sobota, 11 listopada 2023
Dzień Podległości
czwartek, 31 sierpnia 2023
Sztuczna Inteligencja, czyli Prawdziwa Głupota
W ciągu ostatnich powiedzmy dwóch lat tak zwana Sztuczna Inteligencja weszła w nasze życie na skalę wręcz niewyobrażalną. Jest prawie wszędzie tam, gdzie stykają się człowiek i oprogramowanie. Jako narzędzie sprawdza się doskonale. Dzięki niej możemy oglądać filmy z VHS-ów podrasowane do Full HD a nagrania z "mindefałek" (mini DV - pierwszy powszechny system cyfrowego zapisu filmów) zaprgrejdowane do 4K. Wyostrza i wzbogaca zdjęcia, koryguje kolory, odszumia i poprawia dźwięk. Zapewne ma też inne zastosowania. Nadal jednak zyskujemy tylko, jeżeli jest naszym narzędziem, a gdy usiłujemy ustawić ją w roli czegoś więcej...
Tak mi się teraz skojarzyło. Nowocześni i bardzo nowocześni śmieją się do rozpuku z ludzi, którzy z jakiejś plamy na ścianie czy zarysu na drzewie robią sobie w głowach obraz Chrystusa albo Maryi i zaczynają się doń modlić. Niejednokrotnie jednak ci właśnie w tak bezkompromisowy sposób postępowi chwilę później również "modlą się" do iluś literek kodu programu, czyli właśnie Sztucznej Inteligencji. Dla nich to już nie narzędzie, ale prawie osobowość, drogowskaz, wyrocznia.
Dla mnie to nawet gorsze zacofanie niż dziadek z babcią klękający przed plamą na murze.
Na You Tube posłuchać już możemy Freddyego Mercurego śpiewającego "Final Coundown" zespołu Europe albo Michaela Jacksona wykonującego hity Celine Dion. I ludzie tego słuchają. Naprawdę słuchają. Klikają, komentują, przeżywają. Dekadę temu nazywali Autotune zabijaniem muzyki, dziś chylą czoła przed szambem, jakim jest sztuczne generowanie głosu nieżyjącego wokalisty, który nigdy jakiegoś utworu nie śpiewał, albo nigdy nie chciałby go zaśpiewać. Ale przecież to takie futurystyczne, takie nowe, takie wspaniałe!
PG wchodzi w nasze życie nachalnie, pcha się do wyszukiwarek internetowych, proponuje nie tylko szukanie czegoś, ale wręcz myślenie za nas i udaje, głupio, bo inaczej nie potrafi, że jest mądra.
Google wprowadziło właśnie Barda, Prawdziwą Głupotę mającą być pomocą dla tzw. Przewodników Googla, czyli po prostu ludzi takich jak ja, dodających czasami do Map swoje zdjęcia czy recenzje. Bard jest szybki, miły i potrafi pisać/mówić jak człowiek. Problemem jest to, że nie potrafi myśleć, bo jest tylko zbiorem komend na łączenie w całość różnych wyszukiwań w Internecie.
Zadałem oto Bardowi proste pytanie. Jakie poleca łatwe szlaki turystyczne dla seniorów w Beskidzie Śląskim?
Prawdziwa Głupota zaproponowała mi między innymi trasę z Ustronia Polany na Skrzyczne. Zaciekawiło mnie to, ponieważ stanowczo nie uznałbym niczego ze Skrzycznem w składzie za łatwe, no chyba że od kolejki do kolejki, ale żeby z Ustronia?
Bard nie widzi problemu. Trasa jest łatwa, ponieważ ma trzy kilometry (sic!), sześćset siedemdziesiąt metrów przewyższenia (to nie jest mało, zaręczam) i trwa półtorej godziny. Zaczyna się w Ustroniu Polanie szlakiem zielonym, a kończy na Skrzycznem obok schroniska. Najpierw prowadzi przez las, a potem przez polany (o maj gat!).
Co Państwo na to? Tylko maszerować. Oczywiście lasy i polany spoko, ale informacje od Barda trzeba zweryfikować, bo w górach żartów nie ma.
Weryfikujemy:
Trasa ma w rzeczywistości 22,5 km, suma przewyższeń to 1510 metrów, a czas przejścia ponad 8 godzin. Założenie było tylko takie, żeby początek był w Ustroniu Polanie, koniec na Skrzycznem a pierwszy odcinek zielony. Jak papiery Barda...
"Jesteś idiotą, Bard. Nawet kalkulator ma więcej inteligencji niż ty" - napisałem mu w okienku.
Oczywiście jak twierdzą uczeni oraz doświadczenie gatunku ludzkiego, Bard będzie ewoluował i jest szansa, że kiedyś zrozumie, że go obraziłem, a także postanowi się zemścić, ale jakoś się tego nie obawiam. Do tego czasu bowiem zostanę już dawno przekonwertowany na torf.
Enter. W imię Ojca i Syna.
Mojżesz teraz bezpiecznie wyłączyć komputer :)
niedziela, 23 lipca 2023
Dwaj zimni dranie i ocieplanie
Co łączy kładzenie styropianu z wciskaniem kitu? Już tłumaczę.
