Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Paraprofesjonaliści

Niniejszy tekst z racji długiej, długaśnej wręcz mojej przerwy w pisaniu nie ma bynajmniej ambicji przekazania jakichś nadzwyczaj głębokich przemyśleń w niezwykle barwnej stylistycznie formie, skądże, chce tylko wykorzystując starą, zarośniętą już ścieżkę do reszty świata, to jest do Was czasem miłościwie mnie tu odwiedzający, przedstawić pewien zbiór nieudaczników, mieniących się fachowcami i co gorsza mimo swej nieudolności przez niektórych za fachowców uważanych.


Nie dalej jak dwa lata temu zmieniano na mojej ulicy wodociąg. Któregoś późnojesiennego dnia ekipa zapukała i do moich drzwi. Co prawda byli tu już wcześniej, doprowadzając do budynku rurę, ale tamto jakimś cudem zrobili zgodnie ze sztuką, więc nie ma do czego wracać. Teraz za to połączenie rury owej z resztą że tak się wyrażę wodoobiegu (z racji wieku powinienem był napisac voodoooobiegu) nastręczyło im sporo trudności. Proszę zwrócić uwagę. Mamy firmę, która niczym innym się nie zajmuje, tylko właśnie skleja razem rurki, z tym tylko zastrzeżeniem że nic im się nie klei. Najpierw nie mieli TAKICH rurek, potem zgrzewarka padła, nie wykluczam, że ze wstydu, następnie dwóch z pięciu, tak! pięciu panów monterów w sieni dwa na dwa metry - atmosfera rodem z parady równości, gdzieś wybyło a pozostali... nigdy nie zgrzewali.

Stałem i oczom nie wierzyłem, a nie zdarza mi się to często pomijając chwile gdy liczę iksy na swojej rozmiarówce i czekałem na cud. Znaczy na to żeby COKOLWIEK im wyszło. Wyszła woda. Niby słusznie, ale nie do końca, bo na zgrzanym tuż przed wodomierzem kolanku. Kątówka, cięcie, nowa rurka, drugie zgrzewanie. I znów pech. Rurka PRZED wodomierzem i rurka ZA NIM są na różnych wysokościach. Znów cięcie, znów przekleństwa, znów próby. Wreszcie zadziałało. Na dworze zimno, w niczym nieogrzewanej sieni tym bardziej, drzwi na dwór otwarte, na podłodze błoto i panowie jeden nad drugim usiłujący coś z czymś połączyć. Można powiedzieć paraprofesjonaliści. Ledwie cztery godziny pracy. Koniec? NIE! Po trzech dniach okazało się, że wodomierz cieknie...

***

Kupiłem półtora roku temu za ciężko pożyczone kilka tysięcy piec. Piec ów jest włoski, ma piękną nazwę i imponujące parametry a nawet i całkiem niezły wygląd, więc w sumie nie byłoby powodów do narzekań, gdyby tylko last but not least WYTWARZAŁ CIEPŁO. Niestety o tym drobiazgu producent w natłoku wyżej wymienionych zalet zapomniał. Piec sam się rozpalał, pięknie mnie o tym po angielsku informował na złocistym wyświetlaczu i tylko momentami nie wiedzieć czemu wył jak poczciwy kamaz na wertepach peerelowskiej budowy, co nawet miało swój urok (Feel the power!)  ale ciepła z tego nie było. I co ciekawe montowali go, a jakże, fachowcy, w dodatku wprost z reklamowego filmu na You Tubie, na którym nie tylko praca, ale i piec paliły im się wręcz w rękach. Na żywo jednak wszystko było zimne jak żona mojego kolegi po wizycie listonosza. Na podłodze gruz, część tego gruzu pracowicie wgarnięta pod wykładzinę, na ścianie odciski brudnych łap panów montażystów a przed nimi wyjący (może z zimna?) piec za circa trzy moje wypłaty. 

On tak wyje, bo jest taki cug, wie pan?

Nie wiedziałem, ale wierzyłem. Do czasu kiedy wrzesień zmienił się w październik, a ten z kolei w listopad i grudzień. Teraz wyliśmy już w duecie, i ja i piec. Za chwilę niczym brakujący trzeci tenor dołączył do nas pan montażysta gdy pomiędzy paroma oktawami przekleństw jakie mu wyśpiewałem przez telefon dowiedział się między innymi, że ma piec bezwarunkowo wymienić na egzemplarz wytwarzający nie tylko dźwięki, ale i ciepło... Wymienił. Na pożegnanie dałem mu jeszcze śrubę wielkości małego palca, którą znalazłem luzem w popielniku. Nawet okiem nie mrugnął. A nowy piec, cóż, typowe małżeństwo z rozsądku, może nie tak ładny i nie tak imponujący designem, ale po prostu się go włącza i... jest ciepło. Nudy na pudy.

***

Rok temu postanowiłem założyć kablówkę. W umówionym dniu zawitało do mnie dwóch panów z wiertarką i zaczął się problem. Najpierw najspokojniej w świecie zaproponowali mi "rzucnięcie" światłowodu luzem ze słupa na dach i potem wywiercenie dziurki przy oknie. Spojrzałem na nich mniej więcej tak jak moja szefowa na mnie kiedy trzeci raz (bezskutecznie) pytam o podwyżkę. Panowie żartujecie, prawda?

Nie, dlaczego? Tu ze słupa damy na dach, dachem dwadzieścia metrów i w dół do okna...

No ale jak dachem? Bez montażu, bez peszli, bez korytek? Luźno na papie? 

No a co to panu za różnica?

Moja sugestia żeby jednak bardziej konwencjonalnie przymocować kabelek do muru prawie panów fachowców obraziła. Starszy aż jęknął. Pół godziny później siedział już w duzym pokoju i przez nikogo nie zaproszony kiwał się na krześle rozmawiając przez telefon.

