niedziela, 2 listopada 2014
Demotyportier 20
Proszę kliknąć na wybrany obrazek, aby go powiększyć.
---
--------------------
BONUS z 8 listopada 2014
--------------------
BONUS z 9 listopada 2014
czwartek, 2 października 2014
Siedem wcieleń doktora Lao
PIERWSZE...
LEONCIO ALMEIDA (Leoncio, Leoncio de Almeida)
Kto dziś pamięta jeszcze tę fascynację jaką w późnym PRL-u wzbudzały wśród telewidzów perypetie niewolnicy Isaury, jej złego, acz demonicznie fascynującego właściciela Leoncia i pragnącego ją uwolnić i pojąć za żonę Tobiasa? Kto ma przed oczami pustoszejące przed dwudziestą podwórka, przeżywające następnego ranka kolejny odcinek wszystkie chyba pokolenia Polaków jednocześnie i wreszcie szał, jaki zapanował, gdy odtwórcy głównych ról, Lucelia Santos i Rubens de Falco zawitali do kraju nad Wisłą?
Dopiero z upływem lat widać jak zdziwieni, rozbawieni a momentami zażenowani tą naszą gorączką byli bohaterowie tamtej zbiorowej euforii. Codzienne relacje w gazetach, dziesiątki wywiadów, zdjęcia, plakaty, plakietki, dyskusja w mediach czy aby Isaura Kowalska to dobre imię dla dziewczynki i tak dalej i tak w nieskończoność.
Nie oparłem się i ja tej fali bardziej jednak ukierunkowanej na "ciemną stronę mocy", czyli Leoncia niż powiedzmy to sobie szczerze, umiarkowanie urodziwą Isaurę. Grubaśny brulion zapełniony zdjęciami, wycinkami i jakimiś pierwszymi własnymi przemyśleniami stał wtedy na najważniejszej półce w moim pokoju i był pokazywany gościom z nabożnością godną co najmniej najnowszego wydania encyklopedii. Ech, ile by teraz człowiek za ten zeszyt zgarnął na Allegro...
Dopiero z upływem lat widać jak zdziwieni, rozbawieni a momentami zażenowani tą naszą gorączką byli bohaterowie tamtej zbiorowej euforii. Codzienne relacje w gazetach, dziesiątki wywiadów, zdjęcia, plakaty, plakietki, dyskusja w mediach czy aby Isaura Kowalska to dobre imię dla dziewczynki i tak dalej i tak w nieskończoność.
Nie oparłem się i ja tej fali bardziej jednak ukierunkowanej na "ciemną stronę mocy", czyli Leoncia niż powiedzmy to sobie szczerze, umiarkowanie urodziwą Isaurę. Grubaśny brulion zapełniony zdjęciami, wycinkami i jakimiś pierwszymi własnymi przemyśleniami stał wtedy na najważniejszej półce w moim pokoju i był pokazywany gościom z nabożnością godną co najmniej najnowszego wydania encyklopedii. Ech, ile by teraz człowiek za ten zeszyt zgarnął na Allegro...
Ale ja nie o tym.
Otóż już po emisji serialu, po odjeździe aktorów i po lekkim, ale naprawdę minimalnym spadku popularności filmu przez czas jakiś funkcjonowałem jeszcze jako samozwańczy Leoncio podpisując się tak na pamiątkowych zdjęciach ze szkolnych wycieczek, ku wściekłości zresztą moich zapewne kierowanych jakimiś prefeministycznymi zastrzeżeniami koleżanek.
Kto więc na fotkach ze szczytu Czantorii, góry św. Anny albo muzeum dajmy na to jeżozwierzy ma obok Ani, Kasi, Joli, Wojtka i Adasia jakiegoś Leoncia (zaaabójczo wówczas* przystojnego) niech wie, że ma mnie!
Tadaam!
Tadaam!
DRUGIE...
FARAON (Faraon Records, Faraon Corporation) wł. powinno być Pharaoh Records
Proszę wyobrazić sobie regał na którego półkach równiutko ustawionych stoi ponad dwieście pięćdziesiąt kaset audio i może z pięćdziesiąt video. A przeważająca większość z nich ma na grzbietach charakterystyczny znaczek nazwany przeze mnie "wzrastanie", własny numer i wspomnianą wyżej nazwę "firmy". Ładnie, prawda? No ładnie. A skąd cudzysłów? Ano stąd, że firmę tę wymyślił był na swój własny tylko użytek niżej podpisany i "brandował" nią jakbyśmy to dziś powiedzieli wszystko co mu wpadło w ręce. Od kaset audio poczynając. Na początku oznaczało to po prostu rysowane piórem (sic!) a fantazyjne niezmiernie i niepowtarzalne zarazem wkładki, ale z biegiem czasu urosło do kserowanych i ujednoliconych serii (!!!) z których inne stosowane były do kaset sklepowych, inne do tych nagrywanych z radia a jeszcze inne do twórczości własnej autora, a była takowa, oj była, że wspomnę tylko "projekt" Radio Wolne Kielce realizowany ku przerażeniu sąsiadów wespół z kuzynką i jej syntezatorem z szaberplacu...
