Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


niedziela, 14 czerwca 2020

Demotyportier 25


Proszę kliknąć na obrazek, aby go powiększyć









---

Pochodzenie obrazków:

1 - Maszynka do strzyżenia zakupiona na Allegro
2 - Opis herbaty ze strony internetowej marketów Aldi
3 - Allegro
4 - Marketowa gazetka, ale już nie pamiętam z jakiego sklepu :)
5 - Zdjęcie z sobotniego spaceru
6 - Taki sobie dylemacik sprzed szpitala w Ochojcu...

---

Wszystkie zrzuty ekranu/zdjęcia oraz podpisy są mojego autorstwa.


sobota, 16 maja 2020

Byłem listonoszem

Swoje zatrudnienie w Poczcie Polskiej kilka lat temu zawdzięczam w sporej mierze górze, ale bynajmniej nie chcę przez to powiedzieć, że szefostwu, nie, nie, zwykłej górze, a dokładniej to górom.

Pamiętam jak dziś ten pochmurny listopadowy dzień z pierwszym śniegiem, choć za nic nie mogę sobie przypomnieć skąd wziąłem akurat taką ofertę pracy i co skłoniło mnie do odpowiedzenia właśnie na nią. Dość jednak, że po kilku dniach od wysłania życiorysu i listu motywacyjnego zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną do jednego z większych urzędów pocztowych w naszym mieście i właśnie w ten ponury, pierwszy taki tej jesieni dzień tam się stawiłem. Przede mną były dwie osoby, więc w oczekiwaniu na swoją kolej pogrążyłem się w lekturze reklam i ogłoszeń zastanawiając się, czym właściwie mam wykazać swoją niezbędność na oferowanym mi stanowisku. Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wreszcie po około pół godzinie zaproszono mnie na zaplecze i potem do gabinetu pani naczelnik. Miła dość osóbka w średnim wieku poprosiła mnie o zajęcie miejsca i zagłębiła się w lekturze moich dokumentów. Widziałem i czułem jej lekkie zdziwienie, ale było ono dla mnie oczywiste. Kopalnia, budowy, ochrona, niczego związanego choć trochę z pracą pocztowca tam nie było. Wreszcie zaczęliśmy rozmawiać. 
Najpierw ogólnie o poprzednich firmach i powodach ich opuszczenia, potem o obowiązkach, jakie na mnie ewentualnie czekają i wreszcie…
-Ale co właściwie skłoniło pana żeby do nas aplikować?
W zasadzie pogodzony już z tym, że nie mam szans, opowiedziałem coś z lekka naiwnego o swoim pokoleniu, dla którego zawody takie jak strażak, motorniczy czy listonosz były czymś magicznym, o chęci założenia granatowego munduru i wielgachnej torby a potem niesienia ludziom „dobrych wieści” i kilka innych podobnych historii, które były z całą pewnością dalekie od tego co się na rozmowach o pracę a zwłaszcza na rozmowach o pracę na poczcie słyszy. Ale to właśnie sprawiło, że pani naczelnik zaczęła się uśmiechać. Z sympatią, nie jak się obawiałem z politowaniem. Idealista, pomyślała zapewne. Krok po kroku nasza rozmowa zaczęła się robić coraz swobodniejsza. Na pytanie o kondycję do parogodzinnych marszów opowiedziałem o górach, a potem to już… poszło z górki. Z kwadransa zrobiło się ponad pół godziny, pośmialiśmy się, powymieniali górskimi wspomnieniami i praktycznie pewny byłem, że już tu pracuję. Nie za papiery, nie za umiejętności, nie za znajomości. Za naturalność. Nie myliłem się. W kilka godzin później oddzwoniono do mnie, że zostałem wybrany właśnie ja. 
Po kilku dniach rozpocząłem zupełnie nowy etap swojego CV. Zostałem listonoszem.

Ten niedługi co prawda, ale pełen nowych doświadczeń fragment mojego życia zawodowego wspominam dziś i pewnie zawsze już będę wspominał z wielką sympatią i tęsknotą jako jeden z najciekawszych i najprzyjemniejszych jakie mi się przytrafiły. Mimo, że to nie Poczta a ja go zakończyłem. Ale o tym później. Zacznijmy od początku.

Nie dostałem munduru, nie przydzielono mi rejonu. Ze wszystkich magiczno dziecinnych wyobrażeń ostała się tylko wielka skórzana torba kojarząca mi się nieodmiennie z kangurem, niewykluczone, że przez analogię, albowiem zostałem skoczkiem, czyli listonoszem zastępczym, który każdego praktycznie dnia lub w najlepszym razie tygodnia obsługuje inną dzielnicę. Z całą pewnością była to wysoko postawiona poprzeczka. Nie tylko dla moich złudzeń, ale i dla nóg, głowy oraz cierpliwości. 

Zanim jednak wyruszyłem w pierwszą trasę przydzielono mnie do starszego kolegi, który przez kilka dni miał wprowadzać mnie w arkana zawodu, sam zresztą, co się bardzo często u takich ludzi zdarza, psiocząc na niego niemiłosiernie. Tym to sposobem po raz ostatni zapewne w swoim życiu stałem się na około tydzień znów „młodym” co to się przyucza dopiero i wszystko trzeba mu wytłumaczyć. A tłumaczenia było sporo. Pominę je tu jednak aby przejść wprost do opisu mojej już samodzielnej pracy.

