Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


niedziela, 30 września 2012

Trzy Kopce i co dalej?

W jak na razie ostatniej, nieopisanej tu jeszcze wycieczce na szczyt Trzech Kopców Wiślańskich napotkałem na swojej drodze nie tylko doprowadzający mnie do szału w górach asfalt i tabliczki z ofertami sprzedaży działek budowlanych...


 ale i coś takiego, co przelało już czar(k)ę goryczy...


...i sprawiło, że zaraz po powrocie do domu napisałem krótki list o treści jak poniżej.
 
Dodam tu jeszcze dla wyjaśnienia, że budynek przedstawiony na fotografii jest zlokalizowany przy "Telesforówce" - prywatnym mini schronisku na Trzech Kopcach właśnie.
 
Dzień dobry.
 
Byłem kilka dni temu w pobliżu Trzech Kopców i Państwa placówki. Chciałbym zapytać czy budowany tuż obok dom ma być jej rozszerzeniem czy też jest prywatnym budynkiem mieszkalnym? To bardzo przygnębiające, gdy uciekając od cywilizacji do natury spotyka się na szczycie góry budowę.
 
Pozdrawiam
 
[...] – Katowice*
 
Właściciele odpowiedzieli mi kilka dni później.
 
Witamy!
 
Budynek, który powstaje będzie domem mieszkalnym z niewielką częścią wydzieloną dla turystów, do której zostanie przeniesiona aktualna Telesforówka. Budynek musi być takiej wielkości ponieważ wymogi jakie stawia sanepid (toalety, kuchnia) są dość wysokie a młodsze pokolenie (czyli ja i mąż) nie podjęlibyśmy się przejęcia aktualnego budynku, który stoi od ponad 20 lat i zimą gdy jest w nim -20 stopni nie jest komfortowym miejscem do pomocy ciepłą herbatką lub grzanym piwem turystom którzy do nas docierają.
 
Poza turystami, którzy przychodzą do nas zimą i nie mają się gdzie ogrzać ani skorzystać z toalety, pragniemy również wyjść naprzeciw turystom, którzy do teraz obawiali się (ze względu na wizualny stan budynku) zakupić u nas pyszne jedzenie domowe lub nawet herbatę (część turystów jest zaskoczona, że posiadamy bieżącą wodę...). Mamy również nadzieję, że dzięki lepszym warunkom chętniej odwiedzą nas turyści z dziećmi.
 
Również kochamy przyrodę i naturę i chcemy wśród niej żyć przez cały rok i wydaje nam się, że będzie Pan w stanie zrozumieć zmiany jakie na Telesforówce muszą zajść aby nadal mogła funkcjonować (w przeciwnym przypadku zostałaby w najbliższych 2-3 latach zamknięta ponieważ Rodzice chcą już przejść na zasłużoną emeryturę). Nie byłoby wtedy ani ławeczek, ani koszy na śmieci (z których śmieci zwozimy naszymi samochodami na dół), ani herbaty/ kawy / pysznej grochówki / piwa, które sami wywozimy na szczyt.
 
A nieskalaną cywilizacją przyrodę można nadal znaleźć w Beskidach - wystarczy zboczyć z utartych szlaków i udać się na takie, na których nie ma schronisk i przytulisk takich jak nasze więc wydaje nam się, że i Pan (jeśli mimo wszystko zmiany w naszej Telesforówce do Pana nie przemówią) znajdzie nowe tereny, w które można uciec od cywilizacji.
 
Pozdrawiamy,
Właściciele Telesforówki (a dokładniej V pokolenie gospodarzy od 1860 roku).

 
---
 
Powie ktoś, że przesadzam, że się czepiam, że jestem przewrażliwiony. Pewnie jestem. Asfaltu i cegły dość mam jednak w Katowicach, w góry jadę dla gór, nie dla "grzanego piwa i herbatki". Więc co? Ma nie być schronisk, domów, jakiegoś dojazdu do nich i po prostu, że zacytuję pana Kononowicza, niczego? To nie tak. Chciałbym tylko, żeby wszystkie te placówki były gdzieś w tle wobec natury, a nie, żeby jak na Równicy na przykład, na której moja noga już nie postanie, to natura była tłem dla biznesu.
 
Telesforówka, o której tu mowa mi się spodobała. Ta stara Telesforówka. Ma klimat. Ma urok. Nie wiem czy będzie go miał ten budynek, który przedstawiłem na zdjęciach. Już tylko to, że jest na szczycie góry psuje jej "górskość", bo kwestię oceny np. dowozu turystów samochodem z i do dworca kolejowego pozostawiam do samodzielnego przemyślenia każdemu. Wierzę jednak, że dziedzicząc tradycję odziedziczyli też nowi gospodarze i miłość do gór, takich, jakimi były przed laty i jakimi jak sądzę na zawsze powinny pozostać i dlatego też życzę Im w tym wytrwałości.
 
 
 
*- Każdy z listów publikowanych na tym blogu jako moje prywatne "interpelacje" w różnych sprawach w oryginale ZAWSZE podpisuję pełnym imieniem i nazwiskiem korzystając także z oficjalnego adresu email. W korespondencji z urzędami podaję dodatkowo pełny adres zamieszkania.
 

środa, 12 września 2012

Dziki w Katowicach - odpowiedź Urzędu Miasta

We wtorek czwartego września br. wysłałem do Urzędu Miasta Katowice  zapytanie [Kliknij TUTAJ, aby je przeczytać] w sprawie penetrujących niektóre dzielnice dzików oraz działań podejmowanych w związku z tym przez władze. Jako swego rodzaju wzór przekazałem także w załączniku wycinek z dwutygodnika "W Bielsku Białej" opisujący rozwiązania podobnej sytuacji tam zastosowane.
 
W poniedziałek 10 września otrzymałem list polecony, którego treść po zeskanowaniu przedstawiam poniżej. Już poza tematem na duży plus zaliczyć tu muszę szybkość i poziom merytoryczny samej odpowiedzi. Oto ona.



==============
 
Katowice, dn. 6.09.2012 r.
 
W odpowiedzi na Pana pismo ws. działań podejmowanych przez Miasto Katowice w sprawie dzików pojawiających się na terenie zabudowanym informuję:

1. Kwestia odstrzału. Odstrzał prowadzony jest przez koła łowieckie zgodnie z przepisami ustawy - Prawo łowieckie oraz rozporządzeń wykonawczych do niej. Na ich podstawie wykonywanie polowań może odbywać się w odległości nie przekraczającej 100 m od zabudowań mieszkalnych.  Tak więc 4  koła łowieckie działające w południowych dzielnicach Katowic wykonują swe polowania w granicach swoich obwodów łowieckich. Od nawiązania współpracy w połowie 2008 r. koła te dokonały odstrzału następujących ilości dzików (w roku gospodarczym) - w 2009 r. - 526, w 2010 r. - 542, w 2011 r. - 464 sztuk.
 
2. Miasto wspomaga corocznie ww. 4 koła łowieckie środkami finansowymi na zakup kukurydzy paszowej oraz chemicznych środków odstraszających lub przywabiających dziki. Kwota jest dzielona proporcjonalnie do ilości dzików pozyskanych w poprzednim roku gospodarczym przez dane koło łowieckie. Kukurydza paszowa zakupywana przez koła służy do utrzymywania na terenie lasów wokół zamieszkałych obszarów miasta tzw. pasów zaporowych, których rolą jest zatrzymywanie dzików „kierujących się" do miasta. Na tych pasach zabronowywana jest kukurydza, będąca szczególnym przysmakiem dzików, które dla jej zdobycia zatrzymują się i szukają jej właśnie w tych miejscach.
 
