piątek, 28 stycznia 2011
Świadectwo
Czasem, gdy kupujemy większe mieszkanie, szybsze auto albo wyjeżdżamy na bardziej egzotyczne wakacje zdarza nam się mówić „teraz moje życie jest lepsze”, choć sami wiemy, że oznacza to tylko łatwiejsze, przyjemniejsze, nowocześniejsze, czy też bogatsze. Bo czym jest dobre życie? Jak je można określić?
Czy żywot pachnącego drogimi kosmetykami przystojnego biznesmena jest lepszy od życia na przykład hydraulika? Gdybyśmy oceniali ich możliwości, klasę, wykształcenie czy stan konta zapewne każdy z nas przytaknąłby bez wahania. Ale czy słusznie?
Dobre życie.
Kiedy się słyszy takie słowa kojarzy nam się to z kimś wielkim, może odważnym, a na pewno nietuzinkowym. Święty Mikołaj? No tak. Tylko, że to też nie ta miara lepszości.
A zatem co nią jest? Skoro nie pieniądze i przedmioty to może np. założenie własnej rodziny? Posiadanie dzieci? Religijność? Pracowitość?
Nie.
Nie?!
Właśnie nie.
Te bezsprzecznie ważne i trudne wyzwania są tylko fragmentami wielkiej budowli. Ileż to razy z doskonałych materiałów budowano jednak brzydkie i niewygodne budynki? Jak często marnowano mocne fundamenty tworząc na oślep i bez wizji?
Oceniamy zbyt często wartość naszego życia myląc ją z jego jakością, z którą nie ma nic wspólnego. Wydaje nam się, że osiąganie kolejnych celów, wyższych, ważniejszych, bardziej skomplikowanych do zrealizowania świadczy o nas lepiej. I czując podskórnie, że to chyba nie do końca tak, jednak ulegamy temu złudzeniu.
A dobrego życia żaden z nas nie zagwarantuje sobie CZYMŚ. Ono jest ciągłością, codziennym wyzwaniem i codzienną pracą. Jest skutkiem naszych porażek i wygranych, naszych słów i naszego milczenia, naszych zaniechań i wybiegnięć przed szereg. Jest sumą wszystkich dni, jakie dane nam było przeżyć.
Na imię mu Człowiek.
To w tym Człowieku, który może być każdym: żoną, mężem, córką, synem, matką, ojcem, przyjaciółką, przyjacielem, ale zawsze jednak kimś znającym nas nie miesiąc, rok czy dwa, ale lat dziesiątki, znajdziemy kiedyś odpowiedź.
I będzie to jedna z niewielu chwil, gdy miliony minut i tysiące dni wspólnej, acz wyboistej drogi ktoś jednym słowem, uśmiechem albo tylko spojrzeniem w oczy oceni, doceni i choćby swoim istnieniem podniesie do rangi naprawdę DOBREGO ŻYCIA.
Oby nam się jak najwięcej takich ludzi przytrafiło...
czwartek, 27 stycznia 2011
Pewnego lata w Zakopanem
Mam w domu kilka takich książek, które, choć dobrze się je czyta dalekie są jednak od moich zainteresowań i pojawiły się na regale wyłącznie ze względów hmm… historyczno sentymentalnych. O dwóch z nich, Opowieściach z dreszczykiem i Książce kucharskiej dla samotnych i zakochanych już kiedyś wspominałem. Pora na kolejną.
Ryszard Marek Groński - Kropla deszczu na dłoni
Łańcuszek moich skojarzeń zaczął się od jakiejś wypatrzonej na Allegro książki dla dzieci ilustrowanej przez niepowtarzalnego Bohdana Butenkę, a może też po części od zapamiętanego jakimś cudem opisu śniadania, który od zawsze powodował u mnie ślinotok nie tyle chyba przez jakąś wybitną wyjątkowość, ile raczej właśnie „pragmatyczną” smakowitość:
„Śniadanie było obfite: jajka na miękko, żółty ser, biały ser, szynka, dżem, miód. No i pieczywo. Słowo daję: tak dobrego pieczywa nigdy nie jadłem.
