Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


środa, 11 marca 2020

Nie dla idiotów

Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci, jeśli nie w ogóle po raz pierwszy w życiu, usłyszałem w sklepie, że nie ma soli. SOLI!!! I to nie w sensie, że nie ma, bo "wyszła" i pani z paleciakiem zaraz ją z magazynu dowiezie. Nie. Ona została wykupiona do zera po raz któryś z rzędu jak mi powiedziała jedna z ekspedientek, przez panikarzy, tych samych, którzy od kilku już dni pakują do wózków po dziesięć kilo mąki, cukru, czy makaronu, które to produkty, mogę się założyć, najdalej za kilka miesięcy i tak wywalą na śmietnik.

Jechałem wczoraj po sklepie za taką osobą. Pchała największy z dostępnych wózek a zwinnie przemieszczający się między półkami jej prawdopodobnie wnuczek podawał na żądanie kolejne paczki ryżu (chińskiego przecież, co za ironia!), mielonki, zgrzewki jajek i makarony. Minął nas też po chwili pan z klasycznie komunistycznym naręczem papieru toaletowego i kilkunastoma mydłami w woreczku. A przy kasie takich samych i podobnych im było jeszcze całe mnóstwo.

Zastanawiam się co im jest. Wierzą, że jeśli obłożą się makaronem i zasypią płatkami, wirus ich nie dostrzeże? Mają nadzieję, że przekupią złe moce puszką Turystycznej z zawartością MOM-u 50 % czy też może po prostu zgłodnieli? Na Boga jedynego, nie wiem!

Ale jedno wam powiem, miłościwie nam kupujący. Pomyślcie! Napędzacie swoim infantylnym strachem kolejnych potencjalnych panikarzy (Nie ma soli? Idę do drugiego sklepu i kupuję całą paletę!), ośmieszacie się pokazując jak łatwo można wami manipulować i wreszcie, co nie bez znaczenia, nabijacie kieszeń handlarzom, którzy dzięki wam czują się przeszczęśliwi.

Czy ktoś powiedział, że koronawirus przenosi się na zwierzęta i masowo zdychają kury, krowy, świnie czy indyki w związku z czym nie będzie co jeść? 
NIE.
Czy ktoś powiedział, że koronawirus zabija rośliny i w wyniku tego nie urosną zboża, nie będzie ziemniaków, buraków cukrowych czy innych pomarańczy?
NIE.
Czy abstrahując od pustych półek np. we Włoszech słyszeliście o tysiącach ludzi umierających z głodu w wyniku epidemii koronawirusa, zjadających się nawzajem albo polujących na okoliczne koty? 
NIE.

I wreszcie najważniejsze. Na ile nazbieracie tych zapasów? Na tydzień, dwa, trzy? Co to zmieni?
Przyszło wam do głowy, że jeśli nadszedłby dzień w którym nie byłoby już niczego do kupienia, na ulicach słaniałyby się jak w filmach klasy C stada zombi, a za bochenek chleba można by było dostać samochód, to wyjmując z szafy ten wasz ryż wyjmowalibyście i tak nie swoje bezpieczeństwo, ale ostatni, przedostatni czy najwyżej przedprzedprzedostatni posiłek na tym padole? 

Pomyślcie o tym i zachowujcie się jak dorośli, bo wstyd mi za was jak jasna cholera.



niedziela, 1 marca 2020

Pandemia głupoty i wyrachowania

Z racji choroby z którą się od jakiegoś czasu zmagam muszę stosować okłady z płynu, który ma między innymi choć nie tylko działanie bakteriobójcze. Płyn ten nie należy do jakichś szczególnie popularnych specyfików i też ma swoje zamienniki, tańsze, o węższym zakresie oddziaływania czy po prostu popularniejsze. Ale cóż, ja muszę stosować akurat ten. Do tej pory wyglądało to tak, że owszem, aptekarz czy aptekarka wygrzebywali mi ów lek gdzieś tam z piętnastej z kolei szuflady, jako dosłownie i w przenośni niszowy, ale jednak z zakupem nie było problemu. Dziś okazało się, że po moim preparacie słuch zaginął. Jedna, druga, trzecia apteka i nic. Zamówienie? Nie ma w hurtowniach. Kiedy będzie? Nikt nie wie.