3. Kwestia usypiania. Od połowy 2008 r. w mieście działa grupa interwencyjna, której zadaniem jest  uśpienie  tych  zwierząt  i  wywiezienie   ich  do   lasów  poza  granice administracyjne miasta (do Dulowej k/Krakowa). Grupa składa się ze strzelca (będącego strażnikiem    leśnym),    weterynarza   (dozującego    środek    usypiający)    oraz    sekcji transportowej i działa po otrzymaniu potwierdzonego przez Straż Miejską sygnału o pojawieniu się „zalegających" dzików na terenie miasta. Grupa nie podejmuje działań, gdy dziki jedynie przechodzą przez jakąś okolicę, gdy prowadzenie akcji ich usuwania mogłoby spowodować większe zagrożenie bezpieczeństwa (np. w pobliżu ruchliwych ciągów komunikacyjnych) oraz w porze wieczorno-nocnej. Miasto Katowice zakupiło odpowiedni sprzęt do usypiania oraz wyłapywania dzików, jak również ponosi koszty prowadzonych akcji. Dzięki tym działaniom udało się znacznie zminimalizować liczbę dzików pojawiających  się na terenie miasta:  przez 6 miesięcy 2008  r.  uśpiono i wywieziono 44 dziki, w 2009 r. - 22, w 2010 r. - 8, w 2011 r. - 6, w 2012 r. - 13 szt.
 
4. Odpowiedzialność prawna i finansowa. W tym zakresie obowiązują odpowiednie przepisy przywołanej w pkt l ustawy. Art. 46 określa zakres odpowiedzialności administratorów lub zarządców obwodów łowieckich (są nimi w zasadzie koła łowieckie) za straty powodowane przez wymienione gatunki zwierząt w uprawach i płodach rolnych oraz przy wykonywania polowanie. Z kolei art. 50 określa zakres odpowiedzialności za straty powodowane przez zwierzęta łowne z art. 46 na obszarach niewchodzących w skład obwodów łowieckich. Takimi terenami są np. tereny wyłączone z gospodarowania w danych obwodzie, a więc np. tereny zamieszkałe. W takich przypadkach odpowiedzialnym prawnie i finansowo jest Skarb Państwa, w imieniu którego środki wypłaca zarząd województwa. W przypadku Katowic i innych takich -terenów w województwie śląskim - odpowiedzialnym jest Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, Wydział Terenów Wiejskich.
 
5. Kwestia działań Straży Miejskiej i Policji. Służby te są ustawowo powołane do działania w sytuacji realnego i bezpośredniego zagrożenia porządku publicznego i bezpieczeństwa. Jednakże w sytuacji, gdy dzik „może stwarzać" zagrożenie - wiele zależy od faktycznej, konkretnej sytuacji oraz często subiektywnego poczucia bezpieczeństwa danej osoby i podejścia konkretnych funkcjonariuszy. Dodać należy, że w zasadzie ani Policja ani Straż Miejska nie posiadają adekwatnych środków do działania przeciwko pojawiającym się dzikom.
 
Pragnę nadmienić, iż opisane wyżej w pkt 1-3 rozwiązania były praktycznie pierwszymi próbami rozwiązania tego problemu w skali kraju i obecnie są często, w całości lub w części, powielane przez inne miasta, gminy i powiaty borykające się z zagrożeniem powodowanym przez dziki. Jednakże rozwiązania takie mogłyby być w pełni skuteczne, gdyby w parze z nim szły świadomość i dobra wola samych mieszkańców, którzy bardzo często sami „przyciągają" te zwierzęta do miasta pozostawiając otwarte śmietniki, wyrzucając żywność i jej resztki w miejscach, w których są one łatwo dostępne dla dzików, bądź też celowo je dokarmiając.
 
Mam   nadzieję,   że   przedstawione   powyżej   informacje   będą   dla   Szanownego   Pana satysfakcjonujące.
 
Z poważaniem
Naczelnik Wydziału Zarządzania Kryzysowego
mgr Mirosław Cygan
 
=============
 
 
Informacje tak, ich wpływ na realną sytuację w mieście już znacznie mniej.
 
Zacznijmy od początku. Kwestie odstrzału lub usypiania wedle przedstawionego dokumentu wyglądają wręcz świetnie, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że słyszę o nich po raz pierwszy i nie znam też nikogo innego, kto zetknąłby się z nimi w Katowicach. Być może jednak jestem niedoinformowany, dopuszczam przynajmniej w teorii taką możliwość.
 
Punkt drugi, to znaczy akcja kukurydziana podoba mi się bardzo - jest racjonalny i relatywnie tani. Podobnie rzecz ma się z punktem czwartym, tj. sprawą odszkodowań. Jeżeli rzeczywiście poharata mnie dzik, np. wtedy, gdy będę szedł z autobusu do pracy, to jak rozumiem spodziewać się mogę od władz wojewódzkich finansowego zadośćuczynienia. Bardzo dobrze. Właśnie to chciałem wiedzieć. Niezależnie od tego ważne są też możliwości odszkodowań ze strony kół łowieckich dotyczące terenów pozamiejskich i zniszczenia mienia czy upraw rolnych.
 
Kwestia z punktu trzeciego teraz. Obawiam się, że dziki w wielu miejscach nie są "wędrowne", a jak najbardziej zastałe, o czym przekonałem się wielokrotnie po prostu przed nimi uciekając. Nie mogę się więc zgodzić, że tacy maruderzy są programowo usuwani, bo gdy przez ileś tygodni czy miesięcy to samo zwierzę czy zwierzęta ryją w tych samych okolicach, to naprawdę można je sobie "zaobrączkować" w pamięci.
 
Punkt piąty, czyli Policja i Straż Miejska. Zdanie o tym, że nie posiadają one środków do działania przeciwko dzikom nieco mnie rozbawiło. Powiedzmy, że Policja nie jest od tego, ale już Straż Miejska jak najbardziej, a jeśli sama rzekomo nie ma możliwości, to chyba powinna jakoś takie akcje (np. po zgłoszeniach mieszkańców) organizować i koordynować. Osobnym, wykraczającym poza ramy tej interpelacji pytaniem jest CO właściwie może i co robi Straż. Tutaj mały i wcale nie odosobniony przykład KLIK!
 
Sprawa de facto ludzkiej ignoracji, czyli słynne już dokarmianie. Tak! Tak właśnie jest, tutaj pełna zgoda. Sam byłem np. kilka razy świadkiem działań pewnego pana, który samochodem opisanym jako własność piekarni dostarczał teoretycznie gołębiom (też nie wiem po co) chleb na ogromnych tacach-kuwetach. Tego, że stawiał je pośród zrytego przez dziki trawnika jakoś chyba nie zauważał...
 
Może brakuje w naszym mieście właśnie akcji ulotkowej podobnej jak w Bielsku? Może powinno się dodać do gazet jakieś wkładki - informatory? Nie wiem, ale w każdym razie trzeba COŚ (z)robić inaczej. Niezależnie bowiem od liczb i słów na papierze, na ulicach i skwerach Katowic jest źle i nic nie wskazuje by szło ku lepszemu.
I niech najmniejszym, bardzo co prawda subiektywnym, ale jednak wymownym potwierdzeniem mojej opinii będzie fakt, że dziś o świcie po raz któryś już w okolicach brynowskiej pętli spotkałem znaną mi od ponad roku świńską rodzinkę w doskonałych humorach ryjącą miejskie trawniki...
 

poniedziałek, 10 września 2012

Portier pyta - PKP odpowiada

Dwudziestego szóstego sierpnia br. zwróciłem się listem elektronicznym [kliknij TUTAJ, aby go przeczytać] do spółki PKP Dworce Kolejowe z zapytaniem o ogólną politykę firmy wobec tragicznego i stale pogarszającego się stanu wielu budynków dworcowych, podając jako przykłady trzy stacje: Katowice Ligota, Ustroń Polana oraz Skoczów. Dziś otrzymałem odpowiedź, którą zamieszczam poniżej w pełnym brzmieniu.
 
==============
 
Dworzec to dla podróżnych często wizytówka miasta czy regionu, do którego przyjechali. Niedoinwestowana przez lata kolej w wielu miejscach nie zdołała jednak utrzymać dworców na poziomie, którego by oczekiwali, zarówno mieszkańcy jak i turyści. Program modernizacji dworców obejmuje obecnie 80 takich obiektów, w kluczowych miastach jak i mniejszych miejscowościach. Inne czekają na remonty czy przebudowę w następnych latach. Pozostaje jednak ponad 1600 obiektów, które swoich funkcji od dawna już nie spełniają, bo pociąg dojeżdża tam zaledwie kilka razy w ciągu dnia albo wcale.
 
Tu najlepszym rozwiązaniem jest współpraca z samorządem. Zachęcamy  władze samorządowe aby przejmowały od nas niektóre obiekty. Ich powierzchnie można wykorzystać na wiele różnych sposobów (np. biblioteki).
 
