Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


czwartek, 7 czerwca 2018

Dni wyłączone

Każdy z nas ma chyba jakiś swój ulubiony film i ulubioną z niego scenę. Jedną z takich scen i jednym z takich filmów jest dla mnie od lat "Wielki Szu", prosta a uniwersalna zarazem opowieść o życiu, w której historia karcianego oszusta i jego ucznia są tylko pretekstem do wielu zmuszających do myślenia kwestii dotykających bardzo szerokiego spektrum zagadnień. Cytaty można by mnożyć, zresztą kto je lubi, powinien jak ja zaopatrzyć się w książkę na podstawie której film powstał, ale dziś zatrzymam się nad chwilą która nie wiedzieć dlaczego uderza mnie zawsze najmocniej, choć nie pada w niej ani jedno słowo.
 
Oto uczeń głównego bohatera, zafascynowany magią kart i możliwościami jakie daje manipulowanie grą przegrywa wielką walkę do której jak sądził perfekcyjnie się przygotował i w którą też, co gorsza, włożył wszystkie swoje i nie tylko swoje pieniądze jakimi w danej chwili mógł dysponować. Ucieka z hotelu w którym toczyła się owa gra, mało nie wpada pod samochód i wbiega na dworzec kolejowy. W kolejnym ujęciu widzimy go budzącego się po kilku godzinach w poczekalni. Wstaje wolno, poprawia ubranie, przeszukuje kieszenie. Znajduje jakieś drobne i za nie w kiosku kupuje talię kart. Tak właśnie przejmuje od swojego mistrza to czego naprawdę chciał. Pragnienie zemsty, pragnienie odzyskania z jednej strony swojej moralnej niewinności, której odzyskać nie sposób a z drugiej kupienia poprzez grę tego, czego nie był w stanie zdobyć żyjąc normalnie wcześniej.
 
Często wracam do tego fragmentu filmu i fascynuje mnie tak dobrze znany z własnego życia moment w którym natłok zdarzeń, wzruszeń, nerwów paradoksalnie powoduje uspokojenie, wyciszenie i wreszcie sen. Ileż razy przechodziłem coś takiego w życiu! Zasypiam i budzę się z innym już, niekoniecznie lepszym, ale na pewno spokojniejszym spojrzeniem na swoje tu i teraz. Najprawdopodobniej jest to taka sztuczka naszego mózgu, który po śnie traktuje wszystko co wydarzyło się przed nim jako przeszłość, wczorajszy czy przedwczorajszy dzień. Ta naturalna tama pozwala skupić się nam na sytuacji TERAZ, z dystansem od wszystkiego co ją WCZEŚNIEJ, choćby kilka godzin wcześniej, spowodowało.
 
Pamiętam wiele takich tam postawionych przez moją psychikę gdy było naprawdę źle. Kiedyś była to jakaś kłótnia, innym razem coś głupiego co bezwiednie zrobiłem, czasem zerwanie z kimś albo utrata pracy, pewnie też wiele innych spraw od których trzeba było się szybko odgrodzić. Dziwne, że tak proste rozwiązanie działa, ale że działa nie mam wątpliwości.
 
Jakby wersją tego, wersją łagodniejszą i pomagającą w mniejszych problemach jest coś, co nazywam bocznym torem. Ten boczny tor to nic innego jak wyłączenie się na dzień czy dłużej od wszystkiego co nas dyscyplinuje. Od pracy, od rodziny, od znajomych, od obowiązków domowych i w ogóle od rzeczywistości. Życie na jałowym biegu. Też pomaga, byle oczywiście z jednej strony z tym nie przesadzać a z drugiej nie karać się potem za to wyrzutami sumienia.
 
Długi czerwcowy weekend był dla mnie takim bocznym torem. Przystankiem od wszystkiego. Plany malowania pokoju, koszenia ogrodu, jakiejś małej lub większej wycieczki poszły na bok. Wyłączyłem budzik. Spałem, ile potrzebowałem. Z czystym sumieniem ograniczyłem się do leniuchowania przed komputerem, telewizorem, ze słuchawkami na uszach albo książką przed oczami. Po kilku miesiącach sporego przyspieszenia w moim życiu postanowiłem wysiąść na chwilę z tego ekspresu. Jak się to niebyt ładnie mówi spauzować. Nie żałuję.
 
W niedzielny wieczór ogoliłem się, przygotowałem wszystko do pracy, nastawiłem budzik i ustaliłem co zrobię w poniedziałkowe popołudnie. Ułożyłem swoje rzeczy i swoje życie na miejsce. Wróciłem do gry.