Jesienią piękną Roku Pańskiego dwa tysiące dwudziestego drugiego postanowiłem ocieplić sobie dom. Wstępnie zorientowałem się na czym rzecz polega, ile może kosztować, na ile lat zmieni moją dietę i po głębokim namyśle postanowiłem spróbować. Jako że w Internecie niestety odchodzi się od firmowych stron www na rzecz Facebooka lub tylko wpisów we wszelakich katalogach przedsiębiorców sprawa znalezienia potencjalnego wykonawcy łatwa nie była, ale z pomocą serwisu o nazwie Fixly po kilku dniach się udało. Pewnego popołudnia przed moimi drzwiami pojawiło się dwóch panów na których pierwszy widok nadzwyczaj szybko przeanalizowałem sobie w myślach czy aby nie jestem komuś winny jakichś pieniędzy, ale jako że nie znam nikogo kto byłby mi gotów je pożyczyć, a od tego zwykle się zaczyna, bez większego wahania otworzyłem... puszkę Pandory.
-Tak, pewnie. A tu się zrobi uskok. Żaden problem.
-A kiedy panowie ewentualnie?
-Nawet od poniedziałku, bo akurat mamy okienko a potem szykuje nam się duży bank (Wtedy pomyślałem o ocieplaniu, ale po zakończeniu całej historii, o czym się Państwo za chwilę przekonają już nie jestem taki pewien, ha ha ha).
-A ile?
-Tak jak mówiliśmy. Albo i taniej jak pan kupi w naszej zaprzyjaźnionej hurtowni. Mamy tam upusty i da się załatwić darmowy transport. To jak, pisze się pan? To są trzy dni roboty.
-Tak! Jasne! Możecie zamawiać co trzeba.
Panowie zamówili. Mailem dostałem szczegółowe, a w żadnym wypadku nie szokujące wyliczenie materiałów i robocizny a po jego zaaprobowaniu dwa dni później przesłano mi fakturę pro forma z hurtowni. Transport na niebagatelną odległość 35 kilometrów miałem za darmo! Jeszcze nie wierzyłem, że jestem taki skuteczny w wynajdywaniu tanich, szybkich i bez wątpienia fachowych sił roboczych, ale już, już, zaczynałem się tym chwalić wśród znajomych.
-Czekaj, czekaj - mówili - Za chwilę się okaże, że gościu w życiu ocieplenia nie robił!
Istniała taka obawa, więc kładłem uszy po sobie. Niepotrzebnie. Umówionego dnia o umówionej porze pod dom podjechała ogromna ciężarówka wypełniona styropianem, klejami, tynkiem i masą drobiazgów. Papiery były w porządku, dostawa i rozładunek w gratisie, a gdy w minutę później pojawili się moi fachowcy czułem się już kandydatem na najlepszego "HR-owca" na wschód od Cabo da Roca, I gdyby był to HR-owiec tygodnia, to pewnie tak właśnie by było...
Praca ruszyła żwawo. Skuto uszkodzone tynki, zdemontowano parapety, zagruntowano ściany, a wszystko szło jak podręczniki nakazują, więc nie miałem powodów do niepokoju. Panowie, jak się dowiedziałem ojciec i syn, wbrew pierwszemu nieciekawemu wrażeniu nie tylko doskonale się orientowali w robocie, ale pracowali sumiennie i czasem nawet jakby za długo. Nie było do czego się przyczepić. Po gruncie przyszedł czas na klej i styropian i mogłem w jak najbardziej pozytywnym szoku oglądać moje krzywe, przedwojenne ściany wyprostowane jak spod lasera. Po prostu zupełnie inny dom. Do tego zachowano wszelkie uskoki i zaokrąglenia budynku jedynie go pogrubiając, ale nie zmieniając, a przecież dokładnie o to mi chodziło.
Po takim pokazie prośbę o zaliczkę przyjąłem jako coś najzupełniej oczywistego. Co prawda z fakturą za materiały dawało to już ładnych kilka wypłat, a i czas roboty sporo się wydłużył, ale w końcu materiał leżał a robotnicy wręcz przeciwnie (to już któraś firma w moim domu i nikt nie pije, ja nie wiem...) więc wypłaciłem ile należało żeby sprawę szybko zakończyć.
Zaczęło się kołkowanie. Tak jak sobie zażyczyłem, pięć kołków na płytę styropianu, według niektórych sporo za dużo. Ale płacę i wymagam. Wymagam i mam. Do czasu...
-Dzisiaj nie przyjedziemy, bo pada.
-Jasna sprawa.
Trzy dni później.
-I jak tam, panowie? Będziecie dziś?
-Tak, przepraszamy za opóźnienie, już jesteśmy w drodze.
-Spoko.
Pół godziny później.
-Mieliśmy stłuczkę. Nie dojedziemy dziś. A jesteśmy już prawie u pana.
-Jaką stłuczkę?! Co się stało?
-Aaa... stuknął nas jeden taki na czerwonym przed skrzyżowaniem. Będziemy jutro, tylko skołujemy auto.
-No właśnie, bo miałem pytać. Już pora pomyśleć o blacharce na dach, bo deszcze, śniegi, a woda wlatuje za styropian... Zapłaciłem za to.
-Wszystko już czeka. Tylko trzeba większe auto. Bez obaw.
Wieczór. Dzwoni obcy numer...
-Halo?
-Dobry wieczór, to ja (pan starszy, ojciec, nazwijmy go tutaj seniorem), z telefonu żony. Musimy prosić pana o zaliczkę jeszcze raz, bo auto będzie z wypożyczalni.
-Uzgadnialiśmy JEDNĄ zaliczkę i resztę po robocie.
