piątek, 2 listopada 2012
środa, 24 października 2012
Lepiej późno niż później
A gdyby chociaż przez jeden dzień życia to sen był
realnością, a realność snem?
Przy smaganym zimnym porannym wiatrem peronie katowickiego
dworca wolno hamuje mój śląsko kosmiczny pociąg. Z cichym szumem otwierają się
drzwi i po chwili jestem już w jego wnętrzu. Ciepłym, lśniącym nowością i
pachnącym świeżą kawą.
I już nieważne. Wszystko nieważne.
Nie ma portiera, jest Portier.
20 października 2012
Trasa:
Wisła Głębce – Cienków – Zielony Kopiec – Malinowska Skała –
Skrzyczne
Odległość (wg www.szlaki.net.pl) 17,4 km, mój czas przejścia
6 godzin i 15 minut
Niespodziewany nawrót lata przy
końcu października sprawił, że nie tylko ja, który już uznał jakąkolwiek
wycieczkę w Beskidy w tym roku za nierealną, ale i bardzo wielu innych
turystów, zbieraczy grzybów oraz górskich rowerzystów zapragnęło wrócić na szlaki.
W tym samym chyba jednak dniu niestety i chyba także tym samym pociągiem.
Szósta rano a tu w wagonie autentyczny Bangladesz. Zastanawiam się nawet
momentami drażniony z różnych stron i w różne miejsca kijkami, kierownicą
roweru albo czyimś kolanem czy to jeszcze przypadek czy już może perwersja…
A propos perwersji. Ja
pisałem o tym, że Koleje Śląskie mają niesamowite futurystyczne pociągi,
prawda? Pisałem, okej. A opowiadałem o prześlicznej wio-wiolo-wiolonczelistce,
la la la? Znaczy o pani konduktor? Nie? No to pora najwyższa, bo wspomniana
osóbka (znana mi już z poprzedniej wycieczki) jest ładniejsza niż wszystkie
Beskidy, Himalaje i inne tam Alpy razem wzięte.
Zresztą nie tylko u mnie obsługa
pociągu budzi… pociąg, bo i grupka pań w wieku późno średnim uległa wiosennemu
(?) zaświergoleniu i próbuje w Ustroniu Polanie porwać ze sobą kierownika
składu.
-A tego ładnego pana to my
zabieramy w góry!
-No to trzymaj! – „Ładny pan”
śmiejąc się podaje maszynkę do biletów mojej kolejowej muzie
– Ja idę w trasę!
Jeśli one porywają kierownika, a
ja (w marzeniach) panią konduktor, to „do wzięcia” zostanie już
tylko maszynista…
A jeżeli i on…
Czy ktoś z państwa potrafi może prowadzić
lokomotywę?
Wisła Głębce. Wysiadka. Trzeci raz w życiu stoję na tym peronie. W lato wracałem stąd po marszu z Ustronia, a jakieś trzy dekady wcześniej po wczasach spędzonych w górach wraz z rodzicami. Ładnej pani z pociągu nie było wtedy jeszcze na świecie…
To może teraz dla odmiany trochę
o górach. Jedną z letnich tras szedłem ze Skoczowa do Wapienicy i gdyby
teoretycznie odwrócić jej kierunek, to można przyjąć, że tak właśnie
„zaatakowałem” regiony inne niż odwieczny trójkąt Szyndzielnia – Szczyrk –
Jaworze. Następna wycieczka doprowadziła mnie najpierw ze Skoczowa do Ustronia,
a potem kolejna z Ustronia właśnie tutaj, do Wisły. I plan był taki, żeby łącząc
Wisłę z Przełęczą Salmopolską zamknąć tym samym i sezon i tegoroczne podboje
terytorialne.
Niestety plan nie wyszedł mi tak
jak chciałem, bo zamiast z Wisły doszedłem we wrześniu do Przełęczy od Ustronia Polany, w dodatku wymiziany po drodze przez opętanego kocura na Orłowej. Spacer
był to niewątpliwie ciekawy i udany, ale nieodpowiadający mojej całościowej
koncepcji, stąd też postanowiłem nietypową jak na tą porę roku temperaturę
wykorzystać na dorysowanie odpowiedniej kreseczki na mapie tak jak to sobie
jeszcze w wakacje zaplanowałem. Kierunek
zatem jasny – Przełęcz Salmopolska.
Czarnym szlakiem wyruszam wprost
ze stacji w kierunku jakby przedłużającym kończące się kilkadziesiąt metrów
dalej tory. Swoją drogą fajne to takie – koniec świata, a dalej pieszo.
Dochodzę do ulicy i nią kieruję się w prawo zahaczając przy okazji o sklep
spożywczy i wzbogacając zawartość plecaka o niezastąpioną gorzką czekoladę.
Tutaj też mam okazję przysłuchania się dość intrygującej próbie zamiany pani
ekspedientki w przewodnika. Trzy dziewczyny (Ojej, ma pani drożdżóweczki! A z
serkiem? A dobre? O i wafelki! I soczek też!) usiłują dowiedzieć się…
-Jak dojść do Wisły Czarnej, tak?
Do czarnego? Do czarnej Wisełki? No tam gdzie ten zamek od prezydenta, wie
pani.
-I jeszcze batonika kupimy,
jeszcze batonika! A ma pani sezamki?
Krwi!!!
Obliczam szybko, że całe moje
zakupy trwały krócej niż 20 sekund i z radością uciekam ze sklepu modląc się w duchu,
aby panienki (mimo, że niebrzydkie) nie szły czasem za mną. Nie idą na
szczęście.
Po kilkuset metrach robiąc
literkę V skręcam w lewo pod górę (według Wikipedii to Kozińce), a kilka minut
później nadspodziewanie szybko schodzę stromo w dół przez łąki zanurzając się
we wspaniałym nostalgicznym jesiennym lesie. Mijam strumyk i maszeruję znów pod
górę, dosyć łagodnie zresztą, robiąc po drodze postój i zdejmując z siebie
wszystko na co mi troska o moralność społeczeństwa pozwala. Nad górami unosi
się para, niebieściutkie czyste niebo zapowiada piękny dzień, a ja, gdyby nie
czerwono złote liście i nieco gliniasta ścieżka nawet nie uwierzyłbym, że to
październik. Ba! Koniec października przecież!
