Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


czwartek, 9 kwietnia 2015

Quada, to nie wypada!

Przy okazji wspominania jednej z zeszłorocznych wycieczek dotarłem przypadkowo do strony internetowej Cieślarówki - prywatnego pensjonatu prowadzonego przez rodzinę Cieślarów na Głównym Szlaku Beskidzkim pomiędzy Małym Stożkiem a Cieślarem (swoją drogą, trudno o lepszą reklamę) i uwagę moją przykuł fakt ogłaszania tam możliwości wypożyczenia quada...

 
Proszę sobie wyobrazić, że beskidzkie szlaki, które uatrakcyjnia już PTTK prowadząc je drogami, Lasy Państwowe oferując bezpłatne zapoznanie się z ciężkim sprzętem tudzież lepszą widoczność poprzez masowe wycinki drzew, a urzędy miast i gmin wprowadzając cywilizację w formie kolejnych zezwoleń na budowę coraz dalej i coraz wyżej, nawiedzą jeszcze quadowcy. Włos się jeży na głowie. A przecież już niejednokrotnie nawiedzali. Postanowiłem rzecz wyjaśnić. Poniżej treść listu elektronicznego wysłanego na adres Cieślarówki wczoraj, ósmego kwietnia 2015 roku. 
 
---
 
Dzień dobry
 
Czy oferując wypożyczanie sprzętu jak w tytule (zwłaszcza quadów) macie Państwo świadomość, że przyczynia się on do niszczenia szlaków turystycznych, zakłócania spokoju ludzi i zwierząt a przede wszystkim, że jeśli nawet nie wszędzie jest, to powinien być na szlakach zakazany?

Jak będą wyglądać nasze góry, jeśli jedni będą stawiać znaki zakazu, montować monitoring, karać itp. a inni wypożyczać już na szlaku takie właśnie pojazdy?

Chciałbym poznać Państwa opinię na ten temat. Rozumiem, że bogatsza oferta, to większy zysk, ale zniszczone góry, to w efekcie za lat ileś brak jakichkolwiek klientów.
Pozdrawiam

[tu w oryginale moje imię i nazwisko] - Katowice
 
 
---
 
Późnym wieczorem otrzymałem od właścicielki obiektu  - Pani Alicji Cieślar odpowiedź, której treść w oryginalnym brzmieniu przedstawiam poniżej:
 
witam my nie posiadamy własnych quadów są one od znajomej firmy która posiada własny prywatny teren po którym są przygotowane trasy, jazda po szlakach jest zabroniona a nad bezpieczeństwem i przestrzeganiem przepisów w wisle czuwa strasz leśna. był to u nas bardzo duży problem 4-5 lat temu ale teraz bardzo się uspokoił po interwencjach mieszkańców.
pozdrawiam  i zapraszam w góry :)
 
---
 
Cóż, że jazda jest zabroniona, o tym wiemy. Że to niewiele zmienia w praktyce, także. Spotykałem już motocyklistów czy quadowców w takich miejscach w których absolutnie nie można by było mówić o przypadku, np. na Zielonym Kopcu, Stołowie czy Kotarzu. Oczywiście nie Pani Cieślar za to odpowiada, ale jeżeli oferuje wypożyczanie takich pojazdów sama mając pensjonat na szlaku, to moje pytanie akurat do niej nie powinno dziwić. I mam nadzieję, że nie zdziwiło. A że littera scripta manet, postanowiłem ku potomności naszą korespondencję i tutaj przedstawić.

środa, 11 marca 2015

Uroki naTułyzmu

NaTułyzm, czyli wycieczka przez górę Tuł, gdyby ktoś poczuł się zgorszony ;))
 
---
Trasa, o której dzisiaj opowiem, to propozycja szczególna. Z jednej strony długa, obfitująca w zróżnicowane i nietuzinkowe w swojej atrakcyjności widoki, z drugiej nieco już zapomniana, przez wielu lekceważona lub wręcz odradzana, jako nudna. Jaka jest naprawdę? Cóż, jeżeli zagryziemy zęby i zniesiemy jakoś faktycznie dość podły odcinek asfaltowy w środku, reszta przed i za nim wynagrodzi nam to w dwójnasób. Myślę, że warto spróbować.

 
WYCIECZKA DWUDZIESTA TRZECIA
9 października 2014
GOLESZÓW – POLANA STOKŁOSICA


W słoneczny październikowy poranek wysiadamy z Agatą na sympatycznej stacyjce w Goleszowie, by stąd ruszyć najdłuższym chyba z możliwych szlakiem na Wielką Czantorię. Po nieodzownym na starcie każdej wycieczki przekopaniu plecaków (gdzie znowu te baterie?!), przegryzieniu czegoś słodkiego oraz przyjrzeniu się wnętrzu budynku przez wszystkie możliwe okienka tudzież inne otwory meldujemy się pod słupkiem z drogowskazami punktualnie o 7:55


Według opisu z tabliczki trasa zająć powinna nam cztery godziny, ale proszę nie brać tego zbyt serio. Jedynym sposobem zmieszczenia się w takim czasie jest dogadanie się z kimś, kto ewentualnie puści za nami złego psa. Albo może bardziej niedogadanie. Wówczas istotnie możemy mieć nawet trudności z wyhamowaniem na szczycie. We wszystkich innych przypadkach dołóżmy sobie jeszcze zależnie od naszej kondycji, pory roku i typu charakteru (niektóre widoki rozanielają na dłużej) od pół do całej godziny, aby przy spojrzeniu na zegarek u końca marszu nie nabawić się depresji, co w górach stanowiłoby jednak swego rodzaju faux pas 

A teraz, proszę bardzo, odwracamy się tylną częścią ciała do dworca (zupełnie jak PKP zrobiło to względem nas zamykając go na cztery spusty) i ruszamy drogą pośród pól kukurydzianych w stronę miasteczka. Nie od rzeczy będzie tu zauważyć, że niejaki Nikita Chruszczow gdyby żył, co mu się od prawie półwiecza nie zdarzyło, byłby zachwycony. Jego ulubiona roślina porasta tu ogromne pola i przyjemnie mruczy na wietrze, jak gdyby kołysząc się chyliła czoła przed trudem chłopów i robotników.  Albo coś w tym guście. W każdym razie robi wrażenie.

My zaś dla odmiany robiąc pierwszy zakręt, po kilku minutach marszu docieramy do małego, cichego skrzyżowania, na którym odbijamy w prawo z ulicy Dworcowej w Wolności i nią podążając napotykamy znów linię kolejową skręcającą tędy do Ustronia. Jak opowiadałem Państwu poprzednim razem przebieg torów został jeszcze w XIX wieku podporządkowany potrzebom przemysłu czy też może bardziej oszczędnościom związanym z wszystkim tym, co go nie dotyczyło. Stąd i stacja w Goleszowie znajduje się przed czy jak kto woli poza, a nie w samym miasteczku.

Po przejściu rozwidlenia (w prawo ulica Ławki – my w lewo) wkraczamy pomiędzy gęściejsze tu już zabudowania. Agata trzaska z zapamiętaniem zdjęcia dokumentując w szczerym zachwycie to rozpadające się stare chałupy, to znów nietypowe rośliny czy ozdoby ogrodowe, a ja obojętnie z miną starego trapera, co to z niejednej czekolady rodzynki wydłubywał spokojnie przemieszczam się za nią. Plus minus dziesięć razy z jednej na drugą stronę drogi…
-A widziałeś to?!
-Uhmm…

Przed nami znów skrzyżowanie, za którym widać już bardzo ładny i warty odwiedzenia kościół pw. św. Michała Archanioła powstały w 1914 roku. Tutaj szlak skręca w prawo, tuż za siedzibą miejscowej straży pożarnej, w ulicę 1 Maja. Mijamy Urząd Gminy (kolejny interesujący architektonicznie obiekt na trasie!), kilka sklepów, i docieramy do Cieszyńskiej, którą kierujemy się w lewo obok dawnej przychodni zakładowej goleszowskiej cementowni. Najbardziej miejski odcinek naszej wycieczki zbliża się tym samym powoli do końca. Przechodzimy wreszcie, ciągle idąc na wprost, w spokojną Grabową, z niej w Jasną i lekko pod górkę docieramy do jeziora Ton. Kto poczuł się już zmęczony, może w tym miejscu zejść. Nie, nie, bez obaw, zejść ze szlaku i to także tylko chwilowo - schodkami w dół ku pięknemu jezioru ukrytemu w dolince. Mamy tu ławki, ścieżkę spacerową i poczucie obcowania z prawdziwą naturą. Złudne nieco, gdy się zważy, że jezioro jest sztuczne, znajduje się w dawnym wyrobisku, a dodatkowo jego nazwa zapewne przez słowiańską romantyczność autorów map i przewodników często zmieniana na Toń (głębię, topiel) brzmi jednak stanowczo Ton i pochodzi od niemieckiego określenia… gliny, czyli romantyzmu ma w sobie tyle, ile nie przymierzając pikielhauba albo inny panzerfaust. Niemniej jednak, gdy się o tym wszystkim nie myśli widok jest naprawdę czarujący…


Po kilku minutach odpoczynku ruszamy w dalszą drogę ulicą Nad Tonem, czyli patrząc od strony miasteczka z Jasnej w prawo. Piszę o tym tak dokładnie, ponieważ rok temu oznaczenie szlaku na odbojnicy drogi tuż przy schodkach zmyliło mnie nieco i bezskutecznie szukałem dalszego ciągu ścieżki raczej w dole, nad wodą.