Skąd mi się to wzięło, dalibóg nie wiem. Jakaś fascynacja starożytnym Egiptem - na pewno, może też wrodzona skłonność do "oficjalizowania" swojego życia i pewnie ze sto innych powodów. A że efekt tej mojej fantazji wbrew pozorom prezentował się całkiem nieźle, to i polityka firmy stawała się coraz bardziej agresywna. Kasety video z własnymi naklejkami, gazetki, a w nich druczki zamówienia na obsługę fotograficzną uroczystości (tanio!) z której na szczęście nikt nie skorzystał i wreszcie seria "książek" będących w zasadzie pamiętnikami, które namiętnie tworzyłem sobie a muzom. To w książkach i gazetkach funkcjonowała właśnie marka Faraon Corporation.
Nie ma co, ambicje były.
TRZECIE...
KONSPIRATOR (redakcja Konspiry)
Konspira to pierwsza moja gazetka, a zarazem pierwszy stan przedzawałowy mojego pierwszego w życiu kierownika w pierwszej zresztą pracy. Rzecz cała zaczęła się od płachty ogromnej na której przykleiłem obok siebie wycinki pokazujące jak bardzo różnią się wypowiedzi polityków przed i po wyborach. Sporo tego było i naprawdę soczyście, więc koledzy byli zachwyceni lekturą. I tak to właśnie w miarę zwyczajna chęć zapełnienia czymś pustej gablotki w salce śniadaniowej przerodziła się u mnie w pragnienie posiadania "imperium prasowego". Chwilowo w postaci jednego tytułu kserowanego w bloku obok. Tak zaistniała Konspira, pisana w stu procentach ręcznie, nie zawsze z użyciem głowy, co dziś z pokorą muszę przyznać, ale jednak mimo tego albo właśnie dlatego mająca zbawienny wpływ na poprawę ciśnienia krwi u co niektórych czytających. Bo przecież, powiedzmy to wprost, trzeba być bardzo naiwno idealistycznym siedemnastolatkiem żeby wpaść na pomysł opisania już w drugim numerze jak to pan kierownik w czasie dniówki zabiera służbowym samochodem do pracy w swoim domu naszego hydraulika i wydany mu oficjalnie materiał...
Ale kurcze... dziś chyba napisałbym tak samo...
CZWARTE...
DR POWER (Dr. Power)
Wchodziłem w dorosłość. Wiodło mi się niezgorzej, więc i nastawienie do świata miałem diametralnie inne niż dziś. I właśnie Doktor Power (choć nie przypominam sobie używania tego miana w pełnym rozwinięciu) był tego wyrazem. Pseudo to funkcjonowało częściowo na kasetach audio, częściowo w moich gazetkach jako "ucieleśnienie" bardziej ogólnego przecież Faraon coś tam, coś tam. I a propos tych kaset jeszcze skojarzyło mi się jak to właśnie pod marką Dr. Power je tworzyłem. Specyficznie dość.
Nagrywałem otóż sobie z radia jakiś program z nowościami muzyki bardzo lekkiej i potem montowałem to tak, żeby usunąć przynudzanie, a zostawić krótkie, dynamiczne wstawki prezenterów. Wychodziło coś na kształt modnych swego czasu nagrań setów didżejskich z dyskotek. I co ciekawe robiły te kasety potem furorę pożyczane moim znajomym. Zresztą ja sam także po wielokroć ich później słuchałem przez długie, długie lata.
PIĄTE...
UNDERCOVER (Undercover Lover, Undercover MC)
Ha! To chyba najdłużej używany przeze mnie nick. Wziął się ze starusieńskiej piosenki z lat 80, a że brzmiał kosmicznie błyskawicznie, to i bezproblemowo zgrał się podówczas z moim ja, skrócony tylko po kilku latach do samego już Undercovera.
A więc najpierw, rzec by można tradycyjnie, (nomen omen) przewinął się przez moje kasety i potem jeszcze na krótko powrócił po latach w pierwszych nagrywanych na stacjonarnej, przeogromnej nagrywarce płytach CD, ale przede wszystkim związał się z dwoma innymi epizodami z mojego życia, radiowym i gazet(k)owym wiele zresztą mającymi ze sobą wspólnego za sprawą identycznej nazwy - Hyde Park.
Najpierw więc było radio TOP i jego audycja muzyczno pozdrowieniowa prowadzona przez Patryka Martynusa (DJ Martino) do której to w epoce jeszcze długo przedkomórkowej wysłałem dziesiątki jeśli nie więcej kart pocztowych i której byłem nadwornym wierszokletą. A zaczęło się zupełnie prozaicznie. W któreś sobotnie popołudnie poszukując jakiejś muzyki mającej umilić mi domowe porządki natrafiłem właśnie na Hyde Park. Akurat zadzwonił tam ktoś jakoś zabawnie pozdrawiający kogoś i rozśmieszający tym prezentera. Postanowiłem posłuchać cóż też będzie dalej. I spodobało mi się. Na tyle, że sam wysłałem kartkę w poniedziałek. Nie wiedząc jeszcze dobrze kto jest kto a kojarząc za to że raczej nie słucha tego radia nikt z osób mi znanych pozdrowiłem po prostu prowadzącego i załogę. Zszokowany nieco usłyszałem w kolejną sobotę te swoje słowa i poczułem się prawie jak wspominany wyżej Rubens de Falco po wylądowaniu w Warszawie. Aż miałem mrówki na plecach. Do tego, do dziś podejrzewam że na pocieszenie za "bezosobowe" pozdrowienia, wygrałem płytę CD wylosowany przez jednego z dzwoniących. I zaczęło się. Wysyłałem wiersze i wierszyki, pozdrowienia dla swojej ówczesnej miłości, kolegów z pracy, szefowej, kuzynki, rodziców i nawet ich psa. Byle być. A w międzyczasie zdobyłem jakąś tam sympatię słuchaczy i współpozdrawiaczy, czego dowody mam do dziś na kasecie magnetofonowej, którejś jakoś nigdy nie miałem czasu zdigitalizować i zostałem stałym punktem cotygodniowej audycji wciągając zresztą później do całej zabawy także kolegę z pracy.
