niedziela, 17 lutego 2013
poniedziałek, 11 lutego 2013
Czy trzeba wypowiadać umowę o wywóz śmieci?
Niedawno wpadła mi w ręce bezpłatna gazetka wydawana w jednym z miast Górnego Śląska z zamieszczoną tam informacją o konieczności składania z odpowiednim wyprzedzeniem wypowiedzeń umów firmom zajmującym się wywozem odpadów dla uniknięcia od lipca podwójnych opłat w związku z przejęciem tej usługi przez gminy.
Zwróciłem się po jej przeczytaniu do największego chyba "operatora śmieciowego" w Katowicach - Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej z zapytaniem jak też w naszym mieście wyglądać będzie ta operacja, jaki jest okres wypowiedzenia, w jakiej formie należy je składać oraz przede wszystkim jak sprawić, by unikając zdublowania usługi nie zostać jednocześnie choćby na tydzień "sam na sam z kubłem".
Odpowiedź jaką dziś otrzymałem i zamieszczam poniżej dowodzi nie tylko szybkości i praktycznego podejścia samej firmy (bez tych wszystkich "z uwagą zapoznalismy się ble ble ble"), ale także, co o niebo ważniejsze, wzorowego wręcz rozwiązania problemu. Chapeau bas!
---
Dzień dobry,
w odpowiedzi na otrzymane zapytanie informuję, że na fakturze za I kwartał 2013 zostanie umieszczona informacja:
w odpowiedzi na otrzymane zapytanie informuję, że na fakturze za I kwartał 2013 zostanie umieszczona informacja:
MPGK INFORMUJE, ŻE DOPISUJE
SIĘ W §10 UMOWY PUNKT 2 O
BRZMIENIU: „2. W ZWIĄZKU Z WEJŚCIEM W ŻYCIE USTAWY O UTRZYMANIU CZYSTOŚCI
UMOWA ULEGNIE ROZWIĄZANIU W TERMINIE PRZEJĘCIA OBOWIĄZKÓW ZG.Z W/W USTAWĄ PRZEZ
GMINĘ KATOWICE.”
Tym samym zwalnia to naszego klienta z konieczności wypowiadania wiążącej nas umowy i podwójnych opłat.
Tym samym zwalnia to naszego klienta z konieczności wypowiadania wiążącej nas umowy i podwójnych opłat.
Z poważaniem Teresa Manowska Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej Sp. z o.o.
=============
DODANE 9 MARCA 2013
Dotyczy tylko mieszkańców Katowic!
Do trzydziestego pierwszego marca br. nalezy pobrać STĄD i złożyć osobiście lub przesłać listem poleconym na adres Urzędu Miasta Katowice wypełnioną deklarację wraz z kopią dotychczasowej umowy z przedsiębiorstwem wywozowym. Obowiązek ten spoczywa na właścielu posesji. W przypadku współwłasności i jednej umowy wystarczy złożenie powyższego dokumentu przez tylko jednego ze współwłaścieli. W razie osobnych umów - przez wszystkich.
piątek, 8 lutego 2013
Bibliografia
Nie pamiętam jaki tytuł nosiła pierwsza książka, którą przeczytałem, ale nie zapomnę za to nigdy, jaki był pierwszy wyraz.
Dżem.
Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
Dżem.
Aha! Wiem, że dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Siedziałem sobie wieczorem w kuchni sącząc kakao („…kapela cięła walca na sześć” – Lady Pank) i wpatrywałem się w stojący na półeczce kredensu słoik.
-Dyy...
-Dyy…zyy…em. Dyzem… Dzem. DŻEM!
Mama mało nie upuściła talerzy.
-Umiesz czytać!
-Nie, ja tylko te literki tutaj… - na wszelki wypadek zacząłem się tłumaczyć.
-Umiesz czytać!!!
Naprawdę nie chciałem. Samo przyszło. Jak po maśle. Znaczy po dżemie.
W tamtych czasach czytania i pisania uczono „oficjalnie” dopiero w pierwszej klasie podstawówki, a że byłem ledwie zerówkowiczem to posiadłszy wspomnianą umiejętność z miejsca awansowałem w przedszkolu do swego rodzaju, nie bójmy się tego słowa, warstwy inteligenckiej (chciałoby sie napisać "i tak mi zostało", ale już sam mój nick wyraźnie temu zaprzecza).
Jako dzieciak początkowo czytałem głównie to, co czytać mi kazano. Puc, Bursztyn i goście, Nasza szkapa, Ferdynand Wspaniały, Chłopcy z Placu Broni, Łysek z pokładu Idy, W pustyni i w puszczy, i tak dalej i tym podobne. Niektóre z tych książek miały klimat i działały na wyobraźnię (ileż łez wylałem po śmierci Nemeczka albo Piętaszka!), ale ogromna większość była dla mnie zwyczajnie nudna. Jak to ja zdecydowałem się więc pochodzić nieco własnymi drogami.
Pierwszą były tajemnicze kartony w naszej piwnicy. Do dziś nie wiem, dlaczego tyle książek moi rodzice akurat tam trzymali. Zapewne miało to jakiś związek z rozmiarami naszego mieszkania, ale niezależnie od przyczyn dodawało wygrzebywanym przeze mnie skarbom posmaku tajemnicy (oraz zapachu stęchlizny). Siadywałem sobie w każdym razie na skrzyni z ziemniakami i w czasie gdy mama robiła pranie wczytywałem się w różne historie. I potem tylko szło o to bym mógł coś zabrać na górę. Nie zawsze mogłem. Może to i lepiej, bo tam, pośród betonowych białych ścian, otoczony słoikami z kompotem (nie, dżemu nie było), rozmaitymi narzędziami, pudłami i rowerami traktowałem swoje lektury jakoś chyba bardziej magicznie. Proszę sobie wyobrazić na przykład podręcznik dla szkół pielęgniarskich z moim ulubionym (?) rozdziałem o wojnie jądrowej…
Jak urządzić piwnicę na wypadek ataku (kompoty i lekturę już miałem), jak przechowywać żywność itp. A najlepszym fragmentem był ten o konieczności umycia się w beczce po opadnięciu pyłu radioaktywnego.
Taaa… Już to widzę…
środa, 23 stycznia 2013
Prekognicja
Co się dzieje, gdy uczciwy obywatel udaje się do urzędu pocztowego, aby uiścić abonament RTV, tak jak mu to nakazuje prawo i zalecają reklamy w mediach wszelakich?
Poczta odmawia przyjęcia wpłaty.
A dlaczego?
Poczta odmawia przyjęcia wpłaty.
A dlaczego?
Zaraz opowiem.
Na stronie internetowej PP znaleźć możemy informację o wysokości abonamentu. Mamy tam podane odpowiednie kwoty za miesiąc, dwa, trzy i tak dalej aż do dwunastu. Opłata za te właśnie dwanaście miesięcy wynosi wg obecnych stawek (a po zniżce za wpłatę jednorazową) 201 zł i 40 groszy. Podkreślam, że nie podano w tabelkach nazw miesięcy, a tylko ich ilość, z czego można wnosić, że opłacenie powiedzmy półrocza jest tym samym w styczniu co w listopadzie, a granicą wpłaty z wyprzedzeniem jest po prostu okres roczny. Otóż nie do końca.
Na stronie internetowej PP znaleźć możemy informację o wysokości abonamentu. Mamy tam podane odpowiednie kwoty za miesiąc, dwa, trzy i tak dalej aż do dwunastu. Opłata za te właśnie dwanaście miesięcy wynosi wg obecnych stawek (a po zniżce za wpłatę jednorazową) 201 zł i 40 groszy. Podkreślam, że nie podano w tabelkach nazw miesięcy, a tylko ich ilość, z czego można wnosić, że opłacenie powiedzmy półrocza jest tym samym w styczniu co w listopadzie, a granicą wpłaty z wyprzedzeniem jest po prostu okres roczny. Otóż nie do końca.