Trasa kreśli teraz łuk w lewo i zagłębia się w las, po chwili mijając skocznię narciarską i dojście do tarasu widokowego nad (w dosłownym tego słowa znaczeniu - czyli wysoko) jeziorem. Idziemy odtąd już wznoszącą się ulicą Olimpijską, ale na Grabową niedługo wrócimy, dokładnie na kolejnym rozwidleniu. No właśnie. Grabowa po raz drugi, skręt w prawo i oto zza drzew wyłania się Hubertówka - sympatyczna siedziba miejscowego koła łowieckiego. Proszę jednak nie schodzić tu na szerszą i wyraźniejszą dróżkę w stronę samego budynku, to nie to, szlak nadal wiedzie prosto i prowadzi dalej groblami, po których niegdyś kursowała przemysłowa wąskotorówka.


Tuż za niewielką polaną otacza nas nagle gęsta ciemna zieleń wysokich drzew i absolutna cisza. Wąskie, momentami pozarastane ścieżki, strome skarpy, po lewej nawet w pewnym momencie ponad dwudziestometrowa przepaść kolejnego wyrobiska. Warto doń – ostrożnie – zajrzeć. Jest to rzadka okazja do zobaczenia praktycznie pod swoimi stopami wierzchołków drzew! Przeciętnie obyty turysta znajdując się tutaj (Jasieniowa – 520 m n.p.m.) przekonany jest, że oto zaczęły się góry. Ale niestety, to tylko przygrywka. Po ponad godzinie od Tonu szlak zaczyna się obniżać zwracając w prawo i doprowadza nas obok tajemniczych zrujnowanych domków do drogi pomiędzy Dzięgielowem a Cisownicą. To właśnie największy minus opisywanej trasy. Można tu co prawda idąc asfaltem w prawo odwiedzić XV wieczny dzięgielowski zamek, ale oznacza to dalsze wydłużenie wycieczki i bez tego długodystansowej. Jeżeli jednak ktoś się czuje na siłach – dlaczego nie?

My skręcamy w lewo.


Sama droga jest typowa dla regionu. Wiedzie lasem, miewa naprawdę interesujące widokowo miejsca, ale jednak jest drogą, do tego zadymianą czasem przez olbrzymie ciężarówki transportujące urobek z kamieniołomów. Po wędrówce pełnymi uroku stokami Jasieniowej stanowi to spory dysonans estetyczny, który jednak trzeba znieść życząc PTTK olśnienia i zmiany kiedyś przebiegu tego odcinka. Można także życzyć paru innych, gorszych rzeczy, zależnie od natężenia ruchu i zapylenia okolicy w danym dniu.

Dochodząc do rozwidlenia kierujemy się prawą odnogą w ulicę Turystyczną i tak docieramy do kamieniołomów w Lesznej Górnej. Obiekt to na swój sposób ciekawy, warty może sfotografowania, ale jednak też mocno irytujący swoją obecnością (uwaga na godziny odstrzału!), podobnie zresztą jak „włóczący się” turyści drażniący są zapewne dla kierowców ciężarówek i samej obsługi zakładu. Wszyscy na wszystkich patrzą więc raczej krzywo, ale cóż począć, we didn't start the fire* jakby to zaśpiewał Billy Joel. Na szczęście jednak odcinek stricte przemysłowy nie trwa długo. Idąc na wprost obok głównej bramy skręcamy mostkiem przy budynku dyrekcji w lewo i znów wchodzimy w las. Koniec, kropka. Po wszystkim. Teraz będzie tylko lepiej. Uff…

Niektórzy autorzy sugerują darowanie sobie Jasieniowej i rozpoczęcie marszu od Dzięgielowa, dokąd można dojechać autobusem np. z Cieszyna, ale proszę zwrócić uwagę, że najgorszego odcinka i tak się tym sposobem nie ominie, a za to straci się wspomnianą Jasieniową i jezioro w Goleszowie. Moim zdaniem nie warto robić takiej oszczędności.

Zbliżamy się teraz do dawnego schroniska „Pod Tułem”, które jednak spokojnie możemy wykreślić sobie z planu, jako że od 2006 roku jest już tylko prywatną restauracją i nawet antyreklamuje się („restauracja nie pełni funkcji schroniska!”) stosownymi plakietkami na słupkach szlakowych. Gdy zatem zobaczymy przed sobą ów przybytek nie marnujmy nań czasu, tylko skręćmy od razu w drogę odchodzącą z naszej w prawo, a niedługo potem z niej także w prawo w wąziutką ścieżkę schodzącą stromo ku potokowi Łabańskiemu. Wzdłuż niego teraz skierujemy się w lewo, a potem odbijemy łagodnie pod górę. Oznakowanie szlaku jest tu dość słabe, stąd ten może nieco irytujący bardziej szczegółowy opis z mojej strony, ale na pocieszenie dodam, że ścieżka jest dość wyraźna i raczej trudno ją zgubić.

Powtórzę też w tym miejscu słowa, które Agata usłyszała ode mnie kilka a może i kilkanaście razy. Czekaj jeszcze chwilkę, zaraz zobaczysz, że warto było! Poczekajcie i Państwo a nie pożałujecie! Szlak wspina się teraz starym lasem trawersując zbocza Tułu (621 m n.p.m.) i daje możliwość przyjrzenia się imponującym zwłaszcza jak na tak małą górę stokom po lewej. Grube pnie drzew, mech, zarośla, prawie jak na Baraniej Górze. Na pewno podobnie w każdym razie. I oto wychodzimy na łąkę. Ach, łąka! To nie jakaś tam zwykła łąka. To ogromna, przeogromna połać rozgrzanej słońcem zieleni z dodatkowo jeszcze przepięknymi widokami po prawej. Po lewej zaś wita nas szczyt Tułu, zwanego niegdyś „górą storczyków” z racji wielkich ilości wszelakiego kwiecia i do dziś istniejącego, choć w zmniejszonej formie siedmiohektarowego użytku ekologicznego „Góra Tuł”. To właśnie w jego stronę skręca szlak lekko się jeszcze wznosząc.

I tutaj spotyka nas niespodzianka. Najpierw irytująca. Obok krawędzi lasu napotykamy tablicę informacyjną, wyłamaną, czy też niezamontowaną gdzieś ze zdjęciem… owiec na hali i informacją jak to tam kiedyś w górach bywało. Parskamy śmiechem i zgodnie stwierdzamy, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo na turystę czekać będą QR kody i prezentacje audiowizualne zamiast prawdziwych widoków i wtedy…
Wtedy szczęki nam opadają…
Na przeciwległym krańcu łąki pojawiają się szare punkciki. Jest ich coraz więcej i więcej i nieustannie zbliżają się w naszą stronę. Wygląda to plus minus tak, jakbyśmy piętnastego lipca roku wiadomego trafili przez pomyłkę na pola Grunwaldu…
Owce! Morze owiec. Owce morza (po włoskiemu: futro di mare, ha ha ha).



Stoimy jak urzeczeni wpatrując się przez dłuższą chwilę w tą puchatą masę nacierającą w naszym kierunku. Coraz rzadszy to już przecież a nieodmiennie rozbrajający widok. Byle tylko nie zacząć ich liczyć, bo nici z wycieczki, a od spania na trawie można się nabawić reumatyzmu!

Definitywnie już „zdezynfekowani emocjonalnie” po przykrych wspomnieniach z Lesznej Górnej wkraczamy z uśmiechem na polną drogę dochodzącą tu z lewej i nią podziwiając panoramę wolno dochodzimy do samotnego gospodarstwa. Przed nim zaś napotykamy kolejne stadko, tym razem identycznych kropka w kropkę czarnobiałych kotków. Jest ich bodajże sześć, jeśli nie więcej i właśnie w towarzystwie swojej mamy wyległy na słoneczko nic sobie nie robiąc z oszczekującego cały świat psa tuż za stodołą. Widoki sielsko anielskie po prostu.