Za to inny, świeżo poznany wtedy, na wieść żem to ja jest ów "anderkower" mało nie zemdlał mówiąc że siostra jego jest wielbicielką mojej Tfu!rczości.
Łaskawie poprosiłem aby niewiastę ową pozdrowił. Od Undercovera Lovera, ha ha ha.
Plus minus w tym samym czasie moje pseudo pojawiło się też w innym Hyde Parku - jednym z działów dodatku ogłoszeniowego Dziennika Zachodniego w którym także kartkami i także co tydzień pozdrawiałem kogo się dało, ale i znów wespół z kolegą pokusiłem się o pewną prowokację ogłaszając oto, że mamy własne radio, bynajmniej nie w znaczeniu odbiornika. NRG.FM się to nazywało. O tymże radiu za linijek kilka. A więc oto ja i on jesteśmy niby to prezenterami radiowymi, nadajemy naprawdę dobrą muzę z gatunku umc umc umc i nie lubimy szarpidrutów. Co wy na to, wyjce?
Rozpętała się wojna. Jedni z nami, inni przeciwko. Pytania, na jakich to falach, gdzie, co jak. Musieliśmy wybrnąć z tego wyjaśniając, że tak naprawdę mamy sieć radiowęzłów (ja nie wiem skąd mi się takie pomysły biorą, słowo harcerza!) i ciągnęliśmy sprawę dalej. Gdy już rzeczy szły prawie w kierunku ustawki w jakimś lesie dla jednoznacznego wyjaśnienia czy Modern Talking są lepsi niż Metallica (są, ha ha ha) spokojnie wszystkich kilkudziesięciu wzburzonych poinformowaliśmy, że całe radio to żart.
Rozpętała się wojna. Jedni z nami, inni przeciwko. Pytania, na jakich to falach, gdzie, co jak. Musieliśmy wybrnąć z tego wyjaśniając, że tak naprawdę mamy sieć radiowęzłów (ja nie wiem skąd mi się takie pomysły biorą, słowo harcerza!) i ciągnęliśmy sprawę dalej. Gdy już rzeczy szły prawie w kierunku ustawki w jakimś lesie dla jednoznacznego wyjaśnienia czy Modern Talking są lepsi niż Metallica (są, ha ha ha) spokojnie wszystkich kilkudziesięciu wzburzonych poinformowaliśmy, że całe radio to żart.
Niektórzy tak samo jak w nasze istnienie, tak samo potem w nieistnienie nie potrafili za nic uwierzyć!
Undercover to wreszcie tytuł jednej z moich gazetek, wydawanej jako prawie że pisemko zakładowe miesiąc w miesiąc przez ponad pięć lat. Ale i tak z racji trudności w wymawianiu każdy mówił "gazetka".
SZÓSTE...
NRG (NRG.FM)
Po kilku miesiącach prowokacji na łamach Gratki tak się już zżyliśmy z rolą didżejów, że zapragnęliśmy choć dla własnego użytku się w nich pobawić. I tak to powstało kasetowe radio (radiomagnetofon?) NRG. Dwa mikrofony, dwie pary słuchawek, trzy magnetofony, odtwarzacz CD i jakiś wzmacniacz. A potem prezentacje ulubionych czy mających szansę takimi zostać utworów i dyskusja. Chyba dosyć ciekawie nam to wychodziło, bo obydwaj mieliśmy radiowe głosy i nieźle poprzestawiane pod sufitem, aby bawić się tak dla kilku łaskawie to wszystko odsłuchujących osób. To na użytek tego właśnie pomysłu i tak dobrze brzmiący Undercover został Undercoverem MC.
Tutaj dygresja. Pomiędzy jednym a drugim Hyde Parkiem wpadł nam do głowy szalony pomysł na kawał. Otóż dnia pewnego w ogólnopolskim tygodniku ogłoszeniowym podaliśmy numer telefonu czy też może nawet adres innego naszego kolegi wraz z informacją (płakałem na środku Sokolskiej w Katowicach ze śmiechu gdy otworzyłem gazetę!) że ten to właśnie zajmuje się (uwaga!) CAŁODOBOWYM SKUPEM I SPRZEDAŻĄ PASZTETU DROBIOWEGO.
Bohaterowi tego wydarzenia następnego dnia humor dopisywał znacznie słabiej...
SIÓDME...
LESZEK (Marzena, Grzegorz i inni)
Leszek to sprawa dużo poważniejsza. Wymyśliłem go w 2007 roku, gdy ówczesna Śląska Akademia Medyczna przekazywała mnie i ponad stu moich kolegów do zewnętrznej firmy za nic mając nasze wątpliwości, pytania i wnioski w odniesieniu do całej sytuacji. Nie uznali nas za odpowiednich do rozmowy przełożeni ani przełożeni przełożonych, zostawiły na lodzie obydwa związki zawodowe (nigdy nie zapomnę jak "wielkiej działaczce" ZNP a poza tym mojej szefowej, osobie z wyższym wykształceniem, to ja, człowiek po zawodówce musiałem napisać jakieś oświadczenie do rektoratu) i krótko mówiąc klamka zapadła. W mniemaniu pani kanclerz przynajmniej. Ale jeden dziwny, do tej pory milczący pan postanowił jeszcze wsadzić nogę między drzwi.