Ubawiłem się setnie, gdy odmówiono mi wczoraj przyjęcia wpłaty za rok z góry, ale od lutego 2013 do stycznia 2014. Oficjalnym powodem było "Bo może podrożeć".
Nie "podrożeje", ale "może podrożeć"!
No pięknie.
Pani mocną kreską skreśliła mój wpis na blankiecie, zmniejszyła kwotę i miast stycznia wpisała grudzień. Niby nikomu krzywda się nie stała, ale zaintrygowało mnie to na tyle że dziś około południa zwróciłem się po wyjaśnienia na pocztową infolinię pod nr 43/8420606, gdzie usłyszałem dokładnie to samo, co w okienku. I nadal coś mi tu nie pasuje.
Pośród ludzi których znam płacą za RTV może dwie osoby, gdyby jeszcze przefiltrować to przez zarobki na moim poziomie - nikt. Na miejscu PP skakałbym pod niebiosa, że ktoś oddaje bez bicia spory kawałek swojej pensji na abonament. A oni nie chcą. Paroletnie zadłużenie jest OK, ale hipotetyczna niedopłata powiedzmy 1 złotego w skali roku jest niedopuszczalna.
Nie przestaje mnie to śmieszyć.
Pani mocną kreską skreśliła mój wpis na blankiecie, zmniejszyła kwotę i miast stycznia wpisała grudzień. Niby nikomu krzywda się nie stała, ale zaintrygowało mnie to na tyle że dziś około południa zwróciłem się po wyjaśnienia na pocztową infolinię pod nr 43/8420606, gdzie usłyszałem dokładnie to samo, co w okienku. I nadal coś mi tu nie pasuje.
Pośród ludzi których znam płacą za RTV może dwie osoby, gdyby jeszcze przefiltrować to przez zarobki na moim poziomie - nikt. Na miejscu PP skakałbym pod niebiosa, że ktoś oddaje bez bicia spory kawałek swojej pensji na abonament. A oni nie chcą. Paroletnie zadłużenie jest OK, ale hipotetyczna niedopłata powiedzmy 1 złotego w skali roku jest niedopuszczalna.
Nie przestaje mnie to śmieszyć.
czwartek, 10 stycznia 2013
W hołdzie pogodnemu patriocie
Wśród polityków Drugiej
Rzeczypospolitej o których pamiętamy raczej rzadko się Go wymienia. Jest jako
symbol całej prawie tamtej epoki Józef Piłsudski, jest także takiż sam symbol
polityki zagranicznej Józef Beck, są jeszcze Gabriel Narutowicz, Roman Dmowski,
a bardziej obeznani dodadzą Wincentego Witosa, Macieja Rataja, Stanisława
Wojciechowskiego, Władysława Grabskiego, Ignacego Daszyńskiego czy Edwarda
Rydza Śmigłego. Najdłużej urzędujący polski prezydent pozostaje mimo wszystko w
ich cieniu, w cieniu na który z pewnością nie zasłużył.
Ignacy Mościcki. Kim był? Jaki
był?
Do niedawna miałem w głowie na
Jego temat tyle chyba co większość mi współczesnych. Niewiele. Poza rolą
polityczną i działalnością naukową (wymienianych zwykle w jednym zdaniu, jako
słowa klucze) raczej nic albo bardzo mało. Ogólniki z książek, filmów, kronik.
Gdzieś w głowie także zdjęcie sympatycznego, niewątpliwie bardzo dostojnie i
przystojnie zarazem wyglądającego starszego pana, jako symbol kolejny.
A przecież kojarzony niezmiennie
z Wrześniem 1939 roku, ucieczką do Rumunii i internowaniem tam Prezydent
sprawował swój urząd przez trzynaście lat, o trzy lata dłużej niż bliższy nam
historycznie Aleksander Kwaśniewski! Musi mieć siłą rzeczy zatem na swoim
politycznym koncie coś więcej niż znaną chyba każdemu odezwę do narodu w dniu
rozpoczęcia wojny! I ma. Ma całkiem sporo. A poznając jego życie i działalność
można nie tylko nieraz się zadziwić, ale i nabrać szacunku. Do człowieka,
naukowca, polityka, ale przede wszystkim do Polski, którą współtworzył, a za
której ułomności i przegrane nader często się Go obwinia.
Urodził się 1 grudnia 1867 roku w
Mierzanowie w dzisiejszym województwie mazowieckim. Miał szóstkę rodzeństwa.
Po skończeniu gimnazjum (najpierw w Skierbieszowie, potem w Zamościu) oraz tzw.
szkoły realnej w Warszawie studiował chemię na uniwersytecie w Rydze, który
ukończył w 1891 roku. W 1892 poślubił Michalinę Czyżewską. Początkowo
związany światopoglądowo z ruchem narodowym zwrócił się jednak w stronę organizacji
socjalistów i był współpracownikiem II Proletariatu uczestnicząc nawet w
przygotowaniach do (niezrealizowanego) zamachu na generał-gubernatora Warszawy.
Wobec groźby aresztowania wyjechał wraz z żoną do Londynu, gdzie kontynuował
studia, ale także imał się prostych, aczkolwiek dość oryginalnych zajęć w
rodzaju… produkcji kefiru, pomocy w zakładzie fryzjerskim czy też rzeźbienia w
drewnie albo inkrustowania. W latach 93 - 99 pięciokrotnie został ojcem
(pierwsze dziecko – córka - zmarło krótko po urodzeniu).
W 1897 roku przeniósł się do Szwajcarii i tam kontynuował karierę
naukową miedzy innymi studiując uzupełniająco w Fryburgu fizykę i matematykę, a
później także współpracując przy tworzeniu i rozwoju fabryki kwasu azotowego w
spółce Société de l’Acide Nitrique wykorzystującej zresztą autorską metodę Mościckiego.
Wynalazł i opatentował nowe
modele kondensatorów, z których zysk (prawa patentowe) przekazał jednak jako
rekompensatę radzie nadzorczej wspomnianej fabryki, gdy okazało się, że w
Norwegii wynaleziono tańszy sposób produkcji kwasu niż ten, który miano wdrażać
według jego pomysłu.
Wreszcie zatrudnił się w Société
Générale des Condensateurs Electriques gdzie zaprojektował wiele modeli
kondensatorów i bezpieczników, które były później przez lata jeszcze stosowane
masowo w całej Europie, a następnie powrócił po negocjacjach do firmy z której
wcześniej odszedł i tam kontynuował prace nad pozyskiwaniem azotu z atmosfery.
W 1912 roku przyjął zaproszenie
Politechniki Lwowskiej i wrócił do Polski, gdzie został mianowany profesorem
zwyczajnym technologii chemii nieorganicznej i elektrochemii technicznej. W tym
samym roku nadano mu tytuł doktora honoris causa. Zajmował się projektowaniem
aparatury chemicznej, pracował nad metodami otrzymywania kwasu azotowego, cyjanków,
produktów naftowych. Efektem tych prac były kolejne patenty.
czwartek, 13 grudnia 2012
Muanta wie co robi!
Wczoraj wieczorem skierowałem do Biura Obsługi Klienta sieci handlowej "Biedronka" zapytanie, a raczej sugestię, której potrzebę wyartykułowania odczuwałem od wielu miesięcy. Oto ona.
"Autoantyreklama"
----------------------------------
Szanowni Państwo!