 
 
 

sobota, 2 czerwca 2018

"Urobieni", czyli zbierając na peronówkę

 
Spotykamy się pewnego szarego zimowego dnia na katowickim dworcu, w miejscu tyleż przypadkowym, co i jak się później okaże, symbolicznym. Dworzec to wszak miniatura współczesnego świata, obszar w wiecznym ruchu, z tysiącami ludzi przemieszczającymi się w różnych kierunkach pomiędzy rozmaitymi małymi rzeczywistościami, w których funkcjonują, funkcjonować będą albo od których uciekają.  Z pozoru można by uznać, że tylko cel, długość i jakość tych podróży ich od siebie różni, ale przecież są tu i tacy, którzy z różnych powodów nigdzie nie jadą. Ciężko ich dostrzec, ale z pewnością są. I to o takich jak oni będzie ta rozmowa.
 
 
Marek Szymaniak – „UROBIENI”
Wydawnictwo Czarne 2018
(zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa)
 
 
W 1989 roku Polacy przekroczyli ustrojowy Rubikon nie mając pojęcia, co czeka ich po drugiej stronie, ale nie mając też żadnej liczącej się alternatywy. Uświadamiani przez polityków i media o konieczności zmian nie zauważyli, że sedno kapitalizmu, jakim jest organizacja pracy zamieniono w polskiej wersji prawie wyłącznie na jej wydajność, i to właśnie stało się później jedną z przyczyn pojawienia się „urobionych”. Kilku pokoleniom wmówiono bez mrugnięcia okiem, że są winne słabej kondycji gospodarki, ponieważ pracowały źle, za mało, za krótko, zbyt wolno i tak dalej, przechodząc do porządku dziennego nad tym, gdzie, jak, czym i pod czyim kierownictwem ta praca była wykonywana. Musicie biec szybciej – zdawali się później przez lata twierdzić politycy i przedsiębiorcy, dodając tylko półgębkiem – ale buty kupcie sobie sami. Normalność poprzedniego ustroju będącą paradoksalnie wcale nie tak daleką od normalności zachodniej Europy, czyli ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy i pensje mniejsze lub większe, ale zawsze pozwalające przeżyć, uznano i nierzadko uznaje się do dziś za lenistwo, postawę roszczeniową albo zawodową bierność. Od tego sprowadzenia do parteru krok już tylko był do wmówienia, że piwnica to dach, co też stało się, gdy w miejsce dużych wymagań weszły próby szeroko rozumianego ograniczania czy wręcz łamania prawa pracy, jednego z tych, które budują podstawową sprawiedliwość społeczną współczesnego świata.

Pojawili się zatem urobieni. Urobieni ciężką pracą, dyscypliną, wymaganiami i wyścigiem szczurów dotykającym każdej już chyba branży starzy i średni, ale, co kto wie czy nie jest gorsze w skutkach, także urobieni młodsi, urobieni, bo wpasowani w za ciasny kostium zdeformowanego kapitalizmu już od pierwszego dnia i nie wiedzący nawet, że to nie jest normalne. 
 
Pracują dużo lub o wiele za dużo, ale czasem nie pracują wcale, bo tej pracy dla nich nie ma. Ledwie wiążą koniec z końcem za trzycyfrowe wypłaty lub inkasują co miesiąc grube tysiące nie mając nawet kiedy ich wydać, bo oddający za nie swój czas, młodość, rodzinę, marzenia. Godzący się na utratę swoich praw i swojej  godności w imię przetrwania lub w imię utrzymania wysokiego standardu. Ci po studiach i ci po podstawówkach. Maklerzy, portierzy, drobni przedsiębiorcy, sprzedawcy, sprzątaczki, pracownicy produkcji.
Urobieni zniewoleni i urobieni dopasowani. 
 
Jestem jednym z nich. Urobionym. Dziś siedząc na katowickim dworcu kolejowym za przykurzoną budką z fastfoodem jak za ucieleśnieniem nowej Polski, która adoptowała mnie w 1989 roku opowiadam o swoim życiu i słuchając sam siebie przechodzę przez nie po raz drugi. Nie jest to łatwe, bo człowiek, do którego mówię, jest już z innego pokolenia i pewne sprawy dla mnie oczywiste widzi inaczej. Ale ma to i swoje dobre strony, bo właśnie jego reakcje powodują, że sam w kilku momentach spoglądam na swoje doświadczenia z dystansem. Nie próbuję nawet jak początkowo miałem ochotę się usprawiedliwiać, kreować, korygować. Po prostu opowiadam. Rozmawiamy tak bardzo długo. Przechodzę jeszcze raz, prawie jak na Sądzie Ostatecznym długą drogę od normalności do współczesności.  Tuż obok pulsuje świat, przebiegają ludzie, odjeżdżają i przyjeżdżają pociągi, zmieniają się godziny. Mówię, mówię, mówię. Wreszcie wstajemy, podajemy sobie dłonie i żegnamy się. Schodzę w ciemność do podziemnego przystanku, skąd zabierze mnie do domu ten sam od lat żółty autobus.  
 
