Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


piątek, 29 grudnia 2017

Śladami kolejki piaskowej kopalni Wujek

Do grudnia 2016 roku nie wiedziałem nawet, że istnieje coś takiego jak słynna przecież Hałda Panewnicka. Zimą udało mi się ja poznać, zwiedzić, obfotografować, później stopniowo także objechać ze wszystkich stron na rowerze. To faktycznie fascynujące miejsce zasługujące na osobny wpis. Ale nawet wtedy, gdy docierałem tam do zakątków, w których, proszę wybaczyć tę pewność, nigdy nie będzie 99,9% czytających te słowa i tak jeszcze nie kojarzyłem napotykanych w okolicznych lasach starych podkładów kolejowych z czymś zupełnie innym, co działo się tam w innym czasie, gdy o hałdzie nikt nie słyszał, a na miejscu dzisiejszych gór kopalnianych odpadów były wielometrowe wykopy...
Zapraszam na wycieczkę. Proszę wsiadać, drzwi zamykać.


Odcinek Brynów - Kokociniec
  
 
 
 
Odcinek Kokociniec - Mikołów
 



 

czwartek, 14 grudnia 2017

Zapaleńcy


Od kilku miesięcy obowiązuje w województwie śląskim tzw. uchwała antysmogowa stawiająca sobie za cel ograniczenie zanieczyszczenia powietrza poprzez zakaz ogrzewania naszych domów paliwami niskiej jakości, takimi jak np. muły, węgiel brunatny czy mokre drewno, stopniowe wycofywanie pieców nie spełniających określonych norm oraz skuteczniejsze wykrywanie i karanie osób spalających w kotłowniach śmiecie, stare meble itp. Jest to oczywiście tylko najbardziej powierzchowne określenie zamierzeń autorów tego aktu prawnego, bezdyskusyjnie słusznych i potrzebnych, ale jednak moim zdaniem niestety wprowadzanych w życie w sposób delikatnie mówiąc chaotyczny...



Ktokolwiek wieczorami spaceruje w dzielnicach w których większość zabudowy to domki a nie bloki, ten wie, że od lat pali się w nich wszystkim. Od byle jakiego węgla poprzez pocięte gałęzie, stare meblościanki aż po papę, dyktę, gumę i plastiki. To po prostu widać i czuć, bywa, że nawet w środku czarnej, bezgwiezdnej nocy. Widywałem posesje na których połamane szafki czy tapczany cięto lub magazynowano jak każdy inny drewnopochodny opał i to latami. Czasem ze skąpstwa, czasem z przyzwyczajenia, czasem z okazji (łatwego dostępu do czegoś) a czasem wreszcie z nieświadomości lub biedy. Usprawiedliwiać oczywiście takich ludzi nie zamierzam, bo jednak o ile można nie wiedzieć jak na środowisko wpłynie porąbany i spalony w piecu regał, o tyle nie wiedzieć, że ów regał do palenia nie służy, raczej się nie da.

W czym więc problem?
W szczegółach.

Wprowadzono na Śląsku wymogi, które obligatoryjne dla reszty kraju będą za kilka lat, ale nie zadbano, by były one zrozumiałe DLA WSZYSTKICH i wdrażane, właśnie przez to, że wcześniej niż gdzie indziej, jednak łagodniej, stopniowo, bez kar, przede wszystkim zaś równolegle z codzienną pracą nad zwiększaniem świadomości ekologicznej mieszkańców. Zacznijmy bowiem chociażby od tej niewinnej z pozoru kwestii czasowej. Mogę legalnie nabyć dziś, także w obrębie naszego województwa, piec najniższej klasy, czyli popularnego kopciucha, ale nie mogę go używać! Absurd, prawda? Sprzedawca nie musi jeszcze przez kilka lat oznaczać pieca w sposób jasno określający jego (jakąkolwiek) klasę, ale ja za użytkowanie urządzenia innego niż "piątka" lub "eko" zapłacę karę! Podkreślmy bowiem, że terminy użytkowania liczone w latach dotyczą pieców działających przed pierwszym września 2017 roku, nie pieców danej klasy w ogóle. Czyż nie prostsze było nakazanie sprzedawcom znakowania klasowego każdego sprzedawanego urządzenia, a dopiero potem ewentualne kontrolowanie tego samego już w miejscu instalacji? Pytanie retoryczne.

