Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


sobota, 28 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013

Zakładałem ten blog latem 2009 roku na chwilę przed likwidacją strony www.portier.pl.tl którą wcześniej prowadziłem dla moich koleżanek i kolegów w ramach walki o prawa pracownicze w firmie ochroniarskiej. Tam byłem, oficjalnie przynajmniej, twardzielem, samozwańczym "małym Wałęsą" demaskującym szwindle i szwindelki, tu zaś miałem w planach już zupełnie prywatnie i "przy herbatce" tylko wspominać, opowiadać i generalnie wyrażać swoje zdanie na wszelkie możliwe tematy. Przez bardzo długi czas, jak sądzę plus minus do wiosny 2012 tak właśnie było. Wszystkiego po trochu. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi. Ale gdzieś tak od trzeciej wycieczki w Beskidy wszystko inne zeszło stopniowo na plan dalszy i górę wzięły góry, że się tak mało oryginalnie wyrażę. Nie przestałem przecież kupować i czytać książek (nadal około trzydziestu rocznie), nie przestałem pasjonować się historią, prawami pracowniczymi czy polityką ani też wygrzebywać na Allegro zabytkowych magnetowidów i komputerów, tyle tylko, że zniknęła mi gdzieś dawniej będąca na podorędziu chęć, by tu o tym wszystkim natychmiast opowiadać.
Ale to nie jest blog o górach. Nie był, nie jest ani nie będzie. To zawsze i przede wszystkim jest kawałek mojej duszy. Dziwnego gościa bez matury, ale za to z marzeniami. Bo to o nie tylko, o nic innego w tym wszystkim chodzi.
Skoro jednak podsumowując rok 2013 mam przed sobą trzydzieści jeden wpisów (najmniej w historii) z których aż czternaście dotyczy gór, to cóż, po raz kolejny pozwolę sobie do nich nawiązać jeszcze przy końcu tego posta. Spójrzmy najpierw jednak na blogowy kalendarz Portiera AD 2013.

środa, 25 grudnia 2013

Trzy wigilie

Dziwne to takie, nieprawdaż? Świat przez ileś dni pędził, gnał gdzieś jak szalony na oślep a dziś wieczorem zatrzymał się nagle i ucichł. Już nie rachunki z marketów, karpie z promocji, niepowtarzalne prezenty czy szałowa fryzura są ważne, już umilkł gwar w milionach kuchni, zjedzono co zjeść miano i jak zawsze okazało się, że zostało drugie tyle nagotowane, napieczone, nasmażone na wszelki wypadek. Rozpakowaliśmy prezenty, nacieszyli się życzeniami, ponarzekali na świat i obejrzeli dla ukojenia duszy jeden z tych starych, znanych na pamięć filmów. Zapadła noc. Cicha noc. Inna noc.
Siedzę i ja nad talerzykiem makówek przeglądając stare fotografie. Uświadamiając sobie wiele prawd, które przez cały rok próbuję ignorować. Wspominając, żałując, tęskniąc, a może po prostu  próbując pogodzić z nieuchronnym przemijaniem wszystkiego, co nas na tym świecie spotyka. Wracam pamięcią do zapomnianych uśmiechów i pożółkłych rozmów. Do tych tak wielu już wieczerzy wigilijnych, które za mną i do siebie samego kiedyś. Wczoraj, dziesięć lat temu, wieki.