-Bo w Warszawie nigdy nie dowożą chrupu – zauważył stary”
Czytając te słowa w mrokach stanu wojennego wyobrażałem sobie taką szynkę i taki twarożek…
I niestety na wyobrażeniach musiałem jeszcze parę lat bazować, bo szynkę w Polsce jadło się wtedy dwa razy w roku.
I dziś, a dokładniej kilka dni temu ten obrazek kreślony charakterystyczną kreską plus odwieczna miłość do… twarożku właśnie przypomniały mi coś, co wyciągnęło mnie z łóżka w środku nocy i kazało wyszukać w Internecie książeczkę o tytule już wyżej wspomnianym napisaną w latach siedemdziesiątych przez Ryszarda Marka Grońskiego.
Właściwie to znów tylko kwestia emocji, bo na dobrą sprawę poza kolorem okładki, autorem oraz ilustratorem, a także smakowitym sniadaniem ;) nie pamiętałem zbyt wiele. Ale mimo to uśmiechnąłem się, gdy udało mi się po kilku minutach znaleźć i kupić upragniony ni stąd ni zowąd zeszycik.
Kiedy czytałem go po raz pierwszy? Zapewne w okolicach 1982 roku plus minus, czyli dawno. Oczywiście w piwnicy, podczas prania. O tym też już opowiadałem.
Mieliśmy tam takie pudło pełne np. Widnokręgów, Magazynów Polskich (polecam wydać parę złotych i kupić sobie kilka numerów najlepiej z lat 60 lub 70) starych książek i tygodników, które spełniały rolę mojej rozrywki w czasie, gdy mama robiła pranie. I tak siedząc na nieśmiertelnej skrzyni z ziemniakami i podjadając np. truskawki z kompotu odkrywałem przygody Ferdynanda Wspaniałego, Gapiszona, Gucia i Cezara, Tytusa, Romka i A’tomka oraz smaki śniadania w górskim pensjonacie. ;)
Gdybym miał w największym skrócie opisać ten tomik powiedziałbym, że jest skrzyżowaniem przygód kapitana Żbika i bohaterów… Podróży za jeden uśmiech. Ot, taka przygoda z milicyjnym morałem w tle. Za to świetnie napisana, genialnie zilustrowana i pełna różnych smaczków, których urok działa na czytelnika i dziś mimo upływu wielu lat.
Gdybym miał w największym skrócie opisać ten tomik powiedziałbym, że jest skrzyżowaniem przygód kapitana Żbika i bohaterów… Podróży za jeden uśmiech. Ot, taka przygoda z milicyjnym morałem w tle. Za to świetnie napisana, genialnie zilustrowana i pełna różnych smaczków, których urok działa na czytelnika i dziś mimo upływu wielu lat.
A zaczyna się od tego, że syn milicjanta wraz ze swoim ojcem jadą na wakacje do Zakopanego. Od początku jest dziwnie, bo chłopak był już spakowany na obóz, a tu nagle tata zarządził zmianę planów. I mało tego, gdy już dojechali na miejsce uprzedził go, że od dziś, gdyby ktoś pytał, jest oficjalnie szefem fabryki zabawek Kubuś…
Gdy zaś okazało się, że w bagażach ojca jest także służbowy pistolet i dwa magazynki, wiadomo już było, że to nie będą zwykłe wakacje…
Polecam z całą odpowiedzialnością.
wtorek, 25 stycznia 2011
Od sera do bohatera
Opowiadając mniej lub bardziej znajomym o swoich wojnach i wojenkach często spotykam się z opinią, że to tylko wydziwianie i że nie zawsze wobec wszystkiego, co nie jest w porządku należy się buntować. Wszak jest różnica pomiędzy oszukującym pracodawcą, a nieświeżymi wafelkami, twierdzą na przykład moi rozmówcy. I tutaj mówię im NIE. Nie ma żadnej różnicy.
