Wilkowice-Bystra, a dokładniej stacja kolejowa o tej nazwie, podobnie jak Radziechowy-Wieprz współdzielona przez dwie odrębne gminy, to miejsce szczególne. Bez zbędnych dojazdów komunikacją miejską, przesiadek i poszukiwań można stąd zacząć nie tylko kilka różnych wycieczek w Beskid Śląski, ale i gdyby ktoś miał ochotę, wyruszając w przeciwnym kierunku, trafić do Beskidu Małego. Nie ma się wobec tego co dziwić, że pierwszym skojarzeniem, jakie już wiele miesięcy temu przyszło mi do głowy wraz z planem stopniowego poznawania coraz dalszych punktów na trasie linii kolejowej do Zwardonia była akurat ta miejscowość. I mało tego! Na przełomie marca i kwietnia, gdy mogło się jeszcze wydawać, że zima nigdy się nie skończy rozrysowałem sobie na jakimś karteluszku najprostszą z możliwych jak wtedy sądziłem, tę właśnie dzisiejszą trasę. Szybką, krótką i w gruncie rzeczy nieco ulgową. Ale za to idealną na wczesnowiosenne rozpoczęcie sezonu.
środa, 26 czerwca 2013
Na web i na szyję
WYCIECZKA JEDENASTA: WILKOWICE - MAGURA - BYSTRA
Wilkowice-Bystra, a dokładniej stacja kolejowa o tej nazwie, podobnie jak Radziechowy-Wieprz współdzielona przez dwie odrębne gminy, to miejsce szczególne. Bez zbędnych dojazdów komunikacją miejską, przesiadek i poszukiwań można stąd zacząć nie tylko kilka różnych wycieczek w Beskid Śląski, ale i gdyby ktoś miał ochotę, wyruszając w przeciwnym kierunku, trafić do Beskidu Małego. Nie ma się wobec tego co dziwić, że pierwszym skojarzeniem, jakie już wiele miesięcy temu przyszło mi do głowy wraz z planem stopniowego poznawania coraz dalszych punktów na trasie linii kolejowej do Zwardonia była akurat ta miejscowość. I mało tego! Na przełomie marca i kwietnia, gdy mogło się jeszcze wydawać, że zima nigdy się nie skończy rozrysowałem sobie na jakimś karteluszku najprostszą z możliwych jak wtedy sądziłem, tę właśnie dzisiejszą trasę. Szybką, krótką i w gruncie rzeczy nieco ulgową. Ale za to idealną na wczesnowiosenne rozpoczęcie sezonu.
Czas pokazał jednak, że po
pierwsze owo rozpoczęcie odbyło się gdzie indziej, bo w Radziechowach, po
drugie zaś z pewnym pobłażaniem potraktowana marszruta z Wilkowic przeniesiona
z kwietnia na czerwiec okazała się tą, która po raz pierwszy zmusiła mnie do
wywieszenia białej flagi…
Ale zacznijmy od początku.
Nie wiem czy opowiadałem już jak
to dawno, dawno temu wynalazłem Internet? Uhmm… Badania okresowe mam ważne,
proszę nie robić takiej miny. Sam wynalazłem, nikt mi nie pomagał, ha ha ha.
Otóż jako dzieciak wymarzyłem sobie urządzenie, coś na kształt dzisiejszego bankomatu,
także jak on z wyświetlaczem, na którym po wetknięciu w odpowiednie miejsce
monety lub banknotu będzie można przeczytać cóż też za nie dałoby się dostać. I
oczywiście takie wybrane przez obsługującego przedmioty dostarczone zaraz
jakimiś rurami wypadałyby potem z odpowiedniej klapki wprost do rąk! Mowa wtedy
była rzecz jasna o takich najpotrzebniejszych sprawach, typu ciepłe (lub zimne)
lody, miśki, pepsi, ciężarówa z przyczepą, scyzoryk czy sto plastikowych
żołnierzyków (to ja chyba bardziej Allegro wymyśliłem niż Internet!), ale
zostawmy to. Chodzi o pomysł, samą jakby to powiedział ze swoim cudownym
akcentem towarzysz Gomułka „ideję”.