Jeżeli naprawdę troska o pracownika jest dla Waszej sieci tak ważna, to proszę zdejmijcie z Waszych kasjerek przymus mówienia przez całą zmianę każdemu klientowi “Dzień dobry, dać jednorazówkę?” oraz “Do widzenia, zapraszamy ponownie!”. Jest to żenujące robienie z żywych ludzi maskotek firmy i absolutnie nie działa na Państwa korzyść w sensie wizerunkowym, a raczej potwierdza wiadome stereotypy sprzed kilku lat. Jakąś łagodniejszą, aczkolwiek również niesmaczną formą tego samego są plakietki z imieniem pracownika i tekstem (o ile pamiętam) “”W czym mogę pomóc?”
Czy plakietka w rodzaju “Jan Kowalski – kasjer” nie wystarczyłaby?
Czy jest możliwe aby klient nie poprosił sam o torebkę jeżeli jej potrzebuje?
Gdy tylko zdarza mi się robić zakupy w Biedronce, oglądać owe plakietki i słuchać zmęczonego wielogodzinnym mechanicznym powtarzaniem “dać jednorazówkę?” odczuwam smutek i szczere współczucie wobec Państwa pracowników.
Pewien jestem, że nie o taki oddźwięk Waszej firmie chodziło.
Będę wdzięczny za ustosunkowanie się do mojego listu.
Pozostaję z poważaniem
[tu w oryginale moje dane - dop. Portiera]
Katowice
----------------------------------
Szanowni Państwo!
Jeżeli naprawdę troska o pracownika jest dla Waszej sieci tak ważna, to proszę zdejmijcie z Waszych kasjerek przymus mówienia przez całą zmianę każdemu klientowi “Dzień dobry, dać jednorazówkę?” oraz “Do widzenia, zapraszamy ponownie!”. Jest to żenujące robienie z żywych ludzi maskotek firmy i absolutnie nie działa na Państwa korzyść w sensie wizerunkowym, a raczej potwierdza wiadome stereotypy sprzed kilku lat. Jakąś łagodniejszą, aczkolwiek również niesmaczną formą tego samego są plakietki z imieniem pracownika i tekstem (o ile pamiętam) “”W czym mogę pomóc?”
Czy plakietka w rodzaju “Jan Kowalski – kasjer” nie wystarczyłaby?
Czy jest możliwe aby klient nie poprosił sam o torebkę jeżeli jej potrzebuje?
Gdy tylko zdarza mi się robić zakupy w Biedronce, oglądać owe plakietki i słuchać zmęczonego wielogodzinnym mechanicznym powtarzaniem “dać jednorazówkę?” odczuwam smutek i szczere współczucie wobec Państwa pracowników.
Pewien jestem, że nie o taki oddźwięk Waszej firmie chodziło.
Będę wdzięczny za ustosunkowanie się do mojego listu.
Pozostaję z poważaniem
[tu w oryginale moje dane - dop. Portiera]
Katowice
Dziś przed południem otrzymałem odpowiedź. Po pierwsze anonimową, a po drugie... no dobrze, przeczytajmy a potem ocenimy.
Szanowny Panie:
W imieniu Dyrekcji firmy Jeronimo Martins Polska S.A. pragniemy podziękować za kontakt z Biurem Obsługi Klienta sieci sklepów Biedronka. Obowiązkiem personelu Jeronimo Martins Polska S.A. jest zapewnienie naszym Klientom odpowiednich warunków do dokonywania szybkich i bezproblemowych zakupów w miłej atmosferze. W odpowiedzi na zgłoszenie dziękujemy za przekazane uwagi dotyczące oferowania produktów przez personel sklepu podczas obsługi Klientów przy kasie fiskalnej. Zostały one przekazane osobom odpowiedzialnym z ramienia Spółki za kreowanie i implementację procedur operacyjnych. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za kontakt z Biurem Obsługi Klienta.
W imieniu Dyrekcji firmy Jeronimo Martins Polska S.A. pragniemy podziękować za kontakt z Biurem Obsługi Klienta sieci sklepów Biedronka. Obowiązkiem personelu Jeronimo Martins Polska S.A. jest zapewnienie naszym Klientom odpowiednich warunków do dokonywania szybkich i bezproblemowych zakupów w miłej atmosferze. W odpowiedzi na zgłoszenie dziękujemy za przekazane uwagi dotyczące oferowania produktów przez personel sklepu podczas obsługi Klientów przy kasie fiskalnej. Zostały one przekazane osobom odpowiedzialnym z ramienia Spółki za kreowanie i implementację procedur operacyjnych. Jeszcze raz bardzo dziękujemy za kontakt z Biurem Obsługi Klienta.
-
Z poważaniem
Biuro Obsługi Klienta
---
Z poważaniem
Biuro Obsługi Klienta
---
Trudno mi jakkolwiek skomentować tak sztampowy list, bowiem już to, że otrzymałem go w dziesięć minut po informacji o przyjęciu zgłoszenia nie nastraja optymistycznie, ale założmy, że rzeczywiście ktoś nazywający swoją pracę "implementacją procedur operacyjnych" moje słowa przeczyta.
Ciekaw jestem czy zauważy ich sedno, którym bynajmniej nie jest to, czy kasjer oferuje mi lub nie jakiś towar, a tylko i wyłącznie odczucie, że sprowadzenie pracownika do roli de facto małpki kataryniarza jest czymś zwyczajnie przygnębiającym...
===
* - Tytuł posta zaczerpnąłem oczywiście z powieści Macieja Wojtyszki pt. "Synteza".
Muanta to fikcyjny polityk z XX wieku przypadkowo odhibernowany w przyszłości i dążący do panowania nad światem, zaś hasło użyte przeze mnie w tytule wyrażało w tej książce bezgraniczną akceptację woli dyktatora przez sterroryzowanych i oszołomionych specjalnym specyfikiem poddanych . To tak w skrócie i nie na temat ;))
piątek, 30 listopada 2012
Szuflandia
Równo w miesiąc po oficjalnym
otwarciu nowego dworca kolejowego w moim mieście postanowiłem porównać
hurraoptymistyczne relacje prasowe i telewizyjne z rzeczywistością i przyjrzeć
się z bliska temu obiektowi. Oto, co zobaczyłem.
Kompleks będący celem mojego
spaceru składa się z trzech, w dużej mierze niezależnych od siebie części, to
jest dworca kolejowego właściwego, znajdującego się pod nim (!) autobusowego
oraz galerii handlowej, która powstaje na placu Szewczyka. Z tej trójki na dziś udostępniona podróżnym
została jedynie część kolejowa, czyli jakby nie patrzeć, serce całości.
Do budynku dostać możemy
się wejściami od strony ulic Dworcowej, 3 Maja (zdjęcie powyżej) oraz Słowackiego, a także tunelami od placu Oddziałów Mł. Powstańczej lub ulicy Kościuszki. Tutaj dodać należy, że trzy równoległe
tunele pod peronami zostały odnowione, ale nie zmieniono ich
tras, choć środkowy korytarz (na moim rysunku - szary) na razie
wyłączony jest z ruchu.
Pierwsza różnica, jaka rzuca się
w oczy komuś, kto pamięta stary dworzec, to mniejsza przestrzeń, w
tym zwłaszcza szerokość zarówno holu głównego jak i pasażu handlowego oraz
połączenie obu w jedną, aczkolwiek dwupoziomową halę. Optycznie daje to wprawdzie
początkowo złudzenie dużej powierzchni, ale faktyczna różnica poziomów to
ledwie półtora metra i na złudzeniu się kończy. Można odnieść wrażenie, że rezygnując z różnych wysokości
(niewątpliwie atrakcyjnych wizualnie) uzyskano by w zamian znacznie lepszą użytkowość.
