Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


piątek, 17 lutego 2017

Votum separatum

Mimo przedeptania w minionym roku całej prawie zachodniej części Beskidu Małego i zahaczenia dwa lata temu trzydziestu kilometrów szlaku w Żywieckim moimi najbardziej udomowionymi górami pozostają niezmiennie te śląskie. A skoro znam je najlepiej, to i na swój sposób oceniam. Z jednej z wielu wygniecionych karteczek z których miały kiedyś powstać, ale pewnie już nigdy nie powstaną różne różniaste wpisy na tym blogu wybrałem dziś zatem tę z moim górskim rankingiem bardzo be i bardzo cacy Beskidu Śląskiego. Kolejność konkretnych miejsc w każdej z kategorii jest przypadkowa. Co wrażliwszych proszę o nieczytanie tego posta - jak zawsze daleko mi do maistreamowych ocen...

Zdjęcia pobrać można w rozdzielczości ok. 7 megapikseli po otwarciu wybranego w nowym oknie. Większość z nich nie była tu jeszcze publikowana. Wszystkie są mojego autorstwa.
 
 ====
 
PIĘĆ NAJŁATWIEJSZYCH
czyli... beskidzko śląski gorący kubek

 
Matyska

Góra łatwa par excellence, bo dostępna całorocznie i dla każdego. Idealna na spacer, taki zwyczajny dla chwili oddechu i widoczków, na przykład z osobami starszymi lub dziećmi, ale też taki, który ma kogoś przekonać do "prawdziwej" wycieczki czy na przykład umożliwić nam spotkanie z górami, gdy mamy na to naprawdę mało czasu.
 
Na szczycie odwrotnie proporcjonalne do wysokości (609 m n.p.m.) wspaniałe widoki, ławeczki na których można przysiąść, ale także ogromny krzyż papieski a po drodze jeszcze słynne, bo nietypowe i dla wielu kontrowersyjne z racji rzekomo masońskich odniesień stacje Drogi Krzyżowej.
 
Dojście za znakami szlaku niebieskiego z Radziechów na Halę Radziechowską (tu wspomniane wcześniej figury) lub płytową drogą (oznakowaną u wjazdu) z Przybędzy. Idąc z Radziechów podążamy za znakami szlaku niebieskiego od pętli autobusowej do skrzyżowania przed szczytem gdzie trasa turystyczna skręca w stronę lasu i przysiółka Suchedla, a my w lewo do bliskiego już i doskonale widocznego celu naszej wycieczki. W tym miejscu mamy też obok drewnianego krzyża pierwszą ławeczkę do odpoczynku.
 
Dojazd pociągiem do stacji Radziechowy-Wieprz i dalej pieszo przez wieś lub autobusem miejskim linii 5 do końca trasy. Można też do tego samego autobusu przesiąść się stację wcześniej - w Żywcu.
 
Matyska widziana od przysiółka Suchedla - szlak niebieski.

 
Ochodzita

Wbrew temu jak jako dzieci rysowaliśmy góry, rzadko jednak mamy na nich okazję podziwiać prawdziwie dookólne panoramy. Tutaj jednak jest to możliwe. Szczyt nie należy może do najbardziej wyludnionych i z tym trzeba się liczyć, ale pamiętajmy, że jak wszędzie zależne to jest także od pory dnia, tygodnia i roku. Poza tym, co oczywiste, czyli okazją do zrobienia dziesiątek pięknych zdjęć  oraz po prostu odpoczynku mamy tu możliwość przyjrzenia się wypasowi owiec, zakupienia słynnych koniakowskich koronek oraz w "odwrotnej porze roku" jazdy na nartach, w czym wydatnie pomoże nam funkcjonujący tu wtedy wyciąg. 
 
Dojście na wierzchołek możliwe jest jedną z wielu ścieżek dosłownie z każdej strony, a z racji osamotnienia góry pobłądzić tu nie sposób, ale dwa najbardziej cywilizowane rozwiązania to podejście od dużej gospody w Koniakowie (bardzo wyraźna łagodna polna droga) lub zejście ze szlaku niebieskiego ze Zwardonia na zakręcie za kapliczką przy której odgałęzia się żółty do Wisły. W tym drugim przypadku gdy droga skręca w prawo my idziemy na wprost ścieżką prowadzącą ku szczytowi przez niewielki lasek.