Wszystkiemu winny koronawirus. Potencjalne zagrożenie. Realny strach. A w ich cieniu globalna pandemia głupoty i wyrachowania. 

Nie ma aptekach maseczek. Nie ma płynów antybakteryjnych. Ludzie kupują jedno i drugie na potęgę, choć tydzień wcześniej myli ręce raz czy dwa dziennie a prosto z ubikacji szli na przykład zapalić i nie robiło im to problemu. Sklepy z materiałami budowlanymi stały się nagle prawie że aptekami, a bezwartościowe nawet w swoim podstawowym zastosowaniu papierowe maseczki przeciwpyłowe o wartości powiedzmy kilkudziesięciu groszy za sztukę najspokojniej w świecie sprzedaje się jako antywirusowe za co najmniej dychę. A ludzie i tak biorą to jak szaleni. 

Można tłumaczyć, wskazywać bezwartościowość masek BUDOWLANYCH w kontakcie z wirusem a ograniczoną moc (zależną zresztą w sporej mierze od umiejętności zakładania i zdejmowania) tych droższych, faktycznie do użytku medycznego. Nieważne. Gdyby ktoś ogłosił, że od koronawirusa uchronić nas może jedzenie dajmy na to pieczarek w occie, słoiczek kosztowałby z miejsca jakieś dwie stówy a i tak zniknąłby ze sklepów.

Oceniając to na spokojnie, można się śmiać. Co więcej, uważam, że należy się śmiać (chyba, że ktoś uznaje poprawność polityczną), bo pokazujemy, że dwudziesty pierwszy wiek, Internet, wykształcenie i media to jedno, a jak dobrze pokombinować to starczy szczypta wiejskiego marketingu i staczamy się w intelektualne średniowiecze. I to jest śmieszne, nie ma co udawać. 

Śmiesznym być jednak przestaje, gdy się pomyśli o ludziach, którym zabrano płyny np. do przemywania zakażonych ran i zostawiono ich z karteczką "nie ma" w aptece, ponieważ jeden z drugim wykarmiony panikarskim bełkotem Kowalski myją teraz ręce medycznym specyfikiem, którego w tej roli z nadwyżką zastąpiło by zwykłe mydło, lub niech tam już, Protex jeśli kto woli. Albowiem niestety, w drugą stronę taka zamiana nie zadziała.

Czyli co? Głupota? Infantylizm? Naiwność? Bezmyślność? Po stokroć tak.

Koniec, kropka? 

No właśnie nie. Niestety nie. Jest jednak jeszcze coś bardziej szkodliwego jak się okazuje. Oto szukając "swojego" płynu na okłady trafiam na znany portal aukcyjny, gdzie tenże środek w ilości dwóch opakowań sprzedaje miedzy innymi pewien pan za znośną, bo bliską "droższej aptekarskiej" cenie 69 zł. Z obowiązku tylko wysyłam zapytanie czy to na pewno za oba opakowania. Odpowiedź rozkłada mnie na łopatki. Gdzie tam! Za jedno. Drugie zresztą już się sprzedało.

Zaraz, zaraz. W aptece internetowej od ok. 27 do 32 zł, w aptece stacjonarnej od ok. 30 do 36 zł, a tu u pana z aukcji dwa razy więcej... Za to samo. I cóż tam, cena nie gra roli, ktoś już przecież kupił, za chwilę kupi następny.

Bazując na naszym strachu, na potrzebie posiadania tego akurat specyfiku, na trudnościach w zaopatrzeniu taki ktoś wydał sobie powiedzmy wczoraj w aptece góra 70 zł a dziś chce drugie tyle zebrać od naiwnych.