Grzyby. Proszę państwa, dziesiątki,
setki, kilogramy, tony. Ogromne zmutowane grzybiska atakują zewsząd. Jak to
opowiadał jeden z moich współtowarzyszy podróży można je łopatą zbierać. I tym
razem z całą odpowiedzialnością potwierdzam – to nie przenośnia. Zgodnie z moim
cokolwiek zezowatym szczęściem sam trafiam akurat najczęściej na muchomory, ale
i tak w ilościach oszałamiających. Przysmakiem teściowej nazywał je swego czasu
pewien mój kolega. Nie wiem jednak czy twierdził tak z nomen omen autopsji.
Skoro grzyby to i grzybiarze.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Tato, a ten pan to twój kolega z
pracy? – zaciekawia się mały brzdąc ciągnąc w swoim mniemaniu dyskretnie ojca za
rękaw.
-Nie, ale to bardzo grzecznie tak
się pozdrawiać w górach.
Ha! Jestem grzecznym Portierem!
Zarąbiście.
Teraz w dół ku zabudowaniom,
najpierw przez lasek, a potem przez łąkę. Z bujnej jeszcze trawy łypie na mnie
zajęty bardzo ważnym polowaniem miejscowy kot. W ogródku bawią się dzieci. Ktoś
naprawia samochód na placu, ktoś inny tnie drzewo.
Dochodzę do ulicy i skręcając tuż
przed nią w prawo wzdłuż Wisły zbliżam się do zapory by jednak nieco wcześniej
przejść mostkiem, minąć drogę i rozpocząć podejście (teraz już żółtym
szlakiem) na pierwszą dziś „prawdziwą” górę, czyli Cienków.
Podejście owo choć początkowo
strome nie jest specjalnie męczące, zapewne dlatego, że nie trwa zbyt długo, a
poza tym obfituje w piękne widoki i doprowadza mnie do jakby nie patrzeć
słynnej już skoczni imienia Adama Małysza (przeczytałem: Mickiewicza i
pomyślałem zaraz co Mickiewicz miał do cholery wspólnego z narciarstwem!? Czy
oni na łeb upadli?) z funkcjonującym tuż obok wyciągiem krzesełkowym. Tu
zatrzymuję się na kilka chwil dla nabrania oddechu, a potem przez piękny,
choć rzadki raczej las maszeruję dalej.
Dopiero teraz przypominają mi się wskazówki,
jakich przed wielu laty udzielał mi ojciec. Nie chodź w góry w lipcu czy
sierpniu, za gorąco, za tłumnie, poczekaj na jesień. Racja, tato. Jesienią
wszystko wygląda inaczej. Dostojniej jakoś.
Pod nogami przesypują się złote
liście, na horyzoncie jak okiem sięgnąć brunatno czerwono zielone lasy i w
ogóle atmosfera jakaś spokojniejsza.
Zbliżam się po kilkunastu minutach do
kolejnego wyciągu, tym razem już tego „podstawowego” na Cienków. Tuż obok
górnej stacji mijam (przyznaję bez bicia) sympatyczny malutki bar, a za nim staję i… przełykam głośno ślinę. Nie, nie z głodu, z wrażenia.
Bajkowość do potęgi entej.
Przed sobą widzę porośnięty
świeżą, prawie że wiosenną zielonością grzbiet górski pełen pastwisk i pól,
poprzez który prowadzi urocza pozakręcana po krasnoludkowemu ścieżka spacerowa
w jaką tutaj na pewien czas zamienia się mój szlak. Robię kilka zdjęć i już
wiem (a uwielbiam tą świadomość), że to właśnie będzie moje najpiękniejsze
wspomnienie z całego dnia. Zawsze
w takiej chwili przypominam sobie poranne wstawanie. Wcześnie, zimno, ciemno,
spać się chce…
Ale warto. Naprawdę warto.
Rany Julek, jakże mi tej wolności
brakowało!
Krowy dzwoniące dzwoneczkami, leciutki
poszum lasów dookoła, bezchmurne niebo nad głową, zapach trawy, wszechzieloność.
Aż w oczy szczypie całe to szczęście.
Po kilkuset metrach znów wchodzę
między coraz gęściej rosnące drzewa. Maszeruję teraz w cieniu i chłodzie lasu przez
około pół godziny. Szlak raczej wyrównany, choć z pewnością nie równy. Sporo
kałuż i błota, sporo też robotników pracujących przy wycince. Około dwunastej
czterdzieści wychodzę na otwartą przestrzeń i dociera do mnie, że jestem w
jakimś, bo ja wiem, Afganistanie chyba. Zupełnie inny świat. Cienków
przypominał mi bardziej jak sądzę popularną od niego przełęcz na Błotnym,
mokry, zimny las przed chwilą kojarzył się z tym na zejściu szlakiem niebieskim
ze Stożka, a tutaj…
Pełna pyłu droga pośród w
większości łysych jak kolano gór, rozgrzana słońcem ziemia i coś, co bardzo
lubię, czyli absolutnie nierzeczywisty klimat w tym momencie właśnie
Afganistanu z przyległościami. Droga do Kabulu! Prawie widzę sunące sznurem
transportery opancerzone, honkery i ciężarówki. Mam tylko nadzieję, że mój
niezmiennie półwojskowy strój nikomu nie skojarzy się z talibami…
Taaa…
Pora na śniadanie. Przystaję obok pni i w towarzystwie okolicznego kundla zjadam dwie kanapki popijając
„Kuracjuszem”. Cisza. Słońce. Pyszności.
-Hau, hau, hau!
No dobra. Ciszy nie ma, bo
łaciaty coś szczeka.
Bardzo filmową jak wspomniałem
drogą kieruję się do lasu i po krótkim w sumie przejściu przezeń znów trafiam
na pustkowie pełne umarłych drzew, pni i suchej zszarzałej ziemi. Kolejna myśl
– inna planeta. Może Mars? Ten z „Pamięci absolutnej”, oczywiście tej
prawdziwej ze Schwarzeneggerem, nie jakiejś teraźniejszej podróby.
Smutne, „wypalone” widoki
rekompensuje mi tabliczka informująca o trwającym w okolicy, (choć dalibóg mało
widocznym w praktyce) procesie rewitalizacji tych terenów prowadzonym wspólnie
przez Polskę i Słowację.
Krótkie, ostrzejsze nieco
podejście w lewo i oto jestem na szczycie noszącym nazwę
Gawlasi (jak to się odmienia?). Hmmm… No dobrze, dobrze. Nie znam, ale poznałem. Podobuje mnie się, jakby to zapewne powiedział portier od Kieślowskiego.