Ochodzita widziana z okolic Rupienki. Szlak niebieski ze Zwardonia.


Kozińce

Najbardziej chyba rozbudowana i tym samym także urozmaicona z moich najłatwiejszych propozycji. Napotkamy tu i asfalt i ciemny, gęsty las, i zabudowania i wspaniałe łąki, zaś największą bezsprzecznie zaletą będzie właśnie fakt, że wszystko to mieści się na relatywnie niedużym obszarze z dodatkowo jeszcze przepięknymi widokami we wszystkich dosłownie kierunkach, chociaż oczywiście nie w każdym miejscu.
 
Bardzo łatwe dojście szlakiem zielonym z Kubalonki, niewiele trudniejsze, znacznie jednak atrakcyjniejszym żółtym z Szarculi, ciekawe z możliwością szybszego zejścia bez wspinaczek na wyższą część grzbietu  - również zielonym, ale z Wisły Nowej Osady. Do zejścia polecam obustronnie szlak czarny (Głębce lub Nowa Osada) oraz żółty (Głębce). 
 
 Podejście na Kozińce szlakiem żółtym od Szarculi. Tu - spojrzenie za siebie.



Koczy Zamek


Najkrótsza, kto wie czy nie na całej Ziemi wycieczka górska. Uwaga! W około trzy do pięciu minut (sic!)  marszu z przystanku autobusowego docieramy na szczyt góry znanej, z bardzo szerokimi widokami oraz kojąco odgrodzonej od cywilizacji pasemkiem lasu. Po drodze spory kamieniołom, pani sprzedająca koronki, gęste zarośla oraz aura tajemniczości. I pomyśleć tylko, że niżej podpisany przechodził tędy dwa razy zanim wreszcie przy trzecim "odważył się" wydłużyć wycieczkę dodając do niej nowy punkt!

 

Na Koczy Zamek nie prowadzi oficjalnie żaden szlak. Docieramy tu odbijając ze szlaku niebieskiego Zwardoń - Barania Góra na parkingu w Koniakowie obok restauracji i przystanku PKS lub z tegoż pekaesu tu wysiadając (kursy z Cieszyna, Ustronia, Wisły, Istebnej oraz Jaworzynki)



 Krzyż na Koczym Zamku.
 
Dębowiec
 
No cóż... Nie da się ukryć, że pod względem czasowym jest to duża konkurencja dla Koczego Zamku, choć atmosfera tu zgoła inna, a i widoki skromniejsze, bardziej miejskie niż górskie. Dębowiec od lat jest traktowany jako przedsionek "prawdziwych" gór i to stety niestety się czuje. Ale i na nim odnaleźć się może ktoś szukający chwili odpoczynku na pograniczu natury i cywilizacji. A w którą stronę POTEM podąży, to już jego wybór.
 
Dojazd kolejką krzesełkową, dojście szlakami zielonym i czerwonym w kierunku na i z Szyndzielni. Zielonym od przystanku autobusu miejskiego linii 8 z Bielska jest to około dziesięciu minut marszu. Na miejscu dawne schronisko funkcjonujące obecnie jako lokal gastronomiczny, nieco niżej narciarska trasa zjazdowa i tor saneczkowy.
 
 Dębowiec - widok spod dawnego schroniska.
  
 
====
 
 
PIĘĆ NAJTRUDNIEJSZYCH
czyli... może i czasem pierwsza liga, ale poty zawsze siódme

niedziela, 5 lutego 2017

Dzikość ujarzmiona

 
Mieszkam w tej okolicy dwadzieścia cztery lata, a dopiero niedawno odwiedziłem taki oto magiczny na swój sposób zakątek. Ewentualnych naśladowców uczulam jednak na grasujące tu stada dzików. Voila!
 
 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Niewidzialna ręka rynku

O preparacie Plestop pisałem już kiedyś w ramach polecania szanownym odwiedzającym różnych różności, z których korzystam i które uważam za dobre lub bardzo dobre w jakiejkolwiek kategorii. Swoje zdanie o tymże specyfiku jak najbardziej podtrzymuję, ponieważ stuprocentowo tak jak go reklamują usuwa pleśń bez konieczności ścierania, zmywania, płukania czy w ogóle robienia czegokolwiek poza samym "napsikaniem" go na ścianę. Ale dziś nie o stronie chemicznej a raczej okołobiznesowej owej magicznej substancji. W rolach głównych wspomniany Plestop oraz autoryzowany przedstawiciel jego producenta...
 
