Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


sobota, 16 kwietnia 2016

Porady spod lady, czyli Pan Portier Poleca

Kilka tygodni temu zdarzyło mi się czytać na pewnym blogu wpis, który autorka nazwała recenzją bądź też testem, dziś już nie pamiętam, ale w każdym razie czymś, co wynikało jak można się było spodziewać z jej doświadczenia z danym produktem. Zastanowiło mnie, że przedmiot owego testu, delikatnie mówiąc z dolnej strefy średniej półki pisząca obsypywała tam pochwałami w sposób aż zabawny przyozdabiając jeszcze swoje wynurzenia nadzwyczaj profesjonalnymi zdjęciami w dużej rozdzielczości... Oczywiście, o czym dziś będzie, ja także znam czy mam rzeczy, które uważam za wyjątkowo dobre, ale nie dlatego, że ktoś mi za to (nimi chociażby tylko) płaci. A tak właśnie było, czego doczytałem się dopiero przy końcu posta, w tym konkretnym wspominanym przypadku. I to mnie, nie będę ukrywał, co najmniej zniesmaczyło.
 
Powie ktoś, że przecież nie ma konfliktu między tym, by coś dostać od producenta czy dystrybutora, a tym by uznać to za bardzo dobre. Zgoda. Ale to tak jak nie ma niczego złego w tym, by np. jakiś pan dyrektor zatrudniał swojego syna. Niby nie ma, ale ryzyko braku obiektywnej oceny jednak istnieje. Zwłaszcza, gdy recenzujący nie jest kimś zajmującym się jakąś tam branżą stale, najlepiej profesjonalnie lub półprofesjonalnie a po prostu blogerem, któremu podesłano karton czekolady, odkurzacz czy fajny rower. Nie musi zresztą słodzić i słodzić, wystarczy, że nie wspomni o wadach i już jest jasne. Że ściemnia. 
 
Nie piszę tego wszystkiego pod adresem tych, którzy fakt sponsorowania danego wpisu zaznaczają uczciwie zaraz na wstępie.
 
Ale dość narzekania, przejdźmy do rzeczy. Postanowiłem i ja coś testowo potestować, a może bardziej po prostu zaznaczyć wszem i wobec jako według mnie dobre lub bardzo dobre. W absolutnej większości po kilku latach użytkowania, w absolutnej mniejszości po kilkunastu co najmniej miesiącach. I co najważniejsze bez niczyjego za to rewanżu.

 
---
 
 
Herbata Jones Classic *****
 
Co to jest?
 
Ręcznie zbierana czarna herbata, oryginalna cejlońska, w opakowaniach po 50 lub 100 torebek. Kraj pochodzenia Sri Lanka. Cena za opakowanie odpowiednio ok. 7,60 lub 13 zł

 
 
Dlaczego?
 
Bardzo mocny, wydajny i aromatyczny napar. Przyjemny, wyraźny i klasyczny zarazem smak. Torebki dwukomorowe pakowane po 25 sztuk w eleganckie osobno ofoliowane kartoniki i te dopiero umieszczane w opakowaniu głównym.
 
Moje zdanie.
 
Mam taki zwyczaj, że na święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy kupuję herbatę inną niż na co dzień. Zawsze czarną, bo tylko taką uznaję, najczęściej ekspresową, bo ta jest najwygodniejsza, ale jednak im bardziej ciekawą, niszową, "dziwną" przy takiej okazji, tym chętniej. Może z pięć, może więcej lat temu trafiłem w ten sposób na Jonesa. Nie zapomnę nigdy pierwszego wrażenia... ulgi. Czyli jednak jest jeszcze na tym świecie NORMALNA herbata! Nie pachnące plastikiem czy sianem "coś" z czego napar jest w najlepszym razie bursztynowy, ale autentyczna mocna herbata z której jednej torebki można zaparzyć spokojnie (wiem, wiem, to świętokradztwo, ale też żywy dowód jakości) dwie mocne szklanki. I to herbata pachnąca, prawdziwie smaczna, a przecież bez jakichkolwiek dodatków.
 
Smak można jak mi się wydaje porównać do herbat Yunnan, jeżeli to komuś pomoże w ocenie. Najlepszym jednak jego opisem jest cytat z Wikipedii:  Jest to gatunek najbardziej zbliżony do tego, co w Europie i Ameryce zwykło się uważać ogólnie za herbatę.

 
 
Margaryna Roślinna Bielmar *****

Co to jest?

Margaryna do smarowania. Bez konserwantów, z witaminami. Opakowanie 500g. Cena ok. 4,50 zł



Dlaczego?

Nie daje poczucia jedzenia "czegoś obcego" pomiędzy pieczywem, a sednem kanapki, co jest niestety dość częstym wrażeniem nawet w droższych i bardziej znanych margarynach. Jest jednak nie tyle neutralna, ile delikatna, lekko mleczna, w tym właśnie przypominając masło. Przyjemny zapach i świetna konsystencja, to kolejne jej zalety.
 
Moje zdanie.

W trwającej od prawie dwóch setek lat wojnie wyznawców masła i margaryny od mniej więcej dwóch i pół dekady jestem "margarynowcem". Zostały mi jakoś w pamięci płatki masła układane na chlebie i tak na zimno i sztywno z umiarkowaną przyjemnością jedzone albo znów żółtawe pieczywo i wspomnienie po tym, że czymś tam, co właśnie się roztopiło i zniknęło, było ono wcześniej posmarowane. Od masła zatem odszedłem definitywnie. Przez lata próbowałem wielu produktów do smarowania od tych  najbardziej znanych po wszelakie wynalazki śmieciowe nie mające nawet ze względu na skład prawa używania nazwy margaryna. Najciekawsze tak na marginesie,  co spotkałem w jednym z marketów nie dalej jak kwartał temu, a czego na szczęście nie odważyłem się kupić, to "cudeńko" w cenie 1,99 za... kilogram! Brr...

