niedziela, 30 czerwca 2019
sKurier V*
Środa 12 czerwca 2019
Po zasygnalizowaniu sklepowi internetowemu chęci zwrotu zakupionego towaru i odstąpienia od umowy otrzymałem mailem dane do bezpłatnego zamówienia kuriera.
Czwartek 13 czerwca 2019
Kontaktuję się z infolinią firmy [---] i bardzo szybko załatwiam sprawę. Konsultant jest miły, rzeczowy, pomocny i nawet wyprzedzający moje oczekiwania, ponieważ proponuje mi odbiór paczki tego samego dnia po 16:00, chociaż zakładałem, że mowa będzie o jutrze.
Mimo swojego wrodzonego pesymizmu trudno mi zaakceptować fakt, że po południu nikt się po przesyłkę nie zgłasza. Po kontakcie z Biurem Obsługi otrzymuję informację, że "usługa jest w realizacji". Niestety nie jest to prawda. Paczuszka leży na moim stoliku tak samo jak leżała rano.
Piątek 14 czerwca 2019
Ponowny kontakt z Biurem Obsługi skutkuje informacją, że przesyłka zostanie podjęta dziś, między 15:00 a 18:00. Proszę o numer do kuriera. Pan konsultant odmawia, twierdząc, że od tego jest strona internetowa. Wchodzę zatem na stronę i po wpisaniu daty oraz numeru zlecenia telefon uzyskuję. Nikt nie obiecywał, że to będzie TEN numer, prawda? No właśnie. Okazuje się, że kurier do którego się dobijam obsługuje zupełnie inne dzielnice...
Paczki nikt nie odbiera, a po południu w Biurze Obsługi dowiaduję się, że moje zlecenie nie jest przypisane do żadnego z kierowców. I dowiaduję się tego o 17:00, na godzinę przed "zamknięciem okienka" w którym przewoźnik miał się zmieścić.
Sobota 15 czerwca 2019
Zlecenie z datą czwartkową przenoszone na poniedziałek źle by wyglądało. Konsultant zmienia mu więc datę na sobotnią, nadaje nowy numer i obiecuje, że zostanie zrealizowane bezproblemowo. W poniedziałek rzecz jasna.
Poniedziałek 17 czerwca 2019
Planowany odbiór przesyłki to godziny pomiędzy 15:00 a 17:00. Nauczony doświadczeniem dzwonię do kuriera o 15:30, żeby usłyszeć, że... jedzie już do domu.
Albowiem:
1. Zlecenie za późno mu przekazano
2. On nie pracuje "od - do"
3. Generalnie to nie jego wina i nie jego problem.
BONUS. Jutro to raczej będzie ciężko z odbiorem, bo ma urlop i będzie jeździł zastępca. Niestety nie dowiaduję się co to wszystko ma wspólnego ze zobowiązaniem jakiego podjęła się firma, której on, jego zmiennik, panie i panowie konsultanci oraz cała reszta są dla mnie przedstawicielami.
Dzwonię na infolinię. Pan konsultant jest zdziwiony. Twierdzi, że zaraz skontaktuje się z kurierem i sprawę wyjaśni. Jak można się było spodziewać ani się nie kontaktuje ani nie wyjaśnia, bo kurier już telefonów nie odbiera...
Informuję konsultanta, że wysyłam paczkę pocztą, anuluję zlecenie, oraz last but not least będę domagał się zwrócenia mi kosztów nadania przesyłki, której przez nieudolność firmy kurierskiej nie mogłem nadać zgodnie z ustaleniami i bezpłatnie.
Wtorek 18 czerwca 2019
Poprzez formularz na stronie firmy kurierskiej składam skargę na niewykonanie usługi oraz żądam wypłacenia mi 20 zł tytułem odszkodowania za A. nadanie paczki Pocztą Polską (15 zł) oraz B. stracony czas i nerwy (5 zł - baaardzo tanio).
Środa 19 czerwca 2019
Około 16:45 radosny głos kuriera w słuchawce oznajmia mi, że za kilka minut podjedzie po paczkę... Jest bardzo zdziwiony, że i dlaczego niby anulowałem zlecenie. Ja również jestem - dlaczego on o tym nie wie.
Piątek 28 czerwca 2019
Otrzymuję maila, że dziś o godzinie 12:51 skończył się w Polsce komunizm... yyy... nie, sorry, nie skończył się. Że przekazano moją skargę do rozpatrzenia.
Trzy minuty później skarga była już załatwiona. Oczywiście odmownie. Przecież mówiłem o tym komunizmie...
Odmówiono mi odszkodowania za niezrealizowanie usługi, ponieważ... usługa nie została zrealizowana.
