Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


sobota, 31 sierpnia 2013

Już za chwileczkę, już za momencik...

..."Piątek z Pankracym" zacznie się kręcić ;))
 
 
Żeby nie było, że mnie nie ma, uprzejm(n)ie donoszę, że najpóźniej 6 września pojawi się na tym blogu relacja z mojej wcale nie pechowej, za to rekordowej trzynastej wędrówki przez Beskid Śląski. Zapraszam w imieniu swoim i świstaka Alojzego.
  



 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Mój songbook

Często mówimy, że jakaś piosenka kojarzy nam się z konkretnym miejscem czy osobą, a czasem nawet, że z jakimś dłuższym okresem naszego życia („Godzina piąta, minut trzydzieści!!!”). Jest jak okładka zeszytu, pierwsze zdanie ulubionego wiersza albo… drogowskaz na szlaku. Nadaje kierunek naszej pamięci.
 
Pospacerowałem więc sobie wczoraj troszkę po swojej przeszłości, odnalazłem kilka zapomnianych już prawie obrazków i doszedłem do wniosku, że chyba nagrać powinienem taką płytkę z soundtrackiem do mojego CV. I wcale nie byłoby tam wyłącznie moich naj naj naj przebojów, a po prostu takie właśnie skojarzynki… 

Mieczysław Wojnicki - Kaczuszka i mak

Kiedy byłem zupełnym maluchem a zachowywałem się niegrzecznie, mój tata zamiast prosić czy grozić... śpiewał mi tę piosenkę. I starczało kilka chwil bym był zalany łzami. Nie wiem skąd mi się to wzięło, nie wiem dlaczego ZAWSZE skutkowało, ale nie wiedzieli tego także moi rodzice. Ważne, że "kaczuszka" to było ich wunderwaffe na moje szaleństwa. Przez długie, długie lata.
 
Dużo później, gdy byłem już dorosły, ojciec zapytał mnie, co tak działało na mnie w tej historyjce. Po głębszym zastanowieniu (No mów, bo zacznę ci śpiewać!) doszedłem do wniosku, że strasznie żal mi było biednej kaczuszki, która zamiast prawdziwych róż cieszyć się musiała tylko zwykłymi makami... Takie nic, zwykły kwiatek, a ona nawet tego nie miała.
 
Kaczuszko wiesz maki są tak duże, duże, duże
a ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki
Kaczuszko wiesz maki są czerwone tak jak róże
kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest...
 
Jasny gwint! Miałem tylko skopiować i wkleić ten kawałek tekstu, nie czytając!
Ma ktoś chusteczkę?
 
Andrzej Rybiński – Nie liczę godzin i lat
 
Wielki hit wakacji 1983, a dla mnie prywatnie obrazek z wczasów nad morzem w luksusowym jak na PRL przynajmniej (a o dziwo istniejącym do dziś) ośrodku „Grodno II” koło Międzyzdrojów. Niepowtarzalny jak to pisywała Stefania (nomen omen) Grodzieńska „zapach hotelu” ubarwiony smakiem nieosiągalnej na Śląsku Pepsi Coli. Zygzakowate zejście na plażę, dmuchane kolorowe piłki, plastikowy samolot z kręcącymi się skrzydłami, wariackie rowerowe rajdy po okolicy i… bąk (albo inny podobny stwór), który użądlił mnie dokładnie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Musiało naprawdę boleć, skoro pamiętam to po trzech dekadach, no ale przecież NIE LICZĘ godzin i lat…
 

piątek, 2 sierpnia 2013

Dworzec PKP Katowice Ligota

Krótkie spojrzenie na niszczejący dworzec kolejowy w Katowicach Ligocie na którym nie można kupić biletu, skorzystać z WC, umyć rąk czy nawet usiąść, ale za to można... obejrzeć spektakl teatralny.

Temat zaniedbanych stacji poruszałem już w postach Dewa Stacja oraz Portier pyta - PKP odpowiada w ubiegłym roku.


 

niedziela, 28 lipca 2013

Trzy kolory...

SZARY
 
Kiedy się spogląda na J. można odnieść wrażenie, że wyszedł z dobrego katalogu mody. Jest zawsze nienagannie ubrany, pełen dobrych manier, zadbany, pachnący i nieco staroświecko elegancki. Jako jedyny chyba w całym kombinacie jeździ dziś już raczej nietypowym, ale przecież nieustająco rasowym samochodem.  Ma swój własny styl.
 
