Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wszyscy jesteśmy januszami

Plus minus dwa miesiące temu pojawiły się w Katowicach na szerszą skalę wypożyczalnie rowerów. Istniały co prawda już wcześniej, ale było ich tak niewiele, a do tego usytuowano je w tak nieprzemyślanych moim zdaniem miejscach (centrum miasta zamiast terenów parkowych itp.), że właściwie tamten pierwszy etap można pominąć. A teraz wydawało się, że jest idealnie. Stacje, acz nie we wszystkich dzielnicach, ale jednak już znacznie szerzej dostępne, odległości między nimi niewielkie (a przecież pierwszy kwadrans jazdy jest gratis!), system korzystania nieco pogmatwany, ale do przeżycia, no i przede wszystkim "tabor" - wygodne, zwarte, nowe, dobrej klasy rowery w sporych ilościach.
 
 
Byłem jednym z pierwszych nowych klientów po dołączeniu do systemu dzielnic Ligota i Panewniki a na pewno pierwszą osobą w Katowicach wystawiającą pomysłowi opinię w Internecie. I w zasadzie byłem zachwycony, problem tkwi jednak w tym, że to co oceniałem, było nowe. Nowe były stacje, nowe były rowery, nie za wielu było klientów, a za to sporo nieśmiało się temu wszystkiemu przyglądających. Od plus minus początku maja ta sytuacja się zmieniła. I nie to, że czasem stojaki są puste albo że przed terminalem tworzy się ogonek mnie zniesmacza, tylko coś, co niestety dowodzi, że pomysł, choć nadal trzymam się tego - sam w sobie świetny, przyszedł chyba o kilka lat... za wcześnie. Wychodzi tu bowiem niestety nasza narodowa januszowatość, buractwo, czy trzymając się bardziej staroświeckich określeń brak kultury wespół chyba z wolnym miejscem po inteligencji.

Nie ma rzeczy doskonałych, ja wiem, zawsze do czegoś można się przyczepić - także zgoda, ale w przypadku rowerów w Katowicach niestety system to może 30% całości moich pretensji, pozostałe 70%, to użytkownicy, którzy po prostu do pewnego poziomu zachowań nie dorośli i boję się, że już nigdy nie dorosną. A jako że jest ich więcej w całej sprawie, toteż od nich zacznę.

Dopóki klientów było mało, wszystko wydawało się grać. Rowery były wypożyczane, wracały, i tak nomen omen w kółko. Siłą rzeczy jednak wraz z upowszechnieniem się usługi, pojazdy zaczęły przemieszczać się dalej niż tylko między dwiema, trzema najbliżej położonymi stacjami i tak dojechały do "nowych" dzielnic sprzęty używane wcześniej już w innych, będących w systemie od lat a i te jeszcze w kwietniu nowe, nowymi być szybko przestały. Brudne ramy, upaćkane smarem sztyce, zadeptane, naderwane lub powgniatane błotniki, uszkodzenia lakieru, wgięte koszyki, wykręcone (wiszące tylko na lince) siodełka i tak dalej i tym podobne. Ostatnio również pozrywane łańcuchy, wykręcone pedały, niesprawne przerzutki albo wręcz rowery czegoś tam pozbawione. Bez koszyka, bez reklamy na tylnym kole, bez dzwonka...
W koszach transportowych znajdujemy śmieci, resztki jedzenia, reklamy i Bóg jeden wie co jeszcze. Kilka dni temu dopiero czwarty rower, jaki wziąłem ze stojaka w ciągu kilku minut nadawał się do jazdy! No chyba, że komuś odpowiada spacer np. tylko na pierwszym lub trzecim biegu, a zaręczam, że miłe to nie jest.

Żeby było weselej, jak wspominałem brak kultury idzie w parze z brakiem inteligencji. Uszkodzone czy zepsute rowery są masowo oddawane i zostawiane bez sygnału do operatora usługi, z nadzieją chyba, że to krasnoludki się nimi zajmą. Inne znów, rowery oczywiście, nie krasnoludki, w tym także te sprawne, dopina się czasem zamiast do stojaków lub dodatkowych uchwytów na nich np. do wcześniej wpiętych pojazdów (wystarczy wypożyczyć taki, a drugi mamy w gratisie!) nawet jeśli przy okazji blokują pół chodnika, i wreszcie, co szczególnie powinno być ciekawe dla lekarzy i farmaceutów - jeszcze inne pozostawiane są LUZEM pomiędzy tymi przypiętymi!

Obrazu dopełniają użytkownicy, którzy nie doczytali czegoś, nie zrozumieli, nie dopytali, nie potrafią lub nie chcą zadzwonić do biura obsługi i potem szarpią się jak wilk we wnykach żeby wyjąć rower z zamka lub go tam wprowadzić, klną po raz szósty wpisując PIN albo uważają, jak pewien pan, także ogłaszający to wszem i wobec w Opiniach Google, że niesprawna stacja uniemożliwia zdanie sprzętu i tym samym generuje mu dodatkowe koszty zmuszając do jazdy gdzie indziej...

Ręce opadają.

A samo City By Bike? Też nie jest bez winy. Telefoniczne biuro obsługi łatwym interlokutorem nie jest, to pewne. Wybierz język, Jesteś już klientem czy nie?, Podaj numer telefonu, Podaj PIN  i wreszcie po minucie dopiero czy lepiej takiego klikania, upragnione: Wybierz rozmowę z konsultantem naciskając coś tam...

Zgłaszam awarię - pani notuje, pani notuje - pani dziękuje. Za dwa dni rower stoi jak stał. Kiepsko. Stanowczo brakuje jakichś  "lotnych patroli serwisowych" i po prostu większego zaangażowania operatora na każdym etapie funkcjonowania systemu.