Tyle, że był problem. Kadrowy w jakimś sensie.
Większość moich kolegów była sporo ode mnie starsza, często wykluczona cyfrowo i też nie zawsze gotowa do zadzierania z pracodawcą nawet jeśli ten ewidentnie gra nie fair...
Tyle, że był problem. Kadrowy w jakimś sensie.
Większość moich kolegów była sporo ode mnie starsza, często wykluczona cyfrowo i też nie zawsze gotowa do zadzierania z pracodawcą nawet jeśli ten ewidentnie gra nie fair...
Wymyśliłem zatem, że zamiast mnie samego, jakiegoś tam pana skądś tam, powołam do wirtualnego życia jego, Leszka, bazując przy tym na wszystkich gazetowo radiowych doświadczeniach z "poprzednich wcieleń" oraz nie wykorzystanym w czasach stanu wojennego potencjale konspiratora. Zresztą Leszek był bezpośrednim ukłonem w stronę Lecha Wałęsy, co wierzyłem ktoś może zauważy. Do towarzystwa dołożyłem mu Grzegorza (mój dobry kolega z podstawówki, którego na oczy nie widziałem od dziesięcioleci), Marzenę - dla parytetu poniekąd, ale głównie dla uzmysłowienia różnym ludziom z obu stron wirtualnej barykady, że marzenia warto mieć i warto o nie walczyć a dorywczo jeszcze inne osoby.
I zaczęło się. Najpierw zbiorowe listy, które niby to ktoś nam pisał, a ja tylko roznosiłem, potem gazetka, którą tworzyli "tacy tam, nie znasz ich" a ja rozdawałem, wreszcie funkcjonująca całkiem nieźle ku wściekłości zarówno starego jak i nowego pracodawcy strona internetowa.
I zaczęło się. Najpierw zbiorowe listy, które niby to ktoś nam pisał, a ja tylko roznosiłem, potem gazetka, którą tworzyli "tacy tam, nie znasz ich" a ja rozdawałem, wreszcie funkcjonująca całkiem nieźle ku wściekłości zarówno starego jak i nowego pracodawcy strona internetowa.
Pomiędzy 2007 a 2009 rokiem Leszek i jego banda napsuli w słusznej sprawie walki o sprawiedliwość pracowniczą sporo krwi zarówno w uczelni jak i w Solid Security czy Konsalnecie w których to firmach niżej podpisany do dziś jest zresztą na czarnej liście, czego jednak jak sądzi nie sposób nie poczytywać sobie za zaszczyt.
***
EPILOG,
czyli oczywiście...
PORTIER (Portier Internetowy, PortierBlog)
Jak wynika z opisów wszystkich moich poprzednich wcieleń kolejne w jakiś sposób zawsze wynikały bądź powiązane były z poprzednimi. Portier dzisiejszy, ten z bloga, jest zatem portierem szeregowym, jednym z tych dla których wirtualny Leszek, korzystając z mojego ciała i głosu rozmawiał z dziennikarzami Gazety Wyborczej, TVN-u czy NIE albo wypisywał setną skargę do PIP-u czy Solidarności. Od lata 2009 roku lepiej lub gorzej opowiada tu o różnych, nie zawsze kluczowych sprawach czekając jednak na dzień, kiedy przestanie być portierem i wróci do swojego prawdziwego imienia lub odnajdzie inne warte choćby chwilowego przybrania...
=============
* - i dziś także ;))
środa, 24 września 2014
O niepotrzebniątkach
Chyba każdy z nas ma gdzieś w swoim domu niepotrzebniątka. Takie małe cosie, co to nie wiadomo komu, kiedy i do czego, ale na pewno kiedyś się przydadzą. Jesteśmy o tym przekonani. Przekładamy więc je z wielką czcią z lewa na prawo i z prawa na lewo obiecując sobie, że może jutro albo najdalej w przyszłym tygodniu. Tu zacerujemy, tam skleimy, tam jeszcze poszukamy takiego tego, co się zgubił, a to damy kuzynowi, bo na pewno mu się przyda. O! I to jeszcze, bo jakie ładne jest! Słowem, niech leży, jeść nie woła. I nieważne co to. Może być kierownica z malucha, sweter po babce, laptop na Pentium II, biografia Lenina albo żelazko co to prawie grzeje, ale jednak nie. Zostaw, daj spokój, przeszkadza ci?
Upychamy takie osierocone przez użyteczność przedmioty po szafkach, pawlaczach, piwnicach i garażach. Czasem, rzadko, rzeczywiście coś jeszcze z nimi robimy, dużo częściej przełamujemy się i wyrzucamy je wreszcie któregoś dnia do kubła, a zdarza się i tak że wyrzucają je po nas inni.
Kiedy prawie trzydzieści lat temu zmarł mój sąsiad z tej samej ulicy jego rodzina wywoziła takie skarby tygodniami. Były tam jakieś znaczki pocztowe, stare książki, niedziałające wentylatory, pokraczne odpustowo pamiątkarskie figurki, zwoje do niczego niepasujących kabli, radia, płyty i Zakład Oczyszczania Miasta jeden wie co jeszcze. Siedziałem wtedy ku rozpaczy swych bliskich wewnątrz prawie kontenera i wyciągałem co się dało jak szalony, pokrzykując przy tym w gorączce niczym odkrywcy skarbu faraonów. I czułem, dalibóg, czułem już wtedy, niby to radując się z dziesiątej serii znaczków z Hitlerem, zepsutego dzwonka albo muszelki "pamiątka z Zakopanego" że te śmiecie, to tak naprawdę tylne drzwi do czyjejś duszy. Rodzaj pamiętnika.