Na dobrą sprawę jednak nawet przy produktach z najwyższej półki nigdy nie byłem do końca zadowolony. Brakowało mi czegoś pośrodku, pomiędzy masłem a margaryną, bynajmniej nie par excellence miksu, bo i tego kosztowałem z umiarkowaną satysfakcją. Eksperymentując zatem podobnie jak to miało miejsce z herbatą  kupiłem któregoś dnia Roślinną, którą jeszcze pod nazwą Masła Roślinnego pamiętałem jako stale obecną w lodówce mojej babci w latach 80. Kupiłem, zasmakowałem i odtąd zajadam już stale.

I tutaj jeszcze uwaga. Na rynku jest kilka przynajmniej produktów bardzo podobnych wizualnie a nawet noszących zbliżone nazwy. Nie chcąc tu robić czarnego margarynowego PR zaproponuję więc wątpiącym, by dla porównania zakupili Roślinną z Bielmaru i prawie identyczny produkt konkurencji, też zresztą produkowany od dziesięcioleci. Niebo i ziemia.

 
 
Pasta do butów Giguś *****

Co to jest?

Pasta w płynie. Wysokopołyskowa. Zawiera lanolinę. Opakowanie 70g. Cena ok. 3,30 zł



Dlaczego?

Pasta doskonale się rozprowadza, maskuje drobne uszkodzenia obuwia, nawilża i uelastycznia skórę jednocześnie zabezpieczając ją przed działaniem wody, nabłyszcza. Efekt jest długotrwały.

Moje zdanie.

Gigusia, który z tego co mi wiadomo jest tylko marką zbiorczą dla popularnych produktów chemii gospodarczej różnych producentów zakupiłem po raz pierwszy około dwóch lat temu szukając przede wszystkim pasty w płynie odpowiedniej dla moich dość mocno już schodzonych butów wojskowych. Oczywiście zarówno wcześniej jak i później stosowałem też inne pasty jednak mimo początkowo podobnych wizualnie efektów Giguś miał i ma nad nimi przewagę jaką jest radykalne "odmładzanie" skóry. O ile moje desanty są po prostu tu i ówdzie porysowane, to próba jakiej dokonałem na starych, bodajże siedmioletnich trzewikach roboczych absolutnie mnie zszokowała. Powtórzę. Stare buty robocze ze skórą twardą jak kamień i o strukturze prawie że sztruksu w ciągu kwadransa stały się elegancko błyszczącymi i nowymi jak ze sklepu. Dodatkowo jeszcze zamiast jak po innych pastach, ładnej bo ładnej, ale jednak tylko błyszczącej skorupy znów miały elastyczną skórę. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Giguś jest po prostu baaardzo tani, co w połączeniu z jakością jest według mnie ewenementem na rynku. Zaniepokojonych od razu poinformuję, że przy butach z natury bardziej matowych efekt nabłyszczania nie jest aż tak mocny, żeby stanowiło to przeszkodę w stosowaniu.



Plestop *****

Co to jest?

Płyn do natychmiastowego usuwania grzybów i pleśni ze ścian. Ma również inne zastosowania. Opakowania po 0,75, 1 i 5 litrów. Cena za op. 0,75 (spryskiwacz) lub 1 litr (zapas - butelka plastikowa) ok. 10 zł



Dlaczego?
 
Usuwa pleśnie i grzyby w kilka minut nie pozostawiając ŻADNYCH śladów, także po sobie samym. Nie wymaga zmywania, wycierania itp. Działa tak samo na ścianach białych jak i kolorowych. Specyficzny zapach środka znika po kilkunastu minutach przy aktywnym wywietrzeniu pomieszczenia, efekt działania utrzymuje się kilka do kilkunastu tygodni.
 
Moje zdanie.
 
Miałem swego czasu, zwłaszcza w porze jesienno-zimowej, problem z powracającą w łazience pleśnią. Plestop w kilka minut wyczyścił wszystko do zera. Po psiknięciu pleśń się praktycznie rozpuszcza, znika, wyparowuje razem z resztkami płynu. Moim już prywatnym odkryciem jest możliwość zastosowania Plestopu np. do mycia kranów (baterii, mówiąc bardziej fachowo), zlewów z nierdzewki oraz... blatów kuchennych, ale tu uwaga, mowa o blatach takich jak niegdysiejsze stoliki w pociągach, laminowanych, grubych. Przykład takowego na zdjęciu poniżej.
 

 
 
Biały Jeleń. Żel do twarzy z oczarem wirginijskim. ****

Co to jest?

Żel do mycia dla cery tłustej i ze skłonnościami trądzikowymi. Łagodzi podrażnienia, usuwa nadmiar sebum, zmniejsza skłonność do powstawania wykwitów. Opakowanie 175 ml (początkowo 200 ml - downsizing - za to jedna gwiazdka mniej) za ok. 6,80 zł



Dlaczego?

Jedno słowo - DZIAŁA. Nie od razu, a po jakimś czasie, na przykład kilkurazowym (kilkudniowym) stosowaniu, ale ulga odczuwalna jest natychmiast. Zmiany skórne stopniowo łagodnieją, wysuszają się, w widoczny sposób zmniejsza się stan zapalny, zamykają pory, wygładzają nierówności.

Moje zdanie.

Produkt pochodzi z serii kosmetyków, które z kolei, o ile pamiętam, "zaczęły się", przynajmniej w sensie nazwy, od szarego mydła używanego do prania, ale także i do mycia jeszcze w czasach PRL-u. Stosuję go od kilku już lat, nie tylko w domu, ale również podczas górskich wędrówek oraz... po ukąszeniach owadów. W tym ostatnim przypadku wystarczy kropelkę płynu nanieść na zmienione miejsce, lekko rozmyć wodą, odczekać kilka minut do wyschnięcia i zmyć wodą ponownie.



Krem do golenia WARS *****

Co to jest?

No cóż, jak być może sama nazwa wskazuje - krem do golenia właśnie. Tubka 65 g. Cena ok. 2,80 zł

 
Dlaczego?

Produkt w swojej klasie wzorcowy, sprawdzony od dziesięcioleci, a nadto nie tylko skuteczny i pozostawiający bardzo "rasowy" zapach dobrej wody kolońskiej, ale również.... tani.

Moje zdanie.

