Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


środa, 29 września 2010

poniedziałek, 27 września 2010

Krótkie spięcie

Chyba jednak wbrew lustru i metryce jestem dzieckiem XXI wieku. Dochodzę do takiego wniosku, ponieważ zamiast jak inni znosić do domu osierocone koty albo „wypadnięte” z gniazda ptaki, ja znoszę sprzęty rozmaite, które łączy to jedynie, iż zasilane są elektrycznie. Uratowałem w ten sposób jakiś skaner, drukarkę, ze dwa laptopy i do tego momentu nawet wydawało mi się to sensowne, bo każde z tych znalezisk mimo swego wieku i stanu działało, ale gdy złapałem się na tym, że kupuję starą ZEPSUTĄ komórkę tylko dlatego, że była jak moja pierwsza (komórka) i w związku z tym potraktowałem ją cokolwiek sentymentalnie zacząłem się zastanawiać.

Po co mi to?

Wiadomo, że laptopem z Pentium I można się pobawić godzinę, ale do niczego sensownego (przynajmniej dla amatora) dziś już się nie przyda.  A więc? Czyżbym był kleptomanem? Nie!
Wszystkie te dziwne, stare, porośnięte kurzem niepamięci urządzenia są moimi „punktami przywracania”, jakimiś kawałkami wspomnień nie zawsze nawet związanych bezpośrednio z danym sprzętem, a bardziej z pewną chwilą dłuższą lub krótszą.

Oto na przykład piorę się po łapach linijką i klęczę na grochu, żeby tylko nie kupić w „znanym serwisie aukcyjnym” prehistorycznego magnetowidu za 15 zł. Po co mi on? Po nic.
Po nic niby, ale jednak bardzo chciałbym go mieć ze względu na cztery literki, które dzisiaj mało komu już cokolwiek mówią. Art-B.

Kto pamięta, że znany i ceniony dziś producent audio video oraz telefonów – LG dawniej nazywał się GoldStar i że nie była to bynajmniej marka wysoko notowana wśród użytkowników? No dobrze, są tacy, co pamiętają. A kto wie, że ówczesny GoldStar właśnie miał swego czasu w Polsce montownię na spółkę ze spółką Art-B, własnością panów Bagsika i Gąsiorowskiego?
Poza Bezpieczną Kasą Oszczędności niejakiego Lecha Grobelnego, właśnie Art-B – „dziecko” obu wspomnianych wyżej panów stało się przecież synonimem afer leżących u zarania III RP. Nie tyle nawet sama spółka, ile pomysł na „oscylator”, dzięki któremu na jednej kwocie wpłaconej do jednego banku można było zarobić nawet kilkakrotnie wypłacając ją za pomocą tzw. czeku potwierdzonego w innym banku, tam zakładając lokatę, a następnie powtarzając operację z czekiem w kolejnym. Sprawa stała się głośna w 1991 roku, gdy właściciele firmy wyemigrowali do Izraela i uzyskali tamtejsze obywatelstwo, a tym samym zabezpieczenie przed ekstradycją do Polski.

Taką więc na poły sensacyjną, na poły historyczną wartość ma ciężki archaiczny GoldStar Art-B 1295, którego za 15 zł zapragnął się pozbyć ktoś, zapewne nie przypuszczający jakiego rodzaju wzruszeń mi dostarczy.

Inna aukcja, inne czasy. MK 433 data recorder. Po polskiemu - magnetofon kasetowy. Żadne cudo. Monofoniczny, prymitywny, najprawdopodobniej zbudowany, jako tańsza alternatywa popularnych Kasprzaków. Dziesięć złotych. Sprawny. Jak to się pisze „noszący normalne ślady użytkowania”.

Pamiętam jak około roku 1986 kuzyn nabył pierwszy chyba w naszej rodzinie sprzęt audio wychodzący ponad (?) zapyziałe gramofony z lat 70. Dla nas, dzieciarni, był wtedy idolem. Nawet nie on, a bardziej jego magnetofon. O dotknięciu go (magnetofonu) nie mogliśmy nawet marzyć, bo kosztował całe dziewięć tysięcy osiemset złotych, ale za to, jeśli zdołaliśmy zachowywać się cicho dawano nam popatrzeć na proces kopiowania nagrań (kuzyn namówił na taki sam zakup ciotkę), który odbywał się z nabożeństwem porównywalnym tylko do cumowania promu do stacji kosmicznej.

Pierwszą sprawą były dwie poduszki. Jedna, jako izolacja od dołu, druga od góry, a pomiędzy nimi „face to face” dwa magnetofony MK 232p, z których, co chyba oczywiste, jeden odtwarzał, a drugi kopiował jakiś tam dajmy na to kabaret Tey albo śląskie „szlagry”. Najważniejszym momentem było szybkie, ciche, a jednak skuteczne uruchomienie obydwu urządzeń ściśniętych poduszkami. A potem, to już wiadomo. Cały dom chodził na paluszkach, bo przecież „tam się nagrywa!”.

Zapragnąłem i ja audiofilskiej rewolucji i wymęczyłem od rodziców taki sam sprzęt. To znaczy wymęczyłem teoretycznie, gdyż jako nieletni nie rozumiałem jeszcze, że w PRL-u sklepy nie są po to, żeby w nich kupować. Krótko mówiąc, magnetofonu nie było. Miał być „jak rzucą”, ale jakoś nie rzucali. Aż któregoś dnia…
No leć do tego twojego sklepu! Magnetofony przywieźli! – usłyszałem po powrocie ze szkoły.
Popędziłem zatem.

Kolejka mnie nie zdziwiła, zdziwiła mnie cena.
17.300 zł
Jakby drożej.
A czemuż to? – zapytałem
Bo to lepszy model. Komputerowy*! – odparł ze znawstwem sprzedawca.

Kupiłem.
Kupiłem, wróciłem do domu, a gdy już siniaki się zagoiły wyjaśniłem ojcu, że po prostu musiałem, no musiałem go mieć, bo to przecież, tata rozumie, KOMPUTEROWY, lepszy model!

MK 433 data recorder. Poważna sprawa.
A dzisiaj dycha. Ech… młodości…

Tak więc wracając do sedna poza znanymi mi z dzieciństwa książkami wypatruję ostatnio u znajomych i w Internecie sprzętów powiedzmy około elektronicznych, które w jakiś sposób odbiły się (niekoniecznie siniakami) na moim życiorysie. I coś czuję, że wciągnie mnie to równie skutecznie jak moja "emka" taśmę... 


 ------------------------------- 
* - "komputerowość" owego wynalazku miała polegać na możliwości współpracy z komputerkiem właśnie jako jego zewnętrzna pamięć. Do dziś jednak nie wiem jaka była faktyczna różnica technologiczna pomiędzy obydwoma modelami.
-------------------------------



A tape recorder MK 232 P based on Grundig's C-235 Automatic.
Produced in Poland
Author Mohylek (Wikipedia)

piątek, 24 września 2010

***


Jest wokół nas tyle dni i tyle lat,
Zwyczajnych lub głupich
Pośród których z rzadka
Spoczywają chwile wielkie i prawdziwe

Jest tyle słów, liter, spojrzeń, dotknięć,
Którymi, zdaje mi się czasem,
można by wybrukować Mur Chiński

A skoro wszystkie potrafimy zamknąć w jednym pocałunku
To jakąż drobiną jest życie?

czwartek, 23 września 2010

Krótki film o zalesianiu*

video

Przejmująca w formie i treści wizja reżyserska spleciona z sugestywną narracją i mistrzowskimi zdjęciami. Złoty metal na festiwalu Portierskie Jutro w Karl Marx Stadt, dwukrotne Słońce Peru z mieczami w 1999 roku oraz wyróżnienie Jury Krakowsko Częstochowskiej na VI ogólnoportierskim tygodniu kultury i higieny osobistyj.