Otwierają się drzwi pokoju, którego od dawna już nie ma. Gdyby istniał, byłyby tuż obok, za moim lewym ramieniem, ale dziś jest tam tylko mur. Kiedyś był pokój mojej babci. Spójrzcie, to ja. Ten w śmiesznym zielonym serdaczku. Mam może siedem, może osiem, może dziesięć lat. Siedzę przy bardzo starym, zdobionym stole i mimo że wszyscy się do mnie uśmiechają i spełniają wszelkie zachcianki jest mi smutno. Moja mama trafiła kilka dni temu do szpitala, tata pojechał dziś do niej, a mnie oddano „na przechowanie” właśnie tutaj. I co z tego że obok siedzą dobrze znane kuzynki i kuzyni, ciocie i wujkowie? Co z tego że babcia sama nakłada mi najlepsze kąski i pyta czy wszystko dobrze? Tu nie ma moich rodziców, nie ma smaków, które znam z domu, nie ma akurat takich potraw i akurat takich słów do których przywykłem. Nawet lampki na choince wyglądają jak kolorowe łzy…
-Znowu płaczesz?
Uśmiecham się. Tak! Ten wysoki w srebrnej kurtce to też ja, tylko parę lat później. Pcham przez pełen ludzi katowicki Nowosam wózek wypakowany po brzegi wszystkim o czym do niedawna można było tylko pomarzyć. Jest kawa i stosy czekolady, jest kakao i ogromna szynka w puszce, brzoskwinie w syropie i ananasy w plastrach, coca-cola i… miętowy likier. Kilka dni temu odebrałem swoją pierwszą w życiu Barbórkę. Gruby zwitek banknotów wypycha mi kieszeń spodni i dodaje animuszu. Jeszcze to! I to! I tamtego, tylko więcej! Potem wigilia z rodzicami. Uginający się od wszelkiego dobra stół i pełna po brzegi lodówka. Zapach wody kolońskiej, kawy i miętowego likieru. Mam osiemnaście lat. Świat jest prosty, kolorowy i mój. Mój, słyszycie?
Halo…
Ciemność.
Ciemność rozświetlona gwiazdami błyskającymi nad połacią śniegu. Przez puste, ciche uliczki dopiero co ukończonego osiedla wolnym krokiem idzie mężczyzna w ochroniarskim uniformie. Zatrzymuje się przed nielicznymi jeszcze oświetlonymi oknami i zagląda w nie chciwie. Za szybami migocą choinki, uśmiechają się ludzie, wędrują uściski dłoni i dobre słowa. Nad nim krąży tylko sennie padający śnieg.
Za ostatnim domem droga się urywa. 
Dokąd teraz?

poniedziałek, 16 grudnia 2013

W poszukiwaniu kwiatu paproci

WYCIECZKA SZESNASTA
WISŁA GŁĘBCE - KICZORY - JAWORZYNKA TRZYCATEK
Moja ostatnia w 2013 roku wycieczka według planów wcale ostatnią być nie miała. Po zdobyciu Baraniej Góry zostało mi w notesiku kilka jeszcze tras raczej spokojniejszych a dużo krótszych niż wcześniejsze i zamierzałem realizować je trochę na zasadzie rozbierania domku z kart, czyli „a może się uda”. Niestety, jak to w życiu bywa, nie tylko pogoda, w tym roku wyjątkowo łaskawa, decydowała o tym co, czy i kiedy mogłem zrobić i tak właśnie zupełnie niechcący wędrówka o której dziś opowiem stała się jednocześnie zamykającą sezon.
Przy czym co ważne dla dalszej akcji zakończenie to mogło nastąpić dużo szybciej i dramatyczniej za sprawą spacerującego po peronie katowickiego dworca pana maszynisty i mojego doń pytania:
-Przepraszam, czy to jest pociąg do Wisły?
-Tak.
Nie, to nie to pytanie. Było jeszcze drugie, mniej rozsądne, biorąc pod uwagę całokształt sytuacji oraz posturę pytanego.
-A dlaczego taki brudny?
-*^@$(%#^&**(@&^%!!!  - dobiegło tylko ze szczęściem zakneblowanych bułką z serem ust i jakiś (w tym akurat przypadku dużo wyraźniejszy) głos wewnętrzny nakazał mi spie…sznie wsiadać do pierwszego z brzegu wagonu słusznie chyba zakładając, że tam zamordować mnie będzie trudniej.
Na szczęście ryzyko ponownego spotkania jest niewielkie – myślę łapiąc oddech i przysiadam w cichutkim kąciku jak najbliżej końca składu naciskając dyskretnie czapeczkę na oczy. Tak dla pewności.

