Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


niedziela, 14 lipca 2019

Naród bez historii

Moja babcia przez 40 lat po II wojnie światowej karmiła swoje psy używając zamiast miski niemieckiego hełmu, choć oczywiście misek miała co niemiara. Ale taka to była jej mała zemsta, a bardziej może złośliwość za to co musiała przeżyć podczas okupacji. Nie wiem co prawda, czy do wioski w której żyła zajechał w tych czasach jakiś przedstawiciel narodu zza Odry, ale pewien jestem, że gdyby to zobaczył, poczułby się mniej lub bardziej obrażany. I dobrze, bo dokładnie o to mojej babci chodziło. Są sprawy, o których nie wolno zapomnieć a tym bardziej nie wolno ich zagłaskiwać. One po prostu mają swoje miejsce w historii i powinny mieć na zawsze także w pamięci. Niezależnie od tego jak inna od nich jest teraźniejszość.

Przypomniał mi się ten hełm i uśmiech babci na widok mojego pytającego spojrzenia gdy przeczytałem wczoraj o kilku bunkrach Obszaru Warownego Śląsk, które są właśnie parę kilometrów od mojego domu wyburzane dla zrobienia miejsca pod... centrum logistyczne.  Oczywiście można powiedzieć, że nie mają dziś żadnej wartości użytkowej, co jest prawdą, można też dodać, że ich wartość architektoniczna czy wprost historyczna jest taka sobie, bo nie są przecież niczym nietypowym, niespotykanym, niepowtarzalnym. Ale są symbolem i to na widok tego niszczenia symbolu wściekłość we mnie wzbiera.

Obszar Warowny Śląsk, czyli linię umocnień na ówczesnej granicy polsko-niemieckiej rozpoczęto budować prawie natychmiast po dojściu do władzy Hitlera i jeśli ktokolwiek ma w tym względzie wątpliwości dodaję dla jasności, że były to umocnienia polskie przygotowywane na wypadek agresji niemieckiej, a nie odwrotnie. Nie udało się co prawda ukończyć całej linii do chwili wybuchu wojny, ani też nie odegrała ona szczególnie wielkiej roli w walkach i została opuszczona przez polską obsadę w nocy z 2 na 3 września 1939, ale symbolem była i jest i to ten właśnie symbol, symbol polskości Śląska, symbol sprzeciwu wobec niemieckiej próby zdominowania Europy teraz burzy się w imię postawienia o kilka metrów w lewo lub prawo jakiejś tam sobie hali magazynowej, którą za lat pięć i tak się rozbierze i postawi market, a za lat dziesięć może osiedle...

Co ciekawe, a możliwe do sprawdzenia dla każdego np. na mapach portalu orsip.pl bunkry w okolicach Kochłowic, bo to o nich tu dziś piszę nie przeszkadzały przez lata komunistycznym władzom ani nawet działającej w pobliżu kopalni Śląsk (nota bene obecnie również likwidowanej), a przeszkadzają współczesnym biznesmenom, dla których to tylko niewykorzystany metraż "ich" działki. 

Zastrzegłbym tu jednak, że tak jak jeden czy drugi bunkier jest obecnie kawałkiem czyjegoś placu budowy, tak ten plac budowy jest kawałkiem Polski.  A tej własnie Polski nie byłoby dziś, razem z tymże placem i tymiż biznesmenami, gdyby pierwszego września 1939 roku, osiemdziesiąt lat temu, nie stanęli tutaj odważni ludzie broniący swojej ojczyzny. Nie tylko dla siebie i swoich bliskich, ale i dla nas. Tak właśnie im dzisiaj odpłacamy. Wstyd.


Stan z 6 lipca 2019 - foto Portier



Stan z 12 lipca 2019 - foto Tomasz Zamysłowski - zdjęcie ze strony silesia24.pl




niedziela, 7 lipca 2019

O tych, co nie przeskoczyli muru

Po 1989 roku tysiące Polaków poczuło się sierotami systemu. Wychowani, wykształceni lub już funkcjonujący zawodowo w PRL-u nagle zostali rzuceni na fale dzikiego kapitalizmu lat 90, wprost w świat, który do tej pory był im przedstawiany jako zły, wrogi i bezduszny. W ogromnej większości to spotkanie okazało się dla nich mniejszą lub większą przegraną. Albo nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości wcale, albo nauczyli się trwać tylko na niższych jej pułapach, podświadomie chyba utożsamiając ich biedę z tak dobrze sobie znaną biedą komunistycznej Polski albo wreszcie, w najlepszym wypadku zacząć musieli kształtowanie swojego świata i samych siebie od nowa. 



