lewicowych, czasem wręcz lewackich ulotek i pism poprzez wszystko to, co określilibyśmy dziś jako centrum, aż do gazet i gazetek prawicowych i narodowych włącznie. Myślę, że było to trochę jak przymierzanie butów. Traf chciał, że trafiłem na glany, można by tu powiedzieć. Ale to też nie tak od razu. Zaczęło się od tych zupełnie normalnych, znanych i dostępnych do dziś gazet. Z każdej z nich wybierałem kierunki bardziej wyraziste i radykalniejsze. Wszystkie te księgarnie wysyłkowe, malutkie niszowe wydawnictwa wysyłające katalogi po przesłaniu koperty zwrotnej i wreszcie reklamy innych, mniej znanych magazynów. Tak poznałem książkę, którą do dziś mam w swojej biblioteczce. Myśli nowoczesnego Polaka – autorstwa Romana Dmowskiego, rzecz, wbrew pokutującym nadal opiniom bardzo dobrze pod względem literackim i równie wartościowo pod merytorycznym napisaną. Przy oczywiście „filtrze” czasów i prądów historycznych, w tym zwłaszcza „odcięciu” tonacji antyżydowskich.
Po lekturze tegoż dzieła poczułem jakiś rodzaj ulgi. Spodziewałem się (proszę wybaczyć porównanie) czegoś podobnego prawie Mein Kampf, bo tak mi to wpajano przez lata, a otrzymałem książkę o świadomym obywatelstwie, o obowiązku działania wespół z innymi dla dobra swojej ojczyzny i wreszcie przede wszystkim o potrzebie aktywności i odpowiedzialności, jako drogach do rozwoju kraju. 

Ale to był początek. Czytując różne książki docierałem do coraz bardziej oryginalnych lub może należałoby to tak nazwać, wypaczonych spojrzeń na patriotyzm czy nawet nacjonalizm. Neopoganie, panslawizm, czysty prawie narodowy socjalizm made in Poland, no i Bóg jeden wie, co jeszcze. Pomysły na nawodnienie Sahary razem z „listą Żydów w Sejmie”. Widziałem i takie zestawienia. Jednocześnie niejako niezależnie czytywałem klasyków nurtu narodowego, poza wspomnianym Dmowskim np. Doboszyńskiego czy Giertychów.
 
Nazwanie siebie „en-erem” w tytule tej notki jest sporym nadużyciem, gdyż poza wspomnianym czytelnictwem i okazjonalną korespondencją z niektórymi partiami właściwie wszystko, co zrobiłem „w realu” sprowadzić można do uczestnictwa w jednym marszu i dwóch spotkań z działaczami prawicowych partyjek. Bynajmniej nie dla usprawiedliwiania się dodam, że celem obu, poza abstrakcyjnymi dyskusjami o asymilacji innych narodów lub przyłączeniu Królewca :) były głównie darmowe wydawnictwa, które przy okazji otrzymywałem.
 
Ten jeden jedyny marsz to właśnie Święto Niepodległości wiele lat temu i moja przy okazji pierwsza wizyta w Krakowie. Najpierw uroczystości oficjalne, przemówienia, salwy i śpiewy, a potem już tylko „partyjna” parada przez miasto. Zaprosił mnie sam przywódca, którego nazwisko z litości dla jego i siebie tutaj pominę. Pamiętam, że pojawił się tam we mnie pierwszy impuls na nie, ponieważ wybierając transparent trafiałem na tak hmm… dziwne, że momentami absurdalne (Zapamiętałem jeden: Narodowa Polska tylko wolna) i wreszcie, co w odniesieniu do dalszego biegu wydarzeń i dnia dzisiejszego wydaje mi się nader symboliczne, wybrałem po prostu biało czerwoną flagę.
 