Nie po to ustalono jakieś zasady, abyśmy potem akceptowali ich łamanie. Skoro więc coś ma być, to i być powinno. A przynajmniej mamy prawo się tego domagać.
Prawie dokładnie rok temu w jednym z obiektów (ach, jak ja lubię tą wojskową nomenklaturę w portierstwie!) poznałem kolegę, który w kilka godzin zdobył moją sympatię, gdy po dłuższej rozmowie o błędach i wypaczeniach wszelakich wyłożył mi przed nos taki oto druk.
Ktoś powiedziałby: a cóż to za bzdura? Gościu poleciał z kawałkiem sera do ekspertyzy?! Nudziło mu się, czy jak?
Nie, to nie takie proste.
Gościu, jeżeli zostaniemy już przy tym nazewnictwie, stwierdził tylko że nie za to płaci w sklepie, aby mu sprzedawano nieświeży towar. I miał w tym świętą rację. Inna sprawa jak zadziałała Inspekcja Sanitarna, ale tutaj akurat po kilkunastu doświadczeniach np. z PIP nie jestem zdziwiony. To tak funkcjonuje. Nieważne. Sednem jest, że ktoś, kto zobaczył lub doświadczył czegoś, co jest niezgodne z tym co być powinno, pojął także, że na pensję załogi marketu składa się również jego wpłata w kasie i że w związku z tym ma prawo oczekiwać poważnego traktowania swojej osoby, że już o serze nie wspomnę.
I zadziałał, za co go bardzo szanuję.
Nie możemy, wręcz nie mamy prawa narzekać na nieodśnieżone chodniki czy niedoświetlone ulice, siną kiełbasę, czy zdemolowany przystanek, jeżeli nie dopełnimy tego najprostszego obywatelskiego obowiązku jakim jest aktywność własna w tych i każdej innej możliwej kwestii.
Jak już wcześniej wspominałem siłą rzeczy (i może to i dobrze) rzadko kiedy zdarzy się nam przygoda rodem z kina, najczęściej będą to właśnie stare sery, zdemolowane przystanki i niedogrzane pociągi, ale w niczym nie usprawiedliwia to naszej wobec nich obojętności.
Dwa błahe przykłady.
Piąta dwadzieścia rano. Idę na przystanek autobusowy i dłoń ma odziana co prawda w rękawiczkę zamiast z przyciskiem na słupku świateł styka się z… czarną dziurą, z której wystają tylko smętne kabelki. Razem ze mną przechodzą przez ulicę cztery osoby. I one przechodzą, a ja okręcam się wokół wspomnianego słupka niczym Demi Moore w najlepszych latach i odnajduję naklejkę z numerem telefonu alarmowego pod który ma się rozumieć zaraz dzwonię. A przypominam, że mamy piątą dwadzieścia rano.
Po kilku godzinach telefonicznie robię mały „research” i dowiaduję się, że usterkę usunięto już przed dziewiątą. I co? Dużo mnie kosztował ten telefon?
Sobotni wieczór w obcym mieście. Maszeruję raźno na przystanek (zbieżność przystankowa przypadkowa) i oto widzę, że autobus, na który według rozkładu (to dobre określenie, gdy mowa o naszej komunikacji) powinienem poczekać jakieś dwie minuty właśnie nadjeżdża i nawet nie zwalniając przy zatoczce pruje dalej ignorując moje rozpaczliwe tańce i machanie rękami na chodniku…
Pośpiech pana kierowcy kosztuje mnie godzinne opóźnienie. Ale nic to. Co się odwlecze…
Około chyba północy znajduję sobie w necie stronę miłościwie mnie nie przewożącego przedsiębiorstwa i…
Po dwóch dniach dostaję prośbę o dosłanie pełnych danych adresowych (było tylko imię i nazwisko), a dziś znajduję w skrzynce to…
Czy to wszystko ma sens? Czy to jest potrzebne? Czy to jest ważne?