Dekadę temu tak samo przyszło mi sprzątać życie mojego ojca. Dosłownie i w przenośni. Spędziłem dwa dni i dwie noce w pozbawionym już mebli mieszkaniu otoczony tylko workami i kartonami z wszystkim tym, czego droga życiowa dobiegała końca razem z człowiekiem do którego należało. Przeglądałem stare dokumenty, wezwania i podania, kasety magnetofonowe, fachowe czasopisma, zepsute piloty, telefony komórkowe, komplety czegoś bez czegoś i inne pamiątki drobnych spraw a zarazem wielkiego obszaru czasu. Spałem na materacu w pustym, zimnym pokoju i przeżywałem raz jeszcze wszystko to, co umarło. A potem o poranku wyniosłem ostatni worek, podpisałem jakieś papierki i oddałem klucze paniom z administracji czując i wstydząc się tego, że i tak NIE ZROZUMIAŁEM.
Chyba nikt nigdy nie zrozumie.
To rzeczy, a co z myślami, z marzeniami, z priorytetami które się z nimi wiążą lub nie? Gdzie ukryte pod zaplamionymi pomidorową obrusami codzienności nasze niechęci, nienawiści i pretensje? Sprawy bezsensowne w których do celu brakło ledwie paru kroków i te bardzo poważne dopiero co rozpoczęte? Cały zapis małego niepotrzebniątkowego DNA?
Czy to w ogóle można tak materialnie "przejąć", porozkładać sobie na odpowiednich półeczkach, odtworzyć i zrozumieć? I czy próbując nie zaniedbujemy jednocześnie takich samych niepotrzebniątek ze swojego życiorysu komplikując tym samym funkcjonowanie naszym następcom?
Zaglądam do szafy. Gdzieś w ciemnościach za plecakiem i torbą podróżną drzemie sobie wymięty karton. Pod tapczanem drugi, zupełnie malutki. To w nich jest suplement do mojego ja. Do samodzielnego montażu.
Czy to ważne co konkretnie? No wszystko.
Zielona plastikowa żabka, lista drożdżówek kupowanych komuś na zamówienie, jakieś klucze w ozdobnym etui, kartka na mięso, latarka, zegarek, kaseta video, pluszowy lew a może tygrys, kilka kości ramu, łuska karabinowa, kabel euro cinch, MS Word 2000 i okulary.
Hmm... Nie jest dobrze.
Boję się, że każdemu próbującemu kiedyś to wszystko ułożyć wychodzić będzie za każdym razem coś zupełnie innego niż powinno. A ja pewnie będę sobie stał wtedy gdzieś za chmurką i darł się bezgłośnie pośród setek tysięcy podobnych mi, tak samo wkurzonych:
-Gamoniu! Co robisz?! Najpierw była kosiarka, dopiero potem prześwietlenie płuc!
Na próżno.
środa, 10 września 2014
Czasem można być dzieckiem
Oglądam dziś świat przez ciemne szkło buteleczki z syropem. Na blacie nocnej szafki leżą tabletki, dwie paczki chusteczek, termometr i krople do nosa. Na stoliku paruje setna szklanka herbaty.
Jestem chory. Jak na ironię akurat wtedy, kiedy w grafiku wyznaczono mi wolne dni. Chyba mam do nich pecha.*
A więc leżę, próbuję coś czytać, zrzucam wracającego jak bumerang na moją poduszkę kocura (skoro pan śpi, to ja również mogę!) i wspominam jak też chorowało mi się lat temu wiele.
Jestem chory. Jak na ironię akurat wtedy, kiedy w grafiku wyznaczono mi wolne dni. Chyba mam do nich pecha.*
A więc leżę, próbuję coś czytać, zrzucam wracającego jak bumerang na moją poduszkę kocura (skoro pan śpi, to ja również mogę!) i wspominam jak też chorowało mi się lat temu wiele.
Od razu uśmiecham się sam do siebie, bo przecież z jednej strony rozpierała mnie wtedy radość, że oto taadaam - nie będzie szkoły, ale z drugiej jednocześnie paraliżował strach przed zastrzykami a jeszcze wcześniej przez patyczkiem do zaglądania w gardło. Brrr!
No ale coś za coś, myślałem sobie. I w związku z tym wspomnieniem kolejnym jest szarobury budynek przychodni na Bogucickiej ze specyficznym aromatem lekarstw i lizolu wewnątrz oraz dodające mi sił przekonanie, że za wizytę u lekarza należy mi się od rodziców co najmniej coś słodkiego jeśli nie wręcz zabawka.
fot. GoogleMaps
Często jednak całym zyskiem (poza radością nieopisaną z syropu Thymi lub paczki VisolVitu) była zwykła zużyta strzykawka, którą potem wykorzystywałem do wieczornego ostrzału wodą ludzi spacerujących pod naszym blokiem. Była to rozrywka nader popularna w czasach PRL-u i stąd jeszcze jedno z nią skojarzenie. Od razu przepraszam tu wszystkich zgorszonych, ale miałem wtedy baaardzo niewiele lat, więc czegóż oczekiwać - przeszedłem otóż kiedyś jak najbardziej jeszcze zdrowym będąc na broń masowego rażenia i wychylając się z okna użyłem pompki do materaca (takiego "żółwia") włożonej do pełnego wody wiadra...
fot. Allegro
A wieczorem wracał sobie z siostrą i kolegami do domu Grzegorz, mój nieco zbyt przemądrzały klasowy kolega...
