Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


środa, 2 października 2013

High on emotion

WYCIECZKA CZTERNASTA
 
GOLESZÓW - WLK. CZANTORIA - WISŁA UZDROWISKO
 
 
Biała kartka przypomina mi parę buchającą spod kół starej lokomotywy. Wpatruję się w nią teraz i widzę jak powoli, powolutku unosi się na wietrze ukazując znów moim oczom tamten wąziutki peron i uroczy, choć niewielki przecież budynek dworca w Goleszowie. Dookoła nie ma zaś nic prawie oprócz zielonych pól i kołyszących się na nich majestatycznie kolb kukurydzy.
 
Tylko jeden człowiek wysiadł dziś wraz ze mną z tego pociągu. Tak samo jak ja ma plecak, tak samo poprawił go przed chwilą zdecydowanym ruchem i właśnie rzucając mi krótkie spojrzenie godne najlepszych westernów szybkim krokiem zmierza w stronę drogi. Z dali przygląda nam się uśmiechnięta pani zawiadowczyni. Rozpoczyna się wycieczka czternasta.
 
 "Goleszków" :)) - autokorekta to czasem przekleństwo.
 
Przed dworcem na wprost zamkniętego na cztery spusty wejścia znajduje się pierwszy drogowskaz. Opisano na nim tylko jeden szlak turystyczny – czarny przez Tuł na Wielką Czantorię. Według starszych przewodników kiedyś zaczynała się w tym miejscu także inna, zlikwidowana współcześnie trasa prowadząca do Skoczowa. Dziś nie ma już po niej śladu, choć oczywiście wspomnianą likwidację należy rozumieć wyłącznie jako usunięcie oznaczeń, więc w gruncie rzeczy można by korzystając z opisu z jednej z takich książeczek pokusić się od przejście tej drogi mimo wszystko, a dodam tu, że miałem już takie plany wobec również skasowanego szlaku z Grodźca na Łazek. Kto wie, może kiedyś?
 

Tymczasem jednak skoncentrujmy się na teraźniejszości. Sprzed dworca w Goleszowie ulicą, a jakże, Dworcową, kieruję się w prawo i po kilku chwilach marszu obok kukurydzianego pola docieram do małego skrzyżowania. Na nim znów skręcam w prawo, aby ulicą Wolności dojść do przejazdu, którym kilka minut wcześniej po ogromnym łuku mój pociąg pomknął do Ustronia.
Przebieg tej trasy kolejowej, a dokładnie oszczędność przy jej projektowaniu sprawiły, że stacja, co jest jak mniemam na polskie warunki sytuacją nietypową, znajduje się dość daleko od macierzystego miasteczka. Ale dzięki temu ś.p. Cesarsko Królewskie koleje zaoszczędziły na materiale, zaś współczesny turysta zyskuje niepowtarzalną okazję do bliższego przyjrzenia się okolicy.
Zaraz za torami dochodzę do rozwidlenia. Po prawej mijam ulicę… Ławki, zaś sam podążam w lewo nadal ulicą Wolności, teraz już jednak pomiędzy pierwszymi zabudowaniami. Atmosfera jest typowa dla takich miejscowości. Traktory, wiejskie rowery, odgłosy różnych zwierzaków dobiegające z gospodarstw i wzruszające dla mnie nieco stoliczki na bańki z mlekiem prawie przy każdej furtce.

Sympatycznie, spokojnie i może nawet nieco nostalgicznie momentami. Może się podobać. Z miejsc odwiedzonych przeze mnie w Beskidach Goleszów najbardziej chyba przypomina Górki Wielkie na szlaku Skoczów – Błotny (wycieczka piąta)
 
Zbliżam się już do skrzyżowania. Oznaczenie szlaku jest niezłe, ale dla większej pewności turystów pokonujących tę trasę po mnie dodam jednak, że skręcić w prawo należy po minięciu siedziby straży pożarnej. Oto ulica 1 Maja. Warto tu zwrócić uwagę na stylowy budynek Urzędu Gminy i znajdujący się przed nim obelisk poświęcony mieszkańcom Goleszowa zgładzonym przez hitlerowców w czasie okupacji. 
 
 
Osobom zainteresowanym historią najnowszą polecić także mogę odwiedzenie stałej ekspozycji w Gminnym Ośrodku Kultury, do którego szlak turystyczny doprowadzi nas po kilku minutach na ulicy Cieszyńskiej (na skrzyżowaniu ze światłami w lewo). Jako że na terenie gminy działał w latach 1942-1945 podobóz KL Auschwitz, w którym około tysiąca więźniów wykonywało prace w kamieniołomach, ekspozycja o której wspomniałem upamiętniać ma ich ofiarę i upowszechniać wiedzę na temat tego okresu.
 
