Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 18 lutego 2014

Nowy stary wpis

Napisałem ten post w nocy z 24 na 25 grudnia 2013 roku, ale zachowałem do dziś jako kopię roboczą pokazując w tym czasie tylko dwóm osobom. Pora to zmienić.

Opublikowane "wstecznie"
 Moje trzy wigilie.

Voila!
 
 
Komentarze tutaj zablokowane (bo to tylko link) są oczywiście nadal normalnie publikowane pod wpisem do którego odsyłam i w calutkiej reszcie bloga.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Skasuj pedofila!

O kim teraz pomyślałeś? O NIM? Błąd. Są inni, płotki wprawdzie, ale paradoksalnie ważniejsze na dziś od rekina, bo nadal pływające wolno, choć nomen omen w Sieci. Mogłeś i w każdej chwili możesz ich spotkać, minąć, dostrzec ślady i… odwrócić wzrok, uciec, wycofać się chyłkiem.  
Nie wolno Ci tego zrobić z trzech powodów.
Po pierwsze, udając że nie widzisz, pomagasz im, po drugie jeśli domagasz się sprawiedliwości dużej, tam u góry, w błyskach fleszy i na czerwonych paskach stacji informacyjnych, zacznij od tej małej tutaj na którą to Ty masz wpływ. Po trzecie, aby ją wprowadzić nie musisz posuwać się do samosądów, wystarczy areszt obywatelski w wersji cyfrowej.
 Kliknij w obrazek aby przejść do formularza online na dyzurnet.pl
http://dyzurnet.pl/formularz_pl.html

Prosty formularz, zaznaczenie co i skąd (www, fora, maile itd.) chcesz zgłosić a potem ew. Twoje uwagi i jeśli chcesz wiedzieć jak sprawy potoczyły się dalej także adres mailowy i już. Resztą zajmą się specjaliści z NASK, administratorzy serwisów, operatorzy Internetu oraz oczywiście i przede wszystkim policja.

Tymi paroma kliknięciami możesz zrobić więcej dobrego niż wypisywaniem w komentarzach, cóż też uczyniłbyś na przykład panu T. mimo iż sam wiesz, że nie uczyniłbyś nic, bo czyniąc cokolwiek stałbyś się tym samym kim jest on. Przestępcą.
Pomyśl o tym, uspokój nerwy, otwórz oczy i nie pozwól sobie na obojętność wobec tego, co dziś rażąc, jutro może krzywdzić, a pojutrze…
Do „pojutrza” nie wolno dopuścić.
A oni tu są. Wcale nie tak daleko jakbyś mógł sądzić. Czasem irytująco blisko. Na przykład w jednym z wielu serwisów udostępniających hosting plików. Tym samym na którym bez problemu znaleźć możesz poza tym co legalne petabajty pirackich systemów operacyjnych, programów, filmów, gier, książek i muzyki. Na dobrą sprawę nawet się nie kryją. Charakterystyczne nicki albo awatary przy nich, wzajemne śledzenie swoich profili, komentarze, tagi, wmieszane gdzieś między „legalne” porno foldery na początek z tylko niepokojącą zawartością, sporo innych chronionych hasłem, ale za to opisanych tak, że widać z kilometra i tak dalej i tak dalej. Albo wreszcie coś, co zapewne komuś wydało się świetnym sposobem. Opublikowanie czegoś trefnego na bardzo krótki czas. Jest - nie ma, jest - nie ma.
Kto wie, ten pobierze, a rano będzie czysto.
A tu niespodzianka.  Niewłaściwy człowiek o niewłaściwej porze. Link, dyżurnet, zgłoszenie. Po paru chwilach kolejne.

Nie szukaj, ale jeśli już gdziekolwiek napotkasz – nie omijaj.
Skasuj pedofila!


Na stronie dyżurnetu zgłosić możesz także napotkane w Sieci przejawy nietolerancji rasowej, religijnej czy narodowościowej oraz twardą pornografię (w tym wykorzystującą zwierzęta) i wszelkie inne potencjalnie groźne treści.