Pasaż, który kiedyś łączył wejścia boczne
dworca jest teraz tylko dużo węższym ślepym chodnikiem wzdłuż sklepików i
wejść do tuneli. Tym samym stracił
znaczenie, jako główny trakt komunikacyjny. I o ile dawny hol w takiej
sytuacji mógłby bez trudu przejąć jego rolę, o tyle ten obecny już dziś,
jeszcze przed otwarciem centrum autobusowego czy galerii wydaje się mieć miejscami
przynajmniej dosyć ograniczoną przepustowość. Z pewnością o wiele za niską jak
na nowy obiekt, który z natury niejako powinien być wygodniejszy niż jego
poprzednik. Co zaś stanie się, gdy do podróżnych dołączą setki, a może i tysiące osób, które będąc
TYLKO klientami marketu czy pasażerami komunikacji miejskiej w innej sytuacji nie
miałyby powodu tu zaglądać, wiedzą tylko projektanci.
Ich także należałoby zapytać,
dlaczego na przykład ubikacje, które poprzednio znaleźć można było przy obu
bocznych wyjściach z budynku teraz umieszczono tylko w kąciku od ulicy
Słowackiego oraz dlaczego kasy biletowe nie zostały porozdzielane „martwymi”
okienkami, aby było gdzie swobodnie ustawić się w kolejce, a znajdują się jedna
przy drugiej i bynajmniej nie jest ich zbyt dużo…
Nigdy nie jest tak dobrze, żeby
nie mogło być lepiej. Racja. Nigdy nie jest tak lepiej, żeby Portier się nie
przychrzanił. To też. Pomówmy zatem o pozytywach. Jest czysto, nowocześnie i
mile dla oka, to z pewnością. Jeżeli ktokolwiek wstydził się starego dworca, to
nowego już nie musi. High Tech bije po oczach z każdej strony. Otwierane samoczynnie
drzwi, śluzy przeciwpożarowe, futurystyczne automaty biletowe, sympatyczne sklepiki i wreszcie nawet elektroniczna… babcia klozetowa robią wrażenie. Bardzo
pomysłowe są także kosmiczne krzesełka w „przestrzeniach poczekalniowych” jak je sobie
nazwałem. Wewnątrz dworca krążą sprzątacze i paradują ochroniarze z pałkami. Całość może przy odrobinie dobrej woli przypominać
dworzec nie tyle nawet kolejowy, ile lotniczy.
Co zatem mi nie pasuje? Spójrzmy na zdjęcie powyżej. Ładne, prawda? W czym problem? W tym, że to już wszystko. To właśnie jest cały dworzec! Stary hol i stary pasaż handlowy
w żadnym chyba miejscu nie były tak wąskie jak obecne ich wcielenia. Może się
czepiam, ale to nielogiczne po prostu.
Napisał ktoś na pewnym forum „witamy w
przedsionku galerii katowickiej”, a inny dodał jeszcze „to nie dworzec, to
market z peronami”. Nie będę w swoich ocenach aż tak radykalny, choć nigdy nie
kryłem, że jestem przeciwnikiem budowy tego obiektu, ale jednak jest coś na rzeczy.
Zupełnie nieuczesane myśli miałem w trakcie zwiedzania dwie. Pierwsza: jestem w
Supersamie! i druga: TO chyba dopiero jest dworzec zastępczy na czas budowy
nowego!
O ile skojarzenia pierwszego
tłumaczyć chyba nie muszę, o tyle drugie już powinienem, co też czynię. Dworzec jako obiekt budowlany. Z zewnątrz na przykład. Z zewnątrz, Szanowni Czytelnicy, dworca nie
ma. Zasłania go galeria. Wystaje tylko kawałek od strony Młyńskiej i 3 Maja. To właśnie to słynne
nawiązanie architektoniczne do przeszłości. Kielichy, charakterystyczny strop i
neon na dachu. Kojarzy się? No kojarzy, OK. I tyle tylko. Na tym podobieństwa
się kończą. Nie ma górnego holu ani tarasu i tym samym
niewykorzystana pozostaje cała górna część (tego fragmentu) hali. Wchodzimy do
środka i co widzimy? Betonową ścianę ze śladami szalunków i na niej wyświetlacz
elektroniczny. Nad nim zaś jeszcze coś niepokojąco przypominającego… no nie, to tylko
wygląda jak rury ściekowe...
Miał być brutalizm. Jest stan
surowy otkany widowiskowo aluminium, płytami gipsowymi i szkłem. Gdyby zdjąć tutaj na przykład tą tablicę i usunąć szyby po lewej, okaże się nagle, że
mamy tylko wysokie słupy i betonowe ściany jak w bunkrze. Tanio…
Jeden z polityków rozpływających
się z zachwytu przed kamerami TV powiedział w dniu otwarcia, że to
najpiękniejszy dworzec kolejowy w Polsce. Skromne, bardzo
skromne sobie stawiamy wyzwania. Ten dworzec nie jest brzydki, ale z pewnością nie jest też ani wyjątkowy, ani tym bardziej użytkowo (w chwili obecnej przynajmniej) lepszy od poprzednika. A to już naprawdę smutna konstatacja.
===========================
PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ
TUTAJ!
===========================
Na ten temat także w moich postach:
"Pętla po kielichu"
oraz "Budowa dworca PKP - lipiec 2011"
===========================
Fragment forum i wyniki sondy pochodzą
ze strony www Gazety Wyborczej.
===========================PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ
TUTAJ!
===========================
Na ten temat także w moich postach:
"Pętla po kielichu"
oraz "Budowa dworca PKP - lipiec 2011"
poniedziałek, 19 listopada 2012
147 km samotnie przez góry
Beskidy odkrył dosłownie i w
przenośni przede mną mój ojciec,
który jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku jeździł wraz z
kolegami na rowerach z Katowic do Bielska czy Wisły. Sporo też wędrował ze
swoim bratem, właśnie kolegami czy wreszcie moją mamą. Gdzieś w połowie lat 80
po kilkuletniej przerwie postanowił poprowadzić na szlaki i mnie, nieletniego
wtedy jeszcze leniwca absolutnego, dla którego jednym argumentem ZA miało być
istnienie kolejek linowych. „Jak w chorzowskim parku.”
Nie pamiętam już dziś ile było
tych wycieczek z ojcem. Wiem, że co najmniej kilka razy byliśmy na Szyndzielni,
Klimczoku i w Szczyrku, poza tym
zahaczyliśmy dwa razy o Jaworze Górne i Wisłę i raz o Cieszyn. Do tego doliczyć
można wczasy spędzane w tych okolicach z zastrzeżeniem jednak, że wtedy gdy
rodzice maszerowali na kolejną eskapadę ja wylegiwałem się na balkonie czytając
np. „Przygody kanoniera Dolasa”.
Pomiędzy rokiem plus minus 1991 a
2011 byłem w górach tylko raz, a zatem bez wielkiej przesady powiedzieć
mogę, że wróciłem na szlaki po dwudziestu latach przerwy. Powstaje zatem
pytanie; dlaczego? Co do pierwszych dwóch wycieczek (patrz poniżej) odpowiedź wydaje się
prosta. Tymi trasami w młodości chodziłem
najczęściej. Te trasy były i są dla mnie specjalne, kojarzą się bardziej z
przeglądaniem starego albumu niż z turystyką. Chciałem je znów zobaczyć. Ale co z pozostałymi? Cóż, jak
sądzę po prostu bakcyl się uaktywnił. Zakochałem się w tej wolności, a może
lepiej powiedzieć; dorosłem do niej. Znalazłem w górach swój kawałek świata,
niezmieniony od lat, wolny od Internetu, Facebooka, marketów, poprawności
politycznej i filmów 3D.