Ulica Cieszyńska. Po prawej budynek dawnej przychodni zakładowej goleszowskiej cementowni. Sama cementownia działająca od 1898 roku została zamknięta w roku 1989 i dziś można zobaczyć tylko resztki jej ruin znajdujące się dokładnie za opisywanym budynkiem na dość dużej przestrzeni. Po chwili idąc dalej ulicą Cieszyńską mijam wspomniany wcześniej Gminny Ośrodek Kultury i wchodzę na wprost w o wiele już cichszą ulicę Grabową (gdy Cieszyńska odbija w lewo).  Przy rozwidleniu wybieram dalej drogę na wprost i ulicą Jasną docieram do zakrętu na jeziorem Ton. I zanim słów kilka o nim, najpierw jeszcze ważna uwaga. Nawet bardzo ważna. Ulica Jasna zmienia się tu w ulicę Nad Tonem i jako taka już skręca w prawo. Na zakręcie zaś, a dokładnie na odbojnicy widnieje oznaczenie szlaku ze strzałką mogące sugerować, że dotyczy zejścia do spacerowej ścieżki nad wodą. Tak nie jest! Szlak prowadzi nadal asfaltem, co oczywiście nie stoi na przeszkodzie by chwilowo zejść jednak z niego i jezioro zobaczyć.
 

Nazwa Ton, w niektórych przewodnikach błędnie podawana jako Toń pochodzi od niemieckiego określenia gliny i wzięła się z czasów, gdy funkcjonowało tu wyrobisko owego surowca dla potrzeb cementowni. Wśród miejscowych funkcjonuje także na określenie tego miejsca nazwa Werk. Zbiornik zajmuje powierzchnię około 2 hektarów i jest sztucznie zarybiony. Powstał w latach 50 ubiegłego wieku i obecnie stanowi jedną z atrakcji Goleszowa jako oaza spokoju otoczona lasem. Wokół jeziora prowadzi ścieżka spacerowa, są także liczne ławeczki i przede wszystkim wspaniała atmosfera. To tutaj urządzam sobie pierwszy postój.
 
Rzut oka na mapę i… śmiech. Okazuje się, że mapa, ta sama, którą z racji dokładności tak zachwalałem przy poprzedniej wycieczce, miejsca w którym jestem w ogóle nie obejmuje! De iure bowiem jest to już Pogórze Śląskie, zresztą podobnie jak np. Skoczów, który jednak się zmieścił, bo jest „wyżej”.
Cóż teraz? Ano nic, wracam schodkami do drogi i skręcam asfaltem w lewo (patrząc od ul Jasnej – w prawo) i tutaj napotykam nie tylko zagubione znaki szlaku czarnego, ale i ciekawą dość grupkę…
-Pan na Czantorię?
-Jeśli nie padnę po drodze…
-Da pan radę! Bo tam – wskazują gdzieś za siebie – tam idzie jeden pan, też na Czantorię.
-Aha? – przypominam sobie sytuację z dworca – I co?
-No i on ma czas, proszę pana, on ma czas dwie czterdzieści pięć! A pan?
-Nie wiem, nie idę na czas.
-Ale gdyby… gdyby go pan wyprzedził, no wie pan… Warto spróbować! I jak się już uda, to piwko proszę wypić za nas w schronisku! Brackie!
-Nie omieszkam.
-Powodzenia!
 
Ruszam dalej śmiejąc się w kułak. Wyścig? Na wycieczce?! Nonsens!
Ja i piwo? Jeszcze większy.
 
Droga wznosi się łagodnie po łuku w lewo. Można stąd dojść do platformy widokowej ponad Tonem i zerknąć na jezioro i miasteczko z góry, można też jak ja trzymać się twardo znaków i iść prosto, tuż obok skoczni narciarskich. Od teraz już ulicą Olimpijską, która dołączyła tu z prawej.
W cieniu i ciszy spacerowym krokiem dochodzę do kolejnego leśnego rozwidlenia. Olimpijska w lewo, Grabowa w prawo. Powracam zatem chwilowo na Grabową i poprzez polanę obok „Hubertówki”, sympatycznego domku należącego do Koła Łowieckiego „Hubertus” wkraczam na dużo węższą już błotnistą dróżkę między drzewami.
Wbrew jednak pozorom nie koniec to jeszcze cywilizacji. Trasę wytyczono tu bowiem śladami dawnej kolejki wąskotorowej transportującej niegdyś urobek z kamieniołomów do cementowni i wiąże się to z pewną niespodzianką po drodze…
Oto po lewej stronie, praktycznie przy samej krawędzi ścieżki napotykam… przepaść. Nie, nie, spokojnie, to nie tak. Znam ludzi, którzy Beskidy nazywają pagórkami, a już na pewno teraz wybuchają śmiechem słysząc o przepaściach, ale zalecałbym nomen omen dystans. Prawie pionowa ściana o wysokości (głębokości raczej w tej sytuacji) wg różnych źródeł od 20 do 25 metrów. Dawne wyrobisko. Wystarczy jeden krok…
Spoglądając w dół zobaczyć można tylko wierzchołki drzew. Wierzchołki, zaznaczam. Już samo to robi wrażenie. To sadzone w latach 60 modrzewie, które wypełnić miały leśny pustostan. A skoro już o drzewach mowa, to góra albo jak kto woli górka wokół której teraz maszeruję nosi nazwę Jasieniowa (520 m n.p.m.), która to nazwa z kolei pochodzi od jesiona określanego tu gwarowo mianem „jasienia” właśnie.
 