Jak wspominałem szlak czarny aż do Małej Czantorii jest raczej rzadko uczęszczany, a szkoda, bo plenery tu są jednak mocno odmienne od typowych w Beskidzie Śląskim. Malutkie zupełnie góry wydają się bardziej puchate, mają też łagodniejsze kształty. Do tego rozciągają się między nimi wspaniałe czyściutkie łąki wyglądające prawie jak dywany. A jeśli dodać okoliczne krowy, owce, konie, koty i psy otrzymamy bajkową przestrzeń, której opisać nie sposób, a zobaczyć warto.



Postanawiamy zauroczeni tym wszystkim przysiąść sobie teraz na polance otoczonej szumiącym lasem na zboczach Tułu i zjeść śniadanie. Na zegarkach już jedenasta, a zatem minęły trzy godziny z czterech, jakie nam ktoś dowcipny wyliczył na dojście. Powinniśmy być teraz na Małej Czantorii, bo stamtąd właśnie jest do Wielkiej godzina drogi, ale jesteśmy tu i tak jest dobrze. A kanapki jakie pyszne!

Rozglądamy się wokół i nagle dociera do mnie, że nie powiedziałem Agacie, że cel i to dopiero pośredni naszego marszu to akurat toto na wprost – największe co widać…
-Yyy… A ty wiesz, gdzie teraz idziemy?
-Nie.
-No ale mapa, no… w ogóle. Wiesz, która to Czantoria, prawda?
-Nie wiem. Tamta?
-Nie da się ukryć…
-O Dżizas…


Pamiętam swoje zeszłoroczne pierwsze wrażenie z identycznej jak powyższa konstatacji. „Jeżeli to jest MAŁA, to jak wygląda WIELKA???”
Spokojnie, wielka jest większa, ale przecież podchodzimy na nią jakby z ósmego piętra iść na dziesiąte, czyli nie ma co panikować. Natomiast co do Małej…
Ale nie uprzedzajmy faktów.

Około jedenastej trzydzieści najedzeni i wypoczęci ruszamy dalej. Polna droga schodzi teraz lekko i zmienia się w asfaltową, którą ogromnym łukiem w lewo łagodnie kierujemy się ku Czantorii. Cały czas towarzyszą nam rozległe pastwiska, letnie zupełnie kolory i temperatura. Jak na razie jest spacerowo. Po prostu spacerowo.


Wreszcie napotykamy pierwszy od centrum Goleszowa słupek z drogowskazami. Skręcamy przy nim w prawo znów wchodząc w las. Szlakiem żółtym można stąd dojść w kwadrans do przejścia granicznego w Nydku, my jednak trzymając się koloru czarnego rozpoczynamy właśnie mozolne podejście na Małą Czantorię, czyli, uprzedzam uczciwie, najtrudniejszy i najbardziej tym samym męczący odcinek. Zaczyna się on płasko przez chwilę wiodąc typowym lasem, ale po kilku minutach wchodzimy jakby w inną rzeczywistość. Znikają wysokie trawy i krzaki, a drzewa stają się proste niczym świece i sięgające prawie nieba. Dziwne to uczucie, gdy się tak idzie lasem przez który widać wszystko na przestrzał a jednocześnie baaardzo wysoko ponad głową ma dach z gałęzi i liści.

Ścieżka skręca tu nagle w lewo i… znika. Strome i kamieniste podejście jest jakby wizualnie rozmyte. Idziemy po prostu do góry którędy kto chce byle mając w zasięgu wzroku znaki. Jest ciężko. Na tyle ciężko, że Agata mimo swoich uprzedzeń co do takich specyfików podpija mój napój niby to energetyzujący w pełnym przekonaniu, że… doda jej skrzydeł. Efekty są jednak, powiedzmy to sobie szczerze, raczej skromne. Na szczęście jednak ktoś dobry i mądry wpadł na pomysł zainstalowania dokładnie w połowie podejścia ławek, na których… nie, nie siadamy, NA KTÓRE PADAMY i udajemy, że tak właśnie mieliśmy w planie. Po kilkunastu minutach z umiarkowanym entuzjazmem zbieramy się w dalszą drogę. Szlak znów zwęża się do typowej ścieżki i serpentyną doprowadza nas najpierw do zetknięcia z kolorem żółtym z Ustronia a chwilę później do szczytu. Hurra!!!

Na ostatnich metrach nastrój niespodziewanie poprawia nam pan maszerujący żwawo w dół z miną pożeracza szlaków, który jednak po minięciu nas o kilkanaście metrów szybko zawraca i zażenowany nieco stwierdza: Musiałem gdzieś coś przegapić, to nie tutaj…

I niech to będzie argument dla wszystkich niepewnych swoich sił, ekwipunku czy orientacji. Mylą się, męczą i wkurzają nawet najlepsi. Nie ma się co przejmować jeśli coś nam nie wyjdzie jak tego chcieliśmy.

Ha ha! A propos nie wyjścia. Na zegarku trzynasta. Według planu od godziny powinniśmy być u celu, od którego dzieli nas… godzina właśnie. No dobrze, były dwie dłuższe i chyba trzy krótsze przerwy, ale i tak…  
Nieważne!
Jesteśmy na Czantorii! Na razie Małej (886 m n.p.m.), ale od czegoś trzeba zacząć. Triumfalne zdjęcia pod drogowskazem i pytanie Agaty, które jest dla mnie najlepszym dowodem, że góry „działają”.
-To kiedy masz następne wolne?
Oboje parskamy w tym momencie śmiechem.
-Może najpierw tą wycieczkę skończymy, co?

Ano właśnie. Najgorsze jako się rzekło za nami. Mała Czantoria zaś, choć piękna z dali, na szczycie nie oferuje jakichś oszałamiających panoram, gdyż jak to kiedyś napisałem ma on kształt „odwrotnego irokeza”, czyli jest jakby śladem po kolejce linowej, której tu rzecz jasna nie ma i nie było. Krócej mówiąc szersze widoki zasłania nam las.  Jeżeli jednak staniemy tyłem do ścieżki z której przyszliśmy zobaczymy po lewej coś tam plus minus na Goleszów a po prawej… no, tu dużo ciekawiej. Po prawej szczyt Wielkiej Czantorii i (na razie) fragment rozległego siodła między obiema górami. I tam też właśnie należy się udać.


Dróżka łagodnie się obniża, a panorama poszerza. Po chwili łatwo już dostrzec nie tylko wieżę widokową na szczycie, ale i maszt telekomunikacyjny na Stokłosicy a w dali po lewej nawet… Skrzyczne. Kto dysponuje dobrym aparatem może tu spróbować „złapać” na jednym zdjęciu zarówno Czantorię jak i Skrzyczne właśnie. Zresztą nie tylko, bo za chwilę zza lasu zobaczymy Lipowski Groń i Równicę, potem wspaniały widok na Ustroń i w ogóle większą część Beskidu Śląskiego. A z prawej Czechy i pierwsze słupki pasa granicznego. Warto było! To stanowczo jedno z najpiękniejszych miejsc całej wycieczki.


Spacerowym krokiem dochodzimy do ławek ustawionych tuż przy nowym wyciągu krzesełkowym Poniwiec. Pierwotny plan zakładał, że jeśli będziemy zmęczeni, tutaj właśnie zakończymy nasz wypad zjeżdżając do Ustronia. Niestety, jak się okazuje kogoś poniosła fantazja, albo mnie zakładającego, że skoro jest wyciąg, to można nim jeździć, albo właściciela, że go wybudował. Wyobraźcie sobie Państwo, że te masy betonu i stali, które oszpeciły całe siodło, wpakowano tu po to, aby wyciąg uruchamiać wyłącznie w weekendy…

Trudno to skomentować bez używania słów powszechnie uznanych za obelżywe, tym bardziej, gdy po chwili widzimy jak to jakiś miejscowy „szef” dojeżdża do zabudowań stacji samochodem, aby coś tam ważnego ze swoimi pracownikami pomierzyć. Że mógł wjechać „swoją” kolejką, że mógł nie zniszczyć szlaku, nie dawać złego przykładu, zastanowić się, to wszyscy wiemy. Nikt jednak nie wie, co przy takich jak on ludziach zostanie z naszych gór za lat dziesięć czy dwadzieścia…


Wstajemy i zdegustowani wolniutko kierujemy się do ostatniego już dziś, wyglądającego z daleka poważnie, ale na szczęście wcale takim niebędącego podejścia. W kilka chwil jesteśmy znów w lesie, którym łagodnie skręcamy w lewo i po niecałych dwudziestu minutach dochodzimy do (ha ha ha, wyjdę na malkontenta) pseudogóralskiego bufetu made in Polska „B”, który jest znakiem, że do Czantorii już niewiele ponad kwadrans. Tu z lewej dołącza do nas szlak niebieski z Ustronia, a po prawej wita czeskie schronisko, które, co napisać trzeba dla ogólnej sprawiedliwości również piękne nie jest, zwłaszcza od zaplecza. Ale dość narzekania. Od frontu i wewnątrz jest OK. Można wchodzić (do lat 90 XX wieku było to karane, jako nielegalne przekroczenie granicy, tu rozumiane dosłownie, bo budynek jest O KROK od szlaku!), można płacić złotówkami, można zamawiać po polsku. Tyle, że nie można ani usiąść ze swoim jedzeniem ani przenocować, niezależnie zresztą od narodowości, bo obiekt takich usług nie przewiduje…


No dobrze. A co z nami? Oto prosta i płaska ścieżka. Z niej na poprawę nastroju bardzo interesujące widoczki na czeską stronę i zupełnie nic poza ścianą lasu po polskiej. Z lekka jesienne szarości, ledwie wyczuwalny wietrzyk i ciepło październikowego popołudnia. Bardzo przyjemnie.