Czy ja w to wierzyłem? Trudno odpowiedzieć. Miałem nie za wiele w sumie lat, spóźnioną nieco potrzebę buntu i jednocześnie autentyczne pragnienie by Polska była krajem silnym i poważanym. Tyle. Skłamałbym przy tym, że nie miałem gęsiej skórki, gdy tak maszerowaliśmy po krakowskim bruku… To zawsze i każdemu działa na wyobraźnię. Flagi furkocą, śpiew się niesie, radiowozy ochraniają, ma się poczucie, że można tak wejść do historii…
 
Krótko potem dwa spotkania. Jedno w Katowicach ze znanym i aktywnym do dziś, choć na szczęście czwartoligowym politykiem, a drugie już w innym województwie z odmiennym raczej światopoglądowo od pierwszego – autentycznym (?) neopoganinem.
Może jednak opowiem po kolei.
Otrzymałem pocztą zaproszenie. Ładne, imienne, z podanym adresem w centrum miasta i zapowiedzią „prywatnej” rozmowy po wszystkim. Na klatce schodowej wskazanego mi budynku wylegitymowali mnie autentyczni do bólu skinheadzi, a w małej salce grupa około dwudziestu osób zebrana wokół stołu dyskutowała zawzięcie już przed oficjalną godziną rozpoczęcia narady. Było o Żydach, o wyprzedaży polskości, o spisku, o wielu temu podobnych. Powie ktoś, że skoro tam poszedłem, to teraz pisząc tak a nie inaczej się wybielam. Nie, absolutnie nie. Poszedłem owszem z własnej woli, interesowało mnie to, co mogę usłyszeć (aczkolwiek to, co usłyszałem już mniej), a poza tym wtedy wydawało mi się, że można coś z tego wygrzebać, co byłoby bliższe moim hmm… politycznym oczekiwaniom. Niestety, nie można było.
 
Wzbogacony o reklamówkę gazetek wróciłem do domu i zdegustowany przerwałem korespondencję z partią, która owo spotkanie zorganizowała. Pamiętam, że jeszcze chyba rok później dostałem list z pytaniem, dlaczego milczę, skoro mógłbym już być członkiem zarządu na województwo. Taaa... Albo ambasadorem na Atlantydzie ;)
 
Spotkanie drugie odbywało się w prywatnym mieszkaniu. Miało być czymś w rodzaju sondowania mnie i moich zapatrywań, jako że zbliżały się wybory, a organizacja, której szefem regionalnym był gospodarz na gwałt szukała kandydatów na swoje listy. I tutaj podobnie. Sama „znajomość” wywiązała się poprzez właśnie jakieś czasopismo i książeczki (Coś na zasadzie; „Otrzymał pan nasz miesięcznik. Skoro pana zainteresował, to może chciałby pan zostać naszym posłem?" Przy całej absurdalności tak to z grubsza wyglądało.)
 
Wysiadłem na stacji kolejowej na której umówiłem się z panem przewodniczącym i mimo kilkukrotnego obejścia budynku nikogo nie spotkałem, a przynajmniej nikogo, kto by swoim zachowaniem wskazywał, że na mnie czeka. I już, już zacząłem się wczytywać w rozkład jazdy, gdy pod budynek podjechał z piskiem zdezelowany maluch, z którego wyskoczył najpierw skin, a tuż za nim zirytowany mężczyzna około pięćdziesiątki. Przyglądałem się im przez okno i zastanawiałem czy warto ujawniać.
I znów, jeśli ktoś wątpi. Tak, ja wtedy uważałem się za narodowca. Towarzystwo wygolonych osiłków, (do których sam nigdy nie należałem) wydawało mi się nieuniknionym w  tej sytuacji symbolem autentycznego radykalizmu i świeżości tej czy innej organizacji, zaś różnice światopoglądowe tłumaczyłem sobie „błędami i wypaczeniami”, ale nawet tak elastyczne podejście, jak się tego dnia okazało, miało swoje granice...
 
Wyszedłem na peron powodując swoją obecnością wyraźną ulgę na twarzach obu mężczyzn.
 
-To dla ochrony, wie pan. Czasy są trudne. – przywitał mnie wskazując na skinheada przewodniczący.
-W jakim sensie? – zapytałem.
-Opowiem panu, wszystko panu opowiem.
 