 
 
Akt Pierwszy - 12 stycznia 2017
 
Planując zakup przeglądam oferty na Allegro i trafiam na Plestop po, bagatela, 129,99 zł za 750 ml, czyli dokładnie dziesięć razy tyle co zwykle!!! Zszokowany, już przymierzam się do napisania maila, ale nie chcąc czekać Bóg wie ile na odpowiedź decyduję się na telefon. Miły pan po drugiej stronie  tłumaczy mi, że cenę podniósł specjalnie, rzec by można zaporowo, ponieważ aktualnie magazyn świeci pustkami, mają tylko jedną butelkę, a zamykanie aukcji wiązało by się z utratą (uwaga!) dobrego wypozycjonowania strony w Internecie.
 
- A za 129 nikt nie kupi. No chyba, że będzie  bardzo zdesperowany, to już trudno.
 
Kliknij by powiększyć!
 
Akt Drugi - 12 stycznia 2017
 
Nie wiem czy znalazł się jakiś desperat, ale za to jak widzę dojechała dostawa. W ciągu kilku godzin zeszło ponad trzydzieści opakowań. Co jednak ciekawe, cena nie wróciła do normy, a tylko została obcięta o pierwszą cyferkę. Butelka 0,75 litra za 29,99 zł. Nadal stanowczo za drogo, ale jak widać naiwnym to nie przeszkadza.
 
 
 
Akt Trzeci - 14 stycznia 2017
 
Zirytowany odnajduję tradycyjny sklep internetowy tego samego co na Allegro, jak najbardziej autoryzowanego dystrybutora i tam, a jakże, Plestop. Opakowanie zapasowe jednolitrowe, bez dozownika kosztuje 10,79 zł.
 
 
Epilog - 23 stycznia 2017
 
Na Allegro oferta po kolejnej korekcie. Za pojemnik z dozownikiem znów zapłacić trzeba jak zawsze - 12,99 zł. Co z nabitymi wcześniej w nomen omen butelkę? Nic. Life is brutal.
 
 
 
 
 
Dodano 8 lutego 2017
 
Nowy sposób dbania o page rank jak widać się upowszechnia i to z coraz większym rozmachem:
 
 

 
 
Ale na szczęście (to już z mocnym przymrużeniem oka) i rozwiązanie klasyczne nadal dobrze się trzymają. Pozdrawiamy małżonkę szanownego sprzedającego.
 
 
 
 

niedziela, 4 grudnia 2016

Pukanie zza międzyczasu

Napisałem kiedyś dziwny dość tekst inspirowany autentycznymi kryminałkami opisanymi przez Jerzego Urbana w książce "Jakim prawem". Szaroświatem nazwałem wtedy coś, co mogłoby istnieć tuż obok jak gdyby dorastając dopiero do tego, co zobaczymy na przykład jutro albo za chwilę. Czas zmiany dekoracji, dojrzewania czegoś do czegoś. Wyobraziłem to sobie jako ludzi bez twarzy, ulice bez nazw, autobusy bez numerów. Miedzyczas. Coś co już nie jest pustką, ale jeszcze nie jest pełnoprawnym tu i teraz.
 
Pamiętam pisanie tego posta. Byłem wtedy świeżo po lekturze wspomnianego tomiku. Choć prawdziwe i zwyczajne, operujące na pograniczu właśnie kryminału, czasem groteski, innym znów razem po prostu gazetowego reportażu miały te historie, nie wszystkie może, ale jakaś ich część na pewno także akcenty grozy, mroku, niepewności. Bywały i straszne i fascynujące jednocześnie. Tak jak od zawsze najstraszniejsze jest nie to, co najmocniej inne, ale to, co innym jest tylko przez jakiś drobiazg, prawie przypadek. Co nie przeraża wprost, ale sprawia, że na pozór bez powodu zaczynamy czuć duszący niepokój.
 
Tamten międzyczas, to była historia człowieka, który wychodząc po coś z domu wplątał się w wydarzenia, które sprawiły, że powrócić mógł dopiero po latach. Od drobiazgu do drobiazgu zabłądził. Nie dosłownie rzecz jasna, ale w swoich decyzjach, słowach, czynach...
 