-Nie mamy auta, a z wypożyczalni inaczej nam nie dadzą. Weźmiemy, będziemy pojutrze, skończymy robotę do piątku i zapominamy o sprawie. Blacharka czeka, pogoda jest...
-Zrobię przelew rano. A nie możecie jutro czymś też dojechać i cokolwiek ruszyć? Miało być trzy dni, na umowie jedenaście a mamy już trzeci tydzień...
-Dobra, wezmę auto od kolegi i dojedziemy. Ten tynk chce pan wymienić? Bo przemarzł na placu a jeszcze można go oddać.
-Za dopłatą?
-Nie. Oddajemy i bierzemy tyle samo, tylko inny kolor. Domieszają nam z katalogu.
-I w tym tygodniu tynk i blacharkę załatwicie?
-Tak.
-Dobra.
"Pan ojciec" faktycznie się pojawił, zabrał tynk i pojechał. I znów zapadła cisza. Dzień, drugi, trzeci. Dzwonię do syna (oczywiście JEGO syna).
-Ja żadnej drugiej zaliczki nie brałem.
-Niech mi pan tu bajek nie plecie, na pana konto przelałem, przecież mieliście stłuczkę rzekomo.
-A to pan musi z ojcem. Ja o żadnej stłuczce nic nie wiem. On jechał na wesele wczoraj.
-Jak na wesele? Przecież mi pisał, że blachy ma już na aucie?!
-To niech pan z nim rozmawia.
Tutaj zrobię przerwę i wyjaśnię szczególik. Jak pisałem panowie to ojciec i syn. Ojciec jest bardziej fachowcem od konkretów, syn ma na siebie firmę i jest oficjalnie szefem. Podpisaliśmy umowę, termin wykonania, zgodę na pierwszą zaliczkę. Druga jak z tego wynika była na czyjś... prezent ślubny...
Dzwonię do seniora. Nie odbiera. Po kolejnych próbach wyłącza telefon. Dzwonię do juniora, ta sama sytuacja. Widać mają to w genach.
Nastał grudzień, za oknem sypie śnieg, pomiędzy goły styropian i mur także, bo blacharki jak nie było tak nie ma. Fragmenty zaprawy na styropianie ładnie się na mrozie kruszą i spadają... Panowie milczą, ja wręcz przeciwnie, klnę na czym świat stoi, ale niewiele to daje.
Pan ojciec wreszcie się pojawia. Bez dużego samochodu, bez blach, ale za to z pomocnikiem. Twierdzi, że pokłócił się z synem, ich drogi zawodowe się rozeszły, ale on, człowiek honoru, mi to skończy. Ok. Coś zaczyna się dziać. Kołkowanie styropianu, naciąganie nań siatki, zaciąganie klejem...
-A co z kołkami ponad oknami? Miał pan mieć rusztowanie warszawskie? Gdzie ta blacharka? Śnieg leci za styropian i jak zacznie topnieć to go oderwie? Miały być trzy dni! Ma pan kalendarz?!
-Wszystko opanujemy.
I znowu znika. Znika też pomocnik. Sprawdzając świeże ślady po kołkowaniu odkrywam, że powyżej okien fachowcy WYDŁUBALI w styropianie dziurki w które włożyli okrągłe zatyczki wiedząc że po zaciągnięciu klejem i zmianie temperatury będzie to wyglądało jak zakołkowane. Jedna zatyczka, druga, szósta, dziesiąta. Ktoś tu komuś wciska kit.
Śnieg sypie, idą Święta. Mam ładnie wyprofilowany styropian, ładnie odmarzający na nim klej i wszystko powyżej dwóch metrów bez kołków, bo panowie zrobili sobie rusztowanie z konstrukcji paczek styropianu który im potem schowałem oraz mojej starej drabiny a ani jedno ani drugie nie pozwoliło zakołkować reszty...
Zaczynam mieć pewne podejrzenia. Sprawdzam w Internecie firmę. Na Fixly już jej nie ma. Konsultantka zapytana jak mam wystawić negatywną opinię i ostrzec innych odpowiada, że nie mam już takiej możliwości. Szukając dalej dowiaduję się, że pan junior założył swoją firemkę (UWAGA!) na dwa tygodnie przed zawitaniem do mnie, a pan senior podobnych firemek miał i ma kilka...
Dzwonię do hurtowni zapytać czy już namieszano nowy tynk i co z transportem.
-Ale pan zwrócił tynk, nie dał do zmiany...
-JA ZWRÓCIŁEM?!
-No tak, pan (...) przywiózł i zdał do magazynu. Jesteśmy na czysto.
-Dobrze. Czyli mogę za te pieniądze kupić inny teraz?
-Za jakie pieniądze? Myśmy wypłacili gotówkę.
Głęboki oddech. Liczenie do dziesięciu. Nie pomaga. Może dlatego, że to nie dziesięć złotych a ładnych parę tysięcy.
Mailem dostaję fakturę korygującą. Faktycznie kasę wypłacono. Pytanie dlaczego nie mnie? Zaczynamy styczeń. Dom wygląda jak ruina, ściany w zaciekach, zaprawa odmarznięta. Panowie nie odbierają telefonów. Piszę pismo do hurtowni informując, że jej działanie ma znamiona paserstwa i zostanie zgłoszone na policję. Przyjęto zwrot materiału od osoby która nie była kupującym, nie miała upoważnienia kupującego, paragonu ani faktury. Równie dobrze mogła tynk ukraść gdzieś z budowy obok. A hurtownia wypłaciła. Ciekawe jak się takie numery księguje...