Więc to już? Wszystko?
Nawet nie byłem na peronie.
 
---
 

Urobieni, to książka, w której dziennikarz TVN-u Marek Szymaniak opisuje życiorysy tych, którzy w zderzeniu ze współczesnością rynku pracy przegrali. To grupa bardzo różnych osób z różnymi charakterami, wiekiem, pozycją społeczną czy wykształceniem. Ich przegrana także bywa różna. Jedni stracili pracę, inni pieniądze, jeszcze inni godność, a wcale niemała część życie prywatne. Ich reakcje na to również były odmienne. Spotkamy tam tych, którzy się pogodzili i poddali, tych, którzy nigdy nie zaprzestali walki, takich, którzy postanowili zacisnąć zęby i wyciągnąć z realiów ile się da i wreszcie, czemu nie ma się co dziwić, tych, którzy zdecydowali odwzajemnić się codzienności pięknym za nadobne i spróbować oszukać ją choć trochę w zemście za to, że ona oszukuje ich. Ale to nie te konkretne osoby są tu sednem. Ta książka to przede wszystkim obraz ostatnich 28 lat polskiej historii, który powinni poznać i przemyśleć ci wszyscy, którzy uważają, że podczas tak zwanej transformacji przegrali tylko ci, którzy nigdy nie spróbowali zrobić niczego, by się zmienić. Jedna z tych opowieści jest o mnie.
 
PREMIERA 27 CZERWCA 2018

 ---
 
 
 

poniedziałek, 21 maja 2018

Odjazd w marzenie

Wyobraź sobie starą, na wpół już zarośniętą drogę, z której od dziesięcioleci nikt nie korzysta. Ta droga donikąd nie prowadzi, nie ma celu, nie ma wartości, nie ma swojego punktu przetargowego. Wszyscy mijają ją obojętnie, sądząc, że nie może im niczego zaofiarować. Setki samochodów każdego dnia przemykają przez pobliskie skrzyżowanie we wszystkich kierunkach, ale żaden tu nie skręca, nie zwalnia, nie zatrzymuje się nawet na sekundę.  Mamy do załatwienia tyle spraw, zdają się krzyczeć, tak bardzo nam się spieszy, musimy zdążyć! Na jutro, na dziś, natychmiast!

Przystań na chwilę. Spójrz. Spod trawy widać jeszcze kamienie, które wiele lat temu ktoś tutaj ułożył. Ktoś, kto wierzył, że do wyjątkowych miejsc nie mogą prowadzić proste drogi.
Zrób krok. Zejdź z asfaltu. Poczuj pod nogami nierówność i chropowatość, którą czas ledwie wygładził, ale nie zdołał odebrać jej kształtu. Przestąp na kolejny kamień, a potem na następny. Za Twoimi plecami opada teraz zasłona drzew. Spójrz przed siebie. Z naprzeciwka pod górkę wolno wspina się ciągnięty przez czarnego konia wóz z mlekiem. Kopyta i stalowe obręcze kół wybijają zgodny rytm, ten sam każdego dnia. Woźnica uchyla na Twój widok kapelusza. Obejrzyj się gdy Cię minie.  Na ostatniej bańce przysiadł ogromny żółty motyl, ledwie widoczny w promieniach słońca. Ciekawy świata wybrał się w podróż tam, dokąd może nie zaniosłyby go skrzydła.
Ale co to? Noc? Już noc zapadła. Tak szybko dzisiaj. Zza drzew błyska światełko. Nie bój się. To tylko lampa w rękach małego chłopca. Czeka tu na swojego ojca, który będzie wkrótce wracał z szychty w kopalni. Widzisz? Malec też się Ciebie przestraszył. Uśmiechnij się do niego, to przecież on jest odważniejszy stojąc tu samotnie w ciemnościach.