"Uuu... Co to za woda kolońska? - To nie woda, to krem do golenia!" No właśnie, takie miałem pierwsze skojarzenie, zastanawiając się jak opisać Warsa. Ale przecież summa summarum nie zapach jest tu najważniejszy, a zatem może garść innych spostrzeżeń dla uzupełnienia. Krem jest bardzo gęsty, "mięsisty" wręcz, nie spływa ani z pędzla, ani tym bardziej z twarzy, dobrze zmiękcza zarost, łatwo się zmywa, nie pozostawia, w przeciwieństwie do niektórych pomysłów konkurencji uczucia obsmarowania się czymś tłustym, co potem trzeba spłukiwać w nieskończoność. Jest bardzo tani, a przy tym klasycznie elegancki. A czy mówiłem już, że pięknie pachnie? :)



Zmiękczający krem do stóp Joanna Naturia ****

Co to jest?

Krem zmiękczający do stóp zawierający masło shea i mocznik. Tubka 50 g za około 2,80 zł



Dlaczego?

Systematycznie stosowany usuwa zrogowacenia, zwiększa elastyczność skóry, wygładza ją a nadto dobrze się wchłania, nie jest tłusty i posiada przyjemny zapach. Gęstość również dobrana jest bardzo wygodnie - na poziomie kremów glicerynowych do rąk.

Moje zdanie.

Krem sprawdził się u mnie nie tylko na stopach, ale także na łokciach czy kolanach (oraz z natury rzeczy, to jest sposobu aplikowania, także na dłoniach). Skutki stosowania odczuwalne są niemal natychmiast, a przyjemny zapach zachęca do stosowania. Niebagatelną zaletą jest też cena - bardziej niż symboliczna.



Czekolada Mleczna Wiodąca Marka (E.Leclerc) ****

Co to jest?

Czekolada mleczna. Tabliczka 100 gram za 1,99 zł



Dlaczego?

Smak jest kwestią bardzo indywidualną, ale w przypadku konkretnych produktów może jednak stanowić jakiś zbiorowy punkt odniesienia. Ta czekolada, choć produkowana jest przez mało znaną firmę Union Chocolate dla sklepów E.Leclerc na tle innych produktów tego segmentu wyróżnia się in plus wyrazistym, głębokim smakiem, przyjemnym zapachem i właściwą konsystencją. Z powodzeniem może konkurować z dużo od niej droższymi i lepiej rozpoznawalnymi.

Moje zdanie.

Mam czasem dziwne ciągoty do próbowania towarów z niekoniecznie najwyższych półek. Nie tyle bierze się to z konieczności, ile z ciekawości raczej, podpartej niewątpliwie zdarzającymi mi się nieraz przyjemnymi zaskoczeniami takimi jak tabliczka Wiodącej Marki. Co ciekawe pozostałe czekolady tej serii wytwarzane już przez innego producenta są na poziomie zbliżonym do reszty w tej klasie, czyli słabym lub ledwostrawnym :) Mleczna za to smakuje wyśmienicie i mnie przynajmniej kojarzy się z fioletową Goplaną, a jest to, żeby było jasne, wielka zaleta.

 

Maszynki do golenia ECO+ (E.Leclerc) ****

Co to jest?

Maszynki do golenia, jednorazowe, pakowane po 10 sztuk.
Cena za opakowanie 2,79 zł (!!!)



Dlaczego?

Pełna skuteczność, jakość i wygoda użytkowania maszynek znacznie droższych.

Moje zdanie.

Krótko i na temat. Golę się codziennie, a zarost mam twardy niczym dorosły dzik i równie dziko (czytaj: szybko) się odnawiający, wiem zatem z doświadczenia jaka maszynka jest, a jaka nie jest skuteczną bez pozbywania się paru dziesiątek złotych oczywiście, bo nie w tym rzecz. Najpopularniejszy w Polsce i zarazem powszechnie z jednorazówką kojarzony produkt kosztuje ok. 1,30 za sztukę i 13 zł za opakowanie 10 sztuk. Wydaje się nam, użytkownikom, przez jego popularność zapewne, że to normalna cena i nie ma co się spodziewać niczego tańszego. I tu zaskoczenie. Maszynki ECO +. Wprawdzie nie można ich kupić na sztuki a tylko w całych opakowaniach, ale jeżeli takie opakowanie kosztuje 1/4 ceny tamtego, wiadomego i wyżej wspominanego, zaś jakość wykonania, wygoda użytkowania, skuteczność i wytrzymałość W ŻADEN SPOSÓB SIĘ NIE RÓZNIĄ, to chyba nie ma sensu pisać niczego więcej. Nie dajmy się oskubać przy goleniu :))



Szynka z Karczmy, Szynka z Wędzarni
(LIDL - marka Pikok) ****

Co to jest?

Szynka wędzona sporządzona ze 104 lub 125 gram mięsa na 100 gram szynki. Cena ok. 28 zł/kg


Dlaczego?

Autentyczny smak szynki "jak za Gierka" lub innej z naszych wspomnień/wyobrażeń/pragnień na co dzień raczej w zwykłych sklepach nieosiągalnych. Szynka z Karczmy nieco mniej, Szynka z Wędzarni nieco mocniej podwędzana. Wyraźnie wyczuwalne mięso, a nie jak w produktach czasem nawet sporo droższych "coś" o konsystencji troszkę lepszej parówki.

Moje zdanie.

Należę do pokolenia, które dorastało w przekonaniu, że szynkę je się dwa razy w roku, podobnie jak pomarańcze czy cytryny. Tyle, że tamta szynka nie tylko dlatego, że wyczekiwana, miała smak, zapach i dawała przyjemność, a to co obecnie kupić możemy w sklepach mięsnych najczęściej tylko mniej lub bardziej jedzącego odrzuca. Zdecydowałem się około roku temu bez wielkich nadziei na kupienie szynki Pikok po przeczytaniu w którejś z gazetek reklamowych z jakiej ilości mięsa została wytworzona. I to był jedyny wtedy argument. Za to kiedy już jej spróbowałem... niestety, ale chyba poczułem się uzależniony. Nic, dosłownie nic w cenie zbliżonej do tej nie może się z tą szynką równać.