Tak! Trzy razy tak.
Jeżeli ja wykonuję swoje obowiązki (cokolwiek bym myślał o nich prywatnie) tak jak należy, to tym samym „zyskuję” prawo do wymagania tego samego od innych.
A że nie wszyscy są portierami, to raz wojować trzeba o żółty serek, a innym razem o uciekający autobus. Ale trzeba. Jak to mawiał Boguś Linda - „w imię zasad!” ;)
piątek, 21 stycznia 2011
Ciało
Środek nocy. Lekki mróz i drobny śnieżek. Wszechobecna ciemność przerywana gdzieniegdzie zduszonym światłem ulicznych latarń. Cisza. I tylko tam ktoś nerwowo pokrzykuje. Jeden głos, drugi. Po chwili oba milkną. Z daleka widać otwarte drzwi i wygięte w wysiłku plecy dwóch mężczyzn. Prostują się, to znów pochylają nad czymś. Przymierzają do czegoś.
Po kilkunastu sekundach wreszcie to mają. Zdecydowanym ruchem zaczynają się cofać.
Łup! Nogi uderzają o stopień. I o następny. Trach! To już ziemia. Bezwładne ciało szoruje po brudnym, z lekka zaśnieżonym asfalcie. Jeszcze parę metrów… Jest! Już leży pod płotem. Głowa opada w śnieg. Mężczyźni wsiadają do swoich pojazdów i po chwili odjeżdżają. Przyglądająca się z kilkunastu metrów ich towarzyszka ze znudzoną miną cofa się do wnętrza ciepłego budynku.
Ciało leży tam, gdzie je rzucono. Bez ruchu i bez głosu.
Ciało?!
Nie. To jeszcze nie ciało. To żywy człowiek. Pijany w sztok, ale niewątpliwie żyjący. Widać jak po zetknięciu z zimnem ulicy próbuje podnieść się, chociaż usiąść. Nie daje rady. Uniósł tylko z trudem głowę, rozejrzał się, wysunął rękę. Odjechała w śniegu. Tułów wolno przechyla się trąc po ogrodzeniowej siatce. Pac!
Ale spokojnie, to nie jest wojna. To także nie marny dreszczowiec. Tak zachowują się dwaj motorniczowie usiłujący pozbyć się przy zjeździe do jednej ze swoich baz nietrzeźwego pasażera. Oni z pewnością nie są źli, nie chcą nikogo skrzywdzić, nie mają złych zamiarów. Im po prostu kończy się dniówka.
A ten tutaj, cóż… I tak nic nie wie i niczego nie widzi.
---------
Post scriptum
Wprawdzie po pięciu minutach pojawili się przy bramie dwaj pracownicy pomocy technicznej i już "normalnie" wyprowadzili pijanego z firmy, a później ułożyli na ławce przystanku tramwajowego skąd po kolejnych 10 minutach zabrała go policja, ale mój tekst, moje oburzenie oraz przesłany władzom przedsiębiorstwa tramwajowego mail (powyżej jego fragment) dotyczą przede wszystkim znieczulicy motorniczych biorących udział w tym incydencie.
Uprzedzając ewentualne domysły od razu informuję, że w takich sytuacjach zawsze podpisuję się pełnym imieniem i nazwiskiem oraz używam adekwatnego adresu e mail.
Dodano 3 lutego 2011.
-----
Dopisek Portiera:
Niniejszym oświadczam z całą odpowiedzialnością, że motorniczowie KŁAMALI. Pijany nie został przez nich wyprowadzony, a był wleczony po ziemi, a wcześniej de facto zrzucony dolną połową ciała z podłogi tramwaju na asfalt. Nikt też nie posadził go pod płotem, ponieważ został UPUSZCZONY i tak pozostawiony sam sobie, mimo, że w odległości kilku metrów był ogrzewany budynek. W żadnym też razie jego tusza nie była przeszkodą w normalnym wyprowadzeniu go, czego dowodzi chociażby fakt, że pracownicy pomocy technicznej, a później policjanci zrobili to bez większego wysiłku.