Dużo, dużo jeszcze jest do zrobienia z obu stron, by rowerowe wypożyczalnie w moich mieście były tym, czym być powinny i czym być miały w planach ich pomysłodawców.



---
 
 
Rower prawicowy - z zakazem pedałowania.
 
 
Rower z brakiem reakcji łańcuchowej.
 
 
U góry i dołu: Rowery syjamskie. Pożyczasz pierwszy (przypięty do zamka)
a drugi (przypięty do pierwszego) jest Twój bezpłatnie.
 
 
 
 
Pierwsza reklama w koszyku. Pewien jestem, że za miesiąc
będzie ich tu po kilkanaście każdego dnia.
 
 
Dla równowagi - pierwszy rower bez reklamy.
Zapewne misyjny.
 
 
Śrubkę już ma, ale oleju w głowie nadal ni kropli...
 
 
A tutaj ktoś próbował chyba zakosić kosz.
 
 
"Na proktologa"
 
 
1410? 1234?
Kichaj to, niech się ONI martwią...
 
 
I na koniec rower po-ranny, czyli jak widać
nie tylko mnie krew zalewa gdy widzę to wszystko.
 

sobota, 3 czerwca 2017

Gdzie zgłaszać omijających stawki minimalne?

Szybko i sprawnie, z pominięciem długich pism i zeznań a nawet podawania swoich danych adresowych - poprzez specjalny serwis uruchomiony przez Tygodnik Solidarność.

Pamiętajmy tylko, że nie jest to portal zastępujący stronę Inspekcji Pracy. Nie zgłaszamy poprzez niego niczego poza naruszeniem stawek minimalnych! Wszelkie inne zgłoszenia należy podawać jak do tej pory - osobiście w inspektoracie, poprzez stronę internetową właściwego OIP, mailowo albo listownie.
 
Ale jeżeli kwestia dotyczy tylko stawki, to opisywana tu droga będzie na pewno szybsza i wygodniejsza. Po naszym zgłoszeniu to związkowcy przygotują wniosek do PIP, a nasze dane pozostaną tylko do ich dyspozycji.
 
W czym rzecz?
 
Od stycznia 2017 pracując na umowie zleceniu nie możemy, niezależnie od rodzaju wykonywanej pracy zarabiać za godzinę mniej niż 13 zł brutto, to jest około 9,70 netto. Jeżeli Twój pracodawca płaci Ci mniej, wmawia, że netto z 13 to np.  9 czy 8 zł, dolicza jakieś z sufitu wzięte obciążenia czy kaucje np. za ubranie robocze czy narzędzia itp. to łamie prawo. W takim wypadku nie ma się co zastanawiać nad złożeniem na niego skargi.
 
Jak to zrobić?
 
Wchodzimy na stronę formularza, do której link podaję nieco niżej i wypisujemy tam tylko kilka krótkich rubryk, w których podajemy:
 
-nasze imię i nazwisko
-nasz numer telefonu
-nasz adres mailowy
 
-nazwę firmy lub osoby którą zgłaszamy
-jej adres
-opis sprawy
 
Własnymi słowami, zwyczajnie, tak jak jest. Ale co najważniejsze, bez wahania. Nie ma się co litować. Niech płacą kary, niech ich ciągają po sądach, niech plajtują, niech zamiatają chodniki, skoro nie mają skrupułów by okradać własnych pracowników!
 
 

BY ZGŁOSIĆ NIEUCZCIWEGO PRACODAWCĘ
 
 
Masz problem innego rodzaju?
 
Mobbing, opóźnienie wypłat, złe warunki pracy, brak odzieży roboczej, niebezpieczeństwo na stanowisku, zlecenie na warunkach umowy o pracę itp.?
 
Skontaktuj się poprzez formularz, listownie, mailowo lub telefonicznie bezpośrednio z odpowiednim oddziałem Państwowej Inspekcji Pracy 
 
 

piątek, 26 maja 2017

Parszywa dwunastka

Zajrzałem wczoraj do jednego z serwisów internetowych w których pracownicy oceniają swoich pracodawców i napotkałem tam jeden pod drugim, poza oczywiście setkami innych, dwa charakterystyczne wpisy. W pierwszym ktoś wyliczał jak to zakład go oszukiwał i zmuszał do potwierdzania nieprawdy, w związku z czym zwróci on się w najbliższym czasie do Inspekcji Pracy, a w drugim ktoś inny nazywał tego pierwszego kapusiem i leniem wyszukującym bzdety zamiast zajmować się obowiązkami. Jako że sam wkrótce oskarżać będę pewną firmę przed sądem i już nie mogę doczekać się tej chwili, a też czasem moje pretensje nazywane były szukaniem dziury w całym, postanowiłem w najbardziej skondensowanej formie przedstawić tu Państwu, szanowni moi Zaglądający, jako ciekawostkę, kilku pracodawców, chwilowych pracodawców i potencjalnych a na szczęście nie zrealizowanych w praktyce pracodawców z różnych branż, których w swoim długim życiu miałem nieprzyjemność spotkać.
 
Ocena, czy rezygnując z pracy lub ubiegania się o nią, albo wręcz w skrajnych przypadkach skarżąc się na nich do PIP, mediów, związków zawodowych czy innych instytucji byłem zmierzłym leniem i donosicielem czy tylko normalnym człowiekiem oczekującym normalnego traktowania, należy do czytających. Kolejność, z przyczyn oczywistych nie jest chronologiczna a wszystko co opisuję działo się od lat 90 do dziś.
 