Do takich obiektów zaliczają się dworce w Ustroniu Polanie oraz w Skoczowie,  przy czym Ustroń Polana jako nie zasiedlony został wyłączony całkowicie z eksploatacji, a Skoczów w części ogólnodostępnej. Urzędy  Miasta Ustroń oraz Skoczów otrzymały propozycję od Prezesa PKP S.A. w maju 2011r. w zakresie przejęcia omawianych dworców. Jednakże żadna z Gmin nie wyraziła zainteresowania przejęciem dworców. Nie powiodły się również próby pozyskania  innych użytkowników prowadzone przez nas od chwili przejęcia dworców w grudniu 2010r.
 
W obecnej chwili brak wpływów od przewoźników, którzy przestali płacić PKP SA za utrzymanie części publicznej dworców, pokrywania kosztów utrzymania dworca – w tym przede wszystkim kosztów energii, ogrzewania, sprzątania i remontów, brak również zainteresowania najemców komercyjnych, a przede wszystkim jednostek samorządu terytorialnego,  zły stan techniczny obiektów i jednoczesny ogromny niedobór środków finansowych po stronie PKP SA, nie pozwalający na rewitalizację infrastruktury dworcowej, zmusza nas do poważnego rozważenia decyzji o rozbiórce niektórych dworców. Powyższe rozważania dotyczą między innymi dworca Ustroń Polana.
 
Lepsza sytuacja dotyczy dworca Katowice Ligota, którego przebudowa została ujęta w planach inwestycyjnych PKP SA jako uzupełnienie robót inwestycyjnych planowanych przez zarządcę linii kolejowej – PKP PLK SA w zakresie przebudowy peronów i torów. Projektowana przebudowa budynku dworca Katowice Ligota  uwzględniać będzie aktualne potrzeby Urzędu Miasta Katowice dotyczące zagospodarowania powierzchni na posterunek Straży Miejskiej.
 
Katowice 10-09-2012
Pozdrawiam
Barbara Piaszczak
 
==============
 
Tyle PKP. Cóż można powiedzieć? Z jednej strony nie jestem zdziwiony. Wiadomo było, że sednem odpowiedzi będzie brak pieniędzy, ale z drugiej proste przekładanie istnienia czy standardu jakiegoś dworca z kwestii przynoszenia bądź nie przynoszenia przezeń zysków budzi mój najgłębszy sprzeciw.
 
Dworzec jest częścią usługi o nazwie przewóz osób! Pora, aby panie i panowie z PKP raczyli to sobie uświadomić! Kupując bilet, kupujemy określony standard. Podróży, ale i przygotowania do niej, przesiadki czy stacji docelowej. To logika, nic innego. Można ludzi przewieźć piaskarką i "wysypać" w polu, tak z pewnością będzie najtaniej, ale to chyba nie ten kierunek, w którym należy zmierzać?
 
Spójrzmy przykładowo na stację w Ustroniu Polanie, którą opisałem w pierwszym poście. Na pociągi wracające z Wisły w kierunku Katowic czeka tam za każdym razem dosyć spora grupa pasażerów. Nie ma jednak dla nich normalnych ławek, wiat, kas, baru, sklepiku, nie ma ubikacji, nie ma bieżącej wody. Bo PKP DK nie ma pieniędzy. Zdanie - klucz. I już. I załatwione.
 
Usiąść można w brudnej szopce udającej poczekalnię, na połamanych resztach dwóch starych parkowych ławek na zewnątrz, zarośniętym klombie albo czterema literami wprost na gołym peronie, co też wielu czyni. Za stałe towarzystwo ma się chaszcze, śmieci, połamane gałęzie oraz mężczyzn, kobiety i dzieci załatwiających się za wagonami wprost na ziemię.  I to mamy uznać za normalne!? To są Polskie Koleje!?
 
Budynek dworcowy i pawilonik z (nieczynnym) WC wcale nie są aż tak nieodwracalnie zniszczone, są tylko zaniedbane. Tam nie tyle jakieś kosmiczne pieniądze, ile dobry gospodarz, chęć i praca są potrzebne! Tuż obok jest przystanek PKS, niedaleko kolejka na Czantorię, można założyć kiosk Ruchu, może zamienić dworzec w coś na kształt schroniska z możliwością noclegu a'la PRL, ale uratować i przywrócić zarazem choć część tego, czego oczekuje normalny podróżny w dwudziestym pierwszym wieku, a co w brudnym i biednym wieku dwudziestym było codziennością!
 
I na Boga, jakie biblioteki? Gdzie?! Na dworcu?
Mam najpierw czytać mądrą książkę, a potem (proszę wybaczyć dosadność sformułowania) lać po krzakach, dlatego, że ktoś wymyślił spółkę, która nie robi dobrze tego, do czego została powołana, a mimo to istnieje i płaci swoim pracownikom pensje?!
 
Odnoszę wrażenie, że tym listem PKP usiłuje mi sprzedać kulawego psa zaklinając się, że to właśnie taka nowa rasa ;))
 

 
=====================================
 
 
 
 
PS.
Dworzec w Katowicach Ligocie postaram się opisac i pokazać z bliska w osobnym wpisie. O tutaj!
 

piątek, 7 września 2012

Dziki kraj

W trakcie jednej z moich wypraw znalazłem na parapecie bielskiego dworca kolorowy dwutygodnik wydawany przez władze samorządowe, zatytułowany po prostu „W Bielsku-Białej” i w oczekiwaniu na przyjazd mojego pociągu zagłębiłem się w lekturze. Bardzo szybko stwierdziłem, że w przeciwieństwie do ogromnej większości tego rodzaju wydawnictw to akurat jest „czytalne”. Ciekawe, dobrze napisane teksty, dużo przystępnie podanych informacji i przede wszystkim ton całości nie tyle „nakazowo rozdzielczy”, ile bardziej partnersko gospodarski.  


Ale zapewne nie wspomniałbym tutaj o tym moim peronowym zaczytaniu, gdyby nie tekst o… dzikach. Tak! Właśnie o tych z daleka może i sympatycznych zwierzakach, które starają się od jakiegoś czasu przekonać nas „przez zasiedzenie”, że były obok od zawsze.   A przecież to nieprawda!
 
Włochate zwierzaki szwendające się po miejskich parkach, placach zabaw, skwerach czy wręcz ulicach, to widoczek najdalej kilkuletni i choć nie tylko w Polsce spotykany, to jednak niewątpliwie co najmniej żenujący jeżeli nie wręcz stwarzający realne zagrożenie.
 
 Katowice Brynów, zima 2011/12. Zdjęcie mojego autorstwa.
 
Albowiem któż zagwarantuje nam, że fotografowana po raz setny danego dnia locha z młodymi, przeganiana na dodatek z miejsca na miejsce klaksonami samochodów nie postanowi nagle akurat NA NAS OSOBIŚCIE wyładować swoich frustracji? I cóż wtedy? Pstrykniemy jej focię zanim połamie nam nogi? Na pamiątkę czy bardziej już jako podkładkę pod chorobowe?
 
Albo… kto nam pomoże? Policja? Straż Miejska? Nadleśnictwo? Jak?
I co w ogóle mamy zrobić, gdy przyjdzie nam stanąć twarzą w... ryj z dzikiem?
 
Wydział Ochrony Środowiska Urzędu Miasta w Bielsku-Białej  wydał i rozpowszechnił ulotkę informującą jak zachowywać się przy spotkaniu z takim nieproszonym gościem. Oto jej skrócona (przeze mnie) treść.