I to już nie jest śmieszne. To już jest obrzydliwe.






poniedziałek, 6 stycznia 2020

Szymona Kobylińskiego imaginacje

Jest weekend 23-24 sierpnia 1980 roku. W Polsce sporo się dzieje. Kilka dni wcześniej miała miejsce tragiczna katastrofa kolejowa pod Toruniem, na Wybrzeżu trwają strajki, Partia cichaczem przygotowuje się do odwołania ze stanowiska Edwarda Gierka, CPN gwarantuje, że paliwa wystarczy dla wszystkich o ile tylko zaprzestaną je kupować, a gwałtowne opady deszczu uniemożliwiają lub opóźniają zbiory. Jeden obok drugiego groźnie brzmiące tytuły atakują oczy czytelników. Gdzieś pomiędzy nimi przemyka błahy z pozoru felieton o czymś, co nie istnieje i nikt nie przewiduje aby istnieć miało. O e-bookach, czytnikach e-booków, tabletach i... Internecie.

Nie Apple, nie IBM, nie Microsoft ani nawet Commodore wespół z Atari, ale... Trybuna Ludu, najobrzydliwsza z możliwych komunistyczna gazeta, niestrawna nawet dla tych, którym generalnie socjalizm nie przeszkadza wieści w tych dniach rewolucję cyfrową. Tak, wiem, brzmi to niewiarygodnie, ale mimo to jest prawdą. Piórem Szymona Kobylińskiego, znanego chyba każdemu wspaniałego rysownika, satyryka, karykaturzysty i historyka przekazuje nam ta właśnie publikacja obraz świata, który ziści się dopiero w XXI wieku.


"[...] okiem wyobraźni ujrzałem czytnik (sic! - dopisek mój, Portiera) w postaci dość płaskiego pudełka zaopatrzonego w bateryjkę i pokrętło co można by zwyczajnie dzierżyć w dłoni i tylko drobnym ruchem kciuka przerzucać "kartkę po kartce" na plastikowej matówce. Całą swoją bibliotekę, zajmującą teraz kilkanaście metrów mieszkania [...] miałbym w podręcznej szufladzie.



[...]
Żaden druk nie osiągnie precyzji slajdu. I tu upatruję szansę dla dzieł z reprodukcjami wielkiego malarstwa. Nawet najwspanialej tłoczone papierowe odbitki wciąż nie umywają się do barwnej kliszy.

A więc już nie czytnik, lecz "oglądnik" czy "obejrzywacz" -  niech mu tam kolejna ankieta gazetowa przyda odpowiednie miano. 
[...]
Teraz już moje oko wyobraźni zaczyna szaleć! Oto widzę siebie (ciebie, nas, was, ich) - jak sięgamy nonszalanckim ruchem do podręcznej biblioteczki i dobywamy z niej cały, przypuśćmy, Ermitaż, albo Luwr [...] 
Solidny , domowy ekran z ładnie oprawną matówką stawiamy na stoliku i hajda po wystawach świata.
[...]

Gdybyż tak jeszcze - jak hulać wyobraźnią, to hulać! - wedle wzoru niezliczonych wykładów naukowych szły z magnetofoniku dźwięki komentarza, lub zgoła literatury pięknej, do której jak na przykład w prozie Iwaszkiewicza, widziane cuda artyzmu byłyby ilustracją, wówczas koncert dla ucha i oka byłby wręcz najwyższej rangi.

Szkoda, że czegoś takiego nie doczekam, choc właściwie - zupełnie nie wiem, dlaczego."


------------------


Wykorzystałem fragmenty felietonu Szymona Kobylińskiego "Imaginacje" opublikowanego w numerze 200 (11208) Trybuny Ludu z 23-24 sierpnia 1980 roku.