Superkoszyk *****

Co to jest?

Superkoszyk.pl - drogeria internetowa www.superkoszyk.pl



Dlaczego?

Bardzo szeroki wybór towarów, częste promocje i gratisy, przejrzysta strona internetowa, system premii i rabatów, idealny i ekspresowy wręcz kontakt z obsługą, wiele możliwości dostawy towaru i zapłaty za niego, rozwiązywanie problemów zawsze na korzyść klienta. GENIALNIE opakowane przesyłki zawsze z dołączonym workiem na odpady tekturowe którymi wypełnia się puste miejsce w kartonie.

Moje zdanie.

Ktoś postawił sobie ambitne zadanie i je zrealizował. To już nie jest jakiś tam sklepik, który da na złotówkę zniżki na stu złotych zamówienia, to jest prawdziwy, w jak najlepszym znaczeniu tego słowa kombinat. I wzór tego jak się powinno w Internecie sprzedawać. Trzeba się mocno starać, żeby nie załapać się w Superkoszyku na jakiś bonus! Przykłady: Zakupy za 150 zł dostarczane są bezpłatnie, za zamówienie newslettera dostajemy 10 zł obniżki do następnego zamówienia, brak kolejnych zakupów przez kilka miesięcy skutkuje... zniżką na nie :), zamiana towaru na podobny w przypadku jego braku na składzie po złożeniu zamówienia a przed wysłaniem realizowana jest na koszt sklepu, często otrzymujemy gratisowe dodatki, czasem nawet dedykowane :) Kiedyś dostałem kilka próbek różnych towarów za mailowe zgłoszenie obsłudze błędu w opisie jakichś baterii na stronie (były zwykłe, opisano że to alkaiczne) i tak dalej i tym podobnie.  Bardzo, bardzo miłe superkupowanie!


---
 
Tekst jest indywidualną opinią autora. Wszystkie marki zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych. Zdjęcia pochodzą ze stron internetowych producentów lub dystrybutorów.  
 
 

piątek, 8 kwietnia 2016

Nostrada(r)mus

Odkąd tylko Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło, że jednym z pierwszych działań po wygraniu wyborów będzie wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej dla śmieciobiorców uderzyły w moje zmysły z różnych stron trzy fale bardzo silnych emocji. Po pierwsze więc niektórzy zaczęli mieć graniczącą z opętaniem nadzieję, że to wszystko stanie się naprawdę, po drugie inni, pełni obłudy, a dotychczas obojętni na to, że gnoi się w Polsce setki tysięcy ludzi płacąc im żebracze grosze poczęli piać z upojenia,  że już niedługo, że jest super, że zawsze byli z nami itp. i wreszcie po trzecie grający na nutach walki o utrzymanie miejsc pracy (a tak naprawdę nowocześniejszej formy niewolnictwa) śmieciodawcy, na czele z obecnym we wszystkich chyba mediach pewnym panem prezesem powiedzmy X wznieśli lament pod niebiosa, że jak to tak, że to ich zrujnuje, że przecież dwanaście złotych to ogromne pieniądze...
 
Ale już, już, spokojnie. Sytuacja z wolna się klaruje. Jak w tym dowcipie: Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach dworca warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.
 
Stawka minimalna wejdzie do stosowania nie jak zapowiadano od pierwszego lipca, a od pierwszego września bieżącego roku. Nie dla wszystkich, a tylko dla zawierających nowe lub kolejne umowy zlecenia (ci z umów już trwających na podwyżkę poczekają do 1 stycznia 2017) i wreszcie drobiazg, nie dla zatrudnionych w systemie prowizyjnym, zatrudniających kogoś lub... samodzielnie decydujących o miejscu wykonywania pracy.
 
I mam oto taki sen. Abstrakcyjny zupełnie. Kowalskiego wzywają pilnie do kadr.
 
- Ma pan zlecenie od stycznia do sierpnia, prawda?
- No prawda.
- Daj pan je tu na chwilę.
- ...
- O! A tu ma pan nowe, od stycznia do końca roku.
- A tamto?
- A tamto... do niszczareczki...
- Ale w styczniu dostanę 12 zł na godzinę?
- No jasne, że tak. Tyle że w Świnoujściu. No chyba, że WYBIERA pan  Katowice?
- Katowice bym wolał...
- No to za 3 brutto.
 
 
Dobra zmiana?
 
 

=================== 
 
 
 
 
Poniżej kopia mojego maila wysłanego do redakcji TVN 24
 
 

 

sobota, 12 marca 2016

Spacery

Przedwiosenne jeszcze ciągle obrazki z lutowych i marcowych spacerów po Szopienicach, Borkach, Janowie i Nikiszowcu. Po jednej trzeciej architektonicznych szkaradków, cudeniek oraz niezaprzeczalnie zadziwiającej, gdy się pamięta że to tylko Katowice przyrody. Zapraszam.


 
   

piątek, 19 lutego 2016

"Leszek" do Lecha

 
 



Panie Prezydencie!
 
              Wielu Pana działań i wypowiedzi po roku 1990 a zwłaszcza po 1995 nie jestem w stanie zaakceptować, a niektóre wręcz mnie irytowały, ale za to wszystko co działo się przed 1990 jest Pan i będzie, jak dla mnie przynajmniej, bohaterem narodowym. Tysiące ludzi w Polsce zaczęły coś robić a miliony myśleć przeciwko komunie inspirując się Panem i Solidarnością, dla nich wszystkich był Pan wzorem, argumentem i punktem odniesienia. Więcej nawet. Czym dla Pana i Solidarności była nagroda Nobla, tym dla polskiej opozycji był Lech Wałęsa. Symbolem, nadzieją i duchowym wsparciem. Nikt nie usłyszałby o Lechu czy Jarosławie Kaczyńskim oraz dziesiątkach innych jakże potem buńczucznych, gdyby nie było WCZEŚNIEJ Pana. I takie są fakty.