-Aaaaa... Leją!!! Uciekamy!!!
I jak tu się nie przeziębić jak człowiek stoi pół godziny przy otwartym oknie z nogą w wiadrze czekając na kolejną "ofiarę"? No właśnie.
Leżałem więc sobie potem zupełnie jak teraz, też zupełnie jak teraz bawiąc się guzikami w poszewce kołdry i legalnie chorowałem. Mama podawała mi jakieś mikstury, dzisiejszego kota Rozbója zastępował chwilowo przywrócony do łask biały miś, a wafelki pod kołdrą (aha, bo nie wspomniałem, że mam wafelki, tra la la la...) ciepłe lody których jakoś nie dało się "zorganizować" gdy byłem zdrowy, ale pojawiały się na osłodę cierpień, gdy chorowałem. Ich oczywiście pod kołdrę nie wkładałem.
Skoro zaś o cierpieniach mowa, to była jeszcze straszna pani pielęgniarka z brodawką w stylu Mao Tse Tunga i ucieczka przed nią przez całe mieszkanie a potem bywało że i pod łóżko. Albowiem niestety nie wiedzieć czemu wszelkie "gardłowe sprawy" leczono wtedy zastrzykami, a zastrzyków, jak każdy prawdziwy mężczyzna nie znoszę do dziś. Amen.
Pielęgniarka zaś wspomniana mieszkała sobie w bloku tuż obok i na co dzień (czyli najczęściej - w lato) nie budziła we mnie żadnych negatywnych emocji, za to jednak jej "dobry wieczór" w przedpokoju około dziewiętnastej oznaczało alarm bojowy. Zastrzyki!!!
Pewnego dnia rodzice siłą prawie ściągali mnie drącego się wniebogłosy z jakiegoś regału...
Z tego wszystkiego wyrobiłem sobie taki odruch Pawłowa, że gdy pierwszy raz byłem u fryzjera (w dzieciństwie strzygła mnie mama) to na widok jego białego fartucha momentalnie uciekłem na ulicę. A rzecz działa się, trzeba to dodać, na Mariackiej w Katowicach, czyli miejscu wtedy wcale ruchliwym.
Kilka dni przerwy w życiorysie oznaczało też siłą rzeczy pewien swoisty ich układ. Najpierw około szóstej tata szedł do pracy, po nim przed siódmą mama do sklepu, a ja jedno i drugie kojarzyłem tylko plus minus albo i wcale śpiąc sobie w najlepsze. Wreszcie następowała już prawdziwa pobudka około dziewiątej, po niej śniadanie, dalej tabletki i syropek, a potem powrót do łóżka i słuchanie radia albo płyt. I nie było to Lady Pank, oj nie. Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków, Księżniczka na ziarnku grochu albo jeszcze piosenka w wykonaniu Zygmunta Kęstowicza (tego od psa Pankracego) z intrygującym mnie do dziś tekstem: "cztery słonie, zielone słonie, każdy kokardkę ma na ogonie..."
Działo się.
Potem obiadek, telewizja, zabawa, zastrzyk (nieee!!!) i znów nyny.
Potem obiadek, telewizja, zabawa, zastrzyk (nieee!!!) i znów nyny.
Okładki płyt
Chorowanie miało jak z tego wynika i swoje dobre strony. Można było leniuchować do woli, bez obaw o reakcję rodziców być kapryśnym, żądać przytulania co pół godziny, nie jeść zupki (bo kcem kotleta!) i zapędzać ojca w pięć minut po jego powrocie z pracy do zabawy żołnierzykami na podłodze. I wszystko to udawało mi się jedną płaczliwą miną załatwić w sekundę, ha ha ha!
Po iluś dniach wreszcie pierwszy spacer. Uczucie słabości, resztki gorączki, ale jednak już o chwilkę tylko przed całkowitym wyzdrowieniem. A potem już powrót do codzienności.
***
Na zegarze czternasta trzydzieści. Syropek, tabletka, kropelki.
Zaraz puszczę sobie jakąś fajną muzyczkę przez słuchawki, przewrócę się na drugi bok i znów zasnę obok mruczącego nie wiedzieć czemu Rozbója. Muszę tylko uważać żeby mi się wafelki nie połamały!
Czasem można być dzieckiem.
========================
niedziela, 24 sierpnia 2014
Czasem trzeba być dorosłym
Za mną kolejna kilkudniowa przerwa w dyżurach. W zasadzie można by powiedzieć, że zmarnowana. Nie przeczytałem książki po której nie mógłbym zasnąć, nie obejrzałem filmu wartego mądrej i długiej dyskusji (niewartego także nie), nie opublikowałem wielostronicowego posta na blogu ani wreszcie nie pojechałem na wycieczkę w moje ukochane góry. Przesiedziałem za to wiele długich godzin w obrzydliwym, długim na prawie pięć metrów a szerokim ledwie na pół wykopie, wyciągając zeń przy akompaniamencie najobrzydliwszych przekleństw ziemię, kamienie, cegły i przekuwając się po drodze przez betonowe ławy fundamentów pozostałe po stu (tysiącach) dawnych a nieaktualnych już od wieków konfiguracji domu w którym mieszkam.
