poniedziałek, 26 grudnia 2011
Opowiastka wigilijna
Jeżeli ktoś nie mając grosza przy duszy przejeżdża w Boże Narodzenie pół miasta, by nakarmić stado dzikich kotów, to zanim nazwiesz go szaleńcem, zadaj sobie pytanie, jak bardzo musi być samotny i jak nic nie warci są ludzie wokół niego, skoro w taki dzień potrzebuje kociego mruczenia by czuć się komuś naprawdę potrzebnym…
wtorek, 20 grudnia 2011
Czym zajmuje się portier?
Czym właściwie zajmuje się portier? wpisują czasem w wyszukiwarkę odwiedzający potem tą stronę.
Zupełnie jakbym słyszał mojego kierownika…
No czym się zajmuje…
Właśnie.
Być może jakimś zrządzeniem losu jesteś akurat osobą, która z racji wieku, stanu zdrowia, słabszego wykształcenia czy po prostu trudnej sytuacji na rynku pracy postanowiła spróbować swoich sił w branży ochrony (bo dodać należy że cywilni portierzy są dziś rzadsi niż uzębienie stulatka).
I teraz… o co w tym wszystkim chodzi?
Zacznijmy od tego, że ochroniarzem de iure jest tylko osoba posiadająca licencję i nie o takich tutaj piszę. Ręczę Ci za to, że 90 albo i więcej procent osób w ochroniarskich mundurach, jakie spotykasz w marketach, recepcjach biurowców, szpitali, szkół, na portierniach i w stróżówkach takiego dokumentu nie posiada i pewnie nigdy posiadać nie będzie. Są to „pracownicy ochrony bez licencji”, „strażnicy mienia”, „wartownicy” etc. Każda prawie firma stosuje tu własną nomenklaturę.
A zatem podpisałeś umowę, pobrałeś mundurek, przymierzyłeś go w domu czując się prawie jak kapitan Kloss i jutro zaczynasz… Co Cię czeka?
Zapewne ochroniarska unitarka, czyli stróżowanie na budowie. Od tego większość zaczyna. Sprawa jest prosta. Plac, barakowozy, w jednym z nich Ty, a całość obowiązków to najczęściej kilka lub kilkanaście obchodów terenu i doglądanie wszystkiego, co z Twojej strony płotu. Proste? Tylko Ci się zdaje! Pamiętaj o tym, że ani deszcz, ani śnieg, ani tym bardziej druga w nocy nie zwalniają Cię od marszu po glinie i błocie z niekończącym się np. przeliczaniem palet cegieł, paczek styropianu czy czego tam podobnego. Całym Twoim „uzbrojeniem” jest latarka, służbowa komórka lub krótkofalówka plus ewentualnie tzw. pilot antynapadowy, czyli urządzenie przekazujące sygnał alarmu do centrali monitoringu Twojego pracodawcy. Czasem można za pomocą tego czegoś także „poprosić o telefon” lub… odbić punkt obchodowy.
Co odbić?
Punkt.
Nie tylko Tobie o drugiej czy trzeciej w nocy zamykają się oczy. Przewidziano to. Żebyś zatem nie wpadł w objęcia Morfeusza, otrzymać możesz czasem coś nazywanego np. czujnikiem obchodowym. Ciekawy gadżet, jak sama nazwa wskazuje służący do „pikania” kolejnych punktów umieszczonych na trasie przemarszu. Jak wspomniałem urządzenie to występuje czasem jako jedna z funkcji pilota antynapadowego, ale często jest niezależne. Niektóre modele poprzez sieć GSM przekazują od razu sygnał do Twojej firmy i w ten sposób kontrolują Twoje… zaangażowanie, inne tylko zapisują kolejne odbicia w wewnętrznej pamięci. A cokolwiek (niecenzuralnego) zdarzy Ci się pomyśleć o takich i podobnych wynalazkach w środku nocy, mogą Ci one kiedyś uratować życie. Bierz to pod uwagę.
Wszystkie podjęte lub niepodjęte przez siebie działania, godziny obchodów i inne ważne z punktu widzenia służby sprawy zapisujesz w zeszycie raportowym i to jedno nie zmienia się niezależnie od tego czy pilnować miałbyś dwóch łopat i taczki czy też elektrowni atomowej, o ile takowa kiedykolwiek w naszym kraju powstanie.
Sprawdziłeś się? Może złapałeś Józka, co to wiesz, przez płot o szesnastej przerzucał wiertarkę albo pogoniłeś w nocy złomiarzy? A zatem masz szansę na awans. Kolejnym stopniem ochroniarskiego wtajemniczenia jest brama. Tak, masz rację, wymienianie tych stopni w CV nie poprawi Twojego wizerunku, ale nic na to nie poradzimy.