Albowiem ta to właśnie „ideja”
staje mi znów przed oczami, kiedy nie całkiem dobudzony i niezupełnie jeszcze
kompletnie ubrany kupuję bilet w góry. Ale nie na dworcu, skąd. W swoim pokoju,
na swoim krzesełku, przed swoim komputerem. Wybieram, klikam, płacę szybkim
przelewem i… włączam drukarkę. Jeszcze sekundka i oto jest. Science fiction w
domu i zagrodzie.
A kiedy już się wydało bladym
świtem plus minus piętnaście złotych, to jechać trzeba. Taka kupa szmalu nie
może przepaść! No to jadę. Plecak, buciory, nóż, woda, apteczka, zestaw map,
kanapki, czekolada, telefon, zapasowy telefon (dobry patent – polecam!), aparat
fotograficzny i moro. Niestety nie Joanna, a tylko czapeczka. Wolałbym Joannę…
yyy… nieważne.
wtorek, 11 czerwca 2013
ABC i tak dalej
...czyli okołobeskidzkich wspomnień
z dzieciństwa i młodości spora garść ;)
z dzieciństwa i młodości spora garść ;)
***
Kiedy 30 września 2011 roku po
wielu latach przerwy wsiadałem znów do pociągu jadącego do Bielska miał to być
tylko epizod, swego rodzaju dalszy ciąg wspomnieniowych odwiedzin w miejscach
znanych mi i zapamiętanych z dzieciństwa i wczesnej młodości. Po spacerze przez
osiedle na którym dorastałem, po wzruszającej do łez łazędze po umarłej kopalni
Kleofas, a „chwilę” przed powrotem po kilku dekadach do szpitala w którym jako
osiemnastolatek przeżywałem zauroczenie pewną pielęgniarką, znalazły się Beskidy.
Chciałem tylko na nie zerknąć, poszukać przeszłości i wrócić. Ale o ile moje osiedle było już tylko pustą, de facto obcą mi skorupką, kopalnia strupieszałymi ruinami, a szpital w znanej mi wersji dobiegał właśnie końca swych dni za sprawą generalnego remontu, to w górach nikt nie kazał mi biec. Przeszłość trwała tam tak samo pewnie jak wtedy, gdy była teraźniejszością. To chyba dlatego już później przy każdej kolejnej wycieczce, nawet w zupełnie nowe, nieznane mi miejsca czułem się jak gdybym przechodził przez lustro, wprost do krainy zaczarowanego, słodkiego dzieciństwa, gdzie nic być nie musi, a wszystko może.
***
Bielsko-Biała w tych wspomnieniach to właściwie tylko okolice
dworca. Sam budynek od pierwszego spotkania wydający mi się sympatycznym,
gmach BPBP naprzeciwko, oczywiście dworzec autobusowy, estakada i
przystanek „mojej” ukochanej ósemki. Dlaczego ukochanej? Może dlatego, że
zawsze wzruszał mnie napis „Szyndzielnia” na tabliczce, a teraz wyświetlaczu.
Wydawał się jakiś nierealny w porównaniu z różnymi „osiedlami”, „pętlami” i
wszystkim podobnym. I choć w każdym mieście są takie dziwne nazwy (w Katowicach
był kiedyś autobus „zatytułowany” „Wesoła kopalnia Lenin”) to jednak ta
spodobała mi się najbardziej ze wszystkich.
Na tym przystanku od lat wszystko jest (dla mnie) niezmienne. Zimny, czasem chmurny poranek, ludzie, wcale nie turyści, zwykli codzienni szarzy ludzie wracający do domów z zakupami, szumiące z dala pociągi i wreszcie….
Na tym przystanku od lat wszystko jest (dla mnie) niezmienne. Zimny, czasem chmurny poranek, ludzie, wcale nie turyści, zwykli codzienni szarzy ludzie wracający do domów z zakupami, szumiące z dala pociągi i wreszcie….