POBIERZ CAŁY FELIETON 
OTWIERAJĄC OBRAZEK W NOWYM OKNIE
(środkowy przycisk myszy) 



niedziela, 5 stycznia 2020

Pretensjonalnik 3

Obrazek, który skojarzył mi się jako pierwszy to dziewczyna lub chłopak na spacerze w parku z sympatyczną babcią lub dziadkiem. Taka prawie że rodzinna idylla. Reklama. Bzdura. Wciskanie kitu. Prawdziwy bowiem pierwszy obrazek to "opiekunka" pod pięćdziesiątkę, z rzekomo kilkuletnim stażem, która nie potrafi rozwinąć prześcieradła pod leżącym chorym, nie wie jak pomóc mu obrócić się na bok i wreszcie (o tempora, o mores!) usiłuje najspokojniej w świecie wodę z podmywania intymnych części ciała wylać do zlewu w kuchni. Bo tam jest bliżej.

Opiekunki "zwyczajne", bo dodać należy, że są i specjalistyczne, droższe, nie mają wbrew temu czego moglibyśmy oczekiwać przygotowania pielęgniarskiego, nawet najprostszego, będącego owocem powiedzmy kilkudniowego kursu. Mają być tanie i są tanie. Zwłaszcza, gdy zamiast z wolnego rynku realizują zlecenia (w ramach zewnętrznej firmy) ze wskazania Opieki Społecznej. Konsekwencja tej taniości jest dokładnie taka sama jak we wszystkich innych znanych światu przykładach, a nazywa się bylejakością. Takiej właśnie doświadczyliśmy.

Już pracownica MOPSu ostrzegała nas, że opiekunki mogą oszukiwać na czasie pracy i sprawdza się to przy pierwszej wizycie, gdy takaż właśnie "opiekunka" (cudzysłów jak najbardziej zamierzony) usiłuje ulotnić się po mniej więcej 40% czasu przewidzianego na swoją pracę... Potem jest tylko lepiej, to jest przepraszam, śmieszniej. Panie które CHCĄ wykonywać tylko część czynności, ponieważ np. są u nas na zastępstwo albo DZIŚ SIĘ SPIESZĄ, panie, którym trzeba kupić rękawiczki jednorazowe, bo firma która je kieruje nie wyposaża je w takowe, panie, które pracując pół godziny bezczelnie wpisują godzinę i wreszcie przychodzące (do chorej osoby, do obcego domu!) z córką lub... psem. Ale to i tak nie koniec. Najlepsza była kobieta wpisująca się do dokumentów jako mężczyzna i to nie dlatego iżby na przykład była (był?) aż tak postępowa, ale dlatego, że "ta umowa nie może być na mnie".  Do tego jeszcze "opiekunki" z problemami. Zdrowotnymi, domowymi, finansowymi i jakimi tam tylko. Wyłączane komórki, opuszczone bez kontaktu wizyty, stawianie warunków, dyskusje i wszystko to co najgorsze można by sobie wymyślić. 

Czy ja już coś wspomniałem o pieniądzach?

No jasne, ze panie są na zleceniu, no jasne, że na najtańszym, no jasne, że z firmy "mydło, powidło, export, naprawa telewizorów", bo to takie właśnie najczęściej wygrywają przetargi tam, gdzie  ważnym kryterium jest cena. Ba! Była i pani twierdząca, że dopłaca do nas przyjeżdżając tu, gdzie jej akurat jest nie po drodze. Po prostu cud, miód i orzeszki!

A ile było tych pań? Ile było maili, smsów, telefonów, monitów, skarg, próśb i wszystkiego podobnego ze straconym czasem i nerwami na czele, by ta pożal się Boże usługa działała jak powinna?

Nie pytajcie. Po prostu przyjmijmy, że lepiej żeby się Wam ta wiedza nigdy nie przydała w praktyce.


niedziela, 29 grudnia 2019

Pretensjonalnik 2

Z dnia na dzień, wcale nie od razu z racji wieku czy przewlekłych chorób, ale zupełnego przypadku, każdy z nas może wrócić do etapu życia, który jak do tej pory błędnie sądził raz na zawsze ma za sobą. Do pieluch mianowicie. Swoich, żeby nie było wątpliwości. Nie jest to z całą pewnością nic przyjemnego, ale cóż poradzimy, też bywa częścią naszego tu i teraz.