środa, 12 lutego 2014

Maszyniści ślepego toru

 *
Jeżeli:
 
-Myślisz że najniższa pensja brutto w Polsce to 1680 zł, a już na pewno nikt nie pracowałby za 4,80 zł (ok. 3,65 netto)  na godzinę?**
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Uznajesz za niewiarygodne, że ktoś, a zwłaszcza kobieta mógłby pracować 300 - 400 godzin w miesiącu?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Jesteś przekonany, że każdy pracodawca MUSI przestrzegać Kodeksu Pracy albo płacić za nadgodziny?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Uznałbyś za niesmaczny żart stwierdzenie, że najbardziej poszukiwanym przez firmy ochroniarskie pracownikiem jest chory z II grupą niepełnosprawności?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Nie dopuszczasz do siebie myśli, że osoba taka jak opisana w punkcie powyżej ma organizować ewakuację pracowników dozorowanego obiektu, reagować na zagrożenia i skutecznie zabezpieczać mienie, życie i zdrowie innych w dzień i w nocy?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Nie wyobrażasz sobie że można usłyszeć podczas rekrutacji słowa: Nie ma pan niepełnosprawności? A nie da się jakoś tego załatwić? Przecież każdy na coś choruje...
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM


-Uważasz że nie jest możliwym mieć za przełożonego w 2014 roku byłego milicjanta czy esbeka?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Zdziwiło by Cię, że pracownik pilnujący jednej koparki i barakowozu na pustym placu zarabia w porywach dwa razy więcej od obsługującego system kilkudziesięciu kamer monitoringu, wystawienie przepustek, udzielanie informacji i centralę telefoniczną tylko dlatego, że za tego pierwszego firma kasuje dotację z PFRON-u?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Popukałbyś się w czoło słysząc, że można zarobić "minus dwadzieścia pięć złotych" za nadgodziny?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Oburzyłoby Cię, że za odmowę podpisania fikcyjnej umowy zlecenia jako "uzupełnienia" umowy o pracę następnego dnia "przypadkowo" przeniosą Cię na drugi koniec województwa?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Żachnąłbyś się na wieść, że możesz sam jeden chodzić co 90 minut na 25 minutowe obchody we własnych spodniach i butach po kolana w śniegu, a o drugiej w nocy drżąc z zimna w ogrzewanym jednym starym grzejnikiem brudnym barakowozie usłyszeć od przełożonego "A gdzie pan ma firmowy krawat?"
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Pewien jesteś że podstawowe atrybuty pracy na etat jakimi są: określony jasno przełożony, godziny i miejsce pracy, plan dyżurów oraz zakres obowiązków zgodnie z prawem oznaczają pewną umowę o pracę, a nie zlecenie czy dzieło?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Wydaje Ci się, że nikt nie może kazać Ci przyjąć na stan brudnej, zużytej koszuli czy polaru po innej osobie, tylko dlatego, że pracujesz na "śmieciówce", a nie normalnej umowie?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Uznałbyś za nieludzkie stanowisko pracy w którego pobliżu nie ma bieżącej wody ani ubikacji, a wytrzymać na nim musisz dwanaście godzin przy trzydziestostopniowym upale (np. będąc osobą chorą)?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Wzdragasz się na myśl, że ktoś mógłby Ci zaproponować pilnowanie czegokolwiek z własnego samochodu przy kilkunastostopniowym mrozie?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Nie uwierzyłbyś, że jeden napis na rękawie może sprawić, że niezależnie od poziomu Twojej inteligencji i kultury będziesz przez większość z automatu traktowany jak półgłówek, cham lub nałogowy prenumerator tabloidów (co w sumie na jedno wychodzi)?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Przeraziłoby Cię, że możesz sam jeden pilnować kilku budynków i ich otoczenia bez latarki, psa i służbowego telefonu za to z tzw. pilotem antynapadowym, którego włączenie sprawi, że za około 25 minut być może przyjedzie grupa interwencyjna (rozpoznać Twoje zwłoki)?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Potraktowałbyś jak żart informację, że serwis techniczny urządzeń monitorujących, dzięki którym masz zapewnić bezpieczeństwo setkom ludzi nie pracuje popołudniami, w nocy oraz w weekendy i święta?
 
ZOSTAŃ OCHRONIARZEM
 
-Zostałeś ochroniarzem?
 
ZGAŚ ŚWIATŁO, WYJMIJ PODUSZKĘ, WŁĄCZ TELEWIZOR I WYŁĄCZ SUMIENIE. ŚWIAT MA W DUPIE TO, ŻE MOŻE AKURAT TOBIE JEDNEMU NA CZYMŚ ZALEŻY.