  1. Jeżeli spotkaliśmy dzika, a sami nie zostaliśmy przez niego zauważeni należy się spokojnie wycofać.
  2. Jeśli dzik nas dostrzegł nie wykonujemy żadnych gwałtownych ruchów ani nie uciekamy (łatwo powiedzieć! – dop. Portiera), bo może to sprowokować zwierzę do ataku.
  3. Zaniepokojona locha jest bardzo niebezpieczna. W żadnym wypadku nie należy zaczepiać, atakować, głaskać czy dokarmiać jej młodych.
  4. Wchodząc na teren, na którym mogą znajdować się dziki nie wolno się skradać, gdyż przestraszone (zaskoczone) zwierzę może zareagować atakiem.
  5. Należy zachować zwiększoną ostrożność napotykając miejsca zryte przez dziki.
  6. Nie wolno szczuć dzików psami.
  7. Po zmroku należy unikać zarośli, a starać się poruszać drogami, po których odbywa się ruch samochodowy.
  8. Dzieci nie powinny samotnie przebywać w rejonach, w których pojawiają się dziki.
  9. Nie ma „oswojonych” dzików.
  10. Nie wolno dokarmiać ani umożliwiać dzikom żerowania, poprzez np. wyrzucanie żywności, liści czy zepsutych owoców i warzyw w miejsca niedozwolonych.
  11. Śmietniki przy posesjach należy zamykać.
  12. Nielegalne wysypiska trzeba zgłaszać Straży Miejskiej. Dotyczy to również wypadków podrzucania odpadów komunalnych np. do czy obok kubłów na przystankach autobusowych lub w innych miejscach.
  13. Ponieważ jeżdżące po lasach i szlakach samochody i inne pojazdy mechaniczne płoszą zwierzęta powodując ich przemieszczanie się, każdy zauważony przypadek należy zgłaszać policji. (Miałem znacznie agresywniejsze zamiary widząc motocyklistów wjeżdżających na Kotarz! – dop. Portiera)
  14. W sytuacji, gdy dziki pojawią się w bezpośrednim sąsiedztwie domów należy zawiadomić Straż Miejską.
Ulotka jak powyżej, choć wydaje się miejscami zalatywać odrobinę łopatologią ma jednak wartość dodatkową poza samą treścią. Uświadamia istnienie problemu. I mieszkańcom i władzom. A skoro dzik JEST problemem, to problem ten należy rozwiązać. W Bielsku zrobiono coś, co zasługuje moim zdaniem na duże uznanie, mianowicie podjęto akcję usuwania dzików z miasta poprzez najpierw wywożenie ich do zamkniętych ogrodzonych quasi rezerwatów, gdzie dzik ma nomen omen zdziczeć, a później przenoszenie już w głęboki las, czyli NA SWOJE MIEJSCE. W ten sposób odłowiono już cztery rodziny tych zwierząt. Zresztą samo pojawienie się dzika można też zgłaszać bezpośrednio do kół łowieckich i wtedy chyba łatwo się domyślić, co dzieje się dalej.
 
I wszystko to, proszę zwrócić uwagę, w mieście, w którym, a raczej wokół którego jest znacznie więcej prawdziwych lasów niż wokół Katowic, czyli gdzie można by zwalić wszystko na naturę i czekać na cud…
Jak u nas.
 
Na zdjęciach poniżej przedstawiam przykładowo otoczenie szpitali w Katowicach Ligocie oraz mieszczących się tuż obok Zakładów Teorii Medycyny Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Teren jest dramatycznie zryty praktycznie co kilkanaście dni, dziki wieczorami chodzą tu jak u siebie, a przecież obok są i Domy Studenta i budynki mieszkalne dzielnicy Panewniki. Ale stan pokazany na fotografii jest tu czymś stałym od plus minus sześciu, może ośmiu lat. I co? I nic.
 

Pętla tramwajowa na Brynowie. Okolice ulic: Kościuszki, Jankego i Kłodnickiej. Dziki, które tu grasują można w zasadzie nazwać po imieniu, bo to cały czas ta sama grupa. Zryte trawniki, wywrócone kubły na przystankach, zniszczone ogrodzenia. Codzienność.  Wymieniać dalej? Proszę bardzo. Ulice Panewnicka, Kolejowa, Śląska, Medyków, Kijowska, Krucza. Opisywana przeze mnie nie tak dawno Kalwaria w Panewnikach… A to tylko trzy dzielnice.
 
Nigdy nie widziałem w Katowicach podobnej ulotki, ani też nie znalazłem żadnej informacji na ten temat zarówno na stronie Urzędu Miejskiego jak i Straży Miejskiej. Po prostu nie ma problemu. Chyba.
 
Ale czy nie jest tak, że za bezpieczeństwo mieszkańców miasta odpowiedzialne są jego władze? Czyli chyba nie zdziwię nikogo stwierdzając wszem i wobec, że zaatakowany czy poraniony przez dzika zażądałbym odszkodowania od pana prezydenta Uszoka, czyli umownie Urzędu Miasta? I nie tylko sam bym tak zrobił, ale i sugerował to każdemu w podobnej sytuacji!
 
Sprawdźmy więc, czy w urzędzie wspomnianym słyszeli o dzikach…
 
 
Szanowni Państwo
Zwracam się niniejszym z prośbą o informację nt. działań podejmowanym przez Urząd Miasta w sprawie dzików penetrujących coraz większe obszary Katowic. Interesują mnie konkretniej rzecz ujmując trzy kwestie.
- Pierwsza: czy jest lub będzie prowadzona akcja odstrzału czy też usypiania i wywozu z miasta tych zwierząt lub inna która by mogła przynieść podobny skutek, a jeśli tak, to kiedy?
- Druga: Kto odpowiada prawnie i finansowo za szkody wyrządzone przez dziki mieniu czy też (zwłaszcza!) zdrowiu mieszkańców? Czy władze przygotowane są do wypłaty odszkodowań osobom np. poranionym przez takie zwierzęta na terenie miasta?
- Trzecia: Czy Straż Miejska, Policja lub ktoś inny jest zobowiązany do jakiegokolwiek działania w sytuacji, gdy np. dziki przemieszczające się przez obszar zabudowany stwarzają lub mogą stwarzać zagrożenie dla mieszkańców czy chociażby bezpieczeństwa na drodze?
W załączniku przesyłam Państwu kopię tekstu z wydawnictwa samorządowego z Bielska-Białej, gdzie jak jasno wynika z treści materiału mimo o wiele większej ilości terenów leśnych niż w Katowicach podjęto działania szersze niż tylko umieszczanie na znakach drogowych absurdalnych w środku miasta tabliczek ostrzegawczych.
Pozostaję z poważaniem
[...]
Ze względu na wymogi prawa podaję swoje pełne dane adresowe, jednakże wyrażam zgodę na odpowiedź w formie elektronicznej, którą uznam za wystarczającą.
[...]
 
 
===
 
A teraz poczekajmy, co, czy i jak Urząd Miasta nam odpowie... ;)

piątek, 31 sierpnia 2012

Piszczyk i puszczyk

Gliwice niewątpliwie pięknym miastem są, ale jednego nie ma tam z całą pewnością. Gór. A ja siedzę w pociągu do Gliwic. I mało tego, jestem przekonany, że dojadę nim do Ustronia, co znając geografię Śląska jest w tej konfiguracji absolutnie niemożliwe.
Za to przy drugim peronie stoi sobie…

Jasna cholera! Pomyliłem perony!
Trzy minuty do odjazdu! Bieg!

Najpierw jeszcze konduktorka.
-Przepraszam, czy to jest pociąg do Wisły?
-Nie. Do Gliwic.
Teraz drzwi. No już! Piip pip! Pssyyyt! Schody! Tunel! Znów schody! Peron drugi. Szybko! Szybko!
Pssyyyt!

Nie wiem ile metrów nad poziomem morza ma katowicki dworzec, ale pierwszy skok ciśnienia na miarę kozicy górskiej mam już za sobą. A dwie godziny stania na baczność przed. Wszystkie miejsca pozajmowane. I pomyśleć, że byłem tu piętnaście minut przed czasem!

A to przez kobietę. Megafonistkę tak zwaną. To ona namieszała mi w głowie. I nie nawet żeby była ładna czy coś, tego zresztą nie wiem, ale zaczęła, że Koleje Śląskie, że ważna zmiana, że uwaga peron pierwszy, odjazd szósta ble ble ble…

Uff… Nieważne. Jadę. Tylko to się teraz liczy. 

29 sierpnia 2012 
Trasa: Ustroń Polana - Czantoria - Soszów - Wielki Stożek - Mraźnica - Wisła Głębce

Odległość (wg www.szlaki.net.pl): 16,6 km,
mój czas przejścia (Ustroń Polana PKP - Wisła Głębce PKP): 8 godzin.
 
Jak we wszystkich moich wycieczkach pogoda jest dziś zagwarantowana, bo sprawdzana od przeszło tygodnia, trasa ładnie rozrysowana, a plecak pełen zapasu mineralnej („tylko” trzy litry) i czekolady mlecznej. A że jutro mam wolne i będę bezwstydnie leżał cały dzień patrząc w sufit, to dziś mogę iść na całość.
 
