Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Odjazd w marzenie

Wyobraź sobie starą, na wpół już zarośniętą drogę, z której od dziesięcioleci nikt nie korzysta. Ta droga donikąd nie prowadzi, nie ma celu, nie ma wartości, nie ma swojego punktu przetargowego. Wszyscy mijają ją obojętnie, sądząc, że nie może im niczego zaofiarować. Setki samochodów każdego dnia przemykają przez pobliskie skrzyżowanie we wszystkich kierunkach, ale żaden tu nie skręca, nie zwalnia, nie zatrzymuje się nawet na sekundę.  Mamy do załatwienia tyle spraw, zdają się krzyczeć, tak bardzo nam się spieszy, musimy zdążyć! Na jutro, na dziś, natychmiast!

Przystań na chwilę. Spójrz. Spod trawy widać jeszcze kamienie, które wiele lat temu ktoś tutaj ułożył. Ktoś, kto wierzył, że do wyjątkowych miejsc nie mogą prowadzić proste drogi.
Zrób krok. Zejdź z asfaltu. Poczuj pod nogami nierówność i chropowatość, którą czas ledwie wygładził, ale nie zdołał odebrać jej kształtu. Przestąp na kolejny kamień, a potem na następny. Za Twoimi plecami opada teraz zasłona drzew. Spójrz przed siebie. Z naprzeciwka pod górkę wolno wspina się ciągnięty przez czarnego konia wóz z mlekiem. Kopyta i stalowe obręcze kół wybijają zgodny rytm, ten sam każdego dnia. Woźnica uchyla na Twój widok kapelusza. Obejrzyj się gdy Cię minie.  Na ostatniej bańce przysiadł ogromny żółty motyl, ledwie widoczny w promieniach słońca. Ciekawy świata wybrał się w podróż tam, dokąd może nie zaniosłyby go skrzydła.
Ale co to? Noc? Już noc zapadła. Tak szybko dzisiaj. Zza drzew błyska światełko. Nie bój się. To tylko lampa w rękach małego chłopca. Czeka tu na swojego ojca, który będzie wkrótce wracał z szychty w kopalni. Widzisz? Malec też się Ciebie przestraszył. Uśmiechnij się do niego, to przecież on jest odważniejszy stojąc tu samotnie w ciemnościach.

Zakręt. Droga opada teraz stromiej w prawo. Już świta.
Śmiechy, krzyki, odgłos kilkudziesięciu par ciężkich podkutych butów.
Śpiewają nierówno, ale głośno machając do Ciebie mimo irytacji dowódcy.

Lachen scherzen, lachen scherzen, heute ist ja heut'
Morgen ist das ganze Regiment wer weiß wie weit.
Das, Kameraden, ist des Kriegers bitt’res Los,
Darum nehmt das Glas zur Hand und wir sagen „Prost”.


Ale już cisza. Las staje się coraz ciemniejszy.

Ten żołnierz ma inny mundur, brudny i podarty, wyraźnie się boi, rozgląda, czeka na kogoś ukryty za wielkim pniem.
Jest! Ach, więc to ona!
Dziewczyna rzuca mu się w ramiona. Chyba bardzo długo się nie widzieli. Teraz i on śmieje się jak tamci... pięćdziesiąt lat wcześniej.

Gdzie jesteś?

Droga nagle się urywa.
W ogromnej tafli wody połyskuje słońce.

Przed Tobą plątanina leśnych ścieżek. Małych i dużych. Jasnych i pozarastanych. Tych zrytych końskimi kopytami i tych ubitych twardymi podeszwami skórzanych butów. Drogi do tęsknot, do marzeń, do łez i do uśmiechu. Drogi do domu i drogi w świat.

Jeżeli masz odwagę by zatrzymać się, gdy wszyscy idą, będziesz także mieć odwagę iść, gdy wszyscy się zatrzymują.

Ruszaj!

niedziela, 25 września 2016

Góroterapia

Dwie, w pewnym sensie symboliczne dla mnie wycieczki, na razie tylko w wersji filmowej. Pierwsza, czyli tak naprawdę już czterdziesta druga, to nie tylko znów jedna z dłuższych, prawie dwudziestokilometrowa deptanina po Beskidzie Śląskim, ale także premierowe odwiedzenie Zaolzia i przepięknej, a bardzo łatwej do zdobycia, przynajmniej od strony Wielkiego Stożka, góry o nazwie Filipka. Ale też ta właśnie trasa, to zupełnie prywatnie jakby moje pożegnanie z dawną pracą, ostatnie dni w "starym świecie" i chwila oddechu przed... wskoczeniem na głęboką wodę trzy dni później. Wycieczka kolejna, którą przedeptałem akurat dziś, to jakby drugi biegun, jedna z najkrótszych tras jakie kiedykolwiek mi się przytrafiły, a taka właśnie stety niestety z braku sił i czasu na coś większego. I tak jak poprzednia zrealizowana głównie dla tego magicznego uczucia jakie budzą we mnie góry i chęci zapomnienia o szarej czasem, męczącej i nie zawsze przyjaznej codzienności. Małe, a cieszy, czyli właśnie Beskid Mały, wyraźnie przeze mnie faworyzowany w tym roku. Ze Straconki wprost na Magurkę, a z niej przez Leńczok i Chatkę na Rogaczu do stacji kolejowej w Wilkowicach.
 
Voila!

 
 

niedziela, 1 maja 2016

Góry są zawsze

Wbrew temu co mogło się czasem wydawać nigdy nie był to blog o górach, wbrew z kolei wrażeniu późniejszemu absolutnie się od wędrówek nie odwróciłem. Mimo braku wpisów tutaj, mimo braku nowych zdjęć i filmów cały czas góry obecne są w moim życiu i w moim sercu i jest to jedna z niewielu spraw na tym świecie, co do której mam pewność, że nigdy się już nie zmieni.
 
