Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 16 maja 2017

Senior młodszy, czyli gór spłaszczanie

Od pewnego czasu zaprzestałem relacjonowania i szczegółowego opisywania tutaj wszystkich aspektów moich górskich wycieczek, ale to nie oznacza, że zaprzestałem również samego wędrowania. Wręcz przeciwnie, co roku przybywa mi w turystycznym CV od 110 do 180 km, a w 2017 dodatkowo minie już szósta rocznica mojego powrotu na szlaki po paru dziesięcioleciach przerwy. Diametralnie inne są teraz niż w dzieciństwie wszystkie moje doświadczenia, oceny oraz oczekiwania i tylko... jasny gwint, ból kolan pozostaje od zawsze ten sam.
 
Nigdy, ani tutaj, ani wobec ludzi, których znam w realu nie udawałem, że wędrowanie mnie nie męczy. Nigdy nie usiłowałem nikogo przekonywać, że nie robię przerw, nie pocę się, nie jęczę z bólu na ostatnich kilometrach. Tak się składa, że jedną z rzeczy, która najmocniej mnie we współczesnym świecie irytuje jest poprawność polityczna, czyli według mnie – obłuda. Mam swoje lata, swoje słabości, swoją wagę, nie zawsze zgodną z normą i nauczyłem się już, na co mogę a na co nie powinienem się za nic porywać. Nie musisz się ze mną zgodzić, ale jeżeli masz także lat „dzieści” albo „dziesiąt”, problemy ze zdrowiem, słabą kondycję, nie wygrałeś miliona w totka, posiadasz za to o kilka dziurek w pasku za mało albo za dużo, a jednak chciałbyś powędrować w góry, choćby na kilka godzin, podzielę się dziś z Tobą moimi jak zwykle subiektywnymi doświadczeniami z tych wymienionych na wstępie kilkuset kilometrów beskidzkich szlaków.
 
 

 
PRZED PIERWSZĄ WYCIECZKĄ
(poza zakupami - przed ilomaś pierwszymi wycieczkami)
 
-Kup papierową mapę i przewodnik. Absolutnie nie polegaj na elektronice poza tylko sprawnym telefonem i wpisanym doń numerem GOPR-u (985). Nie bierz do ręki map w skali  1:75 000 - dobre były za komuny, kiedy byle sklep spożywczy był tajny. Ideał to skala 1:25 000, ostatecznie 1:40 000.
 
-Zaopatrz się w plecak turystyczny lub wojskowy, choćby najtańszy (polskie z demobilu na Allegro bywają i po 15 zł), ale przenigdy nie używaj toreb ani worków. Ciężar niesiony na plecach odczuwamy jako dużo mniej kłopotliwy od tego, który wisi nam na ramieniu czy tym bardziej w dłoni.
 
-Buty. Słowo klucz. Kup sobie dobre buty. Niżej podpisany w górach i na nizinach wbrew negatywnym opiniom jakich pełno o nich w Sieci dobija od lat desanty, czyli trzewiki wzór 919 MON i kocha je miłością szczerą, ale Ty nie musisz się na nim wzorować. Najważniejsze, to aby but usztywniał kostkę, miał grubą podeszwę i choć częściowo chronił od wody. No i ma być wygodny. Rzecz względna, nieprawdaż? A czy kosztuje 40 czy 400 zł to już tylko kwestia Twoich możliwości. Sugerowałbym jednak nieprzekraczanie 100 - 150 zł jeśli nie kursujesz w góry tydzień w tydzień.
 
-Pomyśl o stuptutach. To takie jakby mankiety chroniące dolną część spodni ponad butami od błota i śniegu. Nie kosztują wiele, ale sporo dają. Aczkolwiek poza zimą i w Beskidach nie są rzeczą absolutnie niezbędną.
 
-Czapeczka. Potrzebujesz jej, choć jeszcze tego nie wiesz. Nieważne, czy nosisz ją w mieście, ale w górach noś. Czapeczkę, chustę, cokolwiek. Uchroni Cię od bólu głowy i spalonej słońcem twarzy.

-Inna odzież. Cóż, co do spodni, do właściwie wystarczy żeby były długie. Sam noszę zwyczajne, najtańsze bojówki firmy MilTec za ok. 60 zł i to którąś już parę i nie narzekam, ale w normalnych warunkach nawet dżinsy dają radę. Koszula powinna być przewiewna, raczej jasna. Najlepiej jest nosić koszulę i podkoszulek pod spodem, bo pozwala to dopasować się do pewnej rozpiętości temperatur. Ważnym aspektem in minus dla t-shirtów solo jest brak osłony szyi przed słońcem. Pozostaje wtedy krem albo zamiast niego lekka koszula z kołnierzykiem, który, gdy mocno przygrzewa, możemy postawić.
 
-Teraz konkretniej. Trasa. Wybierz taką, która Ci uwłacza :) Tak! Coś takiego, co wydaje Ci się żenadą nawet dla przedszkolaka bez lewego sandałka. Jeszcze nie wiesz czy to właśnie Ty nim nie jesteś. Moja propozycja to maksymalnie osiem - dziesięć kilometrów, ale nic się nie stanie, jeśli na początek zrobisz np. tylko pięć lub sześć*.
 
-Wyszukaj propozycję z handicapem w rodzaju wjazdu lub zjazdu kolejką linową albo przynajmniej zaczynającą się dość wysoko. W Beskidzie Śląskiem takim miejscem jest nieźle skomunikowany z Bielskiem czy Wisłą Biały Krzyż, czyli przełęcz Salmopolska** albo Równica***. Kolejki linowe, to przede wszystkim bardzo ulgowa, bo wagonikowa Szyndzielnia, ale też krzesełkowe: Soszów, Stożek, Czantoria, Mała Czantoria oraz Skrzyczne. W Beskidzie Małym świetnym rozwiązaniem na początek jest wyglądająca jak pociąg kolejka na Żar i np. spacer na szczyt Kiczery gwarantujący niebiańskie widoki przy niewielkim wysiłku. Nie wahaj się zacząć od wycieczki będącej tylko „rozpoznaniem terenu” jak ta przed chwilą wymieniona, czyli po prostu spacerem w bliższej lub dalszej okolicy wyciągu i powrotem na dół tą samą drogą.
 
-Szukaj na początek oczywistości, znanych, wydeptanych i pewnych. Dlaczego, zapytasz? Dlatego, żeby realia mogły naprawić to, o czym ewentualnie zapomnisz albo czego nie przewidzisz.
 
-Nie porównuj się z nikim i nie stawiaj sobie wymagań, których możliwości realizacji nie jesteś pewien. Nigdy. Ani na pierwszej ani na sto pierwszej wycieczce. Na sto pierwszej zresztą będzie Ci łatwiej o tyle, że będziesz miał sto różnych punktów odniesienia sam dla siebie.
  
-Przeczytaj rozdział w przewodniku opisujący Twoją drogę. Poszukaj relacji w Internecie. Wczytaj się nie tylko w opisy tego, co ciekawe, ale przede wszystkim tego, co trudne, mylące, źle działające, niepewne i nieoznakowane. Obejrzyj jak największą liczbę zdjęć, żeby zakodować sobie plus minus przynajmniej charakterystyczne punkty na trasie.
 