Ruszamy.
Pociąg jest prawie pusty. Za oknami przelatują pełne późnojesiennej mgły obrazki. Przytulam policzek do zimnej szyby. Stuk stuk, stuk stuk, stuk stuk… Przez długie kilkadziesiąt minut nie myślę dosłownie o niczym. Zapadam w stan duchowej nieważkości. Czekam na pierwszy promyk słońca (jest!) potem wypatruję gór (też są!) i wreszcie uśmiecham się od ucha do ucha widząc  Skoczów, Goleszów, Ustroń, Ustroń Polanę, Wisłę…
A kilka minut za nią pociąg nagle zwalnia, zatrzymuje się, stoi tak parę chwil i wreszcie rusza. Ale do tyłu!!!
Najpierw wolniutko, potem jakby szybciej. Co jest grane?
Wstaję i rozglądam się po pustych wagonach odpędzając absurdalną myśl, że oto obsługa uznała, że do ostatniej stacji nikt nie jedzie i postanowiła wracać „na skróty” do Katowic. I jak szybko wstałem, tak siadam. Korytarzem maszeruje "mój" maszynista!

-Ten pociąg naprawdę nie jest taki brudny! Widziałem brudniejsze, słowo! Niech pan mnie nie zabija, błagam! Ja mam żonę, dzieci i świstaka! Ja już zaraz umyję cały skład własną koszulą! Ja…
-Proszę pana! Halo!
-Yyyy… tak?
-Więc tak jak mówię pociąg nam się ślizga i nie damy rady podjechać do Dziechcinki. Wracamy do Uzdrowiska i stamtąd nabierzemy prędkości.
-Aha! Wspaniale, dziękuję!
Pytanie na orientację.
Jak często zdarza się Wam prowadzić rozmowę z maszynistą w środku składu w czasie jazdy (do tyłu!)?
Hmm…

Lekko spóźniony EN-57 dociera wreszcie po drugim podejściu do Wisły Głębce, a ja tym samym rozpoczynam swoją szesnastą wycieczkę w Beskid Śląski.

niedziela, 24 listopada 2013

---

Praca.
Pierwsze skojarzenia? Wkurzająca, marnie płatna, dłużąca się, pełna nerwowych sytuacji i nerwowych ludzi, dzwoniących telefonów i poczucia, że cały wszechświat ma człowieka za „inteligentnego inaczej”, skoro  ten (według niektórych) tylko  klucze wydaje. 

Aż dnia któregoś przychodzi ktoś miły mówiąc po prostu: dziękuję panu.
I wręcza niżej podpisanemu ku jego osłupieniu pudełko szwajcarskich czekoladek.

Nie za znalezienie czegoś albo pomoc w czymś, nie za jakieś nietypowe a potrzebne zachowanie, nie za wyjątkowy dzień, w trakcie którego coś ważnego dla losów naszej planety się wydarzyło. Ale za pracę. Akurat taką. Najzupełniej codzienną. Jakby na przekór temu co na wstępie wykonywaną sumiennie.

Czy zdziwi kogoś, jeśli napiszę, że mimo tych słów i cukierków, pierwsze, co przyszło mi do głowy, to „podziękowanie” rozumiane jako zwolnienie? „My już panu dziękujemy” – mówi się przecież.
Bo kto i przy jakiej okazji ostatnio mi dziękował za bycie takim właśnie nieco pokręconym panem portierem? Moja firma? Mój przełożony? Nie przypominam sobie.
Ani wtedy gdy złapałem na gorącym uczynku złodzieja i dostali za mnie pochwałę, ani wtedy gdy przy entej nocnej kontroli okazywałem się  „silny, zwarty i gotowy”, co wcale tak częste nie jest w tej branży.

Proste słowa: Dziękuję panu za dobrą pracę.
I nagle szum w uszach.
-Mnie??? 

Śmieszne to może, ale przyjemna jest post factum świadomość, że reaguje się na czyjąś szczerość i naturalność myślą: „ale ja chyba nie zasłużyłem?”.

I na kilka chwil świat staje się lepszy.
Zupełnie jak w reklamach Milki ;)

czwartek, 14 listopada 2013

Kot Trojański

Wczorajszym rankiem jeszcze chodziło sobie toto w okolicy akademików SUM w Ligocie i zamieszkiwało niczyje pod ogromnym tarasem. Od popołudnia za to wtargnęło w moje życie za sprawą życzliwej (?!)  znajomej, która sms-em z zapytaniem czy nie chciałbym (cytuję) malutkiego uroczego koteczka naciągnęła mnie na przygarnięcie tegoż.