Problem kolejny to piece będące w użyciu od dłuższego czasu. Po pierwsze jak wspomniano znakowanie nie jest jeszcze powszechne, a tym bardziej nie było lat temu pięć, osiem czy dwadzieścia. Zatem okres zgodnego z prawem użytkowania, zależny przecież od generacji, mamy znów wydedukować sobie sami, a to przynajmniej w jakiejś części przypadków będzie bardzo trudne jeżeli nie wręcz niemożliwe. Rozwiązanie? Czytelny, napisany prostym językiem i zilustrowany przykładami "katalog" pozwalający sprawnie ocenić każdemu, niezależnie od wieku i wykształcenia co też ma w kotłowni.*
No i właśnie. Kotłownia. A co z piecami stricte domowymi**? Wciąż przecież w użyciu pozostają piecokuchnie, kozy, rozmaite Żary, piece kaflowe i tym podobne wynalazki. One nigdy nie miały i raczej nie będą mieć generacji. Ale znów to my mamy wiedzieć co i jak, bo jeśli nie będziemy, zapłacimy w razie kontroli karę. A przepraszam SKĄD ta wiedza ma do nas płynąć? Z uchwały, która jest krótkim, ogólnym tekstem, z wydanych po niej bardzo długich i trudnych często do zrozumienia elaboratów różnej maści, a może z kilkunastosekundowych reklamówek wyświetlanych w przyspieszonym tempie w pociągach czy autobusach? Zabrakło tu moim zdaniem właściwej kolejności i skali. Pokolenie 45+ może tego nie opanować z takich źródeł. Jedno za długie i trudne, drugie za to dla odmiany za skrótowe, a reszty szukaj sam!
Czyli z przymrużeniem oka - wydajemy Kodeks Drogowy brajlem po łacinie a potem na każdym zakręcie ustawiamy policjanta z duuużym bloczkiem mandatowym. Porównanie to mimo absurdalności jest jak najbardziej na rzeczy, albowiem Straż Miejska już rozpoczęła kontrole, częściowo realizowane po czyichś zgłoszeniach, częściowo zaś z samorzutnego wyboru przez funkcjonariuszy tej czy innej nieruchomości. A w ślad za kontrolami popłynęły mandaty.

Łączną karą (wraz z kosztami sądowymi) pięciu tysięcy złotych obciążono niedawno pewnego mężczyznę, który w Dąbrowie Górniczej palił w piecu resztkami mebli i plastikiem***. Kara ta może zresztą wzrosnąć wkrótce "za recydywę" jeszcze o drugie tyle, co jak stwierdził tamtejszy komendant SM jest przecież kwotą pozwalającą ogrzać dom przez trzy sezony. I ciekaw tylko jestem skąd założenie, że (bezsprzecznie) winny taką kwotę posiadał!!! Albo, to już pytanie drugie, czy jeśli grzywnę uiści, to zostanie mu jeszcze dość pieniędzy na ten legalny opał? Jakoś trudno mi w to wierzyć. I tak koło się zamknie, bo strażnicy znów go pewnie na czymś nakryją. 

Kuriozalnych smaczków ciąg dalszy. Nie wolno już na Śląsku palić drewnem o wilgotności powyżej 20%, ale zamiast postawić wymóg takowy NAJPIERW sprzedawcom opału sugeruje się obywatelowi ażeby w celu zbadania dotykał szczap dłonią****. Przypomina mi to jako żywo Rumunię lat 80 w której to wierzono święcie, że Biseptol ma działanie antykoncepcyjne. Prawdopodobieństwo skuteczności obu metod jest porównywalne. Sama straż oczywiście odpowiedni miernik posiada, a jakże. I mierzy, ale na szczęście na razie jeszcze stosuje w tej kwestii tylko pouczenie. Drobiazg drugi, to naklejki z datą "używalności" danego pieca. Naklejane na tenże piec już po ewentualnej kontroli. Nie, nie zgadliście Państwo, niestety nie od środka, ale to i tak zabawne. Nawet gdy się pominie fakt, że za takie kolędowanie z obrazkami ktoś dostaje pensję.