-Bezwarunkowo zaplanuj rozwiązania alternatywne. W razie kłopotów z komunikacją – inny dojazd lub powrót, w razie problemów z pogodą – wcześniejsze zejście w doliny (gdzie, dokąd), w razie wiedzy o źle oznakowanych lub mylących miejscach – obiekty, które pomogą Ci się zorientować.
 
-Skorzystaj z Google Street View żeby poprzez rady z przewodnika odnaleźć wejście na szlak (ulica, numer domu lub znów – charakterystyczny obiekt – most, pomnik, urząd, sklep)
 
-Upewnij się gdzie są przystanki autobusowe, stacje kolejowe, ew. parkingi. Korzystając z komunikacji zbiorowej pamiętaj, że w miejscowościach górskich powszechne (i głupie, ale na razie nic na to nie poradzimy) jest kursowanie na tej samej trasie autobusów lub busów różnych firm przewozowych. Stąd najlepiej wyszukiwać informacje o rozkładach „zbiorowo” na portalach w rodzaju e-podróżnika lub podobnych, a tylko potwierdzać je potem na stronie konkretnej firmy.
 
 
 
PRZED KAŻDĄ WYCIECZKĄ 
 
-Spakuj się i przygotuj prowiant wieczorem. Zbierz potrzebne informacje o trasie. Jeżeli kupujesz jakieś bilety przez Internet także załatw to przed snem. Sprawdź jeszcze raz odjazdy pociągów i autobusów. Jeżeli jedziesz samochodem bądź pewien, że wszystko z nim OK. Porównaj prognozy pogody z kilku różnych źródeł. Zrezygnuj z wyjazdu jeśli zapowiadają deszcz a zwłaszcza burze. Na rano zostaw tylko zrobienie herbaty, jeśli ją bierzesz.
 
-Wyśpij się dobrze, czyli przynajmniej 6,5 godziny, ale jeżeli zwykle śpisz dłużej, to tyle ile Ci potrzeba.
 
-Wstań wcześniej niż wydaje Ci się, że musisz. Chociażby o kwadrans. Lepiej żebyś się kilka minut nudził niż o minutę gdzieś spóźnił. 
 
-Wstałeś? Wykąp się lub weź prysznic. Obudzisz się do końca i poczujesz rześko. Użyj antyperspirantu.  Szanuj ludzi, którzy będą w tym samym pojeździe co Ty, gdy będziesz wracał.
 
 
  
HAŁ MACZ IS DE FISZ
  
Długo, krótko, wysoko, nisko? Jak to liczyć?
 

-Przede wszystkim zapamiętaj, że w górach poza ilością kilometrów istotne dla określenia stopnia trudności trasy będą jeszcze:
a) różnice wysokości - wiadomo - im większe, tym trudniej
b) stopień ich skumulowania na danym odcinku - różnica "rozciągnięta" boli mniej.
c) naturalność, jeżeli tak można powiedzieć lub zmienność szlaku (do góry, po równym i na dół czy np. kilka razy do góry na przemian z kilka razy na dół) - trasy prościej prowadzone, w sensie góra, równo, dół,  męczą mniej.
 
Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć, że jak wielokrotnie pisałem na tym blogu strony internetowe umożliwiające planowanie tras podają w pewnym sensie zafałszowane wyniki, jeśli pomiędzy danymi punktami obniżamy się i ZNÓW podchodzimy. My męczymy się idąc w górę po raz drugi, w wyliczeniach jest tylko ten pierwszy...
 
Dla osób którym zadedykowałem cały dzisiejszy tekst można uznać, że:
a) do 5 kilometrów - spacery dla poznania terenu
b) od 5 do 10 km - wycieczki łatwe, dobre na początek
c) od 10 do 13 km - wycieczki lekko średnie
d) od 13 do 16 km - wycieczki średnie, męczące
e) od 16 do 20 km - wycieczki trudne, wymagające, męczące
f) powyżej 20 km - wycieczki bardzo trudne - niezalecane, chyba, że ktoś jest SIEBIE pewien
 
Zawsze długość szlaku należy porównywać jeszcze z jego aspektami z punktu pierwszego.

-Kolory szlaków nie oznaczają stopnia trudności. Jeżeli ktoś będzie Ci wmawiał, że jest inaczej prawdopodobnie jak wszyscy wyznawcy tej teorii bierze za wzór szlaki narciarskie****. Bezpodstawnie. Główną zasadą znakowania tras turystycznych jest to, aby kolory się nie stykały. Istnieje też bardzo podręcznikowe zróżnicowanie, nie zawsze jednak przystające do realiów, aby kolorem czerwonym znakować szlaki główne, najważniejsze, niebieskim drugie co do ważności, dalekobieżne, żółtym ścieżki łącznikowe, zielonym doprowadzające do ważnych miejsc, np. punków widokowych, ale też łącznikowe i dojściowe i czarnym tylko dojściowe.
 
-Zmęczenie zabija wrażliwość. Mam w swojej karierze beskidzkiego deptacza setki niezrobionych zdjęć, dziesiątki nienakręconych filmików i ileś tam nieobejrzanych widoków, które pominąłem z pełną świadomością tego co tracę, albowiem byłem wyczerpany. A zatem nie zawsze więcej, znaczy lepiej.
 

 
FOTO SZOPA CZY RACZEJ WILLA?
 
Po górskich szlakach chodzi mnóstwo ludzi obwieszonych bardzo markowym i nie mniej masywnym sprzętem za ciężkie tysiące, po to by potem z pewnością co do koloru każdego piksela walić nim sobie selfiki, ku zazdrości całego schroniska. Pytanie tylko czy aby na pewno jest to konieczne, skoro innym wystarcza na przykład telefon?
 
Uważam, że jeśli nie planujemy niczego poza folderem w komputerze, wydaniem fotoksiążki dla rodziny i znajomych, zrobieniem tradycyjnej wielkości odbitek papierowych albo pokazem slajdów na płycie DVD, to w zupełności a nawet bardziej wystarczy nam sprzęt za kilkadziesiąt złotych. Telefon, tani aparat, a najlepiej coś markowego, ale starszej generacji.
 
Absolutną większość zdjęć w moich galeriach zrobiłem dziesięcioletnim entrylevelowym (cóż za piękne słowo) Canonem A470, który jest ładny, tani, ma doskonałą jakość zdjęć i działa na zwykłych paluszkach. Co nieco robiłem podobnej klasy, choć nowszym stanowczo aparatem Casio, potem innym Canonem, a wreszcie między pomiędzy telefonami Nokii ze słynną N8 na czele.

Markami, których starsze, tanie i kompaktowe modele aparatów niejako z założenia gwarantują dobre zdjęcia są Canon, Olympus i Praktica. W każdym przypadku mówimy o cenach od 35 do 110 zł na wiadomym portalu. Ze starszych telefonów opłaca się zakup wspomnianej Nokii N8. Ma 16 GB własnej pamięci, kręci filmy w HD a 12 megapikselowy aparat z ksenonową lampą i obiektywem Zeissa pozwalają na wszystko. Poza zoomem, czyli optycznym przybliżaniem. Dziś można mieć to cudo za 100 zł.
 