--------------------------------

*- czyli reżysersko lektorskie ;) wprawki mojego kolegi po fachu

środa, 22 września 2010

Undercover 2

W Undercoverze - jednej z wydawanych przeze mnie na przestrzeni ostatnich (?) osiemnastu lat amatorskich gazetek umieściłem około roku 2004 coś, co nazwałem firmowym słownikiem, oczywiście z wielkim przymrużeniem oka. Myślę, że fragmenty tegoż, które poniżej prezentuję, mimo pewnych zabiegów autocenzorskich będą czytelne również dziś i również tutaj. Gwoli wyjaśnienia dodam, że sprawa dotyczy firmy budowlanej, a Diana i Nuka to imiona czworonogów.
----------------------------------------------------------

A
(...)

Akro - /płyty Akro/ niektórzy twierdzą, że to na nich Mojżesz miał zapisane 10 przykazań, które swego czasu rozbił w przypływie emocji. Jeśli to prawda to wyjaśniałaby ich obecny stan techniczny.

B
Badania okresowe – znam takiego lekarza… „Wzrost? (…) Waga? (…) A choruje pan na coś? Nie? No to dwadzieścia pięć złotych w kasie i… następny proszę!” Poważnie.
(...)

Bradley Road – wiecie, że window to okno? Bo znam takich, co nie wiedzą…

Budowlańca dzień.  Rany! Że ja wtedy nie wziąłem dokładki tego szaszłyka!!!
(...)

C
Cila – barakowóz szatniowy. Biorąc pod uwagę rotację zatrudnienia trzeba uczciwie powiedzieć, że Cila miała w sobie już wielu mężczyzn…

Czułość – stan statystycznego kierownika około godziny dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć. („Słoneczko, żyjesz?”)

Ciągłość pracy – stan statystycznego kierownika około północy. („Chłopaki, dokąd idziecie? Zostańcie, mam kanapkę ze śledziem!”)

Człowiek, który pokonał Anglię – tak nazwała obsługa lotniska jednego z pracowników [...] po zdjęciu przez niego butów…

D
(...)

Debet – wynik badania ilorazu inteligencji u niektórych (…) [Ust. O Kontr. Publ. I Wid.]

Ducato – ponieważ pan Wicek nie zdążył terminowo ukończyć testów pocisków samonaprowadzających do ataku na Wielką Brytanię użyliśmy półciężarówki. W roli zapalnika wystąpił pewien wybuchowy kierownik.

Doki – rodzaj belek szalunkowych. Odkąd nasza firma prowadzi roboty eksportowe każdy zwolniony może w Urzędzie Pracy powiedzieć, że pracował w londyńskich dokach…

Dozorca – według naukowców dozorcy wyginęli, ale plotki głoszą, że jeden stary mamut błąka się jeszcze nocami po budowie.
(...)

Dunkierka – port we Francji, w którym pewien kierownik spędził tydzień czekając na połączenie do Londynu. Jak się potem okazało jakieś niemieckie biuro wcisnęło mu rozkład lotów z czerwca 1940…

E
Europa – „Europa to pikuś!” zakrzyknął wyżej wymieniony gdy okazało się że w Londynie też nikt go nie rozumie.

Eunuch – człowiek bez ikry według norm europejskich

F

Fine! – „Fajn!” powiedział pewien pracownik [...] znajdując żeton telefoniczny w pisuarze na lotnisku Heathrow. ( „Look this!” odrzekł na to jego kierownik spoglądając do muszli)

G

Gra wstępna – „Słoneczko, jakie masz plany na wieczór, bo szykujemy malutkie betonowanko?”

Gazetka – według niektórych dowód na to, że papier toaletowy nawet jeśli gustownie go zadrukować służy zawsze do …

[...] Dariusz – były kierownik, który wbrew swoim codziennym poczynaniom okazał się bardzo przewidujący, kiedy po kłótni z pracownikiem kazał mu rozesłać wszystkim świadkom zajścia przeprosiny na piśmie, a gdy tamten zapytał: A jaki jest pana adres? szybko stwierdził, że wystarczy mu jednak zadośćuczynienie słowne…

(...)

H
(...)

I
Idylla – stan przeciętnego pracownika w okresie pierwszych trzech dni po otrzymaniu wynagrodzenia.

J
Jasne pełne – odpowiedź na pytanie, jakie jest zatrudnienie w naszej firmie

K
(...)

Kotłownia – kotłownia na zapleczu była ostatnim punktem gdzie niżej podpisany miał jeszcze jakiś kontakt z prasą codzienną…

L
(...)

Ligota – też na L, też nad rzeką i nawet Diana była, ale niektórym to zawsze mało!

M
Metro – „Jak tam płytki?” zapytał prezes. „Świetnie. Mamy już pół metra zrobione!” – odparł majster pokrzykując jednocześnie do pracownika „ Popękanych nie zrywaj bo nam na budowie nie przejdą!”

(...)

Miłość – stan statystycznego kierownika na widok pracownika zbierającego się do wyjścia („Chciałbym żebyś tu został na zawsze!”)

Mózg – …lepiej zostawiaj w szatni

N
(...)

Nadgodziny – wszystko to, co w rozliczeniu sprawia, że miesiąc ma więcej niż sześćdziesiąt dwa dni…

Nadzieja – niektórzy mówią do niej: mamo!

Nirwana – stan przeciętnego pracownika w okresie pierwszych trzech godzin po wypiciu wynagrodzenia.

Nuka – podobno Pecunia non olet, ale ona… jakby trochę.

O
Oszołom – dowód na to, że pojęcia czasu i przestrzeni są względne („płytkujcie od tego miejsca do dwudziestej czwartej”)

(...)

P
Puszki aluminiowe – niektórzy twierdzą, że na bilet Londyn – Tychy potrzeba ich osiem worków, ale to nieprawda, bo po pierwsze nikt żadnych puszek nie zbierał a po drugie jak się dobrze ubije to za sześć wpuszczają na pokład węglowca do Szczecina a potem to już normalnie – rowerem…

Podwyżka – coś jak UFO, prawdziwa miłość albo skuteczny rząd – podobno możliwe, ale nikt nie widział.

Panie – Zwolnić facetów – przyjąć kobiety!
PS. Jednego przystojnego zostawić dla kontrastu. Mogę być ja.

Przewóz pracowników – już nawet zapomniałem jak to się pisze!

(...)

R
Ryzyko zawodowe – nigdy nie odpowiadaj przełożonemu „mam jeszcze kupę do zrobienia”, jeżeli naprawdę tylko tyle masz na dziś w planie…

(...)

S
Stawka – i pomyśleć, że są kobiety, które twierdzą, że wielkość nie ma znaczenia…

Stemple – „Mam na to wszystko stemple!” jak mawiał pewien cieśla przyłapany na gorącym uczynku…

(...)

Szalunek – twarda osłona zabezpieczająca zawartość czegoś przed wydostaniem się na zewnątrz. Odpowiednikiem u człowieka korzystającego z mózgu jest tzw. zakuty łeb.

(...)

T
Termin – bardzo rozciągliwe określenie czegoś, co powinno kiedyś nastąpić a przynajmniej byłoby fajnie gdyby kiedykolwiek nastąpiło („wypłata będzie w piątek” albo „jak urośnie to zmądrzeje”)

(...)

Typowa budowa – najpierw kierownik robi ludziom wodę z mózgu a potem się dziwi, że są zalani…

U
Udziałowiec – pewien mój znajomy zawsze powtarza, że bycie udziałowcem ma dwa plusy – darmowe delicje i paluszki ile kto może a podobno ostatnio była tylko kawa…

Urlop – urlopowicz nic nie robi a zgarnia kasę (nie mylić z innymi specjalnościami działającymi na tej samej zasadzie!)