Dobranoc

=================================== 
http://pieniadze.gazeta.pl/pieniadz/1,136156,15361149,Praca_od_zaraz__Placa__4_zl_brutto_za_godzine____Zdjecie.html
Kliknij w obrazek powyżej aby przeczytać o człowieku (?!)
gotowym zapłacić Ci 672 zł brutto za pełny miesiąc pracy.
===================================


* - Plakat na początku nie ma innego związku z tekstem jak tylko śmieszność jaką jest według autora bloga proponowanie komukolwiek pracy w ochronie jako atrakcyjnej. Pracownicy z licencją ochroniarza lub po skończeniu kursów, niewykluczone, że również takich jak ten z plakatu zarabiają najczęściej do kilkuset zł więcej od pracowników bez licencji. Pracownicy bezlicencyjni zarabiają pensję minimalną na umowie o pracę lub jej równowartość albo część (w najgorszym razie nawet połowę) na umowie zleceniu lub dziele.
** - Nie wszystkie opisane w tekście absurdy i niedogodności pracy w branży są bezpośrednim doświadczeniem autora, jednakże w takich przypadkach powołał się on tu na znane mu sytuacje z bezpośredniego otoczenia, tj. firm i ludzi z którymi współpracował.

wtorek, 4 lutego 2014

Pożeganie z hajerem

POPRZEDNIE CZĘSCI OPOWIEŚCI:
---
Minęło dwadzieścia lat od mojej ostatniej dniówki. O wiele więcej od pierwszej. Kopalnia zakończyła wydobycie dekadę temu, a z końcem 2013 roku została prawie całkowicie wyburzona. Świat przewrócił kolejną kartę swojej historii. Zanim jednak i ja zrobię to samo, chciałbym tu opowiedzieć o kilku jeszcze tym razem bardziej może „filmowych” obrazkach  z przeszłości dalszej i nieco bliższej.
---
Swoją pracę na Kleofasie rozpocząłem i zakończyłem w identyczny prawie sposób – wygrywając spór z przełożonymi. Ten pierwszy, zaraz po skończeniu szkoły, dotyczył wyższej niż moja stawki, jaką przyznano koledze z tej samej klasy na tym samym co moje stanowisku, zaś ten drugi…

-Już pan u nas nie pracuje.
-Słucham?!
-Porzucenie pracy. Jest pan zwolniony. Paragraf 64 kp.*
-Porzucenie???

Ano tak. Porzucenie. Tyle że nie pracy przeze mnie, a mojego listu przez kochaną Pocztę Polską. Właściwie to chyba jedyny w calutkim moim życiorysie przypadek zaginięcia przesyłki, ale taki, że jak widać wystarczy za sto innych.
A zaczęło się zupełnie niewinnie. Ktoś znajomy zdziwił się, że będąc chorym wybieram się do firmy z druczkiem L4 i podpowiedział wysłanie go listem poleconym. Upewniłem się jeszcze, że tak można i cóż, list nadałem. Gdzie jest, tego nie wiem do dziś, bo na pewno na kopalnię nie dotarł. A gdy dotarłem ja, od dwóch tygodni nie byłem już jej pracownikiem.
Bieganie, awantury na poczcie, krzyki i lamenty na nic się zdały. Na reklamację według pań „pocztówek” było za wcześnie (sic!). Wreszcie udało mi się uzyskać duplikat L4 w przychodni i zmachany dowiozłem go na kopalnię, gdzie oczywiście zwolnienie anulowano, ale... dołożono po kilku dniach na otrzeźwienie naganę. Za to samo, czyli niedoręczenie w terminie chorobowego. I to także udało mi się zbić, choć przez przypadek bardziej walkowerem niż merytorycznie. Złożyłem po szybkiej lekturze odpowiednich paragrafów dość płomienne odwołanie, wsparłem się pomocą prawną dopiero raczkującego wtedy u nas związku Solidarność 80 i wreszcie po jakimś czasie bezskutecznego oczekiwania na rozpatrzenie pisma spojrzałem z diabelskim uśmieszkiem na kalendarz…

środa, 29 stycznia 2014

Jo, hajer przodowy ;) część czwarta

Skoro o zupkach mowa. Panowała podówczas, a raczej rozpoczynała się dopiero moda na rosołki instant sprzedawane pod postacią żółtego proszku w charakterystycznych słoiczkach. Dużo później pojawił się podobnej formie barszcz czerwony, ale w czasach o których opowiadam rosołek ów (zapewne będący podświadomą opozycją do rosołku kraa-kraa panów szklarzy) panował niepodzielnie. Każdy, dosłownie każdy z nas miał swój słoiczek i co rano z wielką celebrą odsypywał dwie łyżeczki namiastki do kubeczka lub szklanki, a potem pił to paskudztwo masując się po brzuszku prawie jak mały miś.

-Aaaa… Ciepłe… Zdrowe…

Akurat.

Dziś sam widok takowej „zupki” mnie odrzuca, ale wtedy cóż, wtedy mi smakowała. Nawet do bułki z dżemem, jeśli tak wypadło.