EPILOG 1
Sprzedawca, czego wcale od niego nie wymagałem oddał mi koszt przesyłki Pocztą po przesłaniu zdjęcia dowodu nadania. Pani wysyłającej mi w imieniu firmy kurierskiej odpowiedź jak powyżej odpisałem grzecznie, a przynajmniej na tyle grzecznie na ile mogłem się na to zdobyć, aby przekazała moją skargę swojemu zwierzchnikowi...
Życie toczy się dalej.
---
EPILOG 2
Dwudziestego szóstego lipca, a więc w prawie miesiąc po mojej prośbie o ponowne rozpatrzenie reklamacji przez zwierzchnika pani od ekspresowej odpowiedzi otrzymałem maila z błyskotliwym stwierdzeniem, że skoro zlecającym usługę był sprzedawca który umożliwił mi darmowy zwrot (bzdura, bo to ja złożyłem zlecenie kurierowi), to moją reklamację pozostawi się bez rozpoznania.
* - "s" w tytule oznacza oczywiście "super"
___
Polecam inne wpisy o sKurierach* na tym blogu
piątek, 3 maja 2019
Lenin, lecz nie żywy
Podczas pewnej rozmowy, która odbyła się jakiś czas po moim wywiadzie do "Urobionych" pytano mnie o wspomnienia z okresu przemian 89 roku i nastawienie do poprzedniego ustroju z naciskiem na jego prosocjalną politykę. Oczekiwanie, że będę wspominał PRL z rozrzewnieniem było aż nazbyt widoczne. Podobne lub może częściej ewoluujące w stronę współczesnej lewicowości akcenty pojawiały się także w większości recenzji, komentarzy i dyskusji nad tamtą książką już po jej wydaniu usiłując świadomie lub nie stawiać znak równości pomiędzy walką z nieuczciwymi pracodawcami a walką z kapitalizmem jako systemem. O ile pierwsze takie pytanie nieco mnie zaskoczyło, zastanowiło i zmusiło do pewnych głębszych przemyśleń, o tyle wszelkie późniejsze słowa jakie na ten temat czytałem, oczywiście nie tylko w odniesieniu do siebie, ale i do innych urobionych czy po prostu źle traktowanych w pracy stopniowo coraz bardziej mnie irytowały.
Zupełnie niedawno znów "dowiedziałem się", że mój spór z przełożonymi o niższą niż kolegi z tej samej klasy stawkę w naszej pierwszej po skończeniu szkoły pracy i wszystko to co robiłem lata później wobec firm ochroniarskich, to była ta sama, niezmienna walka z kapitalizmem... Nie da się zaprzeczyć, że w PRL-u, gdyby ktoś wystawił mi taką laurkę mógłbym już nie martwić się o nic, bo dziś pewnie uczono by o mnie w każdej szkole, ale jednak, bez urazy, mało to ma wspólnego z rzeczywistością i jako takie wcale mi nie odpowiada.
Kiedyś może mniej, ale od około piętnastu lat prawa pracownicze są dla mnie czymś szczególnie ważnym, czymś czego przestrzegania wobec mnie jako pracownika bezwarunkowo oczekuję, na czego łamanie składam skargi i o co pytam ludzi pracujących na różnych stanowiskach w różnych firmach, by wiedzieć jak to wygląda u nich i jak sami to odbierają. Takich firm i takich rozmów było z pewnością kilkadziesiąt jeśli nie więcej. Czasy mamy takie, że o mniejszych lub większych oszustwach lub utrudnieniach słyszę prawie zawsze, ale nigdy, podkreślam to słowo, nigdy nie usłyszałem w takim kontekście o nadziei na rządy lewicy czy idącą w najlżej socjalistycznym choćby kierunku zmianę polityki państwa. Na nowego Lenina, Gierka czy Jaruzelskiego nikt z moich rozmówców nie czeka. Dla jasności dodam, że na Biedronia, Palikota czy Nowacką także nie. Oni, my, ja, czekamy na sprawiedliwość. A ona nie jest lewicowa ani prawicowa, zaczyna się od działającego w obie strony (na rządzących i rządzonych) dobrego prawa a kończy na karach za jego nieprzestrzeganie. Tylko tyle i aż tyle. Powie ktoś, a czy to ważne? Jeśli sprawiedliwości nie wprowadzi prawica, tylko lewica, to czy nie będzie ona sprawiedliwością? Oczywiście, że będzie, odpowiadam, ale nie będzie mimo to lewicowa, a tu tkwi sedno, bo właśnie tego nomen omen koloryzowania naszych życiorysów barwnikiem E120 sobie nie życzę.