Całość ta nazywa się Czantoria (Wielka Czantoria!) i jest najbardziej logicznym z możliwych dalszym ciągiem mojego marszu ze Skoczowa do Ustronia z dziewiętnastego sierpnia. Jeszcze jak zobaczyłem kolejkę linową, to już w ogóle. Ale dziś kolejki nie będzie. Krzesełka, kijki i adidaski są, umówmy się, dla mięczaków. Góry to mają być góry. Krew, pot i łzy.
 
A więc do dzieła. Wysiadam w Ustroniu Polanie około dziewiątej i tuż przy ogrodzeniu odczytuję z drogowskazu czas podejścia. Godzina czterdzieści pięć. Szlak czerwony. Rzeczony drogowskaz zaś znajduje się, gdyby tak ktoś miał ochotę powtórzyć moją wycieczkę, w zaroślach pomiędzy drogą a skwerkiem z (połamanymi) ławkami obok budynku stacyjnego. Cokolwiek by mówić, bardzo odpowiada mi sytuacja, w której właściwa trasa jak to miało miejsce np. w Skoczowie zaczyna się od razu po wyjściu z pociągu. Chwila oddechu i można ruszać.
 
  
Kieruję się w stronę, z której przyjechałem i po przejściu kilkudziesięciu metrów skręcam podziemnym przejściem w lewo pod drogę szybkiego ruchu. Wychodząc staję prawie dokładnie na wprost dolnej stacji wyciągu krzesełkowego, który… kusi, oj kusi, ale słowo się rzekło. Teraz w prawo, znów kilkadziesiąt metrów i w lewo na trasę narciarską. Prościej być nie może. Na szczyt Czantorii, gdyby wyobrazić ją sobie, jako… czuprynę, wiodą dwa „przedziałki”. W jednym sunie kolejka, drugi to trasa zjazdowa ze szlakiem czerwonym na krawędzi lasu. Jakieś porównania? Służę. Z gór poznanych przeze mnie można „jakościowo” podejście na Czantorię porównać na przykład z wchodzeniem na szczyt Klimczoka od przełęczy Kowiorek. Tyle, że tam jest o niebo krócej.

A propos nieba. Po przejściu może stu metrów para zakochanych idąca dotąd dosyć żwawo przede mną nagle zwalnia i zaczyna się bardziej niż widokami zajmować sobą, przez co oddaje mi pole walkowerem. Spoglądam w górę – daleko przede mną rodzinka. Dziadek, ojciec i córka. Za mną pusto (zakochanych nie liczę, bo są zajęci wzajemnym coraz gorętszym obcałowywaniem). 

Szlak wiedzie jak już wspomniałem krawędzią lasu i daje szansę ukrycia się w cieniu drzew, gdy słoneczko przygrzeje. Turystów „na pokaz” poznać zaś można po tym na przykład, że na pełnej szybkości, czerwoni jak buraki pchają się do góry samym środkiem nartostrady (bardzo ciekawy przypadek pana idącego de facto na czworakach w pozycji „na małpoluda” albo też pary, z której to on pędzi, a ona, niczego sobie zresztą istota jęczy gdzieś z tyłu: Ale zaczekaj! Zaczekaj, bo widzisz… )

A ja spokojnie. Mnie się absolutnie nigdzie nie spieszy.

Ostatni odcinek przed polaną, na której stoi górna stacja kolejki jest bardziej stromy, ale na szczęście drzewa i korzenie zastępują z powodzeniem poręcze i schody, więc da się wytrzymać. Nie zmienia to faktu, że i ja jak chyba większość tutaj jestem jak wyciągnięty spod prysznica. Sekret tkwi w tym, że nie ma tu przerw, jakichś krótkich choćby odcinków po równym. Od ulicy do polany cały czas stromo pod górę. Jeżeli kogoś to interesuje, to z ręką na sercu przyznaję, że dojście zajęło mi godzinę i dwadzieścia pięć minut, ale po pierwsze z kilkoma przerwami, a po drugie… to tutaj, to absolutnie nie szczyt. Chociaż najgorsze niewątpliwie już za mną.

Sytuacja podobna jak na Szyndzielni. Od kolejki do szczytu trzeba co nieco przejść „nogoma”, i znów, jak w przypadku historii z Klimczokiem, TAM jest krócej.

Stację wyciągu otacza tłum ludzi pożywiających się, wypoczywających lub najzwyczajniej zajętych pstrykaniem słitaśnych grupowych foteczek i robi mi się trochę dziwnie, bo niepokojąco zaczyna mi to przypominać Równicę. Ciekawe czy i tu sprzedają niebieskie małpki?

Ale do rzeczy. Wchodząc mamy stację po lewej, za nią kilka kiosków z pamiątkami (niektóre nawet sympatyczne i niedrogie), po prawej zaś najpierw sokolarium (coś w rodzaju małego zoo plus sanatorium dla ptaków drapieżnych), a nieco dalej bar z daniami gorącymi. I mam taką nadzieję, że między obiema że tak powiem instytucjami nie ma żadnego iunctim.

A teraz uwaga! Czy są tu klienci marketów? Jeśli tak, to poczują się jak w swoim ulubionym sklepie. Od stacji kolejki do prawdziwego szczytu Czantorii posuwamy się bowiem gęsiego...

-A wiesz, że wtedy jak urodziłam Wikę, wiesz, to tak mi włosy wychodziły i wtedy mama mi normalnie żyletką zjechała całą głowę i jak ręką odjął! (Trudno żeby łysej wypadały włosy, nie?  - dop. Portiera)
-Tatuś to zawsze wchodził czarnymi szlakami! Zawsze. Najtrudniejszymi! I zobacz, jaką mam kondycję! No spójrz na tatusia! (Dziesięć minut wcześniej minęliśmy tabliczkę z napisem „Kolor szlaku NIE oznacza stopnia trudności!”, ale co tam, można przed dzieciakami zagrać twardziela…)
-Kijki dzielą się kochanie ty moje na miękkie, półtwarde i twarde. Najlepsze są te…
-I kupiłam okazyjnie tego Pentaxa i wiesz, nawet nie za bardzo jestem z niego zadowolona, bo tamten miał…

Ratunku!!! Zabierzcie mnie stąd!!!

Po około kwadransie wysłuchiwania historii o łysiejących Pentaxach i goleniu półtwardych kijów wzdłuż czarnego szlaku moje towarzystwo rozchodzi się na szczęście w różnych kierunkach i daje mi odetchnąć. Oto Czantoria. Minęły dwie godziny od wymarszu z Ustronia Polany. Odliczając przerwy po drodze można powiedzieć, że zmieściłem się w czasie.

Na szczycie zaraz po lewej stronie mamy polski bufet, nieco dalej, w zasadzie prawie na środku czeską wieżę widokową (wstęp płatny) i również mini bar, a po prawej kiosk z pamiątkami. W ramach mojej wycieczki szkolnej z lat osiemdziesiątych, o której opowiadałem poprzednim razem dotarłem i tutaj i jakoś najbardziej utkwiły mi w pamięci tabliczki z informacją o granicy państwowej oraz nieco chyba na wyrost serwowane nam wszystkim ostrzeżenia ażeby nie przekraczać linii słupków…
 
 
Dziś tabliczek już nie ma, a słupki graniczne są tylko czymś w rodzaju strzałek na szlaku. Informują, do niczego jednak nie zmuszając. Przyznaję, że dla mnie, człowieka starej daty trochę to dziwne i z pewnym dreszczykiem staję w trawie „po drugiej stronie” fotografując tablicę „Pozor! Statni hranice!”, którą nasi południowi sąsiedzi na wszelki wypadek (?) zostawili…

Tutaj też stykam się po raz pierwszy z bardzo europejskim wymiarem górskiego wędrowania. Tabliczki informacyjne są albo dwujęzyczne albo zdublowane w dwóch językach albo wreszcie (jak się potem okaże najczęściej) tylko po czesku, a wokół słychać nie tylko te dwa języki, ale i niemiecki z rosyjskim. I jak im tu wszystkim teraz mówić to „dzień dobry” na szlaku?