Nieodłączną częścią śniadania była wymiana kaset video. Królowały filmy karate, „bawarskie przypadki” (gdyby ktoś nie kojarzył – niemiecki humor erotyczny, brrr…) i klasyka VHS, czyli Akademia policyjna, Lody na patyku, Rambo, Rocky i tym podobne. Prawie każdy z nas do pracy niósł dwie torby. Mniejszą ze śniadaniem czy czymś z ubrania i większą z porcją kaset. Tak, z porcją, bo nie znałem nikogo, kto oglądałby jeden film dziennie. Dwa to było minimum. Rekordziści dochodzili do czterech i… zasypiali o pierwszej w nocy. Kiedy jednemu z kolegów przyniosłem do obejrzenia nabyte za grubo ponad dwieście tysięcy ówczesnych złotych oryginalne (sic!) Grease z salonu polskiego dystrybutora, to nawet kierownik przybiegł zobaczyć jak też wygląda „legal” oraz naiwniak, który go kupił…

Śniadania trwały pół godziny. Pracujący na kopalni wracali na nie na oddział, a ci których wysłano na tereny szybów, zachodniego lub wschodniego, jedli na miejscu. Miałem też kolegę, którego pierwszy raz zobaczyłem dopiero po kilku latach, bowiem stale pracował „na rejonie”, czyli tam gdzie dziś w Katowicach odnajdziemy Silesia City Center. Mnie zdarzyło się tam być tylko jedną jedyną dniówkę, nota bene ostatnią w strukturach kopalnianej budowlanki dużo, dużo później.

Po śniadaniu wracało się już do pracy uczciwej raczej, acz nie zawsze ekstremalnie wydajnej. Wszystko zależało od miejsca, składu brygady, priorytetu danego zadania i ilości przydzielonych doń osób. W takim powiedzmy remoncie łaźni brali udział prawie wszyscy, więc i „urobek” musiał być odpowiedni. Ale bywały roboty na które szło się we dwóch, czasem nawet, choć bardzo rzadko, samemu.  Świeżo po szkole na przykład pracowałem dość długo przy produkcji ekranów do szybów wentylacyjnych. Brzmi nieźle, prawda? Ale high techu w tym nie ma za grosz, jeśli odliczyć może szlifierkę kątową Celma o roku produkcji wcześniejszym niż mój własny.
A tak bardziej serio? Już tłumaczę.

Ekran to było coś w rodzaju filtra montowanego w szybach wentylacyjnych kopalni sekcjami po kilkadziesiąt sztuk. Gdyby ktoś chciał rozpocząć amatorską produkcję tegoż, podaję przepis. Rama drewniana, mocna, o kształcie trapezu, podzielona na trzy pola, a gruba na ok. trzy centymetry, zaś szeroka i długa jak plus minus tapczan. Wewnątrz ramy wełna mineralna, z jej obu stron płótno, takie samo jak znane z worków na ziemniaki, a na to również z obu stron siatka ogrodzeniowa. Płótno przybite gwózdkami, siatka specjalnymi haczykami. Wszystko ładnie ponaciągane i zamocowane na sztywno. Voila!

Ekrany (tutaj prostokątne i z kratką zamiast siatki) w szybie wentylacyjnym. 
Zdjęcie pochodzi z serwisu eksploratorzy.com.pl Autor: Heniek.

Z natury rzeczy najczęściej pracowałem z murarzami, czasem z płytkarzami, rzadziej ze szklarzami. Kto został? Dekarze, malarze, instalatorzy i elektrycy. Dekarzy na ten przykład mieliśmy dwóch.  Starszy był po prostu (po prostu!) dobrym fachowcem, młodszy oprócz tego także spoko gościem. Zapamiętałem taką scenę, która wraca do mnie ilekroć w życiu pracować muszę z młodszymi od siebie. Mieliśmy jakąś dniówkę we dwóch. Cóż tam może mieć dekarz? Może rynny, może parapety, może coś zupełnie spoza branży, nieważne. Dość, że praca była ciężka a pogoda jesienna. Uwinęliśmy się jednak jakoś znośnie i wtedy mój towarzysz powiedział: Czekaj, mamy nadrobione, idziemy do baru na kurczaka.
Ale ja nie mam pieniędzy… przy sobie…
A czy ja się ciebie pytam o pieniądze?