Szlak mijając nieznanego mi niestety pochodzenia ruiny małych domków w lesie sprowadza mnie teraz dość stromo w dół do… szosy DzięgielówCisownica. Około dziesięć minut drogi stąd w prawo dojść można do dzięgielowskiego zamku z końca XV wieku, średnio jednak zbliżonego do tego, co przeciętny turysta pod słowem zamek ma na myśli, a zatem równie średnio atrakcyjnego wizualnie moim zdaniem.
W lewo zaś, chwilowo pełnym kamiennego pyłu poboczem prowadzi dalsza część trasy. Przy rozwidleniu dróg należy wybrać tę w prawo (ulica Turystyczna) i nią dojść do najmniej atrakcyjnego miejsca dzisiejszej wycieczki, czyli… kamieniołomu w Lesznej Górnej. Tu zwracać powinno się baczną uwagę na sygnały dźwiękowe poprzedzające odstrzał kamienia i nakazujące bezwzględne opuszczenie zagrożonej strefy! Odpowiednie tablice informacyjne znajdują się obok drogi. Związany z opisaną sytuacją stres, irytujący hałas, całkiem spory ruch samochodów ciężarowych i wszechobecny pył szybko jednak zostawiamy w tyle skręcając obok parkingu dla pracowników w leśną ścieżkę w kierunku dawnego schroniska „Pod Tułem”.
 
Schronisko o którym mowa od plus minus 2006 roku jest już tylko prywatną restauracją, ale mimo to stało się na tyle charakterystycznym miejscem, że warto dodać kilka słów i o nim. Budynek powstał około 1931 roku, jako własność niemieckiego kupca Krischa (według innych źródeł: Kriescha lub Klischa) z Cieszyna. W czasie wojny odbywały się tu między innymi zjazdy Hitlerjugend, zaś po wyzwoleniu i remoncie od 1946 roku obiekt pozostawał w gestii PTT (późniejsze PTTK), jako stacja turystyczna. Od 1969 roku było to już pełnoprawne schronisko z 32 miejscami noclegowymi.
 
Z dróżki prowadzącej wprost do restauracji odbija w pewnym momencie słabo widoczna, dość wąska i stroma ścieżka w prawo, którą po chwili zejścia skręcić należy w lewo. Prawdziwe góry zaczynają się dopiero tutaj i to po raz pierwszy chyba nie wysokością, a urokiem. Dzika, szalona wręcz roślinność dookoła skojarzyła mi się  z… Podróżami Pana Kleksa, bo tylko tam były możliwe obrazki podobne do tych, które teraz napotykam. Wąziutką ścieżyną wzdłuż potoku Łabańskiego (Uwaga! Od zejścia z drogi spory kawałek bez znaków!!!) odpychając nacierające na mnie ze wszystkich stron różne zmutowane kosmiczne majeranki i inne koperki dochodzę do nieco wyraźniejszej dróżki lekko pod górę (dawne schronisko mam  wtedy na godzinie ósmej) i poprzez chaszcze trafiam… do raju.
 

Raj ów zwany przez twardziej ode mnie stąpających po ziemi Tułem (621 m n.p.m.) nosił niegdyś miano „góry storczyków” i jak stwierdzili naukowcy zamieszkiwało go swego czasu ponad 920 gatunków roślin ze wspomnianymi storczykami (ponad 20 gatunków!) na czele. Współcześnie nie wygląda to jednak już tak imponująco, albowiem w latach 70 i 80 wiele zniszczono przeorywaniem łąk i zasiewami mieszanek traw, choć nadal na szczęście istnieje prawie siedmiohektarowy użytek ekologiczny, na którym zachowuje się stan roślinności zbliżony do dawnego.
 
Wszystko powyższe nie zmienia jednak faktu, że Tuł i okolice są najpiękniejszym miejscem całej dzisiejszej wycieczki. Zapachy i kolory przekraczają tu po prostu ludzką skalę percepcji. Jak okiem sięgnąć ciągną się we wszystkich kierunkach połacie łąk i lasy za nimi, tuż przy ścieżce wylegują się stada przeogromnych krów („Dooobre krówki, dobre... Śpijcie grzecznie…”) a świat wydaje się tak piękny, że chciałoby się go pocałować.
 
 

Omijając wierzchołek Tułu z prawej dochodzę do samotnego gospodarstwa i znów asfaltem, ale na szczęście zupełnie pustej drogi o szerokości niewiele większej niż miejski chodnik maszeruję przez łąki witany muczeniem krów i powiewem wiatru. Panoramy stąd, zwłaszcza na czeską stronę są naprawdę zapadające w pamięć. I pomyśleć tylko, że jeszcze w przewodnikach z końca lat 80 uprzedzano, że ABSOLUTNIE nie wolno fotografować niczego na granicy a zwłaszcza za nią…
 

Łagodnym łukiem w lewo poprzez pola i łąki dochodzę do rozwidlenia u stóp Małej Czantorii (886 m n.p.m.) i obok bardzo starego, przepięknego domku (vis a vis którego stoi inny - nowoczesny i do bólu tandetny) zmierzam w las, czyli wybieram drogę w prawo. Najpierw dość płasko potem nieco stromiej szlak prowadzi mnie pośród olbrzymich drzew aż do miejsca w którym… 

Dobra, gdzie tu jest autobus do Katowic?