Etykiety:
absurdy,
człowiek,
interwencje,
łamanie prawa,
noc,
praca,
smutek
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Kod dostępu
Ładnych już kilka lat temu zdarzyło mi się pomagać przy przeprowadzce moich rodziców, w tym także przy wszystkich sprawach papierkowych z tą operacją związanych. Jedną z nich było przerejestrowanie ich do nowego lekarza, czyli po polskiemu przeniesienie kartoteki.
Wyglądało to tak, że wypisałem jakieś druczki i właśnie owe druczki, a nie kartoteki właściwe zawiozłem do nowej przychodni. Reszty dokonała nasza kochana Poczta Polska albo też ktoś inny, niemniej jednak absolutnie bez mojego udziału.
Trochę to śmieszne, a może i dziwaczne, ale powiedzmy, że obiektywnie dające się wytłumaczyć. Pacjent nie ma możliwości zmiany, skopiowania czy „poprawienia” czegokolwiek w swojej karcie, ani nawet poczytania, co też tam lekarz prowadzący na jego temat wypisuje. W porządku.
A teraz mamy rok 2011 i powtórkę z rozrywki w ramach której niżej podpisany ma dostarczyć specjaliście swoją kartotekę od lekarza rodzinnego oraz… innego specjalisty.
Miejmy nadzieję, że od dawna zapowiadane wprowadzenie CRUM (Centralnego Rejestru Usług Medycznych) zdejmie kiedyś z nas, pacjentów, rolę gońców pomiędzy przychodniami. Na razie jednak do tego daleko i jest jak jest, znaczy jest jak było. Za króla Ćwieczka.
Przychodnia pierwsza.
-Chciałbym wypożyczyć kartotekę.
-Jak nazwisko?
- […]
-Zaraz… O, jest! Proszę.
-Mam się wylegitymować jakoś czy coś?
-Nieee… Po co? Tu mi pan parafkę da tylko.
Proszę się skoncentrować. Nie pokazałem żadnego dokumentu, ani nawet karty ubezpieczenia, nie podałem adresu zamieszkania, ani powodu wypożyczania swojej teczki, a dostałem ją za potwierdzeniem w formie parafki w zwykłym szkolnym zeszycie.
Co oznacza w praktyce, że wystarczy wiedzieć, że np. leczy się tam mój szef albo znajomy, wróg albo piękna sąsiadka i… już! Za jedną parafką dowiem się o nich wszystkiego.
Ładnie, prawda?
No to teraz przychodnia druga. Tu z pozoru jest lepiej. Na pytanie o zasady wypożyczania kartotek panie tylko się uśmiechają.
-Nie ma takiej możliwości.
-Ale ja muszę! Mój lekarz […] chciał porównać wyniki…
-U nas pacjent nie dostaje dokumentów do rąk (Proszę zapamiętać to zdanie! – dop. Portiera). Możemy co najwyżej dać panu kopię z pieczątką „za zgodność”. Może być?
-Tak, oczywiście. To ja poproszę.
-Ok. Niech pan pójdzie z tym do pokoju […] i powie żeby panu skserowali i podbili. Proszę. (A teraz wracamy do zdania, które podkreśliłem! – Portier)
I cóż? I mam! No wiem, nie wolno mi wyjść z tym za próg przychodni…
Ha ha ha!
Tutaj także nikt nie poprosił o dokumenty. W ogóle pomijając moją pierwszą wizytę (w tej przychodni) później już nikt NIGDY nie pytał mnie nawet o kartę chipową, że już o danych adresowych nie wspomnę.
