sobota, 28 kwietnia 2018
Frankie Goes to Hollywood
Przyznaję, nie jest to spostrzeżenie które można by nazwać aktualnym, ale że jest, warto o nim wspomnieć. Taki drobiażdżek. Osiedle Franciszkańskie na pograniczu Ligoty i Kokocińca. Franciszkańskie rzecz jasna od bazyliki franciszkanów, nie od Franciszka na przykład Pieczki a tym bardziej Franka Kimono. I po franciszkańsku skromne. Kiedyś, ładnych kilka lat temu, prowadziłem korespondencję z administracją tegoż miejsca u której usiłowałem uzyskać informację czy i jakie działania rekultywujące zastosowano na terenie budowy przed jej rozpoczęciem. Odpowiedzi nie otrzymałem. To znaczy nie, żeby nie przeinaczyć, odpisano mi, a owszem, pytaniem czy kupiłem lub zamierzam kupić mieszkanie. Odpisałem, że nie, ale chcę wiedzieć. Odmówiono mi tej wiedzy. Może nie chcieli się chwalić? Skromność to wszak wielka cnota.
No to niewiedzącym, tudzież nowym i bardzo młodym przypomnę tylko, że zanim powstało osiedle przez plus minus sześćdziesiąt lat działał na jego terenie PEMUG - Przedsiębiorstwo Montażu Maszyn i Urządzeń Górniczych, firma bynajmniej nie zajmująca się hodowlą stokrotek, stąd jak sądzę dociekanie moje miało sens...
Dziś (dopiero) zauważyłem inny jeszcze wymiar skromności właścicieli osiedla. Widoczny zresztą na moim zdjęciu zamieszczonym poniżej. Mamy tu nazwę miejsca oraz zarys sylwetki panewnickiej bazyliki franciszkanów. Niby logiczne, ale jednak nie do końca, bo na obrazku krzyży się nie uświadczy... Więc może to nie bazylika, a tylko jakieś wieże? A osiedle zbudowano ku czci na przykład słynnego zespołu od "rilaks, dontułyt"? :))
niedziela, 22 kwietnia 2018
Nasze małe Need for speed
W panewnickich lasach, niedaleko pętli autobusowej i słynnego opuszczonego szpitala nazywanego przez naiwnych willą Chruszczowa znajduje się bardzo interesujące miejsce. Jest to kilka wyasfaltowanych placyków poprzedzielanych zaroślami, które kiedyś (placyki, nie zarośla) były terenem rozmaitych zakładów pracy, w większości dawno już dziś zburzonych. Od ładnych paru lat jeśli nie dłużej odbywają się tu nielegalne wyścigi samochodowe, a dokładniej rzecz ujmując bardziej może pokazy gromadzące całkiem sporą publiczność. Wielu osobom mieszkającym na Zadolu czy w Ligocie to przeszkadza, ponieważ niewątpliwie pisk opon słychać bardzo daleko, ale z drugiej strony nic złego się tu nie dzieje, a też sami kierowcy nikomu, poza swoimi maszynami, krzywdy nie wyrządzają.
O tym, że mają talent świadczy choćby ten krótki filmik jaki dziś nakręciłem. Może jest to jakiś niewykorzystany potencjał? Nie wszystko w końcu co młode i krnąbrne jest złe. Zamiast skarg i narzekań, zamiast straszenia się nawzajem może by tak ktoś pomyślał o ucywilizowaniu tej okolicy? Teren można ogrodzić, oświetlić, co nieco uporządkować i z pewnością wprowadzić jakieś ograniczenia czasowe organizowania tu takich rajdów. W zamian zyskamy ciekawe miejsce, coś idealnego dla młodych i nie tylko, możliwość zarobku (fast foody itp.) i przede wszystkim niekonwencjonalną rozrywkę pozwalającą realizować ludziom swoje pasje i także wpisującą się w nowoczesny wizerunek miasta.
Las? Zwierzęta? Jedno i drugie jak na śląskie warunki i tak na razie ma się nieźle. Skoro nie myślimy o nich prowadząc nowe drogi i budując nowe osiedla nie bądźmy nadgorliwie obłudni legalizując i cywilizując to, co i tak już jest, a co może być lepsze, bezpieczniejsze i ciekawsze dla dobra wszystkich.
Ja jestem za.
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Tyle samo prawd...