Zakręt. Droga opada teraz stromiej w prawo. Już świta.
Śmiechy, krzyki, odgłos kilkudziesięciu par ciężkich podkutych butów.
Śpiewają nierówno, ale głośno machając do Ciebie mimo irytacji dowódcy.

Lachen scherzen, lachen scherzen, heute ist ja heut'
Morgen ist das ganze Regiment wer weiß wie weit.
Das, Kameraden, ist des Kriegers bitt’res Los,
Darum nehmt das Glas zur Hand und wir sagen „Prost”.


Ale już cisza. Las staje się coraz ciemniejszy.

Ten żołnierz ma inny mundur, brudny i podarty, wyraźnie się boi, rozgląda, czeka na kogoś ukryty za wielkim pniem.
Jest! Ach, więc to ona!
Dziewczyna rzuca mu się w ramiona. Chyba bardzo długo się nie widzieli. Teraz i on śmieje się jak tamci... pięćdziesiąt lat wcześniej.

Gdzie jesteś?

Droga nagle się urywa.
W ogromnej tafli wody połyskuje słońce.

Przed Tobą plątanina leśnych ścieżek. Małych i dużych. Jasnych i pozarastanych. Tych zrytych końskimi kopytami i tych ubitych twardymi podeszwami skórzanych butów. Drogi do tęsknot, do marzeń, do łez i do uśmiechu. Drogi do domu i drogi w świat.

Jeżeli masz odwagę by zatrzymać się, gdy wszyscy idą, będziesz także mieć odwagę iść, gdy wszyscy się zatrzymują.

Ruszaj!

sobota, 19 maja 2018

Raport służbowy

Pamiętam doskonale dzień w którym po raz pierwszy w życiu ubierałem na swój portierski dyżur irytujący mnie wcześniej u innych firmowy czarny mundurek. Był nowy, pachnący, ładnie zaprasowany, świetnie skrojony (nie twierdzę, że od Hugo Bossa, ale skrót nazwy firmy pewne historyczne skojarzenia budził)  i po prostu dodający męskości. Dopiąłem ostatni guzik i niepewnie spojrzałem w lustro...
 
O Boże...
Wyglądałem świetnie!
 
Oto ja, pierwszy w naszej uczelni, którzy podjął na wszystkich możliwych frontach walkę przeciwko przekazaniu cywilnych portierów do jakiejś tam ochrony, także pierwszy założyłem ochroniarski uniform, gdy już stało się jasne, że ani związki zawodowe ani nasi przełożeni palcem nie kiwną by przeciwstawić się decyzji "żelaznej kanclerz". Wczoraj biegałem po kampusie z listami zbiorowymi, wysyłałem petycje do mediów, ministerstw, Inspekcji Pracy i kogo tam jeszcze, tłumaczyłem, wyjaśniałem, pobudzałem do walki, a dziś szedłem wyprostowany po korytarzu napawając się stukotem butów...
 
Zdziwione a częściej zgorszone wręcz miny i komentarze moich koleżanek i kolegów rekompensowało mi w dużej mierze nagłe po "zmilitaryzowaniu" przejście z odwiedzającymi uniwersytet policjantami z dzień dobry na cześć oraz wcale głośne westchnienie pewnej ładnej pani, gdy zobaczyła mnie któregoś wieczora w niebieskiej koszuli poprawiającego na jej widok krawat. Marsowa mina, surowy głos, sztywniejsza postawa, stopniowo rodzące się przekonanie o posiadaniu jakiejś wyimaginowanej władzy. Zachorowałem.
 
Setki tysięcy koleżanek i kolegów po fachu przechodziło to wcześniej lub przechodzi obecnie, a nie ma się co łudzić, że na nich historia się zakończy. Choroba pagonowa jak ją sobie nazwałem będzie trwała jeśli nie zawsze, to przynajmniej dopóty, dopóki istnieć będą miejsca w których choćby najmniejszą władzę nad innymi otrzymywać będą osoby, które nie mają władzy nad samym sobą. Każdy z nas spotkał w swoim życiu takich "zainfekowanych". To, żeby trzymać się tylko ochrony, ci na przykład portierzy, którzy gonią po parkingach, galeriach handlowych czy szkołach z nieśmiertelnym jak sama branża "Eeee, kolego! Tam nie wolno!", to także ci, którzy próbują nam grozić, gdy nie mają do tego podstaw, szarpią się z nami, krzyczą, wchodzą w niepotrzebne dyskusje, a jednocześnie nie potrafią czegokolwiek wyjaśnić czy załatwić NAPRAWDĘ. To wreszcie i przede wszystkim jako ich najbardziej wyrazista medialnie i skondensowana forma słynny nocny portier z filmu Kieślowskiego, który zainspirował mnie do stworzenia tytułu tego bloga.
 