Normalny.
A dziś właśnie z goryczą pewną
przypatrując się jesienno zimowym prognozom pogody skreślającym wszelkie
nadzieje na jakąś jeszcze cudem wyszarpaną od losu wycieczkę postanowiłem
zrobić małe podsumowanie, wbrew temu wstępowi bardziej rzeczowo turystyczne niż
wspomnieniowo subiektywne jak to bywało do tej pory.
A zatem… do dzieła!
Pomiędzy 30 września 2011 a 20
października 2012 byłem na dziewięciu wycieczkach (teraz łatwo zrozumieć,
dlaczego tak brakuje mi tej jednej!) i przeszedłem ponad 147 kilometrów. Odwiedziłem kilka „elementarnych” dla Beskidu
Śląskiego szczytów jak Skrzyczne, Klimczok, Szyndzielnia, Błotny, Równica,
Stożek, Trzy Kopce, Soszów, Kotarz czy Czantoria i pojawiłem się też w równie
podstawowych dla bywalców tego rejonu miejscowościach, takich jak Skoczów,
Ustroń, Wisła, Brenna, Szczyrk czy Jaworze. Na mapie nazwałem to sobie
„wytyczaniem granic”, ponieważ rozrysowane trasy moich wycieczek tworzą jakby
zamknięty obszar. I choć jeśli mam być szczery brakuje tam do kompletu
„nożnego” połączenia Szczyrku ze Skrzycznem, to i tak jestem z siebie dumny. Po
dwóch dekadach wakacji, bez treningów, doświadczenia i porad, niemłody już człowiek nie
uprawiający na dodatek na co dzień żadnego sportu dał radę przejść np. 19 kilometrów ze
Skoczowa do Wapienicy przy temperaturze ponad 30 stopni! I nadal żyje! ;)
Jeżeli więc ktoś czytający teraz
te słowa miałby ochotę mnie naśladować, a czuje się w tym górskim deptaniu, jak
ja ciągle przecież, całkowitym amatorem, to zapraszam. Oto mój mały Beskid Śląski dla
opornych. Klikając w numer wycieczki przejść można do bardziej "literackiego" jej opisu.
Szyndzielnia – Jaworze Górne.
Punkty do wyszukania na mapie:
Szyndzielnia, Klimczok, Trzy Kopce, Stołów, Błotny, Jaworze Górne.
Stopień trudności: Niski do
średniego.
Up & Down: Trasa z kilkoma
krótkimi lekkimi podejściami, w większości równa lub opadająca. Do Błotnego
łatwa, zejście do Jaworza może być męczące ze względu na stromość.
Atrakcje widokowe: Widok na
Bielsko i nie tylko z Szyndzielni, ruiny niemieckiego schroniska na Trzech
Kopcach, panoramy z przełęczy Błotnego oraz zejścia do Jaworza.
Schroniska, żywność, odpoczynek:
Schroniska na Szyndzielni i Błotnym, bar i sklep spożywczy w Jaworzu.
Komunikacja: Pod Szyndzielnię (Olszówka
Górna - dolna stacja kolejki linowej) dojeżdżamy autobusem miejskim linii 8 z
Bielska (początek trasy przed dworcem PKS – naprzeciwko dworca PKP), z Jaworza
do Bielska wracamy PKS-em.
Opis marszruty: Na Szyndzielnię
wjeżdżamy kolejką linową, następnie szlakiem zielonym kierujemy się ku jej
szczytowi a z niego w kierunku rozstaju przed Klimczokiem trasą żółtą, potem
czarną omijając sam wierzchołek i wreszcie znów żółtą już do końca wycieczki w
Jaworzu.
Odległość: 12,5 kilometra. Mój czas
przejścia to około 4 godziny.
Opinia Portiera: Idealna trasa na
początek przygody z górami.
Możliwości zmian: 1. Można
doliczyć około kwadransa zamieniając podejście pod schronisko na Szyndzielni na
zdobycie jej szczytu i bezpośrednio z niego kontynuowanie trasy. 2. Można
doliczyć około 45 minut na zdobycie szczytu Klimczoka (od rozstaju szlak czarny) i potem dołączenie do szlaku pierwotnego.
Bielsko-Biała Wapienica – Szczyrk – Skrzyczne (wjazd i zjazd kolejką).
Punkty do wyszukania na mapie:
B-B Wapienica Zapora, Szyndzielnia, Klimczok, Szczyrk, Skrzyczne.
Stopień trudności: średnio-wysoki.
Up & Down: Początek trasy
równy, podejście na Szyndzielnię dość strome, męczące, potem praktycznie równo
do Klimczoka, krótkie, strome i kamieniste podejście na jego szczyt i stamtąd już
do Szczyrku tylko z górki, początkowo raczej ostro.
Atrakcje widokowe: Zapora im.
Mościckiego w Wapienicy, widoki z Szyndzielni i Klimczoka, panoramy na zejściu
do Szczyrku, wjazdu na Skrzyczne oraz samego szczytu.
Schroniska, żywność, odpoczynek:
Schronisko na Szyndzielni, Klimczoku (właśc. Magurze) oraz Skrzycznem. Sklepy
i bary w Szczyrku.
Komunikacja: Pod zaporę
Mościckiego dojazd autobusem miejskim linii 16 sprzed dworca PKS Bielsko-Biała do
końcowego przystanku, powrót do Bielska ze Szczyrku busem lub PKS-em.
Opis marszruty: Od przystanku
Wapienica Zapora kolor żółty aż do szczytu Klimczoka, potem zejście do Siodła
pomiędzy nim a Magurą i dalej do Szczyrku – szlak niebieski.
Odległość: 12,5 kilometra, mój
czas przejścia 4 godziny.
Opinia Portiera: Trudny początek,
zrównoważony środek i w sumie spokojne poza pierwszym dość stromym odcinkiem
zejście do Szczyrku. Trasa w sam raz do zmierzenia się z rosnącymi, ale ciągle zupełnie
amatorskimi ambicjami.
Możliwości zmian: 1. Na szczyt
Szyndzielni można wjechać kolejką jak w wycieczce pierwszej. 2. Szczyt
Klimczoka można ominąć od rozstaju szlaków do Siodła pod Klimczokiem szlakiem
czerwonym. 3. Trasę można zakończyć od razu po zejściu do Szczyrku.
Olszówka Górna-Przełęcz Karkoszczonka-Biały Krzyż.
Punkty do wyszukania na mapie:
Olszówka Górna, Szyndzielnia, Klimczok, Przełęcz Karkoszczonka, Hyrca, Kotarz,
Przełęcz Salmopolska.
Stopień trudności: wysoki.
Up & Down: Dosyć spokojne
podejście na Szyndzielnię, potem równo, następnie krótko i stromo na Klimczok,
dalej z górki aż do Karkoszczonki, potem znów równo do męczącego i stromego podejścia na Hyrcę i Kotarz i już do
Białego Krzyża z górki. Początkowy odcinek zejścia z Kotarza
bardzo stromy i kamienisty.
Atrakcje widokowe: Panoramy z
Szyndzielni, Klimczoka, zejścia na Karkoszczonkę, trasy między nią a Hyrcą i
wreszcie sama Przełęcz Salmopolska.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schroniska
na Szyndzielni, Klimczoku (właśc.: Magurze), Przełęczy Karkoszczonka. Bar i
budka z fast foodem na Przełęczy Salmopolskiej.