Idziemy sobie zatem powolutku, wręcz noga za nogą, mijając nielicznych turystów i wreszcie około 14:35 dowlekamy się do szczytu. Niewiarygodne, prawda? Ponad dwie godziny po czasie! Ale jeśli odliczyć przerwy chyba nie jest aż tak dramatycznie.

Przed nami po prawej słynna czeska wieża widokowa i mini bar, a na wprost polskie stoiska z pamiątkami i także jakiś skromny bufecik. Pomiędzy tym wszystkim skręcający przez środek polany pas granicznych słupków i oczywiście oznaczenie szczytu, pod którym zmęczonej, ale słusznie dumnej z siebie Agacie od razu robię pamiątkową fotkę. Dotarliśmy więc do najwyższego punktu naszej wycieczki, na Wielką Czantorię – dokładnie 995 m n.p.m. Ale przecież to nie koniec! Co dalej?


Podczas swojej pierwszej tu bytności podchodząc z Ustronia Polany schodziłem kolorem czerwonym na przełęcz Beskidek a z niej potem maszerowałem przez Soszów, Cieślar i Stożek aż do Głębiec (wierzyć mi się nie chce, gdy to piszę!), podczas drugiej znowuż dochodząc jak my dzisiaj z Goleszowa skręcałem później z czerwonego szlaku na Beskidku czarnym do Wisły Jawornika i dalej niebieskim do Uzdrowiska. Dziś jednak takie rozwiązania, jako zbyt ekstremalne nie wchodzą oczywiście w grę. I tutaj nie mogę odmówić sobie pewnej poważniejszej dygresji. Proszę pamiętać planując trasę, że zarówno podejścia jak i zejścia szlakiem czerwonym (Mówimy tu o OBYDWU stronach Wlk. Czantorii!) są jak na warunki Beskidu Śląskiego BARDZO trudne i męczące. Opowiadał mi zresztą ktoś zupełnie niedawno jak to próbując zachęcić swoją znajomą do górskich spacerów na pierwszy ogień zaproponował jej właśnie podejście z Ustronia Polany… Skończyło się to obdartym do krwi kolanem, zniszczonym obuwiem, zawróceniem po 1/3 drogi i oczywiście fochem gigantem na kilka dni, ale jak powiedziałem od razu słysząc to – mogło być znacznie gorzej. Sam zresztą podchodziłem tą trasą zlany potem i w towarzystwie dokładnie tak samo ją znoszących zarówno młodszych jak i starszych. Na pewne sprawy po prostu nie ma mocnych. Ale za to bywają ZA SŁABI. Dlatego zawsze mierzmy siły na zamiary.

My z Agatą po szybkim przeanalizowaniu sytuacji uznaliśmy, że zarówno sił jak i zamiarów mamy na dziś równie mało, co poskutkowało decyzją o „ulgowym” zejściu na Polanę Stokłosica, by stamtąd już kolejką, czyli w najwygodniejszy ze wszystkich sposobów, pokonać ostatni etap naszej wędrówki.

Zwracamy się więc w lewo, plus minus na godzinę dziesiątą patrząc od dojścia spod schroniska i niewygodnym, ale na szczęście niezbyt też długim odcinkiem koloru czerwonego (GSB) udajemy w dół. Za nami zostaje szczyt, wygodne ławy i stoły po czeskiej stronie a przede wszystkim przez większą część dnia obiecywany sobie dłuższy popas. Przyjdzie na niego czas w Ustroniu, na razie priorytetem jest załapanie się na kolejkę (Brzmi jak wyznanie nałogowca!) zanim zamkną (O rany! To jeszcze bardziej!).

Poprzez gęsty las zasłaniający całkowicie wszelkie dalsze widoki wolnym krokiem posuwamy się w dół mijając liczne grupki turystów dzielnie wspinających się w przeciwnym kierunku. Jest ich w porównaniu z resztą trasy bardzo dużo. Praktycznie cały czas ma się kogoś w zasięgu wzroku. I przyznam szczerze, że te czerwone ze zmęczenia twarze kolejnych wędrowców, to nieco dziwny dla mnie obrazek, albowiem z 2012 roku zapamiętałem  raczej, a jak z tego wynika – błędnie, że odcinek od kolejki do szczytu jest wręcz przyjemnym spacerkiem, zwłaszcza gdy się z dołu dotarło pieszo. Skoro jednak nas męczy schodzenie i dzikie tańce, jakie chcąc nie chcąc musimy wykonywać na kamieniach i korzeniach, to i nie dziwota, że mijający nas ledwo są czasem w stanie wydukać jakieś powitanie…

O zasadzie pierwszego potu Państwo słyszeli? Z pozoru dziwna, ale działa! Otóż twierdzą niektórzy, że od startu do pierwszego porządnego spocenia (wywołanego wysiłkiem, nie temperaturą) nasza kondycja pozornie gwałtownie spada, by jednak potem na co najmniej kilka godzin znów podnieść się i ustabilizować. A przecież na wuefie w szkole też najpierw była rozgrzewka, a dopiero potem prawdziwe ćwiczenia, prawda? Teraz wiemy, dlaczego.
To też może być odpowiedź na pytanie, jakim cudem zziajany przecież podejściem z Ustronia Polany odcinek od Stokłosicy do szczytu uznałem niegdyś za tak przyjazny.

A czy to zejście naprawdę jest trudne? Męczące? Długie? Czy ja na przykład albo on lub ona damy radę po tylu kilometrach z Goleszowa?
Spokojnie. Czas przejścia to około dwudziestu minut. Trasa początkowo mniej lub bardziej stromo opada, by przy końcu złagodnieć. Sporo jest na niej co prawda kamieni i korzeni, ale idąc wolno (a ten sposób polecam w obu kierunkach i na każdej górze!) nic strasznego się nie dzieje. Nie trzeba w każdym razie jak przy zejściu z Błotnego „hamować” łapiąc się drzew. Zwłaszcza, że od plus minus połowy jest już dużo spokojniej.

Przed nami maszt telekomunikacyjny, zabudowania wyciągu, kilka kiosków z pamiątkami, bufety, czynny także latem tor saneczkowy, liczne stoły i ławy do odpoczynku oraz akcent dość nietypowy, mianowicie… przychodnia dla ptaków. Gdyby przypadkowo ktoś miał ze sobą chorego strusia czy tam innego pterodaktyla. A tak poważniej - warta odwiedzenia, rozsławienia i wsparcia sokolarnia.


Jesteśmy na Stokłosicy (770 do 850 m n.p.m.).

Miejsce to z racji obecności kolejki linowej, ale także niezaprzeczalnych walorów widokowych, bliskości Ustronia oraz przystanków PKS i PKP u podnóża Czantorii należy obok Skrzycznego i Równicy do najbardziej obleganych w Beskidzie Śląskim. Co ciekawe, podobnie jak na wspomnianych przed chwilą szczytach tak i tutaj zagęszczenie turystów na metr kwadratowy spada drastycznie po każdej kolejnej dziesiątce metrów oddalającej nas od "strefy zero". Poza może szlakiem do szczytu, bo to taka oczywista, zawsze zatłoczona mekka „krzesełkowców”.


Ależ skąd, nie ma się co oburzać. Kolejka ma swoje zalety…

Na przykład taką, że właśnie podjeżdża krzesełko i można klapnąć sobie na nim, aby nieco zregenerować siły przyglądając się przy okazji pięknym widokom. To też niżej podpisany z radością był uczynił wespół z towarzyszką swej wędrówki o godzinie 15:12. A słońce jak to piszą w książkach chyliło się ku zachodowi…

Zamiast epilogu

Jeżeli zjeżdżacie Państwo jak my kolejką ze Stokłosicy a macie problemy z lękiem wysokości albo jedziecie z dziećmi, to polecam miejsca od strony słupów. Te zewnętrzne są „wyżej”, to znaczy głębokość pod nimi (odległość od ziemi) jest miejscami większa i mrówek na plecach wtedy też jakby przybywa…

Do zobaczenia na szlaku!