Czasem w życiu bywa tak, że słyszy się bicie własnego serca, a może zresztą bardziej nawet odczuwa niż słyszy. Świat zwęża się wtedy niemalże do jednego zmysłu, jak w sytuacji ekstremalnego zagrożenia, nawet, jeśli to zagrożenie realnie nie istnieje, a jest tylko mglistą obawą przed nim. Tak właśnie czuję się dziś. Stoję opierając się lekko rękami o śliski blat stołu. Ponad przerastającym wszystko oceanem szumu w mojej głowie unosi się ostatnia cienka nitka realności po której płynie do mnie głos odczytujący zdania na które czekałem wiele miesięcy, a których nie wiedzieć czemu zacząłem się bać ledwie kilkadziesiąt minut temu...
...uznaje, że w wymienionym okresie był zatrudniony na umowę o pracę...
...zasądza...
...bez wątpienia...
...czynnik ekonomiczny nie uzasadnia stosowania takich rozwiązań wobec pracowników...
Fala nagle opada, szum ustępuje, serce wraca na swoje miejsce. Nie, to mi się nie śni. Wygrałem. Spoglądam na ławkę naprzeciwko. Moja dawna "władza najwyższa" z miną skrzywdzonego dziecka, nie wierząca w to co słyszy, zirytowany i jakby skulony jej prawnik całym sobą mówiący "nieważne, chodźmy stąd i przygotujmy PRAWDZIWY odwet", jego podobnie zagubiona koleżanka, jakaś nieznana mi pani na widowni. A sędzia spokojnie wygłasza kolejne zdania... Uśmiecham się. Przecież ten "czynnik ekonomiczny nie uzasadniający takich działań" to moje własne słowa sprzed kilkunastu minut. Dziwnym trafem po raz już drugi w życiu moje słowa trafiają do wyroku sądu pracy. Kiedyś było to w sprawie mojego kolegi zdanie "przełożony to nie tylko osoba wydająca polecenia, ale przede wszystkim MAJĄCA PRAWO wydawania poleceń". No bo czyż nie tak właśnie jest? Nie chwaląc się zresztą, to akurat zdanie było jednym z punktów które pozwoliły mu wygrać wtedy z pracodawcą wystawiającym umowy o dzieło zamiast o pracę.
Czego się zatem bałem, skoro prawda jest tylko jedna?
Nie wiem. Może dlatego strach był większy.
Prawie dwa lata temu, o wiele za późno, złożyłem skargę do Inspekcji Pracy na firmę w której byłem podówczas zatrudniony na umowie śmieciowej i za śmieciowe pieniądze. Kiedy dziś sięgam pamięcią do tych dni, w zasadzie trudno jest mi ocenić co miało tu znaczenie decydujące, ale najprawdopodobniej był to jakiś drobiazg, który po prostu przepełnił przysłowiową czarę goryczy. Wniosek trafił więc pocztą do PIP, a sama inspekcja w kilka tygodni później pojawiła się w moim zakładzie. Przewertowano tomy akt osobowych, przesłuchano kilkunastu przypadkowych ochroniarzy, potem mojego kierownika, jego szefa i wreszcie gdzieś między pomiędzy, oczywiście niby to przypadkiem, mnie. Inspektor po przeanalizowaniu dokumentacji, sytuacji na obiektach oraz zeznań pracowników bez cienia wątpliwości uznał, że stosunek łączący mnie z firmą jest stosunkiem pracy, nie umową cywilnoprawną. To samo orzeczono wobec każdego z przesłuchiwanych w trakcie kontroli moich kolegów. Jedno tylko wyglądało inaczej. Poza pewnym emerytem, któremu jak sam stwierdził aż tak na tej pracy nie zależało oraz mną NIKT inny nie zgodził się na podpisanie w protokole stwierdzenia, że nie akceptuje obecnej formy zatrudnienia i domaga się umowy o pracę. Nie oceniam tych ludzi, ponieważ w dużej mierze ich rozumiem, ale przypomnieli mi się, gdy pewna osoba twierdziła potem w sądzie, że na grube setki pracowników takich jak ja "zbuntowanych" można by przez lata policzyć na palcach jednej ręki...