J. zresztą w wielu aspektach służyć mógłby za wzór. Kłania się na przykład z daleka każdemu, nawet byle portierowi, bez ucinania i mruczenia odzywa pełnym „dzień dobry” i demonstracyjnie maszeruje "na produkcję" okrężną drogą za kontenerami zamiast jak niektórzy przepychać się przez naszą budkę. Choć jeśli mam być szczery to to ostatnie akurat wespół z historią, o której opowiem nabiera nieco innego wymiaru…
 
Którejś Wigilii J. przyjechał przed południem po jakieś drobiazgi zostawione w biurze. Nie był tego dnia pierwszym, ani też ostatnim, ale to właśnie jego wizyta została mi w pamięci na zawsze. Oddając klucze złożył mi przy okazji jak wszyscy chyba tego dnia życzenia świąteczne.  Stał może o dwa kroki przede mną, więc w naturalnym odruchu wyciągnąłem do niego dłoń i… napotkałem pustkę. Oraz coś gorszego – cofającą się bezwiednie rękę mojego rozmówcy. Szybkie spojrzenie prosto w twarz i oto zobaczyłem zdegustowanie tak prawdziwe, tak czyste, że w sekundzie niweczące wszystkie piękne słówka z rozpędu jeszcze płynące w moją stronę.
 
Zapewne zgodnie zresztą z odczuciem wewnętrznym moja mina wyrażała w tej chwili tylko wściekłość, bo po sekundzie konsternacji wyraźnie zagubiony J. kordialnie już ściskał obiema dłońmi moją i raz jeszcze, teraz już głosem prawie że ojcowskim składał mi życzenia.
 
Pewien jestem, że po tym spotkaniu obaj umyliśmy ręce z obrzydzeniem, choć możliwe, że on w droższym mydle…
 

niedziela, 21 lipca 2013

Iść ciągle iść w stronę Stożka!

WYCIECZKA DWUNASTA:
WISŁA GŁĘBCE - STOŻEK - KUBALONKA - ISTEBNA
 
Wycieczka dwunasta, na którą pozwolę sobie Szanownych Czytelników dziś zaprosić ma poza walorami turystyczno krajoznawczymi dwa inne jeszcze ciekawe aspekty. Po pierwsze w trzech różnych miejscach na krótko styka się z trasą mojej wyprawy numer siedem (Ustroń Polana - Wisła Głębce), o czym będzie jeszcze mowa poniżej, po drugie zaś stanowi po kwietniowym marszu Radziechowy – Biały Krzyż kolejny etap „odcinania” różnych dojść na Baranią Górę, tak, aby poznając je same do celu jednak jeszcze przez jakiś czas nie docierać. Ot, taki sobie plan okrążający. Bądź co bądź Barania jest ostatnim ważnym szczytem Beskidu Śląskiego jaki mi pozostał do zdobycia poza oczywiście sporą jeszcze ilością drugo i trzecioligowych gór i górek między pomiędzy. Ale dziś nie o Baraniej będzie, a o Wielkim Stożku z przyległościami. Odwiedziłem ten szczyt latem ubiegłego roku i już wtedy zapisałem sobie w pamięci, że należałoby tu wrócić, aby poznać dalszy ciąg Głównego Szlaku Beskidzkiego.
 
Słowo się rzekło, turysta u płotu. Wczesnym przedpołudniem dziewiątego lipca roku pańskiego 2013 pojawiam się na peronie pełnej uroku stacji kolejowej w Wiśle Głębcach, aby ruszyć na dwunastą już moją wyprawę.


Kolor zielony, kierunek Wielki Stożek. Po wyjściu z pociągu proszę poszukać w lewo od budynku dworca tabliczki z opisami tras lub po prostu przejść z peronu za ów budynek i skierować się drogą wzdłuż torów w stronę z której przyjechaliśmy. Początkowo szlaki zielony i niebieski wiodą tą samą drogą – przedłużeniem ulicy Dworcowej, ale po kilku chwilach niebieski odchodzi w lewo przy dawnym (obecnie podobno w remoncie) domu wczasowym fabryki farb i lakierów Lechia, zaś zielony bardzo stromo sprowadza nas w dół, przez sekundę prawie po szynach (!!!) do ulicy Turystycznej.

Wycieczka w komplecie? No to proszę wycieczki, sprawy mają się tak…
 

Po prawej widzimy słynny wiadukt kolejowy (ze szlaku można w połowie zejścia skręcić wprost na niego – górą, ale tego ze względów bezpieczeństwa nie polecam), przed sobą potok zwący się identycznie jak i cała dzielnica – Łabajów, zaś po lewej spokojną drogę, ponad którą już wkrótce dane nam będzie ujrzeć szczyt Stożka. Szlak zielony prowadzi właśnie w lewo i choć jak w poprzednich moich wycieczkach odcinek „asfaltowy” można łatwo pominąć dojeżdżając autobusem na przykład spod szkoły w Głębcach, to jednak ja równie tradycyjnie tego rozwiązania nie polecam. Skracając trasę (Po co, skoro przyjechaliśmy na wycieczkę?)  stracimy wtedy bezpowrotnie wiele czarujących widoków zupełnie jeszcze w dobrym znaczeniu tego słowa „przedwojennej” miejscowości wypoczynkowej.
 