…do miejsca w którym zaczyna się chyba najtrudniejszy odcinek na dzisiejszej trasie.  Jest stromo, kamieniście i dosyć długo. Jedyna pociecha, że w cieniu i ze świetnie pomyślanym miejscem na odpoczynek w połowie drogi. Jest stół, są ławy, można złapać oddech. Pojawia się także dramatyczna myśl, że jeśli TO TUTAJ nosi miano MAŁEJ Czantorii, to ani chybił przed szczytem Wielkiej autor zakończy swą nie tylko górską, ale pewnie i ziemską wędrówkę raz na zawsze.
 
Na szczęście nie jest tak źle i noga za nogą, z przerwami na ustabilizowanie EKG docieram jednak do szczytu niezmiennie tatrzańsko kamienistą ścieżką. A szczyt, cóż, śmieszny jest. Proszę sobie bowiem wyobrazić „odwrotnego irokeza”, czyli wygolony na czyjejś głowie pas. Tak właśnie wygląda na Małej Czantorii. A w dali widać już Wielką. I co Wom powim, to Wom powim, ale Wom powim, że ta wielko, to wielko jest jak jasny cort!
 
 
A propos! Czeska nazwa Czantorii to jak wiadomo Cantoryja, zaś według niektórych polskich badaczy nazwą polską powinna być Czartoryja. Nie od czarta jednak a od kreta lub też jak chcą inni od roślinki o nazwie dziewięćsił tutaj sobie rosnącej. W ogóle Czantoria (ta większa) jest górą niezwykle bogatą w ciekawostki. Zacznijmy od tego, że w XIII wieku przebywał tu podobno niejaki Czyngis Chan, który w odwecie za śmierć swojego syna w rozlewiskach Bobrówki wybił do nogi wszystkich mieszkańców okolicznej wioski a jej zabudowania spalił. Kronikarze zapisali wówczas nazwę owej osady jako (uwaga!) Ustrino, zaś samej góry, na której wódz obozował – Czan-torium.   
 
Inna historia to ta o śpiących rycerzach, którzy budzą się tylko raz w roku, na Świętego Jana, by sprawdzić czy pora już ruszać do walki. Jeden ponoć wygląda z jaskini, a pozostali pytają go czy już. On odpowiada, że nie, poczym wraca do nich i skała zasłaniająca wejście zamyka się za nim znów na rok. Któregoś razu jednak potrzebowali rycerze podkuć swe konie i w tym celu wynajęli kowala. Gdy ten zakończył pracę zapytali go, ile za nią żąda. Niepewny siebie chłop odparł, że wszystko mu jedno. Na to wstał jeden i napełnił mu worek końskim łajnem. Obruszony kowal wziął wór, ale że wstyd mu było tak wracać do wioski wszystko po drodze wysypał. I wreszcie, gdy już prawie u celu raz jeszcze wytrząsnął worek, ze środka wypadła złota moneta. Pobiegł wieśniak w te pędy z powrotem szukając po swoich śladach, ale nic nie znalazł. A do wejścia do jaskini także już nigdy drugi raz nie trafił…
 
No dobrze. Odpoczęli?
Ruszamy dalej.
 

Pomiędzy obiema Czantoriami szlak schodzi do siodła, w którym z prawej dołącza także ścieżka od czeskiej strony (wcześniej - na Małej zakończyła się trasa żółta z Ustronia). Ogólnie robi się więc nieco ludniej i bardziej międzynarodowo. Tu również warto się zatrzymać, zrobić kilka zdjęć a przede wszystkim nacieszyć oczy pięknymi panoramami. Po lewej mamy Lipowski Groń i Równicę a daleko na godzinie jedenastej majestatycznie ukoronowane masztem Skrzyczne. Gdy zaś spojrzy się przed siebie robi się groźnie, ale bez obaw, jak pisałem najgorsze podejście na tej trasie już za nami.  Wznoszący się i bez wątpienia męczący odcinek ma tę zaletę, że jest krótki. Idąc nim docieramy przez las najpierw do będącego szczytem, ale nie Czantorii, tylko raczej tandety polskiego bufetu (tu dołącza szlak niebieski z Ustronia) i zaraz za nim po prawej do słynnego czeskiego schroniska.
 

Dlaczego słynnego? Och, długo by opowiadać. Obiekt ten jak większość w okolicy postawili Niemcy z Beskiden-Verein. Było to w roku 1904. Schronisko „oczywiście” było niedostępne dla Polaków, choć co ciekawe po 1938 roku i przyłączeniu Zaolzia do Macierzy znajdowało się na terenie naszego kraju. Po zakończeniu wojny i przywróceniu dawnej (czyli obecnej) granicy pozostawało przez wiele lat puste. Szlak odsunięto wtedy od pasa granicznego, samą granicę zaś chronił drut kolczasty i petardy. Remont budynku przeprowadzono w latach 60 zaś legalnie Polacy mogli doń zawitać po raz pierwszy dopiero w 1994.  I choć brzmi to niewiarygodnie, to zajrzenie do tego, bądźmy szczerzy, średnio atrakcyjnego budyneczku traktowane było do tego czasu jak nielegalne przekroczenie granicy ze wszystkimi tego prawnymi konsekwencjami, o czym lojalnie uprzedzano w przewodnikach.  Na „niecytatych” czekał zaś dodatkowo argument uniwersalny, czyli WOP-ista z karabinem…
 
Uff…
 
Fragment autentycznego przewodnika z lat 80 XX wieku.