Można powiedzieć, że jak każda choroba i ta ma swoje stadia. Gdy wczorajszy hydraulik albo kierowca dziś w mundurze twierdzi, że przyczepa kempingowa to posterunek a spacer wokół budowy i obsikanie drzewa w kącie to patrol, możemy mu to wybaczyć. Gdy wściekły emeryt tłumaczy nam wymachując rękami, że tu parkować nie wolno - także, bo tutaj w każdym przypadku granicą jest zwyczajna ludzka kultura a punktem odniesienia konkretna sytuacja. Nasza i jego. Są jednak przypadki bardziej delikatne, a zarazem groźniejsze.
 
Mężczyzna sprawdza detektorem dziesiątki osób wchodzących i wychodzących z pewnej instytucji. Czasem gdy jest zmęczony sprawdza wyłączonym, żeby było szybciej. Większość i tak tego nie zauważy. Czasem go włącza i kontroluje naprawdę. Ludzie wyjmują wtedy pęki kluczy, portfele, telefony i co tam ciekawego mają. Unoszą lekko ręce i sprawdzani są po raz kolejny. I następny, i dalej. Taśmówka.
 
Pusty korytarz, ładna, młoda dziewczyna. Detektor jakimś cudem włączony. Piszczy. Komuś innemu nasz bohater poleciłby wyjąć zawartość kieszeni i sprawdził go jeszcze raz. Jej, na oczach kilku obojętnie pracujących niedaleko mężczyzn poleca zdjąć sweterek i podnieść ręce do góry. Nie jak reszta petentów, o trzydzieści centymetrów od ciała, ale wyprostowane, wysoko nad głowę. I jeszcze stanąć z boku, blisko, bliziutko...
I nie komentować, skoro inni nie komentują.
 
Ochroniarz? Portier? A skądże!
Cieć.
 
***
 
Moja choroba pagonowa zaczęła się i skończyła dawno temu na poczuciu wyprzystojnienia po założeniu mundurka. Jakieś tam miny i ton głosu na szczęście nigdy nie przeszły na jakość i technikę mojej pracy. Mimo zmilitaryzowania nadal pisałem skargi na łamanie prawa, wydawałem gazetki, walczyłem o sprawiedliwość. Dziesiątki osób mogłyby to potwierdzić. Na każdym z wielu obiektów jakie w swojej karierze poznałem słyszałem pochwały. Za skuteczność, kulturę i samodzielność, nie za wymądrzanie się i pomiatanie innymi. Tym samym, mimo, że od 2016 roku jestem już kimś innym, to duchowo zawsze już będę portierem. Jedynym który rzeczywiście zaistniał w Internecie i tym, który słówko Portier wprowadził do Wikipedii. To zobowiązuje.
 
Odnalazłem przełożonego tego pana w miejscu które tego dnia odwiedziłem. Złożyłem na niego oficjalną skargę. Mam nadzieję, że zaboli.
 
Ma boleć, cieciu!
 

sobota, 12 maja 2018

Potrzymaj mi piwo, Sebuś!

Bez głębszej analizy takie oto małe januszowo sobotnio grillowe spostrzeżenie.
 
Jest ci sobie gazetka naszego świętego narodowego marketu portugalskiego, a w niej kiełbaska dwojga imion spakowana do jednej torebki. Rzecz nie powiem, dobra, pomysłowa, a przede wszystkim pozwalająca znacznie urozmaicić posiłek bez płacenia za dwie różne wędliny. Przynajmi na piwo zostanie dla tate. Wszystko gitara, ale nie do końca albowiem proszę spojrzeć:
 
Zarówno na stronie internetowy jak i we gazetce papirowy i elektroniczny mamy kochani wy moi cóś takiego, łoo.
 
 
 
 
Znajdujemy toto kiełbase (najczęściej pomiędzy płynem do płukania a dżemem z krewetek, żeby było ciekawiej) i kupujemy. Jak prawdziwi janusze płacimy gotówką i to taką po złotówce "żeby się pozbyć".
 
 
Wieczorkiem Grażyna zaparzy nam herbatki w szklankach co to je w 88 kupilim w tym sklepie, co go już nie ma, tam, koło tego, co zlikwidowali jak Balcerowicz na nas napadł. Sebuś zapuści tate Modern Talking Szeri szeri lejdi (głośniej daj, niech wiedzą, że mamy Kasprzaka!) i powspominamy stare dobre czasy przy kanapeczkach z pomidorkiem i wędli...
 