Po kontroli inspektorzy nakazali mojemu pracodawcy natychmiastową zmianę formy mojego i moich kolegów zatrudnienia, co ten oczywiście (?) zignorował. Prawnicy z PIP-u zajęli się zatem sporządzeniem pozwu do sądu. Mój udział w tym, to kilkustronicowe zeznanie, przygotowane zresztą samodzielnie przed spotkaniem z inspektorem, w którym to piśmie zawarłem wszystkie swoje usystematyzowane już wtedy pretensje i argumenty co do warunków zatrudnienia i płacy oraz kilka dodatkowych smaczków obrazujących jak firma podchodzi do poszanowania prawa w ogóle.
Około roku temu rozpoczęła się wreszcie sprawa sądowa. Przesłuchiwano w jej trakcie moich kolegów z obiektu, kierownika, dyrektora, a wreszcie samą wierchuszkę z zarządu i last but not least mnie. Padały różne słowa, od takich które świadomie lub nie wpasowywały się moją narrację poprzez te zwyczajne, zwyczajnie również jej zaprzeczające, aż po takie po których włosy stawały dęba, gdy się miało świadomość, że są co najmniej dalekie od rzeczywistości a mimo to wygłaszane bez cienia zażenowania. Dla mnie jednak najdziwniejszym było coś innego. Oczywiście w sądach, także sądach pracy, bywałem już w życiu parokrotnie, ale jakoś zawsze wcześniej moje zeznania to było coś w rodzaju "niech świadek opowie...", a więc po prostu opowiadałem. Tutaj głównie odpowiadałem na pytania i to pytania czasem mające mnie urazić, obrazić lub zirytować. Byłem także łapany za słowa, wciągany w pułapki i atakowany na różne sposoby w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. I to ani łatwe ani miłe nie było, ale zaręczam że odwdzięczałem się potem pięknym za nadobne określając pewne działania mojego eks pracodawcy wprost takimi za jakie je uważałem, a to na pewno bolało.
Nie opiszę tu szczegółów ponieważ ani nie chcę, ani mi jeszcze nie wypada, ani nawet nie o nie chodzi. Opowiadam za to z grubsza o całej historii, gdyż ważniejszym w niej jest to, jak właściwie sprawa toczyła się od momentu gdy zebrałem się w sobie by zawalczyć z dotychczasowym zakładem pracy, aż do chwili gdy usłyszałem korzystny wyrok sądu. Cóż, jak widać, nie było tam niczego co byłoby nie do przejścia dla średnio rozgarniętego Kowalskiego. Tym bardziej, że rozpoczęcie od kontroli PIP dało mi także wsparcie prawne, oczywiście darmowe, na każdym etapie sprawy (i rozprawy) a także zdjęło ze mnie obowiązek sformułowania pozwu, któremu pewnie bym podołał, ale jednak nie z takim profesjonalizmem jak fachowcy dla których to codzienność.
Czy to więc już koniec? Czy mam świadectwo pracy, nową umowę i kilkadziesiąt tysięcy złotych w kieszeni?
Nie.
Bez wątpienia moi adwersarze odwołają się jeszcze a walka potrwa dłużej. Jestem na nią gotowy. Myślę, że teraz znacznie bardziej niż na początku.
Chciałbym, żeby tak samo jak ja dwa lata temu, ale przede wszystkim jak ja dziś, pomyślały w podobnej sytuacji setki tysięcy ludzi, którzy w imię posiadania jakiegoś tam zatrudnienia godzą się na warunki krzywdzące ich lub przynajmniej umniejszające to, co im się z mocy prawa należy.
Owszem, życie to nie film. Każdy czasem się boi, każdy zająknie, pomyli słowa, wpakuje na minę ku radości przeciwnika. Mało który też portier czy sprzątaczka znają na wskroś prawo pracy i fachową terminologię. Ale prawda jest jedna. Tylko jedna. Zdrowi i silni czy pokiereszowani codziennością na śmieciówkach musimy mieć odwagę o nią walczyć, skoro innym nie brakuje odwagi by ją wypaczać na swoją korzyść.