Ale tu tynki twarde, wiertło nie to, haczyki mi nie wchodzą!

Zirytowany cokolwiek zaproponowałem panu przerwanie pracy i oświadczenie swojej firmie, że "się nie da", bo dla mnie akurat "manie" albo "nie manie" stu kanałów i szybkiego Internetu nie jest kwestią życia. Obraził się po raz drugi. Zrobił. Po kolejnych narzekaniach, telefonach i wymianie wierteł z haczykami i vice versa. A to czego nie zrobił poprawiałem potem sam.

***

Dach sobie w tym roku remontowałem. Litościwie już pominę pierwszego pana, który wywalił mi rachunek wartości nowego samochodu i zdziwił się, że kazałem mu zamknąć furtkę z drugiej strony. Pal go licho! Tacy zawsze byli i zawsze będą. Tacy jak ten drugi też. A drugi od razu nazwał pierwszego idiotą i kombinatorem samemu proponując mniej niż 1/3 ceny swego poprzednika i gdy tamten mówił o trzech tygodniach pracy, wykonanie wszystkiego w dwa, góra trzy dni. Już mi się wydawało, że złapałem Pana Boga za nogi, ale czas pokazał, że to nawet nie były sznurowadła...

Zamiast trzech dni wyszło dziesięć, zamiast jednej trzeciej ceny jedna druga, a ekipy która na środku podwórka pośród kupy gruzu, starych desek i papy robiła sobie palnikiem gazowym... jajecznicę, moi sąsiedzi nie zapomną już nigdy. Ja zresztą także, bo wszystkie moje wieloletnie doświadczenia z budów okazały się niczym wobec wynalazczości panów dekarzy. Oto wylewkę wyrównującą usiłowali oni robić... klejem do styropianu a po awanturze z mojej strony zaprawą tynkarską (gdyby ktoś nie kojarzył - najsłabszą z używanych w budownictwie). Zapłaconą przeze mnie wełnę na ocieplenie podmieniono mi na resztki styropianu z poprzedniego zlecenia, nadmiar zerwanej papy który nie wszedł na auto "przypadkowo" przysypano gruzem,  a moje oczekiwanie że kominy otynkowane będą nie tylko nad dachem ale i pod nim doprowadziło panów do rozpaczy. Podobnie jak mnie to, że na źle przyklejoną papę następnego dnia paraprofesjonaliści z czystym jak ich kora mózgowa sumieniem przywalili łatę! Państwo to widzą? Jest remont, dach ma nowe pokrycie i na tym nowym jeszcze przed końcem pracy mamy doklejkę!

***

Za kilka tygodni kolejna ekipa przyjedzie przerzedzać mi drzewa. Podobno żaden problem, tak mówi szef który jest już po rozpoznaniu terenu. W trosce oto aby po wyrębie i mnie dało się rozpoznać na wszelki nomen omen wypadek wynająłem już pokój w hotelu, spakowałem walizki i profilaktycznie złożyłem wniosek o mieszkanie. No bo jakby tak coś im się, fachowcom, za przeproszeniem omskło?

niedziela, 24 października 2021

Na sztokholmskim lajcie

W długiej już mojej że tak zażartuję karierze zawodowej napotykałem bardzo różne typy pracowników z którymi nie sposób mi się było identyfikować.  Do jakiegoś momentu wydawało mi się, że najbardziej odpychający są wazeliniarze. Do dziś siedzi mi w głowie np.  pewien portier który co piątek żegnał wychodzących okrzykiem (sic!) "I życzę miłego weekendu!" wydawanym przez okienko w pozycji kukułki zegarowej, nie zauważając absolutnie, że jest obiektem drwin. Ale co by nie mówić on nikomu krzywdy nie robił. Miał takie nawyki (cytat kolejny: "To do czwartku, BO MNIE JUTRO NIE MA!") i koniec. Fakt faktem, że każdy jego zmiennik zwyczajnie tylko reagujący "proszę-dziękuję" i "dzień dobry - do widzenia" wychodził prawie że na gbura, ale nadal nie było to niczym strasznym. Dopiero lata później, choć niestety także w branży ochroniarskiej napotkałem przypadek dużo gorszy, który zresztą był jednym z wielu nie tylko tam i nie tylko wtedy. "Porwany". I nie, nie chodzi mi tu o stan odzieży roboczej delikwenta, bez obaw. Bardziej mam na myśli tak zwany syndrom sztokholmski w wersji light. 

Środek zimy 2009/2010. Gnijąca budka z dykty na pustym placu po umierającej firmie. Pilnujemy rozpadających się budynków i paru maruderów pracujących tu i ówdzie na ogromnym terenie. Do ukradzenia nie ma tam nic. Do pilnowania także. I nagle wśród nas pojawia się nowy kolega, mężczyzna około trzydziestki, który okazuje się większym służbistą od naszego kierownika, który to (o czym mówiłem w "Urobionych") robił mi wymówki w środku nocy o to, że nie noszę krawata. Bo tego że do połowy łydek mam mokre od śniegu nogi we własnych starych butach i że pracuję za 3,70 (pozdrawiam wielbicieli pana Tuska, to oni, peowcy tak dbali o rynek) nie zauważał. Ale to nie o nim miało być. A więc ten nowy kolega. Sprawny, zorganizowany, zaangażowany. Ani stawka, ani otoczenie go nie deprymują. On się łasi, on wierzy, że dostanie umowę o pracę, że go przeniosą, ba!, może nawet mianują jakimś ochroniarskim generałem czy kim tam. Wydzwania do kierownika, pyta, notuje, biega na obchody, no po prostu cud pracownik. Tyle że dureń.