W
Wiara – ponoć czyni cuda jak powtarza pewien kierownik przed nadejściem inspektora nadzoru.

Warszawa – rusztowanie warszawskie („Cześć staruszku! Masz tam u siebie trochę Warszawy?” – autentyczny cytat z rozmowy telefonicznej w 2002 roku)

Wczasy pod gruszą – patrz: Gruszki na wierzbie

Z
Zegarek – „nie patrzymy na zegarki” jak mawiał pewien kierownik, co w domyśle oznaczało „powiem wam jak będzie Nowy Rok”

poniedziałek, 20 września 2010

Patriotyzm II

Fragmenty tekstu z wiosny 2007 roku przesłanego przeze mnie do redakcji jednego z zachodnich czasopism polonijnych.

--------------
[...] Po przeczytaniu w lutowym wydaniu [...] artykułów [...] oraz [...], dotykających w odmienny co prawda sposób, tego samego jednak problemu obecnej kondycji naszego kraju, postanowiłem podzielić się i ja swoimi refleksjami na ten temat.Jako że mieszkam stale w Polsce i jak na razie nie zamierzam jej opuszczać, wydaje mi się że z bliska pewne sprawy oceniam może nieco inaczej. Podstawowym wnioskiem, jaki można wysnuć po przemyśleniu wspomnianych publikacji i zderzeniu ich z polską codziennością A.D. 2007 jest ten oto, że nasz kraj nie ma pomysłu na siebie. Nie ma tego autorytetu, jaki miała II RP czy nawet, abstrahując od ideologicznych ocen, PRL. Nie stwarza poczucia stabilności niezależnego od zawirowań sceny politycznej. Zgadzam się oczywiście z twierdzeniem, że emigracja jest czymś najzupełniej normalnym i że z pewnością nie każdy kto wyjeżdża, robi to po to by nigdy już nie wrócić, ale to, co moim zdaniem powinno być dzwonem na trwogę dla polityków, to argument ważniejszy czasem od prostych różnic w zarobkach.
W Polsce trudno jest mieć nadzieję.
Czy to nie znaczące, że nasi rodacy, którzy na Zachodzie okazują się najczęściej sumiennymi pracownikami gotowymi do podnoszenia kwalifikacji nie mieli możliwości realizowania się w swojej Ojczyźnie? Przecież (przynajmniej z punktu widzenia tzw. szarego człowieka) tu jest łatwiej! Nie ma bariery językowej, szybciej można opanować wszelkie sprawy najogólniej rzecz ujmując urzędowe i jakby nie patrzeć jest się „między swemi"! I co? Nie potrzebujemy aktywnych obywateli? Nie potrzebujemy ambitnych pracowników? A może boimy się zmian? Może Polska boi się „być sexy", bo rzutowałoby to na jej tradycyjny wizerunek? Załóżmy że tak, ale w takim razie pozostaje nam tylko trwanie w „małżeństwie z rozsądku" - kraju tych, którzy jeszcze nie wyjechali albo są zbyt niezaradni, biedni czy wiekowi by się na to odważyć. Kraju, który trudno jest kochać a jeszcze trudniej naprawdę szanować.
Wiele jest w Polsce do zrobienia. Od podstaw. Przede wszystkim należałoby pożegnać raz na zawsze asekuracyjne myślenie rodem z PRL-u w stylu „a co ja mogę", „nie warto próbować" albo „po co poprawiać skoro jakoś działa".
Sekret „seksapilu" Zachodu kryje się w sprawnej organizacji. Jeśli będę wydajnie pracował, dużo zarobię, jeśli nauczę się czegoś nowego, dostanę podwyżkę, jeśli... i tak dalej. Takie proste, prawda?
W Polsce nadal jeszcze najwygodniej jest nie wychylać się i malować trawę na zielono, jeśli tylko życzy sobie tego taka czy inna „góra". Tisze jedziesz dalsze budiesz jak mówią nasi wschodni sąsiedzi.
Przeżywamy życie spotykając na swej drodze absurdy, które prawie każdy dostrzega, ale większość nie ma odwagi nazwać po imieniu. Narzekamy na nieudacznych polityków zamiast ich zmienić albo kandydować samemu. Cicho znosimy marnotrawstwo czy mobbing zamiast dla dobra ogółu podjąć, spróbować przynajmniej podjąć, z nim jakąś walkę.
Uwierzyć w siebie.
Owszem, może być i tak że dobrzy fachowcy z Polski summa summarum poprawią wizerunek naszego kraju w świecie, ale tutaj, co i kto zostanie tutaj? Kto będzie miał odwagę poprawić Polskę?
W trakcie ubiegłorocznych wyborów samorządowych zauważyłem że nawet kandydaci do rad dzielnic włączali do swojej kampanii np. hasła budowy autostrad, ale próżno by oczekiwać odważniejszych propozycji ułatwiających życie właśnie w najbliższej okolicy. Cóż, ponoć najtrudniejsze są rzeczy proste. Samorządu dzielnicy za opóźnienia w budowie autostrady raczej nikt nie potępi. Za nieoświetloną osiedlową uliczkę mógłby.
Z niewielką tylko przesadą można powiedzieć, że tego typu postawy dominują wśród polityków naszego kraju aż do najwyższych szczebli. Zamiast zmieniać, reformować, rozwijać, lepiej stawiać kolejny zamek na piasku pobożnych życzeń albo psioczyć na poprzedników. W efekcie Polska jest jedynym znanym mi krajem, w którym każda zmiana rządu czy parlamentarnej większości traktowana jest jak kolejne odzyskanie niepodległości. A więc znów, zburzyć co było, bez wnikania w to czy dobre czy złe, a potem wytyczyć dalekosiężne plany. Im dalsze tym bezpieczniejsze dla planujących.
Zapewne zwykła codzienna praca nad rozbudową tego, co już jakoś działa jest mniej medialna niż wzięte z sufitu obietnice.
I oto doczekaliśmy czasów, w których młodzież dorasta ze świadomością że jeśli nie wegetować a naprawdę żyć to nie tutaj. O ile mnie pamięć nie myli nawet w poprzednim ustroju nie było to tak wyraźne masowe odczucie.

Organizacja, dynamika, otwarte myślenie. Fundamenty zmian.
[...] Pracując nad nimi, scalając je, doskonaląc możemy zbudować naprawdę sprawne państwo. Państwo, które można kochać i w którego przyszłość można wierzyć.

Dopóki jednak realia, głównie w rozumieniu przepisów i procedur zmuszać będą obywateli do ciągłego udowadniania, że nie są wielbłądami, dopóty doraźne posunięcia czy też jak to ostatnio bywa, granie na bogoojczyźnianej nucie pozostaną sztuką dla sztuki, a Polacy będą traktowali emigrację jako jedyny sposób na godziwe życie.

Pozostaje więc mieć nadzieję że zanim „ostatni zgasi światło" dostrzeżemy wreszcie że chociaż niewątpliwie miejscu między Bugiem a Odrą daleko jest do ideału to jednak to czym jest, a zwłaszcza to czym będzie zależy w równym stopniu od zaangażowania każdego z nas.

Patriotyzm

Fragmenty mojego tekstu z listopada 2006 roku, który ukazał się w jednym z miesięczników polonijnych na Zachodzie.