Dziwię się tylko, że nie chce Pan zdradzić zdrajców, czyli wprost opisać jak Pana komuniści zmusili czy nakłonili do takich czy innych działań, które z perspektywy okazały się błędne czy szkodliwe. To będzie ich wstyd, nie Pana. Słusznie ktoś napisał wczoraj w komentarzu na stronie TVN24, że dzisiejsi bohaterowie Internetu wtedy na Pana i innych miejscu narobili by w spodnie ze strachu. Ja powiem mocniej. Gdyby dziś był tamten czas, a ja byłbym Panem, gdyby stawką było moje i mojej rodziny bezpieczeństwo, zdrowie, życie, praca, a z drugiej strony gdybym szczerze w coś wierzył - podpisałbym wszystko. Żeby wyjść i robić swoje. A jeżeli okazało by się, że czymś co podpisałem, do czego się zobowiązałem, co opowiedziałem wyrządziłem iluś ludziom krzywdę, to trudno, nikt nie jest bez winy, zmazywałbym ją swoimi działaniami potem.
 
Pan i działaniami i wpływem na resztę Polaków w latach 80 dokonał tak wiele, że trzeba by być ślepym i głuchym by stawiać przeciw temu sprawy z początku lat 70, kiedy był Pan jednym z wielu, de facto bezimiennym robotnikiem.



 ===

 

 
 
/Mój wpis na wykop.pl/

środa, 3 lutego 2016

Drugie tłoczenie morświna


Czy można de facto okraść kogoś, a następnie otrzymać od niego pisemną prośbę o okradzenie powtórne, tyle, że dokładniejsze? Nic prostszego. Proszę notować.

Zatrudniamy se jakiegoś przykładowego pana Morświna do powiedzmy rejsów dalekomorskich. Bardzo się cieszymy i on sie cieszy i w ogóle jest miło. Korzystając z okazji od razu uświadamiamy gościa, że takie bajery jak umowa o pracę to były za komuny, i teraz, w drodze absolutnego wyjątku, bo naprawdę jest źle, możemy mu dać, no ciężko będzie, ale spróbujemy, powiedzmy umowę zleconko. Ale za trzy czwarte albo i (jak Morświn głodny, to można próbować) za połowę tego, co mają nieliczne Wieloryby w naszym akwenie. Kwot radziłbym na początku nie wymieniać, bo po co się zajmować par excellence drobiazgami. Morświn może zacząć tutaj jakby wierzgać (to przenośnia taka, bo i czym jak mu natura poskąpiła), że coś nie bardzo, że jak to, on sam za tyle? A nie, nie, uświadamiamy go wtedy. Nie sam. Razem z Wielorybami właśnie. W ramach tej, no kurde... integracji międzyumowowej! One na ekonomicznym dnie, on w Rowie Mariańskim.

Jeśli po wzbogaceniu tą wiedzą nasz nowy narybek, znaczy się nabytek, na szczęśliwego nadal nie wygląda, informujemy go zaraz o specjalnym, acz obowiązkowym ekstra dodatku. Otóż wystarczy, że on, Morświn, nas poprosi żebyśmy go oskubali z ZUS-u, bo po co mu tam jakieś emerytury, zwolnienia lekarskie i inne przeżytki ustrojowe, a my to zaraz z wielką przyjemnością uczynimy i na pocieszenie dodamy potem do pensji połowę tego, cośmy mu zabrali, żeby znał nasze dobre serce, ale także żebyśmy mieli z kim iść do kicia jak sprawa wyjdzie na jaw. Taka sprzedaż wiązana. Drutem kolczastym.

I teraz to już pis a kejk ;) Pan Morświn, dumny i wyróżniony podpisuje nam świstek, że tam wnoszę o to żeby mnie pozbawić składek, a my to wykonujemy jak najbardziej, choć obiecaną połowę łupu owszem zaraz oddajemy, ale jakby tam coś, ktoś, to niby że z drugiego zleconka, na powiedzmy gupie pięć dyszek brutto miesięcznie.  I też, żeby nie było, z tych pięciu dyszek jak bum cyk cyk opłacamy chłopakowi emeryturę. Jak dobrze pójdzie będzie miał na niej kiedyś może i 14 zł. Oooo! Super, ale za co to zleconko będzie? No jak, za co? Za loty w stratosferze na ten przykład. Ale jak, Morświn ma latać?! Przecież to niewykonalne! No pewnie, że nie - uspokajamy go - Chodzi tylko o to żeby nas skarbówka z ZUS-em nie dorwały.

A gdyby delikwent był taki więcej de iure, że niby skoro nie lata, to nie może podpisać i inne tam takie, to podpiszemy mu my. Podziękowanie za pracę. Na druku zwrotu koszuli służbowej.

Podsumowując. Morświn powinien mieć etat, ponieważ wykonuje te same rejsy co Wieloryby, które etat jak najbardziej mają, robi to na tej samej trasie, z tym samym kapitanem, a nawet z nimi jeszcze do towarzystwa. Ale etatu nie ma, bo jest bieda i ma zleconko. Że bieda jest bardzo, ale to bardzo, zleconko jest na dużo mniej. To raz. Dwa to z tego zleconka, które jeszcze do 2014 roku było dla nas fajne, że się tak wyrażę au naturel, zajumaliśmy naszemu szczęściarzowi kawałek jego emerytury i prawo do zachorowania, bo nas o to sam na piśmie poprosił, więc zysk się (nam) zwiększa. Że tam Morświnom w stratosferze loty idą raczej kiepsko nie ma znaczenia, bo i tak wszyscy wiedzą, że to taki więcej economical fiction.
No.
I ten teges.