Listonoszowy dzień zaczynał się około piątej rano. Zależnie od dnia albo najpierw pomagałem kierowcom rozładowywać i sortować na rejony listy zwykłe albo je już mi przez innych przydzielone odbierałem z wielgachnego regału i na swoim stanowisku układałem w przegródki małej szafeczki. Było tego mnóstwo, ale też na tym moje wyobrażenie o pracy listonosza się kończyło, a przecież był to tylko wstęp. Najłatwiejszy, mimo tego, że ilościowo czasem mocno stresujący. O co chodziło z tymi szafami i szafeczkami? Już tłumaczę. Listy „dla mnie” czyli dla rejonu, który obsługiwałem były zgrupowane w sortowni w specjalne pojemniki. Z nich trafiały na samochody, a z samochodów do salki w naszym urzędzie, gdzie już każdy rejon miał ileś swoich półek. Jak wspomniałem zawsze ktoś z kolegów albo ja (choć żaden z nas nie musiał) pomagał toto rozładowywać. Potem już każdy listonosz z dużego regału zabierał swoje listy na stanowisko przy którym układał je sobie ulicami w przegródki nad biurkiem. Te przegródki zaś, to po prostu trasa marszu. Według ulic i według ich stron. Ot, cała tajemnica. Po przesortowaniu listy spinało się w paczuszki i tak pakowało do torby.  No to już, można iść, tak?
A gdzie tam!

Teraz to samo, ale z poleconymi. I tu już było trudniej, albowiem poleconych listonosz nie może rozpisać sobie sam. Mogą to zrobić panie obsługujące urząd lub… inny listonosz na zasadzie ja tobie, ty mnie. Oczywiście robi się to komputerowo ażeby mieć potem listę do rozliczenia. I proszę mi wierzyć, trochę to trwa. 
Później gazety. Prenumerata. Kto tam jeszcze pamięta, że istnieje coś takiego? Ano istnieje. Trzeba zatem było pobrać gazety. Już?
Nie.
Pora na przesyłki sądowe, które niby też są poleconymi, ale zapisuje się je i potwierdza wydanie nie na zwykłej liście, a na tablecie. Czyli jeszcze tablet. No i kolejka po same już polecone i podbitą listę z nimi. Czas biegł, a torba robiła się coraz cięższa… Oczywiście listy znów musiałem posortować według ulic, pospinać ładnie w pliki i ułożyć w drugiej kieszeni torby. Powiedzmy, że była wtedy 7:00 rano, a przecież jeszcze pieniądze. Jak Wam ktoś powie, że nikt już nie odbiera przelewów „analogowo” nie wierzcie mu. Po prostu nie wierzcie.

Kolejny pokój i kolejne regały. A w nich wydruki do wypłat. I znów komputer. Przeliczanie i kolejka do okienka po gotówkę. No to już komplet. Teraz tylko krówki. Say what?! Tak! Krówki. Powód mojego odejścia z Poczty. Cukierki, klocki, misie i inne (proszę wybaczyć) drogie i nikomu niepotrzebne pierdoły, które listonosz powinien (?) sprzedawać. I mimo, że podobno robić to mają tylko ci korzystający z samochodu, nacisk na sprzedaż jest równy dla wszystkich. A za sprzedaż jest premia. Za z kolei notoryczne niesprzedawanie jest "pogadanka" z szefem lub szefową. Proszę zgadnąć czego częściej doświadczałem?
Torba albo dwie listów, pieniądze, gazety i cukierki. Na zegarze powiedzmy 7:40. Można ruszać. W moim akurat przypadku na autobus. Life is brutal.

Wędrowałem po różnych dzielnicach. W każdą pogodę. Raz z radością innym razem szorując twarzą po ziemi. Do czternastej, do piętnastej, do siedemnastej. Zawsze mając płacone tylko za osiem godzin… Ale to nie te kilometry, godziny za darmo, wylany pot czy bolące plecy mnie zniechęciły. To krówki i pieniądze. Dziwne zestawienie? No dziwne, fakt, ale tak się złożyło, że prawdziwe. Dojdziemy i do niego.

Cóż zatem dalej? Dojeżdżałem na rejon i według… półeczek mojego regału rozpoczynałem wędrówkę. Czasem część listów zostawiałem sobie na przechowanie w okolicznym urzędzie pocztowym jako mojej bazie wypadowej. A potem to już wiadomo. Torba na ramię i w drogę. Zwykłe do skrzynek, polecone osobiście (jeśli podpiszesz odpowiedni druczek listonosz może Ci je także doręczać do skrzynki, poza sądowymi, bez zostawiania awiza), sądowe tylko adresatowi i za podpisem na tablecie, małe paczuszki, które nominalnie też są listami do skrzynek lub drzwi no i pieniądze po wylegitymowaniu odbiorcy jemu lub członkowi rodziny. 

Napisze jak to jest z tymi napiwkami czy nie napisze? Spokojnie, napisze.
Są. Bywają spore. Mało który listonosz Wam to przyzna, ale często tylko one sprawiają, że jeszcze nie rzucił tej pracy. Od razu jednak zastrzegam, że ktoś, kto jak ja zastępuje innych po kilka dni szanse na takie dodatki ma znacznie mniejsze. Po prostu jest obcy.