Gdzież te czasy, kiedy się w szpitalach leżało miesiącami? Gdy się ze szpitali a) par excellence wychodziło b) zdrowym? Sam pamiętam z lat niesłusznego ustroju jak to wyrostek robaczkowy z dodatkami w postaci skrętu kiszek i ospy w gratisie wyciął mi z życiorysu ponad miesiąc... Ale to przeszłość. Teraz leczy się szybko. I tak dnia pewnego transport sanitarny zwozi mi do domu i de facto "wysypuje" na tapczan wspomnianą w pierwszym poście bliską osobę połamaną jak opłatek wigilijny, opampersowaną, z temblakiem, stosem wyników badań i nadzieją że wiem co z tym począć. Dzień dobry, do widzenia, miłego dnia. I radź tu sobie teraz człowieku.

Pierwsza myśl to lekarz rodzinny i słowo klucz "wizyta domowa". Idę, zamawiam, jestem spokojniejszy. Dowiaduję się też, że i pielęgniarkę można zamówić w ten sam sposób, oczywiście również za darmo, ale uwaga, tylko do zastrzyków, zmiany opatrunków czy podawania kroplówek. Nie do pieluch czy pomocy w toalecie. 

Rozpoczyna się bieganina i szukanie po omacku. Apteki, przychodnie, papierki oraz papierki do papierków. Szok. Skąd niby szary człowiek ma się w tym rozeznawać?  Na mój gust w takie rozeznanie powinien zaopatrywać pacjenta i jego rodzinę właśnie szpital, ale ja to tam taki wiecie, bardziej idealista jestem. Życie wygląda inaczej. Szuka się z pomocą wujka Google i wszystkich możliwych znajomych, ale jednak najczęściej po prostu samemu. Ktoś wreszcie przy okazji rozmowy wspomina, że pieluchy są refundowane, tylko trzeba sobie załatwić pisemko od lekarza. Mam pierwszy stabilny punkt. Wizyta domowa - pismo - pieluchy. W praktyce okazuje się, że pomiędzy tym jest jeszcze NFZ, a ściślej nie wiedzieć komu i na co potrzebna wizyta w tejże instytucji celem podbicia i wprowadzenia do jakiejś wirtualnej kartoteki zlecenia z przychodni. Tu jednak czeka mnie miłe zaskoczenie. Pobyt w gmachu NFZ-tu trwa łącznie ze staniem w kolejce może kwadrans. Z podbitym zleceniem mogę już udać się do sklepu lub apteki i otrzymać górę pieluch za ułamek ich ceny. 

Szukamy dalej. Chory leżący, to chory wymagający doglądania. Jako, że dorosły, to może i mniejszego, ale jednak. Samo podstawienie pod nos jedzenia, picia i pilotów sprawy nie załatwia, zresztą wspomniane już dziś kilkukrotnie pieluchy, też nie są dla nikogo miłym przeżyciem, i to także dlatego, że poza wszystkim są jeszcze drastycznym naruszeniem prywatności, pewnych blokad psychicznych i masy temu podobnych. Jest potrzebna pomoc.

Agencji opiekuńczo pielęgniarskich mamy w naszym mieście mnóstwo. Tyle, że ceny są w nich stanowczo dalekie od moich przynajmniej możliwości... I tak to człowiek, który pracuje i nawet jakby zarabia, mieszkający z drugim człowiekiem w podobnej sytuacji, musi wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi stać się klientem Opieki Społecznej. No to się staje.

Najpierw Internet, znalezienie właściwego ośrodka, potem wizyta w nim, przejście przez kolejkę pełną różnych, naprawdę różnych ludzi, nierzadko poprzedzielanych policjantami i wreszcie przy uderzającym zewsząd poczuciu, że designersko przynajmniej a na pewno technologicznie mamy rok 1990 albo i wcześniejszy... umówienie się na wizytę domową. 