Wielkie mi co, powie ktoś. Ale jednak. To był pierwszy ze sporo starszych ode mnie na oddziale, który potraktował mnie nie jak PWP (przynieś, wynieś, pozamiataj) a po prostu jak kumpla. Takiego, z którym się pracuje, ale także takiego, z którym potem można normalnie pogadać, pożartować i wcale nie trzeba go przy tym nieustannie „wychowywać” pokazując kim się to nie jest. I od tego pachnącego ciepłego kuraka pałaszowanego za friko w kopalnianym barze ważniejsze było dla mnie tego dnia właśnie poczucie bycia traktowanym serio mimo swoich ledwie osiemnastu lat.

Nie byłem jednak i wcale nie zamierzam takim się tutaj przedstawiać, pracownikiem zawsze skutecznym i dobrze wyszkolonym do wszystkiego. Na samiutkim początku, czego też nie zapomnę przeżyłem nawet swego rodzaju upokorzenie, które jednak zaprocentowało jak najbardziej pozytywnie.
Na terenie głównego magazynu nasi murarze stawiali ścianki działowe mające zamienić ogromną wiatę w coś w rodzaju baraku z osobnymi pomieszczeniami na wszelaką drobnicę. Oni murowali, jeden ze starszych kolegów dowoził cegłę, a ja byłem… betoniarką. Tyle że jakoś mi nie szło. Piasek, cement, wapno, woda i… no nie da się. Za ciężko.
Za pierwszym razem któryś z murarzy skomentował efekt mojej pracy krótkim: Janek, weź to wymieszaj, bo młody nie umie! ale za drugim inny rzucił kielnię, podszedł zdecydowanym krokiem do mnie i…


Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Bierz młody łopatę!
A teraz stawaj. Nie tak, lewe kolano do przodu, prawa noga do tyłu. Dobra. I nie pchaj łopaty, tylko ją popychaj udem. Powoli, po dnie… Dobra. Teraz przewróć zaprawę od spodu. Super. No i mieszasz. 
Starszy pan stał za mną i trzymał mnie za łokcie jak dziecko. Było mi wstyd. Koledzy się śmiali. Nowy nie potrafi malty namieszać! Patrzcie, jak go trzeba uczyć! Ale się nauczyłem. I do dziś, co wcale nie jest takie oczywiste w dobie urządzeń elektrycznych nadal potrafię „wyczarować” wszystko od „szprycu” na pierwszą obrzutkę, poprzez zaprawy do tynkowania, murowania, półsuche na posadzkę aż po beton. Wszystko hand made plus łopata.
Z malarzami pracowałem raczej sporadycznie i to przy robotach bardziej z mojej niż ich branży jeśli już. Chociaż… no tak. To właśnie z nimi pojechałem na opisaną już na tym blogu delegację w okolice Żywca… Kto nie czytał – zapraszam.
Ośrodek wypoczynkowy w Tresnej koło Żywca.
Autor zdjęcia: Robert Borowy