Wrócę teraz na chwilę do mojej rozmowy kwalifikacyjnej. Wszystko co tam mówiłem, było prawdą. Chciałem jak na filmach roznosić listy od zakochanych, nieść dobre wieści, być wyczekiwanym gościem. Byłem. I to właśnie, a nie końcówki emerytur wspominam najmilej. Poznałem starego pisarza w pełnym zakurzonych książek ciemnym mieszkaniu, rozmawiałem z wieloma samotnymi ludźmi, dla których byłem często jedynym gościem i okazją do poplotkowania, sprawiałem zwykłym pismem albo no cóż, pieniążkami, że ktoś skakał ze szczęścia. Po drugiej czy trzeciej wizycie na jakiejś ulicy ludzie już mnie poznawali i witali jak starego znajomego. A ja cieszyłem się razem z nimi. I to oni, ich głosy, ich uśmiechy, to było to najważniejsze, czego już zawsze będzie mi brakować. Paru buców których przy okazji także musiałem napotkać tego obrazu nie zmienia.

Popołudnie lub późne popołudnie. Powrót na pocztę. Na razie na tę rejonową, jeszcze nie macierzystą. Tu zostawiałem resztę korespondencji a panie z okienka podbijały mi fakt jej przejęcia. I do tego momentu byłoby ok. gdyby nie to, że potem wracać musiałem do punktu wyjścia czyli już mojego właściwego urzędu. Wieczorem, przez pół miasta, autobusami. 

I to właśnie, obok nacisku na sprzedaż słynnych krówek i innych cudów był drugi powód mojego późniejszego odejścia z tej pracy. Bo przecież nie dość, że musiałem na swojej poczcie wszystkie pobrane rano a niewypłacone pieniądze ponownie zdać do kasy (często znów stojąc w kolejce), to także jeszcze rozpisać je na specjalnym druku na wszystkie możliwe monety, banknoty i ze dwa razy dla pewności przeliczyć. Po dwunastu powiedzmy godzinach na nogach. Lekko mi z tym nie było, zwłaszcza gdy np. wracałem z rejonu, który miałem o dwa, trzy przystanki od domu.

Gdybym miał podsumować dla potomnych co może być plusem w tej pracy powiedziałbym tak:
-jesteś na państwowym, w najstarszej polskiej firmie
-nie grożą Ci umowy cywilnoprawne
-nie ma mowy o pracy w soboty czy niedziele
-za używanie swojego samochodu firma Ci dopłaca
-za korzystanie z komunikacji miejskiej (tylko dojazd na rejon i powrót) masz darmowe bilety
-napiwki są naprawdę fajne
-spotykasz mnóstwo ciekawych ludzi
-wykonujesz zawód, który ciągle jeszcze budzi sympatię

Co na minus?
-płacą Ci za osiem godzin, a masz małe szanse by się w nich wyrobić. Standardem jest około dziesięciu, ale znam takich, którzy zawsze, niezależnie od dnia, robią po dwanaście - trzynaście
-w razie braku zastępstwa za nieobecnego robi się tak zwane „rozbiórki” czyli dobiera część listów z sąsiadującego rejonu (robi to zwykle dwóch - trzech listonoszy). Jest to płatne dodatkowo jako nadgodziny, ale też zabiera Ci jeszcze więcej czasu
-oczekuje się od Ciebie żebyś sprzedawał znaczki, zabawki i słodycze
-jeśli nie masz samochodu, nie zostałeś przyjęty jako listonosz z autem służbowym albo masz słabą kondycję padniesz jak kawka po tygodniu
-schody, bardzo dużo schodów, niebezpieczne okolice, psy itp.
-pogoda!
-sporo papierkologii (awiza to tylko mały fragment)


***

Czy zatem warto być listonoszem?
Warto

Dla służbowego auta albo dopłaty do własnego, dla darmowego biletu i słynnych końcówek z emerytur. Albo dla chwili, kiedy ktoś na Twój widok powie "nasz pan listonosz" i coś dziwnie zadrapie cię w gardle...


sobota, 2 maja 2020

List do Pana K.


Szanowny Panie Naczelniku!

Nie ja tak Pana nazwałem, ale też daleki jestem od tego, by choćby z lekkim przymrużeniem oka takiego określenia nie akceptować. Stworzył Pan niegdyś formację, która z trzecioligowej partyjki jakich wiele stała się polityczną siłą zdolną nie tylko odświeżyć i przebudować polską prawicę, ale i pociągnąć ją do zwycięstw wyborczych oraz pełnoprawnego  powrotu na salony po jak się mogło wydawać "wypadku przy pracy" jakim były lata słynnej koalicji "przystawkowej". To niewątpliwie wielkie osiągnięcie i dowód ciężkiej pracy. Sukcesem jeszcze większym, który zresztą wyraźnie podkreślałem w obydwu wywiadach jakich udzieliłem do książek o rynku pracy w Polsce było wprowadzenie minimalnej stawki dla umów zleceń i zbliżenie tym samym sytuacji "śmieciobiorców" do statusu normalnych pracowników. To coś, nadal tak uważam, za co należy się Panu wieczna chwała i pamięć. Wygrał Pan dzięki skutecznej i świeżej kampanii wybory prezydenckie, co prawda nie startując w nich osobiście, ale wystawiając nikomu wcześniej nieznanego kandydata i umiejętnie sterując jego kampanią. Zainicjował Pan program pomocy dla rodzin z dziećmi i zadbał o dodatkową emeryturę dla naszych seniorów. Wykonanie jednego i drugiego można oceniać różnie, ale nie zmienia to faktu, że żadna inna partia przez 30 lat Nowej Polski o tym nie pomyślała. Zatem to także wielkie osiągnięcie. Nie zgodził się Pan na przyjmowanie przez nasz kraj uchodźców słusznie argumentując ustami ówczesnego ministra spraw zagranicznych, że pomagać tym ludziom należy na miejscu, w ich krajach, w ich miastach i w ich domach. To było stanowisko mocne i jakże odmienne od tego jakie prezentował Zachód. A przecież koniec końców słuszne i dobre dla Polski! To też Pana zasługa. Nikt tego Panu nie odbierze.