-Jedzie!
-Masz bilety?
Czasem wstydzę się spojrzeć w
oczy współpasażerom, bo moje prawie że wzruszenie może wydać im się śmiesznym, ale tak
samo dwadzieścia osiem lat temu jak i dziś z nosem przyklejonym do szyby
przeżywam całym sobą niedługą przecież w sumie podróż, by wreszcie na cichym,
otoczonym lasem i górami placyku obok dolnej stacji kolejki linowej wysiąść i
rozejrzeć się za każdym razem nie umiejąc pochłonąć naraz tego piękna.
Prosta, prozaiczna wręcz trasa od szczytu Szyndzielni poprzez Klimczok do Szczyrku jest dla mnie również wyjątkowa z wielu względów. To tędy po raz pierwszy w życiu szedłem z ojcem na górską wycieczkę, to tędy szła lat ileś wcześniej także z nim moja mama („A wiesz jak mnie kolana bolały!?”), to też tutaj deptał z podobnie jak ja pierwszego dnia kwaśną miną jego brat. Wszyscy my nieco "na siłę" ciągnięci w Beskidy. Ale czar działał. Z bratem jeździł mój tata jeszcze wiele razy (w tym na rowerach z Katowic do Wisły na przykład!), mama do dziś wspomina panoramy z Klimczoka, a ja…
A ja zrozumiałem dopiero niedawno, że wśród wielu spraw małych i dużych w których oczekiwań ojca nie spełniłem jest ta jedna przynajmniej z której na pewno gdyby żył byłby szczęśliwy. Pokochałem jego góry. A może należałoby napisać; zrozumiałem.
Prosta, prozaiczna wręcz trasa od szczytu Szyndzielni poprzez Klimczok do Szczyrku jest dla mnie również wyjątkowa z wielu względów. To tędy po raz pierwszy w życiu szedłem z ojcem na górską wycieczkę, to tędy szła lat ileś wcześniej także z nim moja mama („A wiesz jak mnie kolana bolały!?”), to też tutaj deptał z podobnie jak ja pierwszego dnia kwaśną miną jego brat. Wszyscy my nieco "na siłę" ciągnięci w Beskidy. Ale czar działał. Z bratem jeździł mój tata jeszcze wiele razy (w tym na rowerach z Katowic do Wisły na przykład!), mama do dziś wspomina panoramy z Klimczoka, a ja…
A ja zrozumiałem dopiero niedawno, że wśród wielu spraw małych i dużych w których oczekiwań ojca nie spełniłem jest ta jedna przynajmniej z której na pewno gdyby żył byłby szczęśliwy. Pokochałem jego góry. A może należałoby napisać; zrozumiałem.
środa, 5 czerwca 2013
Kwestie formalne
Wykorzystując po raz milionowy swój filmik z przejazdu pociągiem pomiędzy Szopienicami a Zawodziem wzbogaciłem go o warstwę muzyczną i niniejszym zapraszam do zerknięcia tudzież posłuchania tak zmiksowanej całości poniżej. Wykonawcą utworu jest... rosyjska grupa Stoner Train.
Na You Tube dostępna jest także zmieniona wersja filmu z dziesiątej wycieczki w Beskidy, zaś na Dysku Google mój subiektywny po nich (o mało co) przewodnik w formacie PDF.
Smacznego!
wtorek, 4 czerwca 2013
Oranżeria
Czasem rozmawiając z kimś o tym co mnie irytuje, opisując to na blogu lub interweniując gdzieś zdarza mi sie słyszeć, że się czepiam, że przesadzam, że przecież błądzić jest rzeczą ludzką oraz (nie wiem dlaczego coraz częściej, ha ha ha!), że na starość robię się zmierzły.
Ale taki już jestem, sorry Winnetou. Nie wymagam od świata więcej jak tylko zgodności obietnic z rzeczywistością albo... milczenia, gdy się czegoś zrobić nie może, czy też nie potrafi.
