piątek, 24 lutego 2012
Ulica Graniczna
Katowice, ulica Graniczna 32.
Dawna siedziba Śląskiego Instytutu Naukowego, który zaprzestał działalności z początkiem lat 90. Dla mnie jednak na zawsze już "nowe pogotowie", z racji plotek zapamiętanych z dzieciństwa według których to tu właśnie zamierzano przenieść siedzibę mieszczącego się do dziś tuż obok Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego.
Dziwne to miejsce mijałem w swoim życiu setki razy i muszę przyznać, że w sensie architektoniczno estetycznym zawsze mi się podobało, tym bardziej, że uwielbiam tajemnice, ale po raz pierwszy zobaczyłem je takim jakim jest dziś około dekady temu.
Włóczyłem się wtedy po okolicy oczekując na odebranie telefonu z naprawy i z wrodzonej ciekawości zajrzałem także do wnętrza nieogrodzonego wtedy jeszcze i niestrzeżonego biurowca.
Letni skwar, samochody, hałas, a za starymi skrzypiącymi drzwiami cisza.
Pokoje pełne porozrzucanych dokumentów, połamane krzesła i biurka, zimne szare mury. Inność.
Zaglądałem do pustych pokoi, przyglądałem się światu przez brudne szyby, wpatrywałem się w ciemność i oddychałem przyjemnym chłodem.
Jako człek cokolwiek już wiekowy wywodzę się z pokolenia, które "w standardzie" miało myślenie o wojnie jądrowej i jej skutkach, a zwłaszcza o tym jak przeżyłbym, gdybym... przeżył.
I ten budynek miał taki klimat.
Szyb windy, beton, wilgoć. Prawie jak w bunkrze. Zresztą (no właśnie!) cały obiekt może przypominać bunkier.
Nie wiem czy to dobrze, ale jak pokazuje część wpisów na tym blogu w takich miejscach nigdy nie czuję strachu, a raczej nieprzepartą ciekawość. I oczywiście obiecałem sobie wtedy wrócić tu z aparatem, ale nie wróciłem, a kilka lat później całość ogrodzono i "uzbrojono" w ochronę w postaci smutnego pana w przyczepce kempingowej.
Według informacji do jakich dotarłem budynek ma trzech właścicieli, a jego stan jest taki a nie inny dlatego właśnie, że obok Totalizatora Sportowego i Kredyt Banku brakującym ogniwem do podjęcia zmian jest tajemnicza osoba prywatna, która od lat blokuje (czy raczej ignoruje, co w praktyce na jedno wychodzi) wszelkie działania mające na celu przebudowę czy może już teraz nawet i wyburzenie gmachu.
Chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć to miejsce odświeżone i przywrócone miastu. Boję się, że jak to już nieraz bywało któregoś dnia zobaczę tylko buldożery...
czwartek, 16 lutego 2012
wtorek, 7 lutego 2012
Łańcuszkowa wPatka
Moja czarująca blogowa koleżanka wkręciła mnie w łańcuszek opisywania ulubionych seriali. Generalnie wszelkie łańcuszki omijam z daleka (zrobiłem swego czasu jeden wyjątek dla równie wyjątkowej Akemi), ale tutaj uznałem, że wbrew irytującej mnie formie sam pomysł jest ciekawy.
Może zacznę od tego, że mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie oglądać żadnego serialu ani polskiego ani zagranicznego nadawanego w ostatnich latach. Po prostu infantylizm jednych i drugich w połączeniu z posuniętą do granic absurdu poprawnością polityczną oraz nachalnym product placement powoduje u mnie mdłości. A zatem napiszę o kilku serialach sprzed lat, które z różnych powodów zapadły mi w pamięć.
Oczywiście Tulipan. Bez sekundy zastanowienia mój numer jeden. Historia zahukanego rybaka marzącego o drogich samochodach, pięknych kobietach i życiu jak z Pewexu. Historia o tym jak z marzeń tworzy się wyrachowanie. Super przystojny wtedy Jan Monczka w roli głównej plus genialna „pewexowa” muzyka Andrzeja Korzyńskiego w piosenkach Urszuli czy Crazy Zdzicha (Piotra Fronczewskiego). Serial bardzo „zachodni” w tym znaczeniu, w jakim w latach 80 odbierało się Zachód, czyli jednak, zostanę przy tym sformułowaniu, bardziej „pewexowy” niż realny. Sam pomysł zaczerpnięty z życiorysu niejakiego Kalibabki – słynnego wtedy uwodziciela i oszusta. To nawet po latach ogląda się z przyjemnością. No bo przecież któż nie chciałby w lustrzankowych okularach podrywać tabunów pięknych kobiet w scenerii zadymionych schyłkowo PRL-owskich nocnych lokali?