KURŁA!
KUUUUUUUUUUUUUUUUURŁA!!!!!
 
No bo tak.
Tu wszysko w porządku, co nie?
 


 Ale już tutaj wcale...

 
Te dżeronimy jedne z martinsami na spółe nas Grażyna oszukały!

 
We reklamie dali że sto gram, we gazetce, że sto, na paragonie, że sto i nawet na opakowaniu zaznaczyli, że 96% mięsa z kurczoka i 100 gram kiełbasy z czegoś tam co przechodziło obok rzeźni jak robili. Na pierszyraz wygląda to też jak 100 g opakowanie i 96 - procent mięsa w mięsie. A tymczasem prawda jes okrutna...


 
 
Jak tu żyć, Grażyna, jak żyć? Wszyskie przeciwko nam!



 
 

sobota, 28 kwietnia 2018

Frankie Goes to Hollywood

Przyznaję, nie jest to spostrzeżenie które można by nazwać aktualnym, ale że jest, warto o nim wspomnieć. Taki drobiażdżek. Osiedle Franciszkańskie na pograniczu Ligoty i Kokocińca. Franciszkańskie rzecz jasna od bazyliki franciszkanów, nie od Franciszka na przykład Pieczki a tym bardziej Franka Kimono. I po franciszkańsku skromne. Kiedyś, ładnych kilka lat temu, prowadziłem korespondencję z administracją tegoż miejsca u której usiłowałem uzyskać informację czy i jakie działania rekultywujące zastosowano na terenie budowy przed jej rozpoczęciem. Odpowiedzi nie otrzymałem. To znaczy nie, żeby nie przeinaczyć, odpisano mi, a owszem, pytaniem czy kupiłem lub zamierzam kupić mieszkanie. Odpisałem, że nie, ale chcę wiedzieć. Odmówiono mi tej wiedzy. Może nie chcieli się chwalić? Skromność to wszak wielka cnota.
 
No to niewiedzącym, tudzież nowym i bardzo młodym przypomnę tylko, że zanim powstało osiedle przez plus minus sześćdziesiąt lat działał na jego terenie PEMUG - Przedsiębiorstwo Montażu Maszyn i Urządzeń Górniczych, firma bynajmniej nie zajmująca się hodowlą stokrotek, stąd jak sądzę dociekanie moje miało sens...
 
Dziś (dopiero) zauważyłem inny jeszcze wymiar skromności właścicieli osiedla. Widoczny zresztą na moim zdjęciu zamieszczonym poniżej. Mamy tu nazwę miejsca oraz zarys sylwetki panewnickiej bazyliki franciszkanów. Niby logiczne, ale jednak nie do końca, bo na obrazku krzyży się nie uświadczy... Więc może to nie bazylika, a tylko jakieś wieże? A osiedle zbudowano ku czci na przykład słynnego zespołu od "rilaks, dontułyt"? :))
 
 

niedziela, 22 kwietnia 2018

Nasze małe Need for speed

W panewnickich lasach, niedaleko pętli autobusowej i słynnego opuszczonego szpitala nazywanego przez naiwnych willą Chruszczowa znajduje się bardzo interesujące miejsce. Jest to kilka wyasfaltowanych placyków poprzedzielanych zaroślami, które kiedyś (placyki, nie zarośla) były terenem rozmaitych zakładów pracy, w większości dawno już dziś zburzonych. Od ładnych paru lat jeśli nie dłużej odbywają się tu nielegalne wyścigi samochodowe, a dokładniej rzecz ujmując bardziej może pokazy gromadzące całkiem sporą publiczność. Wielu osobom mieszkającym na Zadolu czy w Ligocie to przeszkadza, ponieważ niewątpliwie pisk opon słychać bardzo daleko, ale z drugiej strony nic złego się tu nie dzieje, a też sami kierowcy nikomu, poza swoimi maszynami, krzywdy nie wyrządzają.
 
O tym, że mają talent świadczy choćby ten krótki filmik jaki dziś nakręciłem. Może jest to jakiś niewykorzystany potencjał? Nie wszystko w końcu co młode i krnąbrne jest złe. Zamiast skarg i narzekań, zamiast straszenia się nawzajem może by tak ktoś pomyślał o ucywilizowaniu tej okolicy? Teren można ogrodzić, oświetlić, co nieco uporządkować i z pewnością wprowadzić jakieś ograniczenia czasowe organizowania tu takich rajdów. W zamian zyskamy ciekawe miejsce, coś idealnego dla młodych i nie tylko, możliwość zarobku (fast foody itp.) i przede wszystkim niekonwencjonalną rozrywkę pozwalającą realizować ludziom swoje pasje i także wpisującą się w nowoczesny wizerunek miasta.
 