Wizyta zaś to spektakl sam w sobie. Pytania o długi, o komornika, o kuratora, o narkotyki, o alkohol i przemoc domową potęgują wrażenie absurdu. W pewnym momencie odczuwam nawet jakiś żal, że na wszystko odpowiadamy nie... Nic to, nieważne, takie moje skrzywione przemyślenia. Będzie opiekunka! To najważniejsze. Będzie też, po przeanalizowaniu dochodów, częściowa tylko za nią odpłatność. Minęły trzy dni. Wypłynąłem jak mi się zdaje na prostą.

Kto wie dlaczego chorego leżącego, na dodatek z połamaną w kilku miejscach ręką i miednicą wypisuje się do domu i "wysypuje" na tapczan bez grama wprowadzenia współdomowników w sytuację i sposoby poradzenia sobie z nią? Kto wie dlaczego zgruchotane ramię z ilością stali godną wczesnych wersji terminatorów "zabezpiecza się" temblakiem a nie szyną czy gipsem? Kto wie, dlaczego mimo XXI wieku pomiędzy lekarzem i NFZ-tem musi biegać pacjent zbierający pieczątki? Kto wie wreszcie dlaczego i biedny i chory i alkoholik z wyrokiem wypełniają w MOPS-ie takie same dokumenty nawet starając się o zupełnie różną pomoc?

Kto wie...


-------------------------------------------------------


piątek, 27 grudnia 2019

Pretensjonalnik 1

Niedzielny wieczór

Bliska osoba nie wraca na noc do domu, choć wyszła po południu w założeniu na kilkadziesiąt minut. „Oczywiście” nie ma ze sobą dokumentów ani telefonu. Nikt nic nie wie, nie ma też jak zaginionej szukać, bo trasa jaką miała przebyć jest prosta, bliska i tak oczywista, że nie ma technicznej możliwości by po iluś godzinach niezależnie od tego co się mogło stać na niej była. Po nieprzespanej nocy pełnej koszmarów i wiary, że jednak wszystko wróci na swoje miejsce okazuje się, że zaginionej nadal nie ma.

Szpital

Piąta rano. Nocna i świąteczna pomoc medyczna. Kilka minut od naszego domu, na jednej trzeciej trasy jaką pokonać miała zaginiona osoba. Pani lekarka otwiera drzwi po moim trzecim dzwonku. Nic o nikim nie wie, w ciągu nocy nikogo nie było. Gdyby jednak był, też nie mogłaby mi o tym powiedzieć, bo przecież RODO zabrania. Dowiaduję się dodatkowo, że lekarz na nocnym dyżurze nie jest lekarzem ze szpitala w którym ten dyżur pełni i że konieczność hospitalizacji nie oznacza w żadnym przypadku automatycznego pozostawienia pacjenta właśnie w placówce, w której był przyjęty do zbadania.

Ten sam szpital. Izba Przyjęć.

Krótko i na temat. Nikogo nie było. RODO i tak nie pozwala udzielić informacji gdyby jednak był. 

112

Pan operator może przyjąć zgłoszenie zaginięcia, ale nie może udzielić informacji nt. tego czy ktoś w ciągu nocy miał wypadek i został odwieziony do szpitala lub na przykład zginął albo zmarł gdzieś na ulicy. I nie, nie chodzi już nawet o nazwisko. Nie można uzyskać informacji czy w ogóle karetki w naszym mieście transportowały w ciągu ostatnich dwunastu godzin kogoś np. z wypadku samochodowego w określonej dzielnicy lub będącego w określonym wieku… RODO.

Komisariat Policji

Nie można uzyskać żadnych informacji, ale można… na koszt państwa powozić się z patrolem po okolicznych szpitalach i wtedy ewentualnie…

Wreszcie policjant lituje się i pytając o wiek i dzielnicę wyszukuje w systemie interwencje z ostatnich godzin. Znajduje taką, która może w teorii dotyczyć zaginionej. Nie podaje mi żadnych danych poza namiarami szpitala i informacją o tym, że poszukiwana żyje, ale to już jest punkt zaczepienia.