===

Absurdalna z pozoru powyższa historyjka nie przez przypadek nawiązuje do mojego tekstu sprzed kilku lat zatytułowanego "Krótki kurs hodowli morświna”, w którym to opisywałem praktyki zatrudniania pracowników jednocześnie na etat i przymusową fikcyjną umowę zlecenie. Nieprzypadkowo, albowiem zgodnie z proroczym wręcz ówczesnym komentarzem jednego z Czytelników dziś warunki takie jak tam opisane można by uznać za komfortowe.  Sztuka omijania prawa pracy, a wręcz nazywając rzeczy po imieniu nieskrywanego już nawet go łamania rozwinęła się od tamtego czasu niebywale. Oto nie dość, że w ciągu kilku lat umowy cywilnoprawne awansowały z pozycji bardzo niszowych, specyficznych, ewentualnie uzupełniających do w niektórych branżach wręcz pierwszoplanowych, to jeszcze w końcu 2014 roku pracodawcy wdrożyli już na masową skalę sztuczkę, którą nazwać by można umowami syjamskimi. Jak napisałem na wstępie żywy dowód, że można okraść już raz okradzionego. Niewielkim tylko pocieszeniem jest tu fakt, że od stycznia 2016 stosowanie takich umów jest w dotychczasowej formie niemożliwe.

Ale zacznijmy od początku. Czym naprawdę była umowa syjamska?

Było to nic innego jak tylko druga umowa zlecenie* zawierana z tym samym pracodawcą na inną jednak od dotychczas wykonywanej, istniejącą tylko na papierze pracę i także na znacznie niższą (najczęściej 50 zł brutto miesięcznie) kwotę wynagrodzenia. Pod niewyartykułowanym oczywiście wprost rygorem zwolnienia był to zestaw nierozłączny (stąd użyte przeze mnie określenie "syjamska") a dla pracownika w takiej formie obowiązkowy. Sedno całego pomysłu tkwiło jednak nie tyle w samych umowach, ile raczej w dokumencie je uzupełniającym, w którym to zatrudniony wnioskował (sic!) o odprowadzenie mu składek emerytalnych i chorobowych właśnie z umowy mniejszej, ewidentnie dla niego niekorzystnej.  Warto tu zadać pytanie, dlaczego tak czynił, mając przecież świadomość, że to tylko on decyduje, a wybranie do oskładkowania umowy n
a 50 zł brutto oznacza niższe świadczenia emerytalne w przyszłości i brak płatnego zwolnienia chorobowego** dziś. No cóż, po pierwsze dlatego, że wyboru takiego dokonywał już za niego zatrudniający najczęściej podsuwając mu tylko do podpisania gotowy druczek, po drugie dlatego, że umowa mniejsza zwykle była wystawiona z datą o dzień wcześniejszą niż większa i jako taka zgodnie z prawem powinna być automatycznie uznawana za tę do oskładkowania***, i wreszcie po trzecie także dlatego, że połowę "zaoszczędzonej" w ten sposób kwoty, a więc jak gdyby udział pracownika w składce, która normalnie byłaby odprowadzona (druga połowa tej składki to zysk firmy), zwracano mu na konto. Tak, macie Państwo rację, właśnie w postaci niby to wpływów z nigdy nie wykonywanej pracy objętej drugą umową...




I tym sposobem dochodzimy do sedna. W branży ochrony osób i mienia oraz tzw. czystościowej**** absolutna większość zatrudnionych na umowy cywilnoprawne spełnia warunki stawiane pracy na etat. Ich praca odbywa się bowiem w określonym z góry miejscu, wg określonego zakresu obowiązków, pod kierownictwem określonego przełożonego, w konkretnych godzinach itd. Dawanie im śmieciówek,  to już złamanie prawa (KP Art. 22 §1 oraz §11).  A czym jest dodawanie potem umów kolejnych, całkowicie fikcyjnych, stworzonych wyłącznie po to by już poszkodowany kosztem kilkudziesięciozłotowego zysku stał się współwinnym?

Jeżeli pamiętamy o tym jak najczęściej nisko zarabiające osoby obciążone były w 2015 roku opisywanym procederem nie da się chyba nie odnieść wrażenia, że było to masowe produkowanie przyszłych klientów opieki społecznej a zatem nie tylko kolejny przypadek łamania prawa, ale też czyn zwyczajnie podły, bezmyślny, dyskryminujący i zasługujący na ukaranie.

Kierując się takim właśnie odczuciem zwróciłem się w styczniu 2016 roku z oficjalnym pismem  do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy wnosząc o przedstawienie problemu Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych oraz odpowiednim Urzędom Skarbowym celem przeanalizowania dokumentacji i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności karnej. Zgłosiłem też oczywiście gotowość przedstawienia dowodów, które posiadam i szerszych wyjaśnień, jeżeli byłoby to pomocne.



=============


* - Nie sama druga umowa jest tu problemem, a jej przymusowość, fikcyjność oraz szkodliwość ekonomiczna dla pracownika.
** - Ubezpieczenie chorobowe jest jak najbardziej możliwe przy umowie zleceniu, ale jaki ma sens przy 50 zł brutto?
*** - Pracownik może wprawdzie sam zdecydować niezależenie od daty wystawienia i w każdym terminie, z której umowy mają być odprowadzone składki, ale... niechby spróbował. Druki są już zakreślone "fabrycznie" w odpowiadający firmie sposób.
**** - Umowy syjamskie były w 2014 roku stosowane masowo, zwłaszcza w branżach w których wynagrodzenia sa najniższe a pracownicy najbardziej nieuczciwie traktowani. Były to oczywiście bardzo różne branże, ale stanowczo ochrona i sprzatanie to największy kawałek tego zatrutego tortu :)



=============
 
Podobne posty na tym blogu:
 
  

 

piątek, 1 stycznia 2016

Gimby sie nie poznajo

Pierwszą polską telewizję informacyjną przez długie lata uważałem za o kilka poziomów lepszą od wszystkich pozostałych stacji. Wydawała mi się reprezentować klasę wręcz światową i pamiętam jak wielu znajomym zwracałem uwagę na jej imponujący mi wówczas profesjonalizm. Zacząłem jednak zmieniać zdanie po przyjrzeniu się na przykładzie kilku ważnych wydarzeń jak czasem w pełni świadomie buduje się w niej ściśle określony nastrój czy wręcz kierunek myślenia, co mnie zwyczajnie po ludzku i obiektywnie zniesmaczyło. Drugim impulsem do zmiany poglądów było wprowadzenie w serwisie tvn24.pl wyłącznie logowanych komentarzy, a potem mimo tego dopuszczanie głosów w niewybredny sposób krytykujących np. prawicę czy Kościół, a z drugiej strony cenzurowanie także przecież logowanych, między innymi moich, wyważonych i merytorycznych, acz z pewnością nie mainstreamowych wpisów.
 