Odcinek pomiędzy schroniskiem a wieżą widokową to już tylko kilka chwil prawie parkową alejką. I niestety prawie jak w parku zapchaną.  Jeszcze kilka metrów i… jest!
 
Wielka Czantoria (995 m n.p.m.) zdobyta po raz drugi!
 
To ważny moment, ponieważ tu właśnie można wycieczkę mojego pomysłu skrócić schodząc w stronę Stokłosicy szlakiem czerwonym i zjeżdżając do Ustronia Polany kolejką linową. A kto ma ochotę iść ze mną dalej, tego zapraszam na chwilę przerwy… za granicę.
 
Podczas mojej pierwszej wizyty na Czantorii zapewne nieco stremowany oryginalnością tego miejsca a dodatkowo mający w głowie resztki PRL-u nie tylko nie przeszedłem na drugą stronę słupków dalej niż metr, ale nawet nie zatrzymałem się tu na dłużej niż trwało zrobienie zdjęć. Dziś jednak już bez wahania sadowię się w cieniu, jaki daje daszek nad drewnianymi stołami czeskiego bufetu, wyjmuję resztki prowiantu, butelkę Kuracjusza i delektuję się widokami. Przerwa jest długa, bo aż dwudziestominutowa, ale musi być taką, skoro zdecydowałem się swój marsz kontynuować.
 

Na razie przyglądam się, przysłuchuję, odpoczywam, rozmyślam. Z tłumu „niedzielnych turystów” mój wzrok wyłuskuje dwie postacie siedzące w dali pod drzewami. Najprawdopodobniej babcię z wnukiem. Zbieram manatki i ruszam w ich kierunku. Do nowoczesnych „kijkowców” pewnie bym się nie odezwał, ale tu widzę pokrewne dusze…
-Dzień dobry. Przepraszam, że przeszkadzam, ale tam u góry ma pani takie wygodne stoły, ławy, cień…
-Dzień dobry. Tam za dużo ludzi. Niech wnuczek poczuje przynajmniej, że był w górach!
No tak. Prawdziwa turystka.
Szacunek.
 
Jako się więc rzekło idę dalej. Szlak czarny, który zakończył się na Czantorii zmieniam teraz na czerwony i schodzę bardzo stromą ścieżką w kierunku Beskidka. Co rusz widzę ludzi potykających się na kamieniach i sam także kilka razy o mało nie ląduję na wiadomo czym, a to nakazuje mi ostrzec innych: niezależnie od tego jakie jest Wasze zdanie o Beskidzie Śląskim, ten odcinek jest znacznie powyżej średniej jeśli oceniać trudność przejścia. Do krótkich zresztą także nie należy.
 
Ale wymuszone ostrożnością wolne tempo ma swoje zalety, bo można zawierać nowe znajomości. Ślizgając się nieco doganiam starsze małżeństwo i korzystając z chwili przerwy zagajam rozmowę (Ja! Super mruk na nizinach!). Oczywiście jak to najczęściej bywa podczas górskich pogaduszek najpierw „obwąchujemy się” pytając o przebytą już trasę, ale tu nie mam się czego wstydzić, a i państwo maszerujący od Ustronia także mają swoje w nogach. Stoimy tak kilka minut, narzekamy na ból kolan, na robactwo, na słońce, na co tylko, aż wreszcie prawie jednocześnie stwierdzamy (który to już raz!), że dziś się psioczy a jutro tęskni i... parskamy śmiechem.
 
Długie kamieniste zejście kończy się wreszcie i przechodzi w łagodną, prawie płaską leśną drogę tuż za bacówką Światowid przy której szlak skręca w lewo. Noga za nogą, bardzo powoli deptam w kierunku niepozornego znaczka na jednym z drzew. Oto jest! Przełęcz Beskidek (684 m n.p.m.) i tym samym pożegnanie z Głównym Szlakiem Beskidzkim.
 

Trzy informacje, co do tego odcinka pozwolę sobie tu dodać. Po pierwsze widokowo poza fragmentami zejścia z Czantorii jest raczej skromnie – trasa prowadzi przez mniej lub bardziej gęsty las i kilka małych polanek. Po drugie Przełęczy Beskidek a) nie należy mylić z inną o tej samej nazwie znajdującą się na szlaku między Ustroniem Polaną a Orłową, b) można nie zauważyć, gdyż jest to (dosłownie!) tylko punkt orientacyjny na dłuższym odcinku płaskiej trasy i wreszcie po trzecie: tabliczki informacyjne są tu tylko czeskie, na nich zaś a) podano inną niż wg. polskich danych wysokość (680 zamiast 684 m) i b) NIE MA ANI SŁOWA O ZEJŚCIU DO WISŁY JAWORNIKA!!!
 