Ktoś kto czyta mojego bloga od lat, pamięta zapewne ile razy pisałem o tym, że zaangażowanie i uczciwe wykonywanie obowiązków nie powinny zależeć od stawki czy umowy, że jest to nasza część porozumienia z pracodawcą i my ją powinniśmy wykonywać jak należy, skoro na siebie przyjęliśmy. Tak właśnie robiłem. Nie spałem na służbie, nie wpisywałem fikcyjnych obchodów, kilka razy złapałem złodziei, zebrałem też ileś pochwał. ALE! Ale proszę Państwa, to było TYLKO wykonywanie obowiązków. Można rzec, że coś jakby naprawianie dziadowskiej firmy dobrym pracownikiem. Zawsze w stronę petenta, jak najmniej w stronę pracodawcy - oszusta. 

A ten bidok wydzwaniał, poprawiał ten krawat patrolując pusty plac o drugiej w nocy, bał się zamienić z kimś na zmianę i w ogóle brać głębszy oddech bez wiedzy władzy. A to wszystko za 3,70... 

Żebyśmy mieli jasność. On wiedział, że zlecenie na jakim pracujemy jest na warunkach umowy o pracę, wiedział, że firma nas okrada, łamie prawo, ma głęboko w nosie. Ale on tę firmę kochał.

Minęło circa pięć lat. Znalazłem się w ogromnym zakładzie produkcyjnym na jakże popularnym w naszym kraju stanowisku operatora maszyn. To już były inne pieniądze, to fakt, ale poza tym jak w ochronie albo i gorzej. Wyzwiska ze strony tak zwanych "liderów", ciągłe poganianie, ignorowanie przepisów prawa pracy i bhp i tak dalej i tym podobna. A do tego wyścig szczurów, bo przecież raz na pół roku kto się naprawdę angażował (soboty, niedziele, nadgodziny, normy) mógł dostać prawdziwą umowę o pracę. I w takiej to firmie spotkałem którejś nocy piękną ciemnowłosą dziewczynę. Wydała mi się jakaś inna, spokojniejsza, ciekawsza od całego tego oszalałego tłumu wokół. O jakże się myliłem! Plus minus w środku dniówki traf chciał że zastawiłem wózkiem na odpady jej wózek. Ot, musiałaby swoje ścinki wrzucić górą albo do mojego. Żaden problem, tym bardziej, że wszystko trwało może ze trzy minuty. Wiązanki jaką wtedy od niej usłyszałem nie jestem w stanie do dziś powtórzyć, a święty nigdy nie byłem. Te bluzgi, te wyzwiska pod adresem bądź co bądź starszego od niej, kogo widziała pierwszy raz w życiu zwyczajnie mnie powaliły.

Norma! Czas! Wydajność! Lider! A ty taki owaki i tak dalej... 

A przecież ona wiedziała, że tę upragnioną umowę powinna mieć od pierwszego dnia, że dodatek nocny którego na zleceniu nie ma też jej się należał, że nagradzanie etatem to żenada. Ale cóż tam, ważne, że może ktoś zauważy, pochwali, podrapie za uchem... O tym, że się gdzieś przez ten wyścig powoli odczłowiecza pewnie nie pomyślała.

Nie tak dawno poznałem kolejnego takiego człowieka. Nie jest młody. Nie jest też stary. Sporo umie. Od lat pracuje na minimalnej dostając resztę (niewielką) pod stołem, od lat znosi wyzwiska szefa i chamskie komentarze kierowników, od lat tłumaczy się z każdego dnia urlopu czy chorobowego. A i tak nie ma tygodnia żeby nie był szmacony. A i tak tę firmę kocha. I tak nawet nie zerknie na ogłoszenia w których za jedną z kilku jego umiejętności oferują pensję o tysiąc albo i więcej złotych wyższą od tej którą ma. 

Takich ludzi są tysiące, a może dziesiątki tysięcy. Karmieni chlebem ze smalcem zamiast suchego chleba zapomnieli już że istnieje szynka. Są tragiczni potrójnie. Krzywdzą siebie samych i swoich bliskich, upewniają złodziei i oszustów że mogą dalej kraść i oszukiwać, a wreszcie gdy ktoś obok krzyknie DOŚĆ! to oni pierwsi go uciszą, zanim pracodawca zdąży otworzyć usta.

Bójmy się ich.

Jak usunąć malware AGENT TESLA

Z pozoru coś zupełnie nie na temat, ale ważnego. Malware. Szkodliwe oprogramowanie. Dokładniej niejaki agent tesla, czyli świństwo pozwalające wykraść nasze dane.

Nie wiem skąd się przyplątało, ale się przyplątało. Najpewniej ze spamem. Jeżeli i Ty masz z nim problem, to przeczytaj jak ja się go pozbyłem. Za darmo.

Jest wiele programów wykrywających tego szpiega, ale co do usunięcia bywa różnie. Wbudowany system ochrony Windows 10 w każdym razie mimo kilku prób sobie nie poradził. Inne programy są płatne, a sposoby ręczne czasochłonne. A ja połączyłem darmowość z szybkością i zadziałało.

Jak napisałem Windows Defender znalazł toto i nie potrafił usunąć. Po przekopaniu Internetu znalazłem program Combo Cleaner (KLIK!). Skuteczny podobno, ale płatny. Zainstalowałem licząc na cud. Cud się stał. Combo Cleaner znalazł zainfekowane lokalizacje będące jakimiś wpisami przeglądarki Microsoft Edge. Żeby je dokładnie usunąć musiałbym zapłacić za pełną wersję, a że tego nie chciałem robić po prostu zapamiętałem/zapisałem kto co i gdzie. Generalnie MS Edge. Spoko. Następnie ściągnąłem program CleanMyPC (KLIK!), który również w pełnej wersji jest płatny, ale sporo można w nim zrobić za darmo. A mnie wystarczyło, że potrafi usuwać programy, których Microsoft do usunięcia nie przewidział, w tym wspomnianą wcześniej przeglądarkę.