Uprzedzając pytania: na szczęście pracowałem też przez ten czas u innych, dobrych, bardzo dobrych lub idealnych. I także na szczęście - dłużej. O nich również kiedyś opowiem. Tymczasem ci gorsi.
 
 
Wułala! :)
 
 
Firma 1.
 
Umowa o pracę na 8 godzin dziennie, 40 tygodniowo i pełny etat. Faktycznie praca po 9 do 13 godzin od piątej rano  i dniówki zadaniowe, poza pojedynczymi dniami w skali średnio ok. dwóch tygodni niewykonywane przez nikogo w normalnym czasie. Czas ponad etat oczywiście niepłatny. Dodatkowe liczne obowiązki dokładane ponad to czym pracownik nominalnie powinien się zajmować.
 
 
Firma 2.
 
Sugerowanie przy przyjęciu konieczności "załatwienia sobie" niepełnosprawności i odmowa zatrudnienia po zdecydowanej odmowie takiego "załatwienia". Umowy zlecenia w spółce córce jako przymusowe uzupełnienie etatu dla uniknięcia nakazanych prawem wysokości wypłat za nadgodziny (etat na umowie o pracę zawsze zgodny z limitem). Stosowanie umów o pracę na 1/16 lub 1/32 etatu i wypłata reszty wynagrodzenia z przymusowego zlecenia po tym jak firma wynajmująca pracodawcę o którym mowa, zażądała, by wszyscy mieli umowy o pracę.
 
 
Firma 3.
 
Umowa zlecenie na warunkach umowy o pracę. Podwójne umowy zlecenia z różnymi podmiotami, w tym de facto fikcyjnymi agencjami pracy założonymi przez pracodawcę. Poza tym inna firma na odzieży roboczej, inna na szyldzie, a obydwie inne niż w umowach :))
 
 
Firma 4.
 
Przymusowe zlecenia jako uzupełnienie umowy o pracę. Przymusowe "prośby" na piśmie o zatrudnienie na zleceniu w spółce córce i na gorszych warunkach jako podkładka na wypadek ew. późniejszych skarg. Nadgodziny przenoszone na zlecenia. Zaniżanie zarobków poprzez umowę na pensję miesięczną, a faktyczne, choć nigdzie nie zadeklarowane na piśmie stosowanie stawki godzinowej, służącej do "złożenia" pensji minimalnej z etatu oraz wypłacenia resztki, nawet kilkudziesięciozłotowej (i tym samym tworzącej "stawki" w rodzaju 2 zł/godzinę) ze zlecenia, oficjalnie za pracę w niezależnej firmie. Mobbing,  kary finansowe, karne przeniesienia.
 
 
Firma 5.
 
Praca przez kilka tygodni na czarno. Umowa zlecenie (wystawiona wstecznie) na warunkach umowy o pracę. Brak jakiejkolwiek weryfikacji podawanych przez pracowników (samodzielnie wypisywanych!) danych dot. adresu, poprzedniego zatrudnienia, numerów PESEL, dowodu osobistego itp. Zaniżanie stawek osobom, które nie podobają się szefowi (za wadę wymowy, za niski poziom intelektualny, za wygląd i wiek) a wykonują tę samą co reszta pracę. Wypłata do ręki kwot wyższych niż podpisywane przez pracownika na liście płac (z różnicy nie ma podatku, składek itp.) a mimo to niższych od wynikających z umowy i przepracowanej liczny godzin.
 
 
Firma 6.
 
Umowa zlecenie na warunkach umowy o pracę. Stosowanie zlecenia zamiast okresu próbnego na etacie. Zewnętrzny podmiot udający niezależną firmę, a faktycznie służący tylko do legalizacji zatrudniania na gorszych warunkach. Praca zleceniobiorców i etatowców na tych samych stanowiskach i z tym samym zakresem obowiązków przy różnicy stawek rzędu 2 - 3 zł/h i oczywiście braku na zleceniu dodatków, urlopów itp. Wydawanie zleceniobiorcom odzieży ochronnej o wiele gorszej gatunkowo (słabszej, cieńszej) do wykonywania tych samych, bardzo ciężkich prac. Obiecywane przejście na etat po miesiącu, góra trzech, faktyczne trzymanie na zleceniu po pół roku.
 
 
Firma 7.
 
Umowa zlecenie na warunkach umowy o pracę. Zleceniobiorcy pracujący razem z etatowcami na tych samych stanowiskach za połowę (sic!) ich pensji. Fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole przełożonych, jedno i drugie podpisywane wstecznie. Przymusowe "prośby" na piśmie o zatrudnienie na zleceniu i gorszych warunkach jako podkładka na wypadek ew. późniejszych skarg. Wypłata nadgodzin dla etatowców w formie premii liczonej jako stawka godzinowa plus 1 zł/h zamiast nadgodzin wg. KP. Dla zleceniobiorców: przymusowe podwójne umowy dla uniknięcia składek na ZUS. Mała umowa oskładkowana, duża nie, z podpisem, że to pracownik nie chce. Małe umowy fikcyjne, na nigdy niewykonywaną czynność. Plus bonus dla wybranych. Uwaga! Nagana in blanco! :)) Tak na wszelki wypadek, gdybyś fikał.
 
 
Firma 8.
 
Umowa o pracę, pensja minimalna. Różnica do faktycznej, nieco wyższej stawki plus planowane liczne nadgodziny proponowane przez właściciela jako płatne "pod stołem".
 
 
Firma 9.
 
