wtorek, 4 stycznia 2011
Ściąganie muzyki z Internetu
Po wymianie zdań z Patką na temat m.in. piractwa i ściągania muzyki z Sieci przypominał mi się zalegający gdzieś w czeluściach mojego biurka wycinek z Polski-Dziennika Zachodniego wyjaśniający tą kwestię jednoznacznie, przynajmniej w odniesieniu do muzyki. Oto i on.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
niedziela, 2 stycznia 2011
Sidika poproszę!
W latach osiemdziesiątych (jak mi to dziwnie pisać - ubiegłego wieku) podstawą młodzieżowych kolekcji muzycznych w moim otoczeniu były kasety magnetofonowe. Płyt gramofonowych słuchali starsi i bynajmniej nie kwestie techniczne o tym decydowały, ale raczej sam repertuar. Jeśli się lubiło to, co wiele lat później nazwano muzyką środka, to kaseciak plus radio były zestawem optymalnym. Dla lepiej uposażonych (a raczej ich dzieci) owego kaseciaka zastępowała czasem wieża z Diory lub Unitry.
Na gramofonach słuchało się kolęd, wszelkiego rodzaju muzyki spoza głównego nurtu i oczywiście brzmień poważnych. Czasem trafił się baaardzo zaangażowany maniak rocka, bluesa czy metalu, który sobie tylko znanymi sposobami sprowadzał płyty gramofonowe z Zachodu, ale nie oszukujmy się, większość dzieciarni w wieku między 10 a powiedzmy 15 lat wolała Franka Kimono, Urszulę, Kim Wilde, Sandrę czy Limahla. Niektórym znanym redakcji zostało to nawet do dziś…
Pierwszą kasetą, jaka trafiła w moje łapki była jednak nie licencyjna czy też piracka kopia płyty któregoś z tych lub podobnych brzmieniowo wykonawców, a powiedzmy program kabaretowy (?) autorstwa moich dwóch kuzynek i mnie pod jakże oryginalnym tytułem Radio Wolne Kielce. Było to coś w rodzaju wymyślanych na żywo skeczy, czasem i piosenek, a nawet własnej twórczości instrumentalnej każdego z nas powstałej na „syntezatorze” z targowiska. Pamiętam, że inspirowany Markiem Bilińskim (przy całej absurdalności tego porównania) produkowałem się tam czasem i dobre dziesięć minut waląc w klawisze przy włączonej autoperkusji. I co gorsza lubiłem potem słuchać tychże dokonań w nieskończoność.
Później „dorobiłem” się już prawdziwej kasety ze sklepu. O ile mnie pamięć nie myli co do kolejności, to była to prawie na pewno płyta zespołu OMD, którego znałem wówczas i lubiłem chyba tylko jedną piosenkę. No, ale tutaj chodziło o legalność. Miałem licencyjną kasetę. Szok.
Potem był wspomniany wyżej Marek Biliński ze swoją Ucieczką do tropiku, Crazy Zdzich, czyli Piotr Fronczewski z piosenkami z serialu Tulipan oraz jakieś kabarety. Należy przy tym dodać, że w tamtych czasach nie kupowało się czegoś dlatego, że się chciało, ale dlatego, że akurat było, a jutro już mogło nie być. No i zawsze można było przecież skasować "nietrafioną" taśmę robiąc miejsce na nocną audycję Bogdana Fabiańskiego w radiowej Dwójce.
Do tego oczywiście nieśmiertelne czyste kasety Stilon C-60 i licencyjne niby to BASF-y (dziś firma BASF nie produkuje już nośników tylko… chemikalia, a ówczesny dział elektroniki funkcjonuje pod usamodzielnioną marką EMTEC), a później nocne nagrywanie i radość z każdej upolowanej piosenki.