Z tego miejsca przede wszystkim
widać… no chyba z pół świata. Zwłaszcza tego mojego, bajkowego. Jest Jezioro
Żywieckie, daleko po lewej szczyt Skrzycznego i cała masa innych, przepięknie
uformowanych, a nieznanych mi niestety z nazwy gór, przed którymi czuję się jak
wtedy, gdy jako dziecko leżałem plackiem przed lodówką, w której mama schowała
cudem kupione gdzieś na kartki (!!!) Delicje dla kuzynki. No zjadłbym to
wszystko i już! Nawet za cenę lania!
Skręcam z żółtego na zielony
szlak i idę pod górkę w lewo (w prawo doszedłbym i pewnie kiedyś spróbuję na
Baranią Górę).
I teraz mała, kolejna zresztą dzisiaj
dygresja filmowa. Tytuł głośnego filmu Larsa von Triera?
Nie napiszę go tutaj, ale
skojarzył mi się z obrazkiem, który zobaczyłem stojąc na rozstaju szlaków. Motocykliści
crossowi jadący na pełnym gazie.
-Jest nas dwóch i tam idzie
jeszcze dwóch… Panowie! Chodźcie ich zrzucimy w przepaść! – pokrzykuje do mnie
mocno zirytowany mężczyzna w średnim wieku schodzący z Zielonego Kopca. Jego
małżonka z tyłu także głośno potwierdza gotowość do akcji. A ja w zupełności
rozumiem tą złość.
Góry nie są ani moje, ani Twoje,
kimkolwiek jesteś. Mnie nie odpowiadają domy budowane na szczytach albo tuż pod
nimi, kogoś innego rażą kapliczki albo przygnębia wycinka drzew. Ale cokolwiek
by o tym sądzić, powodowane jest taką czy inną troską o naturalność
właśnie.
Co jest naturalnego w motocyklu,
spalinach i hałasie? Przecież od tego się tu ucieka(ło?). Biedne małe internetowe
rozumki co niektórych „sportowców” nie są jak widać w stanie tego pojąć…
Kamienistą, stromą ścieżką
podchodzę na szczyt Zielonego Kopca, a potem skręcając lekko
w prawo schodzę z niego szlakiem, którego nie powstydzono by się zapewne nawet
w najwyższych partiach Tatr. Z dołu co rusz maszerują nowe grupy i grupki
turystów. I jakże trudno czasem wydusić z siebie to nieśmiertelne „dzień dobry”,
gdy ciśnienie i oddech wariują!
-Dzień dobry.
-Nbry, nbry…
Ależ ja się nie śmieję, skądże.
Parę minut wcześniej i już niedługo później i ja tak będę dyszał. Taka to już
specyfika gór. Mówi się trudno i kocha się je mimo wszystko nadal.
Dalszy ciąg trasy widać z daleka,
ale szczerze pisząc łudzę się do ostatniej chwili, że to nie ta, bo na
Spidermana nie mam zadatków. Ale nieodwołalnie chyba czeka mnie „pionowa”
wspinaczka z coraz lżejszą butelką wody u pasa…
W połowie podejścia trafiam na
rozgałęzienie szlaków. Wybieram ten w kierunku Białego Krzyża i nim ruszam jak
to piszą w mądrych książkach trawersując
stoki Malinowskiej Skały, której tym samym nie mogę wpisać do trasy jako
zaliczonej…
Omijając szczyt z jego plus minus
jednej czwartej staję przed kolejnym rozwidleniem na Przełęczy Malinowskiej i
tutaj budzi się we mnie bunt. Do odjazdu autobusu mam 35
minut (jest 14:10), a przejście trwa godzinę. Małe są szanse bym mógł zbić je o
tyle, a sądząc po bólu w kolanach raczej to ja będę jak zbity, gdy już tam doj…
dopełznę. I może nie jest to najmądrzejsza decyzja w moim życiu, ale jak
świadczy moje CV nie podjąłem takowych zbyt wielu, tak że pewnie nikt nie zauważy. Kichać
Przełęcz! Zdobywam szczyt! I mało tego, idę dalej, na Skrzyczne!
Piętnaście minut szlakiem
czerwonym w górę po bardzo nieciekawej nawierzchniowo ścieżce i oto jestem! Malinowska
Skała. Góra z tych w Beskidzie Śląskim bardziej popularnych i znanych. Głównie
zresztą za sprawą „tytułowej” skały, która mnie akurat skojarzyła się z
przyczyn chyba zrozumiałych z… ogromnym tapczanem. Ale ogólnie nie żebym
szydził czy coś, ładnie tam jest, naprawdę. Warto zobaczyć. Sama skała
oczywiście bezustannie oblężona i w związku z tym trudna (przynajmniej w TAKĄ
pogodę i przy weekendzie na dodatek) do sfotografowania saute.
Schodząc ze szczytu spotykam się
z sytuacją, której w górach za nic bym sie nie spodziewał. Oto muszę odczekać z boku
przepuszczając wchodzących żeby potem samemu móc „zmieścić się” na ścieżce w
dół. A ścieżka wcale nie jest jakoś dramatycznie wąska, tyle że oblężona jak
kasa w Biedronce. Na tym etapie marszu jednak nawet bądź co bądź rzadko
spotykany w tak ekstremalnej formie w górach tłok mi już nie przeszkadza. Ja
tam swoje oddeptałem i wracam do domu. Teraz na was kolej(-ka), bohaterowie!
O ile Malinowska Skała porośnięta
jest lasem (sam szczyt do złudzenia przypomina Równicę) to idąc w kierunku
Małego Skrzycznego drzew właściwie się nie spotyka, no trochę może jest
później, przed samym wierzchołkiem, ale najpierw mamy absolutny „czyściec”. Jak
już kiedyś pisałem kojarzą mi się takie widoczki z sprawami właśnie
ostatecznymi. Ogromne łyse pola z kikutami drzew, po obu stronach dalekie góry,
a przed sobą szlak, na którym aż po horyzont widać ludzi idących grupami, w
parach lub samotnie. Tam gdzie oni są teraz ja będę za minut pięć albo
pięćdziesiąt. A inni za mną tu gdzie jestem dotrą za godzinę…
Dziwne.