Pamiętam dobrze jak ponad dekadę temu wyglądało przekazywanie około stu dwudziestu portierów "mojego" uniwersytetu do zewnętrznego pracodawcy. Wtedy to słynny i z tradycjami lewicowy jak najbardziej związek zawodowy nie zrobił nic prawie (odliczając pismo, które na biurku i komputerze mojej szefowej z wieloletnim stażem, nota bene członkini tegoż związku, pisałem ZA NIĄ ja oraz kilka także z mojej inicjatywy powstałych zapytań do pani kanclerz), a działali i inspirowali działania tylko i wyłącznie sami zainteresowani. Takich chwil się nie zapomina. Takich "związkowców" również. Nie słyszałem o związkach (choć były) w mojej pierwszej firmie ochroniarskiej, w której zmuszono mnie do podpisania fikcyjnej umowy zlecenia po to by uniknąć płacenia nadgodzin albo gdzie moją koleżankę za odmowę tegoż właśnie "zesłano" karnie pod market na drugim końcu województwa. Trzymając się nadal lewicy, zupełnie tak, jak ona usiłuje przyczepić się do takich jak ja, nie sposób nie wspomnieć jeszcze i słynnego "bojownika antykaczystowskiego", czyli pana towarzysza Jerzego Urbana, który co prawda podesłał był swego czasu do naszej akademii swojego dziennikarza, ale tego nasza sytuacja również nie zainteresowała, bo przecież "teraz tak jest wszędzie".
Pamiętam idąc dalej szefa pewnego związku, a i owszem, jak najbardziej lewicującego, z pewnego dużego przedsiębiorstwa branży energetycznej, który wiedział o tym, że pod tym samym dachem co on pracują obok etatowców za minimalną także śmieciobiorcy na zleceniach po 3,70 na godzinę a jedni i drudzy jako codzienność mają fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole i całą masę tym podobnego błota. Ale to byli ochroniarze, nie jego firma, nie jego sprawa. Tyle mi powiedział, gdy go o wstawiennictwo prosiłem. Nie on jeden zresztą, bo podobnych prób w różnych miejscach i wobec różnych ludzi podejmowałem kilka.
Szanowni zatem malowani socjaldemokraci, socjaliści, komuniści, zieloni, różowi i wszelacy inni. Nie było Was tam, gdzie świat w wieku XXI cofnął się do XIX, nie mieliście czasu, odwagi, czy może to nie był Wasz rejon. Odpieprzcie się od robotnika.
---
Polecam zainteresowanym lekturę dwóch bardzo ciekawych książek pokazujących jasno, że w walce o prawa pracownicze dziewiętnastowieczni robotnicy nie czytali Marksa i Engelsa, ani nie planowali zakładania PGR-ów, a tylko (aż!) domagali się najpierw poszanowania prawa, które kulawe bo kulawe, ale już wtedy istniało, a później usiłowali na rządzących wpłynąć, by prawo to udoskonalić. I to właśnie była walka o sprawiedliwość, może nawet o prawo i sprawiedliwość, ale na pewno nie o rewolucję socjalistyczną.
Wydawnictwo Odnowa Londyn 1970
Wydawnictwo Śląsk Katowice 1966
niedziela, 2 grudnia 2018
Sztuka przez grosse S
Wystarczyło przypadkowe i pospieszne zarazem przejście przez teren bazyliki w Panewnikach i już mię sztuka dopadła i kultura zarazem w postaci pana w wieku lekko późno średnim, czyli zupełnie jak autor tego posta, który to podkładając mi pod nos swojego powiedzmy że smartfona zażądał podniecony niezwykle bym go zdjął z tymże oto obiektem w tle.
Spojrzałem za wzrokiem cokolwiek niespodziewanego tu o ósmej rano przy pięciostopniowym mrozie wyznawcy jak się okazało sztuki w lewo i oniemiałem, albowiem dostrzegłem ni mniej ni więcej tylko... hmm… jakby fragment Guliwera objedzonego arbuzem....
...który tak naprawdę okazał się chwilę później nie Guliwerem, ani nawet jego częścią, a uwaga, Arką, nie wiem do końca czy tą od poszukiwaczy zaginionej. Wiedza ta sporo by mi dała, jak śmiem sądzić, albowiem wedle opisu z tablicy informacyjnej szklana łódź i drewniana dłoń symbolizować mają kruchość natury i zależność jej od działań człowieka. Dobra, rozumiem. Ścinamy ogromne drzewo, rzeźbimy coś z niego i mówimy, że to dla ochrony przyrody. Spoko. Może być. Kumam czaczę. Najlepszą obroną jest atak. A poza tym nie o dziś wiadomo, że dłoń ma wymiar metafizyczny. Jak na obrazku poniżej.