A zatem brama. Czegóż tutaj mogą od Ciebie wymagać?
Kontrola wjeżdżających i/lub tylko wyjeżdżających pojazdów, wypisywanie przepustek, sprawdzanie zgodności ładunku z zadeklarowanym (wprawka do pracy celnika!) i najczęściej odnotowywanie tego wszystkiego w dokumentacji wraz z godzinami wjazdu i wyjazdu oraz w przypadku dużych obiektów (np. wiele firm pod jednym adresem) celu wizyty. Dużym plusem jest fakt, że w takich miejscach albo nie robi się obchodów (bo co wtedy z bramą?) albo też robi się je jak najbardziej z racji kilkuosobowej obsady na jednej zmianie, co z kolei pozwala wymieniać się obowiązkami. Piloty, obchodowy i antynapadowy wciąż aktualne.
Wyższą formą jest brama z jak to się ładnie nazywa ruchem osobowym. I znów przepustki, sprawdzanie dokumentów, czasem bagażu a jako premia jeszcze nieuniknione w takiej sytuacji utarczki plus dziwni goście z dziwnymi sprawami o dziwnych porach. (Czwarta nad ranem. Zima. Do drzwi puka kloszard ze szklanką w ręce: „Herbatę poproszę!” Autentyk!!!)
Gdzieś pomiędzy budową a bramą umieściłbym pracę w markecie. Unikać jak ognia! Dwanaście lub w lepszych wersjach osiem godzin na nogach z oczami naokoło głowy jak to się bojowo określa „w służbie na linii kas”. Pilnowanie czy babcia zapłaciła za paczkę hamburgerów oraz czy wypchana kieszeń spodni pana w szarym dowodzi jego hmm… witalności czy też po prostu zakoszenia batonika z promocji…
Do tego nieodłączna słuchaweczka w uszach i teksty w rodzaju: „Ja szóstka, ja szóstka! Niech mnie ktoś podmieni, bo muszę pilnie iść siku! Aaaaa… już nie…”
Nie ma wprawdzie raczej bezpośredniego zagrożenia, że ktokolwiek każe Ci płacić za to, co kto inny ukradnie, a Ty nie upilnujesz, ale stałe bycie świadkiem dla policji i sądów możesz wpisać sobie do grafiku…
Tutaj znów uwaga. W marketach z natury rzeczy nie wypisuje się stosów papierków, przepustek, nie robi się też typowych obchodów (tylko patroluje swój kwadrat), a przy odpowiednio atrakcyjnym emploi można skupiać na sobie rozgrzane spojrzenia płci przeciwnej (czy jak tam kto woli – nie przeciwnej), które jednak najczęściej przestają być takowymi, gdy tylko zorientują się w wysokości pensji sklepowego Rambo…
Tutaj znów uwaga. W marketach z natury rzeczy nie wypisuje się stosów papierków, przepustek, nie robi się też typowych obchodów (tylko patroluje swój kwadrat), a przy odpowiednio atrakcyjnym emploi można skupiać na sobie rozgrzane spojrzenia płci przeciwnej (czy jak tam kto woli – nie przeciwnej), które jednak najczęściej przestają być takowymi, gdy tylko zorientują się w wysokości pensji sklepowego Rambo…
Szczebel wyżej stoi portiernia w budynku, taka rzekłbym klasycznie rozumiana. „Państwo Środka” można powiedzieć. Znamy, rozumiemy.
Może to być szkoła, wyższa uczelnia, szpital, biurowiec. Zależnie od sytuacji wypisujemy tu przepustki, zaznaczamy w dokumentacji cel wizyty, czasem łączymy rozmowy telefoniczne czy zajmujemy się przekazywaniem korespondencji. Głównie jednak wydajemy klucze i udzielamy informacji petentom. Po to w końcu Pan Bóg stworzył portierów.
W każdym z wymienionych wcześniej przypadków, ale w tym szczególnie pożądana jest dobra pamięć, spostrzegawczość i… kultura osobista. Nietuzinkowość i poczucie humoru będą dodatkowymi atutami (Niżej podpisany ma to wszystko – jeśli ktoś chce mnie zatrudnić, niekoniecznie jako portiera, proszę pisać na maila.)
Ważne. Licz się z tym, że praca na portierni nazwijmy ją „stacjonarnej”, takiej jak ta opisywana, nakłada na Ciebie konieczność przynajmniej częściowego zrozumienia gdzie jesteś ;) i kto jest kto. Nie ma mowy o myleniu lektoratu z rektoratem, a dyrektora z konserwatorem. Łatwe to nie jest z całą pewnością, gdy dodać, że mówimy nie o czterech czy pięciu biurach, a najczęściej o czterech lub więcej piętrach pełnych różnych działów i jeszcze różniejszych osobników wewnątrz…
Obchody, piloty, sprawdzanie zamknięć okien, drzwi, sytuacji w wc (???) i inne atrakcje nadal w standardzie.