Ciekawostka. Polskie oznaczenia podają czas przejścia, a czeskie w tym samym miejscu ilość kilometrów. Wydaje mi się, że to drugie rozwiązanie jest jednak lepsze, bo przecież chodzimy różnym tempem zależnym od wieku, wagi, temperatury, zmęczenia itp., a odległość zawsze jest jednakowa. No i czeskie tabliczki są plastikowe, z pewnością wytrzymalsze, choć może mniej ekologiczne od polskich – drewnianych.

Co dalej? Jeżeli przyjąć, że na szczyt wchodzi się „na godzinie szóstej”, to na jedenastej jest czeski bar, na dwunastej wieża, a na około wpół do trzeciej trasa do (również czeskiego) schroniska (bez noclegów) lub możliwość zejścia do Ustronia Zdroju, a nawet dojścia do Goleszowa. Na siódmej mamy polski barek, a na dziesiątej zejście w kierunku „Beskydskeho Sedla”, czyli Przełęczy Beskidek, o dziwo niemającej niczego poza nazwą wspólnego z tą, którą mija się schodząc z Równicy lub Orłowej do Ustronia Polany szlakiem zielonym.

Ścieżka wiedzie niezbyt stromo w dół, a graniczne słupki stają się nieodłączną jej częścią praktycznie aż do Wielkiego Stożka, czyli na ładnych parę godzin. Warto przyjrzeć się bliżej wspomnianym słupkom, by zobaczyć, że mają one indywidualną numerację z jednej, a „rok produkcji” (1920) z drugiej oraz oznaczenia krajów (P – Polska, C – Cesko lub dawniej Ceskoslovensko) z dwóch pozostałych - przeciwległych.

Początkowa część trasy jest najpierw średnio stroma, choć kamienista, potem przez kilkanaście minut prawie płaska i porośnięta trawą, aż wreszcie staje się bardzo mocno nachylona i wymagająca dużej uwagi przy schodzeniu (byłem świadkiem dwóch, na szczęście niegroźnych wywrotek innych turystów). Po lewej stronie mam dosyć ciekawe panoramy polskich gór i miasteczek, a po czeskiej, prawej, właściwie cały czas tylko mniej lub bardziej gęsty las. Po jakimś czasie dochodzę do bacówki „Światowid”, a po kolejnych kilkunastu minutach spokojnego leśnego traktu do samej przełęczy. Od wyruszenia ze szczytu Czantorii minęło około pięćdziesięciu pięciu minut (3,5 km). Według strzałek od de iure celu mojej wycieczki, czyli Wielkiego Stożka dzieli mnie jeszcze 7 kilometrów, ale nie uprzedzajmy faktów.

Począwszy od „Światowida” trasa staje się wyrównana i poza kilkoma krótkimi, bardzo łagodnymi wzniesieniami prowadzi praktycznie po płaskim. Minusem jest tutaj brak jakichkolwiek ciekawych widoków, ponieważ aż do polany przed Soszowem idzie się non stop przez las. Dobra to okazja do przemyśleń i relaksu.  Co zaś się tyczy problemu z pozdrawianiem na szlaku, to rozwiązuje się on sam, ponieważ „dzień dobry” lub „cześć” bezbłędnie oznacza Polaka, zaś „dobri” – Czecha. I tak oto przesiąknięty duchem panslawizmu maszeruję sobie podpierając się znalezionym gdzieś, znów jak na miarę, kosturem, wspominając jak to w czasach wczesnej podstawówki posiadanie przeze mnie mapy Cieszyna z przyległościami, a przez kolegę nożyc do stali doprowadziło nas do snutych w piwnicy fantastycznych planów… napadu na warzywniak w Czechach. Na szczęście na planie się skończyło, bo sami zostaliśmy napadnięci w tunelu pod katowickim rondem i skutecznie pozbawieni zarówno animuszu jak skromnych zasobów gotówki…
Summa summarum może to i lepiej, prawda? 

Z „miękkiego” zielonego lasu wchodzę teraz w bardziej „jesienny”, suchy i pełen opadłych liści, aż wreszcie docieram do polany, na której ze zdziwieniem stwierdzam istnienie kolejnego wyciągu krzesełkowego (proszę rozważyć, jako opcje skrócenie sobie mojej dzisiejszej trasy poprzez wjazd lub/i zjazd którymś z trzech wyciągów: Czantoria, Soszów lub Stożek), a także baru i całkiem sympatycznego schroniska.



Po wykonaniu kilku zdjęć i z grubsza rozejrzeniu się po okolicy ruszam w dalszą drogę bez zbędnych przestojów. Obok schroniska średnio stromym, ale za to jednolitym, bez kamieni czy wyrw, i niezbyt długim podejściem docieram na szczyt Soszowa. Według oznaczeń na szlaku mam za sobą 6,5 kilometra od szczytu Czantorii i 4 do Wielkiego Stożka. Jest godzina 12:50.

Z Soszowa roztacza się szeroka panorama gór i dolin, a bardzo łagodne zejście ze szczytu sprzyja kontemplowaniu przyrody i wybieraniu dogodnych obiektów do uwiecznienia na fotografii. Po kilkunastu minutach dochodzę jednak do wniosku, że czas najwyższy na śniadanie i rozsiadam się na małej polance rozkładając kanapki i picie na ściętych pniach drzew. Spędzam tu około dziesięciu minut, by wreszcie westchnąwszy głęboko (parę godzin ciągłego marszu robi swoje) wyruszyć w dalszą drogę i znów poprzez las dotrzeć o 13:30 do Cieślara, wzniesienia z gatunku tych „trzecioligowych”, jak np. Zebrzydka, które nawet nie zawsze zaznacza się na mapach.
 
 
Wspaniałe, tutaj autentycznie już wspaniałe widoki wzmacnia jeszcze coś znanego mi wprawdzie w opowiadań, ale po raz pierwszy widzianego na żywo, czyli stosik kamieni PODPISANYCH przez odwiedzających ten szczyt wędrowców. Bardzo sympatyczny to zwyczaj i z pewnością mądrzejszy od wyrzynania swoich wyznań w korze drzew. A skoro już o drzewach mowa, to staję po chwili zauroczony pozornie smutnym, wyschniętym i chorym, a właściwie to martwym drzewem, które jednak zasnęło w tak urokliwy sposób, że kojarzyć się może z tańczącą pośród górskich wiatrów parą zakochanych. Nie byłbym sobą nie fotografując owego obrazu przemijania zastygłego w tak niecodziennej formie.
 
Po chwili szlak zmienia się w wiejską drogę i malowniczo wiedzie mnie przez pastwiska i pola z rzadka tylko upstrzone gospodarstwami wprost do charakterystycznej góry znanej jako Wielki Stożek. Nim jednak tam dotrę spotykam najpierw grupę kolonistów, którzy z nudów sprawdzają na dotyk wszystkie ogrodzenia pastwisk zakładając się, które z nich „prądują” (sic!), a potem parę składającą się (dzięki Bogu, bo jestem w tych sprawach nad wyraz konserwatywny) z niej i niego zadających mi pytanie „ Czy do schroniska na Soszowie to trzeba iść aż tam, do góry?”. I wreszcie staję przed czymś, co nieodparcie kojarzy mi się z… portiernią, a okazuje po odczytaniu schowanej w pewnym oddaleniu tablicy dawnym przejściem małego ruchu granicznego. Jak gdyby dla wzmocnienia efektu jego archaiczności tuż obok zaprasza do siebie plakatem powieszonym na drzewie jakaś czeska karczma oferująca dobre jadło i hudbę, to jest, pardon, muzykę. Ależ czasy nastały!
 
Łagodne zejście z pól i oto jestem na Małym Stożku – ostatnim (nazwijmy to) szczycie niższym od Soszowa, co oznacza, że A) kończy się schodzenie z górki oraz B) to wielkie i coraz bliższe COŚ przede mną jest, niestety dla moich steranych już nóg, Wielkim Stożkiem, pod, a raczej NA który chcąc nie chcąc muszę podejść. 
 
Teoretycznie nie jest źle, bo to tylko 30 minut i 1,5 kilometra (dowód jak wspaniale uzupełniają się czeskie i polskie oznaczenia), ale sił już jakby brakuje… Na zegarku godzina czternasta.
 