Tu przypomina mi się inny mój wpis. O (między innymi, choć nie to było jego sednem) najstraszniejszym śnie z dzieciństwa. Takim, który jak to u dziecka bywa wracał do mnie wielokrotnie, tak samo jednak, a może jeszcze mocniej przez to przerażając, choć... w gruncie rzeczy niczego strasznego DOSŁOWNIE w nim nie było. To był korytarz piwnicy w naszym bloku i moja powolna, bo sparaliżowana strachem ucieczka przed czymś. Przed kimś? Przed, nie wiem, może falą złych emocji? O, to będzie dobre określenie. A więc nie widzę niczego strasznego, ale czuję, że tam jest, gdzieś w mroku, w dali korytarza. Cofam się, słysząc tylko swój oddech. Cofam mijając schody do góry i oddalając od nich do ciemnego zakończenia u kresu którego jest tylko betonowa ściana... Światło słonecznego dnia wpadające z klatki schodowej oddala się i znika pochłonięte nadciągającym czymś. Cokolwiek by to miało być.
 
Co wspólnego mają sensacyjne historie sprzed wielu lat z niewiele od nich młodszymi moimi snami?
Coś chyba tak.
 
Miedzyczas, szaroświat, czy może zwyczajniej inny wymiar.
 
Od jakiegoś czasu jestem nie tyle na szczęście w codziennym życiu, ale stanowczo bardzo mocno na tym blogu w jakby innym wymiarze, co mnie, przyznaję to dziś, już irytuje.
 
Przedeptałem mnóstwo kilometrów po szlakach Beskidów, zrobiłem setki zdjęć, nie tylko tam zresztą, bo sporo ich także w rozmaitych zakamarkach Katowic. Przeczytałem kilkadziesiąt książek, obejrzałem jakieś filmy, napisałem, jak to ja, parę skarg i wniosków oraz ileś razy okołopolitycznie się ucieszyłem, oburzyłem lub załamałem. A tu nic. Blog śpi, komputer porasta kurzem.
 
Czy to brak weny? Nie do końca. Problemy zabierające swobodę myśli? Może jakiegoś dnia, ale na pewno nie stale. Zmiana pracy? Kto wie, być może ciutkę, ale przecież za portierowaniem raczej nie tęsknię. A zatem co? Już nie wiem.
Skoro jednak dziś, też nie wiedzieć czemu na dobrą sprawę, moje palce zgadały się jednak z klawiaturą, to postanowiłem tu o tym napisać, dodając przy okazji, że odwiedzam i wczytuję się we wszystkie blogi, które śledzę i pewnie jeszcze w kilka innych. Więc może i któregoś dnia, oby jak najszybciej też znów tu coś opowiem. Bo kurczę, powiem Wam, że lubiłem te swoje literki :)
 
 

 
 

poniedziałek, 10 października 2016

Hotel pod poległym alpinistą

Wiele razy pisałem na tym blogu o sprawach pobocznych związanych z turystyką w górach. O bezmyślnych zezwoleniach na budowę domów coraz to wyżej i wyżej, o niszczących krajobraz drogach (przełęcz Łączecko w Wiśle!), o mniej niż szczątkowej komunikacji miedzy małymi miejscowościami, o braku ujednoliconej informacji, tanich barów, czasem wręcz sklepów, ubikacji czy dostępu do bieżącej wody. Wszystko to przekłada się na pieniądze, to jasne, ale przecież w efekcie może też pieniądze przynosić jako zachęcające do wędrowania. I pewien jestem, że większe niż sama inwestycja. Niestety, wydawać się może, że nikogo, łącznie z władzami gmin i nie wiem po co jeszcze istniejącego PTTK to nie obchodzi.
 