Aby do świtu. To już dzisiejsza, choć bardzo wczesna rzeczywistość. Serial z roku 1992 rozgrywający się podczas nocek w sortowni prasy. Prawie teatralna sceneria w połączeniu z dobrym aktorstwem (Bończak, Fronczewski, Wawrzecki, Ziętek) i odniesieniami do aktualnych (wtedy) wydarzeń politycznych. Rozmowy, żarty, komentarze i klimat, jaki wszystkim nam towarzyszył. Dokąd zmierzamy po PRL-u?
Polecam z całą odpowiedzialnością.
W labiryncie. Dziś już klasyka. Film z podobnego okresu (1988 – 1991) i również przybliżający widzom dylematy zwykłego człowieka na przełomie ustrojów, a jednocześnie pierwsza polska telenowela z akcją, dialogami i realizacją, przy których cała dzisiejsza quasi serialowa produkcja jest jak filmowanie kota telefonem. Ileż tam było wątków! Jakie tematy! Karierowiczostwo, paserstwo, zdrada, miłość dorastającego chłopaka do starszej od niego kobiety, rodzinne dramaty i cudowny polski lek Adoloran. Materiału na kilka dobrych filmów pełnometrażowych.
I nikt nie umierał po zderzeniu z kartonem…
Żeby nie było, że jestem taki stary…
Graczykowie, czyli Buła i spóła. Prosta i powierzchowna komedyjka, przy której niżej podpisany tarzał się płacząc ze śmiechu. Międzyplanetarnie genialny Paweł Wawrzecki, za którym np. w Złotopolskich nie przepadałem, tu gra wręcz powalająco. I jedna jeszcze choć najważniejsza tu kwestia. TEN FILM JEST ŚMIESZNY, co się innym polskim produkcjom z nieszczęsnym Ferdkiem Kiepskim na czele jakoś rzadko udaje.
Seriale „oczywiste”, takie jak Stawka większa niż życie, O7 zgłoś się, kariera Nikodema Dyzmy, czy Czterdziestolatek pomijam, bo nie da się ich chyba nie znać. A z zagranicznych wymienię tylko dwa, znów zastrzegając się, że taśmówki made in świat nie oglądam i nie zamierzam.
Tajemnica Abigel. Węgierski film, którego akcja dzieje się podczas wojny, a zwłaszcza po wycofaniu się Węgier z walk po stronie Osi. Wbrew temu, co napisałem nie o wojnie jest jednak ta opowieść a o dorastaniu, marzeniach, konfliktach pokoleniowych i czymś bliżej nieokreślonym, co sprawia, że najmocniej kojarzy mi się z Anią z Zielonego Wzgórza.
Mamy więc tutaj dziewczynę oddaną do surowej szkoły z internatem i jej przeżycia w atmosferze dusznej dyscypliny i nieposkromionego pragnienia wyrwania się z niej, mamy pierwsze miłości, zawody i świat żyjący bardziej obok niż wbrew politycznej rzeczywistości.
Nie sposób nie wspomnieć też o tym, że grająca główną rolę Éva Szerencsi jest hmm… przepiękna i dzięki temu także, że moja ówczesna nauczycielka ZPT była do niej bardzo podobna przestałem chodzić na wagary… :))
Może to dziwne, ale drugi zagraniczny serial, o którym wspomnę też zapadł mi w pamięć przez urodę jednej z aktorek. A mowa o Kobiecie za ladą.
Jako dzieciak zadurzyłem się w kasjerce granej przez Danę Kolarovą, podobną nieco z urody do naszej Marii Gładkowskiej (Kiedyś grała np. w komedii Wyjście awaryjne, a dziś tylko reklamuje... Skarbnicę Narodową). Sam serial zaś ma i miał zawsze pewien nieokreślony smaczek komunistycznej rzeczywistości w której chcąc nie chcąc odnaleźć się mógł równie dobrze Polak jak i Czech czy Bułgar. I niech nikt nie ulegnie złudzeniu, że sklep spożyczny nie może być areną wielkich namiętności czy konfliktów. Może jak najbardziej.