sobota, 3 marca 2018
Bałagan na kółkach
Każdy autobus naszego głównego miejskiego przewoźnika, czyli PKM Katowice jest codziennie myty i sprzątany według ściśle określonych zasad. Nie wchodząc w drobiazgowe opisy można powiedzieć najprościej, że po zjeździe z trasy i zatankowaniu na następny dzień najpierw myje się taki wóz częściowo automatycznie, częściowo ręcznie z zewnątrz, a potem do środka wkracza wyposażona w odkurzacze i szczotki brygada i bierze się za to, co dla nas, pasażerów, najważniejsze, czyli siedzenia, uchwyty, podłogi i (to już nie codziennie) okna. Kiedy jednak na dworze jest duży mróz sprzątanie ogranicza się do zamiatania, odkurzania i ewentualnie zupełnie podstawowego przecierania. Autobusu z zewnątrz się wtedy nie myje. Wystarczy przyjrzeć się prywatnym samochodom jeżdżącym po Katowicach na przykład w mijającym tygodniu, kiedy temperatury dochodziły nocami do dziewiętnastu kresek na minusie, aby dostrzec, że nie tylko PKM tak robi. A zatem okej, nie mamy co mieć pretensji, bo przecież jest to podyktowane troską o pojazd, któremu podobnie jak nam kąpiel a potem "wyjście na dwór" mogłoby zaszkodzić. Ale, proszę państwa, jedno jednak muszę dodać zastrzeżenie. Przyglądając się kilka lat temu wielokrotnie jak to wszystko wygląda w praktyce, nigdy, podkreślam to, nigdy nie zauważyłem aby niezależnie od pogody dopuszczono do wyjazdu takiego brudasa, jak ten na zdjęciach poniżej.
Autobus linii 292 w piątek drugiego marca. Według informacji ze strony KZK GOP operatorem świadczącym usługi na tej trasie jest prywatna firma pana Krzysztofa Pawelca z Pacanowa.
Nie mam co prawda zdjęć z zewnątrz, ale te wewnętrzne doskonale pokazują w czym rzecz. Przez wszystkie szyby wozu poza tymi w szoferce nie widać dosłownie nic. Brud, błoto, sól, Bóg wie co tam jeszcze. Takiego, proszę wybaczyć, SYFU, nie widywałem nawet za głębokiej komuny. A gdy na dodatek tuż za tym czymś na przystanek podjeżdża żółciutka "12" z PKM-u - czysta od kół po dach, to już naprawdę trudno się nie zirytować...
sobota, 27 stycznia 2018
Ciemna strona szlabanu
Historia do której odnosiłem się w poprzednim wpisie otrzymała właśnie zaskakujący dalszy ciąg. Aczkolwiek ani o jotę nie zmienia on mojej opinii o outsourcingu i jego skutkach, w tym przede wszystkim stwierdzenia, że skoro szpital potrzebuje obsługi portierskiej, to i szpital powinien takową zatrudniać, to jednak ma jeszcze jedno, głębsze dno, ponieważ pokazuje pośrednio jak manipulują nami media.
Okazało się właśnie, że to nie do końca lekarz był bohaterem a portier złym duchem, że też nie do końca jeden chciał i prosił a drugi odmawiał i ignorował, i wreszcie niestety, że tzw. parcie na szkło pierwszego było wprost proporcjonalne do wycofania drugiego. Brutalne słowa jakie pojawiły się potem w komentarzach, żałosne sondy, takie jak ta którą skopiowałem ze strony Faktu i wszechobecna fala krytyki zasłoniły drobiazg, że samego portiera do pewnego momentu nikt o sprawę nie zapytał. Ba! Jego własna firma w żenującej nadgorliwości od razu zarzekła się, że zostanie ukarany. WIEDZĄC jak się teraz okazuje, że był niewinny! Trudno w tej sytuacji nie stwierdzić, że karą (niezasłużoną) jest dla niego już sam taki właśnie pracodawca.
Ale do rzeczy. We wczorajszym reportażu TVN-u wyjaśniono wreszcie, że parkingowy NIE MIAŁ TECHNICZNEJ MOŻLIWOŚCI OTWARCIA SZLABANU od niewłaściwej strony, gdyż odpowiednie czujniki były tylko od wjazdu , nie było ich zaś, ani innego sposobu otwarcia blokady od wewnątrz, a przynajmniej nie przez portiera znajdującego się na miejscu. Mógł to zrobić drugi, z innego posterunku, ale po odpowiednim zgłoszeniu. Tego zgłoszenia nie otrzymał, ponieważ lekarz zdążył już szlaban wygiąć.
Smutne to wszystko, naprawdę. Mamy tu i obłudę i kłamstwa i medialny lincz. A teraz dla odmiany ckliwą historyjkę broniącą niesłusznie oskarżonego człowieka. Problem w tym że jedno i drugie pisane tym samym piórem. Wszystko dla kliknięć, bo dziś tylko one się liczą. Zamiast obiecywanej tyle razy "całej prawdy, całą dobę"...
=====================================
Winny jest portier.