Umarła lata temu turystyka zorganizowana, umarły dworcowe bary i sklepiki, pozabijano deskami stacyjne budynki, czasem nawet takie wymieniane jako atrakcje same w sobie w przewodnikach, że wspomnę tylko Wisłę Uzdrowisko, Wisłę Głębce, Zwardoń albo Łodygowice. Nie ma generalnie wsparcia dla wędrowców żadnego, nawet drobnego, informacyjnego chociażby, bo nic się nikomu podobno nie opłaca. Szlaki się skraca, ścina, sprowadza na asfalt, i tak dalej i tak dalej. A jednocześnie kwitnie idiotenturystyka w postaci betonowych chodników wchodzących wprost w góry a nazywających się trasami spacerowymi czy tam czymś jeszcze podobnym, jednocześnie na przykład stawia się  wieżę na polanie pod Szyndzielnią reklamując ją jako wieżę NA Szyndzielni (nota bene jedyną chyba w górach z widokiem głównie na miasto!) w otoczeniu budek z piwem i towarzystwie toru rowerowego jako maszynkę do robienia kasy, instaluje się tablice ze zdjęciami jakby tu było, gdyby było, i tak dalej i tym podobne. A że turystów z plecakami na szlakach jak na lekarstwo, to jakoś nikogo nie boli. Z nich w końcu i tak nie byłoby pieniędzy.
 
Pieniądze. Słowo klucz.
 
Jest taki szlak, jeden z najpiękniejszych w Beskidzie Śląskim, prowadzący z Goleszowa na Czantorię, przy którym stoi sobie restauracja, dla pamiętających normalne czasy ozdobiona napisami informującymi, że absolutnie i w żadnym wypadku nie jest JUŻ schroniskiem... W tłumaczeniu na polski oznacza to, że możesz sobie drogi wędrowcze (po zapisaniu się ze dwa tygodnie wcześniej) zamówić w drodze na Tuł płonącego indyka albo czekoladową fontannę, ale herbaty z cytryną i kanapki z serem już nie. Bo to się nie opłaca.
 
Nie opłaca się też odnawiać oznakowań szlaków, bo PTTK nie ma na to pieniędzy. Ale jednocześnie nikt tych pieniędzy nigdzie nie zbiera, albowiem jak się domyślam, byłoby to również nieopłacalne. I to właśnie jest Polska!
 
Wymieniać dalej? Proszę bardzo. Starostwo Żywca na swojej stronie opublikowało rozkłady jazdy autobusów w postaci... skserowanych po raz enty z oryginału druków UMÓW Z PRZEWOŹNIKAMI. Możemy się z nich dowiedzieć, ile wozów i iluosobowych ma dana firma oraz ilu kierowców będzie nas wieźć w ciągu tygodnia, tyle tylko, że połapać się skąd i o której już nie damy rady. A to przecież Żywiec, miasto całkiem spore, na dodatek położone prawie idealnie pomiędzy trzema Beskidami...  I co? I pstro! Na dworcu kolejowym mamy tu na przykład sklep mięsny i zdaje się biuro podróży, ale już wskazówek gdzie jest dworzec PKS albo jaki autobus miejski dokąd jedzie się nie uświadczy. No chyba, że dla kogoś informacja z tablicy przystankowej na przykład o treści "Żywiec fabryka śrub" jest zrozumiała. Dla mnie nie jest.
 
Beskid Mały. Przełęcz Łysa. Kilkaset metrów stalowego ogrodzenia, kamery, asfalt, beton i czyjaś ogromna willa niczym z amerykańskich filmów. W środku gór, na węźle szlaków. Rzecz jak mi się wydaje niewyobrażalna za granicą. A tu proszę, jest. I to legalnie, za zgodą władz, które wydały pozwolenie "bo kiedyś właściciel miał tam jakiś mały domek". Ręce opadają.

Motocykliści na szlakach? Do wyboru, do koloru! Na Czuplu, na zboczach Magurki Wilkowickiej, przy podejściu na Kowalówkę i pewnie w jeszcze iluś miejscach. Turyści wiedzą i widzą, a co z policją, co z leśnikami? Śpią? Pewnie śpią, skoro mogąc bez wysiłku "skasować" dwukołowych i czteroklepkowych ;) bohaterów na kilkaset stówek od łebka darowują sobie taką okazję.
 
Można by wymieniać te absurdy z różnych miast, gór i branż w nieskończoność, ale przecież nie o nie nawet konkretnie tu chodzi, a o dramat faktu, że nie widać znikąd nadziei na lepsze. Wręcz przeciwnie.
 
Dziś media ogłosiły, że schronisko na Równicy utraciło status schroniska. Będzie to zatem kolejna prywatna "karczma", "chata", "gospoda" czy co tam jeszcze. Nieważne. Z "dworkiem potworkiem" leżącym kilkadziesiąt metrów wyżej i tak nie wygra.
 