Obecnie niestety TVN24 jest dla mnie zarówno w wersji telewizyjnej jak i internetowej (nachalne reklamy, infantylne tytuły!) mutacją Onetu, a każdy aspirujący do miana samodzielnie myślącego wie, że jest to raczej umiarkowany komplement.
 
Poniżej mała, symboliczna wręcz próbka profesjonalizmu dziennikarskiego, czyli encyklopedyczny nomen omen przykład "kopiuj-wklej"...
 
***
 
Wiadomość o śmierci polityka PSL - Romana Bartoszcze
 dostęp 12:45 1 stycznia 2016

[TVN24.pl]

Od 1969 do 1980 r. Bartoszcze należał do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL). W 1980 r. został jednym z liderów "Solidarności Chłopskiej", a po zjednoczeniu w 1981 r. rozpoczął działalność w NSZZ Rolników Indywidualnych "Solidarność". W stanie wojennym był internowany. Po zwolnieniu działał w Ogólnopolskim Komitecie Oporu Rolników, wydawał pismo "Żywią i bronią".W 1989 r. z ramienia Komitetu Obywatelskiego został wybrany do tzw. Sejmu kontraktowego.
W 1990 r. wstąpił do odrodzonego Polskiego Stronnictwa Ludowego i został jego pierwszym prezesem. W tym samym roku kandydował jako pierwszy ze stanu chłopskiego w wyborach prezydenckich. Uzyskał ponad 1,1 mln głosów (7,15 proc.) i - jak zaznaczył Murzyn - był to najlepszy wynik ludowego kandydata na prezydenta. Wówczas wybory wygrał Lech Wałęsa.
 
W czerwcu 1991 r. utracił kierownictwo w PSL, po czym odszedł z tej partii i założył partię skupiającą osoby o poglądach konserwatywno-ludowych - Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie "Ojcowizna". Po raz drugi uzyskał mandat poselski z listy POC, w 1992 przystąpił do klubu parlamentarnego Ruchu dla Rzeczypospolitej. W wyborach parlamentarnych w 1997 r. bez powodzenia kandydował do Sejmu z listy Narodowo-Chrześcijańsko-Demokratycznego Bloku dla Polski.W wyborach prezydenckich w 2010 r. poparł kandydaturę Marka Jurka i wszedł w skład jego społecznego komitetu poparcia.W 2006 r., za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, w pracy zawodowej i społecznej, został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
 
Otwórz obraz w nowej karcie, aby odczytać.

[Wikipedia]
 
Od 1969 do 1980 należał do ZSL. W 1980 został jednym z liderów „Solidarności Chłopskiej”, a po zjednoczeniu w 1981 podjął działalność w NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. W stanie wojennym był internowany przez ponad dwa miesiące. Po zwolnieniu działał w Ogólnopolskim Komitecie Oporu Rolników, wydawał pismo „Żywią i bronią”. Prowadził kilkunastohektarowe gospodarstwo rolne w Sławęcinie.
 
W 1989 z ramienia Komitetu Obywatelskiego został wybrany do Sejmu kontraktowego. W 1990 wstąpił do Polskiego Stronnictwa Ludowego i został jego pierwszym prezesem. W tym samym roku kandydował w wyborach prezydenckich – w I turze z 25 listopada uzyskał 1 176 175 głosów (7,15%) i zajął 5. miejsce wśród sześciu kandydatów.
 
W czerwcu 1991 utracił kierownictwo PSL, po czym odszedł z tej partii i założył Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”. Po raz drugi uzyskał mandat poselski z listy POC, w 1992 przystąpił do klubu parlamentarnego Ruchu dla Rzeczypospolitej. W wyborach parlamentarnych w 1997 bez powodzenia kandydował do Sejmu z listy Narodowo-Chrześcijańsko-Demokratycznego Bloku dla Polski. W wyborach prezydenckich w 2010 poparł kandydaturę Marka Jurka i wszedł w skład jego społecznego komitetu poparcia.
 
W 2006, za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej, został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
 
Otwórz obraz w nowej karcie, aby odczytać.

sobota, 14 listopada 2015

Demotyportier 22

Proszę kliknąć na wybrany obrazek, aby go powiększyć.

---



 
 



Pozostałe części cyklu TUTAJ
 

środa, 21 października 2015

Liebster Award

Zrobiłem sobie nie tak dawno mały blogowy rachunek sumienia i przeliczyłem tematy, które kiedyś poruszałem dosyć często a od miesięcy omijam z daleka. No tak... Nie piszę o książkach, nie pokazuję dokonań mojego kota, nie rozpisuję się o swoim zdaniu na temat jakiegoś wydarzenia czy też nie za często (ostatnio - tutaj) wspominam. Ale najdłużej chyba nie bawiłem się w łańcuszki internetowe. A właśnie Anna z bloga "Spod oka" zwanego niegdyś "Sufitologią" (w)skazała mnie jako jednego z adresatów tzw. "Liebster Award" czyli łańcuszka polegającego na odpowiadaniu na wymyślone przez kogoś jedenaście pytań i wyznaczaniu kolejnych odpowiadających. Oczywiście bardzo mi miło, że  tym sposobem dostałem "dotację natchnienia" do kolejnego posta, ale jako że generalnie jestem antyłańcuszkowy, a nadto rozstrzał tematyczny blogów które odwiedzam jest zbyt duży by je w tę zabawę wciągać, poprzestanę, nie po raz pierwszy zresztą, na swoich własnych wynurzeniach.