O swoim pierwszym magnetofonie MK433 już kiedyś na tym blogu opowiadałem, gramofonu analogowego w zasadzie nie miałem (mieli jakiś monofoniczny rodzice, ale stał prawie nieużywany), a o wieży nie było co marzyć. Dopiero około roku 1989 pojawiła się szansa upgrade’u mojego sprzętu do poziomu… stereo, a dokonałem tego zakupując w cenie 139 dolarów HAMERYKANCKICH ;) dwukasetowego „jamnika” firmy Sanyo.
O rany, cóż to były za emocje!
Pierwsza sprawa: kasa. I to zielona. Skąd? Z psa na przykład.
Można powiedzieć, że psem zarabiałem na jamnika. Poza normalnie należnym ;) kieszonkowym, mój tata płacił mi za chodzenie na spacery z naszym Misiem albo dobre stopnie w szkole, a jako że byłem dobrym dzieckiem, to płacił w dolarach. :))
Tak więc zieloniutkie banknoty płynęły do mojej skarbonki długimi miesiącami po kilka lub kilkanaście, aż wreszcie w połowie 1989 roku mogłem ze ściśniętym gardłem powiedzieć do taksówkarza zdanie, o którym marzyłem całe życie: Pan tu zaczeka, bo NIE MAM POLSKICH PIENIĘDZY.
Tak więc zieloniutkie banknoty płynęły do mojej skarbonki długimi miesiącami po kilka lub kilkanaście, aż wreszcie w połowie 1989 roku mogłem ze ściśniętym gardłem powiedzieć do taksówkarza zdanie, o którym marzyłem całe życie: Pan tu zaczeka, bo NIE MAM POLSKICH PIENIĘDZY.
A niby skąd miałem mieć, skoro za wszystko kupiłem magnetofon i jeszcze kilka kaset TDK na dostawkę. (Dostawka była owszem. W domu. Pasem.) ;))
Ech młodości! Ja, dolary, Pewex, elegancja Francja i do tego nowiuteńki sprzęt Sanyo pod pachą. Z dźwiękiem surround! I taksówka jeszcze. No, ale skoro Pewex, to przecież nie mogłem wracać autobusem, prawda? To by było faux pas.
Se więc wziąłem taksówkę. Mercedesa nawet. Czarnego.
I wio!
I oto miałem światową nowość wprost z katalogów. Dwie kieszenie, pięciostopniowy equalizer, dwudrożne głośniki i wspomniany już surround, a co najważniejsze było toto trochę jakby HD ready ;) za sprawą gniazd cinch.
Logiczne, że trzeba było jak najszybciej COŚ w te gniazda wpiąć. Najlepiej „sidika”.
Nie wiem dlaczego tak to ze mną jest, ale od zawsze kupowałem nośniki wcześniej niż same urządzenia. Kasety miałem na kwartał przed magnetofonem, kasety video na pół roku przed magnetowidem, a płyty CD chyba też coś koło tego. Powtórzyło się to później jeszcze z dyskietkami, płytami CDR i DVD.
Pierwsza płyta? Oczywiście, że pamiętam, a nawet mam ją tuż za plecami pisząc te słowa. Największe przeboje z filmu Miami Vice, oczywiście tego prawdziwego z lat 80. Cud miód i orzeszki. Płyta gra do dziś jak nowa, choć swoje przeżyła. Drugim zakupem były piosenki z „Pogromców Duchów II”, a trzecim… hity Krzysztofa Antkowiaka… ;((
W szkole za zajęcia praktyczne płacono nam pensję. Pensja była przelewana na książeczkę PKO, a same książeczki wydawał nam i odbierał przed wypłatą szkolny (klękajcie narody!) portier. Proszę nie pytać czy to wtedy zrozumiałem kim chcę zostać gdy dorosnę :)
Pamiętam ten dzień. Koniec roku szkolnego, wielkie sprzątanie międzykopalnianego ośrodka wypoczynkowego Radoszowy w Katowicach i nasze rozważania o przyszłości… Głównie materialnej.