Właściciele, którzy sami złożyli do PTTK stosowny wniosek (sic!) skarżyli się na brak wsparcia finansowego ze strony gminy, na turystów którzy chcieli mieć wszystko i to najlepiej za darmo, czasem zachowując się na dodatek jak dzicz i wreszcie na zbyt mocną konkurencję. Zapewne mieli rację, ale żal pozostaje. Turystyka rozumiana jako wyzwanie, jako walka o coś, jako wreszcie przede wszystkim idea, którą należy upowszechniać, umiera.
 
Zostaje kasa, której i tak zwykle nie ma.
Czyli nic.
 
Obecnie już "dawne" schronisko na Równicy. Foto - Portier

 


 
 ================================
 
 
 
Nie całkiem na temat, ale jednak troszkę :)
 
Jeżeli trafiłeś tutaj "po tytule" (książki braci Strugackich),
to pewnie szukasz TAKIEGO wpisu.

niedziela, 25 września 2016

Góroterapia

Dwie, w pewnym sensie symboliczne dla mnie wycieczki, na razie tylko w wersji filmowej. Pierwsza, czyli tak naprawdę już czterdziesta druga, to nie tylko znów jedna z dłuższych, prawie dwudziestokilometrowa deptanina po Beskidzie Śląskim, ale także premierowe odwiedzenie Zaolzia i przepięknej, a bardzo łatwej do zdobycia, przynajmniej od strony Wielkiego Stożka, góry o nazwie Filipka. Ale też ta właśnie trasa, to zupełnie prywatnie jakby moje pożegnanie z dawną pracą, ostatnie dni w "starym świecie" i chwila oddechu przed... wskoczeniem na głęboką wodę trzy dni później. Wycieczka kolejna, którą przedeptałem akurat dziś, to jakby drugi biegun, jedna z najkrótszych tras jakie kiedykolwiek mi się przytrafiły, a taka właśnie stety niestety z braku sił i czasu na coś większego. I tak jak poprzednia zrealizowana głównie dla tego magicznego uczucia jakie budzą we mnie góry i chęci zapomnienia o szarej czasem, męczącej i nie zawsze przyjaznej codzienności. Małe, a cieszy, czyli właśnie Beskid Mały, wyraźnie przeze mnie faworyzowany w tym roku. Ze Straconki wprost na Magurkę, a z niej przez Leńczok i Chatkę na Rogaczu do stacji kolejowej w Wilkowicach.
 
Voila!

 
 

poniedziałek, 19 września 2016

Dawniej Portier

Nieco ponad sześć lat temu zakładałem tego bloga rozpoczynając nowy, choć mało jak dziś oceniam nobilitujący rozdział mojego życia zawodowego, a mianowicie przestając być cywilnym portierem w Śląskim Uniwersytecie Medycznym, a zostając, na papierze przynajmniej, ochroniarzem. Jak wszystko ważne, co nas spotyka, tak i to nie zaczęło się jednak z dnia na dzień,  a raczej bardzo, bardzo stopniowo. Najpierw przez długie lata pracowałem w firmie budowlanej. Tej samej, dzięki której powstała absolutna większość obiektów ówczesnej Akademii Medycznej w Ligocie i tej samej, której siedziba mieściła się tuż obok tego wszystkiego co budowała. Wydawało mi się wtedy, że oto znalazłem idealne miejsce dla siebie. Uczciwy pracodawca, zarobki raczej wystarczające, najczęściej ośmiogodzinne dniówki, wolne weekendy,  jakieś dziesięć minut spacerkiem od domu. Czegóż chcieć więcej? Ano właśnie. Tego tylko, by to trwało wiecznie. A tak się niestety nie stało. Pamiętam dzień, w którym mój szef powiedział mi prosto w oczy, że firma ma problemy finansowe i że powinienem zacząć rozglądać się za nową pracą. Nie dlatego że mnie zwalniają, czy mogą zwolnić, ale dlatego, że zakład może istnieć jeszcze rok, a może tylko miesiąc. Już te słowa były dla mnie szokiem, ale kto wie czy nie większym jego zaraz potem złożona mi propozycja zatrudnienia właśnie w uczelni, na stanowisku portiera. Za dyskretnym wsparciem ma się rozumieć, bo dostać się tam tak ulicy, nawet jako robotnik, wydawało się  czymś dla szarego Kowalskiego prawie nieosiągalnym... 
 