Umowa o dzieło na warunkach umowy o pracę lub sugestia zarejestrowania się w Urzędzie Pracy dla umożliwienia pracodawcy natychmiastowego zatrudnienia przezeń danej osoby, wtedy już na etacie, bo z dofinansowaniem. Po podwójnej odmowie propozycja pracy na czarno z wypłatą tygodniową z ręki do ręki. Domaganie się próbnej a niepłatnej dniówki, a potem odmowa zapłaty za nią, mimo wyrażonej wcześniej, z wielkim bólem, zgody. Wypłata po kilkunastu dniach i groźbie skargi do PIP. 
  
 
Firma 10.
 
Umowa zlecenie na warunkach umowy o pracę. Dopisywanie na rachunku za umowę już  post factum uwag w stosunku do pracownika. Przeciąganie tygodniami wypłaty, a wreszcie wypłata w zaniżonej wysokości i bez obiecanej premii, po groźbie skierowania sprawy do PIP.
 
 
Firma 11.
 
Praca "z ulicy", bez umowy i bez sprawdzenia jakichkolwiek danych. Deklarowane przez pracodawcę zatrudnienie na co najmniej kilka miesięcy. Po dniówce na pytanie o warunki zatrudnienia i rodzaj umowy natychmiastowe zwolnienie i wypisanie zlecenia za ok. 9 godzin pracy na kolanie a "wypłata" chwilę później.
 
 
Firma 12.
 
Ogłoszenie - praca na etat. Rzeczywistość - oferta pracy na zlecenie lub dzieło za ok. 2/3 pensji minimalnej jako stała podstawa plus prowizja od sprzedaży (której w zakresie obowiązków w ogłoszeniu nie było.


===


Taka to moja "Parszywa dwunastka". Różne firmy, różne lata, różne problemy. Wiem, nie wszystkie tej samej mocy, i wiem, bywają sytuacje gorsze, ale jednak gdy o tych tu opisanych myślę, jest we mnie jakaś nieustępująca wściekłość, nie na konkrety chyba nawet, ale na tę wszechmocną czasem, umocowaną tytułami i pieczątkami, przekonaną o swoim prawie do istnienia nieszczerość.

Uważam, że gdy mowa o sprawach błahych, jak w przykładzie dwunastym, pierwszym czy może jeszcze jakimś, można odpuścić, zabrać manatki i pójść dalej, ale w innych powinno się walczyć, tępić takie patologie wręcz ogniem i mieczem. Zwłaszcza, że najczęściej cierpią przez nie osoby takie jak ja chociażby, z marnym wykształceniem, niskimi zarobkami i słabo radzące sobie na rynku. Z takim też przekonaniem pójdę na rozprawę za kilka tygodni. Nie dla pieniędzy, nie dla dokumentów, choć i na jednym i na drugim mi zależy, więc może lepiej powiem: nie w pierwszej kolejności dla nich, ale dla tej dziecinnej wiary, że sprawiedliwość zwycięży, a zło zostanie napiętnowane.

Jak to mawiał Franc Maurer: W imię zasad...

...synu.
 
 
---------------------------------------------------------
 
BONUS Z 3 CZERWCA 2017
 
 
Firma 13.
 
Ogłoszenie: pracownik fizyczny na umowę zlecenie.
Realia: Konieczność KUPIENIA SOBIE NAJPIERW własnego ubrania roboczego i gumowców oraz praca po 9 godzin dziennie za 6,66 zł netto za godzinę (60 zł na dniówkę)
 
Zgłoszenie do Inspekcji Pracy w godzinę po rozmowie kwalifikacyjnej.
  
 

wtorek, 16 maja 2017

Senior młodszy, czyli gór spłaszczanie

Od pewnego czasu zaprzestałem relacjonowania i szczegółowego opisywania tutaj wszystkich aspektów moich górskich wycieczek, ale to nie oznacza, że zaprzestałem również samego wędrowania. Wręcz przeciwnie, co roku przybywa mi w turystycznym CV od 110 do 180 km, a w 2017 dodatkowo minie już szósta rocznica mojego powrotu na szlaki po paru dziesięcioleciach przerwy. Diametralnie inne są teraz niż w dzieciństwie wszystkie moje doświadczenia, oceny oraz oczekiwania i tylko... jasny gwint, ból kolan pozostaje od zawsze ten sam.
 
Nigdy, ani tutaj, ani wobec ludzi, których znam w realu nie udawałem, że wędrowanie mnie nie męczy. Nigdy nie usiłowałem nikogo przekonywać, że nie robię przerw, nie pocę się, nie jęczę z bólu na ostatnich kilometrach. Tak się składa, że jedną z rzeczy, która najmocniej mnie we współczesnym świecie irytuje jest poprawność polityczna, czyli według mnie – obłuda. Mam swoje lata, swoje słabości, swoją wagę, nie zawsze zgodną z normą i nauczyłem się już, na co mogę a na co nie powinienem się za nic porywać. Nie musisz się ze mną zgodzić, ale jeżeli masz także lat „dzieści” albo „dziesiąt”, problemy ze zdrowiem, słabą kondycję, nie wygrałeś miliona w totka, posiadasz za to o kilka dziurek w pasku za mało albo za dużo, a jednak chciałbyś powędrować w góry, choćby na kilka godzin, podzielę się dziś z Tobą moimi jak zwykle subiektywnymi doświadczeniami z tych wymienionych na wstępie kilkuset kilometrów beskidzkich szlaków.
 
 

 
PRZED PIERWSZĄ WYCIECZKĄ
(poza zakupami - przed ilomaś pierwszymi wycieczkami)
 
-Kup papierową mapę i przewodnik. Absolutnie nie polegaj na elektronice poza tylko sprawnym telefonem i wpisanym doń numerem GOPR-u (985). Nie bierz do ręki map w skali  1:75 000 - dobre były za komuny, kiedy byle sklep spożywczy był tajny. Ideał to skala 1:25 000, ostatecznie 1:40 000.
 