Ciekawszym jednak jest dla mnie, że wedle autorów dzieło to wędrować ma przez całe Niemcy... I tu właśnie wiedzy z tablicy mi zbrakło. Czyżby to jakaś nadinterpretacja układu z Schengen? :)).
czwartek, 23 sierpnia 2018
Sługa lokaja
Za osiem dni pewna nie najmłodsza już pani ochroniarka straci pracę. Nie dlatego, że z niej uciekła, coś ukradła albo była pijana, nie dlatego, że non stop chorowała albo pokłóciła się z szefem. Nic z tych rzeczy. Dlatego tylko, że wykonywała swoje obowiązki w ostatnich kilkunastu minutach dniówki w prywatnym ubraniu i została na tym "złapana" oraz dlatego także, że w ocenie przełożonego swoim wyglądem, wiekiem i zachowaniem nie dość dobrze reprezentowała firmę i jej powagę.
Nawiązując tym wpisem nieco do książki "Urobieni" muszę jednak stanąć okoniem wobec pojawiającej się wokół niej tezy. Takie przypadki, jak ten o którym mówię, tak przecież podobny do tam opisanych, to nie żaden "wypaczony neoliberalizm" dla którego jedynym ratunkiem ma być rzekomo euro bądź nie euro lewicowość. To, proszę wybaczyć szczerość, zwyczajne polskie skurwysyństwo, które dobrze się ma w każdym ustroju, bo zawsze gnębi tylko tych, którzy nie mają sił, odwagi lub wiedzy, by się bronić. To ponadczasowe skurwysyństwo, które ubiera ludzi w mundurki, wpaja im wojskowy dryl i policyjną nomenklaturę, wmawia, że praca poniżej dwustu godzin w miesiącu, to lenistwo, a jednocześnie nie potrafi dać wody mineralnej w upał albo długopisów do wypełniania przez nikogo nie czytanych sztampowych raportów. To praco i śmieciodawcy, którzy wchodzą tylnym wejściem każdemu, kto ich wynajmie, ale ludzi, swoich ludzi, dzięki którym mają dochód, traktują jak przedmioty. I przy okazji przyzwalają, choć nikt im takiego prawa nie dał, na to, by wynajmujący ich też tak do tychże ludzi podchodzili.
Koniec końców o zwolnieniu pracownika decydować może ktokolwiek w miarę ważny z firmy, która ochronę wynajęła. To tak jakby dajmy na to pasażer po uczciwie opłaconej jeździe spóźnionym jednakże autobusem mógł za to zażądać zwolnienia kierowcy. Głupie? No jasne, że głupie, ale nie w ochronie, bo ona w Polsce ze zdrowym rozsądkiem nie sąsiaduje nawet przez ścianę.
I oto proszę, nasz wspomniany wyżej pan Ważny, niczym Chińczyk pod pokładem statku płynącego do Europy "wykonuje telefon", po którym ktoś uważający się za szefa, ale tylko wobec pracowników, bo wobec wynajmujących jego firmę usłużny prawie jak spinacz z pakietu Office, trzask prask oznajmia, że pani może swoje manatki zabierać albowiem podpadła straszliwie.
Nieważne, że najpierw, widząc ją, wiedząc ile ma lat, jakie doświadczenie, głos, posturę itp. przyjął ją do pracy, nieważne, że sam skierował na taki a nie inny obiekt, nieważne, że to on powinien ponosić odpowiedzialność za jej doszkolenie, i bez znaczenia tu również, że skuteczność całego systemu ochrony tegoż obiektu z nią czy bez niej jest porównywalna ze skutecznością przeciętnego płynu na porost włosów, nic to, powiadam wam. Liczy się tylko, że wobec MIŁOŚCIWIE NAM PŁACĄCEGO można wykazać się dynamiką i zdecydowaniem. Taki drobiazg, że w zgnojeniu swojego pracownika, to już można pominąć.
Za osiem dni będzie wolne miejsce w pewnej firmie ochroniarskiej. Uczcie się dzieci, bo jak się nie będziecie uczyły, to wy też możecie tam kiedyś trafić...
sobota, 28 lipca 2018
Kto odpowiada za zakup przesłany listem zwykłym?
Ktokolwiek kupował na Allegro z pewnością zna opisy z aukcji albo maile przesyłane mu po zakupie z informacją o tym, że listy zwykłe giną i sprzedawca nie ma na to wpływu. I choć jedno i drugie jest prawdą, to wcale to nie oznacza, że sprzedający za taki list nie odpowiada.
Często kupuję książki, odzież, jakieś drobiazgi do roweru, narzędzia i temu podobne. Większość tych rzeczy spokojnie mieści się w liście. Z racji ich relatywnie niskiej wartości wolę wybierać przesyłki najtańsze, paczkę w Ruchu, paczkomat albo list ekonomiczny. Właśnie przy korzystaniu z tego ostatniego sposobu często natykam się na ostrzeżenia, uwagi i sugestie, aby zmienić formę transportu. NIGDY tego nie robię. I już nawet nie dlatego, że stara książka za trzy złote albo podkoszulek za piętnaście "nie zasługują" na coś lepszego, ale dlatego, że nie ma ku takiej zmianie żadnych realnych podstaw.