Elektrycy. Ich też było dwóch. Adekwatnie do profesji nieźle jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli pokopanych. Pierwszy był maniakiem karate, militariów oraz książek Wiktora Suworowa. Generalnie cokolwiek by robił zawsze miał przy sobie albo podręcznik sztuki walki albo nie całkiem legalnie wydane Akwarium albo wreszcie… no tyle powiem, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy pan ten był w trakcie przekonywania jednego z naszych majstrów do zakupu… samurajskiego miecza. Który zresztą prezentował na miejscu.
Ogólnie był sobie nasz elektryk chodzącą encyklopedią i prywatnie bardzo miłym, wesołym człowiekiem, ale od elektryczności jakby stroniącym. Na rzecz szaber placu mieszczącego się na rzut kamieniem od naszej kopalni. 
Drugi za to, jego kolega, który przyjął się do nas przechodząc z oddziału BII wykonującego prace na zewnątrz kopalni (np. usuwając tzw. szkody górnicze w mieszkaniach) zajmował się z kolei odpustami. Tyle że w rozumieniu bardziej przyziemnym. Znaczy sklejał plastikowe pistolety, produkował gumowe pająki etc. I jeździł z nimi, a może do dziś jeździ po całych Katowicach z przyległościami. I też był bardzo ciekawym, inteligentnym osobnikiem. A jakby tego wszystkiego było mało obaj panowie ze względu na pewne różnice charakteru się nie znosili. Prawie jak plus i minus.
Z instalatorami pracowałem tylko jako pomocnik i nigdy nie dane mi było poznać nomen omen dogłębniej tajemnic ich fachu, ale jednak wciąż odróżniam mufę od nypla, a trójnik od wuzetki (to nie ciastko, tak łatwo nie ma). Ach, prawda! Była jeszcze belówa, czyli samochód cysterna do wywozu… no właśnie, oraz… ingusie. A tego słówka to już chyba nikt nie zna. Ingusie to inaczej pieniądze, z naciskiem na te zarobione w pracy, ale niekoniecznie nią samą. Instalatorzy zakodowali mi się też w głowie jako „panowie z Zakopanego”. Dlaczegóż to? Ano ze względu na tam się znajdujący nasz dom wczasowy do którego często jeździli w delegacje i skąd przywozili bardzo kolorowe wspomnienia…
Ogólnie, kiedy wspominam tamte lata, to mimo wielu trudnych dniówek, nierzadko w bardzo nieciekawych warunkach nie widzę w nich jakiegoś szału dyscypliny, terminów czy zwyczajnego (?) dokręcania śruby. Wszystko to pojawiło się w moim życiu dużo później, na bardzo już komercyjnych budowach, na których pracowałem na przełomie wieków. Jeżeli zdrowie pozwoli kiedyś może i o nich opowiem. Kopalnia żyła jednak innym rytmem. Jeden jedyny raz pracowałem tam dłużej niż osiem godzin. Kilkanaście razy normalne ósemki w soboty i może ze trzy w niedziele. A ta jedna jedyna długa dniówka, to coś o czym kiedyś już tu opowiadałem. Basen obok istniejącego do dziś Elkopu przed którym kończy (-ła?) swoją trasę linia autobusowa 70. I tama, która… o rany. Ten obraz śni mi się po nocach.
Dwa mury z betonowej kostki, pomiędzy nimi zbrojenie z prętów. Całość niezbyt wielka, dziś już nie pamiętam dokładnie, ale jednak mieszcząca pomiędzy owymi murami sporą ilość betonu. I najpierw jeden mur. Wszystko gra. A dwa tygodnie później drugi. I niespodziewany zbieg okoliczności jak to zwykle w takich sytuacjach (choć wątpię by ktokolwiek z czytających przeżył podobną) bywa. Deszczowa pogoda, napoje niekoniecznie chłodzące w użyciu przez kilka dni pod rząd, zbyt wcześnie po wymurowaniu wlany beton, niefachowe użycie wibratora itd. itp. Kto tam wie jak to było.
Kolejna „gruszka” pompuje poprzez drugi samochód ze specjalnym wysięgnikiem swoją zawartość. Jest dobrze. Dwóch z nas trzyma wąż z którego wylewa się szarpnięciami beton, dwóch innych operuje wibratorem. I nagle jakby ktoś rozbijał jajko. Stuk, puk…
I czyjeś głośne: Spier…lać!!!
Trzydzieści sześć metrów sześciennych betonu. Walające się po dnie basenu kostki. Katastrofa. Jedną ze ścian rozwaliło  w sekundy jak domek z kart. Wszystko na kilkanaście minut przed przejazdem tuż obok dwóch pełnych autokarów z pracownikami dołowymi i częścią dyrekcji. I co teraz? O telefonach komórkowych przecież nikt nie słyszał. Na szczęście były nasze wewnętrzne kopalniane. Majster zadzwonił na oddział i zarządził mobilizację. Wszyscy koledzy właśnie szykujący się do mycia dostali polecenie zabrania taczek, łopat i dotarcia jak najszybciej do miejsca „budowy”. Cudzysłowu uzasadniać nie będę, bo i po co? Do chyba osiemnastej albo i dłużej wyciągaliśmy i czyścili stosy obrzydliwie mokrych i brudnych od szlamu kostek. Na szczęście basen był pusty. Beton woziliśmy gdzie się dało, nawet zupełnie legalnie wtedy uszczęśliwionym darmowymi alejkami działkowiczom z pobliskich ogródków.  A kiedy nadjeżdżały przewozy pracownicze udawaliśmy, że oczywiście, betonujemy. Ech, wspomnienia…
Zwykle jednak pracę kończyliśmy znacznie wcześniej. Na terenie kopalni około 14:40, na terenach szybów około 14:20. Kiedy zaczynałem swoją pożal się Święta Barbaro karierę można było przy odrobinie szczęścia (Straż Przemysłowa czuwała i to o niebo lepiej niż sieroty z dzisiejszych firm ochroniarskich) opuścić zakład nawet za kwadrans piętnasta. Później wprowadzono karty do rejestracji czasu pracy, ale i to nie przeszkadzało by wychodzić i potem (próbować) dopychać się do czytnika "od zewnątrz". Te pierwsze zaś karty, warto o tym wspomnieć,  to były prawie żywcem karty dziurkowane jak z komputerów Odra czy czegoś podobnego, tyle że plastikowe, czarne. Te późniejsze, wprowadzone nota bene wkrótce po nich miały już rozmiar dzisiejszego dowodu osobistego i były czystą białą płytką. 
Starą drewnianą budkę strażnika też zmieniono. Zastąpił ją na początku lat 90 murowany i przeszklony pawilon z biurami, magazynkiem na broń (ten dreszczyk gdy widziało się równo poukładane karabiny w szafie pancernej, ło matko!) i kopalnianym punktem informacyjnym. To w nim kupowałem każdy kolejny numer „Skarbnika”.
No właśnie. Podczas pracy na kopalni wyprodukowałem też i ja swoją pierwszą gazetkę. Nazywała się "Konspira". Pisząc na kartkach w kratkę, doklejając „przedruki”, kserowałem potem toto po sześć, dziesięć, czasem piętnaście egzemplarzy. Nasi dekarze zrobili mi w prezencie skarbonkę do której koledzy wrzucali datki i tak zaistniałem jako samozwańczy redaktor słysząc premierowo zdanie które potem w różnych miejscach towarzyszyło mi przez lata „O, to jest ten od gazetek!”.
Tłum rozpływa się w różnych kierunkach. Część idzie pieszo, część wyjeżdża samochodami. Inni czekają na placyku przed dyrekcją na autokary które jak co dzień porozwożą ich do domów. Ja stoję po drugiej stronie ulicy na przystanku autobusowym. Za kwadrans przyjedzie 70. Wsłuchuję się uśmiechnięty w ten gwar mrużąc oczy od słońca.