Przy okazji najnowszych dwóch wycieczek poza zdjęciami przy okazji raczej wykonałem kilka krótkich filmików, które zmontowane jakoś, poniżej prezentuję. Zapraszam do oglądania. Zapraszam do wędrowania.
 
 


 


 

środa, 21 października 2015

Liebster Award

Zrobiłem sobie nie tak dawno mały blogowy rachunek sumienia i przeliczyłem tematy, które kiedyś poruszałem dosyć często a od miesięcy omijam z daleka. No tak... Nie piszę o książkach, nie pokazuję dokonań mojego kota, nie rozpisuję się o swoim zdaniu na temat jakiegoś wydarzenia czy też nie za często (ostatnio - tutaj) wspominam. Ale najdłużej chyba nie bawiłem się w łańcuszki internetowe. A właśnie Anna z bloga "Spod oka" zwanego niegdyś "Sufitologią" (w)skazała mnie jako jednego z adresatów tzw. "Liebster Award" czyli łańcuszka polegającego na odpowiadaniu na wymyślone przez kogoś jedenaście pytań i wyznaczaniu kolejnych odpowiadających. Oczywiście bardzo mi miło, że  tym sposobem dostałem "dotację natchnienia" do kolejnego posta, ale jako że generalnie jestem antyłańcuszkowy, a nadto rozstrzał tematyczny blogów które odwiedzam jest zbyt duży by je w tę zabawę wciągać, poprzestanę, nie po raz pierwszy zresztą, na swoich własnych wynurzeniach.

 
 


1. Czy jest miejsce, w którym znikasz? Jeśli tak - jakie?
 
Są dwa, duże i małe. Tym dużym są oczywiście "moje" góry. Nie jestem pewien czy potrafię opisać co i dlaczego, ale wiem, że czasem mi się śnią, czasem nie mogę przestać za nimi tęsknić, czasem oglądając czyjś zwyczajny filmik czy album zdjęć czuję że szczypią mnie oczy. I nigdy, przenigdy nie ma to związku z jakimiś rekordami, wysokościami, odległościami czy tzw. "męską przygodą". To jest po prostu wolność. Piękna, pachnąca, kolorowa i namacalna. To w niej uwielbiam znikać.
 
Małe zniknięcia, to chwile takie jak ta*. Środek nocy pomiędzy wolnym a wolnym dniem. Gorąca herbata, cicha muzyka, czasem książka. Jakieś porządkowanie dokumentów, jakieś błądzenie po Internecie, mruczący na fotelu kot. Bezkres ciemności. Nie ma czasu, nie ma świata. Nie ma i mnie. Znikam.
 
2. W jaki sposób dbasz o swoje ciało?
 
Wydaje mi się, że nie dbam dla samego dbania. Po prostu żyję. Nie poprawiam upływu czasu, nie łudzę się i nie próbuję łudzić otoczenia. Higiena i kosmetyki to rzecz oczywista, ale jeśli dbanie miałoby oznaczać koncentrowanie się na wyglądzie i poszukiwanie nieosiągalnego, to z pewnością nie jest to moja droga. 
 
3. Co lub kto i w jaki sposób podnosi Cię na duchu?
 
Chwile, w których nie jestem i nie muszę się czuć tym, kogo nazwę jak kulę u nogi wybrałem sobie tutaj za pseudonim. Godziny i dni w których jestem człowiekiem, mężczyzną, fajnym gościem, fachowcem od czegoś, sprawdzonym kumplem, romantycznym marzycielem, zapalonym turystą, fanem, stałym klientem, dociekliwym petentem, pasażerem, synem, chłopakiem, kuzynem czy (dobrym) wujkiem. Byle tylko nie portierem.  
 
4. O czym myślisz, gdy mówisz, że o niczym?
 
O alternatywnych wersjach tego w czym danym momencie uczestniczę. 
 
5. Z czego zrezygnowałaś/zrezygnowałeś, co nie daje Ci spokoju?
 
Ech... Bałem się tego pytania...
 
Kiedyś, bardzo dawno temu, moje miejsce pracy sprywatyzowano. Byłem jednym z kilku, którzy odmówili przejścia do nowej firmy nie wierząc w jej przetrwanie a jednocześnie chcąc też za wszelką cenę zostać na państwowym. Państwowe szybko padło do reszty, a ja od tego czasu pracuję już w piątym zakładzie. Ten, któremu wtedy nie zaufałem istnieje do dziś. Miałbym od skończenia szkoły jedną pieczątkę w dowodzie (gdyby nadal były papierowe) jeślibym wtedy... nie, nie po prostu podpisał. Jeślibym swojego już złożonego podpisu nie wycofał. Ta świadomość naprawdę boli.
 
 
6. Co jest zwykle pierwszą Twoją myślą po przebudzeniu?
 
"Nie chcem, ale muszem"
 
7. A co jest ostatnią?
 
"Jutro to już naprawdę kładę się o dwudziestej!"
 
 
8. Jakie masz sny?
 
Większość tych, które pamiętam jest bezpośrednio związana z bardzo szeroko rozumianą codziennością, choć czasem zdarzają się jak chyba każdemu i erotyki i koszmary, a jedne i drugie tym mocniej działające, że będące w tej rzeczywistości jakby tylko małym "błędem Matrixa".
 