Jako dzieciak zadurzyłem się w kasjerce granej przez Danę Kolarovą, podobną nieco z urody do naszej Marii Gładkowskiej (Kiedyś grała np. w komedii Wyjście awaryjne, a dziś tylko reklamuje... Skarbnicę Narodową). Sam serial zaś ma i miał zawsze pewien nieokreślony smaczek komunistycznej rzeczywistości w której chcąc nie chcąc odnaleźć się mógł równie dobrze Polak jak i Czech czy Bułgar. I niech nikt nie ulegnie złudzeniu, że sklep spożyczny nie może być areną wielkich namiętności czy konfliktów. Może jak najbardziej.
Warto obejrzeć.
poniedziałek, 6 lutego 2012
Windows xp home (made)
Czasem człowiekowi wydaje się, że widział już wszystko, a potem trafia na taką aukcję i własnym oczom nie wierzy. Oto windows xp w wersji trial - działający do czasu przyjazdu policji :))
W tej sytuacji stare hasło reklamowe Microsoftu "Dokąd chcesz dzisiaj pójść?" brzmi jakby złowieszczo...
(Proszę kliknąć na zdjęcie, aby je powiększyć)
Co Portier robi w takiej sytuacji? To, co każdy uczciwy na jego miejscu zrobić powinien...
Zgłasza nadużycie.
A zanim ktoś powie, że jak to portierzy z filmów ;) jestem wredny i nadgorliwy, informuję, że przesiadłem się tydzień temu z legalnej Visty na legalną Siódemkę i nie po to zbierałem na jedno i drugie grosz do grosza, żeby innym uchodziło płazem ZŁODZIEJSTWO.
Amen.
czwartek, 2 lutego 2012
Bilet do Silent Hill
Dziesiątki razy marzyłem o tym, aby gdzieś wrócić.
Gdzieś do jakiejś chwili albo gdzieś do jakiegoś człowieka. U źródeł takich marzeń tkwi wiara, że moment, ten moment o którym teraz myślę, istnieje nadal w jakimś innym wymiarze rzeczywistości, że ominął go czas, a twarze i uczucia pozostały jednakowo świeże i prawdziwe.
Ale to tylko duchy w mojej głowie. Dawne rozmowy, stuletnie wzruszenia, wyschnięte łzy i zapomniane pocałunki. Tych duchów nikt nie widzi, bo nie może zobaczyć. Nie istnieją. Są tylko wypalonym luminoforem ludzkiej pamięci. Jej blizną.
Ale to tylko duchy w mojej głowie. Dawne rozmowy, stuletnie wzruszenia, wyschnięte łzy i zapomniane pocałunki. Tych duchów nikt nie widzi, bo nie może zobaczyć. Nie istnieją. Są tylko wypalonym luminoforem ludzkiej pamięci. Jej blizną.
Rok temu zapragnąłem odwiedzić kopalnię w której uczyłem się i pracowałem wiele lat temu. Sam nie wiem dlaczego taka myśl nie przyszła mi do głowy wcześniej, gdy jeszcze było co odwiedzać. Pewnie jak zwykle w życiu odkładałem tą „trudną rozmowę” na później, a gdy już nie było z kim rozmawiać przemierzałem ruiny. (Kliknij TUTAJ aby o tym przeczytać!)
Utkwił mi w głowie taki moment, o którym nie wspomniałem w tamtej opowieści, bo jest zbyt nierealny jak na nostalgiczny spacer po nieczynnym zakładzie. Chwila, gdy z biciem serca i szumem w uszach zbliżałem się do budynku mojego oddziału. Przede mną otwierał się tunel czasu, świat oddalał się za mgłę i gasł, a z końca tego tunelu coś wołało mnie coraz głośniej i głośniej. Krok za krokiem, na drżących nogach, potykając się o własne myśli szedłem przed siebie aż do tych drzwi, do tych okien, do naszego biura, do magazynu, szatni, znanych kątów, w których MUSIAŁ być jakiś ślad mnie z wtedy.
I nagle pojawili się oni. Ochroniarze z psami. W realności.
Tam, wewnątrz tunelu byli strażnikami czasu.