Jak można tak hejtować niewinnego portiera?!
====================================
====================================
niedziela, 21 stycznia 2018
Szlaban na outsourcing!
Nagłówek tekstu ze strony Faktu
------------------------------------------------
Kilka dni temu media obiegła wiadomość o wydarzeniu które miało miejsce piętnastego stycznia na przyszpitalnym parkingu w Zielonej Górze. Oto lekarz wyjeżdżający karetką do pilnego wezwania zmuszony był do wyłamania szlabanu, ponieważ portier odmówił otwarcia go jako służącego wyłącznie do wjazdu, a nie wyjazdu z terenu szpitala. Ocena tej sytuacji wydaje się z pozoru prosta: całą winę ponosi jakiś bezmyślny parkingowy, nieprawdaż?
Ano, moim zdaniem, NIE.
Zacznę od przypomnienia kolejności zdarzeń. Piętnastego stycznia około godziny 14 karetka otrzymała zlecenie pilnego wyjazdu zaraz po tym jak dowiozła innego pacjenta na izbę przyjęć. Pomocy potrzebowała kobieta, którą kilka dni wcześniej wypisano ze szpitala. Jej stan był teraz poważny, liczyła się każda minuta. Załoga zdecydowała zatem aby dla skrócenia trasy wyjechać bramą wjazdową, czyli pod prąd, i dzięki temu także ominąć korki na pobliskim skrzyżowaniu. Po dojechaniu do szlabanu okazało się jednak że portier odmawia jego otwarcia i kieruje auto do zwykłego wyjazdu ignorując informację od lekarza o powadze sytuacji. Po kolejnej próbie polubownego załatwienia sprawy, w tym argumentacji, że przecież po godzinie 22 i tak ten wjazd jest stale otwarty, lekarz zdecydował się wyłamać (a właściwie wygiąć) szlaban i przejechać mimo ostrzeżeń, że poniesie koszty swojego działania.
Oczywiście jak można się było spodziewać na głowę portiera posypały się gromy. Media, czytelnicy, widzowie, przedstawiciele szpitala i nawet firma w której pracował jęli prześcigać się w udowadnianiu swojej rzekomej "papieskości". Po czymś takim nie dziwi wynik sondy na stronie Faktu, w której 94% respondentów z ponad tysiącstuosobowej grupy uznało za słuszne ukaranie za całe zajście parkingowego i tylko jego. Zresztą już to przyobiecał także pracodawca owego pana zapowiadając jego upomnienie i przeniesienie na inny obiekt.
I tak właśnie uspokaja się zbiorowo sumienie tych, którzy są w tej i setkach podobnych, choć na szczęście najczęściej mniej dramatycznych sytuacji winni naprawdę, nawet jeśli nigdy ani wspomnianego pana ani jego szlabanu na oczy nie widzieli.
Pozwólcie Państwo, że do sprawy podejdę szerzej. Winnym numer jeden jest tu według mnie nie portier, a szpital, ten konkretny z naszej historii, ale i każdy inny, generalnie cała służba zdrowia i nawet nie tylko ona. A razem z nimi modne słowo outsourcing, którym maskuje się robienie taniej i gorzej czegoś, co powinno być robione drożej i lepiej, aby móc uznać, że jest robione w ogóle!
Od lat panuje w Polsce moda na zewnętrzne firmy różnego rodzaju. Są one w powszechnym mniemaniu tańsze, bardziej elastyczne, zdejmują ze zleceniodawców część obowiązków niezwiązanych z sednem ich działalności, a do tego pozwalają zaoszczędzić na składkach na PFRON, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w branży ochrony mienia i czystościowej są zakładami pracy chronionej. O tym, że taka ochrona czy sprzątanie jest wykonywane gorzej, nierzadko na umowach śmieciowych, z naruszeniem norm godzinowych itd. itp. prawie się nie wspomina. O tym, że generalnie przygotowanie fachowe pracowników w firmach tego typu, także innych branż, jest słabsze niż potencjalne u bezpośredniego pracodawcy, również. A już fakt, że gdzieś w biurowcu widzimy po raz dziesiąty w danym roku nowego portiera chyba nikomu absolutnie nie przeszkadza, mimo że w wyniku tej zmiany on nic nie wie, a za to ten, który odszedł, wie aż za dużo. Także o nas, ale któżby tam nad tym myślał...