Po dwóch dniach otrzymuję przelew zwrotny za tynk. Przynajmniej tyle.
Styczeń. Pogoda iście kwietniowa. Słońce, ani śladu opadów, po prostu wiosna. Pan starszy włącza telefon i krótko, bez rozdrapywania ran zobowiązuje się podjechać i robotę zakończyć. Pojawia się następnego dnia z trzema kolegami. Syn nie może, bo jest chory. Trudno. W trzy godziny siatka jest zaciągnięta klejem a styropian uszczelniony WRESZCIE od góry pianką. Już widać że tylko parapety, blacharka i tynk. Ale ekipa po tym jednym jedynym dniu "przyspieszenia" znów znika, a ja dostaję w międzyczasie kolejny mail z hurtowni która informuje mnie, że przesyła pozostałe faktury korygujące... Jakie pozostałe???
Panowie zanim oddali tynk o którym wiedziałem sprzedali sobie kilka wiaderek wcześniej kiedy jeszcze ani nie było mrozu ani przerw w pracy. Sprzedali też grunt, listwy i trochę innej drobnicy. Sprzedali w tej samej hurtowni w której ja to kupiłem. Sprzedali praktycznie w dwa tygodnie po zaczęciu robót.
I znów pismo do hurtowni. Sąd, policja, paserstwo, odpowiedzialność, opinie w Internecie. Do wyboru, do koloru, do krwi ostatniej. Mija doba i pojawia się kolejny przelew. Wszystko co ukradli mi tatuś z synusiem wróciło w formie pieniędzy. Ale robota dalej stoi.
Musiałem dokupić klej i narożniki. Dokupiłem. Pomierzyłem, wyliczyłem, schowałem w garażu wszystko co już nie było potrzebne. Styropian, kołki, zaślepki, siatkę. Wszystko co można ukraść.
Któregoś ranka telefon od juniora żebym kupił klej bo zaraz będą.
-Przecież klej jest. A co się stało, że nagle pan dzwoni?
Cisza, stłumione przekleństwo.
-Pomyliłem się, to nie do pana miałem.
-Zaraz, zaraz! Czyli wy robicie gdzie indziej a ja mam bur... (bałagan) od kwartału?!
Mija kolejnych kilka dni. Pojawia się senior z pomocnikiem. Widzę ich irytację gdy spostrzegają, że cały niepotrzebny już na obecnym etapie materiał jest pod kluczem. W ramach "zemsty" albo może treningu kradną mi... kielnię, a na żądanie pokazania wiertarki którą rzekomo kołkują twierdzą, a właściwie senior twierdzi, że nie może jej teraz (w środku dniówki) znaleźć... A co do kielni to jestem dziwny, czepiam się i w ogóle, ale proszę, proszę, jest i kielnia.
-Tam był jeszcze pędzel.
-Oddaj panu pędzel.
Jest marzec. Po dwóch czy trzech dniach udawania że coś się dzieje a nadal bez rusztowania (pochowałem wszystko na czym można stanąć), parapetów czy blacharki panowie znikają. Tym razem definitywnie. Sprytnym też sposobem innego dnia rano kiedy w domu jest tylko mama zabierają resztę gratów i tylem ich widział.
Szukam dalej i natrafiam na kolejnych ciekawych ludzi. Pan z innego miasta żąda za skończenie pracy więcej niż senior z juniorem za całość. Polecam mu się oddalić. Inny z kolegą twierdzi, że ogarnie temat w dwa, trzy dni, ale mam załatwić oświetlenie, bo będzie robił od 16:00 do 22:00, ponieważ rano... pracuje. I wreszcie wisienka na torcie. Zwyczajny z pozoru facet, widać, ze obeznany, bez kosmicznych cen, chorych pomysłów i targowania. Będzie jutro.
Nie ma go. Telefon wyłączony. Smsy nie dochodzą. Piszę "O co chodzi, przecież uzgodniliśmy cenę i zakres?" Nic. Cisza.
Po dwóch dniach oddzwania.
-Sorry że tak wyszło, ale byłem "na dołku" i dopiero teraz mnie puścili (sic!)
-Gdzie pan był?!
-Zamknęli mnie na czterdzieści osiem za takiego kumpla, ale już jestem, możemy robić.
-Chyba nie jestem zainteresowany.
Połowa marca. Na spacerze po innej dzielnicy spotykam kilkunastoosobową ekipę dociepleniową sprzątającą plac po zakończonej robocie. Krótka rozmowa z właścicielem i w ciągu circa dwóch tygodni mam wszystko. Osadzone rewizje, kratki, daszek, rury spustowe, blacharkę i parapety.
Od połowy listopada do końca marca. Robota oceniana przez wszystkich, których napotkałem na trzy do sześciu dni. Tyle, że moja była w wersji z przygodami.
Uprzedzając pytania. Tak. Na razie tynk się trzyma. Ja chyba też.
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Paraprofesjonaliści
Niniejszy tekst z racji długiej, długaśnej wręcz mojej przerwy w pisaniu nie ma bynajmniej ambicji przekazania jakichś nadzwyczaj głębokich przemyśleń w niezwykle barwnej stylistycznie formie, skądże, chce tylko wykorzystując starą, zarośniętą już ścieżkę do reszty świata, to jest do Was czasem miłościwie mnie tu odwiedzający, przedstawić pewien zbiór nieudaczników, mieniących się fachowcami i co gorsza mimo swej nieudolności przez niektórych za fachowców uważanych.