---------------------------
[...]
Z całą pewnością emigracja nie jest dziś już tym, czym była jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, że o czasach PRL-u nie wspomnę. Nie można nazwać jej ucieczką ani jedynym sposobem na godne życie a poprzez postępującą globalizację staje się coraz bardziej bliższa zwykłej, nie budzącej przecież żadnych wielkich emocji zmianie miejsca pracy. Nie uważam tego za coś złego, wręcz przeciwnie.
Tak dziś wygląda świat i przede wszystkim współczesną miarę winniśmy do naszych postępowań przykładać. Przykro tylko robi się na widok ludzi, których u nas na Śląsku nazywa się potocznie „polskimi Niemcami" a których niemieckość w tym akurat kontekście należy rozumieć jako przykład. Powiedzmy, że to „polscy europejczycy", będzie jaśniej.
Taki „europejczyk" (cudzysłów jak najbardziej na miejscu) wyjeżdża z kraju z całym bagażem uprzedzeń, kompleksów i stereotypów, które skutecznie zamazują mu rzeczywistość. Jak niestety większość naszych rodaków przynależy taki wyjeżdżający do jednej z dwóch głównych postaw. Nazywam to na własny użytek podchodzeniem do świata albo na kolanach albo z pięściami.

Albo więc jesteśmy ci biedni, zaniedbani, źle rządzeni i za samo to, niezależnie jak bardzo i czy w ogóle uzasadnione przekonanie należą nam się od Zachodu złote góry albo też czujemy się jako naród mesjaszem Europy i w związku z tym nie musimy nic umieć i nic sobą reprezentować a (też) wszystko nam się należy. Przedstawiciel pierwszej frakcji skrywa jak może całą swoją polskość uważając ją za coś, co przeszkadza na drodze do kariery (Tego właśnie synonimem jest określenie „polski Niemiec"), zaś przedstawiciel „mocarstwowców" sądzi, że umiejąc po np. angielsku kilkanaście słów powinien i tak z miejsca dostać dobrą pracę i w ogóle wszystko co najlepsze, bo przecież... jest Polakiem!
Jeśli powrócić do porównania ze zmianą pracy to zastanówmy się, zarówno ten, kto od pierwszych dni wyłącznie krytykuje swojego byłego pracodawcę jak i ten, kto rozgłasza że obniżył loty ponieważ przyszedł akurat tu a przecież był tam i tam są równie słabo rokującymi nabytkami dla nowej firmy. Czy nie podobnie jest z Polakami za granicą?
Ileż to razy słyszało się że gdzie inne narodowości potrafią się zorganizować i wzajemnie sobie pomagać w swoich nowych ojczyznach tam Polacy podgryzają się w najlepsze w myśl zasady że jeśli nie mogę mieć tak dojnej krowy jak mój sąsiad to niech chociaż ta jego zachoruje. Jakie to swojskie, nieprawdaż?

Oczywiście nie wszyscy są tacy i w tym cała nadzieja. Być może zmiana naszej mentalności jest tylko kwestią czasu. Nie uważam żebyśmy byli gorsi od innych, ale obiektywizm nakazuje mi też dodać, że nie jesteśmy lepsi. Jesteśmy takim samym narodem jak wszystkie i w gruncie rzeczy powinniśmy się z tego cieszyć, bo jeszcze dwadzieścia lat temu taki stan wydawał się czymś niemożliwym. Warto czasem spojrzeć na swoje tu i teraz właśnie w ten sposób.

Nasza ojczyzna to nie tylko prezydent, sejm czy rząd, to nie tylko takie czy inne urzędy albo przepisy. Nikt nie oczekuje od nas zagranicą uzasadniania jakiejś konkretnej linii politycznej czy poczynań władz, choćby tych najwyższych. Nikt nie oczekuje wstydu za ich pomyłki.
Przede wszystkim, zawsze i w każdej sytuacji jesteśmy sobą, a nasze pochodzenie może być równie dobrą marką jak każda inna, jeśli o to zadbamy. Nie tylko swoją fachowością, wydajnością czy zaangażowaniem, ale także szacunkiem do samych siebie i do swoich współziomków. I tych starych w kraju i tych nowych w szerokiej Europie czy świecie. Jeżeli wstydzimy się tego, kim jesteśmy albo mamy muchy w nosie na wszystkich i wszystko, nie oczekujmy że ktoś nas doceni.

Roman Dmowski napisał kiedyś znamienne słowa: „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym mocniej się do nich poczuwam im wyższy reprezentuję sobą typ człowieka".
Kiedyś był to manifest nacjonalizmu a współcześnie, po ponad stu latach, być może wskazówka, że Polska jest taka, i tak w świecie widziana, jakim jest i jak jest widziany każdy z jej obywateli. Sami możemy być najlepszymi ambasadorami swojej godności.

Bo tak naprawdę, tak naprawdę Polska zaczyna się w każdym z nas. Od najdrobniejszych spraw, od codzienności, od tego jak traktujemy innych ludzi, jak traktujemy prawo, jak wreszcie wypełniamy powierzone nam obowiązki. Doceńmy to i korzystajmy z tego nie zapominając o przeszłości, ale wystrzegając się powtarzania jej potknięć.

niedziela, 19 września 2010

Prequel

Prawie osiemnaście lat temu, jesienią 1992 roku wpadłem na pomysł wydawania własnej gazetki. Być może będzie tutaj jeszcze okazja o niej szerzej opowiedzieć. Pisemko to tworzone jakże awangardową techniką "długopis-klej-nożyczki-ksero", a inkrustowane pismem bogato czerpiącym z tradycji staroegipskich hieroglifów stało się nieco później (jak głoszą niepotwierdzone źródła) przyczyną stanu przedzawałowego mojego kierownika i bynajmniej nie o zawał chodnika tu chodziło, choć rzecz działa się na kopalni...

Jako że antycypując* narodziny tabloidów postawiłem od razu na teksty nie pozostawiające nikogo obojętnym, zdecydowałem się też odpowiednio "podlinkować" swoją karierę dziennikarską i wysłałem dwa pierwsze numery do redakcji oficjalnej gazetki zakładowej, która na siódmej wprawdzie (ale wystarczającej do osiągnięcia u niektórych temperatury wrzenia) stronie zamieściła później gustowny reprint obu okładek oraz mój list...

A tak to wszystko wyglądało.
(Niech mi jury od mojego niedoszłego Pulitzera wybaczy!)



* - Nie ma się co wstydzić, też sprawdziłem w Wikipedii :))

Koci koci łapci

sobota, 18 września 2010

Mur

Miałem taki sen. Nasza piwnica, przyćmione światło słabych żarówek i strach, który wzrasta z każdą sekundą jakby ktoś podkręcał regulator radia. Cofam się do wyjścia, ale nagle przyspieszając orientuję się, że właśnie je minąłem. Za mną jeszcze tylko kilkanaście kroków i ściana. Korytarz wydaje się długi, coraz dłuższy…
Dopiero co minięte schody są już tak daleko…
I nagle uderzenie. Beton.
Koniec. Nie ma już ani centymetra.
A TO jest coraz bliżej...

Nieeeeee!!!
---------

Skończyłem właśnie siedem lat, zacząłem pierwszą klasę podstawówki. Pewnego dnia na lekcji wuefu poczułem coś jakby ukłucie, nic wielkiego, po prostu sekundę bólu. Po południu byłem już bardzo słaby, a wieczorem świat rodzielił się i jak wielkie nadmuchane koło zaczął krążyć wokół mnie...
Szuu... Szuu...
Zaczął się koszmar. Ani ja ani rodzice nie wiedzieliśmy wtedy, co to znaczy.
Korytarz, na którego końcu jest tylko…

Noc.
Nie widzę go ani nie słyszę, ale wiem, że teraz też jest tutaj. Czuję, że mi się przygląda. Nie mogę uciekać, nie mogę się bronić. Nie mogę już nawet krzyczeć. Tak strasznie boli. Gdzie jest cały świat? Dlaczego nikt mi nie pomoże?