No dobrze,  nie powiem że nie zazdroszczę trochę ludziom, których czubek obiektywu jest na Klimczoku, gdy oni sami dopiero wychodzą z kolejki na Szyndzielni, ale jednak ja następny egzemplarz aparatu w razie czego kupić mogę za plus minus kilkadziesiąt złotych, a oni raczej nie...
 
A to w pewnej sytuacji znaczy więcej niż poczucie dumy z możliwości finansowych.
 

 
KIEDY JECHAĆ? 
 
-Moim zdaniem nie w zimę, ale też nie w lato, a przynajmniej nie wtedy, gdy temperatury przekraczają 25 stopni. Zima sprawia, że każdy szlak jest trudniejszy do pokonania i łatwiejszy do pogubienia, zaś upały powodują, że tak jak normalnie czujemy się po dziesięciu kilometrach, tak wówczas czujemy się po dwóch. Szkoda zdrowia. W górach, o czym wszyscy wiedzą, najpiękniejsza jest jesień, ale nie przesadzajmy. Po prostu powinno być ciepło lub chłodno, ale nie gorąco lub zimno. I to jest sedno. Zwracajmy również uwagę na deszcze. Lepiej dwa razy niepotrzebnie zrezygnować niż się w to wpakować. Raz, że deszcz w górach grozi nam wypadkiem lub (bynajmniej tego nie porównuję!) przeziębieniem, dwa, że jazda w pociągu czy autobusie w mokrych ciuchach może narazić nas na niemiłe uwagi, ponieważ, Państwo wybaczą, mokre ubrania śmierdzą i nie ma co się tu silić na bardziej dyplomatyczne określenia.
 
-Jeżeli masz możliwość jazdy w „czarnym” tygodniu zawsze z niej korzystaj. O wiele lepiej działa wtedy komunikacja, czynne są wszystkie możliwe sklepy i kioski, a przecież last but not least nawet podczas wakacji na szlakach jest wówczas spokojniej niż w weekendy. Ideałem jest lekko zachmurzony poniedziałek około siódmej rano. Niżej podpisany na popularnej jak frytki z ketchupem trasie Wapienica – Błotny – Brenna spotkał wtedy pierwszego człowieka dopiero ok. 11.
 
-Jeśli jesteś pewien połączeń kolejowych czy autobusowych albo sam jesteś zmotoryzowany czy też z innych powodów jest to dla Ciebie jedyna opcja, nic nie stoi na przeszkodzie by wędrować w soboty czy niedziele, aczkolwiek o samotność i święty spokój wtedy trudniej.
 
-Niezależnie od dnia w którym wyruszasz zorganizuj sobie wszystko tak, aby na szlaku być jak najwcześniej. Daje Ci to czas na długie przerwy, na podziwianie widoków, na zjedzenie obiadu oraz wszystko to, co nieprzewidziane z zabłądzeniem włącznie (każdy gdzieś kiedyś zabłądzi, nawet z mapą  i na prostej drodze). Moim zdaniem najlepiej jest zaczynać marsz około siódmej, aczkolwiek, jeśli da się wcześniej, można i wcześniej, zwłaszcza w lato. Pamiętaj, że wtedy, kiedy Ty będziesz już wysoko, inni dopiero będą się budzić.  
 
 
 
CO W PLECAKU? 
 
O tym piszą we wszystkich chyba  przewodnikach i poradnikach, więc nie robiąc autorom konkurencji powiem Ci tylko, co ja noszę w swoim.
 
-peleryna lub foliowy płaszcz przeciwdeszczowy
-nóż
-sweter lub bluza (najczęściej zdjęte z siebie po wyjściu z pociągu, czasem razem z kurtką)
-mydło w płynie i mały ręcznik
-papier toaletowy i paczka chusteczek higienicznych
-woda mineralna (do picia i mycia jednocześnie – zależnie od okoliczności)
-mapa i przewodnik
-koszulka na zmianę
-dezodorant
-mała apteczka lub przynajmniej leki przeciwbólowe i jakiś plaster z gazą jako minimum.
-prowiant
-coś słodkiego (czekolada, cukierki, wafelki itp.)
-długopis
-ładowarka do telefonu
-zapasowe baterie do aparatu
-zależnie od temperatury termos z mocną herbatą lub napój izotoniczny
-aparat fotograficzny
 
Ile picia i jedzenia?
Dużo i mało.
 
Dla przykładu na swoich samotnych dłuższych trasach (powyżej 16 km) zdarzało mi się nosić i 3 litry mineralnej plus coś jeszcze, ale to było ekstremum. Powiedzmy, że półtora litra plus termos albo izotonik (sok, oranżada, napój - jak lubisz) wystarczą. Nigdy przenigdy nie bierzemy w góry alkoholu!
 
Jedzenie. Powinno być albo klasyczno turystyczne w stylu pieczywo plus sucha kiełbasa lub konserwa mięsna (nic poniżej Krakusa) lub po prostu w formie gotowych kanapek. Niżej podpisany lubiąc zjeść na nizinach sporo, w góry bierze jednak ze sobą raczej skromne porcje w rodzaju np. dwóch kawałków myśliwskiej i dwóch kajzerek lub tychże dwóch kajzerek jako kanapek. I już. Razem z czymś słodkim to porcja w sam raz nawet na długą trasę.
 
 
 
JAK IŚĆ ŻEBY DOJŚĆ? 
 
Powoli. Właśnie po to zaczynamy wcześnie i po to idziemy nie za daleko.
 
Nie sugeruj się tym ile osób Cię mija i z jakimi minami. Nie stresuj się tabliczkami z czasami przejść. To jest tylko informacja. Nawet ten zdrowy i młody po iluś godzinach i kilometrach a zwłaszcza po przesiadce na inny kolor nie wpasuje się w te normy, bo po prostu musiałby najpierw odzyskać siły jakie miał na starcie. A Ty idziesz NA WYCIECZKĘ, nie na wyścigi. 
 
Podchodząc pod górę przystawaj dla złapania oddechu. Jeżeli Cię to krępuje - rób zdjęcia, pij, szukaj czegoś, pogryzaj krakersy, ale przystawaj. Co jakiś czas na całej trasie rób przerwy po przynajmniej 5 minut, a raz na wycieczkę przerwę prawdziwą – około trzydziestominutową.  
 
Nie pędź. Niczego nie przyspieszysz. Poza zmęczeniem. Jeżeli masz przed sobą 10 kilometrów, to uwierz mi, sprawdzałem, szybko czy wolno nadal jest ich tyle samo. Przyspieszanie, bo to, "aby do szczytu”, a potem „żeby już być na dole” sprawi, że tu lub tu, ale na dole, to jest na chodniku dokładnie znajdzie się Twoja twarz.  Ze zmęczenia.
A zatem powtarzam – festina lente.
 