Błędy? Dostrzegam je. Dotyczą głównie decyzji personalnych a lista nazwisk jest, przykro mi to pisać, wcale długa. Z pewnością też błędem jest podnoszenie do absurdalnych wysokości pensji minimalnej powodujące niszczenie rynku pracy, wzrost inflacji i zwolnienia. To wszystko jednak można jeśli nie wybaczyć, to przynajmniej próbować naprawić. Pensje minimalne można w obecnym stanie na kilka lat zamrozić, a współpartyjnych karierowiczów, kombinatorów czy innych żałosnych lub śmiesznych wykluczyć z polityki i bezpośrednio lub pośrednio obciążyć ciężarem tego co i jak powyczyniali. To się naprawdę jeszcze da naprawić. Dziś jeszcze tak.

Chcąc nie chcąc byłem i jestem po Pana stronie. Mam summa summarum centroprawicowe poglądy, Polska jest dla mnie wielkim dobrem, uważam że tak zwana Unia Europejska jest i być powinna TYLKO organizacją międzynarodowej współpracy gospodarczej a nigdy jakimś państwem z niby to flagą i niby to prezydentem. Popieram całym sercem programy wyrównujące szanse czy to najniżej zarabiających czy to rodzin wielodzietnych, krótko - ideały mamy te same, poglądy na sposoby ich realizacji już niekoniecznie.

Świat opanowała pandemia. Od marca do maja wszystko zmieniło się nie do poznania. Niczym w katastroficznych filmach chodzimy w maskach, dezynfekujemy siebie i otoczenie na sto sposobów, przestaliśmy podawać sobie ręce, zbliżać się do siebie czy nawet chodzić osobiście do lekarza. Codziennie dowiadujemy się o kolejnych zmarłych, o setkach nowych zakażonych, o tysiącach przebywających na kwarantannie. Balansujemy na linie. My wszyscy każdego dnia, a policjanci, lekarze czy pielęgniarki w każdej godzinie. Towarzyszą nam ogromne zmiany, ogromne potrzeby finansowe i ogromne pytania o to, co będzie dalej.

W takiej chwili polityka, prawicowość czy lewicowość nie mają znaczenia. W takiej chwili nasza Polska też musi być na drugim miejscu za tym co najważniejsze niezależnie od przekonań. Za naszym, Pana, moim i milionów innych ludzi życiem. To teraz jest jedyna wartość.

Głosowałem na Pana, głosowałem na Pańskich współpracowników i współtowarzyszy. Popierałem i popieram wiele decyzji i ogólną wizję Polski w Europie jaką prezentowaliście. Mimo wielu zastrzeżeń nie wycofuję się z tego i nie zamierzam wstydzić. Takie mam poglądy od lat. Ale tego jednego nie zrobię. Nie wezmę udziału w czymś, co bezpodstawnie czy wręcz bezprawnie nazywa Pan wyborami. Choć pewnie głosowałbym na Pańskiego kandydata, a może właśnie dlatego. To nie są wybory i Pan doskonale to wie. To zaproszenie na prezentację poduszek przeciwreumatycznych albo płynu na porost włosów, to bezwartościowy druk, który zanim do mnie dotrze i zanim "do Pana" wróci może być sto razy zagubiony, sfałszowany, zmieniony, że już nie wspomnę o tym, że także "wyssany" z moich danych osobowych, do których umieszczania tam NIKOGO nie upoważniłem. To drogi i gwarantujący ogólnoświatowe ośmieszenie się naszego kraju eksperyment. I wreszcie najważniejsze. To nie ten dzień. To nie ta pora. Na polityczne spory był czas i miejmy nadzieję będzie czas. Teraz go nie ma i nie ma prawa go być. Teraz gramy w jednej drużynie. O życie i o zdrowie. Wszystkich. I tych z lewa i tych z prawa. I tych ze sprawiedliwości także. 

Nazywają Pana Naczelnikiem. Jedni złośliwie, inni ironicznie, jeszcze inni zupełnie szczerze, doceniając Pana wieloletnią pracę dla Polski, bezdyskusyjny patriotyzm i determinację. Wierzę, że i Pan pragnie tego, by tak rzadkiego wobec polityka miana nie zdegradować do pozycji naczelnika poczty rozsyłającego w czasie tak trudnym jak obecny nikomu niepotrzebne druczki.