I nie ma świata, jest tylko ta
droga i na niej nasze zagubione dusze…
Zastanawiam się przez całą drogę
czy to dobrze, że widać stąd cały czas wieżę na Skrzycznem. Z jednej strony to miara
odległości, ale z drugiej jakież wyzwanie! Jeszcze taki kawał!
Na pniach ściętych drzew siedzą
ci, którym nogi odmówiły już posłuszeństwa albo też którzy postanowili na tym
pustkowiu się posilić. Na chwilkę zatrzymuję się i ja. Dopijam mineralną, dogryzam
kolejną porcję czekolady i widząc zbliżające się ku zachodowi słońce zmuszam
jednak do dalszego marszu. Gdzie tam kolejka, a przecież jeszcze i do Bielska i
do Katowic także jakoś muszę się dowlec!
Na Małe Skrzyczne podchodzę
laskiem i stwierdzam ze zdziwieniem, że po minięciu szczytu szlak jakby
opustoszał. Nie uwierzę, że nagle wszyscy zarządzili przerwę, więc jedynym
logicznym rozwiązaniem jest istnienie jakichś nieoznakowanych zejść,
których nie zauważyłem. W ogóle jednak tradycyjnie na końcu trasy zauważam już dużo
mniej. I plecak jakiś cięższy…
Prawie równa ścieżka prowadzi mnie
przez pola i zarośla aż do ostatniego, bardzo krótkiego aczkolwiek wydającego
się ogromnym zalesionego wzniesienia. To już meta. W pewnym wieku szybkie finisze są
już znacznie trudniejsze ;) A więc dziesięć metrów i przerwa. I kolejne dziesięć. Łyk wody. Dalej.
Jeszcze odrobinę. Mijam wieżę telewizyjną i wreszcie o 15:44 staję pod wytęsknioną
tabliczką. Skrzyczne, najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Jestem tu! Jestem!!!
Gdyby było lato zapewne zmusiłbym
się jeszcze do marszu w dół, aż do Szczyrku, ale dziś sobie odpuszczam.
Słaniając się z lekka dochodzę do stacji kolejki i kupuję bilet na zjazd.
Siadam na krzesełku z taką rozkoszą jakbym już prawie na nim dojechać miał do
Ligoty, ale przecież ostatni raz siedziałem na czterech literach w pociągu o
dziewiątej rano!
Jeszcze kilka zdjęć ze zjazdu. Tak
tylko pro forma, telefonem, bo aparat już schowany. Senny umysł notuje gdzieś
jeszcze grubą panią z czerwonym plecakiem usiłującą nie zjechać w dół po ścieżce, potem
stado uroczych szaro czarnych kóz, pędzącego na oślep rowerzystę i wreszcie chmury układające się w jakby wir
nad górami.
W kilkanaście minut później
słońce zachodzi i nagle robi się zimno. To już jesień.
Nie lubię pożegnań.
Bardzo nie lubię.
============================
Pełna galeria zdjęć TUTAJ!
poniedziałek, 1 października 2012
Wrzesień plecień
A więc jesień. Niedzielny
wrześniowy poranek. Po mokrym asfalcie niesie się pełen testosteronu stukot
moich wojskowych butów. Mrok, chłód, niebezpiecznie kojarzący się z deszczem
wiaterek.
Lubię takie dni, lubię ten moment
przechodzenia z jednego świata w drugi. Trochę bal maskowy, trochę Alicja w
Krainie Czarów. Dziś przecież nie ma mnie TUTAJ. Dziś mogę
być wszędzie, gdzie tylko zechcę.
Świat zatrzymał się jak skuty
mrozem, a tunelem czasu wewnątrz uśpionego miasta mknie autobus z jednym tylko pasażerem
na pokładzie. Ze mną.
Wreszcie ktoś wsiada. Młody
chłopak z plecakiem. Zerka na mnie i zajmuje miejsce na drugim końcu wozu. Po
chwili wyjmuje z kieszeni złożoną na cztery kartkę. Uśmiecham się w myślach. Też
mam taką. W moim „filmie” to prawie jak przydział mobilizacyjny.
Rozkład jazdy pociągu Katowice –
Wisła Głębce.
No to jedziemy!
23 września 2012
Trasa: Ustroń Polana – Przełęcz Beskidek – Orłowa – Trzy Kopce –
Smerekowiec - Przełęcz Salmopolska
Odległość (wg szlaki.net.pl): 14,7 km
Mój czas przejścia: 4 godziny
50 minut
Jeżdżąc latem pociągiem wyruszającym
z Katowic do Bielska przed piątą już czekając na niego mogłem ogrzewać się
promieniami wstającego słońca, a dzisiaj, mimo że dochodzi siódma, wciąż
jeszcze jest szaro i chłodno. Trudno uwierzyć, że aż trzy internetowe serwisy
pogodowe zagwarantowały mi na tą wycieczkę niczym niezmąconą słoneczną aurę…
Znajduję wolny fotel, siadam i wyjmuję
z plecaka jeszcze ciepłą, dopiero co kupioną drożdżówkę… Peron za szybą jest
już rzeczywistością bardzo mi daleką. Jak wszystko i wszyscy tutaj.
Pociąg rusza, przyspiesza, odlatuje...
Sto szesnaście kilometrów na
godzinę. Klimatyzacja. Zapach kawy z automatu. Ciepło.
Kosmos.
Mikrokosmos.
Pszszszsz… Tu du, tu du, tu du…
Wysiadam na dworcu w Ustroniu
Polanie już jakby młodszy, lżejszy, weselszy. Nad górami świeci słońce, na
peronach i chodnikach nie ma żywego ducha, a ja, który zwlekając się z łóżka o
piątej zastanawiałem się, po jakiego grzyba mi cała ta jazda, oddycham teraz
zimnym powietrzem z ulgą i niecierpliwością jednocześnie.
Jak gdyby w ślad za pociągiem
ruszam chodnikiem mając po prawej tory, a po lewej staw pełen kaczek. Krótki
odcinek prosto, potem lekko w lewo i przy budce trafo w lewo już bardzo mocno,
przez most na Wiśle. Kilka samochodów, starszy pan z psem i znów tylko stukot
moich butów na asfalcie. Jak tętno.
Za mostem skręcam w prawo i idę
kilkaset metrów do przedszkola, za którym szlak zielony prowadzi mnie w lewo, wprost na łąki za ostatnimi zabudowaniami. To teraz dopiero mogę
powiedzieć, że dojechałem.