 
Staraj się nie jeść przed lub podczas podejścia. Jeśli musisz, zjedz lepiej kilka kostek czekolady albo zacznij dzień śniadaniem jeszcze w domu, ale na szlaku posiłek, nawet kanapkowy zostaw sobie na szczyt lub chwilę przed nim. Po jedzeniu zawsze ciężej się idzie. Dotyczy to także picia, choć tu zdania są podzielone. Na pewno rzecz nie w tym by się odwodnić, ale w tym, że wywalona, zwłaszcza podczas upału „na eks” litrowa mineralna doda nam drugi plecak w postaci rozdętego brzucha, a pomoże tyle co nic. Można za to wzorem Arabów napić się gdy nam gorąco… także gorącej i słodkiej mocnej herbaty. Nie wierzyłem dopóki nie spróbowałem, ale to naprawdę działa. Polecam nieodmiennie Jonesa, bo to jakość, smak i zapach na pięć gwiazdek, a do tego dość niska cena (wersja klasyczna po 7,60 zł za 50 torebek). 
 
Przy zejściu kwestia jedzenia (jako przeszkody) ma mniejsze, a picia już żadne znaczenie. Najważniejsze jest to, by się nomen omen hamować. Iść świadomie. A zatem także robiąc przerwy mniejsze i większe, żeby tylko nie lecieć na dół całym ciężarem ryzykując przy okazji skręcenie albo coś gorszego. Fachowcy twierdzą, że powinno się schodzić zakosami na podgiętych nogach, ale konia z rzędem temu, kto tak schodzącego napotkał. Sam z przyczyn ideologicznych :) nie używam kijków, ale na zejściu faktycznie mogą się przydawać. Można kupić. Albo w razie ich braku zorganizować sobie w lesie tradycyjny kostur z byle gałęzi. Przydatny zresztą także na podejściach.
 


PRAWDZIWEGO TURYSTĘ POZNAJE SIĘ PO TYM JAK KOŃCZY
 
Dotarłeś do celu? Wspaniale. O ile nie jesteś nad miarę spóźniony, nie musisz gonić ostatniego w tym tygodniu autobusu albo nie okazało się, że pomyliłeś miejscowości, daj sobie teraz chwilkę luzu. Zresztą, jeśli mam być szczery w tych wymienionych na wstępie przypadkach też to zrób. Usiądź, odpocznij kilka minut. Wyrzuć śmieci do kubła, bo przecież grzecznie zbierałeś je po sobie całą drogę, prawda?
 
Umyj się. 
 
Jak chcesz i jak możesz. Nad rzeką o ile jest czysta, w łazience jakiegoś lokalu jeśli masz potrzebę zachowania pewnej klasy albo jak ja - na ostatnich metrach szlaku zanim wkroczy na asfalt. Mineralną na przykład, jeśli Ci została, a nie masz w okolicy akurat niczego innego.
 
Umyj twarz, zmień koszulkę. przetrzyj buty, użyj dezodorantu. Schowaj aparat lub kamerę, zdejmij stuptuty lub odwiń nogawki. Wracasz do świata. Uszanuj to.
 


HOŁM, SŁIT HOŁM
 
Wróciłeś do domu? No to fru do wanny!
Wykąp się. Bezwarunkowo. Długo i nie licząc się z cenami za metr sześcienny. Kąpiel ma zbawienny wpływ na wszystkie obtarcia, lekkie poparzenia słoneczne a przede wszystkim rozluźnia i pozwala łatwiej zasnąć po ciężkim dniu.
 
Nic nie stoi na przeszkodzie żeby potem coś zjeść. Może tylko daruj sobie dokładkę :)
 
Jeżeli bolą Cię kolana albo plecy, jeżeli pobolewa głowa, generalnie jeśli coś jest nie tak jak powinno połknij po posiłku tabletkę Polopiryny S (jeśli nie jesteś jak ja eurosceptykiem, albo po prostu lubisz zaszpanować kasą, weź Aspirynę od Baeyera).
 
Dobrej nocy
 
Zaręczam Ci, że już jutro pomyślisz o tym, gdzie następnym razem...
 
 
 
 
 
---------------
 
 
* - Świetną małą a pełną trasą na pierwszy raz i zakochanie się w górach jest spacer z Radziechów na Matyskę.
** - Dość łatwe stamtąd są wszystkie trasy do Brennej przez Stary Groń.
*** - Polecam bardzo spokojną a jednocześnie widokową trasę z Równicy niebieskim do przełęczy Beskidek i potem zielonym do Ustronia Polany.
**** - Oznaczenia szlaków narciarskich od 2011 roku - czarny - bardzo trudny, czerwony - trudny, niebieski - łatwy.
 
 
---------------
 
 
Wszystkie zdjęcia w tekście są mojego autorstwa.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Przerzutki kontra wywrotki

Z rowerem u mnie jak z górami. Albo jeżdżę przy każdej okazji, albo przez lata wcale. Na przykład na początku, na samiutkim początku. Nic a nic. Większość dzieciaków które znałem zaczynała od małego czegoś z kółeczkami z boku, ewentualnie, ci bardziej zdesperowani (albo będący dziećmi bardziej zdesperowanych rodziców) z patykiem wciśniętym między tylny błotnik a ramę, a ja nie i nie. Po prostu nie chciałem. Więcej nawet. Nigdy nie miałem swojego małego rowerka, mimo, że w czasach PRL-u o takie chyba było najłatwiej. Rodzice widząc moje wycofanie uznali, że zakup nie ma sensu. Ale z czasem pojawił się kłopot. Rówieśnicy zamieniali swoje "Reksie" czy co tam mieli na rowery ciut większe, czy nawet "dorosłe", z ich punktu widzenia, składaki, a ja nadal nie umiałem jeździć. O ile podczas podwórkowych zabaw nie było to wielkim problemem, bo zawsze obok tych urządzających kolejne "Wyścigi Pokoju" byli inni, aktualnie bawiący się bardziej stacjonarnie, to jednak nadchodził wielkim krokami dramat w postaci obowiązkowego szkolnego egzaminu na kartę rowerową. Ano tak. Po pierwsze karta rowerowa była czymś oczywistym i obowiązkowym dla ucznia, co uważam było świetne, a po drugie, no wydało się, trudno, ja ciągle jeszcze wtedy byłem rowerowym analfabetą...
 
Podręczniki z Bolkiem i Lolkiem czytałem, owszem, znaków drogowych nauczyłem się sam dużo wcześniej, tu ciekawostka, z wielkich plansz dla kierowców, które ktoś kiedyś wyrzucił na naszej hałdzie i generalnie wszystko było ze mną OK. ale... no właśnie.
 
Uprosiłem więc na ten dzień usprawiedliwienie u mamy. Takie lewe chorobowe. No bo cóż z tego, że znaki znałem, że miałem już wtedy teoretycznie (o tym za chwilę) rower, skoro egzamin w szkole polegał na egzaminie właśnie, w teorii i praktyce, a nie na NAUCE? I jak ja się mogłem przyznać, bądź co bądź już poważny człowiek, że nigdy w życiu nie jeździłem? 
 