Kwestia druga to więź z firmą. Takie niby komunistyczne coś, co się dzisiaj zamienia w lukrowane obłudą wyjazdy integracyjne a co guzik ma ze swoim pierwowzorem wspólnego, bo zwyczajnie nie działa. A szkoda, bowiem nie ma i nigdy nie będzie lepszego pracownika od tego, który swoją pracę, swój zakład, po prostu lubi i szanuje. Nie rozumiała tej prostej zależności na przykład jedna z moich dawnych pracodawczyń - "żelazna" kanclerz SUM w Katowicach - pani Bernadeta Kuraszewska, gdy w 2007 roku jednym pociągnięciem pióra pozbyła się sprawdzonych przez nierzadko dziesięciolecia i oddanych całym sobą ponad stu portierów na rzecz pseudoochroniarzy, dla których uczelnia była tym samym co wcześniej budowa a później kopalnia czy baza autobusów. I którzy także za ewentualne błędy niekoniecznie bać się musieli zwolnienia a co najwyżej przeniesienia, które i tak było dla nich codziennością. Czy taki człowiek się angażuje? A czy się identyfikuje, utożsamia w miejscem w którym pełni służbę? Wolne żarty.
Winny numer dwa to śmieciodawcy. Nieważne czy z firm ochrony osób i mienia, okołoprodukcyjnych, sprzątających czy np. tylko obsługujących parkingi. I nawet nieważne czy faktycznie zatrudniający na zleceniach. Firmy, które nie są prawdziwymi pracodawcami, a tylko handlarzami. Przez szacunek do samego siebie jako jednego z ich dawnych śmieciobiorców napiszę tylko, że handlarzami pracowników.
Fabryka. Ubranie, skierowanie do pierwszej z brzegu brygady, praca. Powiedzmy do śniadania wolniej, żeby się wprawić, a potem już norma. Ochrona. Mundur, pokwitowanie szkolenia BHP, adres obiektu i nieśmiertelna dniówka z "panem Zdziskiem, co to wszystko wie". Sprzątanie. Ciuchy, adres i "pani Jola pani pokaże". I włóczą się takie zombi rynku pracy od Annasza do Kajfasza, ciągle licząc na to że Zdzisek i Jola wytłumaczą tak, żeby nie było wpadki. Bo firma nie ma przecież czasu na takie drobiazgi jak prawdziwe szkolenie stanowiskowe, ale za to ma dla nas np. 9,70 netto. A jeszcze półtora roku temu bywało, że 3,70 zł wraz z umową w której zrzekamy się składek na ZUS.
Handlarze, nie pracodawcy.
Rok temu, w styczniu 2017 roku udzielałem wywiadu na temat moich doświadczeń w ochronie. Usłyszałem w nim pytanie, które mnie autentycznie oszołomiło. "Jak wygląda szkolenie ochroniarza?"
Szko...co???
Nie ma szkoleń. Nie ma personalizacji pod dany obiekt, nie ma wpajania pewnych ogólnych wzorców zachowań, umiejętności kojarzenia faktów, obserwacji, sposobu prowadzenia rozmów, samodzielności działania itp. Jest tylko "pan Zdzisek". To z jednej strony. W środku mamy zakres obowiązków. Najczęściej ogólnikowo wazeliniarskie brednie pisane masowo pod wszystkie obiekty danej firmy z tylko dokładanymi lub odejmowanymi kilkoma zdaniami dla pozorów. A na drugim biegunie czeka na nas katalog kar, często nielegalnych z punktu widzenia Kodeksu Pracy, za najdrobniejsze uchybienie w rodzaju braku krawata albo plakietki. Kto wie czy czasem i za wypuszczenie kogoś bramą do wjazdów także czegoś nie wymyślono. Bo takie to bywają realia w bagnie zwanym outsourcingiem.
Dwa przykłady z dziesiątków z mojego życia:
Przełożona ustawiła mnie kiedyś do pionu i to w dość ostrych słowach, ponieważ za własne pieniądze odesłałem listem poleconym znalezioną w śniegu przed budynkiem dokumentację medyczną osoby z innego miasta. Pani kierownik chciała, żeby owa dokumentacja trafiła do jej szuflady, bo może ktoś się zgłosi! A jeśli się nie zgłosi, to trudno.
Inna firma, inny czas. Wezwałem pogotowie do leżącego na trawniku przed pobliskim marketem pijanego, który mógł umrzeć w upale, a obok którego przejeżdżało ileś samochodów i przechodziło obojętnie iluś pieszych.