Prawie każdy z moich kolegów przeliczał pensję na dolary, a dolary na zakupy. Po pierwsze dlatego, że dopiero co otwarto wtedy legalne kantory, a po drugie, że dolar, wiadomo, miał odpowiednią wymowę, której brak w „biletach NBP” był oczywisty nawet dla przedszkolaka.
A więc ja na start (???) muszę mieć CD. Dźwięk jak kryształ, standard profesjonalny, niezniszczalność, jakość, styl i szpan. Koledzy słuchają z rozdziawionymi buziami, a potem opowiadają o swoich planach zakupowych „gdy już będziemy bogaci”.
Chciałem wtedy mieć sprzęt NEC-a, dziś chyba nomen omen nieco zapomnianej firmy. Jednokasetowy magnetofon z pionową kieszenią CD. Albo Sharp z poziomą…
Po co mi drugi radiomagnetofon? Ba! A po co mi dziś dwa komputery? Albo wcześniej dwa „widea”? Ja już tak mam. Technologiczny bigamista. Na szczęście tylko technologiczny.
Ale stało się inaczej. Tata wrócił z „eksportu”, dolary się skończyły, a razem z nimi (o ironio!) także komunizm. Nastał rok 1990. Za którąś zaoszczędzoną wypłatą i pożyczką od rodziców uzbierałem wreszcie milion czterysta tysięcy złotych (spokojnie, dziś to tylko 140) i na ulicy imienia marszałka Koniewa (niech mu gwiazda lekką będzie) zakupiłem urządzenie, którego oficjalną nazwą był „gramofon cyfrowy” produkcji polskiej firmy Unitra Fonica.
Ach! Łza się w czytniku kręci…
CDF-001
Jest taki czas, kiedy wszystko bywa pierwsze…
Ale ja nie o tym ;)
Moje marzenie, o którym czytałem długie lata spełniło się. Miałem odtwarzacz! Drżącą ręką podłączyłem cinche do gniazdek i włączyłem płytę…
Pośród rozwalonych po całym pokoju styropianów i kawałków kartonu ja i grający ile fabryka dała mój komplecik…
Umc… umc… umc…umc…
Tak sobie myślę, że niezły to był chyba sprzęt. Odtwarzacz sprzedałem dopiero jakieś dwa lata temu i proszę mi wierzyć, nigdy nie miał żadnej awarii, a radiomagnetofon zamieniłem w 1993 roku na wieżę Philipsa. Czy to nie dziwne, że człowiek pamięta takie rzeczy?
Jeśli wokół poplątanych na dywanie kabli z kolejnych sprzętów na przestrzeni dziesięcioleci leżą też kawałki jego życiorysu, to chyba nie.
Ech, posłucham sobie zaraz starych hiciorów…
wtorek, 28 grudnia 2010
poniedziałek, 27 grudnia 2010
niedziela, 26 grudnia 2010
Umowa złożenia - przyjęcia życzeń
Poniżej przedstawiam tekst, który otrzymał mailem mój kolega jako życzenia świąteczne. Autorstwo zapewne nieznane, ale oryginalność treści niezaprzeczalna. ;)
___________________________________________________________
Oświadczenie z dnia 23 grudnia 2010 r. w sprawie życzeń świątecznych, zwanych dalej Życzeniami, złożone Tobie, zwanemu dalej "Przyjmującym Życzenia", przeze mnie, zwanym dalej "Życzącym".
Na podstawie powszechnie obowiązującego zwyczaju, oświadczam, co następuje.