Katarzyna Duda odnalazła po latach osoby, które w trakcie transformacji ustrojowej nie miały odwagi lub możliwości by "wziąć swoje sprawy w swoje ręce", między innymi dlatego, że latami wmawiano im, że to państwo zrobi to za nich, i zapytała o to jak dziś, po 30 latach nowego ustroju wygląda ich codzienność. Poprzez smutne, ale jednak bardzo subiektywne wspomnienia pełne opowieści o bezrobociu, goryczy, niespłacanych pożyczkach i pracy za najniższe stawki przebija się, jak sądzę nie całkiem zamierzone przez autorkę, pytanie, na które każdy z czytelników sam musi sobie znaleźć odpowiedź. Czy "ofiary transformacji" są ofiarami faktycznymi, poszkodowanymi przez nieczułych kapitalistów, czy też może właśnie tym bezwładnym "człowiekiem sowieckim" którego usunięcie z rynku było mimo wszystko ceną za to by zaistnieć mogła nowa rzeczywistość.

***

Będąc jednym z bohaterów tej publikacji stanowczo skłaniam się ku tej drugiej tezie, ponieważ jak już na tym blogu pisałem, nie wolno utożsamiać goryczy wynikającej z łamania prawa pracy czy złej organizacji państwa z automatycznym gloryfikowaniem socjalizmu czy tzw. Polski Ludowej.  Narzekanie na psujący się często samochód nie oznacza tęsknoty za furmanką.


niedziela, 30 czerwca 2019

sKurier V*


Środa 12 czerwca 2019

Po zasygnalizowaniu sklepowi internetowemu chęci zwrotu zakupionego towaru i odstąpienia od umowy otrzymałem mailem dane do bezpłatnego zamówienia kuriera. 

Czwartek 13 czerwca 2019

Kontaktuję się z infolinią firmy [---] i bardzo szybko załatwiam sprawę. Konsultant jest miły, rzeczowy, pomocny i nawet wyprzedzający moje oczekiwania, ponieważ proponuje mi odbiór paczki tego samego dnia po 16:00, chociaż zakładałem, że mowa będzie o jutrze.
Mimo swojego wrodzonego pesymizmu trudno mi zaakceptować fakt, że po południu nikt się po przesyłkę nie zgłasza. Po kontakcie z Biurem Obsługi otrzymuję informację, że "usługa jest w realizacji". Niestety nie jest to prawda. Paczuszka leży na moim stoliku tak samo jak leżała rano.

Piątek 14 czerwca 2019 

Ponowny kontakt z Biurem Obsługi skutkuje informacją, że przesyłka zostanie podjęta dziś, między 15:00 a 18:00. Proszę o numer do kuriera. Pan konsultant odmawia, twierdząc, że od tego jest strona internetowa. Wchodzę zatem na stronę i po wpisaniu daty oraz numeru zlecenia telefon uzyskuję. Nikt nie obiecywał, że to będzie TEN numer, prawda? No właśnie. Okazuje się, że kurier do którego się dobijam obsługuje zupełnie inne dzielnice...
Paczki nikt nie odbiera, a po południu w Biurze Obsługi dowiaduję się, że moje zlecenie nie jest przypisane do żadnego z kierowców. I dowiaduję się tego o 17:00, na godzinę przed "zamknięciem okienka" w którym przewoźnik miał się zmieścić.

Sobota 15 czerwca 2019

Zlecenie z datą czwartkową przenoszone na poniedziałek źle by wyglądało. Konsultant zmienia mu więc datę na sobotnią, nadaje nowy numer i obiecuje, że zostanie zrealizowane bezproblemowo. W poniedziałek rzecz jasna.