-------
* -  "We didn't start the fire" (ang.) "To nie my roznieciliśmy ogień"
---------

 Kliknij TUTAJ aby obejrzeć pełną galerię zdjęć
w lepszej rozdzielczości


Punkty do wyszukania na mapie: Goleszów, jezioro Ton, Dzięgielów, Tuł, Mała Czantoria, Wielka Czantoria, Ustroń Polana.

Stopień trudności: średni.

Up & Down: Od dworca kolejowego do jeziora Ton trasa początkowo płaska, potem lekko wznosząca, a następnie nieco mocniej opadająca z Jasieniowej, od drogi z Dzięgielowa aż do lasu przed Małą Czantorią bardzo łagodna, wręcz spacerowa. Podejście na Małą Czantorię strome, kamieniste. Pomiędzy Czantoriami szlak łatwy, podejście na Wielką Czantorię umiarkowanie trudne, krótkie, potem od punktu fast food do szczytu zupełnie połogo. Zejście szlakiem czerwonym w kierunku Polany Stokłosica miejscami strome, męczące, kamieniste.

Atrakcje widokowe: Jezioro Ton, wyrobiska na Jasieniowej, okolice Tułu, przełęcz pomiędzy Czantoriami, Wielka Czantoria, Polana Stokłosica, widoki ze zjazdu kolejką linową.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Goleszowie i Ustroniu Polanie, fast-food na Wielkiej Czantorii. Na trasie nie ma polskich schronisk. Dostępne jest czeskie schronisko pod szczytem Wlk. Czantorii.

Komunikacja: Do Goleszowa dojazd koleją, z Ustronia Polany kolej lub busy prywatnych przewoźników.

Opis marszruty: Z Goleszowa na Wlk. Czantorię szlak czarny, z niej do Stokłosicy szlak czerwony (GSB).

Odległość: ok. 16,5 km (wg innych źródeł 16,9 km). Nasz czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 godzin.

Opinia: Trasa dość długa, z dwoma kamienistymi i trudniejszymi fragmentami, czyli podejściem na Małą Czantorię i zejściem z Wielkiej.

Możliwości zmian: 1. Wycieczkę można rozpocząć z okolicy zamku w Dzięgielowie dojeżdżając tam autobusem z Cieszyna 2. Z Małej Czantorii możliwe zejście szlakiem żółtym do Ustronia, 3. Z siodła między Czantoriami także można zjechać do Ustronia wyciągiem Poniwiec, 4. Z Wlk. Czantorii można zejść kolorem czerwonym do Ustronia Polany (szlak trudny!)



--------
  

piątek, 20 lutego 2015

Stare nowe drogi


Końcówkę września 2011 roku pamiętam doskonale. Malowałem wtedy płot przed domem, przyglądałem się zachodzącemu słońcu i nagle zabłysła mi w głowie kiełkująca od tygodni myśl. Jadę w góry! Tak! Po dwudziestu latach przerwy, bez wiedzy i map, bez przygotowania i w dodatku ze zwykłymi roboczymi trzewikami w roli traperów. Nieważne, jadę! 

Uśmiecham się dziś pisząc te słowa, bo tamta pierwsza „nowożytna” wędrówka bardziej była wyprawą w głąb siebie i swoich wspomnień niż typową wycieczką, ale myślę, że właśnie taką była mi wtedy potrzebna. Zaczynałem ją jako wirtualny dzieciak, jako ZNÓW dzieciak, i tym, czym dawno temu były dla mnie opowieści mojego ojca, tym teraz były ich wspomnienia powracające z każdym kilometrem szlaku, z szumem wiatru i zapachem lasu. Potem nakładające się obrazy obudziły we mnie pewnego siebie żółtodzioba, który zajrzał w Beskidy tylko raz wieki temu, prawie przez przypadek, ale który wiedział i nie miał wątpliwości, jak każdy kto jest młody. I wreszcie u kresu, kiedy słońce zaczęło się obniżać, a ja zbliżałem się do ostatniego punktu swojej drogi, tamte wspomnienia ustąpiły nagle i odnalazłem siebie, takiego jakim byłem w 2011 roku, znów albo wreszcie wyznaczającego własne ślady na beskidzkich szlakach. I tak to się zaczęło.


A dziś na tę moją z całą pewnością mało oryginalną, ale i tak na zawsze już najbliższą sercu trasę zabieram Agatę, która po odwiedzeniu w moim towarzystwie Stożka, Kiczor, Glinnego, obydwu Magurek oraz Cienkowa także pokochała góry, co poczytuję sobie za osobisty sukces i powód do dumy.
 
 WYCIECZKA DWUDZIESTA DRUGA
SZYNDZIELNIA - KLIMCZOK - BŁOTNY - JAWORZE
 
Opowieść zaczyna się więc po raz kolejny. Rankiem czwartego września 2014 roku wysiadamy z pociągu w Bielsku Białej, przechodzimy estakadą na drugą stronę ulicy Warszawskiej i stamtąd miejską ósemką z nosami przyklejonymi do szyb ruszamy już prościutko do celu, którym jest dolna stacja kolejki linowej w Olszówce jak na ironię Górnej.

Moje skojarzenia z trasą tego autobusu, to głównie… Bolek i Lolek, ale proszę nie pytać dlaczego, bo nie mam pojęcia. Być może łąki, góry wyrastające ponad nimi, coraz rzadsze zabudowania i bijące zewsząd słońce tak jakoś działały na mnie w czasach, w których bywałem tu jako dziecko i oczywiście wielbiciel wspomnianego także przecież bielskiego serialu. Być może. Nie wiem.
Zagadek zresztą jest więcej. Jak to możliwe na przykład, że z pełnego turystów dworca pustym z reguły autobusem dojeżdża się do kolejki, przed której budynkiem zawsze jest tłumek? Skąd się ci ludzie tam biorą? Na spadochronach lądują czy jak?
 
O wilku mowa, jesteśmy na miejscu, nasz autobus właśnie się zatrzymał. Poza nami wysiadł z niego tylko jeden jedyny pasażer. Rozglądamy się chciwym wzrokiem wokół, ale wszystko co widać, to gęsta, ciemna zieleń lasu na zboczach i błękit nieba wysoko ponad głowami. Jest jeszcze kot przyglądający się nam z poczuciem wyższości (ale na tylu metrach nad poziomem morza chyba ma prawo) i śpiew ptaków. Cudowny, słoneczny poranek. A może po prostu dalszy ciąg snu?
Ruszamy powolutku chodnikiem prowadzącym do stacji. Nieliczni sprzedawcy pamiątek leniwie rozkładają swoje kramiki, a ptasie trele zagłusza miejscami tylko szum strumienia towarzyszącego nam po lewej stronie. Oto i budynek kolejki od zawsze jakoś kojarzący mi się z dużo wyższymi i poważniejszymi górami. Zakopiański taki. Ładny, bardzo ładny. I też na szczęście od lat taki sam.

 
Najpierw zaglądamy nieśmiało do środka, ale gdy okazuje się, że do pierwszego odjazdu zostało jeszcze kilkanaście minut przysiadamy na ławeczce sycąc się ciepłem wstającego dopiero nad doliną dnia. Cóż, niewiele brakowało, żeby ta wycieczka nie doszła do skutku. Pogoda przez prawie tydzień była paskudna, mokra, wietrzna i jesienna. Mżawka oglądana w internetowych kamerkach na zmianę z wyginanymi wiatrem drzewami tak mocno zapadła mi w pamięć, że gdy ten sam niby, ale o ileż milszy oku, bo pełen słońca obraz ujrzałem dziś na monitorze wiszącym tuż przed kasowym okienkiem dwa razy sprawdziłem z niedowierzaniem datę i czas… 
 
Schodzą się kolejni turyści. Polscy i zagraniczni. Ci super profesjonalni i ci bardziej naiwno tenisówkowi. Pora ruszać. Wracamy na stację i kamiennymi schodkami wspinamy się na „peron” mieszczący się na jej piętrze. Kontrola biletów, pierwszy wagonik i już! Jedziemy. Żółta przeszklona prawie że kula unosi nas ku słońcu. A wraz z nami starszego pana, który jak się okazuje jedzie do pracy i całą trasę po paru dziesiątkach lat nią kursowania zapamiętaną ma do perfekcji, co niestety czuje się w obowiązku co chwil kilka udowadniać. Z jednej strony to dobrze, bo mogę sobie jak lubię podczas jazdy CZYMKOLWIEK pomilczeć, a z drugiej nadchodzi nieuchronnie moment konfrontacji, którą ku swojemu zdziwieniu chyba wygrywam…
-A wie pan ile tu jest śniegu zimą? Był pan tu zimą?
-No nie. Tutaj nie. Ale szedłem na Baranią prawie na czworakach a kiedyś też z Magurki Wiślańskiej przez Zielony Kopiec do Salmopolu w śniegu ponad kolana.
-Oooo…
 
A co? Nie tak było? Ha ha ha!
 