Przyjmij proszę, z wyłączeniem wyraźnej lub domniemanej mocy wiążącej, najlepsze życzenia przyjaznych środowisku, świadomych społecznie, bezstresowych, nieuzależniających i neutralnych płciowo świąt przesilenia zimowego, celebrowanych w ramach tradycji wyznania religijnego albo praktyk świeckich wedle wyboru Przyjmującego Życzenia, w szczególności zgodnie z tradycją Bożego Narodzenia, Chanuki lub Kwanzy, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych lub świeckich przekonań lub tradycji osób trzecich, albo ich wyboru niepraktykowania żadnych religijnych ani świeckich tradycji, jak również finansowo korzystnego, osobiście pomyślnego oraz medycznie nieskomplikowanego przebiegu ogólnie przyjmowanego roku kalendarzowego 2010, zwanego Nowym Rokiem, z zachowaniem należnego szacunku dla kalendarzy przyjmowanych przez mniejszości narodowe, etniczne lub wyznaniowe, bez względu na rasę, wyznanie, poglądy polityczne lub filozoficzne, kolor skóry, wiek, stopień spawności fizycznej, wybór platformy komputerowej, lub preferencje seksualne Przyjmującego Życzenia.
Przyjęcie niniejszych życzeń oznacza jednoczesne przyjęcie następujących warunków i zastrzeżeń.
Niniejsze życzenia podlegają dalszemu sprecyzowaniu, wycofaniu lub odwołaniu przez Życzącego bez zachowania jakichkolwiek terminów wypowiedzenia oraz bez potrzeby uzasadnienia. Niniejsze życzenia mogą być nieodpłatnie przenoszone przez Przyjmującego Życzenia w niezmienionej treści na rzecz osób trzecich.
Niniejsze życzenia nie implikują żadnej obietnicy ze strony Życzącego do rzeczywistego wprowadzenia w życie któregokolwiek z wyżej wymienionych życzeń, a w szczególności nie stanowią oferty w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego ani innych przepisów prawa. Jakiekolwiek fragmenty niniejszych życzeń sprzeczne z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa należy uznać za niezłożone, bez wpływu na pozostałe fragmenty życzeń. Niniejsze życzenia nie mają wartości finansowej.
Życzący gwarantuje działanie niniejszych życzeń zgodne z powszechnie przyjętym działaniem życzeń w zakresie dobrych wiadomości przez okres jednego roku albo do chwili wydania kolejnych życzeń świątecznych, którekolwiek z tych zdarzeń nastąpi wcześniej. Gwarancja jest ograniczona do wymiany niniejszych życzeń lub wydania nowych życzeń, bez potrzeby uzasadnienia przez Życzącego.
sobota, 25 grudnia 2010
---
Od zawsze był moim idolem.
Odważny, bezkompromisowy, silny, sarkastycznie dowcipny i niezmiennie uczciwy. Oglądałem kolejne filmy studiując jego sposób mówienia, mimikę, uśmiech. Podziwiając kwintesencję męskości charakteru i sposobu bycia, jakie według mnie sobą reprezentował. Chciałem być jak on.
Któregoś dnia wydając kilkaset złotych kupiłem kolekcję jego filmów. Różnych. I tych, które reżyserował, i tych, w których grał. Tych śmiesznych, tych smutnych i tych wtedy według mnie najważniejszych – strzelano kopano bohatersko mścicielskich.
Siadywałem wieczorami przed komputerem i oglądałem kolejne płyty. Przeżywałem pościgi, śmiałem się z żartów, wzruszałem smutkami. W ciągu paru tygodni obejrzałem wszystkie filmy poza jednym. Ten nijak nie pasował do moich zainteresowań. Nie ciekawił mnie.
Opowiedziała mi o nim pewna dziewczyna w pewien zimowy wieczór. Opowiedziała nie tyle o treści, ile o wymowie, przesłaniu, emocjach, jakie mógłbym znaleźć gdybym tylko przemógł swoje uprzedzenie do gatunku czy opisu z okładki.
Tamtej nocy wróciłem do domu i obejrzałem ten ostatni film. Wdarł się w moją głowę mocniej niż wszystkie, które już znałem i które jak wcześniej sądziłem są od niego o niebo lepsze. Wzruszył.
Kilka lat później, gdy i film i dziewczyna, dzięki której go odkryłem zatarły się już w mojej pamięci stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.
Przeżyłem go.