Pierwsza część drogi na szczyt jest bardzo stroma, pełna korzeni i osuwających się spod nóg kamieni. Nią też docieram do „ostatniej szansy ucieczki” to jest czegoś oznaczonego, jako „Pod Wielkim Stożkiem”. Dlaczego piszę o ucieczce? Dlatego, że według moich planów miałem schodzić do Wisły szlakiem zielonym, a właśnie go mijam… I cóż, mam teraz wybór, albo skręcam w lewo i zgodnie z planem idę w dół, ale wtedy z zapisu wycieczki Stożek muszę wykreślić albo wchodzę na szczyt, a później wracam tutaj znowu…
 
Tak źle i tak niedobrze. Gdzieś w głowie pojawia się jednak myśl, że może na górze znajdę jeszcze jakąś inną alternatywę i w związku z tym w stanie lekko przedzawałowym pnę się szeroką teraz drogą ignorując już piękne widoki po lewej, by po kilkunastu minutach dotrzeć do… różowej krowy.
 
Na szczycie wita mnie naturalnej wielkości Mućka z plastiku. Właściwie to bardziej Milka niż Mućka. Nie będę ukrywał, że w moim stanie budzi to pewne obawy poprzez skojarzenia różowych krów i białych myszek, ale nie, jest dobrze. Za krową jest schronisko. Bynajmniej nie różowe, choć i bez tego ładne.
 
No właśnie. Od początku przy każdym z wycieczkowych wpisów zaznaczam zupełnie szczerze, że więcej we mnie uporu niż kondycji. Ma to konsekwencje dwojakiego rodzaju. Po pierwsze cały lub przynajmniej połowę następnego dnia po wyprawie leżę i jęczę, a po drugie i ważniejsze od plus minus trzech czwartych każdej trasy tracę natchnienie i mijam czasem naprawdę piękne miejsca bez wyjmowania aparatu, czego potem już w domu żałuję. Przepadła mi panorama z podejścia na Stożek i darowałem też sobie samo schronisko nie chcąc go obchodzić dookoła (Tylko z dołu można zrobić dobre ujęcie. Z przodu, to znaczy od szlaku jest moim zdaniem zbyt dużo drzew.) Jak jednak wspominałem wcześniej z racji istnienia na dzisiejszej trasie aż trzech wyciągów krzesełkowych można ją sobie odpowiednio do możliwości skrócić i zachować tym samym pełną wrażliwość fotograficzną. 
 
O schronisku warto zaś wiedzieć, że jest pierwszym polskim na tym terenie. Podkreślam słowo polskim, bo np. na reklamie, którą już sfotografowałem określa się je, jako po prostu najstarsze w Beskidzie Śląskim, co jest nieprawdą. Po prostu czasy były takie, że większość schronisk należała do Niemców, a na Stożku w 1922 otwarto pierwsze w stu procentach polskie. Ot, co.
 
 
Wokół drewniane stoły, gęsty las i możliwość nabrania sił, z której jednak nie korzystam nie chcąc (proszę wybaczyć) rozkraczyć się tu na dobre. Jak to mawiał mój szef zanim go zlicytowali „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą!”. Trzeba zatem walczyć dalej.

Wchłaniam litr Kuracjusza Beskidzkiego (Polecam każdemu! Ja, który nienawidzi wód mineralnych „bo przecież to takie kranówy” pijam tą akurat pasjami!) i ruszam odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami ludzi, którzy widzieli, w jakim stanie się tu pięć minut wcześniej wtoczyłem.

-A my do Głabców pojdziemy. Wisła Głabce… Głebce… - dogadują się dwaj Rosjanie z polskimi turystami przy stoliku tuż obok. Muszę przyspieszyć.

No i cóż. Okazało się, że nie muszę wracać do połowy podejścia i odgałęzienia szlaku zielonego, a mam w zamian szlak niebieski przez bliżej nieznaną mi Mraźnicę również prowadzący do Wisły. Po wejściu w las (w stosunku do podejścia szlakiem czerwonym na Stożek idę dalej w linii prostej mając schronisko „na godzinie dziewiątej”) ze zdziwieniem spostrzegam kolejny już, a wspomniany wyżej w tym wpisie wyciąg krzesełkowy. Oczywiście sytuacja sama nasuwa rozwiązanie. Lokować się na krzesełku i…
Idę dalej! Idę! Koniec, kropka!

Po dalszych kilkudziesięciu metrach szlak niebieski skręca w lewo w dół, a kilka pozostałych wiedzie prosto. Tym samym zaczynam się oddalać od granicy schodząc już w kierunku miasta bardzo długą jednak i spokojną ścieżką. I tutaj o niej słów kilka. Pierwszy odcinek prowadzi przez mało sympatyczny, mokry i ciemny las, w którego połowie mamy okazję zabłądzić, ponieważ dochodzimy do skrzyżowania ścieżek, a oznakowanie szlaku jest… wycięte wraz z drzewami. Używając mojej zegarkowej terminologii powiedziałbym, że idziemy na „wpół do pierwszej”. Dosyć to ważne, bo „na trzeciej” mamy szeroką trasę na logikę bardziej kojarzącą się ze szlakiem niż to wąskie coś pełne gliny i zwisających gałęzi, czym musimy przez kilka minut maszerować. Na szczęście komuś przyszło do głowy przy wycince zerwać korę z oznaczeniem niebieskim i… zawiązać ją na pozostawionych drzewach, przez co od biedy przy dobrym wzroku można się jakoś połapać.


Las przerzedza się teraz, a ze zbocza góry wdziera się przez gałęzie słońce i tutaj właśnie, co wydaje mi się początkowo niemożliwe zaczyna się najpiękniejszy odcinek wycieczki. Mogę powiedzieć tak. Jeśli ktoś jest leniwym romantykiem albo romantycznym leniwcem to polecam mu wjazd kolejką na Stożek, a następnie zejście do Wisły szlakiem niebieskim. Wspaniałe widoki, cisza, łagodna trasa…

Dróżka skręca teraz najpierw lekko w prawo, potem przez dłuższy czas do zetknięcia ze szlakiem czerwonym prowadzi prosto, aż wreszcie zmienia bieg w lewo. Mówiąc jaśniej robimy jakby wielkie półkole, co jest dosyć zabawne, gdy się spojrzy w dół (lub później – w górę) i dostrzeże gdzie się będzie lub było. I tutaj raz jeszcze się powtórzę, widoki są bajkowe. Cała tam Czantoria i inne Soszowy to pikuś w porównaniu z tym. Państwo słyszeli? Pikuś!!!
Bardzo długie odcinki po równym lub z lekkim tylko spadem to relaks dla nóg i jednocześnie niezapomniane doznania estetyczne. Na zetknięciu szlaku niebieskiego z czerwonym czekają zaś na wędrowców drewniane stoły i ławy dając możliwość posilenia się i odpoczynku w warunkach prawie niebiańskich, przynajmniej jeśli mowa o stronie wizualnej.

Przy końcu litery C, jaką zatacza szlak ze Stożka ścieżka czerwona odłącza się na Kubalonkę (warto zapamiętać na przyszłość), a niebieska bardzo tym razem stromo prowadzi do pierwszych zabudowań Wisły skąd jeszcze ojej i tak droga daleka… 

O ile początkowo jest łatwo, bo zejście już asfaltem jest mimo wszystko czymś zupełnie innym dla nóg (in plus) niż po kamieniach, o tyle sprawa komplikuje się po kilkuset metrach, gdy już w swojej naiwności umyty mineralną i pożegnany z kosturem, który towarzyszył mi przez większą część trasy… błądzę. No oczywiście, że błądzę.

Jest tak. Albo ja mam zły wzrok albo to są czary, ale raczej to drugie, bo ten sam problem mieli też turyści za mną i to nawet dwie grupy. Otóż dochodzi się do skrzyżowania w kształcie litery Y, której dwa ramiona schodzą z góry, a „noga” prowadzi w dół i nagle oznaczenia się kończą. Nie ma ich!!!

Schodzę serpentyną goniony przez jakiegoś oburzonego moją obecnością kundelka i po kolejnych kilkuset metrach… zawracam. Droga prowadzi w dół, OK., nie mam powodów by wątpić, że do Wisły, ale jednak… gdzie są oznaczenia? A może miałem iść w górę igreka? W jego drugie ramię?