Moja dzisiejsza opowiastka związek ma z Orange, operatorem telekomunikacyjnym z którego usług (wcześniej pod marką Idea) korzystam nieprzerwanie od 1999 roku i którego od plus minus 2007 oceniam raczej słabo, mimo szczerej nadziei, że kolejnym razem będzie inaczej.
Taki kolejny raz (i kolejny nieudany) miał miejsce kilka dni temu, a związany był z przedłużeniem umowy abonenckiej. Rzecz cała zaczęła się od dokonania przeze mnie wyboru odpowiedniego aparatu, wysokości abonamentu i czasu trwania zobowiązania, a następnie złożeniu zamówienia na dostarczenie przesyłki. Jako że decydując się na konkretny model telefonu przeszukiwałem najpierw strony producentów, serwisy testujące oraz oczywiście You Tube, miałem jako taką wiedzę na temat tego, co kupuję. Przyszłość pokazała, że większą niż pracownicy "pomarańczowego" Biura Obsługi.
Ale taki już jestem, sorry Winnetou. Nie wymagam od świata więcej jak tylko zgodności obietnic z rzeczywistością albo... milczenia, gdy się czegoś zrobić nie może, czy też nie potrafi.
Moja dzisiejsza opowiastka związek ma z Orange, operatorem telekomunikacyjnym z którego usług (wcześniej pod marką Idea) korzystam nieprzerwanie od 1999 roku i którego od plus minus 2007 oceniam raczej słabo, mimo szczerej nadziei, że kolejnym razem będzie inaczej.
Taki kolejny raz (i kolejny nieudany) miał miejsce kilka dni temu, a związany był z przedłużeniem umowy abonenckiej. Rzecz cała zaczęła się od dokonania przeze mnie wyboru odpowiedniego aparatu, wysokości abonamentu i czasu trwania zobowiązania, a następnie złożeniu zamówienia na dostarczenie przesyłki. Jako że decydując się na konkretny model telefonu przeszukiwałem najpierw strony producentów, serwisy testujące oraz oczywiście You Tube, miałem jako taką wiedzę na temat tego, co kupuję. Przyszłość pokazała, że większą niż pracownicy "pomarańczowego" Biura Obsługi.
poniedziałek, 27 maja 2013
Kredyt bez zwłoki*
Swego czasu wytoczyłem na tym
blogu ciężkie działa przeciwko „cywilizacji żółtych karteczek” jak nazywam
czasem naszą rzeczywistość, czyli wszelakim gotowcom, fejsbukom i innemu
dziadostwu próbującemu zamieniać słowa i uczucia na kliknięcia. Jednym z kilku,
ale zapewne decydującym impulsem ku temu był wysyp pseudo życzeń świątecznych
jakimi zostałem obdarowany przez kontrahentów z Allegro, przyczyną poboczną zaś
także chęć obrony tych wszystkich, którzy z różnych powodów mogliby dać się
nabrać na ten planowy sentymentalizm.
Bo przecież rozejrzyjmy się… Codziennie
na nasze konta mailowe nadchodzą listy w których tematach i treści wszystko
jest wyjątkowe i tylko dla nas. Większe mieszkania, łatwiejsze kredyty, lepsze samochody,
dłuższe penisy, krótsze umowy i tańsze wyjazdy.
OK. Takie czasy, nie ma co
wybrzydzać. I też nie sama reklama mnie irytuje, ale pewna jej forma, właśnie
ta bliższa „życzeniom” od handlarza tuszem czy kogokolwiek podobnego.
„Drogi Marku**!
Pamiętając, że pięć lat temu kupowałeś w naszej stale rozwijającej się
i oferującej szeroką gamę produktów oraz zniżki firmie pasek do zegarka za 3,99
PLN przesyłamy Ci tę oto niepowtarzalną i przygotowaną specjalnie dla Ciebie
ofertę zakupu mieszkania w centrum Katowic. W dowód naszej pamięci o stałych
klientach tylko do jutra do każdego zakupionego mieszkania dodajemy gratis pendriva
4 GB marki NoName.”
To oczywiście przykład wymyślony
i mocno przerysowany zarazem, ale oddaje styl. Pisze się po imieniu (proszę
zwrócić uwagę jak często stosują tę formę również telefoniczne biura obsługi!),
sugeruje, że oferta jest absolutnie indywidualną (przy nieśmiertelnym dopisku,
że oferta nie jest ofertą w rozumieniu itd.), dodaje jakiś gadżecik i wzbudza
co? Potrzebę odwdzięczenia się za tę pamięć np. dokonaniem zakupu. Oczywiście nie
mieszkania, ale np. telewizora, telefonu czy nowej pralki.