Komunikacja: Dojazd do Olszówki
Górnej autobusem miejskim linii 8 sprzed dworca PKS w Bielsku jak w wycieczce
nr 1 (do końca trasy), powrót z Białego Krzyża (lub po zejściu – Szczyrku Salmopola)
PKS-em.
Opis marszruty: Od przystanku
autobusowego uliczką w górę obok domu wczasowego, potem w lewo przy torze
saneczkowym na szlak czerwony aż do rozstaju przed Klimczokiem, stamtąd
szlakiem żółtym na szczyt, zejście na Przełęcz Kowiorek i dalej znów szlak
czerwony aż do Białego Krzyża.
Odległość: 18,5 kilometra, mój
czas przejścia: 7 godzin.
Opinia Portiera: Trasa bardziej na
wytrzymałość, szczególnie podczas wysokich temperatur. Dość długi odcinek
między Karkoszczonką a Białym Krzyżem bez możliwości „ucieczki”, co należy mieć
na uwadze nie będąc pewnym swojego zdrowia czy kondycji.
Możliwość zmian: 1. Wjazd na
Szyndzielnię kolejką. 2. Ominięcie szczytu Klimczoka szlakiem czerwonym. 3.
Zejście z Karkoszczonki do Szczyrku szlakiem żółtym i zakończenie w tym miejscu.
Bielsko-Biała Wapienica – Brenna – Przełęcz Salmopolska.
Punkty do wyszukania na mapie: B-B Wapienica Zapora, Błotny, Brenna, Stary Groń, Grabowa, Przełęcz Salmopolska.
Stopień trudności: średni do wysokiego.
Up & Down: Od pętli autobusowej do zapory równo, podejście na Palenicę strome, męczące, krótkie, potem do Błotnego na zmianę równo i pod górę, nieco spokojniej. Od Błotnego do Brennej cały czas w dół, momentami początkowo ostrzej. Z punktu Brenna Ośrodek Zdrowia najpierw strome, potem łagodniejsze podejście na Stary Groń, z niego łagodnie w dół i po równym, na koniec krótki ostrzejszy odcinek w górę na Grabową i w dół do Białego Krzyża.
Atrakcje widokowe: Zapora Mościckiego, Palenica, Pomnik funkcjonariuszy MO za Błotnym, panoramy na zejściu do Brennej i ze szczytu Starego Gronia.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko na Błotnym, sklepy i bary w Brennej, bar i fast food na Przełęczy Salmopolskiej.
Komunikacja: Pod zaporę Mościckiego dojazd autobusem miejskim linii 16 sprzed dworca PKS Bielsko-Biała do końcowego przystanku, powrót z Białego Krzyża (lub po zejściu – Szczyrku Salmopola) PKS-em.
Opis marszruty: Od przystanku Wapienica Zapora łącznik wstecz szlakiem żółtym, dalej niebieskim przez Palenicę, Kopane i Przykrą na Błotny, a z niego do Brennej szlakiem zielonym. Od ośrodka zdrowia w lewo szlak czarny na Stary Groń i do Grabowej, a stamtąd na Biały Krzyż kolor czerwony.
Odległość: 17,5 kilometra, mój czas przejścia 7 godzin i 20 minut.
Opinia Portiera: Szalenie zróżnicowana pod każdym względem, choć momentami trudna trasa. Przekrój wszystkiego, co w Beskidach ciekawe. Przy „gwarantowanej” pogodzie z pewnością warto spróbować.
Możliwości zmian: 1. Podejście na Błotny od Jaworza szlakiem żółtym (trudniejszym!). 2. W polach przed Brenną odbicie łącznikiem szlaku czarnego do zielonego na Stary Groń przez centrum. 3. Zakończenie trasy w Brennej. 4. Marsz spod ośrodka zdrowia na Równicę i stamtąd do Ustronia.
Punkty do wyszukania na mapie: B-B Wapienica Zapora, Błotny, Brenna, Stary Groń, Grabowa, Przełęcz Salmopolska.
Stopień trudności: średni do wysokiego.
Up & Down: Od pętli autobusowej do zapory równo, podejście na Palenicę strome, męczące, krótkie, potem do Błotnego na zmianę równo i pod górę, nieco spokojniej. Od Błotnego do Brennej cały czas w dół, momentami początkowo ostrzej. Z punktu Brenna Ośrodek Zdrowia najpierw strome, potem łagodniejsze podejście na Stary Groń, z niego łagodnie w dół i po równym, na koniec krótki ostrzejszy odcinek w górę na Grabową i w dół do Białego Krzyża.
Atrakcje widokowe: Zapora Mościckiego, Palenica, Pomnik funkcjonariuszy MO za Błotnym, panoramy na zejściu do Brennej i ze szczytu Starego Gronia.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko na Błotnym, sklepy i bary w Brennej, bar i fast food na Przełęczy Salmopolskiej.
Komunikacja: Pod zaporę Mościckiego dojazd autobusem miejskim linii 16 sprzed dworca PKS Bielsko-Biała do końcowego przystanku, powrót z Białego Krzyża (lub po zejściu – Szczyrku Salmopola) PKS-em.
Opis marszruty: Od przystanku Wapienica Zapora łącznik wstecz szlakiem żółtym, dalej niebieskim przez Palenicę, Kopane i Przykrą na Błotny, a z niego do Brennej szlakiem zielonym. Od ośrodka zdrowia w lewo szlak czarny na Stary Groń i do Grabowej, a stamtąd na Biały Krzyż kolor czerwony.
Odległość: 17,5 kilometra, mój czas przejścia 7 godzin i 20 minut.
Opinia Portiera: Szalenie zróżnicowana pod każdym względem, choć momentami trudna trasa. Przekrój wszystkiego, co w Beskidach ciekawe. Przy „gwarantowanej” pogodzie z pewnością warto spróbować.
Możliwości zmian: 1. Podejście na Błotny od Jaworza szlakiem żółtym (trudniejszym!). 2. W polach przed Brenną odbicie łącznikiem szlaku czarnego do zielonego na Stary Groń przez centrum. 3. Zakończenie trasy w Brennej. 4. Marsz spod ośrodka zdrowia na Równicę i stamtąd do Ustronia.
Skoczów- Bielsko Biała Wapienica.
Punkty do wyszukania na mapie: Skoczów, Górki Wielkie, Zebrzydka, Cisowa, Błotny, B-B Wapienica Zapora.
Stopień trudności: wysoki.
Up & Down: Ponad dwugodzinny odcinek po równym, strome, miejscami bardzo trudne podejście i zejście z Zebrzydki, siodło, łagodniej pod górę na Łazek i później na zmianę lekko w górę lub lekko w dół aż do łąk przed Błotnym. Od Błotnego cały czas z górki aż do Zapory. Zejście z Palenicy trudne, strome i kamieniste.
Atrakcje widokowe: Wisła w Skoczowie, panoramy z podejścia przez pola do Zebrzydki i dojścia do Błotnego, pomnik funkcjonariuszy MO, Błotny, zapora im. Mościckiego w Wapienicy.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Górkach Wielkich, schronisko na Błotnym.
Komunikacja: Do Skoczowa dojazd koleją, spod zapory w Wapienicy powrót do B-B autobusem linii 16.
Opis marszruty: Od dworca kolejowego w Skoczowie aż do Łazka szlak zielony, potem czerwony do Błotnego, a stamtąd do Wapienicy niebieski i żółty łącznik do pętli autobusu.
Odległość: 19,1 kilometra, mój czas przejścia 7 godzin.
Opinia Portiera: Trasa trudna, długa i wyczerpująca, choć pełna wrażeń estetycznych w najlepszym gatunku. Najdłuższa w moim zestawieniu. Warta przejścia, ale NIGDY na pierwszy ogień. Jeśli zaczynasz, zacznij od czegoś spokojniejszego.