Las rozstępuje się i naszym oczom ukazuje się panorama Bielska. Jest przepięknie. A ledwo jest, już pora zbierać się do wysiadania. I nie wiem jak Wy, Szanowni Czytający, ale ja zawsze obrywam tu wagonikiem w kostkę u prawej nogi. Jakaś wada konstrukcyjna chyba. Pytanie tylko: moja czy wagonika?
-Auuuaaa! Kurde!
Dzień jak co dzień.

Znajdujemy się na wysokości 954 m n.p.m. jak informuje nas tabliczka zainstalowana tuż przed budynkiem. Można do tego miejsca dojść piechotą z Wapienicy kolorem żółtym (trudne, prawie cały czas prowadzące lasem podejście) lub szlakiem zielonym z Olszówki Górnej przez Dębowiec (tu także trasa stroma, ale nieco bogatsza w widoki). W drugą zaś stronę kolor zielony prowadzi ku schronisku na Szyndzielni i tak właśnie zamierzamy dziś powędrować. Jeszcze więc tylko kilka zdjęć nadjeżdżających za nami kolejnych wagoników, zerknięcie na mapę, zegarek i do torebki z cukierkami i startujemy. Jest punktualnie dziewiąta dziesięć. 
 
 
Szeroką ścieżką kierujemy się w lewo. Najpierw jakby przez wąski „golf” lasu a potem już wznosząco szeroką łąką ku szczytowi. I tutaj w połowie mniej więcej tego podejścia napotykamy dwa ważne orientacyjnie punkty. Po pierwsze dołącza do nas z prawej szlak czerwony z Olszówki Górnej, który nota bene polecam wszystkim pragnącym zdobyć Szyndzielnię "z buta" jako o wiele łatwiejszy od dwóch wspominanych przed chwilą, po drugie zaś stajemy przed dość interesującą możliwością wyboru trasy do szczytu czy może nawet jego samego (sic!).
Ale po kolei. Otóż idąc na wprost dotrzeć można w kilka chwil do widokowej polany z rozległą, choć niestety bardziej miejską niż górską panoramą, zaś skręcając w lewo tak samo szybko dojdziemy do schroniska. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w obu tych miejscach, choć w drugim nieco dalej, napotkamy też dwa niezależne od siebie oznaczenia wierzchołka góry! I jeszcze, żeby było weselej, dodam, że obydwie drogi końcem końców się spotykają...
Krócej pisząc - jest oto pretekst żeby Szyndzielnię odwiedzić co najmniej dwa razy. My jednak dzisiaj za znakami czerwonymi grzecznie udajemy się od razu w stronę lasu.

 Podejście na Szyndzielnię od górnej stacji kolejki linowej.
U góry zdjęcie z 30 września 2011 roku, u dołu z 4 września 2014.
Na kamienistej ścieżce dopada nas nagle wietrzysko zrywające czapki i zatykające uszy. W moment dosłownie mimo ciągle świecącego jasno słońca robi się zimno. Trzymając się więc za głowy, nie tyle może ze zdziwienia, ile z troski o ich nakrycia mijamy szybkim krokiem słynne, acz zamknięte dziś na głucho alpinarium i docieramy do schroniska. Znajdujemy się teraz na wysokości 1001 m n.p.m. 
 
 Zdjęcia czarnobiałe pochodzą z publikacji
"Działalność PTTK w województwie bielsko bialskim"
 
Budynek, przed którym stoimy został wzniesiony w 1897 roku a gruntownie przebudowany po II wojnie światowej.  Jest niewątpliwie przyjemny dla oka, choć według niektórych architektonicznie niedopasowany. Nie podzielam tego osądu, zwłaszcza po napotkaniu na szlakach wielu współczesnych koszmarków schroniskami wprawdzie niebędących, ale i tak dostatecznie mocno a negatywnie wpływających na okolicę w stylu chociażby często przeze mnie wspominanego, bo i też nieprzeciętnie odrzucającego wizualnie „dworu” Skibówki na Równicy.
 
Po zrobieniu kilkunastu zdjęć okolicy ruszamy dalej zmieniając teraz szlak na żółty. Jakoś podświadomie staram się przyspieszać kroku żeby moja towarzyszka nie wpadła czasem na pomysł zawrócenia ze względu na pogodę, ale jak się okazuje moje obawy są bezpodstawne, bo po pierwsze Agata wcale nie ma takiego zamiaru, a po drugie zaraz za słupkiem z oznaczeniem szczytu Szyndzielni (1028 m n.p.m.) wiatr ustaje i robi się najpierw ciepło a po kilku chwilach wręcz gorąco. I tak zmuszeni jeszcze kwadrans wcześniej do szczelnego się opatulenia i pozapinania teraz znowu zwijamy to wszystko czym prędzej żeby tylko się nie ugotować. Przed nami skrzyżowanie ścieżek. W prawo jak już opowiadałem dojść można do szczytowej polany, z której rozciąga się przeogromna panorama okolicy, zaś w lewo prowadzą szlaki na przełęcz Kowiorek, Klimczok i Błotny. I ten odcinek jest chyba najmilszy piechurowi, bo przez dłuższy czas absolutnie płaski. Ścieżka, bardzo szeroka teraz i wygodna otoczona jest lasem i poza nielicznymi "okienkami" po prawej niewiele jest z niej możliwości zrobienia ciekawego zdjęcia, ale klimat, cisza, śpiewające „tropikalnie” ptaki i jakaś ogólna ponadczasowość rekompensują ten brak w dwójnasób. Dochodzimy do kolejnego rozstaju.  Mamy tu możliwość ominięcia szczytu Klimczoka kolorem czarnym i ponownego dołączenia do szlaku żółtego za nim, zdobycia wierzchołka ścieżką żółtą lub ominięcia go z kolei z lewej idąc na przełęcz Kowiorek drogą czerwoną. Dwie ostatnie trasy chwilowo jeszcze prowadzą razem. I pytanie oczywiste – co wybrać? Szlak czarny skraca radykalnie całość przejścia odcinając z niego najbardziej męczący odcinek, ale też przez to właśnie pozbawia nas  możliwości wypoczynku na szczycie z którego zresztą rozciągają się niezapomniane widoki. Moja zatem sugestia - jeśli pogoda jest pewna, a takoż samo nasza kondycja, nie wahajmy się, maszerujmy żółtym.
 
My z Agatą tak właśnie zrobiliśmy. Najpierw w lewo, potem po pożegnaniu szlaku czerwonego już na wprost. Plus minus dziesięć, piętnaście minut i doszliśmy do szczytu. A zanim ktoś się spoci czytając, pozwolę sobie przypomnieć, że cały czas mowa o szczycie górskim.
 
Podejście naprawdę nie jest takie straszne. Wystarczy tylko pamiętać o tym żeby nie maszerować a iść oraz nie uznawać kolejnej przerwy za nie wiadomo jaki wstyd czy porażkę. To nie siłownia Mili Państwo, to wycieczka! Stajemy, uspokajamy oddech, może łyczek wody lub czego tam mamy i znów do przodu. O, do tego tam kamienia chociaż. I każdy da radę, ręczę Wam. Zwłaszcza, bądźmy szczerzy, jeżeli Szyndzielnię „zdobywał” wagonikiem…
 
Oto już Klimczok! Jesteśmy na 1117 m n.p.m. Po prawej charakterystyczna wieża telekomunikacyjna, przed nami kilka stołów, ławy i ogromna łąka, a dookoła tego wszystkiego - lasy. I jeszcze tylko daleko w dole widoczek, który dla bywalca Beskidu Śląskiego jest oryginalny niczym jeleń na rykowisku – schronisko na Magurze, a przed nim, a raczej pomiędzy nim a nami najpierw rozległe Siodło pod Klimczokiem zwane też przełęczą Kowiorek lub Kowiorki a potem już dość stromy odcinek czarnego szlaku łącznikowego właśnie tu do nas - na szczyt. Warto wspomnieć, że zimą jest to także bardzo popularna trasa zjazdowa dla narciarzy.

 
Zmęczeni nieco podejściem przysiadamy na ławeczce pod niezmiennie przypominającą mi szopkę na drewno „Chatką u Tadka”, z którą jednak przeprosiłem się już w kwietniu i przyglądamy się mgle zalegającej wokół Skrzycznego i przesłaniającej normalnie widoczne stąd Tatry. Klimat jest baaardzo wysokogórski a jednocześnie na swój sposób nostalgiczny, mimo że cały czas na szczęście towarzyszy nam słońce. Gdzieś w dali macha w naszym kierunku brodaty wędrowiec maszerujący raźnym krokiem środkiem stoku. Odmachujemy mu także.
 