No bo skoro oni tyle trudu i
specjalnie dla nas…
Ile to wszystko warte można sprawdzić bardzo szybko zakładając konto mailowe z adresem innym niż imię.nazwisko@coś.tam lub choćby samo imię. Nagłówków w stylu „Witaj portiernia!”, Drogi portiernia!” i „Uwaga! Ten list jest tylko dla Portiernia!” naczytałem się już tyle, że przestały mnie śmieszyć.
Ile to wszystko warte można sprawdzić bardzo szybko zakładając konto mailowe z adresem innym niż imię.nazwisko@coś.tam lub choćby samo imię. Nagłówków w stylu „Witaj portiernia!”, Drogi portiernia!” i „Uwaga! Ten list jest tylko dla Portiernia!” naczytałem się już tyle, że przestały mnie śmieszyć.
Trend o którym mowa niestety narasta i w bardziej dopracowanej
może formie pojawia się także poza Siecią, trafiając do naszych
prawdziwych skrzynek pocztowych w postaci np. listów nadsyłanych przez banki. Około dekady temu
taką korespondencją obficie raczył mnie przykładowo ówczesny Lukas Bank. I wszystko tam było super
and only for me dopóki nie udałem się z takim zaproszeniem do jednej z jego placówek, gdzie już w pięć minut… kredytu mi
odmówiono. Sam nie wymyśliłbym lepszej puenty jak ta, którą dopisało
życie. Po powrocie do domu ze skrzynki
wyjąłem kolejny TAKI SAM LIST!!!
O ile jednak wszystkie powyższe przypadki mogą co najwyżej śmieszyć lub irytować, to tego który zaprezentuję teraz w żaden już sposób zaakceptować nie mogę.
Oto „niebędąca ofertą w
rozumieniu…” propozycja kredytu z Santander Consumer Banku. Treść typowa. Dla wybranych
klientów, ograniczony czas trwania, „Szanowny Panie Wojciechu!”, zapraszamy itd.
Po prostu Francja - elegancja.
Pojawia się jednak pewien problem. List adresowany jest do mojego ojca, a ten od ośmiu lat leży w grobie. Chyba nie będzie zainteresowany.
================
* - zwłoki w tytule nie oznaczają zwłok w rozumieniu patomorfologicznym
** - wszystkie imiona w tekście zostały zmienione
** - wszystkie imiona w tekście zostały zmienione
wtorek, 21 maja 2013
Ciecie śmiecie
Gdyby zapytać tak zwanego
przeciętnego Kowalskiego o grupy zawodowe najmocniej kojarzące mu się z
określeniem darmozjady, to prawie pewnym jest, że pracownicy ochrony
znaleźliby się w pierwszej trójce takiego rankingu może tylko walcząc jeszcze o
palmę pierwszeństwa ze strażnikami miejskimi i oczywiście… politykami.
Jaka jest bowiem powszechna
opinia o ochroniarzach? Zależy jeszcze, o
JAKICH ochroniarzach mówimy. Ci prawdziwi z licencjami i tym samym faktycznymi
uprawnieniami do skutecznego działania nie są oceniani najgorzej, choć często się
z nich żartuje. Summa summarum jednak już
ich praca, czyli np. konwojowanie transportów pieniędzy czy ochrona imprez masowych
przynajmniej pośrednio wzbudza jakiś szacunek. Co jednak z szarą większością "bezlicencyjnych",
liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy, a towarzyszącą nam w urzędach, zakładach pracy,
szpitalach czy sklepach? Tu już jest zupełnie inaczej…
Stereotyp? Służę.