A ten rower? No miałem i nie miałem. Ojciec był fanem kolarstwa, czy może bardziej turystyki rowerowej. Jeździł od wczesnej młodości, a takie tam drobiazgi, niewyobrażalne dla mnie nawet dziś, jak jazda z Katowic do Bielska albo jakieś grupowe wyścigi przez (sic!) Kubalonkę, to była dla niego normalka. Miał jakiś tam drogi sprzęt, który smarował, dopieszczał, uzupełniał i potrafił rozłożyć i złożyć z zamkniętymi oczami. Mama też jeździła, dużo mniej, dużo bliżej, na przykład do Doliny Trzech Stawów*, ale jeździła. Ja niestety bywałem tylko balastem na ich bagażnikach, co zresztą tatę, posiadacza baaardzo przecież drogiej wyścigówki irytowało, no bo jak to tak, poważny sportowy sprzęt za ciężkie pieniądze, a na nim BAGAŻNIK i synalek, bynajmniej nie najmniejszy w klasie?!
 
Oficjalnie zatem rower mamy był moim. Tak się mówiło dalszej rodzinie, bo przecież zakup roweru to było wydarzenie na miarę upolowania meblościanki Agata albo telewizora Elektron, tak się nawet przyjęło między nami, w domu. Ot, encyklopedyczny przykład tajemnicy poliszynela. Zatem rower powiedzmy, że miałem. Sporo zresztą potem na nim przejeździłem, więc mogę go dziś oficjalnie wpisać do swojego cyklistycznego CV.
 
Wigry 2. Mówi to Państwu coś? No tak, klasyka. Typowy peerelowski składak. Ale nie do końca, bo tym typowym był raczej Wigry 3, z nieco inną, bardziej łagodnie ukształtowaną kierownicą. Nasza, moja, "dwójka" miała kierownicę prawie jak litera U i jakiś tam podobno inny kształt błotników, czego sobie nie przypominam, ale w każdym razie na pewno nie miała hamulców na kierownicy, a tylko ten w torpedzie. Dodać tu zresztą muszę, że ówczesna produkcja Rometu, który nic nie ma wspólnego z chińskim czymś dziś produkowanym pod tą marką była na tyle wewnętrznie kompatybilna, że składak Wigry 2 mógł się stać trójką po dołożeniu właśnie ręcznego hamulca przedniego i innej kierownicy, a piątką po dokręceniu do tego jeszcze... plastikowej chorągiewki odblaskowej. Tak że wielkich wyzwań finansowych przy takim "apgrejdzie" raczej nie było.

Wigry 2.
Zdjęcie ze strony chlopcyrometowcy.pl
 
 
Rower był żółty, dość dobrze mi się na nim jeździło, no i przede wszystkim to na nim właśnie jeździć się wreszcie nauczyłem. Podobnie bowiem jak z maszynopisaniem, obsługą komputera czy... montażem okien, to, czego od innych "przyjąć" przez lata nie chciałem, samemu opanowałem na złość światu (?) w ciągu jednego dnia....  A zamiast kółeczek i patyków za siedzeniem zastosowałem metodę jak mi się do dziś wydaje najprostszą. Siadałem na rower, prawą nogę kładłem na pedale (mam nadzieję, że mi tego korekta nie zablokuje jako aktu przemocy) naciskałem z całej siły, a gdy rower ruszał, lewą stopę usiłowałem do tego wszystkiego dołożyć. Po kilkunastu próbach, czyli w sumie może także po kilkunastu minutach  już jeździłem. Gdyby ktoś znał Katowice, to nawet przyznam się, że rzecz miała miejsce na parkingu przed Centralnym Szpitalem Klinicznym w Ligocie, który do dziś jest świetnym do tego miejscem.

 Parking zaznaczony strzałką oraz przy okazji Zakłady Teorii Medycyny SUM i CSK w Katowicach Ligocie. Widok... z dachu szpitala dziecięcego. (Chodziło się tu i ówdzie swego czasu, he he he) Zdjęcie moje.
 
 
No i cóż? Przyznaję się po raz kolejny. Wręczaną mi BEZ EGZAMINU (komuna, układy, wicie, rozumicie) kartę rowerową odbierałem już kilka tygodni później najzupełniej pewnie, wszak, jak uważałem, egzamin zdałem jakoś tam sam przed sobą. A skoro zdałem, a mama ciągle jednak z roweru korzystała należało zorganizować dla mnie inny. Przynajmniej na tyle inny żebym mógł go dobijać rodzinnymi rajdami po panewnickich lasach i osiedlach które sobie dość szybko upodobałem. Jak to się wtedy mówiło, z braku laku, dobry i kit. Tata sprzedał swoją słynną, ale do dziś nie wiem jakiej marki, drogą "kolarzówkę" i poza kupką banknotów dostał też w rozliczeniu składak Karat oraz... małego czarnego kota o wdzięcznym imieniu Jabol.
Jak już kiedyś na tym blogu wspominałem, ówcześnie fakt posiadania WŁASNEGO KOTA był dla mnie znacznie bardziej ekscytujący niż nowy, a de facto mocno używany rower, ale zostawmy to.
 
Więc Karat. Nie pamiętałem czy nawet nie znałem do dziś jego nazwy, ale pomogła mi Wikipedia, w której odnalazłem dobrze znany pojazd bez trudu. Dodać tu jednak muszę, że mój egzemplarz był dość nietypowy, bo srebrny, malowany zdaje się jakąś farbą do pieców i to niejeden raz. No tak. Inny to był świat, nieprawdaż? Malowało się rowery wszystkim co nie spływało po deszczu. Olejna z odnawiania płotu czy drzwi też była dobra. Minia, czyli farba podkładowa także się sprawdzała. A że coś tam ktoś miał łaciate, z zaciekami, czy jak dziś samochody młodych gniewnych składane z części pochodzących z kilku różnych egzemplarzy to nikogo specjalnie nie dziwiło. Ale też o ileż trwalsze były te rowery od dzisiejszych!
 
 
Romet Karat, podobno pierwszy polski składak.
Proszę zwrócić uwagę na malowanie błotników i charakterystyczne wzmocnienia ramy... Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.

piątek, 17 lutego 2017

Votum separatum

Mimo przedeptania w minionym roku całej prawie zachodniej części Beskidu Małego i zahaczenia dwa lata temu trzydziestu kilometrów szlaku w Żywieckim moimi najbardziej udomowionymi górami pozostają niezmiennie te śląskie. A skoro znam je najlepiej, to i na swój sposób oceniam. Z jednej z wielu wygniecionych karteczek z których miały kiedyś powstać, ale pewnie już nigdy nie powstaną różne różniaste wpisy na tym blogu wybrałem dziś zatem tę z moim górskim rankingiem bardzo be i bardzo cacy Beskidu Śląskiego. Kolejność konkretnych miejsc w każdej z kategorii jest przypadkowa. Co wrażliwszych proszę o nieczytanie tego posta - jak zawsze daleko mi do maistreamowych ocen...

Zdjęcia pobrać można w rozdzielczości ok. 7 megapikseli po otwarciu wybranego w nowym oknie. Większość z nich nie była tu jeszcze publikowana. Wszystkie są mojego autorstwa.
 