Kolejna dygresja na temat moich własnych doświadczeń. Wciąż mam przed oczami minę pani dziekan w uniwersytecie, którą ściągałem kiedyś z domu w wigilię do zamknięcia okna w jej gabinecie. :))
I jak tam Szanowny Czytelniku? Nadal awansujesz? Moje gratulacje. Następnym stopniem jest Big Brother, czyli odmiana portierni takiej jak ta wspomniana przed chwilą, ale wzbogacona o monitoring. Niezależnie od tego jak prosta wydawała Ci się do dziś praca portiera wyobraź sobie sytuację, w której ktoś dzwoni pytając o dział kadr, za okienkiem ktoś drugi czeka na przepustkę, pod bramą trąbi auto, a na ekranie monitora widać przelatujące przez ogrodzenie pakunki…
C’est la vie!
Nie od rzeczy jest dodać, że poza orientacją, kulturą, dobrą pamięcią i zdrowymi nogami (monitoring wcale nie wyklucza obchodów „deptanych”) tutaj akurat konieczna już jest jakaś minimalna zdolność obsługi urządzeń elektronicznych, w tym czasem całkiem skomplikowanych. (Ale za to, jaka radość zerknąć w wolnej chwili jak Twój zmiennik całuje tą czarnulę spod siódemki za palemką w korytarzu!)
Wreszcie crème de la crème, czyli portiernia w urzędzie, która jest połączeniem wszystkiego tego, o czym wspominałem do tej pory plus jeszcze poziomu ogólnego (i wymagań) o niebo wyższych niż gdzie indziej. Setki kluczy, kilka co najmniej ekranów monitoringu, dziesiątki kamer, przepustki, informacja, korespondencja, telefony…
Czy zdziwisz się, że zawalając coś TAM możesz jednak szybko wrócić do pilnowania barakowozów przy wykopach za miastem?
I tak w kółko.
Spokojnej służby!
piątek, 16 grudnia 2011
Realiści w krainie marzeń
W zasadzie to jeszcze jakieś trzy, no bądźmy szczerzy, cztery miesiące i wracam. W góry.
Zaopatrzyłem się już w nowy plecak i buty, a czekając na wiosnę studiuję przewodniki, mapy i blogi oraz jak przystało na prawdziwego podróżnika rozmyślam. I w trakcie tej właśnie czynności powrócił do mnie obraz zoranych kołami ciężkich maszyn stoków Klimczoka i Skrzycznego, wytyczonych tam w poprzek szlakom obrzydliwych, wysypanych grubym kamieniem dróg i przede wszystkim wycinki drzew na skalę, jakiej z lat wcześniejszych nie pamiętam. A ponieważ Portier nie byłby sobą, gdyby raz na jakiś czas nie napisał gdzieś jakiegoś „uprzejmego donosu”, postanowiłem zasięgnąć języka u źródła, czyli w Okręgowej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach, której Bielsko z przyległościami podlega. Bo nie ukrywam, pierwsza myśl była taka, że to drapieżny kapitalizm i chęć zysku włażą z butami na beskidzkie zbocza i zamieniają je w pustynię.
Jako się więc rzekło odnalazłem w Internecie przedsiębiorstwo wyżej wspomniane i wybrałem wedle swojej oceny najwłaściwszego adresata, czyli Dział Ochrony Lasów. I tam właśnie w krótkim liście zwróciłem się z prośbą o wyjaśnienie przyczyn i skali wycinki oraz perspektyw dla Beskidów po niej, zaznaczając, że wygląda to wszystko bardzo przygnębiająco.
Często zdarza mi się na tym blogu narzekać na różne firmy i instytucje. Na tą nie mógłbym nawet słowem, ponieważ, proszę się skupić, na mój mail wysłany około godziny 21:00 szóstego grudnia odpowiedź otrzymałem o 9:00 rano dnia następnego!!!
Chapeau bas!
Naczelnik Wydziału Ochrony Lasu, mgr inż. Mirosław Nowak w świetnie napisanym, (co też nie jest codziennością) liście pokrótce opisał mi sytuację mającą miejsce w Beskidach zaczynając zresztą od znamiennych słów: Opisany w e-mailu widok […], jest w równym stopniu, co dla Pana, przykry dla gospodarujących tam leśników. a na koniec zapowiedział jeszcze dosłanie mi na adres zamieszkania… książki o beskidzkich lasach właśnie.