Sposoby dostawy dobiera sprzedawca adekwatnie do wymiarów, wartości i innego
rodzaju specyfiki towaru. Proponując określone formy wysyłki pośrednio sam
przyznaje, że spełniają one potrzebne warunki i zapewniają bezpieczeństwo tak
towaru sensu stricto jak i samego doręczenia. Aukcja jest zatem zamkniętą całością - ktoś oferuje nam towar X wespół z możliwymi formami dostawy, na przykład Y czy Z. Dokonując wyboru cały czas mieścimy się w ofercie sprzedającego, w tym co on nam, a nie my jemu zaproponowaliśmy. A zatem sprzedawca odpowiada tak samo za przesyłkę kurierską jak i za list ekonomiczny. Brak możliwości reklamowania tego drugiego u przewoźnika niczego tu nie zmienia. Tak samo zresztą jak nieważne od początku do końca są zapisy w rodzaju "za list ekonomiczny nie ponosimy odpowiedzialności" albo "wysyłka listem zwykłym na wyłączną odpowiedzialność kupującego".
Sprzedawca ZAWSZE odpowiada za towar, w tym jego uszkodzenie w trakcie dostawy do momentu otrzymania go przez kupującego.
Podstawą prawną jest tutaj artykuł 548 Kodeksu Cywilnego a jej uzasadnienie bardziej przystępnym językiem ułożył dla nas nieoceniony UOKIK (LINK)
Pamiętajmy też o tym, że brak dowodu odebrania przesyłki nie oznacza, że nie możemy walczyć o swoje prawa w przypadku gdy nam jej nie dostarczono. Kierując sprawę czy to na policję czy też tylko do sporu w serwisie Allegro (lub innym) ponosimy przecież, a może dokładniej, godzimy się ponieść odpowiedzialność za podanie nieprawdy. A więc upraszczając tu naszym dowodem jest nasze słowo.
I jeszcze kwestia samego doręczania, nieco może poboczna, ale nie najmniej ważna. Niektórzy sprzedawcy sugerują, że odpowiednio większy gabaryt listu oznaczać może, że utknie on gdzieś w urzędzie pocztowym i ani nikt go nam nie doręczy ani nie zaawizuje. Jest to bzdura. Po pierwsze awizuje się każdą przesyłkę i to więcej niż raz. Po drugie gabaryt może spowodować co prawda, że listonosz od awiza zacznie i tutaj wściekanie się, że byliśmy w domu nic nam nie da, albowiem przesyłki co do których jasnym jest, że nie wejdą do skrzynki nie muszą być przez niego taskane w torbie, ale i tak awizacja jest jego obowiązkiem.
***
Kupiłem przedmiot z wysyłką listem ekonomicznym.
Przesyłki nie otrzymałem.
1. Kontaktuję się ze sprzedawcą. Proszę o informację, kiedy list został wysłany. Sprzedawca posiada księgę nadań, w której, mimo, że list był zwykły, są moje dane adresowe, data wysłania oraz stempel poczty (oznacza to nota bene, że można na upartego reklamować niewykonanie usługi właśnie przez pocztę, ale to w tej chwili zostawmy) więc mogę go poprosić o przesłanie zdjęcia tegoż dokumentu jako dowodu.
2. W swoim urzędzie pocztowym sprawdzam czy nie oczekuje na mnie jakaś spóźniona przesyłka, ewentualnie czy jej gabaryt nie spowodował, że pozostała tam bez próby doręczenia.
3. Ponownie kontaktuję się ze sprzedawcą jeśli nie otrzymałem przesyłki i informuję go, że jest jego obowiązkiem mi ją dostarczyć lub oddać pełną wpłatę. W razie odmowy zakładam spór na Allegro oraz/lub przygotowuję się do złożenia wniosku na policję. Racja jest po mojej stronie, prawo także.
Nie dajmy się spryciarzom manipulować!
sobota, 7 lipca 2018
Jazda bez trzymanki
Katowickie rowery są w coraz gorszym stanie. Pisałem już o tym parokrotnie, ale dziś podkreślić chciałbym inny niż tylko estetyczno użytkowy aspekt problemu. Jest nim nasze, użytkowników, zdrowie i życie. O ile bowiem rower odrapany czy skrzypiący może irytować, a kiwający się koszyk na przykład uniemożliwić przewiezienie czegoś, o tyle uszkodzone hamulce czy przerzutki, to już realne zagrożenie na drodze. O tym zdaje się operatorzy zapomnieli.
Co najmniej kilka razy w tym roku trafiłem na rowery, w których przedni hamulec był de facto atrapą. Owszem, pozwalał trochę zwolnić, ale zatrzymać się już nie. Wyobraźmy sobie, że ktoś przyzwyczajony z większości obecnie rowerów do hamulców tylko ręcznych zapragnie z niego skorzystać w sytuacji zagrożenia... Przekombinowane? Nie sądzę, ale w porządku, może wobec tego inaczej. Niech nam przy jeździe z ostrej góry spadnie łańcuch...