środa, 11 marca 2020

Nie dla idiotów

Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci, jeśli nie w ogóle po raz pierwszy w życiu, usłyszałem w sklepie, że nie ma soli. SOLI!!! I to nie w sensie, że nie ma, bo "wyszła" i pani z paleciakiem zaraz ją z magazynu dowiezie. Nie. Ona została wykupiona do zera po raz któryś z rzędu jak mi powiedziała jedna z ekspedientek, przez panikarzy, tych samych, którzy od kilku już dni pakują do wózków po dziesięć kilo mąki, cukru, czy makaronu, które to produkty, mogę się założyć, najdalej za kilka miesięcy i tak wywalą na śmietnik.

Jechałem wczoraj po sklepie za taką osobą. Pchała największy z dostępnych wózek a zwinnie przemieszczający się między półkami jej prawdopodobnie wnuczek podawał na żądanie kolejne paczki ryżu (chińskiego przecież, co za ironia!), mielonki, zgrzewki jajek i makarony. Minął nas też po chwili pan z klasycznie komunistycznym naręczem papieru toaletowego i kilkunastoma mydłami w woreczku. A przy kasie takich samych i podobnych im było jeszcze całe mnóstwo.

Zastanawiam się co im jest. Wierzą, że jeśli obłożą się makaronem i zasypią płatkami, wirus ich nie dostrzeże? Mają nadzieję, że przekupią złe moce puszką Turystycznej z zawartością MOM-u 50 % czy też może po prostu zgłodnieli? Na Boga jedynego, nie wiem!

Ale jedno wam powiem, miłościwie nam kupujący. Pomyślcie! Napędzacie swoim infantylnym strachem kolejnych potencjalnych panikarzy (Nie ma soli? Idę do drugiego sklepu i kupuję całą paletę!), ośmieszacie się pokazując jak łatwo można wami manipulować i wreszcie, co nie bez znaczenia, nabijacie kieszeń handlarzom, którzy dzięki wam czują się przeszczęśliwi.

Czy ktoś powiedział, że koronawirus przenosi się na zwierzęta i masowo zdychają kury, krowy, świnie czy indyki w związku z czym nie będzie co jeść? 
NIE.
Czy ktoś powiedział, że koronawirus zabija rośliny i w wyniku tego nie urosną zboża, nie będzie ziemniaków, buraków cukrowych czy innych pomarańczy?
NIE.
Czy abstrahując od pustych półek np. we Włoszech słyszeliście o tysiącach ludzi umierających z głodu w wyniku epidemii koronawirusa, zjadających się nawzajem albo polujących na okoliczne koty? 
NIE.

I wreszcie najważniejsze. Na ile nazbieracie tych zapasów? Na tydzień, dwa, trzy? Co to zmieni?
Przyszło wam do głowy, że jeśli nadszedłby dzień w którym nie byłoby już niczego do kupienia, na ulicach słaniałyby się jak w filmach klasy C stada zombi, a za bochenek chleba można by było dostać samochód, to wyjmując z szafy ten wasz ryż wyjmowalibyście i tak nie swoje bezpieczeństwo, ale ostatni, przedostatni czy najwyżej przedprzedprzedostatni posiłek na tym padole? 

Pomyślcie o tym i zachowujcie się jak dorośli, bo wstyd mi za was jak jasna cholera.



niedziela, 1 marca 2020

Pandemia głupoty i wyrachowania

Z racji choroby z którą się od jakiegoś czasu zmagam muszę stosować okłady z płynu, który ma między innymi choć nie tylko działanie bakteriobójcze. Płyn ten nie należy do jakichś szczególnie popularnych specyfików i też ma swoje zamienniki, tańsze, o węższym zakresie oddziaływania czy po prostu popularniejsze. Ale cóż, ja muszę stosować akurat ten. Do tej pory wyglądało to tak, że owszem, aptekarz czy aptekarka wygrzebywali mi ów lek gdzieś tam z piętnastej z kolei szuflady, jako dosłownie i w przenośni niszowy, ale jednak z zakupem nie było problemu. Dziś okazało się, że po moim preparacie słuch zaginął. Jedna, druga, trzecia apteka i nic. Zamówienie? Nie ma w hurtowniach. Kiedy będzie? Nikt nie wie.

Wszystkiemu winny koronawirus. Potencjalne zagrożenie. Realny strach. A w ich cieniu globalna pandemia głupoty i wyrachowania. 

Nie ma aptekach maseczek. Nie ma płynów antybakteryjnych. Ludzie kupują jedno i drugie na potęgę, choć tydzień wcześniej myli ręce raz czy dwa dziennie a prosto z ubikacji szli na przykład zapalić i nie robiło im to problemu. Sklepy z materiałami budowlanymi stały się nagle prawie że aptekami, a bezwartościowe nawet w swoim podstawowym zastosowaniu papierowe maseczki przeciwpyłowe o wartości powiedzmy kilkudziesięciu groszy za sztukę najspokojniej w świecie sprzedaje się jako antywirusowe za co najmniej dychę. A ludzie i tak biorą to jak szaleni. 