-Zaopatrz się w plecak turystyczny lub wojskowy, choćby najtańszy (polskie z demobilu na Allegro bywają i po 15 zł), ale przenigdy nie używaj toreb ani worków. Ciężar niesiony na plecach odczuwamy jako dużo mniej kłopotliwy od tego, który wisi nam na ramieniu czy tym bardziej w dłoni.
 
-Buty. Słowo klucz. Kup sobie dobre buty. Niżej podpisany w górach i na nizinach wbrew negatywnym opiniom jakich pełno o nich w Sieci dobija od lat desanty, czyli trzewiki wzór 919 MON i kocha je miłością szczerą, ale Ty nie musisz się na nim wzorować. Najważniejsze, to aby but usztywniał kostkę, miał grubą podeszwę i choć częściowo chronił od wody. No i ma być wygodny. Rzecz względna, nieprawdaż? A czy kosztuje 40 czy 400 zł to już tylko kwestia Twoich możliwości. Sugerowałbym jednak nieprzekraczanie 100 - 150 zł jeśli nie kursujesz w góry tydzień w tydzień.
 
-Pomyśl o stuptutach. To takie jakby mankiety chroniące dolną część spodni ponad butami od błota i śniegu. Nie kosztują wiele, ale sporo dają. Aczkolwiek poza zimą i w Beskidach nie są rzeczą absolutnie niezbędną.
 
-Czapeczka. Potrzebujesz jej, choć jeszcze tego nie wiesz. Nieważne, czy nosisz ją w mieście, ale w górach noś. Czapeczkę, chustę, cokolwiek. Uchroni Cię od bólu głowy i spalonej słońcem twarzy.

-Inna odzież. Cóż, co do spodni, do właściwie wystarczy żeby były długie. Sam noszę zwyczajne, najtańsze bojówki firmy MilTec za ok. 60 zł i to którąś już parę i nie narzekam, ale w normalnych warunkach nawet dżinsy dają radę. Koszula powinna być przewiewna, raczej jasna. Najlepiej jest nosić koszulę i podkoszulek pod spodem, bo pozwala to dopasować się do pewnej rozpiętości temperatur. Ważnym aspektem in minus dla t-shirtów solo jest brak osłony szyi przed słońcem. Pozostaje wtedy krem albo zamiast niego lekka koszula z kołnierzykiem, który, gdy mocno przygrzewa, możemy postawić.
 
-Teraz konkretniej. Trasa. Wybierz taką, która Ci uwłacza :) Tak! Coś takiego, co wydaje Ci się żenadą nawet dla przedszkolaka bez lewego sandałka. Jeszcze nie wiesz czy to właśnie Ty nim nie jesteś. Moja propozycja to maksymalnie osiem - dziesięć kilometrów, ale nic się nie stanie, jeśli na początek zrobisz np. tylko pięć lub sześć*.
 
-Wyszukaj propozycję z handicapem w rodzaju wjazdu lub zjazdu kolejką linową albo przynajmniej zaczynającą się dość wysoko. W Beskidzie Śląskiem takim miejscem jest nieźle skomunikowany z Bielskiem czy Wisłą Biały Krzyż, czyli przełęcz Salmopolska** albo Równica***. Kolejki linowe, to przede wszystkim bardzo ulgowa, bo wagonikowa Szyndzielnia, ale też krzesełkowe: Soszów, Stożek, Czantoria, Mała Czantoria oraz Skrzyczne. W Beskidzie Małym świetnym rozwiązaniem na początek jest wyglądająca jak pociąg kolejka na Żar i np. spacer na szczyt Kiczery gwarantujący niebiańskie widoki przy niewielkim wysiłku. Nie wahaj się zacząć od wycieczki będącej tylko „rozpoznaniem terenu” jak ta przed chwilą wymieniona, czyli po prostu spacerem w bliższej lub dalszej okolicy wyciągu i powrotem na dół tą samą drogą.
 
-Szukaj na początek oczywistości, znanych, wydeptanych i pewnych. Dlaczego, zapytasz? Dlatego, żeby realia mogły naprawić to, o czym ewentualnie zapomnisz albo czego nie przewidzisz.
 
-Nie porównuj się z nikim i nie stawiaj sobie wymagań, których możliwości realizacji nie jesteś pewien. Nigdy. Ani na pierwszej ani na sto pierwszej wycieczce. Na sto pierwszej zresztą będzie Ci łatwiej o tyle, że będziesz miał sto różnych punktów odniesienia sam dla siebie.
  
-Przeczytaj rozdział w przewodniku opisujący Twoją drogę. Poszukaj relacji w Internecie. Wczytaj się nie tylko w opisy tego, co ciekawe, ale przede wszystkim tego, co trudne, mylące, źle działające, niepewne i nieoznakowane. Obejrzyj jak największą liczbę zdjęć, żeby zakodować sobie plus minus przynajmniej charakterystyczne punkty na trasie.
 
-Bezwarunkowo zaplanuj rozwiązania alternatywne. W razie kłopotów z komunikacją – inny dojazd lub powrót, w razie problemów z pogodą – wcześniejsze zejście w doliny (gdzie, dokąd), w razie wiedzy o źle oznakowanych lub mylących miejscach – obiekty, które pomogą Ci się zorientować.
 