Nie pozwolili mi wejść do budynku od którego dzieliły mnie cztery metry, nakazali natychmiast opuścić kopalnię. To znów – w realu. W tym drugim wymiarze zamknęli tunel, nie pozwolili mi zrobić tego kroku w czas, w którym rzeczywistość zdeformowała się już zbyt mocno by ją oglądać, by jej wierzyć.
Być może.
A dziś jestem przed innym tunelem. Idę pustym szpitalnym korytarzem mijając zdewastowane salki i posterunek pielęgniarek. Jestem tutaj po paru dekadach przerwy, ale trafiam bezbłędnie, bo znów nie oczy mną kierują, a pamięć.
Kiedyś przez okna tego szpitala przyglądałem się wielkim płatom śniegu zasypującym dalekie, obce mi miasto. Śnieg studził mój niepokój i strach, chłodził rozpalone myśli i głowę. Uspokajał przed dniem operacji, której tak bardzo się bałem.
I była też Ona.
Zupełnie inna. Jak duch, który wie, że nagle zobaczył go ktoś, kto nie powinien.
Piękna...
Zaproponowano mi dwa szpitale w związku z operacją, która mnie czeka. Wybrałem ten. Znów i właśnie ten.
Gra wspomnieniami. Lubię.
Już dawno temu zauważyłem, że to, co zwykłe i typowe w życiu albo mi nie wychodzi albo wydaje się mało ważne. Dopiero tam, gdzie dzieje się coś niecodziennego biję na głowę większość znanych mi nie tylko portierów, ale i w ogóle ludzi. Moją rzeczywistością jest nierzeczywistość.
O czym myśli człowiek, który dwa tygodnie temu dowiedział się, że czeka go operacja poważniejsza niż ta na którą się nastawiał znając swoją chorobę? O bólu? O strachu? O tych siedemdziesięciu procentach szans na powodzenie i (bardziej chyba) tych trzydziestu przez lekarza niedopowiedzianych? O zwolnieniu? O reakcji rodziny czy pracodawcy?
Tak. To wszystko jest gdzieś w mojej głowie, bo być musi, jednak nie to mnie dziś prowadzi i nie to sprawia że uśmiecham się do odłażącej ze ścian farby w ciemnych korytarzach.
Oddział na którym będę leżał jest przeniesiony. Przeniesiono go dokładnie w miejsce tego w którym byłem WTEDY. A więc nie tylko TEN szpital i TO miasto, ale i ten sam korytarz i może nawet ten sam pokój. Co poczuję gdy wkrótce sięgnę dłonią za listewki podwieszanego sufitu za którymi kiedyś ukryłem kartkę z datą i swoim imieniem?
A jeśli nadal tam będzie, pożółkła i skurczona?
Pewien jestem, że będzie.
Szpital się zmienił przez te lata. Bo przecież nie minęło ich pięć czy piętnaście, a sporo więcej. Wszystko zszarzało, żżółkło, przygasło. Uśmiecham się do swoich myśli, bo znam drogę! Najpierw portier, potem pielęgniarki wskazują mi dokąd się udać, a ja pamiętam tu każdy kąt. Więc bawi mnie kiosk z gazetami i apteka i zdarty stół w szatni, bo są MOJE z tamtego czasu. Spacerowałem między nimi wieczorami, gdy chciałem pobyć sam. Włóczyłem się tym holem i oglądałem po raz setny te same widoki z okien. Czekałem na Nią. Wypatrywałem czy będzie miała dziś dyżur. Zastanawiałem się jak dać jej tą wielką orzechową czekoladę, najdroższą w całym szpitalnym sklepiku…
***
Siostra oddziałowa urzęduje na innym piętrze. To i jeszcze kilka w górę. Znów czuję to podniecające mrowienie na plecach, które pamiętam ze spaceru po umarłej kopalni.
Duchy.
Myśli uwolnione od jestestwa.
Tam na dole tłumy, przychodnie, sklepy, kolejki, szatnie, gwar. Tutaj wymarły oddział. Długi jak koszmarnym śnie korytarz i skrzypiące drzwi w opuszczonych salach. Ze ścian zwisają przyciski alarmów, pamiętam je z moich czasów, dziś wydają się takie stare, niemodne, wielkie, obrzydliwie żółte ze starości. Nikt ich od lat nie naciska.
Może jednak ktoś nacisnął skoro tu jestem?
Pokój pielęgniarek. Tutaj miałem załatwić swoje formalności.
Zaglądam do środka. Pusto. Na oknie wielka firanka pajęczyn. Na podłodze przewrócony stolik i stara gazeta. Za mną korytarz. Tylko pusty zakurzony korytarz.