Przerzutki to w ogóle osobny temat. Zmorą miejskich rowerów jest brak któregoś biegu, z przewagą najważniejszego, czyli dwójki. Osobiście takie rowery zwykle odstawiam od razu, ale czasem jakieś usterki dają o sobie znać dopiero podczas jazdy i co wtedy? Przykład? Służę. Jadę na trójce (najszybciej, z największym zużyciem siły), dojeżdżam do skrzyżowania, redukuję na "składakowo miejską" dwójkę i czekam na zielone światło. Potem ruszam, przyspieszam i chcę znów wrzucić najszybszy bieg, bo w końcu nie jadę samochodem i nie mogę wlec się zbyt długo, gdy zielone zaraz gaśnie. Zamiast trójki słyszę strzały (w czternastej sekundzie, ha ha ha) i nagle mam jedynkę. Nextbike ode mnie również. Albowiem gdyby ktoś nie wiedział pierwszy bieg oznacza, że kręcę jak oszalały, a ledwo jadę. A rzecz dzieje się, przypominam, na środku skrzyżowania. Pomijam już przy tym nawet zaburzenie równowagi grożące wywrotką, gdy naciskając pedały zamiast stawiającej typowy opór dwójki wpadnie nam jedynka.
Jeżeli rowery miejskie serwisowane są tylko po zgłoszeniu użytkowników albo po tym jak w systemie ktoś zarejestruje, że dany egzemplarz stoi np. trzy dni i nic, to pozostaje nam czekać na tragedię. Bo ona nastąpi prędzej czy później. I niczego nie zmienia tu fakt, że za większością awarii z pewnością stoją demolujący z wielkim zaangażowaniem nasze rowerki wszelacy Janusze i Sebixy o Grażynach i Karynach nawet nie wspominając.
Za to płacimy operatorowi by móc jeździć, ale przede wszystkim płacimy za to, żeby móc jeździć bezpiecznie.
I dopóki nie pojawią się kontrole stałe i częste (a w każdym razie dużo częstsze niż obecnie), w czasie których mechanik na danej stacji będzie MUSIAŁ zrobić na każdym z rowerów paru kółeczek dla próby, dopóty stąpać, pardon, jechać, będziemy wszyscy na krawędzi przepaści.
===============================
POZA KONKURSEM
Od niedawna pojawiły się w ofercie Nextbike'a rowery towarowe, zwane nie wiedzieć czemu z hiszpańsko angielska rowerami cargo. Wynalazek ten, skądinąd bardzo pomysłowy i potrzebny, przypiąć można przy zdawaniu jedynie do skrajnego słupka i to łańcuszkiem, bo mój przynajmniej egzemplarz bolca do zatrzasku nie posiadał. I teraz zaczynają się schody. Oddanie roweru z przypięciem łańcuszkiem nie jest możliwe jeśli są wolne zamki, a wolne zamki nie pozwalają towarowego wpiąć, bo ten z kolei jest w tej kwestii jakby wykastrowany :)
Aplikacja mobilna nie pomaga, terminal także, a telefon do biura obsługi wymaga płacenia, czekania, podania iluś danych osobistych i gimnastyki by usłyszeć konsultanta, któremu chyba kupiono mikrofon na targowisku staroci...
Lubię to!
czwartek, 7 czerwca 2018
Dni wyłączone
Każdy z nas ma chyba jakiś swój ulubiony film i ulubioną z niego scenę. Jedną z takich scen i jednym z takich filmów jest dla mnie od lat "Wielki Szu", prosta a uniwersalna zarazem opowieść o życiu, w której historia karcianego oszusta i jego ucznia są tylko pretekstem do wielu zmuszających do myślenia kwestii dotykających bardzo szerokiego spektrum zagadnień. Cytaty można by mnożyć, zresztą kto je lubi, powinien jak ja zaopatrzyć się w książkę na podstawie której film powstał, ale dziś zatrzymam się nad chwilą która nie wiedzieć dlaczego uderza mnie zawsze najmocniej, choć nie pada w niej ani jedno słowo.
Oto uczeń głównego bohatera, zafascynowany magią kart i możliwościami jakie daje manipulowanie grą przegrywa wielką walkę do której jak sądził perfekcyjnie się przygotował i w którą też, co gorsza, włożył wszystkie swoje i nie tylko swoje pieniądze jakimi w danej chwili mógł dysponować. Ucieka z hotelu w którym toczyła się owa gra, mało nie wpada pod samochód i wbiega na dworzec kolejowy. W kolejnym ujęciu widzimy go budzącego się po kilku godzinach w poczekalni. Wstaje wolno, poprawia ubranie, przeszukuje kieszenie. Znajduje jakieś drobne i za nie w kiosku kupuje talię kart. Tak właśnie przejmuje od swojego mistrza to czego naprawdę chciał. Pragnienie zemsty, pragnienie odzyskania z jednej strony swojej moralnej niewinności, której odzyskać nie sposób a z drugiej kupienia poprzez grę tego, czego nie był w stanie zdobyć żyjąc normalnie wcześniej.