-Skorzystaj z Google Street View żeby poprzez rady z przewodnika odnaleźć wejście na szlak (ulica, numer domu lub znów – charakterystyczny obiekt – most, pomnik, urząd, sklep)
 
-Upewnij się gdzie są przystanki autobusowe, stacje kolejowe, ew. parkingi. Korzystając z komunikacji zbiorowej pamiętaj, że w miejscowościach górskich powszechne (i głupie, ale na razie nic na to nie poradzimy) jest kursowanie na tej samej trasie autobusów lub busów różnych firm przewozowych. Stąd najlepiej wyszukiwać informacje o rozkładach „zbiorowo” na portalach w rodzaju e-podróżnika lub podobnych, a tylko potwierdzać je potem na stronie konkretnej firmy.
 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Przerzutki kontra wywrotki

Z rowerem u mnie jak z górami. Albo jeżdżę przy każdej okazji, albo przez lata wcale. Na przykład na początku, na samiutkim początku. Nic a nic. Większość dzieciaków które znałem zaczynała od małego czegoś z kółeczkami z boku, ewentualnie, ci bardziej zdesperowani (albo będący dziećmi bardziej zdesperowanych rodziców) z patykiem wciśniętym między tylny błotnik a ramę, a ja nie i nie. Po prostu nie chciałem. Więcej nawet. Nigdy nie miałem swojego małego rowerka, mimo, że w czasach PRL-u o takie chyba było najłatwiej. Rodzice widząc moje wycofanie uznali, że zakup nie ma sensu. Ale z czasem pojawił się kłopot. Rówieśnicy zamieniali swoje "Reksie" czy co tam mieli na rowery ciut większe, czy nawet "dorosłe", z ich punktu widzenia, składaki, a ja nadal nie umiałem jeździć. O ile podczas podwórkowych zabaw nie było to wielkim problemem, bo zawsze obok tych urządzających kolejne "Wyścigi Pokoju" byli inni, aktualnie bawiący się bardziej stacjonarnie, to jednak nadchodził wielkim krokami dramat w postaci obowiązkowego szkolnego egzaminu na kartę rowerową. Ano tak. Po pierwsze karta rowerowa była czymś oczywistym i obowiązkowym dla ucznia, co uważam było świetne, a po drugie, no wydało się, trudno, ja ciągle jeszcze wtedy byłem rowerowym analfabetą...
 
Podręczniki z Bolkiem i Lolkiem czytałem, owszem, znaków drogowych nauczyłem się sam dużo wcześniej, tu ciekawostka, z wielkich plansz dla kierowców, które ktoś kiedyś wyrzucił na naszej hałdzie i generalnie wszystko było ze mną OK. ale... no właśnie.
 
Uprosiłem więc na ten dzień usprawiedliwienie u mamy. Takie lewe chorobowe. No bo cóż z tego, że znaki znałem, że miałem już wtedy teoretycznie (o tym za chwilę) rower, skoro egzamin w szkole polegał na egzaminie właśnie, w teorii i praktyce, a nie na NAUCE? I jak ja się mogłem przyznać, bądź co bądź już poważny człowiek, że nigdy w życiu nie jeździłem? 
 
A ten rower? No miałem i nie miałem. Ojciec był fanem kolarstwa, czy może bardziej turystyki rowerowej. Jeździł od wczesnej młodości, a takie tam drobiazgi, niewyobrażalne dla mnie nawet dziś, jak jazda z Katowic do Bielska albo jakieś grupowe wyścigi przez (sic!) Kubalonkę, to była dla niego normalka. Miał jakiś tam drogi sprzęt, który smarował, dopieszczał, uzupełniał i potrafił rozłożyć i złożyć z zamkniętymi oczami. Mama też jeździła, dużo mniej, dużo bliżej, na przykład do Doliny Trzech Stawów*, ale jeździła. Ja niestety bywałem tylko balastem na ich bagażnikach, co zresztą tatę, posiadacza baaardzo przecież drogiej wyścigówki irytowało, no bo jak to tak, poważny sportowy sprzęt za ciężkie pieniądze, a na nim BAGAŻNIK i synalek, bynajmniej nie najmniejszy w klasie?!
 
Oficjalnie zatem rower mamy był moim. Tak się mówiło dalszej rodzinie, bo przecież zakup roweru to było wydarzenie na miarę upolowania meblościanki Agata albo telewizora Elektron, tak się nawet przyjęło między nami, w domu. Ot, encyklopedyczny przykład tajemnicy poliszynela. Zatem rower powiedzmy, że miałem. Sporo zresztą potem na nim przejeździłem, więc mogę go dziś oficjalnie wpisać do swojego cyklistycznego CV.
 
Wigry 2. Mówi to Państwu coś? No tak, klasyka. Typowy peerelowski składak. Ale nie do końca, bo tym typowym był raczej Wigry 3, z nieco inną, bardziej łagodnie ukształtowaną kierownicą. Nasza, moja, "dwójka" miała kierownicę prawie jak litera U i jakiś tam podobno inny kształt błotników, czego sobie nie przypominam, ale w każdym razie na pewno nie miała hamulców na kierownicy, a tylko ten w torpedzie. Dodać tu zresztą muszę, że ówczesna produkcja Rometu, który nic nie ma wspólnego z chińskim czymś dziś produkowanym pod tą marką była na tyle wewnętrznie kompatybilna, że składak Wigry 2 mógł się stać trójką po dołożeniu właśnie ręcznego hamulca przedniego i innej kierownicy, a piątką po dokręceniu do tego jeszcze... plastikowej chorągiewki odblaskowej. Tak że wielkich wyzwań finansowych przy takim "apgrejdzie" raczej nie było.