Telefon do szpitala

Zdziwiona pani na Izbie Przyjęć. Czy ja nie słyszałem o RODO? Żadnych informacji się nie udziela. Proszę przyjechać. Nieważne, że ktoś kogoś szuka, że nie wie czy chodzi o skręcenie kostki czy amputację obu nóg. Nie ma mowy o odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Mimo propozycji podania przeze mnie wszelkich danych moich i osoby, której szukam. Od numerów PESEL po rozmiar butów. Nie. Bo RODO.

Dom

Szybkie pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, jeszcze szybsze załatwianie urlopu na żądanie. Jazda na ślepo do szpitala cały czas bez wiedzy co się właściwie stało i czy poszkodowana jest osobą o która mi chodzi.

Szpital

W szpitalu panuje epidemia grypy. Nie ma odwiedzin, nie ma odwiedzających na oddziałach. Nie można zobaczyć, podać, wejść.  Nie można podejść, pocieszyć, uspokoić. Bo grypa. Te ileś osób stykających się ze mną a potem ze sobą wzajemnie i z chorymi przy okazji grypy nie przenosi. Taki cud medycyny.
Wreszcie krótka rozmowa z lekarzem. Pierwsze konkretne informacje. Jest!

Wydarzenia opisane powyżej to ledwie osiemnaście godzin. Godzin w trakcie których strach, łzy, przerażenie dwóch bliskich sobie osób oddzielone były przez tak zwaną ochronę danych osobowych. Godzin w których tak dobrze znane z książek i filmów zdanie „Obdzwoniliśmy wszystkie szpitale” okazało się pozbawione jakiegokolwiek sensu w chorej rzeczywistości XXI wieku. Wreszcie last but not least godzin w których mój zawsze daleki od sympatii stosunek do Unii Europejskiej zmienił się z dezaprobaty w coś, czego w trosce o swój byt na Bloggerze nawet nie ośmielę się zdefiniować. 

Bo RODO.




niedziela, 27 października 2019

Wina Tuska, farba Kaczyńskiego

Kupiłem sobie nie tak dawno eksperymentalnie z dostawą do paczkomatu wiaderko farby. Farba jak to farba, z gatunku tych najtańszych, biała, emulsyjna itede, itepe, nieważne. Chciałem się przekonać, czy dziesięciolitrowe wiadro naprawdę dotrze do mnie za 9 zł bez żadnego uszczerbku. Tak się stało, ale i to nieważne. Sednem jest cena i sprzedający. Farba jako się rzekło była z gatunku tych najtańszych i kosztowała ledwie 35 zł. Ponieważ okazała się zupełnie dobra postanowiłem po kilkunastu dniach kupić jeszcze jedno wiaderko. Z pewnym jednakże zdziwieniem skonstatowałem, że teraz kosztuje ono już nie 35 a 40 zł. Nieco uszczypliwie, nie ukrywam tego, bo na pewno nie z januszowego skąpstwa napisałem do sprzedawcy zapytanie "cóż też tak poprawiło się w tej farbie, że podnieśliście Państwo cenę o 5 zł?" Odpowiedź mnie rozbroiła. Pan sprzedawca odpisał "PIS wygrał wybory i to wystarczyło". 

Nie chcę komentować tej argumentacji inaczej niż tylko neutralnym politycznie stwierdzeniem, że uznałbym już bez szemrania tekst "dobrze się sprzedawała, więc chcieliśmy więcej zarobić", ale muszę powiedzieć, że nikt od dawna tak mnie nie ubawił.

Obiecałem sobie w związku z tym, że gdy mnie kiedyś kierownik w pracy zapyta dlaczego notorycznie się spóźniam, to już absolutnie bez wahania odpowiem mu, że to dlatego, że utraciliśmy większość w senacie. A co, może nieprawda?