Co się tyczy tej ostatniej kwestii, to wystarczy zapamiętać, że polski szlak czarny, którym odbijamy z GSB w lewo zaczyna się ZA czeską tabliczką z napisem Beskydske Sedlo i dalej jest już bardzo wyraźnie oznakowany.
Miejscami stromo, a stopniowo coraz łagodniej ścieżka prowadzi teraz w dół odsłaniając pomiędzy drzewami coraz to nowe niezwykle atrakcyjne widoki na Wisłę i otaczające ją góry.
 
 
Lekkim łukiem najpierw w lewo, potem znów pomiędzy pastwiskami w prawo schodzę do pierwszych zabudowań, a chwilę później do drogi na której jak na zamówienie zatrzymuje się tuż obok mnie prawie pusty autobus. OCZYWIŚCIE do dworca w Wiśle.
Nie.
Dwadzieścia kilometrów w nogach.
Nie!
Tanio, szybko i na siedząco.
Nieeeeeeee!!!
 
I autobus odjeżdża.
 
Z Wisły Jawornika do centrum, czyli dworca Wisła Uzdrowisko prowadzi już szlak niebieski, który w pewnym momencie dołącza z prawej. Cały zaś odcinek to spacer chodnikiem wzdłuż drogi i dopiero pod sam koniec ostry skręt w prawo, by cieniu lasu dojść najpierw do małego tunelu pod torami, a potem do jakże znajomego dworca autobusowego, kościoła i stacji. Czy warto? Odpowiem raczej tradycyjnie. Na pierwszy raz, dla poznania okolicy, przyjrzenia się niejednokrotnie bardzo starym domostwom, poczucia atmosfery tej sympatycznej miejscowości – tak. Jeżeli już jednak raz się tę trasę przeszło, nie stracimy wiele korzystając z komunikacji miejskiej.
 
Ale przecież mnie ta przechadzka (asfalt pod nogami po tylu kilometrach kamieni, to ulga nie do opisania) była potrzebna nie tylko dla jej walorów turystycznych.
 
Dwadzieścia trzy kilometry i dwieście metrów!!! Rekord z sierpnia pobity!
 
Ja zresztą także.
 
Dobranoc państwu!
 
 
POST SCRIPTUM
 Odpowiadając siódmego września na komentarz pod opisem poprzedniej wycieczki stwierdziłem, że "od dziś koniec bicia rekordów". Nie skłamałem, ta wycieczka odbyła się przecież szóstego :)) Dalszego przeciągania dystansu już nie planuję.
 
===
 
Punkty do wyszukania na mapie: Goleszów, jezioro Ton, Dzięgielów, Tuł, Mała Czantoria, Wielka Czantoria, Ustroń, Przełęcz Beskidek, Wisła.
 
Stopień trudności: wysoki, po skróceniu wg propozycji nr 3 - średni.
 
Up & Down: Od dworca kolejowego do jeziora Ton trasa początkowo płaska, potem lekko wznosząca, a następnie nieco mocniej opadająca z Jasieniowej, od drogi z Dzięgielowa aż do lasu przed Małą Czantorią bardzo łagodna, wręcz spacerowa. Podejście na Małą Czantorię strome, kamieniste. Pomiędzy Czantoriami szlak łatwy, podejście na Wielką Czantorię umiarkowanie trudne, krótkie, potem od punktu fast food do szczytu zupełnie połogo. Zejście szlakiem czerwonym w stronę Przełęczy Beskidek bardzo trudne i wymagające dużej ostrożności nawet w idealnych warunkach, potem do Beskidka szlak płaski, zejście do Jawornika spokojnie opadające. Od Jawornika do Centrum trasa zupełnie płaska, spacerowa, w większości poprowadzona chodnikami.
 
Atrakcje widokowe: Jezioro Ton, wyrobiska na Jasieniowej, okolice Tułu, przełęcz pomiędzy Czantoriami, Wielka Czantoria, zejście do Wisły Jawornika z Beskidka.
 
Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Goleszowie i Wiśle, fast-food na Wielkiej Czantorii. Na trasie nie ma polskich schronisk. Dostępne jest czeskie schronisko pod szczytem Wlk. Czantorii.
 
Komunikacja: Do Goleszowa dojazd koleją, z Wisły kolej lub busy prywatnych przewoźników.
 
Opis marszruty: Z Goleszowa na Wlk. Czantorię szlak czarny, z niej do Przełęczy Beskidek szlak czerwony (GSB), zejście do Jawornika szlakiem czarnym, Jawornik – Wisła Uzdrowisko (PKP, bus) – szlak niebieski.
 
Odległość: 23,2 km. Mój czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 godzin i 50 minut.
 
Opinia: Trasa bardzo długa, raczej trudna, z dwoma kamienistymi i stromymi fragmentami, czyli podejściem na Małą Czantorię i zejściem z Wielkiej. Osobom starszym, słabszym fizycznie oraz dzieciom polecam skrócenie jej poprzez zjazd z Czantorii kolejką linową do Ustronia Polany.
 