Po śniadaniu pora na zapoznanie z chatką bardziej "insajd" jak to mawiają anglojęzyczni. Zaczynamy od przyjrzenia się mapom, zdjęciom i innym pamiątkom, którymi wspomniany przybytek jest szczelnie wypełniony, a potem sięgamy po wymęczone bruliony pełniące tu funkcję księgi gości. Najpierw odnajdujemy mój wpis z kwietnia, następnie wczytujemy się we wrażenia, uwagi i pretensje kilkudziesięciu innych osób a wreszcie i na zakończenie Agata dopisuje i naszą tu bytność – kto chce może sprawdzić – po czym pomalutku zbieramy się do wyjścia.
 
I teraz dylemat. Idziemy w dół czarnym na Kowiorek a potem np. żółtym do Mesznej lub zielonym do Szczyrku? A może w prawo przez Karkoszczonkę? Albo w lewo do Bystrej? Plan niby był ustalony - Jaworze, ale też zakładałem, że jednak ominiemy Klimczok wcześniejszym skrótem, a nie chciałbym mojej współtowarzyszki wykończyć jak w lipcu na Cienkowie…
 
Po spojrzeniu jednak na drogowskaz i skonstatowaniu, że do Błotnego nie jest tak znów daleko, uznajemy, że noga za nogą w najgorszym razie, ale idziemy według założeń. Super! A zatem dalej szlakiem żółtym, teraz dość stromo w dół. Zejście to chcący ruszyć naszym śladem odnajdą na szczycie plus minus na godzinie trzeciej trzydzieści, gdy na szóstej podejście (też żółtym) z Szyndzielni, a na ósmej trzydzieści szlak czarny w kierunku siodła.
 
Wkraczamy w las. Robi się ciemno, dość stromo i momentami kamieniście. Stanowczo podejście tędy do przyjemnych nie należy, a przecież mimo to, a może właśnie dlatego w połowie drogi mija nas zdyszany biegacz… Ludzie to mają kondycję!
 
Po kilku minutach z prawej dołącza do naszego szlak czarny, ten sam, którym można skrócić drogę między Szyndzielnią a Błotnym. Trasa łagodnieje, schodzimy do siodełka przed Trzema Kopcami, z którego wspaniałe roztaczają się widoki i po krótkim, bardziej ostrym podejściu (trwającym może minutę, dwie a widocznym na zdjęciu poniżej) stajemy obok ruin niemieckiego schroniska i zarazem szczytu Trzech Kopców (1082 m n.p.m.)

 
 
I tutaj, pozwolą Państwo, szczypta najbardziej podstawowych informacji o tym miejscu. Po pierwsze schronisko. Istniało w latach 30 i 40 ubiegłego stulecia i było własnością Roberta i Marii Urbanke.  W przeciwieństwie do podobnych obiektów na Błotnym, Szyndzielni czy Magurze ani przed ani w czasie wojny nie stosowano w nim jakiegoś podziału w podejściu do Niemców i Polaków a mało tego, w 1944 roku odbyły się tu nawet konspiracyjne narciarskie mistrzostwa świata, które wygrał nasz rodak. Niestety zimą i wiosną 1945 roku normalnie do tej pory funkcjonujący budynek częściowo rozebrali umacniający okopy w lesie niemieccy żołnierze, zaś po wojnie okoliczni szabrownicy dokonali dalszych zniszczeń. Było to zresztą zjawisko bardzo częste w tamtym okresie we wszystkich obiektach turystycznych i nie tylko. Ostatecznie ruinę rozebrano już oficjalnie w 1948 roku pozostawiając tylko betonowe fundamenty.
Kwestia druga to sam szczyt – Trzy Kopce, którego nie należy mylić z innym, nieco bardziej znanym a również znajdującym się w Beskidzie Śląskim, czyli Trzema Kopcami Wiślańskimi, z którym łączy go wyłącznie pochodzenie nazwy (styk granic trzech gmin, które to granice oznaczano właśnie kopcami). Tyle teorii, wracamy do praktyki.
 
Szlak najpierw łagodnie, potem coraz ostrzej obniża się teraz, cały czas pozostając jednak w gęstym lesie. Na widoki chwilowo nie ma co liczyć, pozostaje cieszyć się naturą wokół. Idziemy więc spokojnym krokiem co rusz mijając kolejne, dość liczne na tym odcinku grupki turystów. Po około kwadransie docieramy do Stołowa (1035 m n.p.m.) kolejnego szczytu na naszej drodze, który jednak jak sama nazwa wskazuje szczytem jest tylko… z nazwy (ależ mieszam!), a w rzeczywistości okazuje się płaską zupełnie polaną pomiędzy dwiema połaciami lasu. Z przepięknymi jednakże widokami, o czym fotoamatorów od razu uprzedzam.

 
Lekko wznosząc się raz lasem, raz znów pośród wysokich łąk podążamy w kierunku niedalekiego już Błotnego. Za nami, mimo ciągle słonecznego dnia pędzi mgła. Dziwna, biała i zwinna niczym dym, groźna, kojarząca się ze śnieżycą, trochę może z deszczem, w każdym razie z niczym przyjemnym. I wreszcie niczym w dobrym filmie grozy (a takich już nie ma, ha ha ha) omija nas toto łukiem ponad Wapienicą i… wita na hali przed Błotnym. Niebo znika, znikają góry, a zewsząd naciera wielka szarość. Czyżby „Jeszcze raz Pearl Harbor”? Aż dziw bierze, że mogąc nakręcić tak niecodzienny materiał filmowy żadne z nas tego nie zrobiło, ale cóż, bywa i tak. Mamy za to zdjęcia, ciekawe, bo jakby w górnej połowie czarnobiałe, a dopiero u dołu kolorowe. I tym samym chociaż drobny obraz tego wszystkiego, co nas wtedy dopadło. 

 
 
Omijając szczyt (917 m n.p.m.) schodzimy w lewo do schroniska. Mgła, która otaczała nas coraz szczelniej jeszcze na hali, tutaj jakimś cudem nie dociera. Świeci słońce, niebo ma kolor błękitu, jest ciepło. Niewiarygodne, gdy się pamięta, że to może pięćdziesiąt metrów dalej. Jest dwunasta czterdzieści, sprzed stacji kolejki na Szyndzielni ruszyliśmy o dziewiątej dziesięć, ale z racji przerw nie można tego raczej liczyć jako ciągłości. Nieważne. Jak na punkt z którego zaczyna się zejście czas mamy wyjątkowo dobry. Teraz przed nami ostatni już, aczkolwiek wcale nie krótki odcinek do Jaworza, ale wcześniej jeszcze kolejne drugie czy może czwarte śniadanie i szklanka schroniskowej herbaty z cytryną za szokujące mimo wszystko 5 zł sztuka.
 
Jako przedsmak kolejnych wycieczek zachęcam Agatę do spaceru na drugą stronę budynku skąd widać Ranczo Błatnia, dawny pomnik milicjantów oraz przepiękną stąd Wielką Cisową, a tym samym szlaki do Brennej i Skoczowa. Zresztą wybierającym się w te okolice powiem też, że idąc właśnie którąś z tych tras NA Błotny, także mogą spodziewać się rasowych widoków. Oczywiście o ile nie napotkają mgły takiej jak nasza.
 
Pora ruszać w dalszą drogę. Mamy stąd w generalnym kierunku na Bielsko dwie porównywalne zarówno widokowo jak i stopniem trudności trasy do wyboru. Niebieska przez Palenicę do zapory Mościckiego w Wapienicy (stamtąd autobus miejski linii 16 do dworca PKP) oraz dalszy ciąg szlaku żółtego do Jaworza Górnego skąd z kolei kursują pekaesy. Decydujemy się niczego nie zmieniać i maszerować dalej żółtym, zresztą chwilowo i tak wiodącym tą samą co niebieski drogą. Nasza ścieżka biegnie teraz pod kątem prostym w stosunku do trasy, którą przyszliśmy z Klimczoka a w samym yyy… kącie kąta zostawiamy za sobą schronisko.

Aha! Jeszcze może kwestia nazewnictwa. Najpopularniejsza nazwa szczytu na którym teraz jesteśmy to Błatnia (wg. najstarszych dokumentów z XVI wieku Berg Blatin), Austriacy pisali Blatny, Czesi Blatny lub Blatna,  ale wedle przewodników wszelakich a raczej ich autorów, bo mam tu na myśli książki, nie panów z odznakami na swetrach, nazwą polską jest BŁOTNY, co zresztą samo w sobie brzmi dosyć logicznie. Jaki jest ten szczyt? Błotny! A może to ona? Ale wtedy byłaby Błotna, ha ha ha! 