Dwie niespodzianki czekają na
mnie zaraz na początku. Masa opadłych smutnych jesiennych liści na ścieżce i
zupełnie świeże ślady dzików tuż przy niej. Nie powiem żeby mnie jedno i drugie
cieszyło, ale staram się o tym nie myśleć. Słońce zaczyna wreszcie przygrzewać
i tym samym „upoważnia mnie” do zdjęcia bluzy, przypięcia do pasa aparatu i
podwinięcia nogawek, czyli zastosowania mojego typowego „kamuflażu letniego” z
poprzednich wycieczek.
Tą samą drogą schodziłem nie tak
dawno idąc ze Skoczowa przez Równicę właśnie do Ustronia, ale jednak z każdym
krokiem utwierdzam się w przekonaniu, że trasa pokonywana w odwrotnym kierunku
jest trasą zupełnie nową. Można z grubsza
wiedzieć gdzie co jest, ale nie sposób wyczuć i przewidzieć pewnych smaczków
czy to widokowych, czy też, że pozwolę tu sobie na taki neologizm,
zmęczeniowych. Wszystko jest inne.
Leśną ścieżką dochodzę do
Przełęczy Beskidek, na całe szczęście pełnej jeszcze świeżej, zupełnie letniej
zieleni i wspaniałych widoków. Kilkaset metrów niżej, na stoku pasie się krowa hałasując
przy tym z wyraźną satysfakcją uwieszonym jej na szyi dzwonkiem. Ot, taki sobie
krowi walkman albo mp3 jeśli ktoś woli.
Lekko w dół, a potem już ostrzej
pod górę. Po kolejnych kilkunastu minutach dochodzę do miejsca w którym kończy
się „powtórzeniowa” część mojej trasy. To właśnie zetknięcie szlaku
niebieskiego z Równicy na Orłową z moim, zielonym. Od tej chwili (a od wymarszu
minęła plus minus godzina) wszystko już będzie nowe.
Skręcam w prawo i bardzo stromym,
choć na szczęście nie kamienistym podejściem wchodzę na szczyt Orłowej. No przynajmniej
WYDAJE MI SIĘ, że wchodzę. Na górze jest kilka domów, słupek z oznaczeniami
szlaków i ciekawe widoki, ale jakoś nie ma informacji, że to już i zupełnie
słusznie zresztą, bo do szczytu, choć o dziwo absolutnie po równym, jeszcze
spory kawałek. A na razie sam staję się szczytem dla pewnego dzikiego
stworzenia, które wykorzystując moje zamyślenie nad kolejnym zdjęciem
bezwstydnie pakuje mi się na kolana i zaczyna mruczeć.
Otóż! Otóż, szanowne turysty, na
Orłowej mieszka mały kocio, zresztą notowany, bo uwieczniony na fotografii
na przykład na stronie szlaki.net.pl i dlatego pewnie w jakimś sensie znany mi z
widzenia już od dawna.
Tenże stwór, zapewne wyobrażający sobie w swoim futrzatym rozumku, że jest zawodnikiem sumo, pcha się brutalnie, domaga głaskania, drapania, pociągania za ogon, oraz, gdyby to nie stanowiło jakiegoś problemu, także czegoś do jedzenia. Dziesięć minut na tą znajomość można doliczyć bez mrugnięcia okiem. Za to uśmiech gwarantowany na resztę dnia.
Po długim pożegnaniu ruszam
w dalszą drogę i po kilku minutach marszu przez las docieram wreszcie
do "oficjalnego" szczytu Orłowej, z którego oprócz wybranego przeze mnie teraz
szlaku niebieskiego na Trzy Kopce (Wiślańskie, nie mylić jak ja, z tymi za
Klimczokiem) skręcić też można w lewo trasą zieloną do Brennej.
Planuję większość swoich wycieczek
posiłkując się wspominaną tu już stroną szlaki.net.pl, ale o ile w samym planowaniu
jest ona pomocna a i czasy przejścia w większości odpowiadają faktycznym, o
tyle podawane tam wykresy wysokości można sobie włożyć…
Powiedzmy, że między bajki. ;)
O co chodzi? Już mówię. Trzy Kopce są o trzy metry NIŻSZE
od Orłowej, co według ww. serwisu oznacza, że droga między nimi jest
praktycznie idealnie równa.
Nie jest.
Nie jest, ponieważ system
pokazuje tylko różnicę samych wierzchołków, ale nie podaje wysokości z trasy
między nimi, która to trasa praktycznie zaraz za szczytem Orłowej idzie bardzo
ostro w dół. Logiczne zatem, że każdy „oddany” metr trzeba będzie potem „odrobić”,
czyli… do Zakrzoska z górki albo po równym, a dalej pod górę, na szczęście nie
jakoś ekstremalnie stromo.
Na Orłowej więc skręcam w prawo i
najpierw rzadkim, potem coraz gęściejszym lasem schodzę kamienistą i
trudną wedle moich miar ścieżką. Na samym szczycie można zobaczyć i
sfotografować np. panoramę Brennej albo widoczny już stąd szczyt Skrzycznego i
warto te fotografie zrobić, bo później przez spory odcinek dookoła mamy tylko
drzewa.
Schodząc na równinę docieram
najpierw do pastwisk i łąk ze (znów) przepięknymi widokami w tym zwłaszcza na dopiero co zostawioną w tyle Orłową, a potem przez krótki leśny odcinek
do Zakrzoska, mijając nieczynny i nieco jakby zdziczały bar „Złoty Bażant”.
Tuż przed nim po lewej stronie napotykam
jeszcze wybudowaną prawie na samej ścieżce pseudo góralską chałupkę z
powybijanymi oknami i bałaganem wokół. Po raz kolejny zmuszony jestem
zastanowić się, kto i dlaczego zezwala na takie szpecenie polskich gór. Powinno
mu się TUTAJ zrobić biuro i codziennie kazać zap…. (chodzić) pieszo do i z pracy. Tak na otrzeźwienie.
Bar zaś o którym wspomniałem jest już
dużo milszy, choć równie nie na miejscu. Drewniana wiata ze stołami i ławami
wewnątrz, balustrada i ciekawe widoki przekonują mnie do zjedzenia tu
śniadania. Robię zatem pierwszą poważną przerwę, dożywiam się, zmieniam aparat
fotograficzny, przepuszczam „goniącego” mnie od Beskidka starszego pana z
kijkami i po około dziesięciu minutach spokojnie ruszam dalej. Lekko w dół, a
potem już tylko pod górę. Po asfalcie. Skąd tu asfalt? Ano stąd, że kończy się
tu droga prowadząca gdzieś z dołu. Kończą także z tego samego kierunku biegnące
rzadko, bo rzadko, ale jednak zabudowania.