Poniedziałek 17 czerwca 2019

Planowany odbiór przesyłki to godziny pomiędzy 15:00 a 17:00. Nauczony doświadczeniem dzwonię do kuriera o 15:30, żeby usłyszeć, że... jedzie już do domu.
Albowiem:
1. Zlecenie za późno mu przekazano
2. On nie pracuje "od - do"
3. Generalnie to nie jego wina i nie jego problem.
BONUS. Jutro to raczej będzie ciężko z odbiorem, bo ma urlop i będzie jeździł zastępca. Niestety nie dowiaduję się co to wszystko ma wspólnego ze zobowiązaniem jakiego podjęła się firma, której on, jego zmiennik, panie i panowie konsultanci oraz cała reszta są dla mnie przedstawicielami.
Dzwonię na infolinię. Pan konsultant jest zdziwiony. Twierdzi, że zaraz skontaktuje się z kurierem i sprawę wyjaśni. Jak można się było spodziewać ani się nie kontaktuje ani nie wyjaśnia, bo kurier już telefonów nie odbiera... 
Informuję konsultanta, że wysyłam paczkę pocztą, anuluję zlecenie, oraz last but not least będę domagał się zwrócenia mi kosztów nadania przesyłki, której przez nieudolność firmy kurierskiej nie mogłem nadać zgodnie z ustaleniami i bezpłatnie.

Wtorek 18 czerwca 2019

Poprzez formularz na stronie firmy kurierskiej składam skargę na niewykonanie usługi oraz żądam wypłacenia mi 20 zł tytułem odszkodowania za A. nadanie paczki Pocztą Polską (15 zł) oraz B. stracony czas i nerwy (5 zł - baaardzo tanio).

Środa 19 czerwca 2019

Około 16:45 radosny głos kuriera w słuchawce oznajmia mi, że za kilka minut podjedzie po paczkę... Jest bardzo zdziwiony, że i dlaczego niby anulowałem zlecenie. Ja również jestem - dlaczego on o tym nie wie.

Piątek 28 czerwca 2019

Otrzymuję maila, że dziś o godzinie 12:51 skończył się w Polsce komunizm... yyy... nie, sorry, nie skończył się. Że przekazano moją skargę do rozpatrzenia.
Trzy minuty później skarga była już załatwiona. Oczywiście odmownie. Przecież mówiłem o tym komunizmie...
Odmówiono mi odszkodowania za niezrealizowanie usługi, ponieważ... usługa nie została zrealizowana. 


EPILOG 1


Sprzedawca, czego wcale od niego nie wymagałem oddał mi koszt przesyłki Pocztą po przesłaniu zdjęcia dowodu nadania. Pani wysyłającej mi w imieniu firmy kurierskiej odpowiedź jak powyżej odpisałem grzecznie, a przynajmniej na tyle grzecznie na ile mogłem się na to zdobyć, aby przekazała moją skargę swojemu zwierzchnikowi...
Życie toczy się dalej.

---


EPILOG 2

Dwudziestego szóstego lipca, a więc w prawie miesiąc po mojej prośbie o ponowne rozpatrzenie reklamacji przez zwierzchnika pani od ekspresowej odpowiedzi otrzymałem maila z błyskotliwym stwierdzeniem, że skoro zlecającym usługę był sprzedawca który umożliwił mi darmowy zwrot (bzdura, bo to ja złożyłem zlecenie kurierowi), to moją reklamację pozostawi się bez rozpoznania.


* - "s" w tytule oznacza oczywiście "super"





___

Polecam inne wpisy o sKurierach* na tym blogu 

piątek, 3 maja 2019

Lenin, lecz nie żywy

Podczas pewnej rozmowy, która odbyła się jakiś czas po moim wywiadzie do "Urobionych" pytano mnie o wspomnienia z okresu przemian 89 roku i nastawienie do poprzedniego ustroju z naciskiem na jego prosocjalną politykę. Oczekiwanie, że będę wspominał PRL z rozrzewnieniem było aż nazbyt widoczne. Podobne lub może częściej ewoluujące w stronę współczesnej lewicowości akcenty pojawiały się także w większości recenzji, komentarzy i dyskusji nad tamtą książką już po jej wydaniu usiłując świadomie lub nie stawiać znak równości pomiędzy walką z nieuczciwymi pracodawcami a walką z kapitalizmem jako systemem. O ile pierwsze takie pytanie nieco mnie zaskoczyło, zastanowiło i zmusiło do pewnych głębszych przemyśleń, o tyle wszelkie późniejsze słowa jakie na ten temat czytałem, oczywiście nie tylko w odniesieniu do siebie, ale i do innych urobionych czy po prostu źle traktowanych w pracy stopniowo coraz bardziej mnie irytowały.