Odgłos przekręcanego zamka.
-Mamo, to ty?
Nikogo.
Tak bardzo chce mi się pić…

Przyjechała lekarka.
-Mierzyła mu pani gorączkę?
Miiiieeerzyyłłłaaa mmmmuuu ppppaaaaannnnniiiiii...
-Czterdzieści jeden stopni…

Łup!
Co się dzieje? Dlaczego ktoś ciągle otwiera te drzwi?
-Mamo! To ty, prawda?
Pomału wstaję z łóżka. Potykam się i zjeżdżam po futrynie na podłogę. Dalej już tylko na czworaka…

Znowu ciemność. Świat poprzeplatał się jak mój wiklinowy fotelik. Nie ma teraz, jest potem, jest później, jest było, jest będzie...

-Nie możecie mu dać jakiegoś lekarstwa?
-Pani nie rozumie!? Jeśli go tu zostawimy - umrze.

Chciałbym mieć własnego kota. Takiego małego z białymi łapkami. I żeby mruczał. Prawdziwy własny kot. Mógłbym go przytulać przed snem. Bardzo bym go kochał.

Jestem w samochodzie. WIDZIAŁEM siebie jak tu idę, ale nie wiem czy to było naprawdę. Kremowa cerata leżanki i twardy wałek pod głową. Za oknem przesuwają się gwiazdy. Chciałbym popatrzeć przez okno. Przecież zawsze siadam przy oknie.

-Zobacz jak on płacze… Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Jak masz na imię?  
-[...].                                                     
-Śpij teraz.

Ciekawe jak to jest mieć kotka na własność? Takiego, którego nie trzeba zostawiać u babci kiedy wraca się do domu.
Lubię kłaść się na podłodze i patrzeć jak kot pije mleko z miski. Uszy tak mu się śmiesznie zginają, kiedy go głaszczę.

-Chcesz cukierka?
-Nie…
-Nie zasłaniam ci bajki?
-Nie… ja nie patrzę…

Bbbbbbiiiiiiaaaaałłłłoooooo....

-To jest ten [...]?                                   
-Tak.                                                        
-Masz tu worek z lodem. Spróbuj zasnąć.                     
-Będę jutro w domu?                                
-Tak. Masz moje słowo. Teraz śpij.

Ciemność. Sufit. Podskok. Jesteśmy w windzie.
Zakręt i nagle światło, dużo światła.
Co oni mi robią? Co…
Nie mogę mówić.

Kolorowy szumiący zielony… Taka srebrna ta klamka…
A koty polują na myszy. Na myszy. Myszy. Myszyszszszszs…


Boli...
-----------

-Wiesz jak długo spałeś? Cztery dni! Rodzice się martwili!

piątek, 17 września 2010

P2P*

Wycinek prasowy z 1980 lub 1981 roku


------------------------------------

* - P2P (od ang. peer-to-peer – równy z równym) – model komunikacji w sieci komputerowej. Najpopularniejsze sieci P2P służą do współdzielenia plików w Internecie.
(Wikipedia)

wtorek, 14 września 2010

Dąbrowskie Peryferie

W 2004 roku, decyzją radnych, usługi sprzątające w Szpitalu Specjalistycznym w Dąbrowie Górniczej przejęła firma zewnętrzna. Salowym zapisami uchwały zapewniono zatrudnienie na tych samych warunkach, jak w lecznicy. Wszystko jednak zmienił ostatni przetarg, które wygrał inny pracodawca. Ten zaproponował kobietom dwuletnie umowy o pracę. Salowe walczą o kontynuację zatrudnienia na czas nieokreślony.  Zapowiadają, że dopóki problem nie zostanie rozwiązany, nadal będą protestować.
----------------------------
Poniżej treść mojego maila wysłanego do pani Elżbiety Żuchowicz, przewodniczącej szpitalnej Solidarności.
----------------------------
Szanowna Pani!

Z wielkim zainteresowaniem i szczerym poparciem przyglądam się protestowi dąbrowskich salowych, które walczą o godne warunki pracy i płacy, a jednocześnie przeżywają ten sam niepokój o los siebie i swoich bliskich jaki był i moim udziałem trzy lata temu.

Sprawa, wokół której toczy się cały spór może się dla wielu postronnych obserwatorów wydawać jedną z wielu, typową, ale tak nie jest i wydaje mi się, że podobnych problemów na polskim rynku pracy z czasem będzie coraz więcej. O ile dyskutować można nad samą zasadnością wymagania od nowej firmy warunków zatrudnienia identycznych jak w firmie, która wcześniej przejęła pracownice szpitala na mocy "sławetnego" art. 23.1 KP (teraz jak rozumiem podobne przekazanie nie ma miejsca) to jednak sednem i źródłem powstania niepokoju jest sama decyzja o outsourcingu i to o niej należy głośno mówić.

Outsourcing stał się od kilku lat najprostszą receptą na obniżenie kosztów usług takich jak remonty, ochrona, sprzątanie, transport, w firmach, które albo wcześniej same zatrudniały odpowiednich pracowników albo też jak się wydaje mogłyby bez problemu zatrudnić ich dodatkowo czerpiąc korzyści np. z usług sprzedawanych na zewnątrz.

Patrząc przez pryzmat wyłącznie ekonomiczny "wydzielenie" prawie zawsze się broni, ale już oceniając aspekt jakości pracy, zaangażowania, identyfikacji z firmą czy last but not least poszanowania podstawowych praw pracowniczych bywa z tym dużo gorzej.
Masowo stosuje się umowy zlecenia i umowy o dzieło tam, gdzie zgodnie z przepisami powinno zawierać się umowy o pracę, masowo nakłania się załogi do podpisywania fikcyjnych umów zleceń obok (jeśli już jest) umowy o pracę, nie dba się o dostarczanie ubrań roboczych, o standard pomieszczeń gospodarczych, szatniowych i zaplecza sanitarnego, o napoje chłodzące w lato i ciepłą odzież w zimę.

Takie przykłady można by mnożyć. Są one oczywiście różne zależnie od specyfiki danej branży, ale nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że pracownik na outsourcingu nie zyskuje prawie nigdy.

Dziękuję Pani za nagłośnienie sprawy z Dąbrowy Górniczej, dziękuję za odwagę i determinację paniom salowym i z całego serca życzę Wam zwycięstwa w walce o prawo do godnej pracy i bezpiecznej przyszłości.

Z wyrazami szacunku
[Tu w oryginale moje imię i nazwisko]  - Katowice

niedziela, 12 września 2010

Krzyżowy ogień

"Niebawem noszenie „Krzyżyka Smoleńskiego” będzie symbolem jak kiedyś w czarnych latach stanu wojennego noszenie opornika, wpiętego w kołnierz kurtki czy w koszulę było świadectwem odwagi i sprzeciwu wobec rządów Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (...)" napisano dziś na jednym z blogów w tekście dotyczącym  m.in. pomysłu na produkcję, rozprowadzanie i przede wszystkim noszenie wpinek mających być oficjalnie znakiem protestu przeciwko opieszałościom śledztwa w sprawie katastrofy z 10 kwietnia. Jeśli ktokolwiek wierzy, że takie właśnie i tylko takie były intencje przyświecające tej propozycji pamiątkowego znaczka to otrzeźwić mu spojrzenie powinno zakończenie tekstu: "Przyszedł czas, by pokazać władzy gdzie jest jej miejsce i odesłać ją na podwórka, niech tam sobie kopie w piłkę, bo to jej wychodzi najlepiej."