 ====
 
PIĘĆ NAJŁATWIEJSZYCH
czyli... beskidzko śląski gorący kubek

 
Matyska

Góra łatwa par excellence, bo dostępna całorocznie i dla każdego. Idealna na spacer, taki zwyczajny dla chwili oddechu i widoczków, na przykład z osobami starszymi lub dziećmi, ale też taki, który ma kogoś przekonać do "prawdziwej" wycieczki czy na przykład umożliwić nam spotkanie z górami, gdy mamy na to naprawdę mało czasu.
 
Na szczycie odwrotnie proporcjonalne do wysokości (609 m n.p.m.) wspaniałe widoki, ławeczki na których można przysiąść, ale także ogromny krzyż papieski a po drodze jeszcze słynne, bo nietypowe i dla wielu kontrowersyjne z racji rzekomo masońskich odniesień stacje Drogi Krzyżowej.
 
Dojście za znakami szlaku niebieskiego z Radziechów na Halę Radziechowską (tu wspomniane wcześniej figury) lub płytową drogą (oznakowaną u wjazdu) z Przybędzy. Idąc z Radziechów podążamy za znakami szlaku niebieskiego od pętli autobusowej do skrzyżowania przed szczytem gdzie trasa turystyczna skręca w stronę lasu i przysiółka Suchedla, a my w lewo do bliskiego już i doskonale widocznego celu naszej wycieczki. W tym miejscu mamy też obok drewnianego krzyża pierwszą ławeczkę do odpoczynku.
 
Dojazd pociągiem do stacji Radziechowy-Wieprz i dalej pieszo przez wieś lub autobusem miejskim linii 5 do końca trasy. Można też do tego samego autobusu przesiąść się stację wcześniej - w Żywcu.
 
Matyska widziana od przysiółka Suchedla - szlak niebieski.

 
Ochodzita

Wbrew temu jak jako dzieci rysowaliśmy góry, rzadko jednak mamy na nich okazję podziwiać prawdziwie dookólne panoramy. Tutaj jednak jest to możliwe. Szczyt nie należy może do najbardziej wyludnionych i z tym trzeba się liczyć, ale pamiętajmy, że jak wszędzie zależne to jest także od pory dnia, tygodnia i roku. Poza tym, co oczywiste, czyli okazją do zrobienia dziesiątek pięknych zdjęć  oraz po prostu odpoczynku mamy tu możliwość przyjrzenia się wypasowi owiec, zakupienia słynnych koniakowskich koronek oraz w "odwrotnej porze roku" jazdy na nartach, w czym wydatnie pomoże nam funkcjonujący tu wtedy wyciąg. 
 
Dojście na wierzchołek możliwe jest jedną z wielu ścieżek dosłownie z każdej strony, a z racji osamotnienia góry pobłądzić tu nie sposób, ale dwa najbardziej cywilizowane rozwiązania to podejście od dużej gospody w Koniakowie (bardzo wyraźna łagodna polna droga) lub zejście ze szlaku niebieskiego ze Zwardonia na zakręcie za kapliczką przy której odgałęzia się żółty do Wisły. W tym drugim przypadku gdy droga skręca w prawo my idziemy na wprost ścieżką prowadzącą ku szczytowi przez niewielki lasek.

Ochodzita widziana z okolic Rupienki. Szlak niebieski ze Zwardonia.


Kozińce

Najbardziej chyba rozbudowana i tym samym także urozmaicona z moich najłatwiejszych propozycji. Napotkamy tu i asfalt i ciemny, gęsty las, i zabudowania i wspaniałe łąki, zaś największą bezsprzecznie zaletą będzie właśnie fakt, że wszystko to mieści się na relatywnie niedużym obszarze z dodatkowo jeszcze przepięknymi widokami we wszystkich dosłownie kierunkach, chociaż oczywiście nie w każdym miejscu.
 
Bardzo łatwe dojście szlakiem zielonym z Kubalonki, niewiele trudniejsze, znacznie jednak atrakcyjniejszym żółtym z Szarculi, ciekawe z możliwością szybszego zejścia bez wspinaczek na wyższą część grzbietu  - również zielonym, ale z Wisły Nowej Osady. Do zejścia polecam obustronnie szlak czarny (Głębce lub Nowa Osada) oraz żółty (Głębce). 
 
 Podejście na Kozińce szlakiem żółtym od Szarculi. Tu - spojrzenie za siebie.



Koczy Zamek


Najkrótsza, kto wie czy nie na całej Ziemi wycieczka górska. Uwaga! W około trzy do pięciu minut (sic!)  marszu z przystanku autobusowego docieramy na szczyt góry znanej, z bardzo szerokimi widokami oraz kojąco odgrodzonej od cywilizacji pasemkiem lasu. Po drodze spory kamieniołom, pani sprzedająca koronki, gęste zarośla oraz aura tajemniczości. I pomyśleć tylko, że niżej podpisany przechodził tędy dwa razy zanim wreszcie przy trzecim "odważył się" wydłużyć wycieczkę dodając do niej nowy punkt!

 

Na Koczy Zamek nie prowadzi oficjalnie żaden szlak. Docieramy tu odbijając ze szlaku niebieskiego Zwardoń - Barania Góra na parkingu w Koniakowie obok restauracji i przystanku PKS lub z tegoż pekaesu tu wysiadając (kursy z Cieszyna, Ustronia, Wisły, Istebnej oraz Jaworzynki)



 Krzyż na Koczym Zamku.
 
Dębowiec
 
No cóż... Nie da się ukryć, że pod względem czasowym jest to duża konkurencja dla Koczego Zamku, choć atmosfera tu zgoła inna, a i widoki skromniejsze, bardziej miejskie niż górskie. Dębowiec od lat jest traktowany jako przedsionek "prawdziwych" gór i to stety niestety się czuje. Ale i na nim odnaleźć się może ktoś szukający chwili odpoczynku na pograniczu natury i cywilizacji. A w którą stronę POTEM podąży, to już jego wybór.
 
Dojazd kolejką krzesełkową, dojście szlakami zielonym i czerwonym w kierunku na i z Szyndzielni. Zielonym od przystanku autobusu miejskiego linii 8 z Bielska jest to około dziesięciu minut marszu. Na miejscu dawne schronisko funkcjonujące obecnie jako lokal gastronomiczny, nieco niżej narciarska trasa zjazdowa i tor saneczkowy.
 
 Dębowiec - widok spod dawnego schroniska.
  
 
====
 
 
PIĘĆ NAJTRUDNIEJSZYCH
czyli... może i czasem pierwsza liga, ale poty zawsze siódme

niedziela, 5 lutego 2017

Dzikość ujarzmiona

 
Mieszkam w tej okolicy dwadzieścia cztery lata, a dopiero niedawno odwiedziłem taki oto magiczny na swój sposób zakątek. Ewentualnych naśladowców uczulam jednak na grasujące tu stada dzików. Voila!
 