-Gdyby jej tam nie było proszę zaczekać - odbija się echem w mojej głowie.
Odchylam zasłonkę z okna w korytarzu i spoglądam w dół.
Przede mną rozciąga się ogromna połać cmentarza na wzgórzu…
Na mogiłach furkocą na wietrze szarfy.
I nagle z tyłu słyszę nucenie. W którymś z dziesiątek pokoi za mną KTOŚ jest.
A głowę dałbym, że gdy tamtędy przechodziłem…
Nie, może głowa, to nie jest najlepsze rozwiązanie.
Siostra oddziałowa nie wiedzieć czemu wykwaterowana o pięć pięter w górę siedzi w MOIM pokoju. Na każdym piętrze numeracja jest identyczna, więc ten tutaj jej pokój pięć pięter niżej jest, był, moim pokojem parę dekad temu.
Na biurku wyłączony komputer i trochę szpargałów. Słońce pada na cętkowaną, nieżyciowo archaiczną okładkę wielkiego ni to dziennika, ni bloku. To na jego kartach zapisane zostaje moje nazwisko i termin przyjęcia.
-Będziemy na pana czekać.
Zbiegam po schodach prosto w słoneczne przedpołudnie.
W głowie jak bąbelki otwierają się nowe/stare słowa, zdarzenia, ludzie, rozmowy, nazwiska.
Teraz nie. Teraz je odpycham, odpycham, choć wiem, że wrócą.
Późną nocą już w domu wstaję z łóżka i otwieram szafkę pełną szpargałów. Spokojnie odkładam na bok stare gazety, nikomu niepotrzebne teczki nieważnych dokumentów i moje szkolne zeszyty.
Na dnie znajduję brulion w białej okładce. Na jego stronach pewien osiemnastolatek opisał kiedyś dzień po dniu wszystkie te korytarze, ludzi i zdarzenia.
To byłem ja. Wieki temu.
wtorek, 31 stycznia 2012
Opowieści z tysiąca i jednego dyżuru
Pierwsze godziny pierwszego dnia mojej pracy w roli portiera upłynęły mi na modlitwie. Modliłem się w duchu, żeby nikt mnie o nic nie zapytał, bowiem ogrom kompleksu budynków, w którym się znalazłem wydawał mi się nie do ogarnięcia ludzkim, a co dopiero portierskim umysłem (przy dosyć śmiałym założeniu, że takowy istnieje).
Do gąszczu korytarzy i tłumu przewalającego się nimi we wszystkich możliwych kierunkach dochodziły jeszcze wszechobecne dziwne nazwy, które z przyczyn oczywistych musiałem poznać i w miarę szybko pokojarzyć. Pamiętam, że najmocniej zaintrygowała mnie wówczas parazytologia, która okazała się nauką o pasożytach i pasożytnictwie. Nie wiedzieć czemu ;) w zestawieniu z rolą jaką przyszło mi pełnić w uczelni bardzo mnie ta definicja rozbawiła…
Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że już od pierwszego dnia starałem się swoją pracę jeśli nie ubarwiać, to przynajmniej wykonywać nietuzinkowo. Już wspomnianego pierwszego dnia po mniej więcej zrozumieniu gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje zająłem się przeglądaniem zawartości biurka i natrafiłem tam na oficjalne upoważnienia do pobierania kluczy wystawione po trzy, cztery albo i więcej lat wstecz. Lekko nieaktualne mówiąc krótko. Nie zastanawiając się wiele wyciągnąłem zeszyt z numerami telefonów i obdzwoniłem wszystkie sekretariaty w swoim budynku ładnie się przedstawiając i prosząc dla obopólnego bezpieczeństwa o aktualizację dokumentacji. Jeszcze tego samego popołudnia dostarczono mi kilka druków, a w ciągu trzech dni miałem już świeżutki komplet, czym zresztą później doprowadziłem swoją przełożoną do wściekłości, jako że „normalną drogą” to ona właśnie występowała z oficjalnym pełnym pieczątek pismem do każdej z jednostek i ona także upoważnienia odbierała.