Mniej zabawne za to są wspomniane już kary. 500 złoty (pisownia oryginalna!) mandatu wlepiono panu, który palił odpady w okolicach giełdy warzywno-owocowej na Bocheńskiego w Katowicach*****. Sądząc po zdjęciach pan ów jest raczej mieszkańcem tej okolicy i to mieszkańcem w sensie dosłownym, bo bezdomnym. Najprawdopodobniej chciał się ogrzać. Ale tego aspektu notka już niestety nie porusza. Jeżeli jednak faktycznie jest tak jak przypuszczam, to oczywiście można się spierać co ważniejsze - człowiek czy wykroczenie, ale chyba każdy zgodzi się, że nie tak "spektakularnych" akcji byśmy od strażników oczekiwali. I już historia następna. Dwóch mężczyzn paliło liście na działkach przy ulicy Meteorologów na Muchowcu - dostali mandat.******

Powtarzam, nie bronię takich ludzi, nie usprawiedliwiam, ale po prostu boję się, aby nie stało się tak, że oto strażnicy zamienią swoje słynne fotoradary i blokady kół na bloczki mandatowe i lekką ręką wypisywać będą rachunki każdemu, kto pali coś niedozwolonego, zamiast najpierw zbadać - i od tego uzależnić karę -  DLACZEGO, w jakich okolicznościach i na ile często to robi.

To tylko szczypta moich zastrzeżeń, uwag i wątpliwości, oczywiście bezsprzecznie subiektywnych, ale mających tylko jeden cel, abyśmy nie zapalali kaganka oświaty ekologicznej słomianym ogniem szeroko rozumianej łatwizny.

============

* pewien zakres takich informacji znajduje się w przewodniku dla straży gminnych dostępnych w formie elektronicznej, ale jest to bardziej opis typów pieców w ogóle niż porady ułatwiające ocenę konkretnego urządzenia laikowi
** według informacji jakie uzyskałem w Urzędzie Miasta Katowic piece takie, o ile rozpoczęcie ich eksploatacji nastąpiło przez 1.09.2017 można użytkować do końca 2022 roku.
***  Link do artykułu na stronie tvn24.pl
**** Link do ulotki pdf "Uchwała antysmogowa. Co należy wiedzieć?"
***** - Link do notki na stronie SM Katowice
******- Link do drugiej notki na stronie SM Katowice


============


Tekst opublikowany przeze mnie 13 grudnia 2017 na blogu "Katowice z poziomu chodnika"

piątek, 8 grudnia 2017

Gra w trzy kupki




Poprzednią część tej opowieści zakończyłem na dwudziestym czwartym września, kiedy to sfotografowałem po raz kolejny (powyżej) śmiecie wyrzucone przez kogoś w lesie na pograniczu Katowic i Rudy Śląskiej a zgłoszone przeze mnie Straży Miejskiej trzynastego sierpnia. Przypomnę tutaj skrótowo kalendarium wydarzeń szerzej opisanych w poście "Gra w dwa oknie".

13 sierpnia 2017 - filmuję stos starych skrzydeł okiennych wyrzuconych na ulicy Gościnnej.
13 sierpnia 2017 - przekazuję katowickiej Straży Miejskiej zgłoszenie telefoniczne i mailowe wraz z filmem oraz namiarami z Google Maps.
21 sierpnia 2017 - otrzymuję odpowiedź mailową, informującą mnie, że odpady znajdują się na terenie Rudy Śląskiej i sprawa zostaje tam przekazana. 
3 września 2017 - zwracam się z zapytaniem do rudzkiej centrali SM w sprawie podjętych działań.
7 września 2017 - Straż Miejska odpisuje mi w sposób sprawiający wrażenie, że o problemie dowiedziała się ode mnie, a nie od swoich kolegów z Katowic. Rozpoczęto działania wyjaśniające.
24 września 2017 - fotografuję śmieci ponownie. Nic się nie zmieniło.

---

Prawie już zapomniałem o całej sprawie, ale chęć znalezienia jakiegoś zakończenia do opisywanej historii skłoniła mnie do kolejnego maila półtora miesiąca później. Przekonany byłem zresztą, że cały problem dawno już jest zamknięty, ale dla porządku chciałem to mieć na piśmie. Dziewiątego listopada zwróciłem się zatem ponownie do Straży Miejskiej w Rudzie Śląskiej z zapytaniem jak też to wszystko wygląda po prawie kwartale od mojego pierwszego zgłoszenia.