Szlak lekko skręca w lewo i przez
las (z tabliczkami w stylu „sprzedam działkę budowlaną”) doprowadza mnie
najpierw na Trzy Kopce, a potem (po prawej możliwość zejścia trasą żółtą do
Wisły) pod ów dom, który okazuje się rozbudową schowanego za nim „przytuliska”
Telesforówka. Ale moją opinię o tym miejscu oraz jego wpływie na naturalność
okolicy wyraziłem już w poście „Trzy Kopce i co dalej”, więc tutaj tematu nie będę
rozszerzał.
Od szczytu Trzech Kopców kieruję się w lewo szlakiem
żółtym (wspaniałe widoki po obu stronach!), który mijając
Telesforówkę prowadzi najpierw przez łąki, a potem dosyć gęsty las do kolejnego
rozgałęzienia i odnogi trasy zielonej do Wisły Uzdrowiska. Ja jednak idę dalej
wychodząc na zbocze (o ile mnie geografia nie myli) Smerekowca gdzie z prawej
dołącza się szlak zielony (inny niż ten wcześniejszy) z Wisły przez Kubalonkę.
Ogromne połacie lasów, doliny i
góry ciągnące się aż po horyzont, czyli po prostu to, co w Beskidach najsmakowitsze towarzyszyć mi od teraz będzie praktycznie aż do końca wycieczki.
Droga skręca znów w lewo i grzbietem schodzi najpierw łagodnie, potem ostrzej w
dół. W stosunku do Trzech Kopców i Zakrzoska robię teraz „podkowę”, co daje
bardzo ciekawe efekty wizualne, godne z pewnością uwiecznienia w wielu
ujęciach. Po kilkunastu minutach trasa łagodnieje i staje się prawie parkową ścieżką.
Słońce przygrzewa, ale nie męczy,
lekki wiaterek odpowiednio skutecznie chłodzi, a ja, jak w trakcie każdej chyba
wędrówki uświadamiam sobie, że oto tutaj i tylko tutaj jest najpiękniej i „najważniej”
i pozwalam się temu uczuciu pochłonąć. Zwalniam kroku, proszę wręcz w
myślach, by za kolejnymi zaroślami czy zakrętem nie było jeszcze żadnej cywilizacji
i oddycham z ulgą widząc tam dalsze tylko łąki i lasy.
Trwaj, chwilo! – jak mawiał klasyk.
Po kilkunastu minutach schodzę na
dno czegoś, co sam dla siebie nazwałem kanionem (Kolorado!) i wreszcie staję
przed ostatnim odcinkiem trasy, jakim jest podejście na Przełęcz Salmopolską.
Czas pomiędzy moim przyjazdem do
Ustronia, a odjazdem PKS-u spod Białego Krzyża, to dokładnie sześć godzin,
trasa według fachowców trwa pięć, a że schodzenia i podchodzenia pod rzekomo
równe sobie góry nie brałem pod uwagę, przekonany jestem, że albo zdążę cudem,
albo jak to ja spóźnię się o kilka tylko minut. Więc pruję, idę na tyle szybko,
na ile to możliwe, a za wiele sił już nie mam, i nagle… nagle kilka metrów nad sobą
widzę barierkę szosy.
Jestem u celu?
No niezupełnie, ale z pewnością
bardzo blisko.
Po stromym podejściu i
przekroczeniu drogi jeszcze na kilka minut wchodzę w las i docieram wreszcie do
parkingu vis a vis przystanku PKS na Przełęczy.
Zegarek. Dziesięć minut przed
czasem. Ponad godzinę przed przyjazdem autobusu.
A może by tak teraz na Malinowską
Skałę? ;))
Pełny zapis fotograficzny TUTAJ!
niedziela, 30 września 2012
Trzy Kopce i co dalej?
W jak na razie ostatniej, nieopisanej tu jeszcze wycieczce na szczyt Trzech Kopców Wiślańskich napotkałem na swojej drodze nie tylko doprowadzający mnie do szału w górach asfalt i tabliczki z ofertami sprzedaży działek budowlanych...
ale i coś takiego, co przelało już czar(k)ę goryczy...
ale i coś takiego, co przelało już czar(k)ę goryczy...
...i sprawiło, że zaraz po powrocie do domu napisałem krótki list o treści jak poniżej.
Dodam tu jeszcze dla wyjaśnienia, że budynek przedstawiony na fotografii jest zlokalizowany przy "Telesforówce" - prywatnym mini schronisku na Trzech Kopcach właśnie.
Dzień dobry.
Byłem kilka dni temu w pobliżu Trzech Kopców i Państwa placówki. Chciałbym zapytać czy budowany tuż obok dom ma być jej rozszerzeniem czy też jest prywatnym budynkiem mieszkalnym? To bardzo przygnębiające, gdy uciekając od cywilizacji do natury spotyka się na szczycie góry budowę.
Pozdrawiam
[...] – Katowice*
Właściciele odpowiedzieli mi kilka dni później.
Witamy!
Budynek, który powstaje będzie domem mieszkalnym z niewielką częścią wydzieloną dla turystów, do której zostanie przeniesiona aktualna Telesforówka. Budynek musi być takiej wielkości ponieważ wymogi jakie stawia sanepid (toalety, kuchnia) są dość wysokie a młodsze pokolenie (czyli ja i mąż) nie podjęlibyśmy się przejęcia aktualnego budynku, który stoi od ponad 20 lat i zimą gdy jest w nim -20 stopni nie jest komfortowym miejscem do pomocy ciepłą herbatką lub grzanym piwem turystom którzy do nas docierają.
Poza turystami, którzy przychodzą do nas zimą i nie mają się gdzie ogrzać ani skorzystać z toalety, pragniemy również wyjść naprzeciw turystom, którzy do teraz obawiali się (ze względu na wizualny stan budynku) zakupić u nas pyszne jedzenie domowe lub nawet herbatę (część turystów jest zaskoczona, że posiadamy bieżącą wodę...). Mamy również nadzieję, że dzięki lepszym warunkom chętniej odwiedzą nas turyści z dziećmi.