To, że ktoś sam zajął się tym co niezbędne chcąc tylko móc lepiej wykonywać swoją pracę nie miało znaczenia. Naruszyłem obce terytorium. Czas pokazał zresztą, że nie pierwszy raz, bo, co do dziś mnie bawi, jedyne w swojej portierskiej karierze wizyty na tzw. dywaniku zawdzięczałem np. notorycznemu u mnie odsyłaniu właścicielom znalezionych gdzieś legitymacji, dowodów i innych tego typu drobiazgów albo też informowaniu ich drogą telefoniczną o miejscu, w którym mogą zgubę odebrać. Jak się łatwo domyślić tym samym znów zabierałem komuś „pracę”.
A ja po prostu mając świadomość ogólnej opinii o portierach czy ochroniarzach próbowałem być inny. Inny in plus mam nadzieję.
Któregoś na przykład dnia tuż pod moim portiernianym oknem przejechała ciężarówka strącając obudowę świetlówki pod łącznikiem między budynkami w tak widowiskowy sposób, że omal nie rozbijając nią szyby osobówki jadącej tuż za nią. Oczywiście porzucając świeżo napoczętego tuńczyka w oleju wyskoczyłem na schodki by zobaczyć, komu zawdzięczam konieczność poszerzenia raportu służbowego i ujrzałem już tylko tył auta, którego kierowca być może nawet nie wiedząc co narobił dodał gazu i zniknął za zakrętem.
Nazwa firmy i numer rejestracyjny. Jako humanista marzyciel nie mam absolutnie pamięci do liczb, ale tym razem olej z tuńczyka chyba pomógł. Wpadłem na portiernię i szybko zapisałem dane na karteluszku.
I co teraz? Raport to jedno, wina jest oczywista i nie moja na szczęście, więc w zasadzie nie ma czym się przejmować, ale ja przecież muszę coś zrobić INACZEJ…
Miałem wtedy pierwszy swój telefon z normalnym Internetem, moją ukochaną Nokię N70. No to już! Google, nazwa i branża firmy, trzeci link od góry i numer telefonu z ich strony. Zdaje się Białystok albo coś w okolicy.
Dryń dryń!
-Dzień dobry, dzwonię z (…). Prawdopodobnie państwa pracownik przed chwilą rozbił lampę pod naszym budynkiem. Czy numer (…) należy do wozu z waszej firmy?
(…) -Tak… Czy to coś poważnego? Co mamy zrobić?
(Zwolnić! Ha ha!)
-Proszę pouczyć swojego kierowcę, że pomiędzy budynkami naszego kompleksu stworzył zagrożenie dla pieszych i innych kierowców przekraczając szybkość i nie zatrzymując się po rozbiciu lampy na stropie łącznika.
-Ja… ja zaraz… Zaraz zadzwonię do niego i…
Czy ktoś mi kazał? Nie. Czy ja musiałem tam dzwonić? Nie.
Chciałem tylko (i to akurat mi się udało) mieć okazję wpisania raportu, dzięki któremu znów odrobinę zatruję spokojny żywot mojej przełożonej. „Zlokalizowałem przez Internet, powiadomiłem, uzyskałem potwierdzenie, podaję numer telefonu do centrali”.
Znów po swojemu.
Zawsze po swojemu.
Badania lekarskie. Nie takie zwykłe w przychodni, ale specjalne, dla sądu. Kilkuosobowa rodzina z torbami, butelkami oranżady i kanapkami na korytarzu.
-Może napiją się państwo herbaty? Mam tu czajnik?
-Ale nie mamy herbaty, tylko kubki. Wszystko wypite w pociągu.
-No to zapraszam. Ja stawiam. I do termosu sobie państwo zrobią na drogę.
Rozmawiamy. Okazuje się, że rodzinka przyjechała znad morza. Cała noc w pociągu, pół dnia badań i wieczorem powrót. Horror.
Pytają mnie o najbliższy bar czy restaurację, a mnie zupełnie jak Dobromirowi z bajki coś zaczyna przychodzić do głowy…
Zamykam portiernię i pruję do budynku tuż obok, gdzie mieści się uczelniana stołówka. Czarny mundur SS (Wtedy pracowałem w Solid Security i przysięgam, nie ja im taki „mądry” skrót wymyśliłem.) robi wrażenie. Panie kucharki rozstępują się na bok i prowadzą mnie do kierowniczki. Nie bez problemów udaje mi się na dwadzieścia minut przed obiadem dopisać moich nowych znajomych do listy.
-Bo to pana rodzina, tak?
-Nie. To po prostu ludzie po całej nocy w pociągu i przed kolejną taką samą.