Do pociągu zostało mi czterdzieści minut, gdy PO POWROCIE DO SKRZYŻOWANIA, autorytatywnym stwierdzeniu braku znaków* i ponownym zejściu dłuuuuugą drogą do większej już prowadzącej obok koryta Wisły pytam odpoczywającą na ławce starszą panią o pociąg przy całej świadomości dwuznaczności tegoż zapytania.
-Łooo… panie! Pociąg? Do Głębców trza iść. Daleko. I nie wiem jak tam co jedzie.
-Ale BARDZO daleko?
-No… Może by kto pana podwiózł?

Tak. Mam w domu lustro. Na taki dizajn jaki sobą reprezentuję jedyne co mogę zatrzymać to karawan. Spoko. Idę dalej.

Po zejściu zatem z igreka do głównej drogi skręcić należy w prawo, dokładnie tak jak płynie rzeka. Tą drogą dochodzi się po około dwudziestu minutach, mijając pod drodze skocznię narciarską, do słynnego wiaduktu kolejowego z 1933 roku w stylu bajkowo włosko szwajcarsko jakimś tam. Nota bene naprawdę bardzo ładnego. Przechodząc zaś pod nim (mam piętnaście minut do odjazdu, a nie wiem gdzie stacja!!!) iść trzeba do skrzyżowania i na nim skręcić w prawo, pod górę. Ażeby napisać te słowa autor musiał OCZYWIŚCIE skręcić w lewo, dojść do warzywniaka, który chwilowo zastąpił mu informację PTTK i tam uzyskać wskazówki…

Kilkuminutowy marsz, wreszcie po lewej plac i tabliczka „ulica Dworcowa” (Jak to pytał jeden z kabaretów „Kto dziś pamięta, kto to w ogóle był ten Dworcow?) i oto przede mną dwie wiadomości. Jak zwykle dobra i zła. Dobra jest taka, że u góry STOI POCIĄG. Zła taka, że U GÓRY. Oto na koniec został mi jeszcze jeden szczyt do zdobycia (słodkiegooo, miłegoooo życiaaaa) i dreszczyk emocji w związku z około sześcioma minutami do odjazdu.

Nie szukając już żadnych chodników i ścieżek pcham się przez trawy pod górę machając wszelkimi dostępnymi kończynami i plecakiem niczym ratrak i oczom mym ukazuje się jakże wyczekiwany widok. Dwa perony, dwa pociągi i na jednym z nich napis KATOWICE.

Pssyyyt! Otwieram drzwi, siadam w wygodnym fotelu i ciężko wzdychając sięgam po mineralną rozglądając się jednocześnie ze zdziwieniem po absolutnie pustym składzie…

Z odrętwienia budzi mnie głos spacerującego po peronie maszynisty.
-Jak pan do Katowic, to tamtym, na Częstochowę. Za dwie minuty ma odjazd.

Jak to TAMTYM?! Deja vu?

Pomyliłem perony! Jego mać!

Plecak! Drzwi! Bieg!
Bieg!
Bieg!

Jeszcze ja! Jeszcze ja!
Zaczekajcie na mnie!

Drzwi. Pssyyyt!

Udało się.
Ależ dzień!
 
=================
 
Pełna galeria zdjęć TUTAJ!
 
-------


* - A oto "tajemnica" zejścia szlakiem niebieskim.
 
Na załączonym poniżej fragmencie mapy zaznaczyłem wspomnianą w tekście drogę, po której schodziłem i gdzie też zgubiłem szlak. Trasa którą szedłem wiodła do środka „ygreka”, a następnie w dół do szlaku zielonego (na mapie będzie to „poprzez” napis Łabajów) którym TAKŻE można dojść do stacji, zaś szlak niebieski odgałęział się wcześniej w prawo. Puentą tego niech będzie fakt, że prawie dokładnie w tym punkcie myłem się i pozbywałem kostura, który pomagał mi w marszu – krótko mówiąc „uspokojony” asfaltem pod nogami zwyczajnie przegapiłem znaki…
 
 

 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Dewa Stacja

Poniżej treść mojego maila skierowanego dziś do oddziału śląskiego spółki PKP Dworce Kolejowe.
 
 
 
===
Szanowni Państwo!
Zwracam się niniejszym z prośbą o najogólniejsze choćby wyjaśnienie mi polityki Państwa firmy względem budynków dworcowych i całych stacji znajdujących się obecnie w stanie, wobec którego określenie zatrważający byłoby dowodem nadmiaru optymizmu. Co gorsza nie tylko nie widać żadnych działań, które mógłby ten regres zatrzymać, ale wręcz przeciwnie – sytuacja z miesiąca na miesiąc staje się jeszcze gorsza.
 
Zarośnięte perony i zabite deskami okna budynków stacyjnych to niestety od lat stały element naszego krajobrazu, ale obecnie dochodzi już do tego, że nie są to jakieś jednostkowe przypadki, a całe wręcz ciągi takich de facto ruin pomiędzy średnimi i dużymi stacjami, których stan jest chyba adekwatny właśnie do wielkości – im większa, tym większa nadzieja, że będzie wyglądać normalnie.
 
Skoro została powołana spółka PKP, która już w nazwie ma dworce kolejowe, myślę, że nie może być lepszego adresata mojego pytania. Jakie znajdują Państwo wytłumaczenie dla takiego stanu rzeczy? Jak można dopuszczać do sytuacji, w której w XXI wieku, w Europie, na stacjach nie tylko nie ma kas czy poczekalni, ale wręcz wody czy ubikacji? Przecież to wstyd i ewidentny dowód braku organizacji! Co zmieni pachnący i klimatyzowany pociąg z którego wysiada się na zarośniętym peronie z przerdzewiałymi tablicami obok stacji, na której nie ma nawet ławki!?
 
Nie uwierzę, że nie mają Państwo świadomości jak nieprzystające do współczesności, nawet polskiej, są to warunki.
 
Podam jeden tylko przykład z wielu, które mógłbym. Dziewiętnastego sierpnia jechałem na wycieczkę w Beskidy ze stacji Katowice Ligota. Przed dworcem spalony na popiół zegar elektroniczny, na dworcu wszechobecne graffiti i straszące puste pomieszczenia, częściowo jak wskazują ślady wykorzystywane przez kloszardów, ubikacji brak, kasy brak, kranu brak. Nie ma dosłownie nic poza przejściem na perony, rozkładem jazdy i samymi peronami.
Wysiadam w Skoczowie. Dworzec zamknięty, dwie stare ławki obok niego i znów nic poza “miejscem do wsiadania”. Wracam z Ustronia Polany – tutaj już koszmar absolutny. Zarośnięte chwastami otoczenie budynku, wszechobecny brud i śmiecie, połamane ławki z odstającymi ostrymi fragmentami, zabity płytami dworzec oraz pawilonik z WC (oczywiście nieczynny), złamane drzewo tuż przy wejściu z ulicy i tak dalej i tym podobne.
 
Jeżeli Państwa spółka nie jest w stanie zajmować się tym, do czego jak nie bez podstaw chyba sądzę została powołana, to może należałoby zakończyć działalność albo to, co Państwo za nią uważają, albowiem krok tylko dzieli nas od sytuacji w której zamiast pociągu na stacji będzie można złapać tylko chorobę zakaźną.
 
Bardzo proszę o ustosunkowanie się do przedstawionego stanu rzeczy i informację jakie konkretnie są plany Państwa firmy zmierzające do przywrócenia normalności na stacjach i przystankach obsługiwanych przez PKP.
 
Ze względu na wymogi prawa podaję poniżej swój adres zamieszkania (korespondencyjny) jednakże zadowoli mnie także odpowiedź przekazana drogą elektroniczną.
 
[Tutaj moje pełne dane adresowe oraz oficjalny adres e-mail]

 
===
 
A poniżej kilka fotek z Ustronia Polany już tylko na użytek tego bloga.




Dodane 27 sierpnia 2012
 
Zdecydowałem dziś, że w przypadku braku odpowiedzi na mój mail w przeciągu dwóch tygodni zostanie on wysłany ponownie już jako list polecony ("analogowy"), albowiem niezmiernie ciekawi mnie jak adresat zamierza usprawiedliwić swoją bezczynność i brak organizacji.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.