Zanim jeszcze odpisano na mój list, zupełnie przypadkowo, w ramach świątecznego spaceru jedenastego listopada odwiedziłem jednak osobiście ulicę Gościnną, która równie gościnna co dla ludzi, była jak się okazało, i dla śmieci zalegających tam nadal w najlepsze.


Dwudziestego pierwszego listopada rudzcy strażnicy poinformowali mnie, że czynności śledcze trwają, zaś do wywiezienia odpadów zobowiązał się Wydział Gospodarki Komunalnej ich miasta.

Zaraz po odczytaniu powyższego pisma zatelefonowałem do Urzędu Miejskiego Rudy Śląskiej i tam poinformowano mnie, że okna zostały usunięte 13 listopada. Dwudziestego piątego listopada wykonałem poniższe zdjęcie. Wreszcie je wykonałem!


I tak właściwie ta opowieść mogłaby się zakończyć, gdyby nie trzy kwestie spędzające mi sen z powiek.

Po pierwsze: dlaczego od zgłoszenia śmieci w lesie do ich wywiezienia (abstrahując od czynności dochodzeniowych itp.) musiał minąć kwartał, zaś zaangażowani w to wszystko byli pracownicy aż trzech instytucji?

Po drugie: dlaczego strażnicy z Rudy odpisali mi we wrześniu tak, jakbym to ja, a nie wcześniej ich koledzy z Katowic zgłosił im problem i także dlaczego tak dziwnym zbiegiem okoliczności jest data wywiezienia odpadów w połączeniu z o trzy dni wcześniejszą datą mojego ostatniego pisma?

Po trzecie: jeżeli pracownicy Wydziału Gospodarki Komunalnej UM Rudy Śląskiej dojechali do granicy Katowic ulicą Gościnną, to dlaczego zignorowali dwukrotnie mając przed oczami to coś na zdjęciu poniżej leżące przy drodze kilkaset metrów dalej, jak najbardziej w kierunku ich miasta?


wtorek, 28 listopada 2017

Biedny złodziej

Nawet wśród najbardziej radykalnie nastawionych przeciwników obecnej władzy trudno by było znaleźć niedostrzegających rewolucyjnej dla polskiego rynku pracy zmiany, jaką są stawki minimalne dla umów zleceń. I także nikt nie zaprzeczy, a nie kryję, że piszę to z satysfakcją, iż Platforma Obywatelska przez wszystkie lata swoich hurraoptymistycznych rządów nawet nie spróbowała ucywilizować patologii jaką były płace czasem w wysokości 3,60 zł netto za godzinę obowiązujące dla niektórych jeszcze rok temu.

Oczywiście stawka minimalna nigdy i w żadnym kraju nie będzie stanowić dochodu satysfakcjonującego i pozwalającego funkcjonować na miarę pełni potrzeb, ale by zrozumieć (dobrą) zmianę jaka się dokonała pomiędzy grudniem 2016 a styczniem 2017 wystarczy porównać płacę, która dla osoby wykonującej swoje obowiązki (na śmieciówce) przez 168 godzin w miesiącu wyniosłaby odpowiednio 604* i 1629** zł netto. Myślę, że jakikolwiek komentarz na temat tych kwot jest zbędny. 

Ludzi zarabiających minimum jest w Polsce bardzo dużo, ale niestety mało się o nich mówi i też rzadko który z tego grona sam ma moc, aby się gdziekolwiek ze swoimi problemami przebić. Może więc tylko przypomnę, że najniższe dochody jako standard, to domena nie tylko jak się powszechnie sądzi branży ochrony mienia czy usług czystościowych, ale także bardzo często produkcji czy wszelkich innych prac najogólniej określanych mianem pomocniczych, od wykładaczy towarów, roznosicieli ulotek aż po pracowników w teorii wykwalifikowanych, ale dopiero gdzieś zaczynających. A to wszystko, to już są grube setki tysięcy ludzi, by nie zaryzykować twierdzenia, że więcej.