Treść całego wpisu jest oczywiście bardziej rozbudowana i mówią o niej najlepiej tagi widoczne na fragmencie zrzutu strony poniżej...
-------------------
-------------------
Oto kopia mojego komentarza tamże.
Portier napisał: 2010-09-12 14:54

W stanie wojennym opornik oznaczał odwagę, determinację i przekonanie o swojej racji wobec państwa, które nie było w pełni suwerenne i demokratyczne, wobec państwa, które przeciwko własnym obywatelom wysyłało czołgi i zomowców. Dziś Polska jest wolna i niepodległa, a jakiekolwiek "posmoleńskie" (inne niż czysto żałobne czy pamiątkowe) wpinki mogą tylko dowodzić braku zaufania do rządu, prezydenta i własnej ojczyzny. Tym bardziej więc zrównywanie tego (albo tylko porównywanie) z tamtym buntem jest jak to mówi Sz. P. Prezes "poważnym nadużyciem semantycznym".

Powiem więcej. Mam już jako obywatel dość tego upartego szukania w katastrofie drugiego dna, wypatrywania spisku, zamachu i zemsty kogokolwiek za cokolwiek. Mam dość "obrońców krzyża", którzy swoją fanatyczną postawą SZKODZĄ polskiemu Kościołowi i prawdziwej religijności. Mam dość obrażania czy pomniejszania znaczenia legalnie wybranego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego i to tym bardziej przez osoby, które słowo patriotyzm we wszystkich przypadkach odmieniane dokładają do każdej swojej wypowiedzi każdego dnia. Mam tego dość!

piątek, 10 września 2010

Undercover

W latach 1999 - 2005 wydawałem własnym sumptem coś, co nieco na wyrost nazywałem "gazetką zakładową", a czego stałą rubryką były m.in. "Autentyki". Oto ich garść na próbę.

--------------------

Adolfowi by smakowało!
Informacja na opakowaniu plasterkowanego żółtego sera: Dobrą trwałość zapewnia atmosfera gazu do celów spożywczych.

Lekcja asertywności
Pani stojąca w kolejce do okienka opłat na poczcie nagle przechodzi do kolejki „listowej” i wpychając się między innych ogłasza: Mówiłam, że stoję tu i tu!
- A ryj się, ryj łokciami! – komentuje podniesionym głosem jeden z mężczyzn
- Dziękuję, że mnie pan zrozumiał!
- Proszę qrwa bardzo!

Moja mieć mózg!
Rozmowa dwojga młodych ludzi w autobusie.
- Dzisiaj jest środa, nie?
- Wtorek.
- Wtorek? To kiedy wypada Sylwester?
- Ostatniego.

To… jedwabiście!
Rozmowa dwóch młodych ludzi na przystanku autobusowym:
-I tak z nią siedzę i nic to już nie wytrzymałem i mówię: zrozum qrwa, że cię kocham!

Fax You!!!
Pytanie z kolejki do pani pocztówki:
-Czy w tym urzędzie działa faks?
-Raz działa a raz nie.

A potem zrobimy to w windzie!
Ekspedientka wydaje mi resztę, ale nie mając banknotu dwudziestozłotowego wysypuje garść drobnych mówiąc:
-No to zaczniemy sobie od tyłu!

Puenta
Piotrowice. Rozmawiam ze sprzedawczynią w spożywczym o sytuacji ekonomicznej Polaków i akurat ona mówi:
-A mój sąsiad, co dwa lata nowe auto, co roku wakacje za granicą i forsa w każdej kieszeni!
W tym momencie do sklepu wbiega mocno „osłabiony” jegomość i od drzwi woła:
-Szefowo, pilnie muszę rozmienić dwa złote!

***
Sprzedawczyni w spożywczym na wieść o tym, że jestem nocnym dozorcą na budowie tuż obok:
-Boże jedyny! To gdzie pan tam śpi?

Ciekawe, co mieli na obiad w przedszkolu?
Dziewczynka stojąca wraz z mamą w kolejce do stoiska mięsnego puka nagle w szybę chłodziarki z wędlinami i pyta:
-A kiedy kupisz mi kotka?

Oral be – anal cacy?
Reklama okien w czeskim radiu Frequency Jedna: Mami recepte na każdi volny otwor!

Kierunek – resocjalizacja!
Na teren budowy zaglądają dwie plus minus szesnastolatki i zaczynają rozmowę z pracownikami naszego podwykonawcy.
-My się wam przyglądamy codziennie przez okno i postanowiłyśmy przyjść, bo z robotnikami to zawsze można normalnie pogadać.
-No.
-Masz coś zapalić? Bo mnie qrwa te egzaminy wykończą jak nie zajaram!

I ja mam to jeść?!
Skład czegoś, co nieco na wyrost nazwano Mielonką Turystyczną: mięso wieprzowe, skórki, woda, zagęstnik E 1422, stabilizator E 452, substancja wzmacniająca smak E 621, cukry, białko sojowe, substancja konserwująca E 250 oraz plazma krwi…

Bo to zła kobieta była…
Wchodzę do sklepiku, w którym jedna z ekspedientek przykleja właśnie do szyby wystawowej napis „u nas towary już od 2 zł!”
-Nie sądzi pani, że w każdym sklepie znajdzie się coś, co kosztuje 2 złote? – pytam
-Niby tak, ale ludzie się nie skapną.

Z życia prezesa Banku Zbożowego…
Odwiedzam sklep komputerowy, w którym kupuję np. tusz czy dyskietki nie częściej niż raz na trzy miesiące i już przy kasie okazuje się, że ekspedientka nie ma jak wydać mi reszty z… 50 zł.
-Dziesięć osiemdziesiąt. Zapłaci pan przy następnych zakupach. W końcu jako stały klient…
Dokładnie piętnaście minut później jestem w spożywczym:
-Widzi pan? Mam tylko setki i monety poniżej dwóch złotych. Przypomni się pan następnym razem…
Ten sam dzień. Sklep spożywczy w okolicach naszej budowy.
-Po ile te kanapki?
-Normalnie 2 złote, a dla pana po złotówce. Za wierszyki.

Czapka gore?
Bibliotekarka w Piotrowicach do mnie:
-A pan znowu poezję?
-Właśnie miałem zapytać, co by było gdybym tak „zgubił” tego Staffa?
-Czekałam, kiedy pan to powie!

Jakby nie patrzeć…
Zadole, ulica Wczasowa. Monolog mężczyzny dochodzący z otwartego okna jednego z mieszkań:
-W robocie robią mie za ch…, dzieci robią mie za ch… a teraz i ty! Co wy k… myślicie, że ja jestem pierwszy lepszy kut…?!

Postrzeganie pozazmysłowe
Autobus do Tychów. Rozmowa dwóch emerytów:
-Ty jeszcze robisz?
-Coś ty! Niech se inni porobią! Jo terozki mom emerytura!
-A twoja tyż siedzi w domu?
/W tej chwili myślę: powinien powiedzieć, że żona pracuje, bo by mu tylko w domu przeszkadzała i już mam anegdotkę do gazetki!/
-Moja durś bako! Wisz jak fajnie jak jej ni ma w doma?

I dostanę rower!
Odbieram pakiet firmowej korespondencji a „pani pocztówka” dorzuca do niego jakąś karteczkę i mówi: Niech pan to pokaże swoim w biurze to może pana docenią!
Spoglądam na ulotkę – „Konkurs na najmilszego pracownika pocztowego

Ostatnia droga gratis!
Kontrola biletów w autobusie w Piotrowicach, godzina 6:15 rano.
-Pani, co pani? Ja tylko na cmentarz jadę to co będę kasował?!

***
Reklama cyrku rozłożona w formie ulotek w sklepie spożywczym:
„Super atrakcja: Indyjski słoń, który kocha dzieci!”

Klient nasz pan!
Piotrowice 30 maja godzina 23:30. Obok budowy przechodzi grupka młodych ludzi…
- No nareszcie qrwa będę miał blisko do domu! – cieszy się jeden z nich
- A co tu budują?
- Grzechu mówił, że podobno izbę wytrzeźwień!