Nieciekawie pachnący pan w wieku różnym, intelektualnie poniżej
średniej, kulturalnie poniżej dna (Eee! Kolego! Gdzie leziesz?! Przepustka!) w przepoconym
quasi mundurku, z tapczanikiem pod oknem, telewizorem w szafce, i rocznikiem „Faktu”
pod biurkiem.
I jak takiego szanować? Słuchać? Traktować poważnie?
---
Jedna z wielu kamer jakie pomagają mi w pracy zarejestrowała
któregoś dnia taki oto obrazek. Po dużym placu na którego środku stoi murowany pawilon
spaceruje młoda kobieta z dzieckiem. Przy
czym co ważne dzieciak maszeruje sobie solo kilkanaście metrów przed nią. Idą tak najpierw obok otwartych hal warsztatu, potem wzdłuż gruzowiska pełnego wystających prętów, dalej pomiędzy
zaparkowanymi osobówkami i wreszcie tuż za plecami ekipy remontowej.
W każdym z tych miejsc starczy przypadek i kilka sekund, aby wydarzyła się tragedia...
Wiedząc, po prostu czując podskórnie jak zostanę
potraktowany robię to, za co biorę pieniądze. Chronię. Pardon! PRÓBUJĘ chronić.
-Dzień dobry
-…
-Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam do pani prośbę żeby
nie puszczała pani dziecka samego na taką odległość od siebie…
-Smyczy nie mam!
-…ponieważ jesteśmy na terenie zakładu pracy, jeżdżą
samochody, są otwarte kanały, gruzowisko, sama pani widzi…
-Chce pan mi mówić jak mam SWOJE dziecko wychowywać?!
-Chciałbym tylko żeby nie biegało samo po placu, ponieważ…
-Nie biega samo!
-Obiekt jest monitorowany. Pani spacer został zarejestrowany
i dlatego tutaj jestem…
-To proszę mi pokazać nagranie! Zresztą co mnie... Daj mi pan… Ja tu też dla rozrywki nie przyszłam!
(W tym czasie dzieciak bawi się w piasku o kilka metrów od wyrywających z
hukiem okna budowlańców…)
-Przyjęła pani do wiadomości co powiedziałem?
-Taaa... pewnie.
-Dziękuję.
Wracam na posterunek. Uzupełniam raport. Śledzę kamerą poczynania mojej nowej znajomej i już po kilku minutach dana mi jest kolejna surrealistyczna scenka. Oto pani jakby na pokaz przynosi z samochodu piłkę plażową i pomiędzy gruzowiskiem a dojazdem do hali TIR-ów urządza sobie z malcem mecz...
A co ja mogę? Nic. Jestem w końcu „gupi cieć”, prawda? Wykonuję żałosną pracę, noszę kretyńską koszulkę i wtrącam się, bo chcę kimś porządzić dla zaspokojenia swojego wypaczonego ego.
Kto tam takiego brałby poważnie.
Kto tam takiego brałby poważnie.
piątek, 17 maja 2013
Koty Ligoty
Z pozdrowieniami dla Ali, Abigail i wszystkich innych kociolubów mój współdomownik Rudy oraz sąsiad z drugiej ulicy - kot Paput.
-Hmm... A co ty robisz na moim podwórku?
Skąd się tu wziąłeś?
-Ja?
-Nie wiem... Chociaż czekaj...
-No tak! Jestem przybyszem z kosmosu!
-Jam jest Paput Maximus, superkot z Drogi Mlecznej!
===================================
Kot będący głównym bohaterem historyjki powyżej jest moim najukochańszym zwierzakiem na tej planecie. Zapewne w dużej mierze przez swoją oryginalność.
Nie miauczy ani nie mruczy. Nie przychodzi na "kici-kici" (na "chodź, napijemy się herbatki" albo coś podobnego - zawsze!). Nie bawi się z innymi kotami, wybierając raczej samotne polowania na liście albo szyszki. Krótko mówiąc jest outsiderem żyjącym własnym życiem.