Możliwości zmian: 1. Wycieczkę można rozpocząć z okolicy zamku w Dzięgielowie dojeżdżając tam autobusem z Cieszyna 2. Z Małej Czantorii możliwe zejście szlakiem żółtym do Ustronia, 3) Z Wlk. Czantorii można zjechać kolejką linową do Ustronia Polany lub zejść tam pieszo szlakiem czerwonym (trudnym i stromym!), 4) Trasę można zakończyć w Wiśle Jaworniku dojeżdżając stamtąd do centrum (Wisła Uzdrowisko) autobusem. 
 
  
PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ TUTAJ! [KLIK!]


 A tutaj filmik, który umieściłem na moim kanale YT

24 komentarze:

  1. Długa trasa, nie ma co. I ostatnia rekordowa jeżeli dobrze rozumiem:)
    Muszę poszperać za tym przewodnikiem z lat 80tych bo gdzieś miałem, zdaje się że wiem co to za wydanie (twarda oprawa, w każdym tomiku po kilka pasm, autora nie mogę sobie przypomnieć, Krygowski?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat Barański. Ale jest ich sporo. Sikora, Krygowski, Moskała, Sosna, Gajdzik i jeszcze paru innych...
      Zgadza się. "Dalej" nie idę. Pewnie dałbym radę, ale po co? Wolę jakieś plus minus siedemnaście kilometrów i możliwość doceniania widoków do ostatniej chwili niż dwadzieścia pięć i od dwudziestego wycie do księżyca ;))

      No chyba żeby...
      Ale nie...
      Chociaż...

      Nieeeeeee!!!

      Usuń
  2. Śpieszyć się nie ma gdzie, to prawda.
    Najlepsze do nieśpieszenia się w górach, i czasem do poznawania na nowo tych samych miejsc, są wycieczki z dzieciakami. Choć krótkie (km) to długie (czasowo), wszystko wygląda wtedy inaczej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekonałem się już kilka razy, że nie tylko jak wcześniej wiedziałem ta sama trasa "na odwrót" ale także sama "ta sama" bywa nowym odkryciem. Tyle różnych wrażeń i bodźców zewsząd, że nigdy wszystkich nie połapiemy, ani sami ani z kimś. Myślę, że w tym tkwi urok gór i w ogóle wędrowania.

      Usuń
  3. Na razie obejrzałam filmik. 23 kilosy dla takich widoków warto :) Jeśli planujesz kolejne krótsze wyprawy, to rzeczywiście, skupiłabym się bardziej na widokach i miejscach i obfotografowałabym ze 'wszystkich' stron :) Miejsca są przepiękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz? ;))

      Kilka moich wycieczek przekraczających powiedzmy 18 kilometrów kończyło się tak, że szedłem, widziałem coś i mówiłem sobie "Dobra, fajne, ale ja jestem zmęczony!" Bez sensu, prawda?

      I tu nawet nie o zdjęcia chodzi, a o możliwość zapamiętania, poczucia, nacieszenia oczu i duszy tym wszystkim dookoła.

      Co do zdjęć, to wiesz... nigdy nie oddadzą wszystkiego, bo przecież to, co sprawia, że mówimy wow! nie zawsze jest uchwytne dla obiektywu czy nawet oka.

      Czy planuję kolejne wycieczki?

      Jutro wczesnym rankiem z ligockiego peronu odjeżdża taki pociąg...

      Usuń
  4. Mam nadzieję, ze wycieczka się udała :) Ta, to prawdziwy tasiemiec :) Podzieliłam ją na dwie części :) Twoje opisy można by przeedytować na aplikacje do telefonów dla wędrówców - gadżeciarzy :) Tylko zamiast podziwiać widoki, pewnie wpatrywaliby się 90% czasu w Twoją relację i uroki wyprawy przeleciałaby im przed nosem :) Wirtualny spacer w sam raz dla zabieganych miastowych :) Pozdrawiam !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka aplikacja na androida już jest (nie moja rzecz jasna) i nawet się nią bawiłem, ale delikatnie rzecz ujmując opisy tam są skromne. A to tutaj nie aspiruje bynajmniej do miana przewodnika. Z pewnością można iść na wycieczkę WEDŁUG tego co napisałem, ale chyba jednak nie Z TYM, bo czasem jak to ja po prostu "jadę literaturą". Taki już urok tego bloga - nic tu nie da się zaszufladkować ;)

      No ja niestety nie mogłem tej wycieczki podzielić, tak że deptać musiałem na raz. Ale nie żałuję, choć powtarzam - koniec z trasami " na dystans".