Możliwości zmian: 1. Ze Skoczowa do Górek Wielkich można podjechać PKS-em. 2. Z Łazka można zejść do Jaworza Nałęża i tam zakończyć marsz. 3. Z Błotnego mamy wybór: zejść pod zaporę w Wapienicy lub do Jaworza Górnego.
Punkty do wyszukania na mapie: Skoczów, Górki Wielkie, Zebrzydka, Cisowa, Błotny, B-B Wapienica Zapora.
Stopień trudności: wysoki.
Up & Down: Ponad dwugodzinny odcinek po równym, strome, miejscami bardzo trudne podejście i zejście z Zebrzydki, siodło, łagodniej pod górę na Łazek i później na zmianę lekko w górę lub lekko w dół aż do łąk przed Błotnym. Od Błotnego cały czas z górki aż do Zapory. Zejście z Palenicy trudne, strome i kamieniste.
Atrakcje widokowe: Wisła w Skoczowie, panoramy z podejścia przez pola do Zebrzydki i dojścia do Błotnego, pomnik funkcjonariuszy MO, Błotny, zapora im. Mościckiego w Wapienicy.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Górkach Wielkich, schronisko na Błotnym.
Komunikacja: Do Skoczowa dojazd koleją, spod zapory w Wapienicy powrót do B-B autobusem linii 16.
Opis marszruty: Od dworca kolejowego w Skoczowie aż do Łazka szlak zielony, potem czerwony do Błotnego, a stamtąd do Wapienicy niebieski i żółty łącznik do pętli autobusu.
Odległość: 19,1 kilometra, mój czas przejścia 7 godzin.
Opinia Portiera: Trasa trudna, długa i wyczerpująca, choć pełna wrażeń estetycznych w najlepszym gatunku. Najdłuższa w moim zestawieniu. Warta przejścia, ale NIGDY na pierwszy ogień. Jeśli zaczynasz, zacznij od czegoś spokojniejszego.
Możliwości zmian: 1. Ze Skoczowa do Górek Wielkich można podjechać PKS-em. 2. Z Łazka można zejść do Jaworza Nałęża i tam zakończyć marsz. 3. Z Błotnego mamy wybór: zejść pod zaporę w Wapienicy lub do Jaworza Górnego.
Skoczów – Ustroń Polana.
Punkty do wyszukania na mapie: Skoczów, Górki Wielkie, Lipowski Groń, Równica, Przełęcz Beskidek, Ustroń Polana.
Stopień trudności: niski do średniego.
Up & Down: Od dworca kolejowego w Skoczowie po równym przez około dwie godziny (!), potem momentami strome podejście na Równicę, znów bardzo spokojny odcinek do Przełęczy Beskidek (w ostatniej fazie prowadzący w dół) i długie, ale zrównoważone zejście wprost do stacji kolejowej.
Atrakcje widokowe: Wisła w Skoczowie, bezludna wędrówka przez pola Górek Wielkich, panorama z Przełęczy Beskidek.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko i restauracja oraz fast foody na Równicy, sklepy i bary w Ustroniu Polanie.
Komunikacja: Trasa prowadzi idealnie od stacji kolejowej Skoczów do stacji Ustroń Polana.
Opis marszruty: Ze stacji PKP Skoczów na Równicę szlak żółty, potem do spotkania z zielonym przy podejściu na Orłową – niebieski i od tego miejsca do Ustronia – zielony.
Odległość: 18,6 kilometra, mój czas przejścia: 6 godzin i 30 minut.
Opinia Portiera: Z bajkowej nierzeczywistości pól i łąk w Górkach Wielkich poprzez hałaśliwy „bazar” na Równicy (stanowczo jestem na nie!) aż do sennej i cichej Przełęczy Beskidek. Z pociągu do pociągu. Idealna wycieczka, jako druga po pierwszym zapoznaniu się z górami.
Możliwość zmian: 1. Z Równicy można zejść wprost do Ustronia z pominięciem Beskidka szlakiem czerwonym. 2. Z tego samego miejsca można także odbić kolorem zielonym do Brennej.
Punkty do wyszukania na mapie: Skoczów, Górki Wielkie, Lipowski Groń, Równica, Przełęcz Beskidek, Ustroń Polana.
Stopień trudności: niski do średniego.
Up & Down: Od dworca kolejowego w Skoczowie po równym przez około dwie godziny (!), potem momentami strome podejście na Równicę, znów bardzo spokojny odcinek do Przełęczy Beskidek (w ostatniej fazie prowadzący w dół) i długie, ale zrównoważone zejście wprost do stacji kolejowej.
Atrakcje widokowe: Wisła w Skoczowie, bezludna wędrówka przez pola Górek Wielkich, panorama z Przełęczy Beskidek.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko i restauracja oraz fast foody na Równicy, sklepy i bary w Ustroniu Polanie.
Komunikacja: Trasa prowadzi idealnie od stacji kolejowej Skoczów do stacji Ustroń Polana.
Opis marszruty: Ze stacji PKP Skoczów na Równicę szlak żółty, potem do spotkania z zielonym przy podejściu na Orłową – niebieski i od tego miejsca do Ustronia – zielony.
Odległość: 18,6 kilometra, mój czas przejścia: 6 godzin i 30 minut.
Opinia Portiera: Z bajkowej nierzeczywistości pól i łąk w Górkach Wielkich poprzez hałaśliwy „bazar” na Równicy (stanowczo jestem na nie!) aż do sennej i cichej Przełęczy Beskidek. Z pociągu do pociągu. Idealna wycieczka, jako druga po pierwszym zapoznaniu się z górami.
Możliwość zmian: 1. Z Równicy można zejść wprost do Ustronia z pominięciem Beskidka szlakiem czerwonym. 2. Z tego samego miejsca można także odbić kolorem zielonym do Brennej.
Ustroń Polana – Wisła Głębce.
Punkty do wyszukania na mapie: Ustroń Polana, Czantoria, Soszów, Cieślar, Mały Stożek, Wielki Stożek, Mraźnica, Wisła Głębce.
Stopień trudności: średni do wysokiego.
Up & Down: Bardzo męczące podejście na Czantorię, łagodniejsze momentami zejście do Przełęczy Beskidek (Ważne! Innej niż w wycieczce nr 6!) i potem bardzo spokojna droga na Soszów. Od Soszowa łagodnie w górę na Cieślar, a stamtąd lekko w dół do małego Stożka. Podejście na Wielki Stożek strome, ale krótkie, a potem aż do Wisły łagodnie obniżający się szlak przez Mraźnicę.
Punkty do wyszukania na mapie: Ustroń Polana, Czantoria, Soszów, Cieślar, Mały Stożek, Wielki Stożek, Mraźnica, Wisła Głębce.
Stopień trudności: średni do wysokiego.
Up & Down: Bardzo męczące podejście na Czantorię, łagodniejsze momentami zejście do Przełęczy Beskidek (Ważne! Innej niż w wycieczce nr 6!) i potem bardzo spokojna droga na Soszów. Od Soszowa łagodnie w górę na Cieślar, a stamtąd lekko w dół do małego Stożka. Podejście na Wielki Stożek strome, ale krótkie, a potem aż do Wisły łagodnie obniżający się szlak przez Mraźnicę.