Nazwałem go Paputem ze względu na białe "buciki" na łapkach, ale tak naprawdę nikt nie wie jak ma na imię, gdzie mieszka, jakiej jest płci czy wieku. Kosmita i tyle.
Od dwóch albo trzech lat regularnie odwiedza nasz ogród. Robi obchód wszystkich kątów, czasem walnie się w trawę na godzinkę i znów znika. Przez cały ten czas udało mi się go pogłaskać może z sześć razy a dwa razy nawet ponosić. Poza tym jest nieuchwytny.
Przez całą zimę Paputa u nas nie było. Początkowo ze względu na aurę wydawało się to nawet zrozumiałe, ale jednak tyle miesięcy i nic? Nawet śladu łapek na śniegu? Domyślając się z grubsza gdzie mieszka wpatrywałem się w mijane co rano podwórka oczekując że stanie się cud, ale cudu nie było. Wreszcie nadeszła wiosna, pojechałem pierwszy raz w góry, a potem równie premierowo skosiłem trawę i zaczęło docierać do mnie że zaczarowanego kota już nigdy nie zobaczę.
Któregoś dnia wracając o świcie z pracy znów pomyślałem o puchatym przyjacielu, który często doganiał mnie na ulicy i odprowadzał noga w nogę pod samiutką furtkę. Zrobiło mi się strasznie, strasznie smutno...
Kiedy minąwszy zakręt stanąłem już przed swoim domem zobaczyłem na chodniku czekającego na mnie... Paputa!
Kilka dni później zrobiłem te zdjęcia. Nie macie pojęcia jak się cieszę, że "kosmiczny kot" znów do nas zagląda.
środa, 8 maja 2013
Heartbreak Ridge
WYCIECZKA DZIESIĄTA:
RADZIECHOWY- SZCZYRK SALMOPOL
RADZIECHOWY- SZCZYRK SALMOPOL
Na zapomnianej malutkiej stacyjce zatrzymał się właśnie przykurzony pociąg. Z ostatniego pulmana mrużącego w porannym świetle zdziwione czerwone lampy wyskakuje na peron jeden jedyny pasażer. Jest tutaj obcy. Nikt go nie zna, nikt nie oczekuje. Rzucając krótkie spojrzenie za odjeżdżającym zarośniętym torem składem poprawia stary wojskowy plecak i wolno rusza skrajem pustej o tej porze asfaltowej drogi w kierunku miasteczka…
Przez całą zimę dziesiątki, a może setki razy wyobrażałem sobie tę pierwszą wiosenną wycieczkę, wertowałem przewodniki, notowałem swoje pomysły, dokupowałem kolejne mapy, rysowałem mniej lub bardziej racjonalnie rozłożone trasy. A gdy nadszedł dwudziesty piąty kwietnia wszystkie przygotowane wcześniej plany rzuciłem w kąt i wybrałem miasteczko, a właściwie wieś, która zaciekawiła mnie swoim oddaleniem od znanych szczytów i masowo pokonywanych szlaków. Już przed dwudziestu laty pisano, że droga, na którą się decyduję jest zapomniana i niedoceniana. Gdy tylko przeczytałem te słowa wiedziałem już, że innej nie chcę.
A zatem do rzeczy.
A zatem do rzeczy.
Punkt rozpoczęcia mojej dziesiątej wycieczki w Beskid Śląski to Radziechowy, a dokładniej Radziechowy-Wieprz, stacja kolejowa na trasie Bielsko-Biała – Zwardoń, oddalona od Katowic o niecałe dwie godziny jazdy pociągiem. Chcącym pójść moim śladem mogę od razu podpowiedzieć by gdy tylko pociąg ruszy z Żywca zaczęli zbierać manatki, ponieważ od wysiadania dzieli ich wtedy jakieś plus minus pięć minut. Punktami orientacyjnymi niech będą widziane po prawej najpierw budynki browaru, a potem jeziorko. Zaraz za nimi spodziewać się należy przystanku. Dla urozmaicenia po lewej stronie.