Ktoś chce zobaczyć czy migrena kolegi była migreną czy też zwykłym kacem? A może interesuje Was ta ruda, wiecie, z działu piątego? Ma już tą czterdziechę czy nie ma?
W obu opisanych przychodniach rzecz jasna byłem tylko potulnym (?) petentem, który pożyczył, co miał pożyczyć, zaniósł, gdzie miał zanieść i zwrócił, co miał zwrócić, ale łapię się na tym, że ileś już lat pracy w ochronie (której nie lubię!!!) wyrobiło we mnie taki właśnie „nos” do wyszukiwania słabych punktów.
I o dziwo, najczęściej okazuje się, że tam, gdzie pozornie są nawet jakieś przemyślane procedury, monitoring, dmuchanie na zimne itp., tam także człowiek, jako najsłabszy punkt układanki najszybciej zawodzi.
I o dziwo, najczęściej okazuje się, że tam, gdzie pozornie są nawet jakieś przemyślane procedury, monitoring, dmuchanie na zimne itp., tam także człowiek, jako najsłabszy punkt układanki najszybciej zawodzi.
Będę tu o tym opowiadał od czasu do czasu.
sobota, 15 stycznia 2011
10 razy P
Dawno dawno temu w pewnej klasie pewnej szkoły pewien nauczyciel "wybierał" klasowy samorząd. Przezornie pogrążyłem się w lekturze czegokolwiek, żeby być dla niego stuprocentowo offline i wtedy poczułem jak kładzie mi rękę na ramieniu ;)
-O! I tego kolegę proponuję, bo on taki spokojny!
10 dziwnych rzeczy o i bez tego dziwnym Portierze...
Czekdysaut!
1. Nie wiem gdzie jest lewo, a gdzie prawo, choć nie przeszkadza mi to w wyborach powszechnych. Chyba.
2. Lubię twarożek. Mogę go jeść 367 dni w roku w różnych kombinacjach, które tworzę na bieżąco.
3. Od piętnastu lat nie byłem na chorobowym, a mimo to jestem chory jak mam rano wstawać do pracy.
4. Ilość kotów jakie przewinęły się przez moje życie jest porównywalna tylko z ilością komputerów. Aktualnie mam jednych i drugich na wszelki wypadek po dwa.
5. Nie mam problemów z nawijaniem przez telefon np. dwie godziny. Bateria w mojej komórce takowe miewa.
6. Uwielbiam stare strychy i piwnice pełne szpargałów, w ogóle zresztą przeszłość, zagubionych w świecie ludzi, wspomnienia, opuszczone budynki, nieprzydatne na nic sprzęty.
7. Zawsze dogadywałem się bezproblemowo z kobietami, dziećmi i kotami. Z facetami (zwłaszcza tzw. "typowymi") znacznie trudniej...
8. Jestem jedynym portierem, o którym oficjalny biuletyn wyższej uczelni wspomniał kiedykolwiek w rubryce „Przeczytaliśmy”. Może to dlatego już tam nie pracuję? ;)
9. W 1989 roku „przemycałem” krówki do Budapesztu. Jak to określił jeden z tamtejszych „Cukorka dla mały człowiek”
10. Nienawidzę krówek. Pokochałem Budapeszt.
piątek, 14 stycznia 2011
czwartek, 13 stycznia 2011
Prywatne śledztwo
Mój pierwszy raz?
Zdaje się lata osiemdziesiąte i chyba ta słynna emka, czyli magnetofon kasetowy zakupiony z narażeniem życia i zdrowia za wystękane od rodziców pieniądze.
Zepsuł się. Po dwóch dniach.