Można tłumaczyć, wskazywać bezwartościowość masek BUDOWLANYCH w kontakcie z wirusem a ograniczoną moc (zależną zresztą w sporej mierze od umiejętności zakładania i zdejmowania) tych droższych, faktycznie do użytku medycznego. Nieważne. Gdyby ktoś ogłosił, że od koronawirusa uchronić nas może jedzenie dajmy na to pieczarek w occie, słoiczek kosztowałby z miejsca jakieś dwie stówy a i tak zniknąłby ze sklepów.

Oceniając to na spokojnie, można się śmiać. Co więcej, uważam, że należy się śmiać (chyba, że ktoś uznaje poprawność polityczną), bo pokazujemy, że dwudziesty pierwszy wiek, Internet, wykształcenie i media to jedno, a jak dobrze pokombinować to starczy szczypta wiejskiego marketingu i staczamy się w intelektualne średniowiecze. I to jest śmieszne, nie ma co udawać. 

Śmiesznym być jednak przestaje, gdy się pomyśli o ludziach, którym zabrano płyny np. do przemywania zakażonych ran i zostawiono ich z karteczką "nie ma" w aptece, ponieważ jeden z drugim wykarmiony panikarskim bełkotem Kowalski myją teraz ręce medycznym specyfikiem, którego w tej roli z nadwyżką zastąpiło by zwykłe mydło, lub niech tam już, Protex jeśli kto woli. Albowiem niestety, w drugą stronę taka zamiana nie zadziała.

Czyli co? Głupota? Infantylizm? Naiwność? Bezmyślność? Po stokroć tak.

Koniec, kropka? 

No właśnie nie. Niestety nie. Jest jednak jeszcze coś bardziej szkodliwego jak się okazuje. Oto szukając "swojego" płynu na okłady trafiam na znany portal aukcyjny, gdzie tenże środek w ilości dwóch opakowań sprzedaje miedzy innymi pewien pan za znośną, bo bliską "droższej aptekarskiej" cenie 69 zł. Z obowiązku tylko wysyłam zapytanie czy to na pewno za oba opakowania. Odpowiedź rozkłada mnie na łopatki. Gdzie tam! Za jedno. Drugie zresztą już się sprzedało.

Zaraz, zaraz. W aptece internetowej od ok. 27 do 32 zł, w aptece stacjonarnej od ok. 30 do 36 zł, a tu u pana z aukcji dwa razy więcej... Za to samo. I cóż tam, cena nie gra roli, ktoś już przecież kupił, za chwilę kupi następny.

Bazując na naszym strachu, na potrzebie posiadania tego akurat specyfiku, na trudnościach w zaopatrzeniu taki ktoś wydał sobie powiedzmy wczoraj w aptece góra 70 zł a dziś chce drugie tyle zebrać od naiwnych.

I to już nie jest śmieszne. To już jest obrzydliwe.






poniedziałek, 6 stycznia 2020

Szymona Kobylińskiego imaginacje

Jest weekend 23-24 sierpnia 1980 roku. W Polsce sporo się dzieje. Kilka dni wcześniej miała miejsce tragiczna katastrofa kolejowa pod Toruniem, na Wybrzeżu trwają strajki, Partia cichaczem przygotowuje się do odwołania ze stanowiska Edwarda Gierka, CPN gwarantuje, że paliwa wystarczy dla wszystkich o ile tylko zaprzestaną je kupować, a gwałtowne opady deszczu uniemożliwiają lub opóźniają zbiory. Jeden obok drugiego groźnie brzmiące tytuły atakują oczy czytelników. Gdzieś pomiędzy nimi przemyka błahy z pozoru felieton o czymś, co nie istnieje i nikt nie przewiduje aby istnieć miało. O e-bookach, czytnikach e-booków, tabletach i... Internecie.

Nie Apple, nie IBM, nie Microsoft ani nawet Commodore wespół z Atari, ale... Trybuna Ludu, najobrzydliwsza z możliwych komunistyczna gazeta, niestrawna nawet dla tych, którym generalnie socjalizm nie przeszkadza wieści w tych dniach rewolucję cyfrową. Tak, wiem, brzmi to niewiarygodnie, ale mimo to jest prawdą. Piórem Szymona Kobylińskiego, znanego chyba każdemu wspaniałego rysownika, satyryka, karykaturzysty i historyka przekazuje nam ta właśnie publikacja obraz świata, który ziści się dopiero w XXI wieku.


"[...] okiem wyobraźni ujrzałem czytnik (sic! - dopisek mój, Portiera) w postaci dość płaskiego pudełka zaopatrzonego w bateryjkę i pokrętło co można by zwyczajnie dzierżyć w dłoni i tylko drobnym ruchem kciuka przerzucać "kartkę po kartce" na plastikowej matówce. Całą swoją bibliotekę, zajmującą teraz kilkanaście metrów mieszkania [...] miałbym w podręcznej szufladzie.



[...]
Żaden druk nie osiągnie precyzji slajdu. I tu upatruję szansę dla dzieł z reprodukcjami wielkiego malarstwa. Nawet najwspanialej tłoczone papierowe odbitki wciąż nie umywają się do barwnej kliszy.

A więc już nie czytnik, lecz "oglądnik" czy "obejrzywacz" -  niech mu tam kolejna ankieta gazetowa przyda odpowiednie miano. 
[...]
Teraz już moje oko wyobraźni zaczyna szaleć! Oto widzę siebie (ciebie, nas, was, ich) - jak sięgamy nonszalanckim ruchem do podręcznej biblioteczki i dobywamy z niej cały, przypuśćmy, Ermitaż, albo Luwr [...] 
Solidny , domowy ekran z ładnie oprawną matówką stawiamy na stoliku i hajda po wystawach świata.
[...]