Szczery do bólu...
Dwie naklejki na drzwiach kabiny kierowcy w autobusie linii 657:
-kierowca sprzedaje bilety za odliczoną gotówką
-uwaga, kradną portfele!

Marna protekcja
Sprzedawczyni w mięsnym do mnie:
-Niech pan powoła się na mnie w kiosku obok to na pewno panu rozmienią.
Powołuję się i...
-Co ona powariowała? Nie ma mowy!

„Hulali po polu i pili kakao...”
Pewien anonimowy spawacz do pewnego anonimowego kierowcy podczas ustawiania konstrukcji wiaty na zapleczu firmy powiedzmy X...
-A teraz wyprostuj to zobaczę ile ci obwisa!

Głodnemu… śledź na myśli!
Kobieta kupująca śledzie w oleju tłumaczy swój wybór sprzedawczyni:
-Mąż ma ochotę, ale ja niestety nie mogę…

Kot pocztowy?
Przed drzwiami poczty, którą z racji swego „listonoszowania” odwiedzam prawie codziennie leży sobie często biało rude kocisko, które w przeciwieństwie do mojego domowego Mruczasa jest bardzo łase na pieszczoty. Pewnego dnia widzę mojego pupila śpiącego przed miseczką z kocim jedzeniem i drapiąc go za uchem na powitanie pytam: (proszę się nie śmiać!)
-Miał kotek am?
-Miau… - słyszę w odpowiedzi

Chyba barman!
Pijany mężczyzna w autobusie stojącym w korku zwraca się do kierowcy:
-A coś mi qrwa mówiło żeby jechać pociągiem!

Cytat miesiąca…
Rozmowa podczas przerwy śniadaniowej w naszej szatni na osiedlu Paderewskiego:
-Przecież za pracę w soboty to się należy wolne do wybrania!
-No i dają ci wolne! Do wybrania w niedzielę!

Pragmatyczka...
Dwie dziewczyny rozmawiają w autobusie:
-Podobno Michał powiedział Marcie, że mnie kocha, wiesz?
-I co?
-No nie wiem. Dziwny jest, nie?

***
Półsamoobsługowy sklep warzywniczy. Ojciec wraz z kilkuletnim synkiem wybierają i przebierają, aż wreszcie podchodzą do okienka i wtedy tata zwraca się do syna...
-Marek, pokaż pani ogórasa!

Wstęp do psychoanalizy…
Sklep spożywczy.
-Poproszę twaróg.
-Mamy taki prostokątny.
-Wolałbym okrągły.
-Różki mogę panu obciąć.
-Dziękuję, już mi obcięli...

Biznes plan
Osiedle Paderewskiego. Pijany mężczyzna wychodzący z klatki schodowej pyta nas, co tu robimy.
-Elewację. Ale musimy delikatnie zrywać żeby się lokatorzy nie skarżyli.
-Panie, pierd... pan lokatorów!

Zakumał zawijkę
Rozmowa dwóch mężczyzn w autobusie:
-W sierpniu się żenię.
-To zajebiście, nie?
-No, luzik.

Nie śmiej się dziadku...
Zmęczony po pracy i troszeczkę zamyślony zwracam się do sprzedawczyni w spożywczym:
„Poproszę kostkę trójkątnego twarogu!”

Puenta


poniedziałek, 6 września 2010

Tartar

Na dnie naszego jestestwa, na pograniczu snu i jawy, wymieszane z wszystkim co nas otacza i co kiedykolwiek w życiu spotkaliśmy, tkwią światy, których nigdy chyba do końca nie zbadamy. Tam każdy może być wielkim kochankiem, bohaterem albo kloszardem. Każdy.

-------------------------------

Leży. Obrzydliwie pewny siebie. Dobrze ubrany. Z nad twarzy co kilka sekund unosi się lekka mgiełka pary. Śpi. Rozłożone wulgarnie nogi, rozpięta i rozrzucona pod nim jak dywan gruba zimowa kurtka, drogie spodnie i takiż sam sweter. Leży. Czasem stęknie, westchnie i przewróci się na drugi bok.
Dokładnie mu się przyjrzałem.

Nienawidzę go.

Spadające z czarnego grudniowego nieba płatki śniegu tną twarz jak żyletka. Próbują poszatkować tą ostatnią lichą osłonę dawno już pociętej duszy. A on leży. Wyzywający w swojej przewidywalności.
Więc tak. Podejdę, gdy odjedzie kolejny autobus, wtedy przystanek jest pusty przez kilkanaście minut. Podejdę i zabiorę mu tą jego pieprzoną saszetkę. Wytrzeźwieje i nawet nie będzie pamiętał.

Muszę mu ją zabrać. Muszę jeść. Cokolwiek, byle szybko, jeszcze dziś!
Tylko ta jego dłoń opleciona paskiem. Trzyma, bydlak!

Znowu ludzie. Autobus, drugi autobus. Idą sobie! Będą teraz w domach PRZYRZĄDZAĆ kolację i DELEKTOWAĆ SIĘ nią, będą żreć po prostu, jak świnie, opychać się, pakować do ust kolejne kawały żarła…
Ich też nienawidzę. I tych min, takich spokojnych, pewnych swego. Bo przecież u nich też wszystko jest przewidywalne i spokojne.

Ach złapać takiego za te jego nowiutkie szmaty, wytarzać w błocie i śniegu! Niech poczuje jak to jest, gdy w butach grzechocą przemarznięte palce… Zabrać mu tą pewność, ten spokój.
Zabrać.

Gnój się obudził. Usiadł. Rozejrzał. Patrzy na zegarek, przeklina i znów opada na plecy.
Leży tak sobie na tych schodach z jedną ręką wyrzuconą w górę jakby nadal trzymał się rurki w autobusie. Wystarczy żeby teraz wstał, a już tym jednym ruchem wróci do świata pewnych siebie. Do normalności. I tylko jak na złość nikt nie chce go podnieść. Cóż za despekt!

Albo nie. Bo jak zabiorę, zacznie się drzeć. Już się dobudza. Już mu zimno wywiewa alkoholowe sny z głowy. Otworzy ten swój pysk i zacznie się drzeć. Może i wyzwiskiem rzuci, gnój jeden. Bo oto jemu, JEMU, dzieje się krzywda!
Niech krzyczy. Szarpnę i ucieknę. Zabiorę mu to. Po prostu. Podchodzę, wyrywam i spokojnie idę dalej. Niech się drze. Niech mu ten mróz wlezie do gardła, niech go to zimno przewieje na wylot. Niech straci tą swoją pewność, tą paradoksalną w jego stanie stabilność, ten pieprzony ułożony jak drogie koszule w jeszcze droższej szafie plan dnia.
Niech poczuje strach, niepewność, głód.
Jak ja.

Głod. Jak ja.
Głód jak ja.
Głód.

Kurwa!

Więc nie. Nie wyszarpnę i nie odejdę. Spojrzę na niego i poczekam. Aż się obudzi i oburzy. Aż mi spojrzy w oczy. I kopnę go wtedy. Mocno. Tak, żeby poczuł smak krwi. Jak hiena zanurzająca kły w upragnionej zdobyczy.
Jak hiena.
Jak ja.

Nie potrzebuję jego saszetki, jego kluczy, jego dokumentów. Chcę tylko jeść.
I płakać.
Napić się ciepłej, pachnącej herbaty, zjeść mięsa, kiełbasy, bułek, słodyczy. Dużo.
Ogrzać się. Zapomnieć. Przynajmniej dziś.

I kopnąć go w ten ryj przebrzydły.
Żeby się bał.