-------------------------------------------------------------------


KLIKNIJ W ZDJĘCIE BY JE POWIĘKSZYĆ










poniedziałek, 16 września 2019

Boczne drogi rozsądku

Dawno dawno temu, w czasach, kiedy piszący te słowa zaliczał się jeszcze do młodzieży, a przynajmniej mniej niż dzisiaj osób protestowałoby gdyby się zaliczyć odważył, zdarzyło mu się stanąć przed obliczem komisji lekarskiej oceniającej zdrowie poborowych. Tam na wieść, że wyżej wymieniony leczy się kardiologicznie skierowano go na konsultację do przychodni, z tym tylko, że nie tej w której miał kartotekę. Lekarz widzący delikwenta wspomnianego pierwszy raz na oczy wysłuchał oczywiście co wysłuchał, zanotował co zanotował, a potem podał młodzieńcowi tabletkę na zbicie ciśnienia i... wysłał go na spacer po Katowicach.
Po powiedzmy godzinie czy półtorej usatysfakcjonowany... działaniem tabletki wpisał ów jegomość do odpowiedniego formularza, że pacjent jest zdrowy, sprawny i niczego mu do szczęścia nie brakuje. 
Gdyby nie to, że się potem ów pacjent na piśmie domagał był przed komisją wojskową konsultacji w przychodni w której się ileś tam czasu LECZYŁ, dziś byłby już może nie ex-portierem a kto wie, generałem dywizji na przykład. Na nagrobku jakiegoś cmentarza...

Sytuacja ta, głupia od A do Z wydawała mi się jednorazowym zupełnie przypadkiem przez długie dziesięciolecia aż do dziś, kiedym to stanął przed obliczem pewnego starszego pana, sądząc po podejściu do pacjenta co najmniej spokrewnionego z tamtym...

A było to tak...
W piątek dokładnie przeziębiłem się na amen i początkowe kichanie oraz drapanie w gardle już w nocy zamieniło się w objawy dużo poważniejsze. Przez weekend leżąc plackiem jadłem tyle co nic, piłem herbaty owocowe jak smok, a nadto faszerowałem się aspiryną, kroplami wszelakimi, tabletkami na gardło i dla urozmaicenia także syropem. Scenariusz taki jak zawsze. W sobotę boli, w niedzielę nie boli, ale stopniowo traci się smak, a w ślad za nim i słuch :)) Gorączka męczy, głowa pęka, nogi się uginają, a chusteczki schodzą jak na festiwalu wenezuelskich telenowel.

Praca, dodajmy praca fizyczna w takim stanie to absurd. Ledwo człowiek kuśtyka po domu a poci sie jak mops wchodząc po byle schodach. Decyzja może być tylko jedna - lekarz.

I tutaj zaczyna się najlepsze.
Pan doktor ignoruje informacje o lekach i twierdzi, żem zdrowy jest jako szczupak! Temperatura 37 stopni (w półtorej godziny po dziesiątej od piątku aspirynie!) go rozśmiesza, drożny po rozpoczętej kolejnej buteleczce kropli nos doprowadza do rechotu a ból głowy zgłoszony jako jeden z objawów nasz medyk zalicza na poczet "być może problemów z kręgosłupem" docelowo niedwuznacznie sugerując, że ktoś proszący o chorobowe w poniedziałek niechybnie w sobotę był na czyichś na przykład imieninach... 

Według takiego pana (a słów na jego określenie, z przewagą tych wulgarnych, mam sporo) pacjent aby móc myśleć o chorobowym ma przyjść do niego niejako saute, z gorączką która by go powalała na czworaka, z zatkanym nosem i nieledwie charczący coś z zakażonego gardła...

Bo inaczej... jest zdrowy.


Nie, nie ma puenty. No może taka, że o swoje trzeba walczyć, co też w obu przypadkach uczyniłem, nie chwaląc się, z sukcesem, ale jednak, że sie tacy "medycy" wciąż jeszcze trafiają, to już wydaje mi się niewiarygodnym po prostu...
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.