Zupełnie niedawno znów "dowiedziałem się", że mój spór z przełożonymi o niższą niż kolegi z tej samej klasy stawkę w naszej pierwszej po skończeniu szkoły pracy i wszystko to co robiłem lata później wobec firm ochroniarskich, to była ta sama, niezmienna walka z kapitalizmem... Nie da się zaprzeczyć, że w PRL-u, gdyby ktoś wystawił mi taką laurkę mógłbym już nie martwić się o nic, bo dziś pewnie uczono by o mnie w każdej szkole, ale jednak, bez urazy, mało to ma wspólnego z rzeczywistością i jako takie wcale mi nie odpowiada.

Kiedyś może mniej, ale od około piętnastu lat prawa pracownicze są dla mnie czymś szczególnie ważnym, czymś czego przestrzegania wobec mnie jako pracownika bezwarunkowo oczekuję, na czego łamanie składam skargi i o co pytam ludzi pracujących na różnych stanowiskach w różnych firmach, by wiedzieć jak to wygląda u nich i jak sami to odbierają. Takich firm i takich rozmów było z pewnością kilkadziesiąt jeśli nie więcej. Czasy mamy takie, że o mniejszych lub większych oszustwach lub utrudnieniach słyszę prawie zawsze, ale nigdy, podkreślam to słowo, nigdy nie usłyszałem w takim kontekście o nadziei na rządy lewicy czy idącą w najlżej socjalistycznym choćby kierunku zmianę polityki państwa. Na nowego Lenina, Gierka czy Jaruzelskiego nikt z moich rozmówców nie czeka. Dla jasności dodam, że na Biedronia, Palikota czy Nowacką także nie. Oni, my, ja, czekamy na sprawiedliwość. A ona nie jest lewicowa ani prawicowa, zaczyna się od działającego w obie strony (na rządzących i rządzonych) dobrego prawa a kończy na karach za jego nieprzestrzeganie. Tylko tyle i aż tyle. Powie ktoś, a czy to ważne? Jeśli sprawiedliwości nie wprowadzi prawica, tylko lewica, to czy nie będzie ona sprawiedliwością? Oczywiście, że będzie, odpowiadam, ale nie będzie mimo to lewicowa, a tu tkwi sedno, bo właśnie tego nomen omen koloryzowania naszych życiorysów barwnikiem E120 sobie nie życzę.

Pamiętam dobrze jak ponad dekadę temu wyglądało przekazywanie około stu dwudziestu portierów "mojego" uniwersytetu do zewnętrznego pracodawcy. Wtedy to słynny i z tradycjami lewicowy jak najbardziej związek zawodowy nie zrobił nic prawie (odliczając pismo, które na biurku i komputerze mojej szefowej z wieloletnim stażem, nota bene członkini tegoż związku, pisałem ZA NIĄ ja oraz kilka także z mojej inicjatywy powstałych zapytań do pani kanclerz), a działali i inspirowali działania tylko i wyłącznie sami zainteresowani. Takich chwil się nie zapomina. Takich "związkowców" również. Nie słyszałem o związkach (choć były) w mojej pierwszej firmie ochroniarskiej, w której zmuszono mnie do podpisania fikcyjnej umowy zlecenia po to by uniknąć płacenia nadgodzin albo gdzie moją koleżankę za odmowę tegoż właśnie "zesłano" karnie pod market na drugim końcu województwa. Trzymając się nadal lewicy, zupełnie tak, jak ona usiłuje przyczepić się do takich jak ja, nie sposób nie wspomnieć jeszcze i słynnego "bojownika antykaczystowskiego", czyli pana towarzysza Jerzego Urbana, który co prawda podesłał był swego czasu do naszej akademii swojego dziennikarza, ale tego nasza sytuacja również nie zainteresowała, bo przecież "teraz tak jest wszędzie". 