9. Czy masz alter ego lub chociaż je sobie wyobrażasz?
 
Moje alter ego to ten Portier z poprzedniego posta na przykład i wielu innych wcześniejszych. Skrzyżowanie Robin Hooda z funkcjonariuszem ORMO :))
 
Mam coś takiego, co zresztą obrazuje tytuł tego bloga nawiązujący do pewnego filmu, że lubię ustawiać świat z głowy na nogi. Więc "trudnych pytań", skarg, zgłoszeń, reklamacji, próśb o wyjaśnienie i temu podobnych mam w swoim dorobku wiele. Niektóre zresztą o znaczeniu bardziej wymiernym niż tylko czyjaś choćby najwięcej wyjaśniająca odpowiedź. Żeby się nie chwalić za dużo wspomnę tylko o dwóch wygranych dla moich znajomych sprawach sądowych wiążących się prawem pracy i odszkodowaniami za jego łamanie a także o kilku sporach urzędowych prostujących pewne absurdalne decyzje lub zamiar ich podjęcia.
 
10. Co naprawdę cennego byłabyś/byłbyś w stanie oddać, gdy Cię ktoś poprosił?
 
Gdyby poprosił? Cóż, myślę, że jakieś raczej zwykłe, mało lub średnio ważne rzeczy czy działania. Coś naprawdę wielkiego czy to materialnie czy w inny sposób stety niestety tylko wtedy, gdybym SAM był przekonany, że chcę i/lub powinienem. Ale nie wykluczam żebym był.
 
11. Jaką nadprzyrodzoną moc chciałabyś/chciałbyś posiadać?
 
Wahałbym się pomiędzy zdalnym duszeniem a la Lord Vader a zdolnością replikacji czekolady mlecznej Goplana, ale tak bardziej serio, to nihil novi, "tajemne moce" to ja już miałem, a może nawet jeszcze mam.
 
Kilkanaście razy w życiu zdarzyło mi się zobaczyć jakiś obrazek dotyczący mojej przyszłości. Zobaczyć, to znaczy pośród wspomnianych już "myśli o niczym" dostrzec na przykład jakąś z pozoru zupełnie nielogiczną alternatywę dalekiego jutra. Problemem w tej ściągawce jest jednak to, że zwykle były to fakty tak nieprzystające rok czy pięć lat wcześniej do status quo, że w efekcie przeze mnie ignorowane. A i tak się spełniały...
 
 
 
 ----------------------------------------------------
 
 PRZECZYTAJ TAKŻE:



 

===============
 
 
*- Na pytania od pierwszego do dziesiątego odpowiedzi pisałem przed zaśnięciem, pytanie jedenaste i wstęp to już dokonanie poranne.

niedziela, 24 listopada 2013

---

Praca.
Pierwsze skojarzenia? Wkurzająca, marnie płatna, dłużąca się, pełna nerwowych sytuacji i nerwowych ludzi, dzwoniących telefonów i poczucia, że cały wszechświat ma człowieka za „inteligentnego inaczej”, skoro  ten (według niektórych) tylko  klucze wydaje. 

Aż dnia któregoś przychodzi ktoś miły mówiąc po prostu: dziękuję panu.
I wręcza niżej podpisanemu ku jego osłupieniu pudełko szwajcarskich czekoladek.

Nie za znalezienie czegoś albo pomoc w czymś, nie za jakieś nietypowe a potrzebne zachowanie, nie za wyjątkowy dzień, w trakcie którego coś ważnego dla losów naszej planety się wydarzyło. Ale za pracę. Akurat taką. Najzupełniej codzienną. Jakby na przekór temu co na wstępie wykonywaną sumiennie.

Czy zdziwi kogoś, jeśli napiszę, że mimo tych słów i cukierków, pierwsze, co przyszło mi do głowy, to „podziękowanie” rozumiane jako zwolnienie? „My już panu dziękujemy” – mówi się przecież.
Bo kto i przy jakiej okazji ostatnio mi dziękował za bycie takim właśnie nieco pokręconym panem portierem? Moja firma? Mój przełożony? Nie przypominam sobie.
Ani wtedy gdy złapałem na gorącym uczynku złodzieja i dostali za mnie pochwałę, ani wtedy gdy przy entej nocnej kontroli okazywałem się  „silny, zwarty i gotowy”, co wcale tak częste nie jest w tej branży.

Proste słowa: Dziękuję panu za dobrą pracę.
I nagle szum w uszach.
-Mnie??? 

Śmieszne to może, ale przyjemna jest post factum świadomość, że reaguje się na czyjąś szczerość i naturalność myślą: „ale ja chyba nie zasłużyłem?”.

I na kilka chwil świat staje się lepszy.
Zupełnie jak w reklamach Milki ;)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Mój songbook

Często mówimy, że jakaś piosenka kojarzy nam się z konkretnym miejscem czy osobą, a czasem nawet, że z jakimś dłuższym okresem naszego życia („Godzina piąta, minut trzydzieści!!!”). Jest jak okładka zeszytu, pierwsze zdanie ulubionego wiersza albo… drogowskaz na szlaku. Nadaje kierunek naszej pamięci.
 
Pospacerowałem więc sobie wczoraj troszkę po swojej przeszłości, odnalazłem kilka zapomnianych już prawie obrazków i doszedłem do wniosku, że chyba nagrać powinienem taką płytkę z soundtrackiem do mojego CV. I wcale nie byłoby tam wyłącznie moich naj naj naj przebojów, a po prostu takie właśnie skojarzynki… 

Mieczysław Wojnicki - Kaczuszka i mak

Kiedy byłem zupełnym maluchem a zachowywałem się niegrzecznie, mój tata zamiast prosić czy grozić... śpiewał mi tę piosenkę. I starczało kilka chwil bym był zalany łzami. Nie wiem skąd mi się to wzięło, nie wiem dlaczego ZAWSZE skutkowało, ale nie wiedzieli tego także moi rodzice. Ważne, że "kaczuszka" to było ich wunderwaffe na moje szaleństwa. Przez długie, długie lata.
 