Książka dotarła pocztą może z dwa dni później. Dzięki wiadomościom z niej uzyskanym, a także listowi pana naczelnika mogę podzielić się z Wami informacjami nt. przyczyn rzeczywiście radykalnych wycinek w śląskich górach, a przede wszystkim rozwiać najgorsze (?) obawy: to nie rabunkowa gospodarka kieruje tym wszystkim. Chociaż w zasadzie może i tak, ale nie współczesna, jeśli już.
Obraz, która tak zapadł mi w pamięć, a pewien jestem, że nie tylko mnie, dotyczy jak się okazuje wyłącznie jednego gatunku – świerka i ma związek nie tyle z zapotrzebowaniem na niego, ile z jego stanem zdrowotnym, który jest bardzo zły. Pozostawienie wszystkiego naturze, jak to w podobnej sytuacji uczyniono np. w Lesie Bawarskim skończyć by się mogło jak to ujmuje pan Nowak deforestacją, ja proponuję bardziej polskie określenie: bezleśnością.
A więc cięcia mają charakter wbrew pozorom naprawczy, ochronny, zaś ich praprzyczyną jest gospodarka leśna jeszcze z XIX wieku, która zaburzyła naturalne proporcje ilościowe gatunków drzew oraz po części ich, że użyję takiego określenia przypisanie geograficzne. I znów wszystkiemu winien… nie, nie Portier tym razem, świerk. Świerk, który był łatwo dostępny, tani i szybko rósł, a to nim właśnie uzupełniano wycinane masowo lasy bukowo jodłowe, gdy trzeba było ogromnych ilości drewna na opał do hut i materiał dla budownictwa.
Oznacza to, tak na marginesie, że "naturalne lasy", którymi tak się zachwycałem w swoich wędrówkach (Przeczytaj tutaj : pierwsza, druga), wcale takimi naturalnymi nie są...
W latach 1860 - 1880 założono tysiące nowych plantacji świerka ogółem obsadzając nim ok. 70% naturalnych siedlisk buczyny karpackiej w Beskidach Zachodnich. Na krótko przed II wojną światową na świerk przypadało już od 70 do… 98% powierzchni drzewostanu, gdy według współczesnych ocen powinno to być ok. 40 %. Nadto duży wpływ na późniejszą katastrofę miał fakt sprowadzania sadzonek nieraz z zupełnie odmiennych klimatycznie rejonów Europy, np. z Alp i sadzenie świerczyn w miejscach nie odpowiadających ich wymaganiom. Masowa tania i wydajna produkcja drewna przesłoniła wszystko inne. Do czasu.
W połowie XX wieku natura z całą jaskrawością obnażyła słabość świerka w Beskidach. Do przyczyn tak oczywistych jak nienaturalna dominacja jednego gatunku (a więc także w jakiejś mierze idące za tym jego zdegenerowanie), doszedł człowiek i zatrucie środowiska. Na to wszystko nałożyły się jeszcze szkodniki, które w osłabionych lasach znalazły dla siebie doskonałe lokum. Gdy się do tego doda, że część lasów w Beskidach jest prywatna i w związku z tym leśnicy nie mogli z marszu objąć ich działaniami, jakie podjęli, łatwo zrozumieć, że postęp chorób i zniszczenia był błyskawiczny.
Jedynym sposobem ratowania drzew stała się… ich wycinka. Usuwanie chorych świerków i zastępowanie ich lasem mieszanym o składzie zbliżonym do naturalnego. Chore drzewa wywozi się z lasu jak najprędzej, wcześniej je okorowując, a korę pali zapobiegając tym samym „ucieczce” korników, które dodatkowo zwalcza się też stosując w lasach specjalne pułapki feromonowe (to coś, co wygląda jak blokowa skrzynka na listy, a czego sporo w górach widziałem zastanawiając się cóż to być może).
Cała ta polityka (obejmująca na szczęście od jakiegoś czasu także część lasów prywatnych) obniżyła udział świerka do ok. 50% w roku 2005, zaś naturalne i sztuczne odnowienia pozwoliły uniknąć najgorszego – rozległych bezdrzewnych pustyń.
Akcja leśników trwa. W ramach „Programu dla Beskidów” opracowano wieloletni plan działań mający na celu przywrócenie równowagi w naturze i zachowanie nie tylko uroku, ale i zdrowia lasów. Sadzi się jodłę, buka, jawor, miejscami również inne drzewa, jak modrzew, brzoza czy jarząb, a w miejscach gdzie ma to rację bytu, także świerk, który przecież sam w sobie niczemu nie zawinił.
I co najważniejsze praca ta zaczęła przynosić już wymierne efekty, bo w roku 2006 po raz pierwszy spadła intensywność przymusowego wycinania świerków, a kornik i inne szkodniki znalazły się w zdecydowanym odwrocie.