Wigry 2.
Zdjęcie ze strony chlopcyrometowcy.pl
 
 
Rower był żółty, dość dobrze mi się na nim jeździło, no i przede wszystkim to na nim właśnie jeździć się wreszcie nauczyłem. Podobnie bowiem jak z maszynopisaniem, obsługą komputera czy... montażem okien, to, czego od innych "przyjąć" przez lata nie chciałem, samemu opanowałem na złość światu (?) w ciągu jednego dnia....  A zamiast kółeczek i patyków za siedzeniem zastosowałem metodę jak mi się do dziś wydaje najprostszą. Siadałem na rower, prawą nogę kładłem na pedale (mam nadzieję, że mi tego korekta nie zablokuje jako aktu przemocy) naciskałem z całej siły, a gdy rower ruszał, lewą stopę usiłowałem do tego wszystkiego dołożyć. Po kilkunastu próbach, czyli w sumie może także po kilkunastu minutach  już jeździłem. Gdyby ktoś znał Katowice, to nawet przyznam się, że rzecz miała miejsce na parkingu przed Centralnym Szpitalem Klinicznym w Ligocie, który do dziś jest świetnym do tego miejscem.

 Parking zaznaczony strzałką oraz przy okazji Zakłady Teorii Medycyny SUM i CSK w Katowicach Ligocie. Widok... z dachu szpitala dziecięcego. (Chodziło się tu i ówdzie swego czasu, he he he) Zdjęcie moje.
 
 
No i cóż? Przyznaję się po raz kolejny. Wręczaną mi BEZ EGZAMINU (komuna, układy, wicie, rozumicie) kartę rowerową odbierałem już kilka tygodni później najzupełniej pewnie, wszak, jak uważałem, egzamin zdałem jakoś tam sam przed sobą. A skoro zdałem, a mama ciągle jednak z roweru korzystała należało zorganizować dla mnie inny. Przynajmniej na tyle inny żebym mógł go dobijać rodzinnymi rajdami po panewnickich lasach i osiedlach które sobie dość szybko upodobałem. Jak to się wtedy mówiło, z braku laku, dobry i kit. Tata sprzedał swoją słynną, ale do dziś nie wiem jakiej marki, drogą "kolarzówkę" i poza kupką banknotów dostał też w rozliczeniu składak Karat oraz... małego czarnego kota o wdzięcznym imieniu Jabol.
Jak już kiedyś na tym blogu wspominałem, ówcześnie fakt posiadania WŁASNEGO KOTA był dla mnie znacznie bardziej ekscytujący niż nowy, a de facto mocno używany rower, ale zostawmy to.
 
Więc Karat. Nie pamiętałem czy nawet nie znałem do dziś jego nazwy, ale pomogła mi Wikipedia, w której odnalazłem dobrze znany pojazd bez trudu. Dodać tu jednak muszę, że mój egzemplarz był dość nietypowy, bo srebrny, malowany zdaje się jakąś farbą do pieców i to niejeden raz. No tak. Inny to był świat, nieprawdaż? Malowało się rowery wszystkim co nie spływało po deszczu. Olejna z odnawiania płotu czy drzwi też była dobra. Minia, czyli farba podkładowa także się sprawdzała. A że coś tam ktoś miał łaciate, z zaciekami, czy jak dziś samochody młodych gniewnych składane z części pochodzących z kilku różnych egzemplarzy to nikogo specjalnie nie dziwiło. Ale też o ileż trwalsze były te rowery od dzisiejszych!
 
 
Romet Karat, podobno pierwszy polski składak.
Proszę zwrócić uwagę na malowanie błotników i charakterystyczne wzmocnienia ramy... Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.

piątek, 17 lutego 2017

Votum separatum

Mimo przedeptania w minionym roku całej prawie zachodniej części Beskidu Małego i zahaczenia dwa lata temu trzydziestu kilometrów szlaku w Żywieckim moimi najbardziej udomowionymi górami pozostają niezmiennie te śląskie. A skoro znam je najlepiej, to i na swój sposób oceniam. Z jednej z wielu wygniecionych karteczek z których miały kiedyś powstać, ale pewnie już nigdy nie powstaną różne różniaste wpisy na tym blogu wybrałem dziś zatem tę z moim górskim rankingiem bardzo be i bardzo cacy Beskidu Śląskiego. Kolejność konkretnych miejsc w każdej z kategorii jest przypadkowa. Co wrażliwszych proszę o nieczytanie tego posta - jak zawsze daleko mi do maistreamowych ocen...

Zdjęcia pobrać można w rozdzielczości ok. 7 megapikseli po otwarciu wybranego w nowym oknie. Większość z nich nie była tu jeszcze publikowana. Wszystkie są mojego autorstwa.
 
 ====
 
PIĘĆ NAJŁATWIEJSZYCH
czyli... beskidzko śląski gorący kubek

 
Matyska

Góra łatwa par excellence, bo dostępna całorocznie i dla każdego. Idealna na spacer, taki zwyczajny dla chwili oddechu i widoczków, na przykład z osobami starszymi lub dziećmi, ale też taki, który ma kogoś przekonać do "prawdziwej" wycieczki czy na przykład umożliwić nam spotkanie z górami, gdy mamy na to naprawdę mało czasu.
 
Na szczycie odwrotnie proporcjonalne do wysokości (609 m n.p.m.) wspaniałe widoki, ławeczki na których można przysiąść, ale także ogromny krzyż papieski a po drodze jeszcze słynne, bo nietypowe i dla wielu kontrowersyjne z racji rzekomo masońskich odniesień stacje Drogi Krzyżowej.
 
Dojście za znakami szlaku niebieskiego z Radziechów na Halę Radziechowską (tu wspomniane wcześniej figury) lub płytową drogą (oznakowaną u wjazdu) z Przybędzy. Idąc z Radziechów podążamy za znakami szlaku niebieskiego od pętli autobusowej do skrzyżowania przed szczytem gdzie trasa turystyczna skręca w stronę lasu i przysiółka Suchedla, a my w lewo do bliskiego już i doskonale widocznego celu naszej wycieczki. W tym miejscu mamy też obok drewnianego krzyża pierwszą ławeczkę do odpoczynku.
 