A więc idziemy. Morze zieleni, szumiący potok, wiejska, bardzo rzadko używana przez samochody droga i rozsiane po zboczach wille. Zapach lasu, śpiew ptaków, słońce. Niesamowity, wyciszający klimat. Zupełnie pozaczasowy. Tutaj chyba nie można być wczasowiczem, tutaj się jest LETNIKIEM. Po raz któryś już mam wrażenie, że Wisła to wciąż jeszcze Druga Rzeczpospolita.
 

środa, 26 czerwca 2013

Na web i na szyję

WYCIECZKA JEDENASTA: WILKOWICE - MAGURA - BYSTRA

Wilkowice-Bystra, a dokładniej stacja kolejowa o tej nazwie, podobnie jak Radziechowy-Wieprz współdzielona przez dwie odrębne gminy, to miejsce szczególne. Bez zbędnych dojazdów komunikacją miejską, przesiadek i poszukiwań można stąd zacząć nie tylko kilka różnych wycieczek w Beskid Śląski, ale i gdyby ktoś miał ochotę, wyruszając w przeciwnym kierunku, trafić do Beskidu Małego. Nie ma się wobec tego co dziwić, że pierwszym skojarzeniem, jakie już wiele miesięcy temu przyszło mi do głowy wraz z planem stopniowego poznawania coraz dalszych punktów na trasie linii kolejowej do Zwardonia była akurat ta miejscowość. I mało tego! Na przełomie marca i kwietnia, gdy mogło się jeszcze wydawać, że zima nigdy się nie skończy rozrysowałem sobie na jakimś karteluszku najprostszą z możliwych jak wtedy sądziłem, tę właśnie dzisiejszą trasę. Szybką, krótką i w gruncie rzeczy nieco ulgową. Ale za to idealną na wczesnowiosenne rozpoczęcie sezonu.
Czas pokazał jednak, że po pierwsze owo rozpoczęcie odbyło się gdzie indziej, bo w Radziechowach, po drugie zaś z pewnym pobłażaniem potraktowana marszruta z Wilkowic przeniesiona z kwietnia na czerwiec okazała się tą, która po raz pierwszy zmusiła mnie do wywieszenia białej flagi…
Ale zacznijmy od początku.
 
Nie wiem czy opowiadałem już jak to dawno, dawno temu wynalazłem Internet? Uhmm… Badania okresowe mam ważne, proszę nie robić takiej miny. Sam wynalazłem, nikt mi nie pomagał, ha ha ha. Otóż jako dzieciak wymarzyłem sobie urządzenie, coś na kształt dzisiejszego bankomatu, także jak on z wyświetlaczem, na którym po wetknięciu w odpowiednie miejsce monety lub banknotu będzie można przeczytać cóż też za nie dałoby się dostać. I oczywiście takie wybrane przez obsługującego przedmioty dostarczone zaraz jakimiś rurami wypadałyby potem z odpowiedniej klapki wprost do rąk! Mowa wtedy była rzecz jasna o takich najpotrzebniejszych sprawach, typu ciepłe (lub zimne) lody, miśki, pepsi, ciężarówa z przyczepą, scyzoryk czy sto plastikowych żołnierzyków (to ja chyba bardziej Allegro wymyśliłem niż Internet!), ale zostawmy to. Chodzi o pomysł, samą jakby to powiedział ze swoim cudownym akcentem towarzysz Gomułka „ideję”.
 
Albowiem ta to właśnie „ideja” staje mi znów przed oczami, kiedy nie całkiem dobudzony i niezupełnie jeszcze kompletnie ubrany kupuję bilet w góry. Ale nie na dworcu, skąd. W swoim pokoju, na swoim krzesełku, przed swoim komputerem. Wybieram, klikam, płacę szybkim przelewem i… włączam drukarkę. Jeszcze sekundka i oto jest. Science fiction w domu i zagrodzie.
 