Jest nadzieja.
Jak to ujęto w książce „Na ratunek zielonym Beskidom” zamieranie świerka i działania w związku z tym podejmowane budzą emocje, a turyści, mieszkańcy gór czy przyrodnicy często widzą ów problem w krzywym zwierciadle (jak ja na przykład przenosząc wprost wycinane połacie lasu na czyjąś żądzę zysku – jak widać niesłusznie), ale ma to swoje dobre strony, bo zadając pytania, często stawiając zarzuty, mamy też szansę dyskutować i zrozumieć istniejący stan rzeczy oraz przyłączyć się do pracy nad jego polepszeniem.
Książka Krzysztofa Fronczaka, świetnie napisana, przystępna, uzupełniona doskonałymi fotografiami, a przede wszystkim darmowa jest doskonałym krokiem w tym kierunku. Sama zaś postawa RDLP w Katowicach i podejście do zwykłego zapytania złożonego mailem przez laika, turystę amatora, dowodzi klasy, jakiej próżno by szukać w większości państwowych instytucji.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Jeszcze raz trzynasty grudnia...
Trzydzieści lat temu komunistyczne władze wprowadziły w Polsce stan wojenny. Jednym z jego symboli stała się kopalnia Wujek w Katowicach, na której teren 16 grudnia 1981 roku przy wsparciu wojska wdarli się funkcjonariusze ZOMO zabijając w trakcie starć dziewięciu spośród strajkujących tam górników i raniąc dwudziestu jeden kolejnych.
Bezpośrednią przyczyną strajku było brutalne zatrzymanie 13 grudnia tamtejszego działacza Solidarności – Jana Ludwiczaka, a pośrednimi ogłoszenie stanu wojennego i decyzja o militaryzacji kopalń. Na masówce 14 grudnia zdecydowano się nie podejmować pracy dopóki Ludwiczak nie wróci, a z biegiem czasu sformułowano także inne żądania. Szesnastego grudnia władze rozpoczęły pacyfikację strajkującej kopalni siłami m.in. pięciu kompanii ZOMO, trzech kompanii bojowych wozów piechoty i kompanią czołgów. Dodatkowo do dyspozycji dowódcy ataku pozostawiono pluton specjalny.
W trakcie walk zginęło 9 górników: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając.
W hołdzie poległym, dekadę później przed kopalnią ustawiono pomnik w formie ogromnego betonowego krzyża, ulokowanego w miejscu, w którym przez całe lata 80 stał krzyż drewniany, pod którym górnicy, okoliczna ludność oraz działacze opozycyjni składali kwiaty i wieńce narażając się na zatrzymanie przez milicję i inne konsekwencje.
W 2008 roku w miejsce eksponowanej dotychczas w zakładowym domu kultury wystawy „Bitwa o Polskę” utworzono w bezpośrednim sąsiedztwie pomnika Izbę Pamięci KWK Wujek, o której dziś postanowiłem opowiedzieć.
***
Dojazd do tego miejsca komunikacją miejską z centrum to kwestia około 10, góra 15 minut w szczycie. Prawie pod same budynki kopalni dojechać można autobusami o numerach 9, 10, 48, 138, 238, 296, 657 z których wysiąść należy na przystanku (jakżeby inaczej) Brynów Kopalnia Wujek przy ulicy Dziewięciu z Wujka. Jakieś sto metrów wcześniej na ulicy Ligockiej jest także przystanek linii 12, 37, 912, które w bezpośrednie sąsiedztwo kopalni nie dojeżdżają. W obu przypadkach kierujemy się właśnie Dziewięciu z Wujka do skrzyżowania z ulicą Wincentego Pola i tam zgodnie z tablicami informacyjnymi skręcamy w prawo.
Mijając po lewej stronie główne wejście do kopalni, (co warto zaznaczyć – nadal czynnej), a po prawej jej dyrekcję dochodzimy po kilkuset metrach do z daleka już widocznego pomnika oraz znajdującej się przy nim Izby Pamięci.
Srebrnoszary budynek z przeszklonymi drzwiami i oknami wystawowymi to właśnie muzeum. Małe, trzeba to od razu powiedzieć, ale z pewnością warte odwiedzenia.
Ekspozycja w nim to właściwie trzy osobne działy. W pierwszym poznajemy historię ogólną kopalni od czasu jej założenia, specyfikę pracy górnika, zmiany związane z postępem technologicznym oraz mamy okazję z bliska przyjrzeć się zarówno narzędziom jak i galowemu mundurowi (w tym kroju już nieużywanemu), czy starym sztandarom.