-Za piętnaście minut mają państwo bardzo tani a smaczny obiadek w tym budynku za rogiem.
-Co? Jakim cudem?
-Magia!
Ta „magia” zaowocowała ciastkiem dla mnie i podziękowaniami na pożegnanie. I ktokolwiek śmieje się z mojej nadgorliwości, która wcale nadgorliwością nie jest, niechaj wie, że ONI z pewnością zapamiętali pozytywnie i portiera i miejsce w którym go spotkali.
Historia podobna, choć bardziej bajkowa w jakimś sensie.
Niedzielne popołudnie po wykładach. Pustka, cisza, półmrok. Gdzieś z piętra schodzi dziewczyna i kierując się do mnie prosi o rozmienienie dziesięciu złotych do zakupu napoju w automacie. Wszystko pozamykane, budynki wymarłe, a pić się chce.
Niestety mój portfel świeci pustkami. Mam tylko piątaka. Sekunda namysłu czy to aby nie za głupie i…
-Proszę pani!
-Tak?
-Nie mam jak rozmienić tej dziesiątki, ale mam pięć złotych. Proszę się napić a odda pani przy okazji.
Dziewczyna prawie wchodzi przez okienko.
-Ale przecież… pan serio? Przecież pan mnie nie zna?
Czując się jak w kiczowatej amerykańskiej komedii romantycznej odpowiadam natychmiast -Może pani zyskać pięć złotych albo czyjeś zaufanie. Prosta sprawa.
-Oddam. Obiecuję. Niesamowite. Bardzo dziękuję.
Oddała? Jasne, że oddała. Przy okazji jeszcze zrobiła mi przed zmiennikiem reklamę na miarę świadectwa z paskiem! I tylko wbrew moim przypuszczeniom nie okazała się studentką, a… pracownikiem naukowym z drugiego budynku. Jeszcze fajniej, prawda?
Przez jakiś z górą rok byłem członkiem NSZZ Solidarność, a zostałem nim przez… żonę ministra Sikorskiego. Nie wierzycie? Już opowiadam.
Tamtego dnia czytałem właśnie książkę pod tytułem Gułag autorstwa wspomnianej Anne Applebaum, kiedy podeszła do mojego okienka zdająca właśnie klucze jedyna pracująca jeszcze w niedzielny wieczór pani doktor. Ponieważ czekała na przyjazd męża zaczęliśmy rozmawiać właśnie o mojej lekturze. Nie ma co udawać, było mi głupio że dałem się złapać na tym czytaniu, bo jednak nie za to mi płacono, ale z drugiej strony rozmówczyni absolutnie zignorowała ten kierunek i dyskusja nasza z książki przeszła na historię, z historii na politykę, a z polityki…
Pani okazała się być członkiem Solidarności. To właśnie ona wraz z wice przewodniczącą związku pomogły mi później w rozpoczęciu prywatnej wojny z łamiącą prawo firmą ochroniarską, a przede wszystkim dały do tego motywację i wiarę.
Od „Gułagu” do zwycięstwa można powiedzieć.
Bardzo dobre odniesienie gdy się weźmie pod uwagę traktowanie nas w ochronie…
Trochę jak Forrest Gump zaistniałem także w dziejach mojej (Owszem, mojej. Tak myślę – tak piszę) uczelni w kilku miejscach w których logika absolutnie mnie nie przewidziała.
W pewnym oddaleniu od głównego zespołu obiektów uniwersytetu mieściła się przez wiele lat firma, która ten właśnie uniwersytet wraz ze szpitalami i wszystkim dookoła wybudowała, a której miałem zaszczyt być swego czasu pracownikiem.
Z racji tego, że zarówno budynki jak i teren nie przestał być własnością uczelni przyszedł kiedyś dzień gdy po zakończeniu ostatnich prac (Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka gdyby kogoś interesowało) trzeba było się wynieść. Nie wchodząc w szczegóły powiem tylko, że byłem przedstawicielem tejże firmy przekazującym ostatnie klucze portierowi akademii, a jakieś dwa lata póżniej sam stałem się takim portierem między innymi kilkakrotnie także w tym miejscu. Ale nie to jest ciekawe. Prawdopodobnie jedynym dokumentem przekazania owego obiektu jest pisemko, które sam ułożyłem chcąc mieć „podkładkę” do zdania kluczy, a które za zgodą i wiedzą swojej przełożonej parafował mi właśnie tamtejszy portier.