 
 


1. Czy jest miejsce, w którym znikasz? Jeśli tak - jakie?
 
Są dwa, duże i małe. Tym dużym są oczywiście "moje" góry. Nie jestem pewien czy potrafię opisać co i dlaczego, ale wiem, że czasem mi się śnią, czasem nie mogę przestać za nimi tęsknić, czasem oglądając czyjś zwyczajny filmik czy album zdjęć czuję że szczypią mnie oczy. I nigdy, przenigdy nie ma to związku z jakimiś rekordami, wysokościami, odległościami czy tzw. "męską przygodą". To jest po prostu wolność. Piękna, pachnąca, kolorowa i namacalna. To w niej uwielbiam znikać.
 
Małe zniknięcia, to chwile takie jak ta*. Środek nocy pomiędzy wolnym a wolnym dniem. Gorąca herbata, cicha muzyka, czasem książka. Jakieś porządkowanie dokumentów, jakieś błądzenie po Internecie, mruczący na fotelu kot. Bezkres ciemności. Nie ma czasu, nie ma świata. Nie ma i mnie. Znikam.
 
2. W jaki sposób dbasz o swoje ciało?
 
Wydaje mi się, że nie dbam dla samego dbania. Po prostu żyję. Nie poprawiam upływu czasu, nie łudzę się i nie próbuję łudzić otoczenia. Higiena i kosmetyki to rzecz oczywista, ale jeśli dbanie miałoby oznaczać koncentrowanie się na wyglądzie i poszukiwanie nieosiągalnego, to z pewnością nie jest to moja droga. 
 
3. Co lub kto i w jaki sposób podnosi Cię na duchu?
 
Chwile, w których nie jestem i nie muszę się czuć tym, kogo nazwę jak kulę u nogi wybrałem sobie tutaj za pseudonim. Godziny i dni w których jestem człowiekiem, mężczyzną, fajnym gościem, fachowcem od czegoś, sprawdzonym kumplem, romantycznym marzycielem, zapalonym turystą, fanem, stałym klientem, dociekliwym petentem, pasażerem, synem, chłopakiem, kuzynem czy (dobrym) wujkiem. Byle tylko nie portierem.  
 
4. O czym myślisz, gdy mówisz, że o niczym?
 
O alternatywnych wersjach tego w czym danym momencie uczestniczę. 
 
5. Z czego zrezygnowałaś/zrezygnowałeś, co nie daje Ci spokoju?
 
Ech... Bałem się tego pytania...
 
Kiedyś, bardzo dawno temu, moje miejsce pracy sprywatyzowano. Byłem jednym z kilku, którzy odmówili przejścia do nowej firmy nie wierząc w jej przetrwanie a jednocześnie chcąc też za wszelką cenę zostać na państwowym. Państwowe szybko padło do reszty, a ja od tego czasu pracuję już w piątym zakładzie. Ten, któremu wtedy nie zaufałem istnieje do dziś. Miałbym od skończenia szkoły jedną pieczątkę w dowodzie (gdyby nadal były papierowe) jeślibym wtedy... nie, nie po prostu podpisał. Jeślibym swojego już złożonego podpisu nie wycofał. Ta świadomość naprawdę boli.
 
 
6. Co jest zwykle pierwszą Twoją myślą po przebudzeniu?
 
"Nie chcem, ale muszem"
 
7. A co jest ostatnią?
 
"Jutro to już naprawdę kładę się o dwudziestej!"
 
 
8. Jakie masz sny?
 
Większość tych, które pamiętam jest bezpośrednio związana z bardzo szeroko rozumianą codziennością, choć czasem zdarzają się jak chyba każdemu i erotyki i koszmary, a jedne i drugie tym mocniej działające, że będące w tej rzeczywistości jakby tylko małym "błędem Matrixa".
 
9. Czy masz alter ego lub chociaż je sobie wyobrażasz?
 
Moje alter ego to ten Portier z poprzedniego posta na przykład i wielu innych wcześniejszych. Skrzyżowanie Robin Hooda z funkcjonariuszem ORMO :))
 
Mam coś takiego, co zresztą obrazuje tytuł tego bloga nawiązujący do pewnego filmu, że lubię ustawiać świat z głowy na nogi. Więc "trudnych pytań", skarg, zgłoszeń, reklamacji, próśb o wyjaśnienie i temu podobnych mam w swoim dorobku wiele. Niektóre zresztą o znaczeniu bardziej wymiernym niż tylko czyjaś choćby najwięcej wyjaśniająca odpowiedź. Żeby się nie chwalić za dużo wspomnę tylko o dwóch wygranych dla moich znajomych sprawach sądowych wiążących się prawem pracy i odszkodowaniami za jego łamanie a także o kilku sporach urzędowych prostujących pewne absurdalne decyzje lub zamiar ich podjęcia.
 
10. Co naprawdę cennego byłabyś/byłbyś w stanie oddać, gdy Cię ktoś poprosił?
 
Gdyby poprosił? Cóż, myślę, że jakieś raczej zwykłe, mało lub średnio ważne rzeczy czy działania. Coś naprawdę wielkiego czy to materialnie czy w inny sposób stety niestety tylko wtedy, gdybym SAM był przekonany, że chcę i/lub powinienem. Ale nie wykluczam żebym był.
 
11. Jaką nadprzyrodzoną moc chciałabyś/chciałbyś posiadać?
 
Wahałbym się pomiędzy zdalnym duszeniem a la Lord Vader a zdolnością replikacji czekolady mlecznej Goplana, ale tak bardziej serio, to nihil novi, "tajemne moce" to ja już miałem, a może nawet jeszcze mam.
 
Kilkanaście razy w życiu zdarzyło mi się zobaczyć jakiś obrazek dotyczący mojej przyszłości. Zobaczyć, to znaczy pośród wspomnianych już "myśli o niczym" dostrzec na przykład jakąś z pozoru zupełnie nielogiczną alternatywę dalekiego jutra. Problemem w tej ściągawce jest jednak to, że zwykle były to fakty tak nieprzystające rok czy pięć lat wcześniej do status quo, że w efekcie przeze mnie ignorowane. A i tak się spełniały...
 
 
 
 ----------------------------------------------------
 
 PRZECZYTAJ TAKŻE:



 

===============
 
 
*- Na pytania od pierwszego do dziesiątego odpowiedzi pisałem przed zaśnięciem, pytanie jedenaste i wstęp to już dokonanie poranne.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.