Powie ktoś, że mieć takiego szefa to skarb. Zgadzam się. Tym bardziej więc nie byłem skory do odejścia, nawet gdy w opisywanej sytuacji nie wymagało ono ode mnie żadnej aktywności w poszukiwaniu nowej pracy. No i ten portier... Co to niby za robota? Siedzieć i klucze wydawać? Nie...
 
Co robiłem wcześniej? Łatwiej było by powiedzieć czego nie robiłem. Ale spróbujmy podsumować. W tej konkretnej firmie byłem głównie magazynierem, czasem też murarzem czy malarzem, poza tym amatorskim copywriterem, redaktorem zakładowej gazetki i gdzieś tam incydentalnie jeszcze pewnie ze stu innymi. A tutaj... portier!
 
-Ale to jako miękkie lądowanie. Możesz pracować i szukać sobie czegoś innego.
-No tak. Mogę.
 
Zgodziłem się. Zmieniłem pracę. Po tygodniach czy może miesiącach nawet się przyzwyczaiłem. Zarobki nie były wiele niższe, tak zwany socjal, łącznie z dopłatami za pracę po południu, z czym się raczej nigdzie indziej nie spotkałem, imponował, a i wbrew moim przypuszczeniom sporo się ciekawego wokół działo.
 
I wtedy właśnie pani kanclerz wpadła na genialny inaczej pomysł zastosowania jakże modnego obecnie outsourcingu, czyli przerzucenia jakiejś części działalności na usługodawcę zewnętrznego. Pracujących czasem przez dziesięciolecia zaangażowanych i lubiących "swoją" uczelnię portierów wymieniono na ochroniarzy w obrzydliwych czarnych pseudo mundurach. Wtedy powinienem zwiewać, dziś już to wiem, ale cóż, nie zrobiłem tego i tak właśnie stałem się jednym z nich... 
 
Od tego też czasu plus minus istnieje ten blog. I także od tego momentu wszystkie mniejsze i większe zastrzeżenia jakie mogłem mieć wobec jednego, drugiego czy trzeciego mojego pracodawcy odeszły w cień wobec skali naruszeń prawa z jakim spotkałem się w ochronie. A pomyśleć, że wcześniej opóźniona o dwa dni wypłata wydawała mi się skandalem...
 
Pożegnałem się po jakimś czasie z jedną firmą, odszedłem do innej, potem przyjmowałem się do kolejnej, a cały czas wczytywałem się i wsłuchiwałem w wieści z innych. Przez sześć lat mojego "ochroniarstwa" zobaczyłem rzeczy w które wcześniej bym nie uwierzył. Przymusowe umowy zlecenia w fikcyjnych spółkach córkach do wypłaty godzin nadliczbowych na zaniżonych stawkach, fikcyjne szkolenia, mobbing, nagany in blanco (sic!), fikcyjne zlecenia na nigdy nie wykonywaną pracę dla uniknięcia płacenia składek na ZUS, wstecznie wypełniane dokumenty, fikcyjne a przymusowe "prośby" o zatrudnienie na gorszych niż do tej pory warunkach, stawki sięgające w dół czasem poziomu biletu autobusowego, dyskryminację, pracę po 400 godzin w miesiącu, brudne, śmierdzące "mundury" po kimś, posterunki bez bieżącej wody i ubikacji i tak dalej i tym podobne.
 
Owszem, próbowałem w tym funkcjonować. Odłożyć na bok zastrzeżenia wobec uczciwości pracodawcy i skoncentrować się na zapewnieniu bezpieczeństwa osób i mienia na podległym obiekcie. Robiłem zatem obchody, pisałem przepustki, legitymowałem, kontrolowałem, notowałem. Nigdy po ormowsku nadgorliwie, a raczej zawsze  w przekonaniu, że dobrze, kulturalnie i z pełnym zaangażowaniem wykonywana praca sama sobie dodaje wartości i sensu. Niestety, to nie pomogło. Poza bowiem doświadczeniem pierwszym, wspomnianym powyżej, mianowicie kosmiczną skalą naruszeń prawa pracy i nie tylko, z jaką się spotkałem, doświadczeniem drugim, które w efekcie przechyliło moją czarę goryczy okazała się świadomość, że, proszę wybaczyć wielkie słowa, ochrona taka, jaką się ją w większości przypadków, zwłaszcza poprzez ochroniarzy niekwalifikowanych świadczy w Polsce, to teatrzyk i zasłona dymna zarazem, a złamać  tworzone przez nią "zabezpieczenia" mógłby średnio rozgarnięty ośmiolatek.
 