Pamiętam idąc dalej szefa pewnego związku, a i owszem, jak najbardziej lewicującego, z pewnego dużego przedsiębiorstwa branży energetycznej, który wiedział o tym, że pod tym samym dachem co on pracują obok etatowców za minimalną także śmieciobiorcy na zleceniach po 3,70 na godzinę a jedni i drudzy jako codzienność mają fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole i całą masę tym podobnego błota. Ale to byli ochroniarze, nie jego firma, nie jego sprawa. Tyle mi powiedział, gdy go o wstawiennictwo prosiłem. Nie on jeden zresztą, bo podobnych prób w różnych miejscach i wobec różnych ludzi podejmowałem kilka.

Szanowni zatem malowani socjaldemokraci, socjaliści, komuniści, zieloni, różowi i wszelacy inni. Nie było Was tam, gdzie świat w wieku XXI cofnął się do XIX, nie mieliście czasu, odwagi, czy może to nie był Wasz rejon. Odpieprzcie się od robotnika.

---

Polecam zainteresowanym lekturę dwóch bardzo ciekawych książek pokazujących jasno, że w walce o prawa pracownicze dziewiętnastowieczni robotnicy nie czytali Marksa i Engelsa, ani nie planowali zakładania PGR-ów, a tylko (aż!) domagali się najpierw poszanowania prawa, które kulawe bo kulawe, ale już wtedy istniało, a później usiłowali na rządzących wpłynąć, by prawo to udoskonalić. I to właśnie była walka o sprawiedliwość, może nawet o prawo i sprawiedliwość, ale na pewno nie o rewolucję socjalistyczną. 

Wydawnictwo Odnowa Londyn 1970

Wydawnictwo Śląsk Katowice 1966

niedziela, 2 grudnia 2018

Sztuka przez grosse S

Wystarczyło przypadkowe i pospieszne zarazem przejście przez teren bazyliki w Panewnikach i już mię sztuka dopadła i kultura zarazem w postaci pana w wieku lekko późno średnim, czyli zupełnie jak autor tego posta, który to podkładając mi pod nos swojego powiedzmy że smartfona zażądał podniecony niezwykle bym go zdjął z tymże oto obiektem w tle.


Spojrzałem za wzrokiem cokolwiek niespodziewanego tu o ósmej rano przy pięciostopniowym mrozie wyznawcy jak się okazało sztuki w lewo i oniemiałem, albowiem dostrzegłem ni mniej ni więcej tylko... hmm… jakby fragment Guliwera objedzonego arbuzem....
 
 
...który tak naprawdę okazał się chwilę później nie Guliwerem, ani nawet jego częścią, a uwaga, Arką, nie wiem do końca czy tą od poszukiwaczy zaginionej. Wiedza ta sporo by mi dała, jak śmiem sądzić, albowiem wedle opisu z tablicy informacyjnej szklana łódź i drewniana dłoń symbolizować mają kruchość natury i zależność jej od działań człowieka. Dobra, rozumiem. Ścinamy ogromne drzewo, rzeźbimy coś z niego i mówimy, że to dla ochrony przyrody. Spoko. Może być. Kumam czaczę. Najlepszą obroną jest atak. A poza tym nie o dziś wiadomo, że dłoń ma wymiar metafizyczny. Jak na obrazku poniżej.
 
 
Ciekawszym jednak jest dla mnie, że wedle autorów dzieło to wędrować ma przez całe Niemcy... I tu właśnie wiedzy z tablicy mi zbrakło. Czyżby to jakaś nadinterpretacja układu z Schengen? :)).

czwartek, 23 sierpnia 2018

Sługa lokaja

Za osiem dni pewna nie najmłodsza już pani ochroniarka straci pracę. Nie dlatego, że z niej uciekła, coś ukradła albo była pijana, nie dlatego, że non stop chorowała albo pokłóciła się z szefem. Nic z tych rzeczy. Dlatego tylko, że wykonywała swoje obowiązki w ostatnich kilkunastu minutach dniówki w prywatnym ubraniu i została na tym "złapana" oraz dlatego także, że w ocenie przełożonego swoim wyglądem, wiekiem i zachowaniem nie dość dobrze reprezentowała firmę i jej powagę.
 