Dojazd pociągiem do stacji Radziechowy-Wieprz i dalej pieszo przez wieś lub autobusem miejskim linii 5 do końca trasy. Można też do tego samego autobusu przesiąść się stację wcześniej - w Żywcu.
 
Matyska widziana od przysiółka Suchedla - szlak niebieski.

 
Ochodzita

Wbrew temu jak jako dzieci rysowaliśmy góry, rzadko jednak mamy na nich okazję podziwiać prawdziwie dookólne panoramy. Tutaj jednak jest to możliwe. Szczyt nie należy może do najbardziej wyludnionych i z tym trzeba się liczyć, ale pamiętajmy, że jak wszędzie zależne to jest także od pory dnia, tygodnia i roku. Poza tym, co oczywiste, czyli okazją do zrobienia dziesiątek pięknych zdjęć  oraz po prostu odpoczynku mamy tu możliwość przyjrzenia się wypasowi owiec, zakupienia słynnych koniakowskich koronek oraz w "odwrotnej porze roku" jazdy na nartach, w czym wydatnie pomoże nam funkcjonujący tu wtedy wyciąg. 
 
Dojście na wierzchołek możliwe jest jedną z wielu ścieżek dosłownie z każdej strony, a z racji osamotnienia góry pobłądzić tu nie sposób, ale dwa najbardziej cywilizowane rozwiązania to podejście od dużej gospody w Koniakowie (bardzo wyraźna łagodna polna droga) lub zejście ze szlaku niebieskiego ze Zwardonia na zakręcie za kapliczką przy której odgałęzia się żółty do Wisły. W tym drugim przypadku gdy droga skręca w prawo my idziemy na wprost ścieżką prowadzącą ku szczytowi przez niewielki lasek.

Ochodzita widziana z okolic Rupienki. Szlak niebieski ze Zwardonia.


Kozińce

Najbardziej chyba rozbudowana i tym samym także urozmaicona z moich najłatwiejszych propozycji. Napotkamy tu i asfalt i ciemny, gęsty las, i zabudowania i wspaniałe łąki, zaś największą bezsprzecznie zaletą będzie właśnie fakt, że wszystko to mieści się na relatywnie niedużym obszarze z dodatkowo jeszcze przepięknymi widokami we wszystkich dosłownie kierunkach, chociaż oczywiście nie w każdym miejscu.
 
Bardzo łatwe dojście szlakiem zielonym z Kubalonki, niewiele trudniejsze, znacznie jednak atrakcyjniejszym żółtym z Szarculi, ciekawe z możliwością szybszego zejścia bez wspinaczek na wyższą część grzbietu  - również zielonym, ale z Wisły Nowej Osady. Do zejścia polecam obustronnie szlak czarny (Głębce lub Nowa Osada) oraz żółty (Głębce). 
 
 Podejście na Kozińce szlakiem żółtym od Szarculi. Tu - spojrzenie za siebie.



Koczy Zamek


Najkrótsza, kto wie czy nie na całej Ziemi wycieczka górska. Uwaga! W około trzy do pięciu minut (sic!)  marszu z przystanku autobusowego docieramy na szczyt góry znanej, z bardzo szerokimi widokami oraz kojąco odgrodzonej od cywilizacji pasemkiem lasu. Po drodze spory kamieniołom, pani sprzedająca koronki, gęste zarośla oraz aura tajemniczości. I pomyśleć tylko, że niżej podpisany przechodził tędy dwa razy zanim wreszcie przy trzecim "odważył się" wydłużyć wycieczkę dodając do niej nowy punkt!

 

Na Koczy Zamek nie prowadzi oficjalnie żaden szlak. Docieramy tu odbijając ze szlaku niebieskiego Zwardoń - Barania Góra na parkingu w Koniakowie obok restauracji i przystanku PKS lub z tegoż pekaesu tu wysiadając (kursy z Cieszyna, Ustronia, Wisły, Istebnej oraz Jaworzynki)



 Krzyż na Koczym Zamku.
 
Dębowiec
 
No cóż... Nie da się ukryć, że pod względem czasowym jest to duża konkurencja dla Koczego Zamku, choć atmosfera tu zgoła inna, a i widoki skromniejsze, bardziej miejskie niż górskie. Dębowiec od lat jest traktowany jako przedsionek "prawdziwych" gór i to stety niestety się czuje. Ale i na nim odnaleźć się może ktoś szukający chwili odpoczynku na pograniczu natury i cywilizacji. A w którą stronę POTEM podąży, to już jego wybór.
 
Dojazd kolejką krzesełkową, dojście szlakami zielonym i czerwonym w kierunku na i z Szyndzielni. Zielonym od przystanku autobusu miejskiego linii 8 z Bielska jest to około dziesięciu minut marszu. Na miejscu dawne schronisko funkcjonujące obecnie jako lokal gastronomiczny, nieco niżej narciarska trasa zjazdowa i tor saneczkowy.
 
 Dębowiec - widok spod dawnego schroniska.
  
 
====
 
 
PIĘĆ NAJTRUDNIEJSZYCH
czyli... może i czasem pierwsza liga, ale poty zawsze siódme

niedziela, 5 lutego 2017

Dzikość ujarzmiona

 
Mieszkam w tej okolicy dwadzieścia cztery lata, a dopiero niedawno odwiedziłem taki oto magiczny na swój sposób zakątek. Ewentualnych naśladowców uczulam jednak na grasujące tu stada dzików. Voila!
 
 

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.