Ledwie stojący na nogach domywałem się dziś przed pierwszą w nocy po czternastu godzinach nieprzerwanej pracy bez jedzenia, a z lustra w łazience spoglądała na mnie wymęczona, brudna i nieogolona twarz.
Ze zmęczenia chciało mi się płakać, ale po chwili raz jeszcze podniosłem wzrok i spróbowałem wytrzymać spojrzenie gościa z drugiej strony szklanej tafli. Uśmiechnął się do mnie. Skinąłem mu lekko głową i także się uśmiechnąłem.
A potem rozejrzałem się dookoła. Dotarło do mnie, że oto stoję nad grubą żeliwną wanną którą sam wciągałem dwadzieścia jeden lat temu do tej łazienki, podłączałem i obmurowywałem, że woda do niej płynie instalacją, którą w części od wodomierza sam piętnaście lat temu (pod okiem fachowca co prawda, ale jednak) zrobiłem, zmienia się z zimnej w ciepłą w ogrzewaczu, który sam zakładałem dwa miesiące temu a ścieka do studzienki przed domem rurami, które ułożyłem dopiero co. Dziś, tuż po północy, kiedy całe miasto już spało.
I że może ci, którym tak zazdroszczę, a którzy przez te ostatnie cztery dni na przykład wędrowali z plecakiem, czytali książki, oglądali filmy, robili zdjęcia czy prowadzili głębokie dysputy na tematy wszelakie z meandrami ludzkiej duszy związane nigdy nie poznali tej radości i tej dumy.
Bo to przecież ja sam. Lepiej lub gorzej, ale jednak tymi rękami. Dziś, wczoraj, dwie dekady temu.
Zasnąłem przed drugą. Za oknem cichutko szumiał deszczyk.
Czasem trzeba być dorosłym.
wtorek, 12 sierpnia 2014
niedziela, 3 sierpnia 2014
Portier pyta - UM Bielsko-Biała odpowiada
CZY I JAK OGRANICZA SIĘ BUDOWĘ DOMÓW
NA TERENACH GÓRSKICH?
Temat bardzo szeroki i jako taki trudny do objęcia zarówno jednym konkretnym pytaniem jak i, jestem tego świadom, jedną konkretną odpowiedzią. Sam w sobie jednak ważny i moim zdaniem wymagający (tu z konieczności tylko symbolicznego) naświetlenia, nie tylko w interesie bezpośrednio nim zainteresowanych mieszkańców, ale również turystów, których obecność gdzieś jest przecież prostą pochodną atrakcyjności danej okolicy. Ta zaś, myślę, że przyznacie mi Państwo rację, składa się takoż samo z natury, jak i z wszystkiego tego, co stworzył wokół niej człowiek.
Oto treść listu który skierowałem 19 czerwca 2014 do Urzędu Miasta Bielska Białej.
===
Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie mi pokrótce zasad rządzących zabudową w
terenach górskich. Rzecz dotyczy wielu miast i wsi, przez które wędrowałem w
Beskidzie Śląskim, więc nie podaję tu konkretnych miejsc czy ulic, bo chodzi mi
raczej o teoretyczne ujęcie sprawy. Z tego co widzę w ostatnich latach buduje
się coraz wyżej i coraz brzydziej na pełną skalę. Wiem oczywiście, że Beskidy to
nie rezerwat (a szkoda), a teren podlegający tym samym prawom co każdy inny, ale
jednak serce się kraje, gdy coraz dłuższe odcinki szlaków pokonywać trzeba
asfaltem i to mijając nawet w połowie podejścia na jakąś górę budowy czy
osiedla. Nie mam tu na myśli tych przysiółków, które istnieją od dziesiątek lat,
ale to wszystko, co powstało i powstaje obecnie. Stąd moje pytanie:
Czy zakup terenu i zezwolenie na budowę w takiej okolicy podlega
jakimś ograniczeniom, czy też po prostu za domem nr np. 15 można postawić
kolejny z numerem 16 nawet jeśli za chwilę okaże się, że w ten sposób nawet na
szczycie np. Klimczoka wisieć będzie czyjeś pranie?
Przyglądając się górom po czeskiej stronie np. z Czantorii czy Kiczor z
żalem dostrzegłem, że tam strefa zamieszkana, to poza nielicznymi wyjątkami
doliny, natomiast stoki gór to jeśli już pola i łąki. Po stronie polskiej ma się
wrażenie, że kupić można już wszystko i wszędzie. Jest to bardzo przygnębiające,
bo w ten sposób góry i turystykę w nich się nawet nie ogranicza, ale wręcz
zabija. Oczywiście zamiast prawdziwych miłośników gór z plecakami, mapami i
termosem pojawią się inni, już dziś obecni, ci, którym do szczęścia wystarczy
wysoko położony parking i pseudo góralska knajpka, [...], ale chyba nie na tym powinno nam wszystkim zależeć...
Podaję swój adres jako wypełnienie obowiązku prawnego, ale w zupełności
wystarczy mi odpowiedź drogą elektroniczną.
[Tu w oryginale moje imię, nazwisko, oficjalny adres email oraz pełny adres zamieszkania.]
===
Po monicie jaki wobec braku odpowiedzi w przeciągu miesiąca wystosowałem 24 lipca na mój list odpowiedziała 28 lipca 2014 pani Ewa Grabska-Gawęda - zastępca naczelnika wydziału Urbanistyki i Architektury UM Bielska Białej.