Część druga zaczynająca się… od drzwi mieszkania Jana Ludwiczaka, a raczej ich kopii pełnej śladów walki, to już sedno tematu, czyli stan wojenny. Obwieszczenia, plakaty, kartki na mięso, naturalnej wielkości… zomowiec (sic!) w starciu z takim samym górnikiem uzupełniają ten obraz. Dalej ogromna diorama, na której precyzyjnie odwzorowano wszystkie zabudowania kopalni i okolic w 1981 roku, czołgi, samochody, grupy atakujących milicjantów i broniących się górników, a nawet krążący nad wszystkim śmigłowiec. Widok doprawdy działający na wyobraźnię, szczególnie, gdy w drodze do muzeum przed chwilą wszystkie te budynki widziało się naprawdę…
Kolejne gabloty to autentyczna broń, łuski po nabojach i petardach gazowych oraz zdjęcia z chwil bezpośrednio po pacyfikacji.
Najmocniejszym według mnie fragmentem wystawy jest jednak coś innego. Przestrzelony górniczy hełm. Czyjaś śmierć. Zresztą wcale nie anonimowa, bo tuż obok niego na zdjęciu widzimy młodego, przystojnego mężczyznę, do którego ów hełm należał – Jana Stawisińskiego.
Miał ledwie 21 lat. Urodził się 29 czerwca 1960 r. w Sławnie, dziś woj. zachodniopomorskie, jako syn Alojzego i Janiny. Miał dwie młodsze siostry. Był wysokim, wysportowanym mężczyzną; lubił pływać, grać w siatkówkę i marzył, by zostać geologiem.
W 1976 r. ukończył zasadniczą szkołę telekomunikacyjną w zawodzie elektromonter, a dwa lata później przyjechał na Śląsk i od 25 września 1979 r. zatrudnił się na kop. Wujek, na oddziale G5. Po wypadku ojca, wymagającego opieki, przejął pozycję „głowy rodziny”.
Postrzelony w głowę, nieprzytomny trafił na oddział „Reanimacja” Szpitala Górniczego w Ochojcu. By móc sprawować bezpośrednią opiekę nad synem, matka zatrudniła się w tymże szpitalu, jako salowa. Zmarł 25 stycznia 1982 r., nie odzyskawszy przytomności. Pogrzebany 29 stycznia 1982 r. w Koszalinie.
[Tekst kursywą pochodzi ze strony internetowej muzeum – dopisek Portiera]
Zdjęcia wszystkich zabitych i ich symboliczne wciąż palące się górnicze lampki, to już sala trzecia – multimedialna. Tutaj siedząc w wygodnych fotelikach obejrzeć możemy dokumentalne filmy z okresu stanu wojennego i przejrzeć lub zakupić książki dotyczące wydarzeń na Wujku.
Jak wspomniałem muzeum jest małe, nie ma w nim także oszałamiającej ilości eksponatów, ale jest coś innego, autentyczna atmosfera tamtych dni i emocje, które do dziś nie wygasły, bo wygasnąć nie mają prawa.
Wydawało mi się, że w dniu takim jak dzisiejszy, w przededniu kolejnej rocznicy stanu wojennego, mimo zimna i poniedziałku będą tu tłumy, przynajmniej jakiś tłok, wycieczki szkolne, ludzie pragnący może jak ja swoim czasem i zainteresowaniem podziękować tym, dzięki którym mają dziś Wolną Polskę.
Nie spotkałem nikogo.
Sam zwiedzałem puste sale, fotografowałem gablotki, przeżywałem na nowo tamte dni. Jedynym towarzyszem mojej wizyty były rozmowy dobiegające z zaplecza, na którym zgromadziło się kilku weteranów pierwszej Solidarności dyskutujących o zjeździe w hali Olivii…
Czułem się jednocześnie dumny i onieśmielony tym, że tam są. Słyszałem jak wspominali Jurczyka, Wałęsę, Świtonia. Nie jako postaci historyczne, ale jako swoich kolegów, zwyczajnych, ze wszystkimi ludzkimi słabościami.
Kilku niepozornych starszych panów, dzięki których odwadze wczoraj, mogę żyć dziś w wolności, której Dziewięciu z Wujka nie doczekało.
Wszystkie pozostałe fotografie w tekście oraz pod linkami (Picasa) są mojego autorstwa.
Etykiety:
komuna,
łamanie prawa,
polityka,
wędrówki,
wspomnienia
sobota, 10 grudnia 2011
Prawdziwego portiera poznaje się po tym jak kończy
Czyli w tłumaczeniu na bardziej polski:
"Jak rozliczać zwalnianego ostatniego dnia miesiąca jeżeli kończy dniówkę rano?"