Nie dalej jak dwa lata temu zmieniano na mojej ulicy wodociąg. Któregoś późnojesiennego dnia ekipa zapukała i do moich drzwi. Co prawda byli tu już wcześniej, doprowadzając do budynku rurę, ale tamto jakimś cudem zrobili zgodnie ze sztuką, więc nie ma do czego wracać. Teraz za to połączenie rury owej z resztą że tak się wyrażę wodoobiegu (z racji wieku powinienem był napisac voodoooobiegu) nastręczyło im sporo trudności. Proszę zwrócić uwagę. Mamy firmę, która niczym innym się nie zajmuje, tylko właśnie skleja razem rurki, z tym tylko zastrzeżeniem że nic im się nie klei. Najpierw nie mieli TAKICH rurek, potem zgrzewarka padła, nie wykluczam, że ze wstydu, następnie dwóch z pięciu, tak! pięciu panów monterów w sieni dwa na dwa metry - atmosfera rodem z parady równości, gdzieś wybyło a pozostali... nigdy nie zgrzewali.
Stałem i oczom nie wierzyłem, a nie zdarza mi się to często pomijając chwile gdy liczę iksy na swojej rozmiarówce i czekałem na cud. Znaczy na to żeby COKOLWIEK im wyszło. Wyszła woda. Niby słusznie, ale nie do końca, bo na zgrzanym tuż przed wodomierzem kolanku. Kątówka, cięcie, nowa rurka, drugie zgrzewanie. I znów pech. Rurka PRZED wodomierzem i rurka ZA NIM są na różnych wysokościach. Znów cięcie, znów przekleństwa, znów próby. Wreszcie zadziałało. Na dworze zimno, w niczym nieogrzewanej sieni tym bardziej, drzwi na dwór otwarte, na podłodze błoto i panowie jeden nad drugim usiłujący coś z czymś połączyć. Można powiedzieć paraprofesjonaliści. Ledwie cztery godziny pracy. Koniec? NIE! Po trzech dniach okazało się, że wodomierz cieknie...
***
Kupiłem półtora roku temu za ciężko pożyczone kilka tysięcy piec. Piec ów jest włoski, ma piękną nazwę i imponujące parametry a nawet i całkiem niezły wygląd, więc w sumie nie byłoby powodów do narzekań, gdyby tylko last but not least WYTWARZAŁ CIEPŁO. Niestety o tym drobiazgu producent w natłoku wyżej wymienionych zalet zapomniał. Piec sam się rozpalał, pięknie mnie o tym po angielsku informował na złocistym wyświetlaczu i tylko momentami nie wiedzieć czemu wył jak poczciwy kamaz na wertepach peerelowskiej budowy, co nawet miało swój urok (Feel the power!) ale ciepła z tego nie było. I co ciekawe montowali go, a jakże, fachowcy, w dodatku wprost z reklamowego filmu na You Tubie, na którym nie tylko praca, ale i piec paliły im się wręcz w rękach. Na żywo jednak wszystko było zimne jak żona mojego kolegi po wizycie listonosza. Na podłodze gruz, część tego gruzu pracowicie wgarnięta pod wykładzinę, na ścianie odciski brudnych łap panów montażystów a przed nimi wyjący (może z zimna?) piec za circa trzy moje wypłaty.
On tak wyje, bo jest taki cug, wie pan?
Nie wiedziałem, ale wierzyłem. Do czasu kiedy wrzesień zmienił się w październik, a ten z kolei w listopad i grudzień. Teraz wyliśmy już w duecie, i ja i piec. Za chwilę niczym brakujący trzeci tenor dołączył do nas pan montażysta gdy pomiędzy paroma oktawami przekleństw jakie mu wyśpiewałem przez telefon dowiedział się między innymi, że ma piec bezwarunkowo wymienić na egzemplarz wytwarzający nie tylko dźwięki, ale i ciepło... Wymienił. Na pożegnanie dałem mu jeszcze śrubę wielkości małego palca, którą znalazłem luzem w popielniku. Nawet okiem nie mrugnął. A nowy piec, cóż, typowe małżeństwo z rozsądku, może nie tak ładny i nie tak imponujący designem, ale po prostu się go włącza i... jest ciepło. Nudy na pudy.
***
Rok temu postanowiłem założyć kablówkę. W umówionym dniu zawitało do mnie dwóch panów z wiertarką i zaczął się problem. Najpierw najspokojniej w świecie zaproponowali mi "rzucnięcie" światłowodu luzem ze słupa na dach i potem wywiercenie dziurki przy oknie. Spojrzałem na nich mniej więcej tak jak moja szefowa na mnie kiedy trzeci raz (bezskutecznie) pytam o podwyżkę. Panowie żartujecie, prawda?
Nie, dlaczego? Tu ze słupa damy na dach, dachem dwadzieścia metrów i w dół do okna...
No ale jak dachem? Bez montażu, bez peszli, bez korytek? Luźno na papie?
No a co to panu za różnica?
Moja sugestia żeby jednak bardziej konwencjonalnie przymocować kabelek do muru prawie panów fachowców obraziła. Starszy aż jęknął. Pół godziny później siedział już w duzym pokoju i przez nikogo nie zaproszony kiwał się na krześle rozmawiając przez telefon.
Ale tu tynki twarde, wiertło nie to, haczyki mi nie wchodzą!