Las? Zwierzęta? Jedno i drugie jak na śląskie warunki i tak na razie ma się nieźle. Skoro nie myślimy o nich prowadząc nowe drogi i budując nowe osiedla nie bądźmy nadgorliwie obłudni legalizując i cywilizując to, co i tak już jest, a co może być lepsze, bezpieczniejsze i ciekawsze dla dobra wszystkich.
 
Ja jestem za.  
 
 
 
 
 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Tyle samo prawd...

Czasem w życiu bywa tak, że słyszy się bicie własnego serca, a może zresztą bardziej nawet odczuwa niż słyszy. Świat zwęża się wtedy niemalże do jednego zmysłu, jak w sytuacji ekstremalnego zagrożenia, nawet, jeśli to zagrożenie realnie nie istnieje, a jest tylko mglistą obawą przed nim. Tak właśnie czuję się dziś. Stoję opierając się lekko rękami o śliski blat stołu. Ponad przerastającym wszystko oceanem szumu w mojej głowie unosi się ostatnia cienka nitka realności po której płynie do mnie głos odczytujący zdania na które czekałem wiele miesięcy, a których nie wiedzieć czemu zacząłem się bać ledwie kilkadziesiąt minut temu...
 
...uznaje, że w wymienionym okresie był zatrudniony na umowę o pracę...
...zasądza...
...bez wątpienia...
...czynnik ekonomiczny nie uzasadnia stosowania takich rozwiązań wobec pracowników...
 
Fala nagle opada, szum ustępuje, serce wraca na swoje miejsce. Nie, to mi się nie śni. Wygrałem. Spoglądam na ławkę naprzeciwko. Moja dawna "władza najwyższa" z miną skrzywdzonego dziecka, nie wierząca w to co słyszy, zirytowany i jakby skulony jej prawnik całym sobą mówiący "nieważne, chodźmy stąd i przygotujmy PRAWDZIWY odwet", jego podobnie zagubiona koleżanka, jakaś nieznana mi pani na widowni. A sędzia spokojnie wygłasza kolejne zdania... Uśmiecham się. Przecież ten "czynnik ekonomiczny nie uzasadniający takich działań" to moje własne słowa sprzed kilkunastu minut. Dziwnym trafem po raz już drugi w życiu moje słowa trafiają do wyroku sądu pracy. Kiedyś było to w sprawie mojego kolegi zdanie "przełożony to nie tylko osoba wydająca polecenia, ale przede wszystkim MAJĄCA PRAWO wydawania poleceń". No bo czyż nie tak właśnie jest? Nie chwaląc się zresztą, to akurat zdanie było jednym z punktów które pozwoliły mu wygrać wtedy z pracodawcą wystawiającym umowy o dzieło zamiast o pracę.

Czego się zatem bałem, skoro prawda jest tylko jedna?

Nie wiem. Może dlatego strach był większy.

Prawie dwa lata temu, o wiele za późno, złożyłem skargę do Inspekcji Pracy na firmę w której byłem podówczas zatrudniony na umowie śmieciowej i za śmieciowe pieniądze. Kiedy dziś sięgam pamięcią do tych dni, w zasadzie trudno jest mi ocenić co miało tu znaczenie decydujące, ale najprawdopodobniej był to jakiś drobiazg, który po prostu przepełnił przysłowiową czarę goryczy. Wniosek trafił więc pocztą do PIP, a sama inspekcja w kilka tygodni później pojawiła się w moim zakładzie. Przewertowano tomy akt osobowych, przesłuchano kilkunastu przypadkowych ochroniarzy, potem mojego kierownika, jego szefa i wreszcie gdzieś między pomiędzy, oczywiście niby to przypadkiem, mnie. Inspektor po przeanalizowaniu dokumentacji, sytuacji na obiektach oraz zeznań pracowników bez cienia wątpliwości uznał, że stosunek łączący mnie z firmą jest stosunkiem pracy, nie umową cywilnoprawną. To samo orzeczono wobec każdego z przesłuchiwanych w trakcie kontroli moich kolegów. Jedno tylko wyglądało inaczej. Poza pewnym emerytem, któremu jak sam stwierdził aż tak na tej pracy nie zależało oraz mną NIKT inny nie zgodził się na podpisanie w protokole stwierdzenia, że nie akceptuje obecnej formy zatrudnienia i domaga się umowy o pracę.  Nie oceniam tych ludzi, ponieważ w dużej mierze ich rozumiem, ale przypomnieli mi się, gdy pewna osoba twierdziła potem w sądzie, że na grube setki pracowników takich jak ja "zbuntowanych" można by przez lata policzyć na palcach jednej ręki...