Kilka dni temu ktoś odnalazł mój blog wpisując w wyszukiwarkę długaśne zdanie o sensie jak powyżej dotyczące zapłaty za dniówkę i samego wymiaru godzin pracy portiera* zwalnianego ostatniego dnia miesiąca. Najpierw się uśmiechnąłem, bo wydało mi się, że nie można tego nie wiedzieć, a potem… A potem przypomniałem sobie mojego kolegę, który jako „cywilny” portier w Akademii Medycznej w 2007 roku nie zgodził się na przekazanie go do Solid Security i punktualnie o północy zabrał swoje rzeczy maszerując do domu…
I jakkolwiek nikt, przy najszczerszych nawet chęciach nie nazwałby mnie nigdy sympatykiem wspomnianego wyżej przedsiębiorstwa, to jednak przyznać należy, że zamiast zwolnienia z winy zakładu (odmowa przyjęcia nowych warunków – zmiana pracodawcy) powinien ów pan dostać dyscyplinarkę za… porzucenie pracy.
Aha! Tak właśnie.
Dlaczego, skoro odmówił przejścia do ochrony nawet na minutę?
Ano dlatego, że przekazanie obiektu tylko de iure odbywało się o północy, de facto zaś miało miejsce wraz z poranną zmianą, czyli w tym konkretnym przypadku o szóstej zero zero.
I ta sama prawidłowość odnosi się do wszystkich innych możliwych odmian tej sytuacji, w rodzaju przejścia na rentę, emeryturę, zwolnienia za porozumieniem stron, z winy zakładu itp.
Koniec miesiąca ani nawet roku nie ma tu żadnego znaczenia, bo najprostszym wytłumaczeniem tej zależności jest pierwszy z brzegu miesiąc pracy w trakcie trwania umowy.
Kiedy zarabiam ostatnią część wypłaty, jeżeli mam służbę w nocy z 30 listopada na 1 grudnia np. od 22:00 do 06:00?
Zarabiam ją o 5:59 pierwszego grudnia.
I właśnie tak to działa.
Przy czym, co zaznaczam, w związku z różnymi zależnościami (zwolnionym czy przekazanym można być przecież np. dwunastego czy dwudziestego piątego, a nie tylko i wyłącznie ostatniego dnia miesiąca) dodać trzeba, że cały czas mówię tu wyłącznie o pełnym DYŻURZE (dniówce, popołudniówce, nocce), a nie miesiącu kalendarzowym.
---------------
* - Opis dotyczy każdego pracownika każdej branży.
piątek, 9 grudnia 2011
Nieżyt jaźni
Jesień.
Tego wieczoru nie chciałem z nikim więcej rozmawiać.
Tego wieczoru nie chciałem z nikim więcej rozmawiać.
Wyszedłem na autobus wcześniej, ale gdy nadjechał uświadomiłem sobie, że jego też nie potrzebuję. Zły, smutny, nie w sosie, z całą swoją obrzękniętą od zdarzeń duszą nie zmieściłbym się w tych drzwiach, w tym świetle, obok kasowników, miękkich foteli i innych ludzi. Odwróciłem się i ruszyłem w drogę pieszo.
Chodniki o tej porze były już puste, tylko auta przesuwały się błyskotliwym szeregiem poprzez skrzyżowania, ale to akurat było mi obojętne. Byle dojść do celu i móc zostać sam na sam ze swoimi myślami, jakkolwiek byłyby ciężkie.
Jedna, druga ulica, tunel, zakręt, nikogo. Dobrze. Nie trzeba się uśmiechać, witać, udawać, mówić. Nic nie trzeba. Lewa, prawa, lewa, prawa, krok za krokiem.
I gdzieś w najmniej uczęszczanym miejscu On.
Po co?
-Dobry wieczór.
-…
-Będę miał do pana prośbę.
-Nie.
-Muszę się napić.
-Słucham?
Przyglądam się zmarnowanej, nieogolonej twarzy z zapadniętymi oczami.
-Wypuścili mnie z izby dopiero co, nie mam grosza, idę do domu. Nie będę panu kłamał że nie mam na chleb, po prostu muszę się napić żeby… żeby nie zwariować…
-Ma pan jakiś papierek z tej izby?
-Mam. Proszę bardzo. - podaje mi złożoną na cztery kartkę. Nie kłamie.
„Żeby nie zwariować...”
„Napić...”
-Mam taką zasadę, że nigdy nikomu nie... - próbuję jeszcze - Zresztą nieważne, niech pan trzyma. – sięgam do tylnej kieszeni i wyjmuję bez liczenia wszystko co tam mam, niedużo, może cztery, może sześć złotych – Niech pan się napije, jeżeli to pomoże.
Na porośniętej twarzy pojawia się uśmiech. Zwykły, spokojny, prosty.