Dość tego! Idę!
Pusta ulica, przejście, kiosk, chodnik. Coraz bliżej. Szybki krok. Podejść, wyrwać, odejść. Może kopnąć. Zabrać. Kupić jedzenie, dużo jedzenia. Podejść, zabrać, wyrwać, odejść, kopnąć, jeść.
On się budzi! Podnosi, siada, za chwilę stąd pójdzie!
Przestań myśleć. Zabierz! Po prostu zabierz!
No rusz się! Idź tam i zrób to!

Podejść, zabrać, odejść.
Podejść, zabrać, odejść.
Idź!
Idź!!!

-Hej! A ty co tu robisz o tej porze? Siemka! Co się tak gapisz na tego tam? Znasz go?

Jakby ktoś zamykał przypadkiem otworzoną trumnę wpychając z obrzydzeniem rękę nieboszczyka na swoje miejsce. Przesuwał wieko, zakładał mocne śruby...

-Ja? Na autobus… Tak tylko patrzę…
-Następny za godzinę. Chłopie, siny jesteś, chodź, odpalę auto, podwiozę cię. Widzisz? Nawet twój „kolega” idzie już do domu, he he!

Trup opada na dno swojej trumny i z rezygnacją opuszcza głowę na piersi. Dusza wraca na swoje miejsce.

-Chodźmy.
-Chodźmy!

środa, 1 września 2010

Solidawność

Solidarność 1980. Nie pamiętam jej dosłownie, choć mam w głowie obrazki, przebłyski, jakby rozrzucone na stole zdjęcia. Róg ulicy Szafranka i Francuskiej. Siedziba związku w Katowicach. Sprzedawane przez okno gazety i broszury. Zimno, szaro, mokro. I potem obrazek drugi. Transportery opancerzone pod wielką choinką na rynku. Zima. Bardzo długa zima.

Do tej pierwszej Solidarności należał mój ojciec. Z dumą nosił jej znaczek, chodził na zebrania, czuł się uczestnikiem czegoś autentycznego i potrzebnego. Wierzył w to. Nie przeszkadzało mu to wcale wtedy ani później w tym, by chodzić także na majowe pochody pełne idiotycznych transparentów i „leninów” na co drugim budynku. Partyjni dawali darmową grochówkę, można było za grosze kupić kiełbasę i cukierki, no a poza tym kto, poza sekretarzem POP-u traktował tą maskaradę serio? Nikt. Ot, przedeptać z ulicy Kościuszki poprzez 15-go grudnia na rynek i pod pomnik Powstańców Śląskich, a potem wrzucić flagę do Osinobusa i wrócić do dyrekcji firmy po zakupy.

Znaczek Solidarności leżał w naszym domu przez całe lata osiemdziesiąte. Ojciec wierzył i wiedział, że jeszcze się przyda. Opowiadał mi o Lechu Wałęsie, z troską i powagą wsłuchiwał się w wiadomości o aresztowaniach, internowaniach i tragedii w kopalni Wujek. I mimo tego wszystkiego wierzył nadal. Czasem brałem do ręki ten kawałek grubego tandetnego plastiku i zastanawiałem się, co w nim jest takiego magicznego…

W 1989 roku pojawił się drugi znaczek, mniejszy, z lekko pozłacanego metalu. Ten był już mój. Kupiłem go na tym samym katowickim rynku, przez który tyle razy maszerowałem z ojcem na pochód. To był już inny rynek, inne Katowice i inna Polska. Zbliżały się pierwsze wolne wybory. Częściowo wolne, ale kto tam wtedy zwracał na to uwagę.

Rodzice wyjechali na dwa tygodnie do Budapesztu, a ja sam jak palec, natchniony jakąś trudną do sprecyzowania potrzebą wziąłem swoje kieszonkowe i zamiast do kina czy sklepu powędrowałem na rynek by tam kupić i wpiąć sobie w kurtkę ten upragniony symbol. Czy wtedy wiedziałem cokolwiek o związkach zawodowych, wolności, prawach człowieka? Pewnie nie.

Miałem tylko dość biedy, generała w ciemnych okularach i odgradzania się od normalności. Miałem dość Pewexów i sklepów „Skup i sprzedaż art. pochodzenia zagranicznego”, miałem wreszcie dość sytuacji takich jak na urodziny mojej kuzynki, kiedy jeden z gości dał jej w prezencie kupione w antykwariacie stare egzemplarze Bravo, które potem połowa rodziny oglądała z czcią i uwielbieniem przez następny kwartał. Miałem tego dość!

Ojciec nie zapisał się już do odrodzonego związku. Oficjalnie twierdził, że nie musi, bo nigdy nikt go nie wykreślił, ale widziałem i czułem, że trudno mu zaakceptować niektóre poglądy i niektórych ludzi. Mnie było łatwiej, bo wtedy wszystko co nie było czerwone było lepsze. Zaklejałem grube zeszyty wycinkami z Gazety Wyborczej, skakałem pod niebo, gdy WYGRALIŚMY wybory, godzinami wsłuchiwałem się w relację z sejmowej debaty o zmianie godła i nazwy państwa no i kochałem się bez pamięci w pani Niezabitowskiej. Ojeju!

Wtedy, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Solidarność była dla mnie tym samym, czym dla mojego ojca dziesięć lat wcześniej. Polską, nami, wszystkim. Jedynym ważnym i jedynym sensownym rozwiązaniem.
Wierzyłem w nią. Wierzyłem w Lecha Wałęsę, w Tadeusza Mazowieckiego, w wolność.

Przeszło mi to z końcem 1990 roku, tuż po wyborach prezydenckich. Polska zaczęła się mieszać, przetasowywać, rozmnażać przez podział. Nie było już NAS i ONYCH. Nie było jednej Solidarności, ani nawet jednej solidarności. Była polityczna magma. To z niej w bólach powstawało państwo, którego obywatelami jesteśmy dziś.

Zapomniałem o swojej plakietce, zapomniałem o związku, stawało mi się to wszystko coraz bardziej obojętne. Mimo to w 2007 roku wiedziony prostym pragnieniem walki o sprawiedliwość, tym razem już nie przeciwko złemu ustrojowi, ale firmie okradającej swoich pracowników wstąpiłem jednak do mitycznego związku. Nie, nie jako klient, jako aktywny, pełen pomysłów i chęci jak mi mówiono „mały Wałęsa”. Z tymi marzeniami, jakie miał ojciec w 1980 roku i tym upojeniem, jakie spotkało mnie samego w dekadę później stanąłem przed czymś, co nie tylko dalekie było od mojej wizji związku w ogóle, ale wręcz wykazywało się aktywnością mniejszą niż średnia. No może poza kwestią paczek na święta i zniżkowych biletów do filharmonii, ale ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało.

Próbowałem. Nie miałbym prawa pisać tych słów gdybym nie próbował.

Zbierałem po nocach podpisy pod listami protestacyjnymi, wydzwaniałem cały abonament z prywatnej komórki, aby walczyć o nasze prawa, wymyśliłem gazetkę rozdawaną w całym kampusie, stworzyłem stronę internetową, pisałem do prezydenta, spotykałem się z dziennikarzami. A pani wiceprzewodnicząca związku mówiła tylko, że mamy się trzymać, bo ona nam dobrze życzy. Po miesiącu, kwartale i dwóch latach niezmiennie życzyła nam jak najlepiej...

Przestałem płacić składki. Nie wierzę już w związki zawodowe. Nie w takie. A z drugiej strony nie wierzę także w tych, którzy dziś korzystając z tamtej wielkiej nazwy i tradycji palą opony, wygwizdują prezydenta czy premiera i patrzą na kraj poprzez optykę jednej partii. Jakby inne nie były taką samą Polską, naszą, wspólną, solidarną.

Moja Solidarność skończyła się w grudniu 1990.

Teraz wierzę tylko w ludzi.
Czasem nawet z wzajemnością.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.