Atrakcje widokowe: Tutaj cała trasa jest jedna wielką atrakcją widokową, wszak to fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego w dodatku prowadzącego wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Polecam jednak zupełnie od siebie coś poza „głównym nurtem”– ulubione miejsce spacerów i polowań prezydenta Mościckiego, czyli właśnie okolice zejścia ze Stożka do Wisły.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schroniska: Soszów, Wielki Stożek. Fast foody: Czantoria i Przełęcz Beskidek, sklepy i bary: Ustroń Polana i Wisła.
Komunikacja: Podobnie jak w wycieczce numer sześć trasa łączy dwie stacje kolejowe, w tym przypadku w Ustroniu Polanie i Wiśle Głębcach.
Opis marszruty: Od stacji Ustroń Polana na szczyt Czantorii i z niego aż do Wielkiego Stożka szlak czerwony, a stamtąd do Wisły – niebieski.
Odległość: 16,6 kilometra, mój czas przejścia 8 godzin.
Opinia Portiera: Creme de la crème czyli Główny Szlak Beskidzki we fragmencie. Trasa długa, ale praktycznie na zasadzie samych greatest hits. Po prostu program obowiązkowy. Koniecznie!
Możliwości zmian: 1. Na Czantorię można wjechać kolejką. 2. Na Soszowie można kolejką zjechać kończąc trasę lub wjeżdżając nią tam właśnie wycieczkę rozpocząć. 3. Przed Wielkim Stożkiem można zejść do Wisły szlakiem zielonym. 4. Z Wielkiego Stożka można zjechać kolejką.
Ustroń Polana – Przełęcz Salmopolska.
Punkty do wyszukania na mapie: Ustroń Polana, Przełęcz Beskidek, Orłowa, Trzy Kopce Wiślańskie, Przełęcz Salmopolska.
Stopień trudności: niski.
Up & Down: Podejście od stacji kolejowej na Orłową w większej części łagodne, aż do zetknięcia ze szlakiem niebieskim z Równicy, potem strome, ale ledwie kilkuminutowe. Na Orłowej bardzo długi odcinek absolutnie równy, po nim zejście do Zakrzoska i kolejne wzniesienie przed Trzema Kopcami skąd dalej wyrównany szlak aż do końcowego odcinka, jakim jest po wcześniejszym obniżeniu strome podejście na Przełęcz Salmopolską.
Atrakcje widokowe: Przełęcz Beskidek, panoramy z Orłowej, Trzech Kopców i większej części szlaku między nimi a Białym Krzyżem oraz… szalony kocur na Orłowej, którego trzeba pogłaskać jeśli nie chce się mieć pecha w górach ;)
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko Telesforówka na Trzech Kopcach, bar i fast food na Przełęczy Salmopolskiej.
Komunikacja: Do Ustronia Polany dojazd pociągiem, powrót z Białego Krzyża (lub po zejściu – Szczyrku Salmopola) PKS-em.
Opis marszruty: Ze stacji kolejowej szlak zielony na Orłową, potem niebieski na Trzy Kopce skąd już żółty aż do końca trasy.
Odległość: 14,7 kilometra, mój czas przejścia: 4 godziny 50 minut.
Opinia Portiera: Wyrównana, spokojna trasa, raczej krótka, ale gwarantująca piękne widoki.
Możliwości zmiany: 1. Wycieczkę można zacząć lub zakończyć w Wiśle połączonej z Trzema Kopcami szlakiem żółtym.
Punkty do wyszukania na mapie: Ustroń Polana, Przełęcz Beskidek, Orłowa, Trzy Kopce Wiślańskie, Przełęcz Salmopolska.
Stopień trudności: niski.
Up & Down: Podejście od stacji kolejowej na Orłową w większej części łagodne, aż do zetknięcia ze szlakiem niebieskim z Równicy, potem strome, ale ledwie kilkuminutowe. Na Orłowej bardzo długi odcinek absolutnie równy, po nim zejście do Zakrzoska i kolejne wzniesienie przed Trzema Kopcami skąd dalej wyrównany szlak aż do końcowego odcinka, jakim jest po wcześniejszym obniżeniu strome podejście na Przełęcz Salmopolską.
Atrakcje widokowe: Przełęcz Beskidek, panoramy z Orłowej, Trzech Kopców i większej części szlaku między nimi a Białym Krzyżem oraz… szalony kocur na Orłowej, którego trzeba pogłaskać jeśli nie chce się mieć pecha w górach ;)
Schroniska, żywność, odpoczynek: Schronisko Telesforówka na Trzech Kopcach, bar i fast food na Przełęczy Salmopolskiej.
Komunikacja: Do Ustronia Polany dojazd pociągiem, powrót z Białego Krzyża (lub po zejściu – Szczyrku Salmopola) PKS-em.
Opis marszruty: Ze stacji kolejowej szlak zielony na Orłową, potem niebieski na Trzy Kopce skąd już żółty aż do końca trasy.
Odległość: 14,7 kilometra, mój czas przejścia: 4 godziny 50 minut.
Opinia Portiera: Wyrównana, spokojna trasa, raczej krótka, ale gwarantująca piękne widoki.
Możliwości zmiany: 1. Wycieczkę można zacząć lub zakończyć w Wiśle połączonej z Trzema Kopcami szlakiem żółtym.
Wisła Głębce – Skrzyczne.
Punkty do wyszukania na mapie: Wisła, Cienków, Zielony Kopiec, Malinowska Skała, Skrzyczne.
Punkty do wyszukania na mapie: Wisła, Cienków, Zielony Kopiec, Malinowska Skała, Skrzyczne.
Stopień trudności: średni do wysokiego.
Up & Down: Od stacji kolejowej Wisła Głębce najpierw równo, potem pod górę na stokach Kozińców, wreszcie w dół do Wisły Nowej Osady i znów łagodnie pod górę na Cienków. Od Cienkowa wyrównana trasa z niewielkimi krótkimi wzniesieniami aż do Gawlasi, skąd stromo w górę na Zielony Kopiec, by z niego ostro w dół i znów pod górę na Malinowską Skałę. Stamtąd krótkie ostre zejście i długi marsz po bardzo zrównoważonym szlaku aż do Skrzycznego.
Atrakcje widokowe: Zapora na Wiśle, Cienków, panoramy z Zielonego Kopca i Malinowskiej Skały oraz praktycznie cała dalsza trasa, jako widoczna z wyprzedzeniem na dużej odległości.
Schroniska, żywność, odpoczynek: W Wiśle sklep, na Cienkowie bar, na Skrzycznem schronisko.
Komunikacja: Do Wisły Głębce dojazd koleją, ze Skrzycznego do Szczyrku wyciągiem krzesełkowym i ze Szczyrku do centrum Bielska busem lub PKS-em.
Opis marszruty: Ze stacji kolejowej szlak czarny do Wisły Nowej Osady, potem szlak żółty do Malinowskiej Skały, a stamtąd zielony na Skrzyczne. (Sam podchodziłem na Malinowską Skałę szlakiem czerwonym po wcześniejszym skręcie w kierunku Przełęczy Salmopolskiej kolorem niebieskim).
Odległość: 17, 4 kilometra, mój czas przejścia 6 godzin i 15 minut.
Opinia Portiera: Znów trasa wręcz elementarna, długa, ale z odcinkami dającymi pewne wytchnienie. Na drugi lub trzeci krok w Beskidy jak znalazł.
Możliwości zmiany: 1. Z podejścia na Malinowską Skałę możliwości zejścia na Biały Krzyż szlakiem niebieskim, później czerwonym lub z tego samego miejsca szlak zółty w kierunku Ostre PKS.
Dla wyświetlenia mapki w rozdzielczości umożliwiającej odczyt polecam kliknięcie prawym przyciskiem myszy i wybór opcji "otwórz w nowym oknie" lub "otwórz w nowej karcie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.