Zaznaczyłem pełne odinstalowanie Edge wraz ze wszystkimi śladami (a w tym także agentem tesla) i... zadziałało. Bez płacenia, bez reinstalacji, bez ręcznego kopania w rejestrach. W ciągu kilkunastu minut! Może mój amatorski sposób Cię przyda. Jeżeli tak, będzie mi miło. Pozdrawiam.

sobota, 26 czerwca 2021

Szkiełko, oko, mózg na ścianie

Na naszym skrzyżowaniu tuż przed pasami napisano jakiś czas temu białą farbą ostrzeżenie o treści "Odłóż telefon i żyj". Pomyślałem sobie dzisiaj, konstatując jednocześnie, że sam swojego aparatu zapomniałem, że chyba najczęściej stosują się do tegoż hasła konsultanci w telefonicznych biurach obsługi, przez co takie na przykład "Orinoco Flow" niejakiej Enyi i to w wersji maxisinglowej każdy abonent Orange jest w stanie zanucić nawet obudzony o drugiej w nocy. Ale ja nie o tym miałem. Ciekawych ludzi dziś spotkałem, o to mi chodziło. Postanowiłem Wam o tym opowiedzieć. Wam wszystkim czterem którzy na tego bloga traficie tylko dlatego, że kiedy siedzieć będziecie przed klawiaturą chomik Wasz nagle przez nią przebiegnie...

Najpierw zatem tuż za moimi plecami pan w wieku późnopaździernikowym zaczął wydawać odgłosy. Samo to może jeszcze by mnie nie zdziwiło, gdyby nie fakt, że były one że tak powiem w dużej opozycji do jego metryki i brzmiały w uproszczeniu tak:

-Mmmm... Oooo... Ładna... Malutka taka...

Spodziewając się... no nie wiem... strach pisać kogo, bo to w sumie dobry reżyser jest, więc chyba nie, obejrzałem się za siebie i ujrzałem mężczyznę GŁASZCZĄCEGO pozostawioną przez kogoś elektryczną hulajnogę. 

Nie dowiedziałem się niestety czy między nimi zaiskrzyło, a lepiej żeby nie, bo było po deszczu, bowiem podjechał akurat autobus. W nim także czekały na mnie niespodzianki. Najpierw kierowca po wejściu pasażerów wyłączył silnik. Uznałem, że może ma instrukcję obsługi do góry nogami i już miałem mu to zasugerować, kiedy to on zasugerował chłopakowi obok mnie: Pan w dresie, proszę założyć maseczkę!

-A spie... (oddal się szybko w dowolnym kierunku) -odmruczał wezwany

-Proszę założyć maseczkę! Pan mnie słyszy?

-Słyszę, słyszę, rwa...

Ruszyliśmy. 

-A wie pani, jak to usłyszałam, to aż się zaczęłam macać, czy też mam - rzuciła z dziwnym uśmiechem babcia na siedzeniu po lewej do swojej towarzyszki - maseczkę, no maseczkę przecież!

-A ten nie ma, widziała pani? I jakoś żyje. A jakie ząbki fajne, jak malowane - odpowiedziała jej tamta komentując billboard za oknem.

Z billboardu wspomnianego uśmiechał się do nas pewien niegdyś między innymi piosenkarz reklamujący obecnie jedzenie w torebkach. 

-On to pięć żon miał! A z każdą inne dziecko! (No trudno, żeby to samo, pomyślałem)

-Boże jedyny, dokąd ten świat zmierza?

-"Przystanek przychodnia" - odpowiedział natychmiast donośny bas z głośników


Wysiadłem. Jak to mawiał mój kolega "fizycznie, psychicznie i logicznie".

Jako że bezdyskusyjnie jestem Polakiem (babcia co prawda podpisała volkslistę, ale miała okulary na NFZ, więc to się nie liczy, za to druga dla równowagi trzymała ruskich u siebie na strychu, czym jak po 1989 roku twierdziła znacząco opóźniała postęp frontu na tym odcinku, bo to akurat oni mieli cały bimber i reszta nie wiedziała co robić) więc mam obowiązki polskie. Znaczy rzunt nasz pisobłogosławiony każe nosić maseczkę, to noszę. Bom patriota. Inna wersja, że mianowicie golę się raz na tydzień i zwyczajnie mi się nie chce tej szmatki ściągać jest podłą insynuacją wiadomych kół. I innych sześcianów.

No to se szłem. 

-Khe, khe, khe... (wie ktoś jak zapisać kaszel???) - dotarło do mnie z przystankowej ławki. Śmiech jakim te odgłosy były przetykane jasno dawał do zrozumienia, że był to komentarz do mojego (wy)stroju.

Jako że autorami owych odgłosów okazały się być dwa nomen omen fundamenty Polskiego Monopolu Spirytusowego oraz rosyjskich rozlewni płynu do spryskiwaczy pokazałem im na którym palcu proktolog nie nosi obrączki i poszedłem dalej. Jak to mawiają piloci (polska historia pokazuje niestety, że nie wszyscy) - nie będę się zniżał.

W sklepie panowała przyjemna atmosfera. Chyba posprzątali. To już drugi raz w tym roku. Też kiedyś się zbiorę i dojdę do takiej średniej. A za stoiskiem z bułkami rodził się związek. Dżeronima z Martinsem...

Tfu! Zboczeńcy!

...Dżeronima z Martinsem uspokajam, że nie związek zawodowy!

Uff!

Zresztą to nie ta sieć. 

Siedź i słuchaj. 

-Bierzesz jajka (O Matko! Czyli jednak!) i dodajesz pieprz, bazylię, potem ser (Jeżuniu Kolczasty, jaka ulga) i to wszystko mieszasz..