Jaki to był cios dla początkującego audiofila ;) nietrudno sobie wyobrazić. Następnego ranka byłem w sklepie zaraz po otwarciu. Formułkę, którą miałem tam wygłosić dla pewności spisałem sobie na kartce i wykułem na blachę. Oczywiście wymienili mi bezproblemowo. Należy tu zauważyć, że w tamtych czasach można było oddać coś na zasadzie „bo nie i już” i też przyjmowali. Pamiętam jak w ten sposób jeszcze lata wcześniej niż magnetofon wymieniałem pluszowego misia na autobus, a następnie autobus na innego misia, aż wreszcie… skończyło się na misiu początkowym. Przy kolejnym podejściu pani z kiosku tylko zasunęła szybę na mój widok!
Jaki to był cios dla początkującego audiofila ;) nietrudno sobie wyobrazić. Następnego ranka byłem w sklepie zaraz po otwarciu. Formułkę, którą miałem tam wygłosić dla pewności spisałem sobie na kartce i wykułem na blachę. Oczywiście wymienili mi bezproblemowo. Należy tu zauważyć, że w tamtych czasach można było oddać coś na zasadzie „bo nie i już” i też przyjmowali. Pamiętam jak w ten sposób jeszcze lata wcześniej niż magnetofon wymieniałem pluszowego misia na autobus, a następnie autobus na innego misia, aż wreszcie… skończyło się na misiu początkowym. Przy kolejnym podejściu pani z kiosku tylko zasunęła szybę na mój widok!
A więc jednak miś był pierwszy. Hmm…
Nie wiem skąd wzięły się u mnie, osoby z natury cichej i nieśmiałej, pokłady determinacji i nierzadko odwagi cywilnej, które pomagają mi w życiu walczyć o swoje. W każdym razie mam tego sporo i od dawna.
Mieszkając jeszcze z rodzicami zawsze to ja odpisywałem na urzędowe listy albo zajmowałem się wszelakimi reklamacjami wszystkiego począwszy od nieświeżej musztardy do zadrapanego telewizora. I to bynajmniej nie dlatego, że moi rodzice nie potrafili takich spraw okiełznać, skądże, robiłem to, ponieważ budził się we mnie szatan, gdy widziałem, że coś jest nie tak.
Proszę sobie wyobrazić miny pań w biurze np. spółdzielni mieszkaniowej na widok perorującego trzynastolatka z plikiem papierów pod pachą! „Przecież myśmy to wpłacili, o widzi pani, tutaj, a dostajemy jakieś upomnienia co i rusz!”
Dopóki byłem uczniem, zajmowałem się, co chyba naturalne, bardziej sprawami rodziców i naszymi wspólnymi, a mniej miałem „zleceń własnych”, ale gdy zacząłem pracę powód do kolejnej wojenki pojawił się prawie równocześnie z nią.
Jako klasowy prymus (ten od dobrych stopni, nie ten od herbaty na biwaku) przyjąłem się do pracy zaraz po zakończeniu roku szkolnego dobrowolnie wycinając sobie tym samym z życiorysu ostatnie pełne wakacje. Dostałem jakąś tam stawkę, zacząłem pracować (kiedyś o tym opowiem, bo to też historia) i wdrażałem się w bycie dorosłym. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Do czasu.
Po wakacjach dołączył do mnie kolega z klasy. Początkowa radość ze spotkania przygasła dramatycznie gdy okazało się że na jego umowie stawka zaszeregowania była o grupę wyższa. Oczywiście nie do niego miałem pretensje, ale do firmy, za to jednak całkiem spore. No bo jak to tak? Uczyliśmy się w tej samej szkole i klasie, mamy w tej samym zakładzie identyczne stanowiska, żaden z nas nie ukończył jakiegoś dodatkowego kursu czy nie posiada „ponadstandardowej” wiedzy, więc cóż nas różni?
Dyrektor.
Tak, tak. Dyrektor. Mnie przyjmował stary, a kolegę już jego następca. I już. I tyle.
Idę do kierownika, a potem do działu płac. Telefonuję do kogo się da. Nic. Skoro taka jest decyzja, to nie panu ją zmieniać, słyszę wszędzie jak echo.
No to zobaczymy.