Opowiedział. Nie wiem czy wszystko, ale przypuszczalnie większość z tego, co miał do dyspozycji. Niewiele tego było i mimo chyba ze dwóch godzin rozmowy ciągle miałem poczucie, że jest między nami jakaś szyba, ale kropką nad i było zakończenie. Działacz zaproponował mi zakup książek. W porządku. Przyniósł te książki. Brednie takie, że nawet na rozpałkę bym tego nie wziął. Hitler był Żydem, spisek Żydów, Żydzi i masoneria gdzieś tam, coś tam, Słowianie zawsze razem i inne takie…
-To nie? I to też nie? Hmm… To co pan chce?
-Ma pan coś z Dmowskiego?
-Kogo?!
 
Może nie brzmi to zbyt wiarygodnie, ale to zdanie przeważyło szalę. Dzwoni mi w uszach do dziś. O ile znosiłem monotematyczne wywody i śmieszne argumentacje, o tyle pytanie „kogo?” w ustach przewodniczącego regionu partii mieniącej się narodową było już kpiną. Kupiłem na odczepnego książkę o panslawizmie i poprosiłem o odwiezienie na dworzec.
 
Korespondowaliśmy jeszcze trochę i wreszcie otrzymałem list, którego dziś już niestety nie mam, czego bardzo żałuję, a który był najlepszą puentą całego mojego zauroczenia nacjonalizmem. Oto po jakiejś dyskusji na temat bodajże Polaków na dawnych Kresach odczytałem ni mniej ni więcej, że mam za mało polski punkt widzenia…
Od takiego zdania krok tylko był do pewnego jasnego stwierdzenia, co mnie nie ukrywam, szalenie rozbawiło. I tak zerwałem przedostatnią linię korespondencji. Ostatnią zaś, zamkniętą nieco później już ze zwykłego znużenia były organizacje, które nazwę tu umownie katolicko narodowymi. To też nie było to, czego bym oczekiwał, choć poziom ogólny był tam o nomen omen niebo wyższy od tych wcześniej opisywanych.
Cała zaś historia trwała chyba niewiele ponad półtora roku wliczając w to wszystkie listy, lektury, muzykę (bo mimo Modern Talking w moim profilu słuchałem i takich, baaaardzo ostrych brzmień) i wymienione spotkania.
 
A dziś? To pytanie musi tu paść. Ile Dyzmy w Dyzmie?
 
Żeby odpowiedzieć, powinienem wspomnieć o jeszcze dwóch osobach, moich kolegach, najzupełniej współczesnych zresztą. Obu pokrótce opowiadałem o tamtych czasach i spotkałem się z nader ciekawą, ważną i jak sądzę potrzebną mi reakcją. Oto ten młodszy ode mnie o niecałą dekadę pochwalił mnie za świadomość niewłaściwości swoich wyborów, a przede wszystkim za odwagę przyznania się do nich, zaś drugi, młodszy o prawie dwadzieścia lat… niczego z tego nie zrozumiał. Nie w znaczeniu zrozumienia sprawy rzecz jasna, ale w sensie samej ideologii, wyborów, potrzeby itd. A dodać tu muszę, że obydwaj moi rozmówcy są osobami z wyższym wykształceniem, oczytanymi i z pewnością mającymi szerokie horyzonty.
 
I cieszy mnie, że właśnie tak zareagowali.
 
Dziś zatem, po wielu już latach od tamtych historii czuję się po prostu świadomym patriotą, który kocha swój kraj niezależnie od tego czy prezydentem jest Kaczyński, Komorowski czy Palikot, cieszy się z jego sukcesów, szanuje przeszłość, przestrzega prawa i nie żywi niechęci do nikogo, kto sam go takową nie obdarza. Amen.
 
A glany?
 
Glany polecam każdemu z czystym sumieniem.
Na wycieczkę w Beskidy :)
 
 
 
 
 
====================
 
* - NR oznacza Narodowego Radykała (lub Narodowy Radykalizm)
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.