- I ty to wymyśliłeś?

-No.

Ech młodość, miłość i inne takie... Ona zauroczona jego jajkami (z bazylią), on jakże dumny a nie spodziewający się, że potem będzie musiał pozmywać... I tak do końca życia...

Zostawmy ich. Niech sami dojdą. Do porozumienia.

Po zakupach głównych (Dygresja numer czy i pół. Uwielbiam studentów. W sensie ich sposób kupowania. Proszę pół jajka, dwa plasterki parówki i trochę okruszków spod półki z ciastem. Mam dziś urodziny!) planowałem jeszcze zajrzeć do innego sklepu, ale po drodze był tylko ten, który bojkotuję. (Jak odparł pewien kucharz okrętowy na pytanie co tak śmierdzi plastikiem w kuchni) więc sobie darowałem. Na wystawie jednak dostrzegłem obrazek jakże uroczy. Oto przeceniona flago-sztandaro-szaliko-chusto-płachta kibica z napisem Zwyciężymy! a obok wielki napis Brzoskwinia UFO 8,99. I weź tu sobie człowieku odpowiedz co jest bardziej zabawne!

I już wysiadając z autobusu ostatnia perełka mię dopadła. Stanąłem oto oko w oko z człowiekiem trzymającym w ręku torbę z napisem JESTEM KOTEM!

-A ja psem. Dokumenty poproszę! 

:))


-----------------------------

Wszystkie zdarzenia i dialogi zasłyszane i opisane są autentyczne i miały miejsce między ósmą a dziewiątą rano dziś, w sobotę dwudziestego szóstego czerwca roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego pierwszego. Skojarzenia i interpretacje są wyłącznie moje. Oraz lekarza lub farmaceuty. 

Dobranoc :)

niedziela, 20 czerwca 2021

Album covidowy

Doceniamy wagę wszystkiego, gdy jest już za nami, tak mógłbym zacząć, czytając wpis na pewnej stronie zachęcający do tworzenia "albumów covidowych", czyli po prostu zbierania wspomnień z dziwnych czasów w jakich przyszło nam od ponad roku żyć. Albowiem rzeczywiście, w pierwszym odruchu pomyślałem sobie "a cóż mam tam zbierać?", po co mi zostawiać w pamięci to wszystko, ten strach, maseczki, puste półki, taśmy ostrzegawcze w autobusach i profilaktyczne odsuwanie się od każdego kaszlącego, nawet jeśli jego kaszel towarzyszy nam (i jemu) od lat?

Ale zastanowiłem się kilka chwil i dotarło do mnie, że Weronika, która tworzenie takich albumów promuje, ma rację. O wiele za późno ta propozycja została upowszechniona, to fakt, ale pomysł jest przedni. 

Myśląc o wspomnieniach mamy zwykle przed oczami te największe, te od łez, śmiechu, te na całe życie. A przecież między nimi, obok nich i bezustannie mijamy te zwyczajne, te z których NAPRAWDĘ składa się nasza codzienność. I co ciekawe one nawet nie muszą być ważne. One mają być tylko, a przynajmniej być powinny, ikonkami dla naszej pamięci, powinny wyzwalać to, co mamy w głowach i sercach a co tylko poprzez skojarzenie wynika ze wspomnianych wspomnień ;) typu standard. Przykład? Mam w domu taki zeszyt sprzed dokładnie trzydziestu lat a w nim między innymi bilet autobusowy. Zwykły bilet, nawet po czasie nie mający żadnej wartości, ale będący kluczykiem (ok. niech będzie że hasłem) do "folderu" w mojej pamięci. A w nim jest już cała masa ważnych chwil. Deszczowy dzień, strach, wielki szpital, oczekiwanie na decyzję lekarza, przyjęcie, operacja, długie dni leżenia i wreszcie wyzdrowienie. A wszystko zaczęło się od tego biletu. 

Nie, nie robiłem zdjęć gdy pojawiła się pandemia. Pewnie z dzisiejszej perspektywy oceniając robiłbym, ale nie robiłem. Mam jednak "zrzuty ekranu" w głowie. Obrazki - symbole tamtych dni. Pierwszy to zapewne jakieś wiadomości o epidemii, gdzieś daleko, na końcu świata. Zaraz potem nawet nie dziewiętnastowieczne, ale chyba przedpotopowe myślenie, że TO nigdy do nas nie dotrze, bo przecież morza, góry, tysiące kilometrów...

Obrazek drugi to chłopak w maseczce, którego minąłem obok Biedronki kilka tygodni później. Mój pogardliwy uśmiech mający zamaskować niepokój. To był pierwszy człowiek w maseczce jakiego spotkałem gdzie indziej niż na ekranie telewizora czy monitorze komputera.

Obrazek trzeci. No właśnie, błahy, ale mocno wyryty w pamięci. Kierowca autobusu podniesionym głosem każący mi usiąść, ponieważ NIE MA TERAZ MIEJSC STOJĄCYCH. Bzdury jakieś, powie ktoś. Nie za bardzo. Wsiadłem do autobusu żeby wracając ze sklepu przejechać trzy przystanki. Jak zawsze. Nie siadałem, bo nie było mi cięzko, trasa też krótka, słowem zachowałem się jak setki razy wcześniej. I nagle ta głowa wychylona z szoferki... Bez słowa usiadłem. Byłem przerażony.

Przerażenie, na granicy łez nawet budziły też u mnie maseczki. Ludzie odsuwający się od siebie, opatuleni tymi szmatkami i zachowujący się jakby tak było zawsze. Bałem się, że tak BĘDZIE zawsze. Że stało się coś strasznego skoro musimy wyglądać jak postacie z katastroficznego filmu.