 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Niewidzialna ręka rynku

O preparacie Plestop pisałem już kiedyś w ramach polecania szanownym odwiedzającym różnych różności, z których korzystam i które uważam za dobre lub bardzo dobre w jakiejkolwiek kategorii. Swoje zdanie o tymże specyfiku jak najbardziej podtrzymuję, ponieważ stuprocentowo tak jak go reklamują usuwa pleśń bez konieczności ścierania, zmywania, płukania czy w ogóle robienia czegokolwiek poza samym "napsikaniem" go na ścianę. Ale dziś nie o stronie chemicznej a raczej okołobiznesowej owej magicznej substancji. W rolach głównych wspomniany Plestop oraz autoryzowany przedstawiciel jego producenta...
 
 
 
Akt Pierwszy - 12 stycznia 2017
 
Planując zakup przeglądam oferty na Allegro i trafiam na Plestop po, bagatela, 129,99 zł za 750 ml, czyli dokładnie dziesięć razy tyle co zwykle!!! Zszokowany, już przymierzam się do napisania maila, ale nie chcąc czekać Bóg wie ile na odpowiedź decyduję się na telefon. Miły pan po drugiej stronie  tłumaczy mi, że cenę podniósł specjalnie, rzec by można zaporowo, ponieważ aktualnie magazyn świeci pustkami, mają tylko jedną butelkę, a zamykanie aukcji wiązało by się z utratą (uwaga!) dobrego wypozycjonowania strony w Internecie.
 
- A za 129 nikt nie kupi. No chyba, że będzie  bardzo zdesperowany, to już trudno.
 
Kliknij by powiększyć!
 
Akt Drugi - 12 stycznia 2017
 
Nie wiem czy znalazł się jakiś desperat, ale za to jak widzę dojechała dostawa. W ciągu kilku godzin zeszło ponad trzydzieści opakowań. Co jednak ciekawe, cena nie wróciła do normy, a tylko została obcięta o pierwszą cyferkę. Butelka 0,75 litra za 29,99 zł. Nadal stanowczo za drogo, ale jak widać naiwnym to nie przeszkadza.
 
 
 
Akt Trzeci - 14 stycznia 2017
 
Zirytowany odnajduję tradycyjny sklep internetowy tego samego co na Allegro, jak najbardziej autoryzowanego dystrybutora i tam, a jakże, Plestop. Opakowanie zapasowe jednolitrowe, bez dozownika kosztuje 10,79 zł.
 
 
Epilog - 23 stycznia 2017
 
Na Allegro oferta po kolejnej korekcie. Za pojemnik z dozownikiem znów zapłacić trzeba jak zawsze - 12,99 zł. Co z nabitymi wcześniej w nomen omen butelkę? Nic. Life is brutal.
 
 
 
 
 
Dodano 8 lutego 2017
 
Nowy sposób dbania o page rank jak widać się upowszechnia i to z coraz większym rozmachem:
 
 

 
 
Ale na szczęście (to już z mocnym przymrużeniem oka) i rozwiązanie klasyczne nadal dobrze się trzymają. Pozdrawiamy małżonkę szanownego sprzedającego.
 
 
 
 

niedziela, 4 grudnia 2016

Pukanie zza międzyczasu

Napisałem kiedyś dziwny dość tekst inspirowany autentycznymi kryminałkami opisanymi przez Jerzego Urbana w książce "Jakim prawem". Szaroświatem nazwałem wtedy coś, co mogłoby istnieć tuż obok jak gdyby dorastając dopiero do tego, co zobaczymy na przykład jutro albo za chwilę. Czas zmiany dekoracji, dojrzewania czegoś do czegoś. Wyobraziłem to sobie jako ludzi bez twarzy, ulice bez nazw, autobusy bez numerów. Miedzyczas. Coś co już nie jest pustką, ale jeszcze nie jest pełnoprawnym tu i teraz.
 
Pamiętam pisanie tego posta. Byłem wtedy świeżo po lekturze wspomnianego tomiku. Choć prawdziwe i zwyczajne, operujące na pograniczu właśnie kryminału, czasem groteski, innym znów razem po prostu gazetowego reportażu miały te historie, nie wszystkie może, ale jakaś ich część na pewno także akcenty grozy, mroku, niepewności. Bywały i straszne i fascynujące jednocześnie. Tak jak od zawsze najstraszniejsze jest nie to, co najmocniej inne, ale to, co innym jest tylko przez jakiś drobiazg, prawie przypadek. Co nie przeraża wprost, ale sprawia, że na pozór bez powodu zaczynamy czuć duszący niepokój.
 
Tamten międzyczas, to była historia człowieka, który wychodząc po coś z domu wplątał się w wydarzenia, które sprawiły, że powrócić mógł dopiero po latach. Od drobiazgu do drobiazgu zabłądził. Nie dosłownie rzecz jasna, ale w swoich decyzjach, słowach, czynach...
 
Tu przypomina mi się inny mój wpis. O (między innymi, choć nie to było jego sednem) najstraszniejszym śnie z dzieciństwa. Takim, który jak to u dziecka bywa wracał do mnie wielokrotnie, tak samo jednak, a może jeszcze mocniej przez to przerażając, choć... w gruncie rzeczy niczego strasznego DOSŁOWNIE w nim nie było. To był korytarz piwnicy w naszym bloku i moja powolna, bo sparaliżowana strachem ucieczka przed czymś. Przed kimś? Przed, nie wiem, może falą złych emocji? O, to będzie dobre określenie. A więc nie widzę niczego strasznego, ale czuję, że tam jest, gdzieś w mroku, w dali korytarza. Cofam się, słysząc tylko swój oddech. Cofam mijając schody do góry i oddalając od nich do ciemnego zakończenia u kresu którego jest tylko betonowa ściana... Światło słonecznego dnia wpadające z klatki schodowej oddala się i znika pochłonięte nadciągającym czymś. Cokolwiek by to miało być.
 
Co wspólnego mają sensacyjne historie sprzed wielu lat z niewiele od nich młodszymi moimi snami?
Coś chyba tak.
 
Miedzyczas, szaroświat, czy może zwyczajniej inny wymiar.
 
Od jakiegoś czasu jestem nie tyle na szczęście w codziennym życiu, ale stanowczo bardzo mocno na tym blogu w jakby innym wymiarze, co mnie, przyznaję to dziś, już irytuje.
 
Przedeptałem mnóstwo kilometrów po szlakach Beskidów, zrobiłem setki zdjęć, nie tylko tam zresztą, bo sporo ich także w rozmaitych zakamarkach Katowic. Przeczytałem kilkadziesiąt książek, obejrzałem jakieś filmy, napisałem, jak to ja, parę skarg i wniosków oraz ileś razy okołopolitycznie się ucieszyłem, oburzyłem lub załamałem. A tu nic. Blog śpi, komputer porasta kurzem.
 