Nawiązując tym wpisem nieco do książki "Urobieni" muszę jednak stanąć okoniem wobec pojawiającej się wokół niej tezy. Takie przypadki, jak ten o którym mówię, tak przecież podobny do tam opisanych, to nie żaden "wypaczony neoliberalizm" dla którego jedynym ratunkiem ma być rzekomo euro bądź nie euro lewicowość. To, proszę wybaczyć szczerość,  zwyczajne polskie skurwysyństwo, które dobrze się ma w każdym ustroju, bo zawsze gnębi tylko tych, którzy nie mają sił, odwagi lub wiedzy, by się bronić. To ponadczasowe skurwysyństwo, które ubiera ludzi w mundurki, wpaja im wojskowy dryl i policyjną nomenklaturę, wmawia, że praca poniżej dwustu godzin w miesiącu, to lenistwo, a jednocześnie nie potrafi dać wody mineralnej w upał albo długopisów do wypełniania przez nikogo nie czytanych sztampowych raportów. To praco i śmieciodawcy, którzy wchodzą tylnym wejściem każdemu, kto ich wynajmie, ale ludzi, swoich ludzi, dzięki którym mają dochód, traktują jak przedmioty. I przy okazji przyzwalają, choć nikt im takiego prawa nie dał, na to, by wynajmujący ich też tak do tychże ludzi podchodzili.
 
Koniec końców o zwolnieniu pracownika decydować może ktokolwiek w miarę ważny z firmy, która ochronę wynajęła. To tak jakby dajmy na to pasażer po uczciwie opłaconej jeździe spóźnionym jednakże autobusem mógł za to zażądać zwolnienia kierowcy. Głupie? No jasne, że głupie, ale nie w ochronie, bo ona w Polsce ze zdrowym rozsądkiem nie sąsiaduje nawet przez ścianę.
 
I oto proszę, nasz wspomniany wyżej pan Ważny, niczym Chińczyk pod pokładem statku płynącego do Europy "wykonuje telefon", po którym ktoś uważający się za szefa, ale tylko wobec pracowników, bo wobec wynajmujących jego firmę usłużny prawie jak spinacz z pakietu Office, trzask prask oznajmia, że pani może swoje manatki zabierać albowiem podpadła straszliwie.
 
Nieważne, że najpierw, widząc ją, wiedząc ile ma lat, jakie doświadczenie, głos, posturę itp. przyjął ją do pracy, nieważne, że sam skierował na taki a nie inny obiekt, nieważne, że to on powinien ponosić odpowiedzialność za jej doszkolenie, i bez znaczenia tu również, że skuteczność całego systemu ochrony tegoż obiektu z nią czy bez niej jest porównywalna ze skutecznością przeciętnego płynu na porost włosów, nic to, powiadam wam. Liczy się tylko, że wobec MIŁOŚCIWIE NAM PŁACĄCEGO można wykazać się dynamiką i zdecydowaniem. Taki drobiazg, że w zgnojeniu swojego pracownika, to już można pominąć.
 
Za osiem dni będzie wolne miejsce w pewnej firmie ochroniarskiej. Uczcie się dzieci, bo jak się nie będziecie uczyły, to wy też możecie tam kiedyś trafić... 
 

sobota, 28 lipca 2018

Kto odpowiada za zakup przesłany listem zwykłym?

Ktokolwiek kupował na Allegro z pewnością zna opisy z aukcji albo maile przesyłane mu po zakupie z informacją o tym, że listy zwykłe giną i sprzedawca nie ma na to wpływu. I choć jedno i drugie jest prawdą, to wcale to nie oznacza, że sprzedający za taki list nie odpowiada.
 
Często kupuję książki, odzież, jakieś drobiazgi do roweru, narzędzia i temu podobne. Większość tych rzeczy spokojnie mieści się w liście. Z racji ich relatywnie niskiej wartości wolę wybierać przesyłki najtańsze, paczkę w Ruchu, paczkomat albo list ekonomiczny. Właśnie przy korzystaniu z tego ostatniego sposobu często natykam się na ostrzeżenia, uwagi i sugestie, aby zmienić formę transportu. NIGDY tego nie robię. I już nawet nie dlatego, że stara książka za trzy złote albo podkoszulek za piętnaście "nie zasługują" na coś lepszego, ale dlatego, że nie ma ku takiej zmianie żadnych realnych podstaw.
 