Zirytowany cokolwiek zaproponowałem panu przerwanie pracy i oświadczenie swojej firmie, że "się nie da", bo dla mnie akurat "manie" albo "nie manie" stu kanałów i szybkiego Internetu nie jest kwestią życia. Obraził się po raz drugi. Zrobił. Po kolejnych narzekaniach, telefonach i wymianie wierteł z haczykami i vice versa. A to czego nie zrobił poprawiałem potem sam.
***
Dach sobie w tym roku remontowałem. Litościwie już pominę pierwszego pana, który wywalił mi rachunek wartości nowego samochodu i zdziwił się, że kazałem mu zamknąć furtkę z drugiej strony. Pal go licho! Tacy zawsze byli i zawsze będą. Tacy jak ten drugi też. A drugi od razu nazwał pierwszego idiotą i kombinatorem samemu proponując mniej niż 1/3 ceny swego poprzednika i gdy tamten mówił o trzech tygodniach pracy, wykonanie wszystkiego w dwa, góra trzy dni. Już mi się wydawało, że złapałem Pana Boga za nogi, ale czas pokazał, że to nawet nie były sznurowadła...
Zamiast trzech dni wyszło dziesięć, zamiast jednej trzeciej ceny jedna druga, a ekipy która na środku podwórka pośród kupy gruzu, starych desek i papy robiła sobie palnikiem gazowym... jajecznicę, moi sąsiedzi nie zapomną już nigdy. Ja zresztą także, bo wszystkie moje wieloletnie doświadczenia z budów okazały się niczym wobec wynalazczości panów dekarzy. Oto wylewkę wyrównującą usiłowali oni robić... klejem do styropianu a po awanturze z mojej strony zaprawą tynkarską (gdyby ktoś nie kojarzył - najsłabszą z używanych w budownictwie). Zapłaconą przeze mnie wełnę na ocieplenie podmieniono mi na resztki styropianu z poprzedniego zlecenia, nadmiar zerwanej papy który nie wszedł na auto "przypadkowo" przysypano gruzem, a moje oczekiwanie że kominy otynkowane będą nie tylko nad dachem ale i pod nim doprowadziło panów do rozpaczy. Podobnie jak mnie to, że na źle przyklejoną papę następnego dnia paraprofesjonaliści z czystym jak ich kora mózgowa sumieniem przywalili łatę! Państwo to widzą? Jest remont, dach ma nowe pokrycie i na tym nowym jeszcze przed końcem pracy mamy doklejkę!
***
Za kilka tygodni kolejna ekipa przyjedzie przerzedzać mi drzewa. Podobno żaden problem, tak mówi szef który jest już po rozpoznaniu terenu. W trosce oto aby po wyrębie i mnie dało się rozpoznać na wszelki nomen omen wypadek wynająłem już pokój w hotelu, spakowałem walizki i profilaktycznie złożyłem wniosek o mieszkanie. No bo jakby tak coś im się, fachowcom, za przeproszeniem omskło?
sobota, 26 czerwca 2021
Szkiełko, oko, mózg na ścianie
Na naszym skrzyżowaniu tuż przed pasami napisano jakiś czas temu białą farbą ostrzeżenie o treści "Odłóż telefon i żyj". Pomyślałem sobie dzisiaj, konstatując jednocześnie, że sam swojego aparatu zapomniałem, że chyba najczęściej stosują się do tegoż hasła konsultanci w telefonicznych biurach obsługi, przez co takie na przykład "Orinoco Flow" niejakiej Enyi i to w wersji maxisinglowej każdy abonent Orange jest w stanie zanucić nawet obudzony o drugiej w nocy. Ale ja nie o tym miałem. Ciekawych ludzi dziś spotkałem, o to mi chodziło. Postanowiłem Wam o tym opowiedzieć. Wam wszystkim czterem którzy na tego bloga traficie tylko dlatego, że kiedy siedzieć będziecie przed klawiaturą chomik Wasz nagle przez nią przebiegnie...
Najpierw zatem tuż za moimi plecami pan w wieku późnopaździernikowym zaczął wydawać odgłosy. Samo to może jeszcze by mnie nie zdziwiło, gdyby nie fakt, że były one że tak powiem w dużej opozycji do jego metryki i brzmiały w uproszczeniu tak:
-Mmmm... Oooo... Ładna... Malutka taka...
Spodziewając się... no nie wiem... strach pisać kogo, bo to w sumie dobry reżyser jest, więc chyba nie, obejrzałem się za siebie i ujrzałem mężczyznę GŁASZCZĄCEGO pozostawioną przez kogoś elektryczną hulajnogę.
Nie dowiedziałem się niestety czy między nimi zaiskrzyło, a lepiej żeby nie, bo było po deszczu, bowiem podjechał akurat autobus. W nim także czekały na mnie niespodzianki. Najpierw kierowca po wejściu pasażerów wyłączył silnik. Uznałem, że może ma instrukcję obsługi do góry nogami i już miałem mu to zasugerować, kiedy to on zasugerował chłopakowi obok mnie: Pan w dresie, proszę założyć maseczkę!
-A spie... (oddal się szybko w dowolnym kierunku) -odmruczał wezwany
-Proszę założyć maseczkę! Pan mnie słyszy?
-Słyszę, słyszę, rwa...
Ruszyliśmy.
-A wie pani, jak to usłyszałam, to aż się zaczęłam macać, czy też mam - rzuciła z dziwnym uśmiechem babcia na siedzeniu po lewej do swojej towarzyszki - maseczkę, no maseczkę przecież!