Często wracam do tego fragmentu filmu i fascynuje mnie tak dobrze znany z własnego życia moment w którym natłok zdarzeń, wzruszeń, nerwów paradoksalnie powoduje uspokojenie, wyciszenie i wreszcie sen. Ileż razy przechodziłem coś takiego w życiu! Zasypiam i budzę się z innym już, niekoniecznie lepszym, ale na pewno spokojniejszym spojrzeniem na swoje tu i teraz. Najprawdopodobniej jest to taka sztuczka naszego mózgu, który po śnie traktuje wszystko co wydarzyło się przed nim jako przeszłość, wczorajszy czy przedwczorajszy dzień. Ta naturalna tama pozwala skupić się nam na sytuacji TERAZ, z dystansem od wszystkiego co ją WCZEŚNIEJ, choćby kilka godzin wcześniej, spowodowało.
Pamiętam wiele takich tam postawionych przez moją psychikę gdy było naprawdę źle. Kiedyś była to jakaś kłótnia, innym razem coś głupiego co bezwiednie zrobiłem, czasem zerwanie z kimś albo utrata pracy, pewnie też wiele innych spraw od których trzeba było się szybko odgrodzić. Dziwne, że tak proste rozwiązanie działa, ale że działa nie mam wątpliwości.
Jakby wersją tego, wersją łagodniejszą i pomagającą w mniejszych problemach jest coś, co nazywam bocznym torem. Ten boczny tor to nic innego jak wyłączenie się na dzień czy dłużej od wszystkiego co nas dyscyplinuje. Od pracy, od rodziny, od znajomych, od obowiązków domowych i w ogóle od rzeczywistości. Życie na jałowym biegu. Też pomaga, byle oczywiście z jednej strony z tym nie przesadzać a z drugiej nie karać się potem za to wyrzutami sumienia.
Długi czerwcowy weekend był dla mnie takim bocznym torem. Przystankiem od wszystkiego. Plany malowania pokoju, koszenia ogrodu, jakiejś małej lub większej wycieczki poszły na bok. Wyłączyłem budzik. Spałem, ile potrzebowałem. Z czystym sumieniem ograniczyłem się do leniuchowania przed komputerem, telewizorem, ze słuchawkami na uszach albo książką przed oczami. Po kilku miesiącach sporego przyspieszenia w moim życiu postanowiłem wysiąść na chwilę z tego ekspresu. Jak się to niebyt ładnie mówi spauzować. Nie żałuję.
W niedzielny wieczór ogoliłem się, przygotowałem wszystko do pracy, nastawiłem budzik i ustaliłem co zrobię w poniedziałkowe popołudnie. Ułożyłem swoje rzeczy i swoje życie na miejsce. Wróciłem do gry.
sobota, 2 czerwca 2018
"Urobieni", czyli zbierając na peronówkę
Spotykamy się pewnego szarego zimowego dnia na katowickim dworcu, w miejscu tyleż przypadkowym, co i jak się później okaże, symbolicznym. Dworzec to wszak miniatura współczesnego świata, obszar w wiecznym ruchu, z tysiącami ludzi przemieszczającymi się w różnych kierunkach pomiędzy rozmaitymi małymi rzeczywistościami, w których funkcjonują, funkcjonować będą albo od których uciekają. Z pozoru można by uznać, że tylko cel, długość i jakość tych podróży ich od siebie różni, ale przecież są tu i tacy, którzy z różnych powodów nigdzie nie jadą. Ciężko ich dostrzec, ale z pewnością są. I to o takich jak oni będzie ta rozmowa.