Sposoby dostawy dobiera sprzedawca adekwatnie do wymiarów, wartości i innego rodzaju specyfiki towaru. Proponując określone formy wysyłki pośrednio sam przyznaje, że spełniają one potrzebne warunki i zapewniają bezpieczeństwo tak towaru sensu stricto jak i samego doręczenia. Aukcja jest zatem zamkniętą całością -  ktoś oferuje nam towar X wespół z możliwymi formami dostawy, na przykład Y czy Z. Dokonując wyboru cały czas mieścimy się w ofercie sprzedającego, w tym co on nam, a nie my jemu zaproponowaliśmy. A zatem sprzedawca odpowiada tak samo za przesyłkę kurierską jak i za list ekonomiczny. Brak możliwości reklamowania tego drugiego u przewoźnika niczego tu nie zmienia. Tak samo zresztą jak nieważne od początku do końca są zapisy w rodzaju "za list ekonomiczny nie ponosimy odpowiedzialności" albo "wysyłka listem zwykłym na wyłączną odpowiedzialność kupującego".
 
Sprzedawca ZAWSZE odpowiada za towar, w tym jego uszkodzenie w trakcie dostawy do momentu otrzymania go przez kupującego.
 
Podstawą prawną jest tutaj artykuł 548 Kodeksu Cywilnego a jej uzasadnienie bardziej przystępnym językiem ułożył dla nas nieoceniony UOKIK (LINK)
 
Pamiętajmy też o tym, że brak dowodu odebrania przesyłki nie oznacza, że nie możemy walczyć o swoje prawa w przypadku gdy nam jej nie dostarczono. Kierując sprawę czy to na policję czy też tylko do sporu w serwisie Allegro (lub innym) ponosimy przecież, a może dokładniej, godzimy się ponieść odpowiedzialność za podanie nieprawdy. A więc upraszczając tu naszym dowodem jest nasze słowo.
 
I jeszcze kwestia samego doręczania, nieco może poboczna, ale nie najmniej ważna. Niektórzy sprzedawcy sugerują, że odpowiednio większy gabaryt listu oznaczać może, że utknie on gdzieś w urzędzie pocztowym i ani nikt go nam nie doręczy ani nie zaawizuje. Jest to bzdura. Po pierwsze awizuje się każdą przesyłkę i to więcej niż raz. Po drugie gabaryt może spowodować co prawda, że listonosz od awiza zacznie i tutaj wściekanie się, że byliśmy w domu nic nam nie da, albowiem przesyłki co do których jasnym jest, że nie wejdą do skrzynki nie muszą być przez niego taskane w torbie, ale i tak awizacja jest jego obowiązkiem.
 
***
 
Kupiłem przedmiot z wysyłką listem ekonomicznym.
Przesyłki nie otrzymałem.
 
1. Kontaktuję się ze sprzedawcą. Proszę o informację, kiedy list został wysłany. Sprzedawca posiada księgę nadań, w której, mimo, że list był zwykły, są moje dane adresowe, data wysłania oraz stempel poczty (oznacza to nota bene, że można na upartego reklamować niewykonanie usługi właśnie przez pocztę, ale to w tej chwili zostawmy) więc mogę go poprosić o przesłanie zdjęcia tegoż dokumentu jako dowodu.
2. W swoim urzędzie pocztowym sprawdzam czy nie oczekuje na mnie jakaś spóźniona przesyłka, ewentualnie czy jej gabaryt nie spowodował, że pozostała tam bez próby doręczenia.
3. Ponownie kontaktuję się ze sprzedawcą jeśli nie otrzymałem przesyłki i informuję go, że jest jego obowiązkiem mi ją dostarczyć lub oddać pełną wpłatę. W razie odmowy zakładam spór na Allegro oraz/lub przygotowuję się do złożenia wniosku na policję. Racja jest po mojej stronie, prawo także.
 