-A ten nie ma, widziała pani? I jakoś żyje. A jakie ząbki fajne, jak malowane - odpowiedziała jej tamta komentując billboard za oknem.
Z billboardu wspomnianego uśmiechał się do nas pewien niegdyś między innymi piosenkarz reklamujący obecnie jedzenie w torebkach.
-On to pięć żon miał! A z każdą inne dziecko! (No trudno, żeby to samo, pomyślałem)
-Boże jedyny, dokąd ten świat zmierza?
-"Przystanek przychodnia" - odpowiedział natychmiast donośny bas z głośników
Wysiadłem. Jak to mawiał mój kolega "fizycznie, psychicznie i logicznie".
Jako że bezdyskusyjnie jestem Polakiem (babcia co prawda podpisała volkslistę, ale miała okulary na NFZ, więc to się nie liczy, za to druga dla równowagi trzymała ruskich u siebie na strychu, czym jak po 1989 roku twierdziła znacząco opóźniała postęp frontu na tym odcinku, bo to akurat oni mieli cały bimber i reszta nie wiedziała co robić) więc mam obowiązki polskie. Znaczy rzunt nasz pisobłogosławiony każe nosić maseczkę, to noszę. Bom patriota. Inna wersja, że mianowicie golę się raz na tydzień i zwyczajnie mi się nie chce tej szmatki ściągać jest podłą insynuacją wiadomych kół. I innych sześcianów.
No to se szłem.
-Khe, khe, khe... (wie ktoś jak zapisać kaszel???) - dotarło do mnie z przystankowej ławki. Śmiech jakim te odgłosy były przetykane jasno dawał do zrozumienia, że był to komentarz do mojego (wy)stroju.
Jako że autorami owych odgłosów okazały się być dwa nomen omen fundamenty Polskiego Monopolu Spirytusowego oraz rosyjskich rozlewni płynu do spryskiwaczy pokazałem im na którym palcu proktolog nie nosi obrączki i poszedłem dalej. Jak to mawiają piloci (polska historia pokazuje niestety, że nie wszyscy) - nie będę się zniżał.
W sklepie panowała przyjemna atmosfera. Chyba posprzątali. To już drugi raz w tym roku. Też kiedyś się zbiorę i dojdę do takiej średniej. A za stoiskiem z bułkami rodził się związek. Dżeronima z Martinsem...
Tfu! Zboczeńcy!
...Dżeronima z Martinsem uspokajam, że nie związek zawodowy!
Uff!
Zresztą to nie ta sieć.
Siedź i słuchaj.
-Bierzesz jajka (O Matko! Czyli jednak!) i dodajesz pieprz, bazylię, potem ser (Jeżuniu Kolczasty, jaka ulga) i to wszystko mieszasz..
- I ty to wymyśliłeś?
-No.
Ech młodość, miłość i inne takie... Ona zauroczona jego jajkami (z bazylią), on jakże dumny a nie spodziewający się, że potem będzie musiał pozmywać... I tak do końca życia...
Zostawmy ich. Niech sami dojdą. Do porozumienia.
Po zakupach głównych (Dygresja numer czy i pół. Uwielbiam studentów. W sensie ich sposób kupowania. Proszę pół jajka, dwa plasterki parówki i trochę okruszków spod półki z ciastem. Mam dziś urodziny!) planowałem jeszcze zajrzeć do innego sklepu, ale po drodze był tylko ten, który bojkotuję. (Jak odparł pewien kucharz okrętowy na pytanie co tak śmierdzi plastikiem w kuchni) więc sobie darowałem. Na wystawie jednak dostrzegłem obrazek jakże uroczy. Oto przeceniona flago-sztandaro-szaliko-chusto-płachta kibica z napisem Zwyciężymy! a obok wielki napis Brzoskwinia UFO 8,99. I weź tu sobie człowieku odpowiedz co jest bardziej zabawne!
I już wysiadając z autobusu ostatnia perełka mię dopadła. Stanąłem oto oko w oko z człowiekiem trzymającym w ręku torbę z napisem JESTEM KOTEM!
-A ja psem. Dokumenty poproszę!
:))
-----------------------------
Wszystkie zdarzenia i dialogi zasłyszane i opisane są autentyczne i miały miejsce między ósmą a dziewiątą rano dziś, w sobotę dwudziestego szóstego czerwca roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego pierwszego. Skojarzenia i interpretacje są wyłącznie moje. Oraz lekarza lub farmaceuty.
Dobranoc :)
sobota, 15 sierpnia 2020
Rewizor
W czasach mojej oby dawno minionej pracy na budowie wielkim poruszeniem odbiło się dnia pewnego przyjęcie do firmy nowego pracownika, na którego identyfikatorze mój kolega odczytał był napis „elektronik”. Pośród kilkudziesięciu murarzy, płytkarzy, malarzy i jednego mało aktywnego zawodowo tudzież prywatnie elektryka była by taka to nowa osobistość nawet nie perłą między wieprzami, ale wręcz Koh-i-Noor’em na miejskim wysypisku, i tak też tę informację odbieraliśmy do momentu, gdy sami ujrzeliśmy owego nowoprzyjętego z wystającym spod kufajki kartonikiem „robotnik budowlany”. Jako że nikt wcześniej w naszym zakładzie takiego tytułu nie nosił widocznie owo słówko robotnik wyglądało dla nie dość spostrzegawczego prawie jak elektronik…
A że prawie robi różnicę, to już wszyscy wiemy. Z reklam.