Tutaj ważne zastrzeżenie. Ta wycieczka jest moją pierwszą z włączonym dosyć długim odcinkiem nieznakowanym. Szlaku turystycznego de iure początkowo po prostu nie ma, choć moim zdaniem powinien być – czarny – łącznikowy. Kto więc chciałby swój marsz rozpocząć bardziej oficjalnie ma prostą alternatywę – dojazd ze stacji autobusem miejskim linii 5 do ostatniego przystanku w Radziechowach. Kierunek jazdy to, że się tak wyrażę „za pociągiem”, czyli gdy staniemy twarzą do Drogi Krajowej 69 biegnącej wzdłuż torów, je same mając za plecami - po prostu w lewo. Wybierający jak ja wersję pieszą podążają w tym samym kierunku mijając przydrożny krzyż i wypatrując nieco dalej budynku najpierw banku a później gminy Radziechowy. Przy nich skręcić należy z drogi, którą do tej pory szliśmy w prawo na ulicę Główną i nią maszerować już cały czas prosto.
Czy warto pokonywać te pierwsze kilometry na nogach? Zależy czego się szuka. Jeżeli sennego spokoju i autentycznych podmiejsko wiejskich klimatów nieskażonych komercją, od jakiej roi się np. w Szczyrku, to z pewnością tak. Mnie w każdym razie się spodobało. Kilkanaście bardzo ciekawych i starych zarazem domostw, ustrojone kwiatami kapliczki, szumiący tuż przy drodze potok Wieśnik, urokliwy kościół Św. Marcina, beczące w zagrodach owce i wylegujące się na asfalcie koty to tylko niektóre z powodów, by autobus sobie darować. Nie od rzeczy będzie tu dodać, że w swego rodzaju wzruszenie i zakłopotanie zarazem wprawiały mnie miejscowe dzieciaki maszerujące rankiem do szkoły i w ogromnej większości grzecznie mówiące mi dzień dobry. Jakieś to inne takie, ale przecież bardzo miłe.
Tutaj ważne zastrzeżenie. Ta wycieczka jest moją pierwszą z włączonym dosyć długim odcinkiem nieznakowanym. Szlaku turystycznego de iure początkowo po prostu nie ma, choć moim zdaniem powinien być – czarny – łącznikowy. Kto więc chciałby swój marsz rozpocząć bardziej oficjalnie ma prostą alternatywę – dojazd ze stacji autobusem miejskim linii 5 do ostatniego przystanku w Radziechowach. Kierunek jazdy to, że się tak wyrażę „za pociągiem”, czyli gdy staniemy twarzą do Drogi Krajowej 69 biegnącej wzdłuż torów, je same mając za plecami - po prostu w lewo. Wybierający jak ja wersję pieszą podążają w tym samym kierunku mijając przydrożny krzyż i wypatrując nieco dalej budynku najpierw banku a później gminy Radziechowy. Przy nich skręcić należy z drogi, którą do tej pory szliśmy w prawo na ulicę Główną i nią maszerować już cały czas prosto.
Czy warto pokonywać te pierwsze kilometry na nogach? Zależy czego się szuka. Jeżeli sennego spokoju i autentycznych podmiejsko wiejskich klimatów nieskażonych komercją, od jakiej roi się np. w Szczyrku, to z pewnością tak. Mnie w każdym razie się spodobało. Kilkanaście bardzo ciekawych i starych zarazem domostw, ustrojone kwiatami kapliczki, szumiący tuż przy drodze potok Wieśnik, urokliwy kościół Św. Marcina, beczące w zagrodach owce i wylegujące się na asfalcie koty to tylko niektóre z powodów, by autobus sobie darować. Nie od rzeczy będzie tu dodać, że w swego rodzaju wzruszenie i zakłopotanie zarazem wprawiały mnie miejscowe dzieciaki maszerujące rankiem do szkoły i w ogromnej większości grzecznie mówiące mi dzień dobry. Jakieś to inne takie, ale przecież bardzo miłe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.