Po kontroli inspektorzy nakazali mojemu pracodawcy natychmiastową zmianę formy mojego i moich kolegów zatrudnienia, co ten oczywiście (?) zignorował. Prawnicy z PIP-u zajęli się zatem sporządzeniem pozwu do sądu. Mój udział w tym, to kilkustronicowe zeznanie, przygotowane zresztą samodzielnie przed spotkaniem z inspektorem, w którym to piśmie zawarłem wszystkie swoje usystematyzowane już wtedy pretensje i argumenty co do warunków zatrudnienia i płacy oraz kilka dodatkowych smaczków obrazujących jak firma podchodzi do poszanowania prawa w ogóle.

Około roku temu rozpoczęła się wreszcie sprawa sądowa. Przesłuchiwano w jej trakcie moich kolegów z obiektu, kierownika, dyrektora, a wreszcie samą wierchuszkę z zarządu i last but not least mnie. Padały różne słowa, od takich które świadomie lub nie wpasowywały się  moją narrację poprzez te zwyczajne, zwyczajnie również jej zaprzeczające, aż po takie po których włosy stawały dęba, gdy się miało świadomość, że są co najmniej dalekie od rzeczywistości a mimo to wygłaszane bez cienia zażenowania. Dla mnie jednak najdziwniejszym było coś innego. Oczywiście w sądach, także sądach pracy, bywałem już w życiu parokrotnie, ale jakoś zawsze wcześniej moje zeznania to było coś w rodzaju "niech świadek opowie...", a więc po prostu opowiadałem. Tutaj głównie odpowiadałem na pytania i to pytania czasem mające mnie urazić, obrazić lub zirytować. Byłem także łapany za słowa, wciągany w pułapki i atakowany na różne sposoby w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. I to ani łatwe ani miłe nie było, ale zaręczam że odwdzięczałem się potem pięknym za nadobne określając pewne działania mojego eks pracodawcy wprost takimi za jakie je uważałem, a to na pewno bolało.

Nie opiszę tu szczegółów ponieważ ani nie chcę, ani mi jeszcze nie wypada, ani nawet nie o nie chodzi. Opowiadam za to z grubsza o całej historii, gdyż ważniejszym w niej jest to, jak właściwie sprawa toczyła się od momentu gdy zebrałem się w sobie by zawalczyć z dotychczasowym zakładem pracy, aż do chwili gdy usłyszałem korzystny wyrok sądu. Cóż, jak widać, nie było tam niczego co byłoby nie do przejścia dla średnio rozgarniętego Kowalskiego. Tym bardziej, że rozpoczęcie od kontroli PIP dało mi także wsparcie prawne, oczywiście darmowe, na każdym etapie sprawy (i rozprawy) a także zdjęło ze mnie obowiązek sformułowania pozwu, któremu pewnie bym podołał, ale jednak nie z takim profesjonalizmem jak fachowcy dla których to codzienność.

Czy to więc już koniec? Czy mam świadectwo pracy, nową umowę i kilkadziesiąt tysięcy złotych w kieszeni?
Nie.

Bez wątpienia moi adwersarze odwołają się jeszcze a walka potrwa dłużej. Jestem na nią gotowy. Myślę, że teraz znacznie bardziej niż na początku.

Chciałbym, żeby tak samo jak ja dwa lata temu, ale przede wszystkim jak ja dziś, pomyślały w podobnej sytuacji setki tysięcy ludzi, którzy w imię posiadania jakiegoś tam zatrudnienia godzą się na warunki krzywdzące ich lub przynajmniej umniejszające to, co im się z mocy prawa należy.

Owszem, życie to nie film. Każdy czasem się boi, każdy zająknie, pomyli słowa, wpakuje na minę ku radości przeciwnika. Mało który też portier czy sprzątaczka znają na wskroś prawo pracy i fachową terminologię. Ale prawda jest jedna. Tylko jedna. Zdrowi i silni czy pokiereszowani codziennością na śmieciówkach musimy mieć odwagę o nią walczyć, skoro innym nie brakuje odwagi by ją wypaczać na swoją korzyść.
 
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.