I ja o reklamie właśnie. Zawisła sobie taka w kilkudziesięciu egzemplarzach w mojej okolicy udając jednak, kto wie czy nie lepiej niż wspomniany na wstępie pan (bo świadomie), że absolutnie reklamą nie jest. Słowa „robotnik budowlany” zastąpiono tu tylko poważnym zwrotem „zawiadomienie”. I oto na karteluszku tym, a warto tu dodać, że absolutnie nie wiszącym na byle tablicy czy słupie a raczej „poważnie” na skrzynkach na listy, ogrodzeniach czy elektrycznych szafkach, napisano że W związku z coraz większą liczbą awarii urządzeń gazowych oraz zatruć tlenkiem węgla Zakład Instalatorstwa gazowego [tak w oryginale – dop. mój] będzie przeprowadzał zapisy na kompleksowe czyszczenie piecyków, tzw. junkersów oraz kuchenek gazowych. W czasie trwania zlecenia usługa będzie wykonywana z 50% rabatem. Usługa przeznaczona jest dla osób chętnych. Tyle „elektronik”, pora na "robotnika budowlanego”. Oto on. W ofercie posiadamy czujniki czadu. Usługi hydrauliczne – montaż –serwis – naprawa piecyków. Zapisy tylko telefonicznie [tu numer] w godzinach od 10 do 18:00. I „elektronik” po raz drugi: Dziennik Ustaw nr 74 z dnia… ble ble ble
W czym problem, zapytają Państwo?
Można powiedzieć, że w tym, iż nie wiadomo w porównaniu do czego ani jak duża w ogóle, gdzie, kiedy i jak liczona jest np. ta coraz większa liczba awarii i zatruć albo jakiż to konkretnie i gdzie się mieszczący Zakład Instalatorstwa gazowego oferuje nam swoją pomoc, ewentualnie jeszcze, od jakiej ceny i czy kiedykolwiek istniejącej liczona jest ta ogromna 50% zniżka, czym jest okres trwania zlecenia i wreszcie, już z przymrużeniem oka, jak rozumieć zapis o tym, że klient powinien być chętny. Ale zostawmy to. Sedno leży gdzie indziej.
Zatytułowanie REKLAMY zwrotem ZAWIADOMIENIE wprowadza potencjalnego klienta w błąd sugerując, iż wszystko, co znajduje się w takim druku jest czymś, do czego mniej lub bardziej jest on zobowiązany lub zobowiązywany właśnie od teraz np. przez jakiś urząd lub przepis. Powoływanie się w reklamie na w żaden sposób niedoprecyzowane „coraz większe liczby awarii i zatruć” jest sugerowaniem jakoby wydarzyło się w ostatnim czasie coś, co wymaga od użytkownika/klienta podjęcia jakichś konkretnych działań najlepiej jak najszybciej. Użycie miana Zakład Instalatorstwa gazowego bez podania pełnej nazwy firmy, nazwiska właściciela czy adresu siedziby tworzy wrażenie jakoby druk był sygnowany przez mniej lub bardziej oficjalny czynnik w rodzaju np. firm zajmujących się dystrybucją gazu czy prądu. Zwrot „zapisy” sugeruje, że istnieje jakiś określony czas, liczba wolnych miejsc lub konkretna sytuacja („liczne awarie” na przykład) w trakcie których skorzystanie z oferty jest możliwe. I wreszcie powołanie się w zakończeniu na Dziennik Ustaw (w druku opisany dokładnie ze wszystkim paragrafami i datami) a także miejsca wywieszenia reklam tworzą w czytającym przeświadczenie, że podjęcie przez niego działań opisanych wyżej jest, jeśli nie konieczne, to przynajmniej pożądane. Drobiazgiem jest tu dodanie, że ustawa nie wspomina o wymogu korzystania z usług firmy będącej autorem opisywanej reklamy, a jednie mówi, że użytkownik odpowiedzialny jest za sprawność instalacji, co jest oczywistą oczywistością.
Pan „elektronik” z mojej historii chyba nawet nie dowiedział się nigdy, za kogo go błędnie wzięto i jak się jego przybycia na budowę wystraszono a pomyłka ta stała się potem tylko naszą firmową anegdotką, pan „robotnik” z roku 2020 zasłania wirtualną kufajką swój identyfikator tak, że nawet, gdy sam mówi, że elektronikiem nie jest, robi to w sposób, który każe, przynajmniej mniej zorientowanym myśleć inaczej.
Nie twierdzę, że to nielegalne, skądże, za to niesmaczne z całą pewnością.
poniedziałek, 27 lipca 2020
Cham idealista
środa, 11 marca 2020
Nie dla idiotów
niedziela, 1 marca 2020
Pandemia głupoty i wyrachowania
niedziela, 5 stycznia 2020
Pretensjonalnik 3
niedziela, 29 grudnia 2019
Pretensjonalnik 2
piątek, 27 grudnia 2019
Pretensjonalnik 1
niedziela, 27 października 2019
Wina Tuska, farba Kaczyńskiego
Obiecałem sobie w związku z tym, że gdy mnie kiedyś kierownik w pracy zapyta dlaczego notorycznie się spóźniam, to już absolutnie bez wahania odpowiem mu, że to dlatego, że utraciliśmy większość w senacie. A co, może nieprawda?