Dużo później, gdy byłem już dorosły, ojciec zapytał mnie, co tak działało na mnie w tej historyjce. Po głębszym zastanowieniu (No mów, bo zacznę ci śpiewać!) doszedłem do wniosku, że strasznie żal mi było biednej kaczuszki, która zamiast prawdziwych róż cieszyć się musiała tylko zwykłymi makami... Takie nic, zwykły kwiatek, a ona nawet tego nie miała.
 
Kaczuszko wiesz maki są tak duże, duże, duże
a ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki
Kaczuszko wiesz maki są czerwone tak jak róże
kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest...
 
Jasny gwint! Miałem tylko skopiować i wkleić ten kawałek tekstu, nie czytając!
Ma ktoś chusteczkę?
 
Andrzej Rybiński – Nie liczę godzin i lat
 
Wielki hit wakacji 1983, a dla mnie prywatnie obrazek z wczasów nad morzem w luksusowym jak na PRL przynajmniej (a o dziwo istniejącym do dziś) ośrodku „Grodno II” koło Międzyzdrojów. Niepowtarzalny jak to pisywała Stefania (nomen omen) Grodzieńska „zapach hotelu” ubarwiony smakiem nieosiągalnej na Śląsku Pepsi Coli. Zygzakowate zejście na plażę, dmuchane kolorowe piłki, plastikowy samolot z kręcącymi się skrzydłami, wariackie rowerowe rajdy po okolicy i… bąk (albo inny podobny stwór), który użądlił mnie dokładnie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Musiało naprawdę boleć, skoro pamiętam to po trzech dekadach, no ale przecież NIE LICZĘ godzin i lat…
 

niedziela, 28 lipca 2013

Trzy kolory...

SZARY
 
Kiedy się spogląda na J. można odnieść wrażenie, że wyszedł z dobrego katalogu mody. Jest zawsze nienagannie ubrany, pełen dobrych manier, zadbany, pachnący i nieco staroświecko elegancki. Jako jedyny chyba w całym kombinacie jeździ dziś już raczej nietypowym, ale przecież nieustająco rasowym samochodem.  Ma swój własny styl.
 
J. zresztą w wielu aspektach służyć mógłby za wzór. Kłania się na przykład z daleka każdemu, nawet byle portierowi, bez ucinania i mruczenia odzywa pełnym „dzień dobry” i demonstracyjnie maszeruje "na produkcję" okrężną drogą za kontenerami zamiast jak niektórzy przepychać się przez naszą budkę. Choć jeśli mam być szczery to to ostatnie akurat wespół z historią, o której opowiem nabiera nieco innego wymiaru…
 
Którejś Wigilii J. przyjechał przed południem po jakieś drobiazgi zostawione w biurze. Nie był tego dnia pierwszym, ani też ostatnim, ale to właśnie jego wizyta została mi w pamięci na zawsze. Oddając klucze złożył mi przy okazji jak wszyscy chyba tego dnia życzenia świąteczne.  Stał może o dwa kroki przede mną, więc w naturalnym odruchu wyciągnąłem do niego dłoń i… napotkałem pustkę. Oraz coś gorszego – cofającą się bezwiednie rękę mojego rozmówcy. Szybkie spojrzenie prosto w twarz i oto zobaczyłem zdegustowanie tak prawdziwe, tak czyste, że w sekundzie niweczące wszystkie piękne słówka z rozpędu jeszcze płynące w moją stronę.
 
Zapewne zgodnie zresztą z odczuciem wewnętrznym moja mina wyrażała w tej chwili tylko wściekłość, bo po sekundzie konsternacji wyraźnie zagubiony J. kordialnie już ściskał obiema dłońmi moją i raz jeszcze, teraz już głosem prawie że ojcowskim składał mi życzenia.
 
Pewien jestem, że po tym spotkaniu obaj umyliśmy ręce z obrzydzeniem, choć możliwe, że on w droższym mydle…
 

piątek, 17 maja 2013

Koty Ligoty

Z pozdrowieniami dla Ali, Abigail i wszystkich innych kociolubów mój współdomownik Rudy oraz sąsiad z drugiej ulicy - kot Paput.

-Hmm... A co ty robisz na moim podwórku?
Skąd się tu wziąłeś?
 

-Ja?


-Nie wiem... Chociaż czekaj...


-No tak! Jestem przybyszem z kosmosu!
 

-Jam jest Paput Maximus, superkot z Drogi Mlecznej!
 
 
===================================
 
Kot będący głównym bohaterem historyjki powyżej jest moim najukochańszym zwierzakiem na tej planecie. Zapewne w dużej mierze przez swoją oryginalność.
 
Nie miauczy ani nie mruczy. Nie przychodzi na "kici-kici" (na "chodź, napijemy się herbatki" albo coś podobnego - zawsze!). Nie bawi się z innymi kotami, wybierając raczej samotne polowania na liście albo szyszki. Krótko mówiąc jest outsiderem żyjącym własnym życiem.
 
Nazwałem go Paputem ze względu na białe "buciki" na łapkach, ale tak naprawdę nikt nie wie jak ma na imię, gdzie mieszka, jakiej jest płci czy wieku. Kosmita i tyle.
 
Od dwóch albo trzech lat regularnie odwiedza nasz ogród. Robi obchód wszystkich kątów, czasem walnie się w trawę na godzinkę i znów znika. Przez cały ten czas udało mi się go pogłaskać może z sześć razy a dwa razy nawet ponosić. Poza tym jest nieuchwytny.
 