Również kochamy przyrodę i naturę i chcemy wśród niej żyć przez cały rok i wydaje nam się, że będzie Pan w stanie zrozumieć zmiany jakie na Telesforówce muszą zajść aby nadal mogła funkcjonować (w przeciwnym przypadku zostałaby w najbliższych 2-3 latach zamknięta ponieważ Rodzice chcą już przejść na zasłużoną emeryturę). Nie byłoby wtedy ani ławeczek, ani koszy na śmieci (z których śmieci zwozimy naszymi samochodami na dół), ani herbaty/ kawy / pysznej grochówki / piwa, które sami wywozimy na szczyt.
A nieskalaną cywilizacją przyrodę można nadal znaleźć w Beskidach - wystarczy zboczyć z utartych szlaków i udać się na takie, na których nie ma schronisk i przytulisk takich jak nasze więc wydaje nam się, że i Pan (jeśli mimo wszystko zmiany w naszej Telesforówce do Pana nie przemówią) znajdzie nowe tereny, w które można uciec od cywilizacji.
Właściciele Telesforówki (a dokładniej V pokolenie gospodarzy od 1860 roku).
---
Powie ktoś, że przesadzam, że się czepiam, że jestem przewrażliwiony. Pewnie jestem. Asfaltu i cegły dość mam jednak w Katowicach, w góry jadę dla gór, nie dla "grzanego piwa i herbatki". Więc co? Ma nie być schronisk, domów, jakiegoś dojazdu do nich i po prostu, że zacytuję pana Kononowicza, niczego? To nie tak. Chciałbym tylko, żeby wszystkie te placówki były gdzieś w tle wobec natury, a nie, żeby jak na Równicy na przykład, na której moja noga już nie postanie, to natura była tłem dla biznesu.
Telesforówka, o której tu mowa mi się spodobała. Ta stara Telesforówka. Ma klimat. Ma urok. Nie wiem czy będzie go miał ten budynek, który przedstawiłem na zdjęciach. Już tylko to, że jest na szczycie góry psuje jej "górskość", bo kwestię oceny np. dowozu turystów samochodem z i do dworca kolejowego pozostawiam do samodzielnego przemyślenia każdemu. Wierzę jednak, że dziedzicząc tradycję odziedziczyli też nowi gospodarze i miłość do gór, takich, jakimi były przed laty i jakimi jak sądzę na zawsze powinny pozostać i dlatego też życzę Im w tym wytrwałości.
*- Każdy z listów publikowanych na tym blogu jako moje prywatne "interpelacje" w różnych sprawach w oryginale ZAWSZE podpisuję pełnym imieniem i nazwiskiem korzystając także z oficjalnego adresu email. W korespondencji z urzędami podaję dodatkowo pełny adres zamieszkania.
Etykiety:
człowiek,
interwencje,
punkt widzenia,
smutek,
wędrówki
środa, 12 września 2012
Dziki w Katowicach - odpowiedź Urzędu Miasta
We wtorek czwartego września br. wysłałem do Urzędu Miasta Katowice zapytanie [Kliknij TUTAJ, aby je przeczytać] w sprawie penetrujących niektóre dzielnice dzików oraz działań podejmowanych w związku z tym przez władze. Jako swego rodzaju wzór przekazałem także w załączniku wycinek z dwutygodnika "W Bielsku Białej" opisujący rozwiązania podobnej sytuacji tam zastosowane.
W poniedziałek 10 września otrzymałem list polecony, którego treść po zeskanowaniu przedstawiam poniżej. Już poza tematem na duży plus zaliczyć tu muszę szybkość i poziom merytoryczny samej odpowiedzi. Oto ona.
==============
Katowice, dn. 6.09.2012 r.
W odpowiedzi na Pana pismo ws. działań podejmowanych przez Miasto Katowice w sprawie dzików pojawiających się na terenie zabudowanym informuję:
1. Kwestia odstrzału. Odstrzał prowadzony jest przez koła łowieckie zgodnie z przepisami ustawy - Prawo łowieckie oraz rozporządzeń wykonawczych do niej. Na ich podstawie wykonywanie polowań może odbywać się w odległości nie przekraczającej 100 m od zabudowań mieszkalnych. Tak więc 4 koła łowieckie działające w południowych dzielnicach Katowic wykonują swe polowania w granicach swoich obwodów łowieckich. Od nawiązania współpracy w połowie 2008 r. koła te dokonały odstrzału następujących ilości dzików (w roku gospodarczym) - w 2009 r. - 526, w 2010 r. - 542, w 2011 r. - 464 sztuk.
2. Miasto wspomaga corocznie ww. 4 koła łowieckie środkami finansowymi na zakup kukurydzy paszowej oraz chemicznych środków odstraszających lub przywabiających dziki. Kwota jest dzielona proporcjonalnie do ilości dzików pozyskanych w poprzednim roku gospodarczym przez dane koło łowieckie. Kukurydza paszowa zakupywana przez koła służy do utrzymywania na terenie lasów wokół zamieszkałych obszarów miasta tzw. pasów zaporowych, których rolą jest zatrzymywanie dzików „kierujących się" do miasta. Na tych pasach zabronowywana jest kukurydza, będąca szczególnym przysmakiem dzików, które dla jej zdobycia zatrzymują się i szukają jej właśnie w tych miejscach.
3. Kwestia usypiania. Od połowy 2008 r. w mieście działa grupa interwencyjna, której zadaniem jest uśpienie tych zwierząt i wywiezienie ich do lasów poza granice administracyjne miasta (do Dulowej k/Krakowa). Grupa składa się ze strzelca (będącego strażnikiem leśnym), weterynarza (dozującego środek usypiający) oraz sekcji transportowej i działa po otrzymaniu potwierdzonego przez Straż Miejską sygnału o pojawieniu się „zalegających" dzików na terenie miasta. Grupa nie podejmuje działań, gdy dziki jedynie przechodzą przez jakąś okolicę, gdy prowadzenie akcji ich usuwania mogłoby spowodować większe zagrożenie bezpieczeństwa (np. w pobliżu ruchliwych ciągów komunikacyjnych) oraz w porze wieczorno-nocnej. Miasto Katowice zakupiło odpowiedni sprzęt do usypiania oraz wyłapywania dzików, jak również ponosi koszty prowadzonych akcji. Dzięki tym działaniom udało się znacznie zminimalizować liczbę dzików pojawiających się na terenie miasta: przez 6 miesięcy 2008 r. uśpiono i wywieziono 44 dziki, w 2009 r. - 22, w 2010 r. - 8, w 2011 r. - 6, w 2012 r. - 13 szt.