-Dziękuję. – podaje mi rękę – Niech się panu szczęści w życiu.
-Wątpię… ale dziękuję. Wszystkiego dobrego.
-Dobrej nocy!
Naprawdę nigdy nie daję pieniędzy takim jak ten tutaj, ale dziś uświadomiłem sobie, że on to ja, a ja to on. Facet nie urodził się w tym brudnym ortalionie. Gdzieś kiedyś był, musiał chociaż przez moment być inny.
Kto wie, może dziś boi się wytrzeźwieć, bo wtedy patrząc w lustro zobaczyłby prawdę o swoim życiu? A więc ucieka. Z izby pod sklep, spod sklepu do izby albo gdziekolwiek, byle tylko biec.
A czy ja nie uciekam? Czy teraz nie uciekam sam przed sobą jak on?
Czy moja noc i jego wino są czymś innym, skoro tak samo mają nas oddzielić od tego co przegraliśmy, przegrywamy i przegrywać będziemy aż do ostatniego tchnienia?
Czy kloszard ciałem jest czymś innym od kloszarda duszą?
Czy kloszard ciałem jest czymś innym od kloszarda duszą?
Dlaczego maszerując pół godziny ledwie wieczorem akurat jego i tylko jego spotkałem oko w oko? Czy może to nie ja, ale on spotkał mnie i dał mi moje wino – poczucie że komuś jestem potrzebny?
Czy...
Czy można obrazić się na swoje odbicie w lustrze?
Obrazek - Portier 2011
czwartek, 8 grudnia 2011
Kanau
Oglądam sobie NK i co widzę?
Takiego błenda jak na obrazku :)
A oto i odpowiedź nań wraz z efektem mojej interwencji.
I jak to człowiek musi sam o wszystkim pamiętać! :)
wtorek, 6 grudnia 2011
Spotkałem prawdziwego Mikołaja
Szuuu…
Po raz kolejny zimne igiełki wbijają mi się w skórę. Wirują na wietrze połyskując jak brokat i znów powracają.
Szuuu…
Oto jest zima Anno Domini 1995. Taka prawdziwa, z zaspami, lodem na chodnikach, soplami i festiwalem czapek uszanek. Mróz, wiatr i prawie zmrok już po piętnastej. Ale na czerwonych z zimna twarzach mijanych przeze mnie ludzi i tak plączą się uśmiechy. Wkrótce przecież Święta.
Kolorowe reklamy w witrynach sklepów zachęcają do zakupów, na pakach ciężarówek leżą stosy choinek, a dzieciarnia przykleja nosy do szyb wypatrując wymarzonych prezentów.
Nie lubię ich wszystkich. Za ten uśmiech. Za to, że nie przeszkadza im zimno. Za to, że mają cel. Za te pakunki pod pachami. Nie lubię i już.
Idę do sądu pracy. Idę, bo nie mam nawet na bilet. Właśnie po grubej awanturze zakończyłem pracę u człowieka, który przez ponad dwa miesiące zatrudniał mnie od świtu do zmroku, a nie zapłacił ani złotówki. Bo materiały, po przelew opóźniony, bo coś tam…
Nie mam grosza przy duszy, a oni tu się uśmiechają do tych swoich głupich choinek i paczuszek. Jakie święta? Nie ma świąt!
Szuuu…
-Wszystkiego najlepszego!
…
-Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia! Tuż przed moim nosem pojawia się czerwona rękawica pełna cukierków.
Mikołaj.
-No proszę, to dobre cukierki! – śmieje się widząc moją minę.
Sięgam po kilka.
-Dzię… Dziękuję…
-Hu hu hu! Wesołych Świąt! – tubalnym głosem woła już nie wiem, do mnie, czy kolejnych przechodniów. Stoję na środku chodnika i ściskam w garści słodycze jakbym znów był małym chłopcem. Wiatr nagle przycichł. Jest inaczej.
Odpakowuję wreszcie jeden z cukierków i wkładam do ust.
Słodycz.
Po raz pierwszy od wielu dni zdobywam się na uśmiech.
Spotkałem Mikołaja!
To nieważne, że na plecach miał reklamę jakiegoś banku, to nieważne, że te same słowa i takie same cukierki trafiły wcześniej i później do dziesiątek innych ludzi idących ulicą Jagiellońską. Dla mnie on był prawdziwy, bo akurat wtedy potrzebowałem go jak nikogo. I przybył. Ten jeden jedyny raz w życiu.
Kilka tygodni później znalazłem nową pracę. Na wiele długich lat. Najlepszą, jaką miałem w życiu.
Myślę, że On szepnął tam za mną dobre słówko, skoro od tego spotkania wszystko zmieniło się na lepsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.