Gdybyż tak jeszcze - jak hulać wyobraźnią, to hulać! - wedle wzoru niezliczonych wykładów naukowych szły z magnetofoniku dźwięki komentarza, lub zgoła literatury pięknej, do której jak na przykład w prozie Iwaszkiewicza, widziane cuda artyzmu byłyby ilustracją, wówczas koncert dla ucha i oka byłby wręcz najwyższej rangi.

Szkoda, że czegoś takiego nie doczekam, choc właściwie - zupełnie nie wiem, dlaczego."


------------------


Wykorzystałem fragmenty felietonu Szymona Kobylińskiego "Imaginacje" opublikowanego w numerze 200 (11208) Trybuny Ludu z 23-24 sierpnia 1980 roku.



POBIERZ CAŁY FELIETON 
OTWIERAJĄC OBRAZEK W NOWYM OKNIE
(środkowy przycisk myszy) 



niedziela, 5 stycznia 2020

Pretensjonalnik 3

Obrazek, który skojarzył mi się jako pierwszy to dziewczyna lub chłopak na spacerze w parku z sympatyczną babcią lub dziadkiem. Taka prawie że rodzinna idylla. Reklama. Bzdura. Wciskanie kitu. Prawdziwy bowiem pierwszy obrazek to "opiekunka" pod pięćdziesiątkę, z rzekomo kilkuletnim stażem, która nie potrafi rozwinąć prześcieradła pod leżącym chorym, nie wie jak pomóc mu obrócić się na bok i wreszcie (o tempora, o mores!) usiłuje najspokojniej w świecie wodę z podmywania intymnych części ciała wylać do zlewu w kuchni. Bo tam jest bliżej.

Opiekunki "zwyczajne", bo dodać należy, że są i specjalistyczne, droższe, nie mają wbrew temu czego moglibyśmy oczekiwać przygotowania pielęgniarskiego, nawet najprostszego, będącego owocem powiedzmy kilkudniowego kursu. Mają być tanie i są tanie. Zwłaszcza, gdy zamiast z wolnego rynku realizują zlecenia (w ramach zewnętrznej firmy) ze wskazania Opieki Społecznej. Konsekwencja tej taniości jest dokładnie taka sama jak we wszystkich innych znanych światu przykładach, a nazywa się bylejakością. Takiej właśnie doświadczyliśmy.

Już pracownica MOPSu ostrzegała nas, że opiekunki mogą oszukiwać na czasie pracy i sprawdza się to przy pierwszej wizycie, gdy takaż właśnie "opiekunka" (cudzysłów jak najbardziej zamierzony) usiłuje ulotnić się po mniej więcej 40% czasu przewidzianego na swoją pracę... Potem jest tylko lepiej, to jest przepraszam, śmieszniej. Panie które CHCĄ wykonywać tylko część czynności, ponieważ np. są u nas na zastępstwo albo DZIŚ SIĘ SPIESZĄ, panie, którym trzeba kupić rękawiczki jednorazowe, bo firma która je kieruje nie wyposaża je w takowe, panie, które pracując pół godziny bezczelnie wpisują godzinę i wreszcie przychodzące (do chorej osoby, do obcego domu!) z córką lub... psem. Ale to i tak nie koniec. Najlepsza była kobieta wpisująca się do dokumentów jako mężczyzna i to nie dlatego iżby na przykład była (był?) aż tak postępowa, ale dlatego, że "ta umowa nie może być na mnie".  Do tego jeszcze "opiekunki" z problemami. Zdrowotnymi, domowymi, finansowymi i jakimi tam tylko. Wyłączane komórki, opuszczone bez kontaktu wizyty, stawianie warunków, dyskusje i wszystko to co najgorsze można by sobie wymyślić. 

Czy ja już coś wspomniałem o pieniądzach?

No jasne, ze panie są na zleceniu, no jasne, że na najtańszym, no jasne, że z firmy "mydło, powidło, export, naprawa telewizorów", bo to takie właśnie najczęściej wygrywają przetargi tam, gdzie  ważnym kryterium jest cena. Ba! Była i pani twierdząca, że dopłaca do nas przyjeżdżając tu, gdzie jej akurat jest nie po drodze. Po prostu cud, miód i orzeszki!

A ile było tych pań? Ile było maili, smsów, telefonów, monitów, skarg, próśb i wszystkiego podobnego ze straconym czasem i nerwami na czele, by ta pożal się Boże usługa działała jak powinna?

Nie pytajcie. Po prostu przyjmijmy, że lepiej żeby się Wam ta wiedza nigdy nie przydała w praktyce.


niedziela, 29 grudnia 2019

Pretensjonalnik 2

Z dnia na dzień, wcale nie od razu z racji wieku czy przewlekłych chorób, ale zupełnego przypadku, każdy z nas może wrócić do etapu życia, który jak do tej pory błędnie sądził raz na zawsze ma za sobą. Do pieluch mianowicie. Swoich, żeby nie było wątpliwości. Nie jest to z całą pewnością nic przyjemnego, ale cóż poradzimy, też bywa częścią naszego tu i teraz.