 Kot Rozbój (w biały dzień)
 

niedziela, 3 listopada 2013

Sportowiec mimo woli

WYCIECZKA PIĘTNASTA
JUBILEUSZOWA - REKORDOWA
WĘGIERSKA GÓRKA - BARANIA GÓRA - WISŁA - KUBALONKA



Zbliżająca się wielkimi krokami jesień sprawiła, że zrewidowałem swoje wycieczkowe plany i zamiast kilku tras raczej pobocznych i de facto uzupełniających tylko te już przebyte, postanowiłem wyruszyć na spotkanie Baraniej Góry (1220 m n.p.m.) – jak to zapowiadałem już w kwietniu absolutnego clou tego sezonu i zarazem ostatniego „pierwszoligowego” szczytu w Beskidzie Śląskim.
O czego powinienem zacząć moją opowieść? Może od przyznania, że obawiałem się tej góry, że nie byłem przekonany do wycieczki w typie „wchodzę-schodzę” bez tak lubianej przeze mnie wędrówki ze szczytu na szczyt, od wspomnienia ileż to szlaków w rozmaitych konfiguracjach brałem pod uwagę nim wybrałem właściwy, a może po prostu od zimnego październikowego poranka, kiedy to przygnieciony drzwiami autobusu powitałem dzień siarczystym przekleństwem pod adresem nieco zaspanego kierowcy i groźnie postukując swoimi ukochanymi czarnymi glanami przemaszerowałem przez ligocki dworzec? Załóżmy, że od tego ostatniego. OK. A więc jestem na peronie drugim. Za ogrodzeniem, na parkingu, ziewający szeroko ochroniarz poprawia antenę satelitarną (sic!), a między torami posila się trawą z konserwantami nie wiedzieć skąd tu przybyły zając. Jedno i drugie wydaje mi się tak absurdalne, że aż zastygam w zdziwieniu. I takim właśnie zastaje mnie wtaczający się o 5:40 na stację pociąg międzynarodowy do Zwardonia. Wagony czeskie, Koleje Śląskie, stan techniczny całości czysto radziecki. Chociaż „czysto”, to może nie jest najwłaściwsze słowo w tej sytuacji. Ale zostawmy to. 
Pusty przedział, sympatyczny mrok i smętnie zwisające zasłonki made by Ceske Drahy nastrajają mnie nostalgicznie. Przypominają mi się dawne eskapady na Węgry w roli przemytnika cukierków… Ech, młodości moja, gdzieżeś ty jest…
-Mogę zobaczyć pana bilecik?
-O! Ach… No jasne… Gdzieś tu miałem… Już! Proszę. 
I znów zapada cisza przerywana tylko monotonnym stukotem kół. Nie na długo jednak, bo kilka przedziałów dalej rozgrywa się czyjś dramat.
-No nie mam biletu, nie mam, i co?
-I musi pan zapłacić.
-Ale tu zimno jest, co tak zimno? A pani jeszcze jakąś karę…
-Żadnej kary. Po prostu sprzedam panu bilet. Dokąd?
-Aaa… bilet… Trzeba to tak? Po co mi bilet? Nie możemy się jakoś dogadać?
I tu, proszę wybaczyć mi ten wtręt, wspomniała mi się scena z lat 80 wieku dawno minionego, gdy to młodym dziecięciem będąc zażywałem podróży tramwajem linii 7 bez wymaganego prawem, tudzież zdrowym rozsądkiem biletu właśnie. I rzecz niespotykana, jeden jedyny raz w całym moim PRL-u zostałem skontrolowany… A jako że podówczas wprowadzono możliwość odpracowywania kary, dobrowolnie zaproponowałem umycie paru wozów w czasie wolnym.
Peerelowska pani konduktorka spojrzała z ironią na moje okulary lustrzanki (Clint Eastwood i Tulipan w jednym), rytmicznie pracujące nad gumą Donald szczęki oraz znajdującą się nieco niżej bielutką koszulę i stwierdziła autorytatywnie:
-Nie wyglądasz mi chłopcze na kogoś, kto zhańbiłby się pracą!
Kobiety są jednak genialne ze swoją intuicją, nieprawdaż? No, ale starczy tych wspominek. Węgierska Górka. Wysiadamy!