Przez całą zimę Paputa u nas nie było. Początkowo ze względu na aurę wydawało się to nawet zrozumiałe, ale jednak tyle miesięcy i nic? Nawet śladu łapek na śniegu? Domyślając się z grubsza gdzie mieszka wpatrywałem się w mijane co rano podwórka oczekując że stanie się cud, ale cudu nie było. Wreszcie nadeszła wiosna, pojechałem pierwszy raz w góry, a potem równie premierowo skosiłem trawę i zaczęło docierać do mnie że zaczarowanego kota już nigdy nie zobaczę.
 
Któregoś dnia wracając o świcie z pracy znów pomyślałem o puchatym przyjacielu, który często doganiał mnie na ulicy i odprowadzał noga w nogę pod samiutką furtkę. Zrobiło mi się strasznie, strasznie smutno...
 
Kiedy minąwszy zakręt stanąłem już przed swoim domem zobaczyłem na chodniku czekającego na mnie... Paputa!
 
Kilka dni później zrobiłem te zdjęcia. Nie macie pojęcia jak się cieszę, że "kosmiczny kot" znów do nas zagląda.
 
  
 
 
 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

środa, 18 lipca 2012

Inny spacer II

Pomiędzy kroplami deszczu jest furtka. Można się nią przedostać na drugą stronę wszystkiego, jeśli tylko ma się odwagę uwierzyć, że naprawdę istnieje.

Przystaję na mokrym chodniku, rozglądam się wokół. Dłoń zaciska się na klamce...
Teraz? Tak!

Jeden krok i znikam.

Jak wychowane w niewoli zwierzę początkowo nie jestem w stanie objąć zmysłami ogromu wszechświata, który mnie otacza, ale starcza jeden oddech, jedno dotknięcie, by zapragnąć go całym sobą i dać się porwać w podróż wirującym na wietrze strugom deszczu.

I kiedy ostatnia kropla zmyje z mojej duszy szarość, otworzyć oczy i zobaczyć.

Po raz pierwszy naprawdę zobaczyć.
Usłyszeć.
Poczuć.

Uwierzyć.



==================







piątek, 22 czerwca 2012

Inny spacer

Zaprosił mnie tu deszcz. Udało mu się to, czego od lat próbowało słońce, ludzie, muzyka i religia. Bezskutecznie. A dziś jestem. Wolnym krokiem, spokojnie, sennie wręcz idę na to spotkanie. Rozkoszuję się tańczącymi na wietrze gałęziami, falującymi zwierciadłami kałuż i liśćmi kapiącymi zieloną świeżością.

Przechodzę nad pędzącą gdzieś nerwowo rzeczką, przyglądam ciemniejącemu niebu i staram się zapamiętać każdy szczegół. Może wczoraj, rok, dwadzieścia lat temu byłbym tu intruzem. Dziś jestem po prostu sobą. I u siebie.

Deszcz odgrodził mnie i to miejsce od codzienności.

Kap... kap... kap...

Poooomaaaluuutkuu...



sobota, 17 marca 2012

Powrót z Silent Hill

 Bilet do Silent Hill TUTAJ

---

-Proszę iść po białej linii
-Proszę iść po białej linii

Dwa obrazy przed moimi oczami błyskawicznie nakładają się na siebie. I pasują! Po raz pierwszy w życiu pasują idealnie. Ja tutaj WTEDY i ja tutaj DZIŚ. Granatowy dres i zielona torba podróżna. Takie same. Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, a przecież… właśnie moczę w niej nogi po długiej podróży przez dziesięciolecia.

Wróciłem. Wszechświat zatoczył koło. 

Z lubością prawie dotykam obrzydliwych płytek na ścianach przebieralni i gładzę grubo lakierowaną boazerię nad nierealnie archaiczną szpitalną leżanką. Przeszłość wydaje się bezpieczna, bo nic już mnie w niej nie zdziwi.

Poza tym, że wciąż trwa.

 ---

Zostawiam za sobą izbę przyjęć i wolnym krokiem idę na pierwsze piętro. Teraz w lewo, prosto i znów w lewo. Jestem na miejscu. Dziś to inny już oddział, a ja nie jestem tutaj turystą, a zwykłym pacjentem, ale mimo to, gdy otwieram drzwi do… wspomnień wzdłuż kręgosłupa wędrują mi mrówki.

Posterunek pielęgniarek. Za nim w głębi pokój socjalny. Ileż razy przechodziłem tym korytarzem żeby tylko móc na nią spojrzeć! Jak długo układałem sobie w głowie parę prostych słów chcąc podarować czekoladę, która gdyby jej przesłanie zamienić na skład byłaby najbardziej wyrafinowanym melanżem smaków i smaczków, jaki tylko ludzki umysł jest w stanie pojąć...

-Pan do przyjęcia?
-Co?! Yyy… Tak. Tak.

Wspomnienia przez moment stały się tak bliskie, że poczułem potrzebę spojrzenia na drzwi „swojej” sali jakbym spodziewał się zobaczyć tam siebie.
Mógłbym być dziś swoim własnym ojcem…
Boże, ile to już lat.

Będę leżał gdzie indziej, ale nadal jednak na tym samym co wtedy miejscu. Przez ułamek sekundy jak zimny powiew przebiega mi przez głowę iluż to ludzi zmarło w tym łóżku od tamtego dnia…

Duchy.

Duchów nie ma. To tylko nasze myśli, którym sami w rozpaczy pozwoliliśmy na zbyt wiele.

A jednak wieczorem zaczynam czuć jakąś dziwną aurę tego szpitala. Może podświadomie spodziewałem się jakichś różnic, których tu nie ma? I więcej nawet, może nie tyle brak różnic, ile nagromadzenie podobieństw jest tutaj tą szparą w drzwiach przez którą ONI wracają…

Duchy.