-A co pana obchodzi co się dzieje za płotem? Przecież to nie nasz teren? - usłyszałem.
I jeszcze jedno na dobitkę. Pracowałem w swoim życiu jako ochroniarz na kilkunastu bardzo różnych obiektach w trzech firmach, a w czwartej zacząłem, ale zrezygnowałem. KAŻDA z tych firm łamała polskie prawo. Nie tylko pracy, bo chociażby fałszowanie dokumentów albo oszukiwanie ZUS-u to raczej kryminalka na poważnie. Ale te firmy nadal działają i nadal też mają klientów. Bo tak to już jest, że czasem wolimy być ślepi.
Nie wiem i wcale nie twierdzę, że taka też była na przykład firma zatrudniająca "pana od szlabanu", ale po raz któryś powtórzę - outsourcing to zawsze gorsza jakość faktyczna, nawet jeśli cena i organizacja z pozoru są lepsze czy lżejsze. Tam po prostu nie ma miejsca na profilowanie pracownika tak, jak to się dzieje z natury rzeczy u normalnego pracodawcy, którym, wracając do naszej historii powinien być szpital. Amen.
Czy zatem wreszcie uważam, że nieszczęsny parkingowy jest bez winy? Nie. Uważam, że powinien otworzyć szlaban, ale rozumiem dlaczego go nie otworzył. Moja kartoteka znaleziona w błocie też powinna trafić na zawsze do biurka mojej kierowniczki, a pijany mężczyzna któremu pomagałem miał tam leżeć, bo był poza terenem. Zrobiłem dobrze, ale łamiąc zasady swojej pracy. On także miał je złamać, ale wolał się ich trzymać. I ja go rozumiem. Spróbujcie choć trochę zrozumieć i Wy, drodzy czytający.
"To jest wjazd i tylko wjazd. Nie wolno panu nikogo tędy wypuszczać, zrozumiano?"
"Jak to odesłał pan kartę poleconym? Kto panu pozwolił?
"A co pana jakiś pijak na trawie obchodzi? To poza terenem firmy!"
POST SCRIPTUM
1. Pytanie do 94% uznających portiera za winnego. Któż byłby winnym, gdyby karetka wyjechała po otwarciu szlabanu wprost na rozpędzoną inną, jadącą NORMALNIE do szpitala?
2. Wjazd na parking po 22 jest do rana otwarty, ale czy to oznacza, że staje się wtedy dwukierunkowy? Raczej nie, jak widać dość wyraźnie na zrzucie z Google Street View.
---
Linki
Artykuł na stronie Onetu (proszę zwrócić uwagę na to jak pomieszano w nim opis sprawy)
Etykiety:
absurdy,
łamanie prawa,
ochrona,
praca,
punkt widzenia
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Droga bez końca
Jest w moim mieście takie miejsce, które nawet w słoneczny dzień wydaje się spowite mgłą. Puste, ciche, spokojne, czasem smutne, może z lekka straszne, ale przede wszystkim inne. Zarosły w nim dziesiątki niepotrzebnych nikomu ścieżek, wspomnień, marzeń i życiorysów. A ono wciąż trwa. Trafisz tam drogą, której nie ma, przez zburzony wiadukt. To miejsce nazywa się Szadok.
Mapka (kliknij aby powiększyć)
piątek, 29 grudnia 2017
Śladami kolejki piaskowej kopalni Wujek
Do grudnia 2016 roku nie wiedziałem nawet, że istnieje coś takiego jak słynna przecież Hałda Panewnicka. Zimą udało mi się ja poznać, zwiedzić, obfotografować, później stopniowo także objechać ze wszystkich stron na rowerze. To faktycznie fascynujące miejsce zasługujące na osobny wpis. Ale nawet wtedy, gdy docierałem tam do zakątków, w których, proszę wybaczyć tę pewność, nigdy nie będzie 99,9% czytających te słowa i tak jeszcze nie kojarzyłem napotykanych w okolicznych lasach starych podkładów kolejowych z czymś zupełnie innym, co działo się tam w innym czasie, gdy o hałdzie nikt nie słyszał, a na miejscu dzisiejszych gór kopalnianych odpadów były wielometrowe wykopy...
Zapraszam na wycieczkę. Proszę wsiadać, drzwi zamykać.
Odcinek Brynów - Kokociniec
Odcinek Kokociniec - Mikołów
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.