===
Ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym określa zasady kształtowania polityki przestrzennej przez poszczególne Gminy we wszystkich rodzajach terenów - górskich, nadmorskich, nizinnych z których olbrzymia większość jest w rękach prywatnych.
Ustawodawca wymaga aby przed każdym pozwoleniem na budowę wnioskodawca znał możliwości zabudowy związane z interesującą go działką.
Są gminy które na cały swój teren posiadają zapisy w formie obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego. W takiej sytuacji pozwolenie na budowę otrzymuje właściciel działki który w projekcie architektoniczno-budowlanym spełnia wszystkie zapisy wynikające z obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego. Plan zagospodarowania przestrzennego
uchwalany jest przez Radę Miejską a w trakcie procedury opiniowany jest przez różne instytucje, przede wszystkim związane z ochroną środowiska. Jego projekt jest również wykładany do publicznej oceny.
W sytuacji gdy na danym terenie brak obowiązującego planu zagospodarowania przestrzennego Gmina wydaje decyzje o warunkach zabudowy. Decyzja ta określa uwarunkowania jakie spełniać winien projekt architektoniczno-budowlany.
W tym celu jest wykonana analiza urbanistyczna terenu zabudowanego w obszarze trzech szerokości działki od strony wjazdu i jest on analizowany ze względu na istniejącą funkcję, gabaryty zabudowy ,dostęp do drogi publicznej, infrastrukturę techniczną. W tym postępowaniu uczestniczą wszyscy właściciele działek na które projektowana inwestycja może oddziaływać. Mając decyzję o warunkach zabudowy właściciel uwzględniając w projekcie architektoniczno-budowlanym jej wszystkie wymagania może uzyskać pozwolenie na budowę.
Ostateczny obraz przestrzenny kształtowany jest przez konkretnych inwestorów oraz projektantów (głównie architektów ) którzy w ramach warunków zabudowy określonych w planach z.p. lub decyzjach WZ, winni projektować budynki i kształtować ład przestrzenny tak aby nie budził żadnych wątpliwości. Gminy w zakresie swoich zadań związanych z administracją architektoniczno-budowlaną nie mają prawa ingerować w rozwiązania funkcjonalno-przestrzenne obiektów, jeżeli
spełnione są wszelkie wymogi wynikające z przepisów a przecież realizacja inwestycji zgodnie z przepisami nie gwarantuje dobrego poziomu projektów, co stanowi podstawowy problem w zagospodarowaniu przestrzennym.
Czyli, wracając do Pana pytania : na działce można wybudować budynek nr 16 w sąsiedztwie bud. 15, jeżeli właściciel działki uzyska pozwolenie na budowę w oparciu o obowiązujący plan zagospodarowania przestrzennego lub decyzję o warunkach zabudowy.
===
KOMENTARZ PORTIERA
Mamy tu odpowiedź par excellence techniczną, czyli rozłożenie na czynniki pierwsze samego systemu udzielania zezwoleń na budowę, jak zaznaczyła na wstępie pani naczelnik (i co jest oczywiste) identycznego w górach i poza nimi oraz stwierdzenie o braku realnej możliwości wpływu na estetykę nowopowstałych budynków, jeżeli tylko spełniają normy stricte budowlane. Zabrakło jednak tego, co było sednem mojego pytania (być może nie do końca jasno wyrażonym):
Czy podejmowane są jakieś SPECYFICZNE DLA OKOLIC GÓRSKICH, LEŚNYCH I INNYCH OGÓLNIE RZECZ UJMUJĄC WARTOŚCIOWYCH PRZYRODNICZO I TURYSTYCZNIE działania związane z ochroną ich stanu, które by blokowały możliwość a) zakupu tam ziemi lub b) powstawania nowej zabudowy, nawet, jeśli w teorii spełnione są wszystkie "powszechne" wymagania budowlane?
Powie ktoś, że to właśnie istota Planu Zagospodarowania Przestrzennego i nie można tworzyć nowych rozwiązań prawnych, które by działały np. tylko od określonej wysokości nad poziomem morza wzwyż. Zgoda. Ale będę uparty. Wspomniane plany funkcjonują przecież od lat na różnych szczeblach, a efekty w praktyce są w tej przynajmniej opisywanej dziś kwestii mikre. Ideałem zaś według mnie byłoby koordynowane znacznie szerzej niż na szczeblu gminy bezterminowe wyłączanie z obszaru nawet potencjalnej zabudowy terenów wartościowych z punktu widzenia... nie, nie Portiera, ale natury i naturalności.
Na przyszłość i dla przyszłości.
Kogo mój zapewne nieco naiwny turystyczny egocentryzm w dzisiejszym wpisie rozbawił, temu polecam wspomniane wcześniej przyjrzenie się i porównanie ilości i jakości zabudowy na stokach gór po ich polskiej i czeskiej lub słowackiej stronie...
---
===
"Dom" na szlaku z Równicy na Trzy Kopce Wiślańskie.
Skąd się tu wziął?
poniedziałek, 28 lipca 2014
Piechotą do lata
Czas letnich spacerów nie trwa wiecznie, a zatem korzystajmy z niego, zwłaszcza, że pogoda dopisuje. Kto by miał ochotę odnaleźć odrobinkę natury także w sercu GOP-u, tego zapraszam niniejszym do odwiedzenia wraz ze mną Parku Kościuszki oraz chorzowskiego ZOO.
============================
SPACER PIERWSZY
SPACER DRUGI
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.

