Obrazek następny. Mój ulubiony sklep i montażyści zakładający pleksiglas na drewniane ramy wokół kas, kasjerki w przyłbicach i rękawiczkach, ochroniarz odliczający ilość klientów mogących jednorazowo wejść. Zamiast wesołych piosenek (jest tylko jedna sieć marketów która gra fajne piosenki pod nóżkę a nie smęty) komunikaty o tym by realizować zakupy szybko i bez spacerków. Kolejki, długie kolejki z odstępami po dwa metry między każdym czekającym. I nikt nie psioczył, nikt nie narzekał. Każdy się bał.

Potem pojawili się ONI. Ci którymi gardzę do dziś. Hieny i tchórze. Hieny podnosiły ceny na wszystko (mydło Protex zamiast średnio 2,60 zł za sztukę na 12 zł w promocji albo paczka rękawiczek zamiast 10 zł około 100) a tchórze wykupywali (wykupywały?) hurtowe ilości najzwyklejszych artykułów łudząc się że przedłużą sobie zdrowie i życie kartonem makaronu...

Przeżyłem komunę. Znam puste półki, czekanie na dostawę, jedzenie szynki dwa razy w roku albo zapach batoników Mars dochodzący zza drzwi Pewexu na dworcu w Katowicach. Biedę, taką prawdziwą, gdy nie ma się na bułkę też przerabiałem. Wydawało mi się zatem, że w tej materii nie może mnie już nic zdziwić. A tymczasem wiosną 2020 roku okazało się, że w ogromnym markecie nie ma ziarenka soli. SOLI!!!! A nie wiem jak czytającym te słowa, ale piszącemu je, kilo soli wystarcza circa na rok... Zatem sól, makaron, kasza, konserwy, mrożone mięso, papier toaletowy i puste półki, puste palety, wypchane po brzegi wózki. Oczywiście, że nie zazdrościłem tym, którzy coś "upolowali" przede mną, nie w tym rzecz, ja po prostu nienawidziłem ich za ten chaos jaki wprowadzają, za to nakręcanie strachu, zachęcanie kolejnych im podobnych do identycznych a KRETYŃSKICH zachowań. 

Szał zakupów na maseczki. Te zwykłe przeciwpyłowe, budowlane, kosztujące wcześniej może złotówkę, a teraz sprzedawane po 20 albo i 70 za sztukę. I te "nowocześniejsze" szmaciane, warte (i sprzedawane dziś znów po) 2 złote wtedy nagle wyceniane na 10 albo 20. I jeszcze płyny antybakteryjne, które jak wynika z nazwy guzik mają wspólnego z wirusami. I masa, cała masa innych towarów.  Gorączka cen i zakupów. Strach, który obudził w nas małych, wrednych, prawie że szmalcowników. 

I już przede mną inne zdjęcie. Ja - pacjent zero. O mało co. Gdy zaczęły się zachorowania w Polsce, gdy po raz pierwszy otworzono specjalne oddziały covidowe, zachorowałem ni stąd ni zowąd na pewną zakaźną chorobę, której początkowe objawy bardzo przypominały tę, której tak wszyscy się baliśmy.  Stąd moje telefony do sanepidu, do szpitali i do lekarza rodzinnego. Stąd potem codzienne dopytywania moich przełożonych o mój stan. Byłem przez moment słynny, wszak mogłem zostać tym, który wyśle na kwarantannę co najmniej kilkunastoosobową grupę współpracowników i to jako pierwszy w naprawdę dużym zakładzie! Gdy już potwierdziło się, że to zupełnie co innego, wszystko nagle ucichło. Przeleżałem sobie w domu około dziesięciu dni słuchając Pet Shop Boysów i czytając wspomnienia Augusta Kubizka. Jedno i drugie też już na zawsze będzie mi się kojarzyć z tym czasem. 

Następna kartka. Końcówka maja. Ogłoszenie o zwolnieniach grupowych w mojej firmie. Czytam je i fotografuję rano, kilka godzin później otrzymuję już wypowiedzenie. A razem ze mną wielu, wielu innych.

No właśnie. Poza strachem, cenami, trudnościami w zrobieniu zakupów i zmianą w zachowaniach jest coś, co dla mnie osobiście stało się wspomnieniem ważniejszym. Iluś ludzi, ileś miejsc, ileś rozmów, ileś przyjaźni, sympatii, ileś zwykłego tu i teraz zostało przez pandemię skasowane. Kogoś się lubiło, z kimś się rozmawiało, kogoś znało się od lat. Jedni potracili pracę, inni zdrowie, jeszcze inni życie. Poszatkował nam się ten świat.

Antyszczepionkowcy, antymaseczkowcy. Kolejna porcja ludzi "nieobsługiwanych w Media Markt". Szkoda na nich złości, ale zrozumienia u mnie także nie znajdą. Są następnym obrazkiem covidowego albumu. Razem z hienami i tchórzami to oni także, choć co jasne, nie wyłącznie, są winni temu jak przeszliśmy ten czas.

***

Mamy początek lata 2021 roku. Udało mi się nie zachorować. Straciłem "tylko" pracę, zgubiłem po drodze iluś ludzi których mi brakuje, zaliczyłem trzymiesięczne bezrobocie (bezbolesne dzięki odprawie i "dudowemu") i jestem o rok starszy. Kilka dni temu przyjąłem drugą dawkę szczepionki i wierzę, że będzie lepiej. Ale ten rok z małym hakiem zmienił w mojej duszy, w naszych duszach, więcej niż całe dziesięciolecia wcześniej. 

Czasem ważniejsze są te małe sprawy na których wyrastają dopiero te wielkie, życiowe. Jeżeli za kilka dni znów usiądę obok kogoś w tramwaju lub autobusie bez zastanawiania się nad tym czy mi wolno, to może już to będzie milowym krokiem do świata jaki znaliśmy przed marcem 2020. A może akurat los sprawi, że tym kimś będzie ktoś, kogo dawno, dawno nie widziałem?