Czy to nie dziwne, że pomijając tylko nazwiska i imiona, cała reszta, w tym wygląd i cechy charakteru, sposób mówienia, poziom intelektualny moich sąsiadów są żywą (?) kopią ludzi leżących na ich miejscach dziesiątki lat temu? Ten tuż obok jest starszy, ciężko schorowany, leżący po raz kolejny na tym samym oddziale. Prosty, spokojny, ciepły jak dziadek albo dobry wujek. Tamten drugi to inteligent, ma jasne poglądy i bogatą wiedzę, grywa w szachy i czytuje klasykę, a jednocześnie nosi w sobie odrobinę dziecięcego poczucia humoru dzięki któremu z miejsca się dogadujemy.
Ale czy oni wiedzą, że jest mi tak łatwo, tylko dlatego, że już ich „znam”?

Tak. Miałem zaraz popędzić do mojej dawnej salki i wymyślając na poczekaniu jakąś historyjkę sprawdzić czy mój list z przeszłości leży schowany za panelami sufitu. Nie idę. Ogarnia mnie niepokój. A gdyby moja dłoń tam za płytą…
Ech, nieważne. 
---
Mijają dni. Robię badania, czekam na zabieg, ale wciąż wydaje mi się, że ten świat jest tylko makietą postawioną szybko i nieudolnie na ciągle żywej tu przeszłości.

Dziś jest piątek. To wtedy pierwszy raz ją zobaczyłem. Ciekawe czy dziś też będzie?
-Dobry wieczór panowie. Tableteczki. 
Inna twarz, inne włosy, ale głos, sylwetka…
Zaczynam pleść brednie.
Tylko dlaczego przyszła w ten sam dzień o tej samej porze co tamta przed wielu laty i dlaczego też jak ona jako jedyna nosi fartuch innego koloru?

---

W niedzielny poranek wyruszam na spacer. Szpital jest o tej porze wyludniony. Sklepiki jeszcze nie pracują, gości nie ma, wszędzie panuje półmrok i cisza. Pozwalam się jej pochłonąć. Jeden, drugi, trzeci korytarz. Jakieś przychodnie pozamykane na cztery spusty. Można tak iść aż do nieskończoności. Więc idę. Piętro w dół, potem w lewo, znów prosto i znów w lewo. W małej kapliczce starszy pan modli się żarliwie na głos. Nie widzę go zaglądając do środka, ale pewnie siedzi w rogu. A może siedział KIEDYŚ? Może to tylko echo w mojej głowie?

Z każdego korytarza odchodzą jakieś mniejsze, już dawno straciłem orientację. Idę w tym półmroku popychany zimnym przeciągiem sam nie wiem dokąd. Oto puste biura, wybebeszone szafki, niemyte latami okna. Na ścianach odłażące płaty starej farby. A jeżeli TO właśnie jest prawdziwe oblicze przeszłości, to czego w niej szukam i po co?

---

Pora odwiedzin. Siedzimy na prawie symbolicznie w tej sytuacji zespawanych ze sobą krzesełkach w takim samym jak mój poranny pustym ciemnym korytarzu, który za dnia jest poczekalnią gabinetów lekarskich. Rozmawiamy.

Od zawsze rozmawiamy w półmroku. Szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad tym, dlaczego. Sądziłem, że po prostu oboje tak lubimy. Dziś już wiem, że to z naszych słów rozpala się jakiś płomyczek, magiczne światełko, prawie latarnia morska wskazująca właściwy kierunek myślom.

Bo przeszłość już była.

Godzina, półtorej, dwie. O wszystkim i o niczym.
Jakby na lodowym polu postawić namiot i rozpalić tuż obok ogień. Płomienie unoszą się coraz wyżej i wyżej, strzelają iskrami, zmieniają kolory i kształty.

Spoglądam na niebo. Kiedy ogień sięgnie gwiazd  i zespoli się z nimi wstanie nowy dzień. Nowy słoneczny dzień. Przeszłość już była. Wszystkie słowa zostały powiedziane.

Obraz zwija się i kłębi. Znikają nazwiska i twarze, znika sympatyczna pielęgniarka  i moi koledzy z sali. Wszyscy zmieniają się w śmiesznie pękające teraz bąble na starej filmowej kliszy.

Ich świata dawno już nie ma.

---

Właśnie zbieram się do wyjścia. Przez okno zagląda wiosenne słońce. Wczoraj miałem zabieg, zapomniałem Wam powiedzieć. A schodząc dziś po ubrania do depozytu zerknąłem przez przypadek na piętro na którym dopiero co skończył się remont. Wszystko tam lśni nowością, wszystko jest inne. Dziwne, że nie zauważyłem tego wcześniej. Za rok najdalej dwa tak będzie już w całym budynku. Przeszłość w szpetnych szarych segregatorach trafi do któregoś z tych ciemnych pomieszczeń, do których nikt nigdy nie zagląda. Nie warto jej opłakiwać.

A jeżeli czyta te słowa ktoś, kto za dzień czy dwa trafi na łóżko w mojej sali, to powiem mu, że na pewno nie będzie się nudził, bo spotka tam dwóch bardzo fajnych gości. Absolutnie niepowtarzalnych.

Jak każdy oddech w naszym życiu.