 
Nazw pisanych i wymawianych różnie jest zresztą w okolicy sporo. Na przykład Polana Przysłop pod Baranią Górą to dla niektórych Przysłup, a Wapienica, ta właśnie od niebieskiego szlaku przed chwilą wspominanego to Wapiennica przez dwa „n”. Kojarzy mi się jeszcze Cienków, raz pisany jako Cienków Groń, innym znów razem jako Cieńków czy wreszcie Matyska, bardziej świecko (?) tytułowana, zwłaszcza na starszych mapach jako Sot. Zapewne jest tego jeszcze dużo, dużo więcej.

 
A my tymczasem mijając hektary jeżyn i zażerających się nimi turystów schodzimy mając wspaniałe widoki po prawej w stronę Siodła pod Przykrą (801 m n.p.m.) gdzie ścieżka niebieska wznosi się lekko wiodąc na wprost, zaś żółta obniża skręcając w lewo. Po mgle nie zostało już ani śladu. Widoczność jest teraz doskonała, świeci typowo letnie popołudniowe słońce a trasa, mimo sporej ilości błota na króciutkim jej początkowym odcinku nie jest uciążliwa ani nadmiernie stroma.  Przeskakujemy kolejne strumyczki i przyglądamy się jak poniżej drogi zamieniają się w zupełnie dorosłe rwące strumienie. Sporo napotykamy tu także niebezpiecznych, przynamniej jak na warunki Beskidu Śląskiego „przepaści”, bardzo ostrych i bardzo też głębokich. I naprawdę małe to wedle niektórych góry, niechaj będzie, ale spaść tam i nie połamać się wydaje się niemożliwym. Dlatego uważać trzeba. Tym bardziej, że czasem niestety na szlaku można napotkać… samochód. Nam przydarzyły się dwa i to niekoniecznie jadące ślimaczym tempem. 
 
O tym, że motoryzacja wszelka, w tym zwłaszcza inteligentni inaczej albo wcale użytkownicy motocykli i quadów (nie dlatego, że użytkownicy w ogóle, ale dlatego, że w górach!) nie powinna mieć na szlaki wstępu nawet nie będę tu wspominał szerzej, bo powtarzam to od zawsze.
 
Ciekawe widoczki aż do Jaworza będą teraz tylko po prawej stronie. Szlak wije się lasem i co jakiś czas oferuje nam „okienko”, w które warto spojrzeć. Popełniamy tu zresztą oboje dość żenującą pomyłkę uznając bez zastanowienia, że przyjemnie włochate góry „naprzeciwko”, to połączenie Szyndzielni i Klimczoka, podczas gdy w rzeczywistości jest to akurat pasmo od nich nas właśnie oddzielające, czyli bardziej przebieg trasy niebieskiej – Przykra, Kopany i Palenica. Ale powiedzmy, że to ze zmęczenia.

 
Około czternastej czterdzieści docieramy do celu. Ostatni etap pokręconego dość w tym miejscu szlaku może być dla niektórych trudny ze względu na to, że miesza się on lub biegnie równolegle, ale nie stale (!) zarówno ze szlakiem narciarskim (to jeszcze pół biedy) jak i zwykłymi leśnymi drogami używanymi do zwózki drzewa. A że stromości są może nie ekstremalne, ale za to permanentne (cóż za piękne zdanie!), to i nogi a dokładnie stawy kolanowe odmawiają nam wreszcie obojgu posłuszeństwa. Agata śmiała się, gdy opowiadałem jej kilka godzin wcześniej jak to schodząc z Błotnego mam zwyczaj „hamować” tu trzymając się rękami drzew, ale teraz właśnie robi to samo piszcząc aż z bólu mimo widocznego może o sto metrów od nas asfaltu i zarazem końca trasy. Ale taka to właśnie uroda tej dróżki, ha ha ha.
 
I oto już jesteśmy. Rozgrzany słońcem placyk, a przy nim drewniana wiata. Jaworze Górne. Koniec!
Strudzeni, zwłaszcza ostatnimi minutami, padamy na ławki, by dopiero po jakimś czasie powoli jak przez sen zacząć się domywać, dożywiać i doprowadzać do względnej używalności. I szczerze mówię, że trochę to trwa. Zaglądamy potem jeszcze nad Szeroki Potok (uprzedzam, że nazwa jest odwrotnością stanu faktycznego) i wreszcie kuśtykając pomalutku kierujemy się w stronę przystanku tuż obok dawnego domu wczasowego FWP a obecnie Hotelu Spa Jawor. Tu jeszcze spotyka nas zabawna historia w osobie nie całkiem prosto się poruszającego tubylca, który na widok moich bojówek, czapki moro i plecaka z demobilu duka:
-A pan jest wojskowy, prawda? Ze spadochroniarzy, tak?
-Tak – odpowiadam rozbawiony i nie mogąc się powstrzymać dodaję – Ale wie pan, od Putina!
-Ahaaa…
 
Tak jak się spodziewałem na przystanku okazuje się, że czas do odjazdu autobusu jest dłuższy niż czas przejścia do Jaworza Dolnego, gdzie oficjalnie kończy się szlak żółty, a więc mając do wyboru smażenie się w plastikowej wiacie albo spacer przez urocze pola i łąki wybieramy mimo zmęczenia to drugie i pstrykając dziesiątki kolejnych fotek spokojnym krokiem udajemy się w dalszą drogę.
 
W końcu szczęśliwi czasu nie liczą, nieprawdaż? ;)
 
Do zobaczenia na szlaku!

 
 
4 września 2014 

Trasa: Górna stacja kolejki linowej na Szyndzielnię – Szyndzielnia – Klimczok – Błotny – Jaworze Dolne.
 
Punkty do wyszukania na mapie: Szyndzielnia, Klimczok, przełęcz Kowiorek, Trzy Kopce, Stołów, Błotny, Jaworze Górne, Jaworze Dolne. 
 
Stopień trudności: niski (jeżeli bez podejścia na Klimczok) do średniego (jeśli z podejściem).
 
Up & Down: Od stacji kolejki linowej do szczytu Szyndzielni stale, ale łagodnie wznosząco, do rozstaju szlaków przed podejściem na Klimczok całkowicie połogo, następnie stromy, kamienisty i męczący krótki odcinek podejścia i podobny zejścia z Klimczoka do połączenia ze szlakiem czarnym. Przed Trzema Kopcami lekko w górę, następnie dość ostro, potem spokojniej w dół. Od Stołowa aż do hali na Błotnym na zmianę trasa płaska lub opadająca, rzadko wznosząca. Zejście z Błotnego do Jaworza Górnego stale w dół, miejscami dość ostro. Z Jaworza Górnego do Dolnego płasko lub bardzo łagodnie opadająco.
 
Atrakcje widokowe: Kolejka linowa i widoki z niej, ruiny schroniska Roberta i Marii Urbanke na Trzech Kopcach, panoramy ze szczytów Szyndzielni, Klimczoka i Błotnego.
 
Schroniska, żywność, odpoczynek: Słodycze i napoje przed i w budynku dolnej stacji kolejki linowej, to samo plus dania barowe przed budynkiem górnej. Schroniska na Szyndzielni i Błotnym, sklepy i bary w Jaworzu Górnym i Dolnym.
 
Komunikacja: Do stacji PKP Bielsko Biała koleją lub autobusem. Do Olszówki Górnej autobus miejski nr 8 sprzed dworca PKS. Z Jaworza Górnego i Dolnego połączenia autobusów PKS do Bielska skąd powrót koleją lub autobusami dalekobieżnymi.
 
Opis marszruty: Od stacji kolejki przed Szyndzielnią do schroniska na niej szlak zielony, dalej aż do końca trasy - żółty.
 
Odległość: Ok. 13,2 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu przerw) ok. 6 godzin.
 
Opinia: Trasa średnio trudna. Dużym ułatwieniem jest wjazd kolejką linową. Możliwość ominięcia jedynego naprawdę stromego podejścia, jakim jest szczyt Klimczoka zalecana zwłaszcza osobom starszym, o słabszej kondycji oraz dzieciom. Dosyć męcząca druga połowa zejścia z Błotnego.
 
Możliwości zmian: 1. Podejście na Szyndzielnię szlakami: czerwonym, zielonym lub niebieskim z Olszówki Górnej albo żółtym z Wapienicy, 2. Ominięcie szczytu Klimczoka poprzez skierowanie się czarnym łącznikiem do siodełka przed Trzema Kopcami, 3. Zejście z Błotnego szlakiem niebieskim do Wapienicy (ciekawa możliwość dla zmotoryzowanych przy wybraniu ostatniej opcji punktu pierwszego!), 4. Zakończenie wycieczki w Jaworzu Górnym.
 

 
  
 ===


 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.