Dla tego uśmiechu jaki by spowodowało takie spotkanie zostawiam miejsce na ostatniej stronie mojego albumu.

piątek, 23 października 2020

Żeby Wszystkich Świętych nie było Świętem Zmarłych

Do stu tysięcy problemów prawdziwych i wymyślonych, jakie nam w tym roku towarzyszą doszedł w ostatnich dniach kolejny.

Iść czy nie iść na groby swoich bliskich w Dniu Wszystkich Świętych. 

I oto obudziła się nasza narodowa obłuda. Nagle jesteśmy tacy rodzinni, tacy pamiętający, tacy wierzący, tacy tęskniący i tacy niewzruszeni. Taką krzywdę nam chcą „źli pisowcy” zrobić zamykając cmentarze. Bo przecież przed nami trzeba je zamykać, my się tam pchamy rękami i nogami. 

Po co?

Po to by zostać?

Łatwo nam nie pamiętać, nie znać, nie pomagać i nie mieć czasu za życia kogoś. „No ale wiesz, ja mam tyle na głowie!” Potem za to wielkością i ilością zniczy czy kwiatów w naszym jedynie mniemaniu naprawiamy to wszystko ten jeden lub nawet kilka razy w roku stojąc nad kamienną płytą czy ziemnym kopczykiem i mając pełną świadomość, że temu, kto pod nimi spoczywa jest to totalnie obojętne.

Nie, nie, nie obruszaj się tak. Raczej się rozejrzyj. Rewia mody, plotki, znudzone miny i pokazanie się „bo co by ludzie powiedzieli”. Pomiędzy tym garstka takich, co naprawdę tęsknią, naprawdę cierpią, naprawdę chcą tu być. Garstka. Zawsze tak było.

A ja nie chcę.

Nienawidzę udawać. 

Zwłaszcza w takim nieprzewidywalnym roku jak 2020.

Żaden wieniec, żadna świeczka nie wróci mi babci, dziadka czy ojca. Dla nich i dla mnie wszystko zakończyło się, gdy odeszli. Pamiętam, owszem, dbam, owszem, ale nie mam żadnego wyrzutu sumienia, że w tym roku ich nie odwiedzę na cmentarzu. To co ważne zostało w moim sercu, nie pod płytą z chińskiego piaskowca.

Maseczek, dystansu społecznego ani dezynfekcji nie wymyślili Morawiecki z Kaczyńskim. Tak samo nie oni każą mi lub zabraniają wpychać się do pełnego autobusu, podawać ręki czy łazić po galeriach handlowych jakby nadal był rok 2019. To zdrowy rozsądek. Pozytywny egoizm.

Chcę żyć, chcę być zdrowy. Wszystko inne jest na drugim miejscu.

Nie podam Ci ręki. Nie usiądę obok w autobusie. Nie zdejmę maseczki „bo tutaj i tak policja nie chodzi”, nie pójdę na cmentarz pierwszego listopada.

Może mi to nic nie da i któregoś dnia i tak zachoruję. 

A może sprawi, że nie zachoruję nigdy.


Najpierw żyć, potem dopiero popełniać błędy.

Amen.


sobota, 15 sierpnia 2020

Rewizor

 W czasach mojej oby dawno minionej pracy na budowie wielkim poruszeniem odbiło się dnia pewnego przyjęcie do firmy nowego pracownika, na którego identyfikatorze mój kolega odczytał był napis „elektronik”. Pośród kilkudziesięciu murarzy, płytkarzy, malarzy i jednego mało aktywnego zawodowo tudzież prywatnie elektryka była by taka to nowa osobistość nawet nie perłą między wieprzami, ale wręcz Koh-i-Noor’em na miejskim wysypisku, i tak też tę informację odbieraliśmy do momentu, gdy sami ujrzeliśmy owego nowoprzyjętego z wystającym spod kufajki kartonikiem „robotnik budowlany”.  Jako że nikt wcześniej w naszym zakładzie takiego tytułu nie nosił widocznie owo słówko robotnik wyglądało dla nie dość spostrzegawczego prawie jak elektronik…

A że prawie robi różnicę, to już wszyscy wiemy. Z reklam.

I ja o reklamie właśnie. Zawisła sobie taka w kilkudziesięciu egzemplarzach w mojej okolicy udając jednak, kto wie czy nie lepiej niż wspomniany na wstępie pan (bo świadomie), że absolutnie reklamą nie jest. Słowa „robotnik budowlany” zastąpiono tu tylko poważnym zwrotem „zawiadomienie”. I oto na karteluszku tym, a warto tu dodać, że absolutnie nie wiszącym na byle tablicy czy słupie a raczej „poważnie” na skrzynkach na listy, ogrodzeniach czy elektrycznych szafkach, napisano że W związku z coraz większą liczbą awarii urządzeń gazowych oraz zatruć tlenkiem węgla Zakład Instalatorstwa gazowego [tak w oryginale – dop. mój] będzie przeprowadzał zapisy na kompleksowe czyszczenie piecyków, tzw. junkersów oraz kuchenek gazowych. W czasie trwania zlecenia usługa będzie wykonywana z 50% rabatem. Usługa przeznaczona jest dla osób chętnych. Tyle „elektronik”, pora na "robotnika budowlanego”. Oto on. W ofercie posiadamy czujniki czadu. Usługi hydrauliczne – montaż –serwis – naprawa piecyków. Zapisy tylko telefonicznie [tu numer] w godzinach od 10 do 18:00. I „elektronik” po raz drugi: Dziennik Ustaw nr 74 z dnia… ble ble ble

W czym problem, zapytają Państwo?