-------------------------------------------------------



 13.03.2012

czwartek, 2 lutego 2012

Bilet do Silent Hill

Dziesiątki razy marzyłem o tym, aby gdzieś wrócić.
Gdzieś do jakiejś chwili albo gdzieś do jakiegoś człowieka. U źródeł takich marzeń tkwi wiara, że moment, ten moment o którym teraz myślę, istnieje nadal w jakimś innym wymiarze rzeczywistości, że ominął go czas, a twarze i uczucia pozostały jednakowo świeże i prawdziwe.
Ale to tylko duchy w mojej głowie. Dawne rozmowy, stuletnie wzruszenia, wyschnięte łzy i zapomniane pocałunki. Tych duchów nikt nie widzi, bo nie może zobaczyć. Nie istnieją. Są tylko wypalonym luminoforem ludzkiej pamięci. Jej blizną.

Rok temu zapragnąłem odwiedzić kopalnię w której uczyłem się i pracowałem wiele lat temu. Sam nie wiem dlaczego taka myśl nie przyszła mi do głowy wcześniej, gdy jeszcze było co odwiedzać. Pewnie jak zwykle w życiu odkładałem tą „trudną rozmowę” na później, a gdy już nie było z kim rozmawiać przemierzałem ruiny. (Kliknij TUTAJ aby o tym przeczytać!)

Utkwił mi w głowie taki moment, o którym nie wspomniałem w tamtej opowieści, bo jest zbyt nierealny jak na nostalgiczny spacer po nieczynnym zakładzie. Chwila, gdy z biciem serca i szumem w uszach zbliżałem się do budynku mojego oddziału. Przede mną otwierał się tunel czasu, świat oddalał się za mgłę i gasł, a z końca tego tunelu coś wołało mnie coraz głośniej i głośniej. Krok za krokiem, na drżących nogach, potykając się o własne myśli szedłem przed siebie aż do tych drzwi, do tych okien, do naszego biura, do magazynu, szatni, znanych kątów, w których MUSIAŁ być jakiś ślad mnie z wtedy.

I nagle pojawili się oni. Ochroniarze z psami. W realności.
Tam, wewnątrz tunelu byli strażnikami czasu.
Nie pozwolili mi wejść do budynku od którego dzieliły mnie cztery metry, nakazali natychmiast opuścić kopalnię. To znów – w realu. W tym drugim wymiarze zamknęli tunel, nie pozwolili mi zrobić tego kroku w czas, w którym rzeczywistość zdeformowała się już zbyt mocno by ją oglądać, by jej wierzyć.
Być może.

A dziś jestem przed innym tunelem. Idę pustym szpitalnym korytarzem mijając zdewastowane salki i posterunek pielęgniarek. Jestem tutaj po paru dekadach przerwy, ale trafiam bezbłędnie, bo znów nie oczy mną kierują, a pamięć.
Kiedyś przez okna tego szpitala przyglądałem się wielkim płatom śniegu zasypującym dalekie, obce mi miasto. Śnieg studził mój niepokój i strach, chłodził rozpalone myśli i głowę. Uspokajał przed dniem operacji, której tak bardzo się bałem.
I była też Ona.
Zupełnie inna. Jak duch, który wie, że nagle zobaczył go ktoś, kto nie powinien.
Piękna...
 ***
Zaproponowano mi dwa szpitale w związku z operacją, która mnie czeka. Wybrałem ten. Znów i właśnie ten.

Gra wspomnieniami. Lubię.

Już dawno temu zauważyłem, że to, co zwykłe i typowe w życiu albo mi nie wychodzi albo wydaje się mało ważne. Dopiero tam, gdzie dzieje się coś niecodziennego biję na głowę większość znanych mi nie tylko portierów, ale i w ogóle ludzi. Moją rzeczywistością jest nierzeczywistość.

O czym myśli człowiek, który dwa tygodnie temu dowiedział się, że czeka go operacja poważniejsza niż ta na którą się nastawiał znając swoją chorobę? O bólu? O strachu? O tych siedemdziesięciu procentach szans na powodzenie i (bardziej chyba) tych trzydziestu przez lekarza niedopowiedzianych? O zwolnieniu? O reakcji rodziny czy pracodawcy?
Tak. To wszystko jest gdzieś w mojej głowie, bo być musi, jednak nie to mnie dziś prowadzi i nie to sprawia że uśmiecham się do odłażącej ze ścian farby w ciemnych korytarzach.
 ***
Oddział na którym  będę leżał jest przeniesiony. Przeniesiono go dokładnie w miejsce tego w którym byłem WTEDY. A więc nie tylko TEN szpital i TO miasto, ale i ten sam korytarz i może nawet ten sam pokój. Co poczuję gdy wkrótce sięgnę dłonią za listewki podwieszanego sufitu za którymi kiedyś ukryłem kartkę z datą i swoim imieniem?
A jeśli nadal tam będzie, pożółkła i skurczona?
Pewien jestem, że będzie.

Szpital się zmienił przez te lata. Bo przecież nie minęło ich pięć czy piętnaście, a sporo więcej. Wszystko zszarzało, żżółkło, przygasło. Uśmiecham się do swoich myśli, bo znam drogę! Najpierw portier, potem pielęgniarki wskazują mi dokąd się udać, a ja pamiętam tu każdy kąt. Więc bawi mnie kiosk z gazetami i apteka i zdarty stół w szatni, bo są MOJE z tamtego czasu. Spacerowałem między nimi wieczorami, gdy chciałem pobyć sam. Włóczyłem się tym holem i oglądałem po raz setny te same widoki z okien. Czekałem na Nią. Wypatrywałem czy będzie miała dziś dyżur. Zastanawiałem się jak dać jej tą wielką orzechową czekoladę, najdroższą w całym szpitalnym sklepiku…
***

Siostra oddziałowa urzęduje na innym piętrze. To i jeszcze kilka w górę. Znów czuję to podniecające mrowienie na plecach, które pamiętam ze spaceru po umarłej kopalni.
Duchy.
Myśli uwolnione od jestestwa.