On. Człowiek żyjący wolnością i nieskrępowanymi marzeniami, mogący bezproblemowo realizować siebie wedle samemu sobie ustanowionych praw, spotyka Ją. Zupełnie odmienną. Z ułożonym zdawałoby się życiem i jasną, aczkolwiek nużącą stabilnością każdego dnia.
Z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego. Inne priorytety, inna rzeczywistość. Poznawanie siebie z pewną dozą ironii, ciekawości, podkreślania wszystkich różnic. Tylu różnic!
A jakże inspirujące…
Jej szara równowaga pragnąca marzeń i emocji i jego emocje poszukujące podświadomie właśnie czegoś zwyczajnego, ale prawdziwego zarazem.
Nagle, jak uderzenie żaru z otwartego pieca to wielkie, przekraczające miarę zrozumienia poczucie bliskości poprzez uzupełnienie. Uzupełnienie kolorów, słów, uśmiechów, pragnień i wspomnień.
Nawet nie miłość. Jedność sztucznie rozdarta na dwie dusze żyjące od lat w przeświadczeniu niepowtarzalności swoich pragnień.
Kilka minut, godzin, dni, nieba. Tak! Nieba. Nie namiętności, nie zakochania, ale nieba właśnie. Głód każdego dotyku, słowa, gestu. Pragnienie niszczące w moment wszystko, co zdawać się mogło wcześniej trwałe i pewne.
Chwila. Jak gdybyś trzymała w ręce los, o którym wiesz, że jest wygrany, ale jeśli go otworzysz, tym samym zniszczysz wszystko, co było wcześniej i co jest teraz.
Całą swoją historię, cały swój świat.
Chciałem być w życiu kimś takim, jakim On jako aktor potrafi być na ekranie. Nigdy nie przypuszczałem, że los zaadaptuje wymyślony w czyjejś głowie scenariusz do realnego życia realnego człowieka. Literka po literce, słowo po słowie, dotyk po dotyku.
Czy to wstyd płakać, gdy się jest facetem?
On płakał.
-------------------------
"Co się wydarzyło w Madison County"
czwartek, 23 grudnia 2010
Być jak Ebenezer Scrooge
Proszę sobie wyobrazić grupę osób pracujących razem przez powiedzmy dwa lata. Znają się, wiedzą czego się mogą po sobie wzajemnie spodziewać i siłą rzeczy musiały też przywyknąć do wszelkich ewentualnych minusów swojego towarzystwa. Summa summarum są jednak ekipą zgodną, sprawną i skuteczną. Aż pewnego dnia ich miejsce pracy ulega likwidacji. Przy czym nie mówię tu o zwolnieniu, a o utracie przez firmę ich zatrudniającą tego akurat jak to się dziwnie nazywa „obiektu”.
Kto w jakiejkolwiek formie zetknął się kiedyś z firmami ochroniarskimi lub sprzątającymi wie, że co rok czy dwa taka rotacja jest na porządku dziennym. Wygrywa tańszy.
Ale ja dziś nie o tym.
No więc zakład zatrudniający grupkę o której mówię utracił obiekt. Nikt nikogo nie wyrzuca, jest się dokąd przenieść, a kto ma ochotę, może zostać na nowych warunkach. Czyli w zasadzie nie ma problemu, prawda?
I zaczyna się coś ciekawego. Oto z siedmiu osób dwie deklarują chęć zmiany pracodawcy, tzn. pozostania na dotychczasowym miejscu pod nowym szyldem, a pięć innych odchodzi ze starą firmą.
Trzeba opuścić szatnię, pozbierać swoje rzeczy, zdać klucze (to ja!) i tak dalej.
Odwiedza mnie para mająca się tym zająć. Oczywiście z racji swojej pożal się Urzędzie Skarbowy funkcji muszę tą przeprowadzkę dozorować. Co widzę?
Pada deszcz. Tam pada! Leje!