Mam ten karteluszek istniejący tylko w jedynym egzemplarzu do dziś. Śmieszne to trochę, bo dla mnie przynajmniej jest symbolicznym końcem tego, co dekady temu zapoczątkowano wmurowując kamień węgielny. Końcem wielkiej budowy.
Mam nadzieję, że Wikipedia kiedyś o tym napomknie. ;)
Drugim podobnym przypadkiem był mój list wydrukowany w pewnym miesięczniku polonijnym, a konkretnie dość szatański pomysł, aby kopię owego miesięcznika wraz z odpowiednią adnotacją przesłać do redakcji uczelnianego biuletynu. Tak stałem się jedynym portierem, o którym wspomniano tam pośród prac profesorów i doktorów w rubryce „Przeczytaliśmy”.
Na zakończenie zaś tego porządkowania szufladek mojej pamięci wspomnę jeszcze o kolejnym bajkowym epizodzie w mojej małej portierskiej rzeczywistości. O szaliku.
Zaczynając pracę w uczelni znalazłem któregoś dnia szalik. Zwykły, krótki, męski szalik.
Odchodząc stamtąd cztery lata później znalazłem prawie w tym samym miejscu drugi.
Był identyczny co do jednej nitki.
Może to taka forma zaczarowanej obiegówki?
;)
;)
Dobranoc.
niedziela, 29 stycznia 2012
czwartek, 19 stycznia 2012
Operacja Dunaj
Może ja jakiś inny jestem, nie wiem. Może ja się nie znam.
Dopiero co śmiałem się gorzko z opowieści znajomego u którego zaawansowaną miażdżycę wykrył neurolog, bo naczyniowiec odsyłając pacjenta do niego twierdził z pełnym przekonaniem, że to bóle od kręgosłupa, a tu samemu przytrafiła mi się jakże podobna historia...
Od trzech lat odwiedzam pewnego lekarza specjalistę, od trzech lat grzecznie zażeram się tabletkami, smaruję maściami i owijam kompresami tkwiąc w przekonaniu, że droga mojego leczenia jest godna i sprawiedliwa oraz słuszna i zbawienna, co zresztą wydębiłem rok temu od pana doktora na piśmie. I co?
I w… ślepą kiszkę mogę sobie to wszystko włożyć (gdybym miał, a wycięli mi ją jeszcze komuniści), ponieważ nowy lekarz po zapoznaniu się kilka dni temu z sytuacją bez wahania zmienił diagnozę poprzednika w kwestii dla mnie najważniejszej, mianowicie konieczności poddania się stosownej operacji.
To, że moja przypadłość powinna być operowana zakładałem sam, ale tym oczywiście nikt by się nie przejmował. Gorzej, a raczej lepiej, że moje przypuszczenia potwierdzał i lekarz rodzinny i kardiolog i pan od USG i właściwie większość ludzi z którymi na ten temat choćby pobieżnie rozmawiałem.
No ale przecież tutaj chirurg, fachowiec, nie można kwestionować.
Pytam, opowiadam, cytuję.
Żadnej operacji. Operacja tylko pogorszy.
Ale pani internistka…
To niech pani internistka do mnie zadzwoni, to jej powiem.
Da mi pan to na piśmie?
Oczywiście.
„Leczenie zachowawcze”. Jak byk.
Może ktoś powiedzieć, że się czepiam. Że może to ten nowy się nie zna, a ten stary miał rację. No tak, ale proszę pamiętać, że opinię nowego lekarza podzielało już przed nim (sic!) kilka osób i to bynajmniej nie laików, oraz, że ich słowa przedstawiałem doktorowi kilkakrotnie i zawsze słyszałem to samo.
Nie operować.
I cóż na takie dictum?
Ano cóż. Pogodzić się chyba trzeba, że jest taki gatunek medyków, który najbardziej lubi wypisywać recepty, a reszta leczenia jakakolwiek by była, to już dla nich tylko wydziwiania pacjenta i powód do irytacji. I tak z tygodni robią się miesiące, a z miesięcy lata... Za to wszystko też płaci NFZ. Tak jak za moje „leczenie zachowawcze”.
Pytanie teraz, kto zapłaci mi za to co wcześniej pewnie operowałoby się łatwiej i z lepszymi perspektywami niż dziś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.