I znów, podobnie jak z wspomnianymi ochroniarzami i sprzątaczkami popełnić możemy błąd, zakładając, że minimum to minimum, trudno i kropka, albowiem niestety Polak potrafi i czasem z tych prawem nakazanych stawek schodzi się jeszcze mocniej, cały czas zachowując pozory legalności. Pierwszym takim zejściem, a przynajmniej pierwszym, które ja zauważyłem funkcjonując na rynku pracy od kilku dziesięcioleci, były chyba umowy zlecenia na wypłatę nadgodzin. Poprzez stosowanie ich wypłacano pensję za dodatkowe godziny z etatu w formie gołej stawki za pracę świadczonej rzekomo dla innego niż główny pracodawca podmiotu. Osobną kwestią, a od połowy pierwszej dekady XXI wieku wręcz plagą są zlecenia na warunkach umowy o pracę, ale to w dzisiejszym wpisie aspekt, który choć bardzo znaczący, odkładamy na bok. Cóż zatem dalej z tym przebijaniem dna? Przykładów niestety jest wiele, często ekstremalnych***. W 2015 roku wielką popularnością cieszył się np. sposób "na malowanie trawy", czyli rozdzielanie pensji ze śmieciówki na dwie umowy, z których pierwsza była mikroskopijna, powiedzmy na 50 zł i do tego pod każdym względem fikcyjna, ale za to oskładkowana, zaś druga, faktyczna, zawierała klauzulę, że oto jej wykonawca nie chce mieć potrącanych składek, ponieważ takowe odprowadza już z innej umowy. Zgadnijcie Państwo której? Tak! Dziwnym trafem z tej symbolicznej! Dzięki takim to druczkom dziesiątki polskich firm oszukało ZUS nie odprowadzając doń należnych kwot, a dodatkowo tysiące pracowników tak samo (choć bez własnej winy) okłamało później Urzędy Skarbowe wypełniając PIT-y wg. danych z przekazanych im przez pracodawców rozliczeń. O wysokości ich emerytur za lat ileś wyliczonych z takich właśnie dochodów nawet nie wspominam. Historii podobnych do wyżej wymienionych jest zresztą wiele więcej i nie wszystkie dotyczą tylko najmniej zarabiających, choć jednak ich bez wątpienia częściej niż innych. Choćby popularne do dziś zatrudnianie na pensji minimalnej z wypłatą faktyczną, czasem bardzo wysoką, jak to się mówi pod stołem. Ot, Polska! Co do tego ostatniego przykładu, to dodać tu muszę, że szczerze wzruszyłem się, gdy jesienią ub. roku zaproponował mi takie właśnie warunki pracy pan, u którego circa 15 lat wcześniej pracował na identycznych mój dobry kolega... Kiedy zastanowić się ile to czasu minęło, ilu pracowników, ile zysku, a potem skonstatować, że cały proceder toczy się nadal bez przeszkód, to naprawdę ręce opadają...

Wydawać by się mogło, wracając do kwestii umów zleceń i stawek na nich, że po zmianach wprowadzonych przez PIS nie da się już płacić nikomu mniej niż 9,70 za godzinę. Że zwyczajnie nie ma już na to żadnego haka. O naiwności!

Krótko po wprowadzeniu nowych stawek głośne stały się przypadki w których np. sprzątaczka musiała "wynajmować" odkurzacz, ubranie robocze czy wiadro od firmy i płacić za nie "raty", a gdzie indziej za spóźnienie czy inne drobne przewiny karano potrąceniami rzędu 200 zł, co we wszystkich przypadkach skutkowało tym samym - zejściem stawki godzinowej do poziomu poniżej minimum, mimo, że de iure owo minimum jak najbardziej było wypłacane. Ale to i tak nie koniec. Kilka miesięcy temu zetknąłem się na przykład z firmą, w której stawka naliczana była między innymi za... wygląd. Tak! Szef tejże argumentował w rozmowie ze mną, że przecież "tamten jest stary i ledwo łazi" a "ten znów niewyraźnie mówi" no i jakże on by miał im dawać (!) aż 9,70? Więc wypłacał zależnie od gustu po 8 czy 9 zł na przykład. Jak? Prosto. Albo co innego każąc podpisywać a co innego wypłacając do ręki (w sensie dosłownym, żeby nie było śladów) albo, częściej, zwyczajnie zaniżając liczbę godzin do ilości "tworzącej" jakby nową stawkę. W tym drugim przypadku ktoś pracował dajmy na to 180 godzin, wypłacano go ze 160 powiedzmy i tym samym nie miał już stawki z umowy, mimo... że ją miał.