Ona, nazwijmy ją Lala ;) wynosi z szatni kolejne toboły do samochodu, zaś On, powiedzmy Ken, drałuje dwieście metrów z ogromnym dywanem na plecach, a zaraz potem w tym samym kierunku pruje z zasłonami, grzejnikiem olejowym i jakąś lampką. Patrzę i oczom nie wierzę. Gdzie? Do śmietnika. Dlaczego? „Żeby ta k… nie dostała” – słyszę w odpowiedzi.
„Tą k…” nazwał był Ken swoją jakby nie patrzeć koleżankę z pracy, z którą jeszcze wczoraj razem żartowali i uważali się za kumpli. No, ale skoro Lala i Ken zostali w starej firmie, zaś tamta wybrała nową, to już nie jest koleżanką, a k… właśnie. W mniemaniu Kena oczywiście.
Widząc było nie było pełnoletniego mężczyznę z wściekłością niszczącego, (bo jak nazwać rzucanie czegoś w błoto przy kontenerze na śmieci) kolejne przedmioty, tylko dlatego, że mogłyby zostać tutaj dla jego byłej współpracowniczki, nie wierzę własnym oczom i uszom. Do tego stopnia, że pytam wprost:
-Pracowaliście razem tyle czasu i teraz jej państwo żałują starego grzejnika czy dywanu?
-A pan wie jaka ona jest? Niech spier… Niech marznie teraz!
Ken i Lala odjeżdżają swoim czymś tam ku zachodzącemu słońcu z poczuciem dobrze wykonanej pracy…
Koniec. Napisy.
Scenka druga. Portiernia (nihil novi, he he)
Mamy tu dwóch panów znających się ponad dekadę. Pracowali razem w różnych miejscach i niejedno razem przeżyli. Dziś jeden z nich przychodzi do pracy "na cyku". W takim stanie nie ma mowy o przekazaniu służby.
Dygresja.
Co zrobiłbym ja? Wykopał "cykniętego" za bramę i zadzwonił do firmy, że NIE MAM ZMIANY. W najgorszym razie za 90 minut ktoś by doszedł. Winowajca dostałby tylko OPR ;), ewentualnie, co bardzo mało prawdopodobne, naganę, ale na pewno nic ponadto. (W ochronie dniówki można zamieniać bez większych problemów)
Koniec dygresji.
Co zaś robi jego kolega?
Wpisuje rzecz całą do raportu nie odmawiając sobie przyjemności subiektywnego komentarza, a następnie wzywa grupę interwencyjną i razem z wypitym nieszczęśnikiem spokojnie czeka.
Również po około półtorej godzinie dostaje zmiennika.
"Cyknięty" następnego dnia wylatuje z pracy.
Koniec. Napisy.
Wreszcie scenka trzecia i ostatnia. Z większym nieco udziałem niżej podpisanego.
Listopad. Mam urlop. W tym samym czasie mój przełożony dostarcza na portiernię druczek do dobrowolnego rozpisania dyżurów świątecznych. Panowie (poza mną jeszcze czterech) rozpisują i po około trzech dniach jeden z nich wpada wreszcie na pomysł żeby telefonicznie zapytać i mnie.
-Został sylwester i wigilia, bo myśmy już resztę podzielili.
-Nie wezmę wigilii. Miałem w zeszłym roku. Piszcie sylwestra i jakiś dyżur w święta, ale inny. Zamieńcie się któryś ze mną i już. Szef wie, jak pracowałem rok temu.
-Dobra, ok. Już piszę. Sylwester tak, wigilia nie. Dobra, cześć.
-Cześć.
Przychodzę do pracy z końcem listopada. Od niechcenia rzucam okiem na grudniowy grafik. Wigilia nocka, Sylwester nocka. Po dwanaście godzin wyciętych z życiorysu. A pomiędzy nimi jeszcze 24 na dokładkę.
Koledzy z pracy…
Jest coś takiego na tym świecie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.