Można powiedzieć, że w tym, iż nie wiadomo w porównaniu do czego ani jak duża w ogóle, gdzie, kiedy i jak liczona jest np. ta coraz większa liczba awarii i zatruć albo jakiż to konkretnie i gdzie się mieszczący Zakład Instalatorstwa gazowego oferuje nam swoją pomoc, ewentualnie jeszcze, od jakiej ceny i czy kiedykolwiek istniejącej liczona jest ta ogromna 50% zniżka, czym jest okres trwania zlecenia i wreszcie, już z przymrużeniem oka, jak rozumieć zapis o tym, że klient powinien być chętny. Ale zostawmy to. Sedno leży gdzie indziej.

Zatytułowanie REKLAMY zwrotem ZAWIADOMIENIE wprowadza potencjalnego klienta w błąd sugerując, iż wszystko, co znajduje się w takim druku jest czymś, do czego mniej lub bardziej jest on zobowiązany lub zobowiązywany właśnie od teraz np. przez jakiś urząd lub przepis. Powoływanie się w reklamie na w żaden sposób niedoprecyzowane „coraz większe liczby awarii i zatruć” jest sugerowaniem jakoby wydarzyło się w ostatnim czasie coś, co wymaga od użytkownika/klienta podjęcia jakichś konkretnych działań najlepiej jak najszybciej. Użycie miana Zakład Instalatorstwa gazowego bez podania pełnej nazwy firmy, nazwiska właściciela czy adresu siedziby tworzy wrażenie jakoby druk był sygnowany przez mniej lub bardziej oficjalny czynnik w rodzaju np. firm zajmujących się dystrybucją gazu czy prądu. Zwrot „zapisy” sugeruje, że istnieje jakiś określony czas, liczba wolnych miejsc lub konkretna sytuacja („liczne awarie” na przykład) w trakcie których skorzystanie z oferty jest możliwe. I wreszcie powołanie się w zakończeniu na Dziennik Ustaw (w druku opisany dokładnie ze wszystkim paragrafami i datami) a także miejsca wywieszenia reklam tworzą  w czytającym przeświadczenie, że podjęcie przez niego działań opisanych wyżej jest, jeśli nie konieczne, to przynajmniej pożądane. Drobiazgiem jest tu dodanie, że ustawa nie wspomina o wymogu korzystania z usług firmy będącej autorem opisywanej reklamy, a jednie mówi, że użytkownik odpowiedzialny jest za sprawność instalacji, co jest oczywistą oczywistością. 

Pan „elektronik” z mojej historii chyba nawet nie dowiedział się nigdy, za kogo go błędnie wzięto i jak się jego przybycia na budowę wystraszono a pomyłka ta stała się potem tylko naszą firmową anegdotką, pan „robotnik” z roku 2020 zasłania wirtualną kufajką swój identyfikator tak, że nawet, gdy sam mówi, że elektronikiem nie jest, robi to w sposób, który każe, przynajmniej mniej zorientowanym myśleć inaczej. 

Nie twierdzę, że to nielegalne, skądże, za to niesmaczne z całą pewnością.

środa, 5 sierpnia 2020

Pod górkę





Gazeta Wyborcza piórem pana Marcina Czyżewskiego ogłosiła dziś, że oto "Turyści wreszcie wiedzą, gdzie jest szczyt Skrzycznego", a wszystko to dzięki specjalnej żółtej tabliczce w celu informacyjnym na wspomnianej górze zamontowanej. Wielką tę, jakby z owego tytułu należało wnioskować,  pracę wykonały wspólnie Centralny Ośrodek Sportu w Szczyrku oraz oddział PTTK z Bielska Białej. Na tym jednak nie koniec. Jak donosi pan Czyżewski tabliczka na Skrzycznem oprócz precyzyjnego określenia wysokości podaje jeszcze, nie uwierzylibyście Państwo, informację, iż jest to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. 

Faktycznie, tego można było nie wiedzieć, co potwierdza pośrednio pan Tomasz Laszczak, dyrektor COS w Szczyrku, komentując, że "takiej konkretnej informacji do tej pory brakowało".  

Dopełnieniem tego niechaj będzie wypowiedź pana Andrzeja Kuci z oddziału PTTK w Bielsku, który dodaje, że będzie to teraz "idealne miejsce dla tych, którzy dokumentują zdobywanie najwyższych szczytów w ramach Korony Gór Polski".

---

Do Gazety Wyborczej AD 2020 daleko mi światopoglądowo jak nie przymierzając do szczytu Skrzycznego i to idąc z Węgierskiej Górki, ale mimo bycia "pisiorem" nadal mam otwarty umysł i potrafię docenić dobre dziennikarstwo, nawet, jeśli co do treści, które przekazuje, jestem w nomen omen totalnej opozycji. To niestety nie jest dobre dziennikarstwo. To jest gazetka szkolna. Przykro się czyta takie materiały. Raz, że przerost formy nad treścią żenuje, dwa, że tak autor jak i jego rozmówcy ani słowem nie wspominają, że taka "specjalna" i "precyzyjna" tabliczka jest lub może nie ma jej TERAZ (nie wiem tego), ale BYŁA przez długie lata, trzy, że turysta, który idąc na Skrzyczne nie wiedziałby, że to Skrzyczne, musiałby być przypadkiem wyjątkowym, i nie uważam aby z gatunku tych chlubnych, cztery, że gramolić się z dowolnie wybranej strony godzinami na szczyt, a docierając nań i nadal nie wiedząc (albo zwłaszcza nie widząc!), że nic wyżej już nie ma, po prostu jest niemożliwym,  i wreszcie pięć - oto kilka zdjęć. 

---

Rok 2011





Rok 2012





Rok 2015





Trzy komentarze ze strony www GW





Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.