Czy to brak weny? Nie do końca. Problemy zabierające swobodę myśli? Może jakiegoś dnia, ale na pewno nie stale. Zmiana pracy? Kto wie, być może ciutkę, ale przecież za portierowaniem raczej nie tęsknię. A zatem co? Już nie wiem.
Skoro jednak dziś, też nie wiedzieć czemu na dobrą sprawę, moje palce zgadały się jednak z klawiaturą, to postanowiłem tu o tym napisać, dodając przy okazji, że odwiedzam i wczytuję się we wszystkie blogi, które śledzę i pewnie jeszcze w kilka innych. Więc może i któregoś dnia, oby jak najszybciej też znów tu coś opowiem. Bo kurczę, powiem Wam, że lubiłem te swoje literki :)
 
 

 
 

poniedziałek, 10 października 2016

Hotel pod poległym alpinistą

Wiele razy pisałem na tym blogu o sprawach pobocznych związanych z turystyką w górach. O bezmyślnych zezwoleniach na budowę domów coraz to wyżej i wyżej, o niszczących krajobraz drogach (przełęcz Łączecko w Wiśle!), o mniej niż szczątkowej komunikacji miedzy małymi miejscowościami, o braku ujednoliconej informacji, tanich barów, czasem wręcz sklepów, ubikacji czy dostępu do bieżącej wody. Wszystko to przekłada się na pieniądze, to jasne, ale przecież w efekcie może też pieniądze przynosić jako zachęcające do wędrowania. I pewien jestem, że większe niż sama inwestycja. Niestety, wydawać się może, że nikogo, łącznie z władzami gmin i nie wiem po co jeszcze istniejącego PTTK to nie obchodzi.
 
Umarła lata temu turystyka zorganizowana, umarły dworcowe bary i sklepiki, pozabijano deskami stacyjne budynki, czasem nawet takie wymieniane jako atrakcje same w sobie w przewodnikach, że wspomnę tylko Wisłę Uzdrowisko, Wisłę Głębce, Zwardoń albo Łodygowice. Nie ma generalnie wsparcia dla wędrowców żadnego, nawet drobnego, informacyjnego chociażby, bo nic się nikomu podobno nie opłaca. Szlaki się skraca, ścina, sprowadza na asfalt, i tak dalej i tak dalej. A jednocześnie kwitnie idiotenturystyka w postaci betonowych chodników wchodzących wprost w góry a nazywających się trasami spacerowymi czy tam czymś jeszcze podobnym, jednocześnie na przykład stawia się  wieżę na polanie pod Szyndzielnią reklamując ją jako wieżę NA Szyndzielni (nota bene jedyną chyba w górach z widokiem głównie na miasto!) w otoczeniu budek z piwem i towarzystwie toru rowerowego jako maszynkę do robienia kasy, instaluje się tablice ze zdjęciami jakby tu było, gdyby było, i tak dalej i tym podobne. A że turystów z plecakami na szlakach jak na lekarstwo, to jakoś nikogo nie boli. Z nich w końcu i tak nie byłoby pieniędzy.
 
Pieniądze. Słowo klucz.
 
Jest taki szlak, jeden z najpiękniejszych w Beskidzie Śląskim, prowadzący z Goleszowa na Czantorię, przy którym stoi sobie restauracja, dla pamiętających normalne czasy ozdobiona napisami informującymi, że absolutnie i w żadnym wypadku nie jest JUŻ schroniskiem... W tłumaczeniu na polski oznacza to, że możesz sobie drogi wędrowcze (po zapisaniu się ze dwa tygodnie wcześniej) zamówić w drodze na Tuł płonącego indyka albo czekoladową fontannę, ale herbaty z cytryną i kanapki z serem już nie. Bo to się nie opłaca.
 
Nie opłaca się też odnawiać oznakowań szlaków, bo PTTK nie ma na to pieniędzy. Ale jednocześnie nikt tych pieniędzy nigdzie nie zbiera, albowiem jak się domyślam, byłoby to również nieopłacalne. I to właśnie jest Polska!
 
Wymieniać dalej? Proszę bardzo. Starostwo Żywca na swojej stronie opublikowało rozkłady jazdy autobusów w postaci... skserowanych po raz enty z oryginału druków UMÓW Z PRZEWOŹNIKAMI. Możemy się z nich dowiedzieć, ile wozów i iluosobowych ma dana firma oraz ilu kierowców będzie nas wieźć w ciągu tygodnia, tyle tylko, że połapać się skąd i o której już nie damy rady. A to przecież Żywiec, miasto całkiem spore, na dodatek położone prawie idealnie pomiędzy trzema Beskidami...  I co? I pstro! Na dworcu kolejowym mamy tu na przykład sklep mięsny i zdaje się biuro podróży, ale już wskazówek gdzie jest dworzec PKS albo jaki autobus miejski dokąd jedzie się nie uświadczy. No chyba, że dla kogoś informacja z tablicy przystankowej na przykład o treści "Żywiec fabryka śrub" jest zrozumiała. Dla mnie nie jest.
 
Beskid Mały. Przełęcz Łysa. Kilkaset metrów stalowego ogrodzenia, kamery, asfalt, beton i czyjaś ogromna willa niczym z amerykańskich filmów. W środku gór, na węźle szlaków. Rzecz jak mi się wydaje niewyobrażalna za granicą. A tu proszę, jest. I to legalnie, za zgodą władz, które wydały pozwolenie "bo kiedyś właściciel miał tam jakiś mały domek". Ręce opadają.

Motocykliści na szlakach? Do wyboru, do koloru! Na Czuplu, na zboczach Magurki Wilkowickiej, przy podejściu na Kowalówkę i pewnie w jeszcze iluś miejscach. Turyści wiedzą i widzą, a co z policją, co z leśnikami? Śpią? Pewnie śpią, skoro mogąc bez wysiłku "skasować" dwukołowych i czteroklepkowych ;) bohaterów na kilkaset stówek od łebka darowują sobie taką okazję.
 
Można by wymieniać te absurdy z różnych miast, gór i branż w nieskończoność, ale przecież nie o nie nawet konkretnie tu chodzi, a o dramat faktu, że nie widać znikąd nadziei na lepsze. Wręcz przeciwnie.
 
Dziś media ogłosiły, że schronisko na Równicy utraciło status schroniska. Będzie to zatem kolejna prywatna "karczma", "chata", "gospoda" czy co tam jeszcze. Nieważne. Z "dworkiem potworkiem" leżącym kilkadziesiąt metrów wyżej i tak nie wygra.
 
Właściciele, którzy sami złożyli do PTTK stosowny wniosek (sic!) skarżyli się na brak wsparcia finansowego ze strony gminy, na turystów którzy chcieli mieć wszystko i to najlepiej za darmo, czasem zachowując się na dodatek jak dzicz i wreszcie na zbyt mocną konkurencję. Zapewne mieli rację, ale żal pozostaje. Turystyka rozumiana jako wyzwanie, jako walka o coś, jako wreszcie przede wszystkim idea, którą należy upowszechniać, umiera.
 
Zostaje kasa, której i tak zwykle nie ma.
Czyli nic.
 
Obecnie już "dawne" schronisko na Równicy. Foto - Portier

 


 
 ================================
 
 
 
Nie całkiem na temat, ale jednak troszkę :)
 
Jeżeli trafiłeś tutaj "po tytule" (książki braci Strugackich),
to pewnie szukasz TAKIEGO wpisu.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.