Gdzież te czasy, kiedy się w szpitalach leżało miesiącami? Gdy się ze szpitali a) par excellence wychodziło b) zdrowym? Sam pamiętam z lat niesłusznego ustroju jak to wyrostek robaczkowy z dodatkami w postaci skrętu kiszek i ospy w gratisie wyciął mi z życiorysu ponad miesiąc... Ale to przeszłość. Teraz leczy się szybko. I tak dnia pewnego transport sanitarny zwozi mi do domu i de facto "wysypuje" na tapczan wspomnianą w pierwszym poście bliską osobę połamaną jak opłatek wigilijny, opampersowaną, z temblakiem, stosem wyników badań i nadzieją że wiem co z tym począć. Dzień dobry, do widzenia, miłego dnia. I radź tu sobie teraz człowieku.

Pierwsza myśl to lekarz rodzinny i słowo klucz "wizyta domowa". Idę, zamawiam, jestem spokojniejszy. Dowiaduję się też, że i pielęgniarkę można zamówić w ten sam sposób, oczywiście również za darmo, ale uwaga, tylko do zastrzyków, zmiany opatrunków czy podawania kroplówek. Nie do pieluch czy pomocy w toalecie. 

Rozpoczyna się bieganina i szukanie po omacku. Apteki, przychodnie, papierki oraz papierki do papierków. Szok. Skąd niby szary człowiek ma się w tym rozeznawać?  Na mój gust w takie rozeznanie powinien zaopatrywać pacjenta i jego rodzinę właśnie szpital, ale ja to tam taki wiecie, bardziej idealista jestem. Życie wygląda inaczej. Szuka się z pomocą wujka Google i wszystkich możliwych znajomych, ale jednak najczęściej po prostu samemu. Ktoś wreszcie przy okazji rozmowy wspomina, że pieluchy są refundowane, tylko trzeba sobie załatwić pisemko od lekarza. Mam pierwszy stabilny punkt. Wizyta domowa - pismo - pieluchy. W praktyce okazuje się, że pomiędzy tym jest jeszcze NFZ, a ściślej nie wiedzieć komu i na co potrzebna wizyta w tejże instytucji celem podbicia i wprowadzenia do jakiejś wirtualnej kartoteki zlecenia z przychodni. Tu jednak czeka mnie miłe zaskoczenie. Pobyt w gmachu NFZ-tu trwa łącznie ze staniem w kolejce może kwadrans. Z podbitym zleceniem mogę już udać się do sklepu lub apteki i otrzymać górę pieluch za ułamek ich ceny. 

Szukamy dalej. Chory leżący, to chory wymagający doglądania. Jako, że dorosły, to może i mniejszego, ale jednak. Samo podstawienie pod nos jedzenia, picia i pilotów sprawy nie załatwia, zresztą wspomniane już dziś kilkukrotnie pieluchy, też nie są dla nikogo miłym przeżyciem, i to także dlatego, że poza wszystkim są jeszcze drastycznym naruszeniem prywatności, pewnych blokad psychicznych i masy temu podobnych. Jest potrzebna pomoc.

Agencji opiekuńczo pielęgniarskich mamy w naszym mieście mnóstwo. Tyle, że ceny są w nich stanowczo dalekie od moich przynajmniej możliwości... I tak to człowiek, który pracuje i nawet jakby zarabia, mieszkający z drugim człowiekiem w podobnej sytuacji, musi wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi stać się klientem Opieki Społecznej. No to się staje.

Najpierw Internet, znalezienie właściwego ośrodka, potem wizyta w nim, przejście przez kolejkę pełną różnych, naprawdę różnych ludzi, nierzadko poprzedzielanych policjantami i wreszcie przy uderzającym zewsząd poczuciu, że designersko przynajmniej a na pewno technologicznie mamy rok 1990 albo i wcześniejszy... umówienie się na wizytę domową. 

Wizyta zaś to spektakl sam w sobie. Pytania o długi, o komornika, o kuratora, o narkotyki, o alkohol i przemoc domową potęgują wrażenie absurdu. W pewnym momencie odczuwam nawet jakiś żal, że na wszystko odpowiadamy nie... Nic to, nieważne, takie moje skrzywione przemyślenia. Będzie opiekunka! To najważniejsze. Będzie też, po przeanalizowaniu dochodów, częściowa tylko za nią odpłatność. Minęły trzy dni. Wypłynąłem jak mi się zdaje na prostą.

Kto wie dlaczego chorego leżącego, na dodatek z połamaną w kilku miejscach ręką i miednicą wypisuje się do domu i "wysypuje" na tapczan bez grama wprowadzenia współdomowników w sytuację i sposoby poradzenia sobie z nią? Kto wie dlaczego zgruchotane ramię z ilością stali godną wczesnych wersji terminatorów "zabezpiecza się" temblakiem a nie szyną czy gipsem? Kto wie, dlaczego mimo XXI wieku pomiędzy lekarzem i NFZ-tem musi biegać pacjent zbierający pieczątki? Kto wie wreszcie dlaczego i biedny i chory i alkoholik z wyrokiem wypełniają w MOPS-ie takie same dokumenty nawet starając się o zupełnie różną pomoc?

Kto wie...


-------------------------------------------------------


Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.