Tam na dole tłumy, przychodnie, sklepy, kolejki, szatnie, gwar. Tutaj wymarły oddział. Długi jak koszmarnym śnie korytarz i skrzypiące drzwi w opuszczonych salach. Ze ścian zwisają przyciski alarmów, pamiętam je z moich czasów, dziś wydają się takie stare, niemodne, wielkie, obrzydliwie żółte ze starości. Nikt ich od lat nie naciska.
Może jednak ktoś nacisnął skoro tu jestem?

Pokój pielęgniarek. Tutaj miałem załatwić swoje formalności.
Zaglądam do środka. Pusto. Na oknie wielka firanka pajęczyn. Na podłodze przewrócony stolik i stara gazeta. Za mną korytarz. Tylko pusty zakurzony korytarz.

-Gdyby jej tam nie było proszę zaczekać - odbija się echem w mojej głowie.
Odchylam zasłonkę z okna w korytarzu i spoglądam w dół.
Przede mną rozciąga się ogromna połać cmentarza na wzgórzu…
Na mogiłach furkocą na wietrze szarfy.

I nagle z tyłu słyszę nucenie. W którymś z dziesiątek pokoi za mną KTOŚ jest.
A głowę dałbym, że gdy tamtędy przechodziłem…
Nie, może głowa, to nie jest najlepsze rozwiązanie.

Siostra oddziałowa nie wiedzieć czemu wykwaterowana o pięć pięter w górę siedzi w MOIM pokoju. Na każdym piętrze numeracja jest identyczna, więc ten tutaj jej pokój pięć pięter niżej jest, był, moim pokojem parę dekad temu.
Na biurku wyłączony komputer i trochę szpargałów. Słońce pada na cętkowaną, nieżyciowo archaiczną okładkę wielkiego ni to dziennika, ni bloku. To na jego kartach zapisane zostaje moje nazwisko i termin przyjęcia.

-Będziemy na pana czekać.

Zbiegam po schodach prosto w słoneczne przedpołudnie.

W głowie jak bąbelki otwierają się nowe/stare słowa, zdarzenia, ludzie, rozmowy, nazwiska.
Teraz nie. Teraz je odpycham, odpycham, choć wiem, że wrócą.

Późną nocą już w domu wstaję z łóżka i otwieram szafkę pełną szpargałów. Spokojnie odkładam na bok stare gazety, nikomu niepotrzebne teczki nieważnych dokumentów i moje szkolne zeszyty.
Na dnie znajduję brulion w białej okładce. Na jego stronach pewien osiemnastolatek opisał kiedyś dzień po dniu wszystkie te korytarze, ludzi i zdarzenia.

To byłem ja. Wieki temu.


wtorek, 6 grudnia 2011

Spotkałem prawdziwego Mikołaja

Szuuu…
Po raz kolejny zimne igiełki wbijają mi się w skórę. Wirują na wietrze połyskując jak brokat i znów powracają.

Szuuu…

Oto jest zima Anno Domini 1995. Taka prawdziwa, z zaspami, lodem na chodnikach, soplami i festiwalem czapek uszanek. Mróz, wiatr i prawie zmrok już po piętnastej. Ale na czerwonych z zimna twarzach mijanych przeze mnie ludzi i tak plączą się uśmiechy. Wkrótce przecież Święta.

Kolorowe reklamy w witrynach sklepów zachęcają do zakupów, na pakach ciężarówek leżą stosy choinek, a dzieciarnia przykleja nosy do szyb wypatrując wymarzonych prezentów.

Nie lubię ich wszystkich. Za ten uśmiech. Za to, że nie przeszkadza im zimno. Za to, że mają cel. Za te pakunki pod pachami. Nie lubię i już.

Idę do sądu pracy. Idę, bo nie mam nawet na bilet. Właśnie po grubej awanturze zakończyłem pracę u człowieka, który przez ponad dwa miesiące zatrudniał mnie od świtu do zmroku, a nie zapłacił ani złotówki. Bo materiały, po przelew opóźniony, bo coś tam…

Nie mam grosza przy duszy, a oni tu się uśmiechają do tych swoich głupich choinek i paczuszek. Jakie święta? Nie ma świąt!

Szuuu…

-Wszystkiego najlepszego!
-Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia! Tuż przed moim nosem pojawia się czerwona rękawica pełna cukierków.
Mikołaj.
-No proszę, to dobre cukierki! – śmieje się widząc moją minę.

Sięgam po kilka.
-Dzię… Dziękuję…

-Hu hu hu! Wesołych Świąt! – tubalnym głosem woła już nie wiem, do mnie, czy kolejnych przechodniów. Stoję na środku chodnika i ściskam w garści słodycze jakbym znów był małym chłopcem. Wiatr nagle przycichł. Jest inaczej.
Odpakowuję wreszcie jeden z cukierków i wkładam do ust.

Słodycz.
Po raz pierwszy od wielu dni zdobywam się na uśmiech.

Spotkałem Mikołaja!

To nieważne, że na plecach miał reklamę jakiegoś banku, to nieważne, że te same słowa i takie same cukierki trafiły wcześniej i później do dziesiątek innych ludzi idących ulicą Jagiellońską. Dla mnie on był prawdziwy, bo akurat wtedy potrzebowałem go jak nikogo. I przybył. Ten jeden jedyny raz w życiu.

Kilka tygodni później znalazłem nową pracę. Na wiele długich lat. Najlepszą, jaką miałem w życiu.

Myślę, że On szepnął tam za mną dobre słówko, skoro od tego spotkania wszystko zmieniło się na lepsze.


Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.