Byle tylko mieć siedzące przy oknie.


=====================




C.D.N.
Linki do poprzednich części mojej opowieści



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jo, hajer przodowy ;) część trzecia

====================================
Moi koledzy schodzili się powoli ze wszystkich stron kopalni. Jedni jak ja z szatni, inni przebierający się na oddziale wprost od bramy, a jeszcze inni, mieszkający w Chorzowie, nie całkiem chyba legalnie uliczką od strony placu drzewa. I wreszcie około 6:50, gdy grupka była już całkiem spora pojawiał się któryś z majstrów lub kierownik nazywany czasem pro forma sztygarem i pobranymi od strażników kluczami otwierał drzwi.
Wewnątrz budynku zawsze panował półmrok. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo prawie mechanicznie każdy szedł w swoją stronę.  Kierownictwo i magazynierki na prawo, instalatorzy i dekarze na wprost, a malarze, murarze, szklarze i elektrycy na lewo korytarzem - każdy do swojego kącika. Po dalszych kilku minutach zbieraliśmy się znów wszyscy w salce śniadaniowej, zajmowali swoje miejsca za stołami i czekali na  felezunek.

Kliknij i powiększ obraz aby móc odczytać numerację.


Wyglądało to trochę jak w szkole. Śmiechy, żarty, gwar i nagle cisza. Wchodzi kierownik i dwóch majstrów. Oficjalne sprawdzenie obecności, potem ewentualne „kazanie” i wreszcie podział na brygady i wyznaczenie zadań. A później już do roboty.
Swoją pierwszą i drugą dniówkę dziwnym trafem mimo upływu lat pamiętam doskonale. Dzień pierwszy to zdejmowanie szalunku z niedawno zabetonowanego fundamentu jakichś słupów tuż przy torach kolejowych. Praca prosta i nieodbiegająca tym samym od wykonywanych podczas szkolnych praktyk. Rozkopać ziemię, zdjąć deskowanie, wyczyścić i zaizolować beton, a potem zasypać i wyrównać. I następny.
Ale nie wspominałbym o tym ani słowem, gdyby nie skojarzenie inne. Mój współpracownik. Prawdopodobnie wynalazca Masmixu :) Zakodowało mi się w głowie jego opowiadanie jak to ów specjał na skalę półprzemysłową (zapewne przy sporym zagrożeniu pożarowym!) produkował na domowej kuchence. Ileś kostek masła, ileś margaryny i dłuuuuugo podgrzewać. I posolić. I coś tam. I do foremek.