Nie dajmy się spryciarzom manipulować!

sobota, 7 lipca 2018

Jazda bez trzymanki

Katowickie rowery są w coraz gorszym stanie. Pisałem już o tym parokrotnie, ale dziś podkreślić chciałbym inny niż tylko estetyczno użytkowy aspekt problemu. Jest nim nasze, użytkowników, zdrowie i życie. O ile bowiem rower odrapany czy skrzypiący może irytować, a kiwający się koszyk na przykład uniemożliwić przewiezienie czegoś, o tyle uszkodzone hamulce czy przerzutki, to już realne zagrożenie na drodze. O tym zdaje się operatorzy zapomnieli.

Co najmniej kilka razy w tym roku trafiłem na rowery, w których przedni hamulec był de facto atrapą. Owszem, pozwalał trochę zwolnić, ale zatrzymać się już nie. Wyobraźmy sobie, że ktoś przyzwyczajony z większości obecnie rowerów do hamulców tylko ręcznych zapragnie z niego skorzystać w sytuacji zagrożenia... Przekombinowane? Nie sądzę, ale w porządku, może wobec tego inaczej. Niech nam przy jeździe z ostrej góry spadnie łańcuch...

Przerzutki to w ogóle osobny temat. Zmorą miejskich rowerów jest brak któregoś biegu, z przewagą najważniejszego, czyli dwójki. Osobiście takie rowery zwykle odstawiam od razu, ale czasem jakieś usterki dają o sobie znać dopiero podczas jazdy i co wtedy? Przykład? Służę. Jadę na trójce (najszybciej, z największym zużyciem siły), dojeżdżam do skrzyżowania, redukuję na "składakowo miejską" dwójkę i czekam na zielone światło. Potem ruszam, przyspieszam i chcę znów wrzucić najszybszy bieg, bo w końcu nie jadę samochodem i nie mogę wlec się zbyt długo, gdy zielone zaraz gaśnie. Zamiast trójki słyszę strzały (w czternastej sekundzie, ha ha ha) i nagle mam jedynkę. Nextbike ode mnie również. Albowiem gdyby ktoś nie wiedział pierwszy bieg oznacza, że kręcę jak oszalały, a ledwo jadę. A rzecz dzieje się, przypominam, na środku skrzyżowania. Pomijam już przy tym nawet zaburzenie równowagi grożące wywrotką, gdy naciskając pedały zamiast stawiającej typowy opór dwójki wpadnie nam jedynka.

Jeżeli rowery miejskie serwisowane są tylko po zgłoszeniu użytkowników albo po tym jak w systemie ktoś zarejestruje, że dany egzemplarz stoi np. trzy dni i nic, to pozostaje nam czekać na tragedię. Bo ona nastąpi prędzej czy później. I niczego nie zmienia tu fakt, że za większością awarii z pewnością stoją demolujący z wielkim zaangażowaniem nasze rowerki wszelacy Janusze i Sebixy o Grażynach i Karynach nawet nie wspominając.

Za to płacimy operatorowi by móc jeździć, ale przede wszystkim płacimy za to, żeby móc jeździć bezpiecznie.

I dopóki nie pojawią się kontrole stałe i częste (a w każdym razie dużo częstsze niż obecnie), w czasie których mechanik na danej stacji będzie MUSIAŁ zrobić na każdym z rowerów paru kółeczek dla próby, dopóty stąpać, pardon, jechać, będziemy wszyscy na krawędzi przepaści.


===============================
POZA KONKURSEM

Od niedawna pojawiły się w ofercie Nextbike'a rowery towarowe, zwane nie wiedzieć czemu z hiszpańsko angielska rowerami cargo. Wynalazek ten, skądinąd bardzo pomysłowy i potrzebny,  przypiąć można przy zdawaniu jedynie do skrajnego słupka i to łańcuszkiem, bo mój przynajmniej egzemplarz bolca do zatrzasku nie posiadał. I teraz zaczynają się schody. Oddanie roweru z przypięciem łańcuszkiem nie jest możliwe jeśli są wolne zamki, a wolne zamki nie pozwalają towarowego wpiąć, bo ten z kolei jest w tej kwestii jakby wykastrowany :)

Aplikacja mobilna nie pomaga, terminal także, a telefon do biura obsługi wymaga płacenia, czekania, podania iluś danych osobistych i gimnastyki by usłyszeć konsultanta, któremu chyba kupiono mikrofon na targowisku staroci...

Lubię to!


Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.