A kiedy już się wydało bladym świtem plus minus piętnaście złotych, to jechać trzeba. Taka kupa szmalu nie może przepaść! No to jadę. Plecak, buciory, nóż, woda, apteczka, zestaw map, kanapki, czekolada, telefon, zapasowy telefon (dobry patent – polecam!), aparat fotograficzny i moro. Niestety nie Joanna, a tylko czapeczka. Wolałbym Joannę… yyy… nieważne.
 

wtorek, 11 czerwca 2013

ABC i tak dalej

...czyli okołobeskidzkich wspomnień
z dzieciństwa i młodości spora garść ;)
 
 ***
Kiedy 30 września 2011 roku po wielu latach przerwy wsiadałem znów do pociągu jadącego do Bielska miał to być tylko epizod, swego rodzaju dalszy ciąg wspomnieniowych odwiedzin w miejscach znanych mi i zapamiętanych z dzieciństwa i wczesnej młodości. Po spacerze przez osiedle na którym dorastałem, po wzruszającej do łez łazędze po umarłej kopalni Kleofas, a „chwilę” przed powrotem po kilku dekadach do szpitala w którym jako osiemnastolatek przeżywałem zauroczenie pewną pielęgniarką, znalazły się Beskidy.
Chciałem tylko na nie zerknąć, poszukać przeszłości i wrócić.  Ale o ile moje osiedle było już tylko pustą, de facto obcą mi skorupką, kopalnia strupieszałymi ruinami, a szpital w znanej mi wersji dobiegał właśnie końca swych dni za sprawą generalnego remontu, to w górach nikt nie kazał mi biec. Przeszłość trwała tam tak samo pewnie jak wtedy, gdy była teraźniejszością. To chyba dlatego już później przy każdej kolejnej wycieczce, nawet w zupełnie nowe, nieznane mi miejsca czułem się jak gdybym przechodził przez lustro, wprost do krainy zaczarowanego, słodkiego dzieciństwa, gdzie nic być nie musi, a wszystko może.
 
 *** 
Bielsko-Biała w tych wspomnieniach to właściwie tylko okolice dworca. Sam budynek od pierwszego spotkania wydający mi się sympatycznym, gmach BPBP naprzeciwko, oczywiście dworzec autobusowy, estakada i przystanek „mojej” ukochanej ósemki. Dlaczego ukochanej? Może dlatego, że zawsze wzruszał mnie napis „Szyndzielnia” na tabliczce, a teraz wyświetlaczu. Wydawał się jakiś nierealny w porównaniu z różnymi „osiedlami”, „pętlami” i wszystkim podobnym. I choć w każdym mieście są takie dziwne nazwy (w Katowicach był kiedyś autobus „zatytułowany” „Wesoła kopalnia Lenin”) to jednak ta spodobała mi się najbardziej ze wszystkich.

Na tym przystanku od lat wszystko jest (dla mnie) niezmienne. Zimny, czasem chmurny poranek, ludzie, wcale nie turyści, zwykli codzienni szarzy ludzie wracający do domów z zakupami, szumiące z dala pociągi i wreszcie….
-Jedzie!
-Masz bilety?
 
Czasem wstydzę się spojrzeć w oczy współpasażerom, bo moje prawie że wzruszenie może wydać im się śmiesznym, ale tak samo dwadzieścia osiem lat temu jak i dziś z nosem przyklejonym do szyby przeżywam całym sobą niedługą przecież w sumie podróż, by wreszcie na cichym, otoczonym lasem i górami placyku obok dolnej stacji kolejki linowej wysiąść i rozejrzeć się za każdym razem nie umiejąc pochłonąć naraz tego piękna.

Prosta, prozaiczna wręcz trasa od szczytu Szyndzielni poprzez Klimczok do Szczyrku jest dla mnie również wyjątkowa z wielu względów. To tędy po raz pierwszy w życiu szedłem z ojcem na górską wycieczkę, to tędy szła lat ileś wcześniej także z nim moja mama („A wiesz jak mnie kolana bolały!?”), to też tutaj deptał z podobnie jak ja pierwszego dnia kwaśną miną jego brat. Wszyscy my nieco "na siłę" ciągnięci w Beskidy. Ale czar działał. Z bratem jeździł mój tata jeszcze wiele razy (w tym na rowerach z Katowic do Wisły na przykład!), mama do dziś wspomina panoramy z Klimczoka, a ja…
A ja zrozumiałem dopiero niedawno, że wśród wielu spraw małych i dużych w których oczekiwań ojca nie spełniłem jest ta jedna przynajmniej z której na pewno gdyby żył byłby szczęśliwy. Pokochałem jego góry. A może należałoby napisać; zrozumiałem.

środa, 5 czerwca 2013

Kwestie formalne

Wykorzystując po raz milionowy swój filmik z przejazdu pociągiem pomiędzy Szopienicami a Zawodziem wzbogaciłem go o warstwę muzyczną i niniejszym zapraszam do zerknięcia tudzież posłuchania tak zmiksowanej całości poniżej. Wykonawcą utworu jest... rosyjska grupa Stoner Train.
 
Na You Tube dostępna jest także zmieniona wersja filmu z dziesiątej wycieczki w Beskidy, zaś na Dysku Google mój subiektywny po nich (o mało co) przewodnik w formacie PDF.
 
Smacznego!
 
 

Kliknij w obrazek poniżej aby przejść
do pobierania darmowej książeczki "Zadyszka za dyszkę"!
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.