I wreszcie wczoraj. Wczoraj odwiedziłem człowieka który poprzez popularny portal internetowy poszukiwał pracowników do zatrudnienia jak najbardziej na umowę o pracę. Na miejscu okazało się, że nie do końca, albowiem:
1. Okres próbny jest tylko na zleceniu, co samo w sobie jest niezgodne z prawem, i za najniższą stawkę, mimo, że specyfika pracy nie wiąże się z nabyciem jakichś szczególnych umiejętności po tym czasie a pracuje się pośród ludzi zarabiających dużo więcej.
2. Później, już będąc na etacie, świadczy się pracę średnio ok. 32 godziny miesięcznie ponad limit, ale nie ma się żadnych płatnych nadgodzin, tylko gołą stawkę godzinową jako jakiś fikcyjny dodatek.
3. Ubranie trzeba sobie (na zleceniu) albo samemu kupić albo wpłacić zań kaucję pracodawcy.
4. Miałbym dać słowo, że nie pójdę za dwa tygodnie na chorobowe.

"Bo przecież ja bym zbankrutował jakbym miał wszystko tak normalnie" rzekł pan ów na koniec naszej rozmowy.

Ktoś może zapytać teraz jakiż jest sens tego posta jeżeli zaczynam od radości ze zmian a kończę na smutku z trwania złodziejstwa, jakim jest ograniczanie pracownikom ich praw, które to złodziejstwo jak widać niestety wciąż ma się dobrze?

Sens ten sprowadza się do kwestii z powiedzenia o wędce i rybie. Wielu ludzi, którzy nigdy nie poznali uroków życia za grosze, uważa, że stawki minimalne (albo dodatek 500+, choć to zupełnie inna bajka) to tylko rozdawnictwo pieniędzy za nic, a upowszechniając takie mniemanie utwierdza w nim i beneficjentów tych zmian, którzy godzą się później płacić swoisty haracz od "luksusu". Haracz ze swoich praw, powiedzmy to jasno, w tym prawa do godnego życia. Tymczasem owe pieniądze to wędka. To krok do tego by pracownik był świadom wartości swojej i pracy którą wykonuje, a zatem nie tylko właśnie dostawał, ale także wymagał, stawiał warunki i działał dla ukarania łamiących prawo. Summa summarum, by zaistniał wreszcie w Polsce stan w którym pracodawca złodziej i pracodawca oszust są skazani w społeczeństwie na wieczną infamię, że już o odpowiedzialności prawno finansowej, jako czymś oczywistym, nie wspomnę. Rzecz w tym, że nie stanie się tak, dopóki ludzie, którzy wczoraj mieli mało a dziś mają lub potencjalnie mogą mieć trochę więcej, będą się tym "więcej" dzielić dla świętego spokoju z innymi, którzy na nich bezwstydnie żerują.



========================

* - stawka godzinowa netto 3,60 zł
** - stawka godzinowa netto 9,70 zł
*** - Z doświadczeń najbardziej absurdalnych. Spotkałem się w 2016 roku z firmą, która zatrudniała ludzi poprzez fikcyjną, istniejącą tylko na papierze, własną agencję pośrednictwa pracy, a nawet dwie takie agencje na dwóch osobnych umowach zleceniach, ale dalibóg nie wiem jaki był w tym jej zysk, choć jakiś był na pewno.

wtorek, 14 listopada 2017

Gdzie znów jest ten Portier?!

Ano chodzi.


Po pierwsze palcem po mapie, recenzując i fotografując a czasem także wynajdując rozmaite miejsca (Kliknij w obrazek)

https://www.google.pl/maps/contrib/109487448258231847369/reviews/@49.9908317,18.7874144,10z/data=!3m1!4b1!4m3!8m2!3m1!1e1?hl=pl


Po drugie czasem wrzuca jakiś nie tylko górski filmik na You Tube (Kliknij w obrazek)




Po trzecie dorabia na boku, znaczy udziela się od niedawna na zaprzyjaźnionym blogu. (Kliknij tutaj w obrazek a już na blogu w tytuł konkretnego posta)