Zanoszę do kancelarii pismo. Spokojnie, bez irytacji, ale ze słusznym oburzeniem wykładam w nim swoje racje. Pamiętam kluczowe zdanie: "Na dzień dzisiejszy nie ma więc żadnych podstaw do różnicowania nas, naszych kwalifikacji, możliwości, a więc co za tym idzie także stawek”
Następnego dnia wzywają mnie „na dywanik”. No toś sobie popracował – myślę.
Dyrektor uśmiechnięty huśta w dłoniach moją skargę.
-Mogę pana tylko przeprosić. Oczywiście ma pan rację. Już podpisałem decyzję o zmianie stawki.
-Ooo… Ten… no… dziękuję…
-Nie ma za co. Bardzo dobrze, że pan się z tym zgłosił. Mam takie pytanie tylko…
-Tak?
-Kto panu to pisał? Dział płac?
-Nie… Sam pisałem…
-No bo to świetne jest. Wie pan co? Mógłbym zostawić to sobie na wzór u siebie?
-Tak… jasne…
A zatem wygrałem. Z dyrektorem, nie tym najważniejszym wprawdzie, ale jednak ze ścisłej elity mojej kopalni. Mając ledwie siedemnaście lat na karku.
I tak już mi zostało. Pisanie, dzwonienie, domaganie się swojego. Tym mocniej, im bardziej sprawa wydawać by się mogła nierealna i tym odważniej im bardziej inni kapitulowali.
Rzecz jasna opowiadam dziś o samej (w pewnym sensie) asertywności jako takiej, bo nie da się ukryć, że wielkie sprawy nie zdarzały mi się co roku. Jak wspomniałem wyżej taka upartość jest we mnie tak samo szczera gdy maszeruję z „podejrzaną” wędliną do mięsnego jak i wtedy gdy wnoszę skargę na współpracownika jednej z najważniejszych osób na naszym kontynencie (a i to mi się zdarzyło).
Zapyta ktoś: a jak efekty? Zawsze wygrana?
Nie, oczywiście, że nie. Raz się wygrywa, trzy razy remisuje, a dwa przegrywa z kretesem, ale walczyć o swoje należy zawsze i bez wahania. Nawet jeśli jest się tylko szarym portierem. A może zwłaszcza wtedy.
Gdy przeglądam moje domowe archiwum i to papierowe w szafie i to elektroniczne na twardym dysku, spotykam tam różnych ludzi, lata i sytuacje. A to koleżance pomagałem wywalczyć wyższe alimenty, a to innej uświadomić firmę wodociągową, że projekt walnięcia przez środek czyjegoś podwórka rury wodnej dla całego osiedla jest… głupi, innym znów razem koledze tworzyłem przewracające do góry nogami całą sprawę pisma do Sądu Pracy (wygrał!), a już taki PIP, Urząd Skarbowy czy operatorzy telekomunikacyjni dorobili się u mnie własnych teczek albo folderów. O portierskim buncie w Akademii Medycznej wspominałem tu wielokrotnie, a to przecież (jako zapłon) też tylko ja i moje karteczki…
I myślę tak sobie o tych dekadach walki z wiatrakami idąc do sklepu spożywczego, w którym sprzedano mi dzisiejszego ranka (12.01) przeterminowane o kwartał (!!!) ciasteczka. Idę obmyślająć na szybko taktykę. Fotki ciastek mam, dyktafon w kieszeni włączony, jak będą kombinować robię zdjęcie sklepu, a jeszcze lepiej półek z owym przysmakiem zombi i dziś blog, a jutro Sanepid albo jeszcze coś…
Ale niestety…
Pani stwierdziła tylko, że ma słabe okulary (sic!), przeprosiła i przyjęła towar z powrotem.
Poczułem się jak dresiarz na widok kartki o remoncie siłowni.
Czego i Wam życzę.
Etykiety:
człowiek,
interwencje,
łamanie prawa,
praca,
wspomnienia
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.