4. Odpowiedzialność prawna i finansowa. W tym zakresie obowiązują odpowiednie przepisy przywołanej w pkt l ustawy. Art. 46 określa zakres odpowiedzialności administratorów lub zarządców obwodów łowieckich (są nimi w zasadzie koła łowieckie) za straty powodowane przez wymienione gatunki zwierząt w uprawach i płodach rolnych oraz przy wykonywania polowanie. Z kolei art. 50 określa zakres odpowiedzialności za straty powodowane przez zwierzęta łowne z art. 46 na obszarach niewchodzących w skład obwodów łowieckich. Takimi terenami są np. tereny wyłączone z gospodarowania w danych obwodzie, a więc np. tereny zamieszkałe. W takich przypadkach odpowiedzialnym prawnie i finansowo jest Skarb Państwa, w imieniu którego środki wypłaca zarząd województwa. W przypadku Katowic i innych takich -terenów w województwie śląskim - odpowiedzialnym jest Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego, Wydział Terenów Wiejskich.
5. Kwestia działań Straży Miejskiej i Policji. Służby te są ustawowo powołane do działania w sytuacji realnego i bezpośredniego zagrożenia porządku publicznego i bezpieczeństwa. Jednakże w sytuacji, gdy dzik „może stwarzać" zagrożenie - wiele zależy od faktycznej, konkretnej sytuacji oraz często subiektywnego poczucia bezpieczeństwa danej osoby i podejścia konkretnych funkcjonariuszy. Dodać należy, że w zasadzie ani Policja ani Straż Miejska nie posiadają adekwatnych środków do działania przeciwko pojawiającym się dzikom.
Pragnę nadmienić, iż opisane wyżej w pkt 1-3 rozwiązania były praktycznie pierwszymi próbami rozwiązania tego problemu w skali kraju i obecnie są często, w całości lub w części, powielane przez inne miasta, gminy i powiaty borykające się z zagrożeniem powodowanym przez dziki. Jednakże rozwiązania takie mogłyby być w pełni skuteczne, gdyby w parze z nim szły świadomość i dobra wola samych mieszkańców, którzy bardzo często sami „przyciągają" te zwierzęta do miasta pozostawiając otwarte śmietniki, wyrzucając żywność i jej resztki w miejscach, w których są one łatwo dostępne dla dzików, bądź też celowo je dokarmiając.
Mam nadzieję, że przedstawione powyżej informacje będą dla Szanownego Pana satysfakcjonujące.
Z poważaniem
Naczelnik Wydziału Zarządzania Kryzysowego
mgr Mirosław Cygan
=============
Informacje tak, ich wpływ na realną sytuację w mieście już znacznie mniej.
Zacznijmy od początku. Kwestie odstrzału lub usypiania wedle przedstawionego dokumentu wyglądają wręcz świetnie, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że słyszę o nich po raz pierwszy i nie znam też nikogo innego, kto zetknąłby się z nimi w Katowicach. Być może jednak jestem niedoinformowany, dopuszczam przynajmniej w teorii taką możliwość.
Punkt drugi, to znaczy akcja kukurydziana podoba mi się bardzo - jest racjonalny i relatywnie tani. Podobnie rzecz ma się z punktem czwartym, tj. sprawą odszkodowań. Jeżeli rzeczywiście poharata mnie dzik, np. wtedy, gdy będę szedł z autobusu do pracy, to jak rozumiem spodziewać się mogę od władz wojewódzkich finansowego zadośćuczynienia. Bardzo dobrze. Właśnie to chciałem wiedzieć. Niezależnie od tego ważne są też możliwości odszkodowań ze strony kół łowieckich dotyczące terenów pozamiejskich i zniszczenia mienia czy upraw rolnych.
Kwestia z punktu trzeciego teraz. Obawiam się, że dziki w wielu miejscach nie są "wędrowne", a jak najbardziej zastałe, o czym przekonałem się wielokrotnie po prostu przed nimi uciekając. Nie mogę się więc zgodzić, że tacy maruderzy są programowo usuwani, bo gdy przez ileś tygodni czy miesięcy to samo zwierzę czy zwierzęta ryją w tych samych okolicach, to naprawdę można je sobie "zaobrączkować" w pamięci.
Punkt piąty, czyli Policja i Straż Miejska. Zdanie o tym, że nie posiadają one środków do działania przeciwko dzikom nieco mnie rozbawiło. Powiedzmy, że Policja nie jest od tego, ale już Straż Miejska jak najbardziej, a jeśli sama rzekomo nie ma możliwości, to chyba powinna jakoś takie akcje (np. po zgłoszeniach mieszkańców) organizować i koordynować. Osobnym, wykraczającym poza ramy tej interpelacji pytaniem jest CO właściwie może i co robi Straż. Tutaj mały i wcale nie odosobniony przykład KLIK!
Sprawa de facto ludzkiej ignoracji, czyli słynne już dokarmianie. Tak! Tak właśnie jest, tutaj pełna zgoda. Sam byłem np. kilka razy świadkiem działań pewnego pana, który samochodem opisanym jako własność piekarni dostarczał teoretycznie gołębiom (też nie wiem po co) chleb na ogromnych tacach-kuwetach. Tego, że stawiał je pośród zrytego przez dziki trawnika jakoś chyba nie zauważał...
Może brakuje w naszym mieście właśnie akcji ulotkowej podobnej jak w Bielsku? Może powinno się dodać do gazet jakieś wkładki - informatory? Nie wiem, ale w każdym razie trzeba COŚ (z)robić inaczej. Niezależnie bowiem od liczb i słów na papierze, na ulicach i skwerach Katowic jest źle i nic nie wskazuje by szło ku lepszemu.
I niech najmniejszym, bardzo co prawda subiektywnym, ale jednak wymownym potwierdzeniem mojej opinii będzie fakt, że dziś o świcie po raz któryś już w okolicach brynowskiej pętli spotkałem znaną mi od ponad roku świńską rodzinkę w doskonałych humorach ryjącą miejskie trawniki...
I niech najmniejszym, bardzo co prawda subiektywnym, ale jednak wymownym potwierdzeniem mojej opinii będzie fakt, że dziś o świcie po raz któryś już w okolicach brynowskiej pętli spotkałem znaną mi od ponad roku świńską rodzinkę w doskonałych humorach ryjącą miejskie trawniki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.