Kilka przejrzanych na szybko starych przewodników, moja magiczna mapa w plecaku i jeszcze dla pewności dwie minuty spędzone wczoraj przed  Google Street View. OK. Wszystko jasne. Możemy ruszać. Może jeszcze tylko słówko o punkcie startowym. Węgierska Górka – wieś gminna, o której pierwsze wzmianki sięgają 1477 roku. Obecnie ponad cztery tysiące mieszkańców. Najbardziej chyba znana z… żeliwa (kto kojarzy takie małe jajkowate pokrywy do hydrantów?), czyli z huty funkcjonującej tu od 1838 roku. Wsławiona walkami obronnymi we wrześniu 1939, kiedy to załogi polskich fortów zatrzymały przeważające siły niemieckie. Kojarzona także przez wielu jako zimowisko i oczywiście miejscowość turystyczno-wypoczynkowa. Tymczasem tyle. To jak sądzę absolutna podstawa podstawy, jaką powinno się mieć w głowie przyjeżdżając tutaj.

czwartek, 24 października 2013

Trailer

 
Jakiś już czas temu udało mi się zdobyć ostatni ważny szczyt w Beskidzie Śląskim - Baranią Górę (1220 m n.p.m.). Nie mając jak na razie niestety jeszcze przygotowanej pełnej relacji z wycieczki proponuję tytułem wstępu króciutkie zerknięcie na Kaskady Rodła obok których schodziłem szlakiem niebieskim.
 
===
 
Ze mną jako pszefo... pżewo... jako szefem wyprawy!
-Alojzy.
 
-Wypad, szczurze!
Państwo wybaczą, ale to zwierzę jest niereformowalne. Zapraszam na filmik.
   


niedziela, 20 października 2013

Demotyportier 16

 

 
 
 
 
 
===
 
I JESZCZE MOTYWATOR DLA ODMIANY
 
 
 
===
 
Zdjęcia nr 2, 4 i 6 wykorzystane w demotyportierach zostały wykonane przeze mnie. Do fotki numer jeden użyłem zrzutu ekranu z Google Maps, do trójki z You Tube, a do piątki z Naszej Klasy. Alojzy Świstak i jego (jakby nie patrzeć) foczka Klara wyrazili zgodę na opublikowanie swoich wizerunków ;))

środa, 2 października 2013

High on emotion

WYCIECZKA CZTERNASTA
 
GOLESZÓW - WLK. CZANTORIA - WISŁA UZDROWISKO
 
 
Biała kartka przypomina mi parę buchającą spod kół starej lokomotywy. Wpatruję się w nią teraz i widzę jak powoli, powolutku unosi się na wietrze ukazując znów moim oczom tamten wąziutki peron i uroczy, choć niewielki przecież budynek dworca w Goleszowie. Dookoła nie ma zaś nic prawie oprócz zielonych pól i kołyszących się na nich majestatycznie kolb kukurydzy.
 
Tylko jeden człowiek wysiadł dziś wraz ze mną z tego pociągu. Tak samo jak ja ma plecak, tak samo poprawił go przed chwilą zdecydowanym ruchem i właśnie rzucając mi krótkie spojrzenie godne najlepszych westernów szybkim krokiem zmierza w stronę drogi. Z dali przygląda nam się uśmiechnięta pani zawiadowczyni. Rozpoczyna się wycieczka czternasta.
 
 "Goleszków" :)) - autokorekta to czasem przekleństwo.
 