niedziela, 12 stycznia 2014

Jo, hajer przodowy ;) część druga

O mojej kopalni opowiadałem już na tym blogu parokrotnie. Przede wszystkim w cyklu, który tworząc odwiedziłem swoje dawne miejsce pracy, a raczej to co z niego  pozostało, częściowo także w innych wpisach, ale w pewien szczególny jak sądzę sposób w poście opublikowanym 4 grudnia 2011 roku, którego ten niechaj będzie dalszym ciągiem.
Autobus zatrzymywał się dokładnie przed bramą. Wysiadało zeń ledwie kilka osób, ale szybko znikały w tłumie napływającym zewsząd falami i kierującym się w stronę ciemnozielonej drewnianej budki, przed którą umundurowany na czarno strażnik kontrolował wchodzących. Jego kolega w tym samym czasie sprawdzał wjeżdżające i wyjeżdżające samochody wprawnie zarządzając ruchem z obu stron szlabanu. Przepustka, którą tyle setek razy tu pokazałem to był zwykły kartonik, coś na kształt legitymacji szkolnej. Raczej niewzbudzający szacunku. Ale choć wyjmować go musiałem codziennie, to dopiero po latach, gdy już odszedłem a załatwić chciałem jeszcze jakieś formalności, strażnik odezwał się do mnie: Nie trzeba, przecież ja pana znam…
Kilka minut później prawie te same słowa wypowiedziała młoda dziewczyna w dyrekcji podbijając mi jakiś ważny dokument, a jak na ironię na samym końcu spotkałem jeszcze swojego dawnego przełożonego, z którym od zawsze darliśmy koty i on także uśmiechając się jak do starego kumpla życzył mi po raz pierwszy chyba zwracając się po imieniu wszystkiego najlepszego.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia niekreślonego żalu, goryczy i otrzeźwienia zarazem. Dlaczego TERAZ jesteśmy tacy? Dlaczego dopiero dziś?
A wcześniej?
Wcześniej bywało różnie, choć początek i koniec każdego dnia wyglądały z grubsza jednakowo. Po schowaniu przepustki maszerowałem kilkadziesiąt metrów prosto i wchodziłem do wielkiego czerwonego budynku szatni, by w nim zaraz na parterze otworzyć skrzypiące szare drzwi i stanąć w ogromnej hali pełnej pary, bezmiaru wiszących nad głową haków z ubraniami i kilkuset najczęściej bardzo niekompletnie ubranych mężczyzn. Dla człowieka jak ja wtedy z górą siedemnastoletniego doświadczenie to było cokolwiek ekstremalne.  Hala była przedzielona murem na dwie części, a te z kolei składały się z dwóch sektorów rozgraniczonych jakby ścianami linek z kłódkami i numerkami. Otwarcie i zdjęcie którejś z nich powodowało zwolnienie kolejno trzech odcinków łańcuszka i opuszczenie, najczęściej kilkanaście metrów dalej, wieszaka w kształcie kwadratowego pudełeczka (na mydło na przykład) z haczykiem na każdym z rogów. Całość, w sumie nieważne z ubraniem roboczym czy „cywilnym”, wyglądała prawie zawsze jak snopek, bo spinana była w połowie paskiem lub wiązana sznurkiem żeby nie zahaczać o "sąsiadów".

sobota, 28 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013

Zakładałem ten blog latem 2009 roku na chwilę przed likwidacją strony www.portier.pl.tl którą wcześniej prowadziłem dla moich koleżanek i kolegów w ramach walki o prawa pracownicze w firmie ochroniarskiej. Tam byłem, oficjalnie przynajmniej, twardzielem, samozwańczym "małym Wałęsą" demaskującym szwindle i szwindelki, tu zaś miałem w planach już zupełnie prywatnie i "przy herbatce" tylko wspominać, opowiadać i generalnie wyrażać swoje zdanie na wszelkie możliwe tematy. Przez bardzo długi czas, jak sądzę plus minus do wiosny 2012 tak właśnie było. Wszystkiego po trochu. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi. Ale gdzieś tak od trzeciej wycieczki w Beskidy wszystko inne zeszło stopniowo na plan dalszy i górę wzięły góry, że się tak mało oryginalnie wyrażę. Nie przestałem przecież kupować i czytać książek (nadal około trzydziestu rocznie), nie przestałem pasjonować się historią, prawami pracowniczymi czy polityką ani też wygrzebywać na Allegro zabytkowych magnetowidów i komputerów, tyle tylko, że zniknęła mi gdzieś dawniej będąca na podorędziu chęć, by tu o tym wszystkim natychmiast opowiadać.
Ale to nie jest blog o górach. Nie był, nie jest ani nie będzie. To zawsze i przede wszystkim jest kawałek mojej duszy. Dziwnego gościa bez matury, ale za to z marzeniami. Bo to o nie tylko, o nic innego w tym wszystkim chodzi.
Skoro jednak podsumowując rok 2013 mam przed sobą trzydzieści jeden wpisów (najmniej w historii) z których aż czternaście dotyczy gór, to cóż, po raz kolejny pozwolę sobie do nich nawiązać jeszcze przy końcu tego posta. Spójrzmy najpierw jednak na blogowy kalendarz Portiera AD 2013.

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.