Brutalnie należałoby może powiedzieć, że kluczem do funkcjonowania ochrony osób i mienia w naszym kraju jest... PFRON. Od strony firm ochroniarskich dlatego, że najważniejszym jest, aby dostać stamtąd dotację, nawet zatrudniając osoby, które NIGDY NIE POWINNY MIEĆ Z OCHRONĄ DO CZYNIENIA, zaś od strony wynajmujących takie firmy - by na tenże fundusz nie płacić obowiązkowych a dużych składek. A nie płaci się ich właśnie wtedy gdy taka zewnętrzna firma ochroniarska, co jest baaardzo częste, jest jednocześnie Zakładem Pracy Chronionej. Reszta, czyli jakość i potencjalna choćby skuteczność takiej ochrony to kwestia już dla obu stron drugorzędna. Drobiazgi takie jak kultura, wizerunek, inteligencja, empatia, to już zupełna egzotyka. Może nie zawsze i nie wszędzie, nie twierdzę tego, ale we wszystkich miejscach w których sam pracowałem albo które na swojej drodze mijałem częściej niż kilka razy, a było ich przez te sześć lat niemało...
 
 
***
 
 
Nie jestem już portierem, "panem od kluczy" jak sam siebie lata temu nazwałem. Zdałem kilka tygodni temu swój mundur, legitymację, identyfikator, odebrałem ostatnią wypłatę i zacząłem "nowe życie". Ani bogatsze o wiele, ani łatwiejsze, ale po prostu nowe, inne.
 
 

wtorek, 19 lipca 2016

Krótki kaszel

Pewien bardzo znany, kto wie czy nie najpopularniejszy portal zajmujący się prawem, w tym prawem pracy opublikował swego czasu świetną poradę jak de facto prawo to omijać. Ponieważ rozbawiło mnie to do łez, postanowiłem króciutko wspomnieć o sprawie także tutaj - na blogu.
 
Napisał oto z prośbą o pomoc do wspomnianego serwisu pewien przedsiębiorca. Pan ten ma problem, ponieważ zatrudnia kilku pracowników i kilku śmieciobiorców. Chciałby jak się można domyślić wykorzystując jednych i drugich do tego samego rodzaju pracy wystrzec się jednak w umowach śmieciowych sformułowań mogących sugerować, że wykonują oni dla niego normalną (etatową) pracę a nie zlecenie.
 
Serwis w osobie pana specjalisty służy pomocą objaśniając szeroko jakie to zapisy mogą a jakie absolutnie nie powinny znaleźć się w śmieciówce, mało tego,  podaje nawet jej proponowaną treść. Przykładowy fragment tej porady brzmi tak:
 
WAŻNE!
Ustalenie w umowie zlecenia prawa do jednostronnego wyznaczania miejsca pracy przez zleceniodawcę może narazić go na zarzut uznania umowy zlecenia za umowę o pracę.
Może to doprowadzić do odpowiedzialności za wykroczenie przeciwko prawom pracownika i przekształcenia tej umowy w umowę o pracę.
To, że nie można zawrzeć w treści umowy zapisów pozwalających na wyznaczanie przez zleceniodawcę miejsca pracy, nie oznacza, że nie można znaleźć rozwiązania odpowiadającego Pana potrzebom. 
 
[ Podkreślenie moje - Portier]
 
I jest super. Z pewnością pytający jest usatysfakcjonowany, a odpowiadający dumny z siebie. Drobiazg, że być może dzięki takim poradom kolejne tysiące osób pracować będą jak ja na przykład - za grosze, jako ludzie dziesiątej kategorii, jakoś umyka.
 
Źle się dzieje w państwie polskim...
 
 
 
 ============
 
 

 
 
 
 
 
Przykłady polskiej hmm... innowacyjności.
 
Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu, o ile nie podano inaczej, są moją własnością. Ich ewentualne dalsze wykorzystywanie i rozpowszechnianie jest zabronione pod odpowiedzialnością karną.