Marek Szymaniak – „UROBIENI”
Wydawnictwo Czarne 2018
(zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa)
W 1989 roku Polacy przekroczyli ustrojowy Rubikon nie mając pojęcia, co czeka ich po drugiej stronie, ale nie mając też żadnej liczącej się alternatywy. Uświadamiani przez polityków i media o konieczności zmian nie zauważyli, że sedno kapitalizmu, jakim jest organizacja pracy zamieniono w polskiej wersji prawie wyłącznie na jej wydajność, i to właśnie stało się później jedną z przyczyn pojawienia się „urobionych”. Kilku pokoleniom wmówiono bez mrugnięcia okiem, że są winne słabej kondycji gospodarki, ponieważ pracowały źle, za mało, za krótko, zbyt wolno i tak dalej, przechodząc do porządku dziennego nad tym, gdzie, jak, czym i pod czyim kierownictwem ta praca była wykonywana. Musicie biec szybciej – zdawali się później przez lata twierdzić politycy i przedsiębiorcy, dodając tylko półgębkiem – ale buty kupcie sobie sami. Normalność poprzedniego ustroju będącą paradoksalnie wcale nie tak daleką od normalności zachodniej Europy, czyli ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy i pensje mniejsze lub większe, ale zawsze pozwalające przeżyć, uznano i nierzadko uznaje się do dziś za lenistwo, postawę roszczeniową albo zawodową bierność. Od tego sprowadzenia do parteru krok już tylko był do wmówienia, że piwnica to dach, co też stało się, gdy w miejsce dużych wymagań weszły próby szeroko rozumianego ograniczania czy wręcz łamania prawa pracy, jednego z tych, które budują podstawową sprawiedliwość społeczną współczesnego świata.
Pojawili się zatem urobieni. Urobieni ciężką pracą, dyscypliną, wymaganiami i wyścigiem szczurów dotykającym każdej już chyba branży starzy i średni, ale, co kto wie czy nie jest gorsze w skutkach, także urobieni młodsi, urobieni, bo wpasowani w za ciasny kostium zdeformowanego kapitalizmu już od pierwszego dnia i nie wiedzący nawet, że to nie jest normalne.
Pracują dużo lub o wiele za dużo, ale czasem nie pracują wcale, bo tej pracy dla nich nie ma. Ledwie wiążą koniec z końcem za trzycyfrowe wypłaty lub inkasują co miesiąc grube tysiące nie mając nawet kiedy ich wydać, bo oddający za nie swój czas, młodość, rodzinę, marzenia. Godzący się na utratę swoich praw i swojej godności w imię przetrwania lub w imię utrzymania wysokiego standardu. Ci po studiach i ci po podstawówkach. Maklerzy, portierzy, drobni przedsiębiorcy, sprzedawcy, sprzątaczki, pracownicy produkcji.
Urobieni zniewoleni i urobieni dopasowani.
Jestem jednym z nich. Urobionym. Dziś siedząc na katowickim dworcu kolejowym za przykurzoną budką z fastfoodem jak za ucieleśnieniem nowej Polski, która adoptowała mnie w 1989 roku opowiadam o swoim życiu i słuchając sam siebie przechodzę przez nie po raz drugi. Nie jest to łatwe, bo człowiek, do którego mówię, jest już z innego pokolenia i pewne sprawy dla mnie oczywiste widzi inaczej. Ale ma to i swoje dobre strony, bo właśnie jego reakcje powodują, że sam w kilku momentach spoglądam na swoje doświadczenia z dystansem. Nie próbuję nawet jak początkowo miałem ochotę się usprawiedliwiać, kreować, korygować. Po prostu opowiadam. Rozmawiamy tak bardzo długo. Przechodzę jeszcze raz, prawie jak na Sądzie Ostatecznym długą drogę od normalności do współczesności. Tuż obok pulsuje świat, przebiegają ludzie, odjeżdżają i przyjeżdżają pociągi, zmieniają się godziny. Mówię, mówię, mówię. Wreszcie wstajemy, podajemy sobie dłonie i żegnamy się. Schodzę w ciemność do podziemnego przystanku, skąd zabierze mnie do domu ten sam od lat żółty autobus.
Więc to już? Wszystko?
Nawet nie byłem na peronie.
---
Urobieni, to książka, w której dziennikarz TVN-u Marek Szymaniak opisuje życiorysy tych, którzy w zderzeniu ze współczesnością rynku pracy przegrali. To grupa bardzo różnych osób z różnymi charakterami, wiekiem, pozycją społeczną czy wykształceniem. Ich przegrana także bywa różna. Jedni stracili pracę, inni pieniądze, jeszcze inni godność, a wcale niemała część życie prywatne. Ich reakcje na to również były odmienne. Spotkamy tam tych, którzy się pogodzili i poddali, tych, którzy nigdy nie zaprzestali walki, takich, którzy postanowili zacisnąć zęby i wyciągnąć z realiów ile się da i wreszcie, czemu nie ma się co dziwić, tych, którzy zdecydowali odwzajemnić się codzienności pięknym za nadobne i spróbować oszukać ją choć trochę w zemście za to, że ona oszukuje ich. Ale to nie te konkretne osoby są tu sednem. Ta książka to przede wszystkim obraz ostatnich 28 lat polskiej historii, który powinni poznać i przemyśleć ci wszyscy, którzy uważają, że podczas tak zwanej transformacji przegrali tylko ci, którzy nigdy nie spróbowali zrobić niczego, by się zmienić. Jedna z tych opowieści jest o mnie.
PREMIERA 27 CZERWCA 2018
---
---
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.