      Co do najnowszej wędrówki, to owszem, była wczoraj, udała się, kolejny ośmiotysięcznik pokonany ;), świstak obżarty mleczną czekoladą i jest git. Jeśli dodać do tego, że o mało co nie uciekaliśmy przed niedźwiedziem, a przed nami z kolei (ale później) uciekł ostatni bus do Katowic, to naprawdę Tony Halik wysiada ;D

      Pozdrowienia

      Usuń
  5. Nie znajduję słów, które chciałabym Ci w tej chwili powiedzieć. Powiem więc krótko – dziękuję! :)

    Acha! Ten drogowskaz na końcu Twojego postu jest po prostu świetny! :D

    Pozdrowionka
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę :)

      Jesteś stałą czytelniczką, to Ci się przyznam. Wszystkie te teksty tak naprawdę pisze świstak, ja mu tylko podaję czekoladę gdy traci wenę ;))

      Usuń
    2. W takim razie dzięki i buziaki dla Alojzego. :D

      Ma nieprzeciętny talent ten mały pluszowy obżarciuch. Jeżeli to czekolada tak twórczo na niego działa, to mu jej nie żałuj. Miłego dnia wam obu życzę. :)

      Usuń
    3. Dzięki. Przekażę mu jak wstanie, bo na razie śpi. W końcu w piątek wróciliśmy razem z kolejnej wielkiej wyprawy. Polowania na niedźwiedzie (i vice versa), na busy do Katowic i na spóźnione pociągi. Oj, działo się, działo...
      Ale miejsce, które odwiedziliśmy... O Boziu... Piękne było!

      Usuń
  6. Czyli kroi się jeżący włosy odcinek przygodowy. To będzie hicior :) Ale nie dziel się z nami nim tak szybko. Pozwól zbudować napięcie :D Potem będziemy robić w gacie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już widzę ten napis na okładce "Ta książka działa lepiej niż Xenna extra!" ;DD

      Usuń
    2. Lepiej bym tego nie ujęła :D

      Usuń
  7. Dlaczego nie mam dostępu do Twojego albumu?

    Zmartwiona
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikogo na tym blogu nie traktuję wyjątkowo ani in plus ani in minus. Ciebie także. To, czego doświadczyłaś (i ja również po wylogowaniu) to "manewry" Google na rzecz przejścia z osobnych profili Bloggera, You Tube i Picasa Web Albums na jeden pod nazwą Google +.
      Jeżeli ten kierunek się utrzyma to prawdopodobnie zlikwiduję bloga i moje profile w tych serwisach.

      Co do jakiejś "mojej cenzury" to od początku usuwam niezależnie od autorstwa tylko wpisy wulgarne, zdublowane, spamerskie oraz naruszające moją prywatność. Inne, nawet najbardziej krytyczne zawsze traktuję poważnie i publikuję w pełnym brzmieniu.

      Pozdrowienia

      Usuń
    2. Jeśli zlikwidujesz, to my Cię wybuuuuczymy :P Nie ma mnie dwa dni, a Ty już 'spiskujesz'. Rany Julek i Mamma Mia. !!!! Nie robi się tego wiernym czytelnikom, a jeśli już masz likwidować to sie przenieś na inny serwis, bo ja tu niedawno dołączyłam, a Ty już chcesz zbierać manele. :)

      Usuń
    3. "Dodaj do kręgów", "w jego kręgach", ble, ble, ble.

      Infantylne g :))

      Bynajmniej nie plus.

      =============

      Nie wiem jeszcze co zrobię. Nie wykluczam po namyśle jednak przejścia na Plusa i sprawdzenia co i jak. Ten blog jest mi potrzebny, bo bywa jedynym dowodem, że i w cieciu jest człowiek.

      Usuń
    4. Już dawno udowodniłeś, że słowo cieć do Ciebie nie pasuje. A blog jest potrzebny nie tylko Tobie, pamiętaj o tym :)

      Usuń
  8. Portierze, żeby było jasne, wcale nie oczekuję żebyś traktował mnie wyjątkowo, nie ma ku temu żadnego powodu. Ja jednak traktuję wyjątkowo Twoją wrażliwość na piękno i zmartwiłam się gdy droga do Twoich obrazków została mi odcięta. I spoko, ani przez chwilę nie podejrzewałam o jakąś cenzurę Ciebie.

    Dziękuję za pozdrowienia i również Ciebie pozdrawiam. A z tym usuwaniem bloga chyba żartujesz. Nie rób nam tego, proszę. :) Przecież nie może być tak, że Google+ ma prawo wymuszać cokolwiek na kimkolwiek. Ja także nie chcę do Google+. Dobrze mi jest u Bloggera.

    Uściski dla Alojzego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem tylko na myśli, że nie ja Cię "odciąłem" za coś czy dla czegoś.

      Co do Google+ to nie widzę tam siebie. FB, TT czy G+ to jedno i to samo nic dla ludzi, którym do wyrażenia siebie wystarcza 160 znaków, lajkowanie i emotki.
      Mnie nie wystarcza. Ja się w to nie bawię.
      =================
      Alojzy dziękuje. Na tej wycieczce wprawdzie go nie było, ale był na następnej, o której za jakiś czas opowiem.

      Usuń
  9. Czekam z utęsknieniem na wasze kolejne przygody w górach. :D

    O Google+ i tych wszystkich innych modach na sukces mam podobne zdanie do Ciebie. Też się w to nie bawię. Wolę spotykać PRAWDZIWYCH LUDZI jak Ty, chociaż w wirtualnym świecie. :D

    A teraz jeżeli pozwolisz pospaceruję sobie po Twojej galerii obrazów. Może coś skomentuję, a może po prostu jedynie postoję sobie przy każdym, popatrzę i oczy nacieszę zanim położę się spać z nadzieją, że będę miała piękne sny. :D

    Buziaczki dla was obu Panowie
    Karolina

    OdpowiedzUsuń

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.