Przed dworcem na wprost zamkniętego na cztery spusty wejścia znajduje się pierwszy drogowskaz. Opisano na nim tylko jeden szlak turystyczny – czarny przez Tuł na Wielką Czantorię. Według starszych przewodników kiedyś zaczynała się w tym miejscu także inna, zlikwidowana współcześnie trasa prowadząca do Skoczowa. Dziś nie ma już po niej śladu, choć oczywiście wspomnianą likwidację należy rozumieć wyłącznie jako usunięcie oznaczeń, więc w gruncie rzeczy można by korzystając z opisu z jednej z takich książeczek pokusić się od przejście tej drogi mimo wszystko, a dodam tu, że miałem już takie plany wobec również skasowanego szlaku z Grodźca na Łazek. Kto wie, może kiedyś?
 

Tymczasem jednak skoncentrujmy się na teraźniejszości. Sprzed dworca w Goleszowie ulicą, a jakże, Dworcową, kieruję się w prawo i po kilku chwilach marszu obok kukurydzianego pola docieram do małego skrzyżowania. Na nim znów skręcam w prawo, aby ulicą Wolności dojść do przejazdu, którym kilka minut wcześniej po ogromnym łuku mój pociąg pomknął do Ustronia.
Przebieg tej trasy kolejowej, a dokładnie oszczędność przy jej projektowaniu sprawiły, że stacja, co jest jak mniemam na polskie warunki sytuacją nietypową, znajduje się dość daleko od macierzystego miasteczka. Ale dzięki temu ś.p. Cesarsko Królewskie koleje zaoszczędziły na materiale, zaś współczesny turysta zyskuje niepowtarzalną okazję do bliższego przyjrzenia się okolicy.
Zaraz za torami dochodzę do rozwidlenia. Po prawej mijam ulicę… Ławki, zaś sam podążam w lewo nadal ulicą Wolności, teraz już jednak pomiędzy pierwszymi zabudowaniami. Atmosfera jest typowa dla takich miejscowości. Traktory, wiejskie rowery, odgłosy różnych zwierzaków dobiegające z gospodarstw i wzruszające dla mnie nieco stoliczki na bańki z mlekiem prawie przy każdej furtce.

czwartek, 5 września 2013

Długi ogon brontozaura

WYCIECZKA TRZYNASTA:
ZWARDOŃ - KAROLÓWKA - KUBALONKA
 
Korytarz pulmana zawsze kojarzył mi się z wagonem wąskotorówki. Wyobrażałem sobie, że to właśnie taki malutki, prawie zabawkowy, wąski pociąg zupełnie niezależny od przedziałów tuż za ścianką. Lubiłem zapach papierosowego dymu, świst powietrza przez półotwarte okna (Wracaj tu, bo się przeziębisz!) i nawet kolorowe tłumy podróżnych przepychające się z prawa na lewo i z lewa na prawo wraz ze swoimi walizami, plecakami i czym tam jeszcze. Można powiedzieć, że korytarz do przedziału miał się jak Jarocin do Sopotu, jeśli wiemy o czym mówię. Był klimat.
Na korytarzu się stało, siedziało, czasem i spało nawet. Korytarz jednoczył. Pamiętam z czasów moich podróży do Budapesztu zbiorowy wybuch śmiechu, gdy na którejś słowackiej stacji ktoś widząc pustkę za szybami usiłował dostać się do wagonu. A tu niespodzianka! Korytarz pełen, że igły nie wciśniesz, tyle że całe towarzystwo poprzytulane do siebie leży pokotem na podłodze!
-Zajęte! Ha ha ha!
 
-Przepraszam, można?
-Proszę, proszę – odsuwam się przepuszczając dziewczynę z ogromnym żółtym psem. No tak, znowu się zamyśliłem. Ale tak to już ze mną jest w autobusach i pociągach, że jeśli nie zasypiam, to przynajmniej wpadam nomen omen w „trans”. Piszę sobie w głowie swoje własne bajki. Zapominam o bożym świecie, choć przecież gdzieś tam kątem oka notuję wszystko co przelatuje za oknami. Polujące na polach koty, mgłę nad jeziorami, zdziwione spojrzenia saren, smutne zdewastowane stacje, budzące się podwórka i place i całą tę fascynująco pęczniejącą z każdym kilometrem zieloność. No i przecież także to, co najważniejsze – góry. Zawsze, gdy widzę je po raz pierwszy w którymś momencie podróży uśmiecham się jak dzieciak na widok karuzeli. Nawet mi czasem z tym głupio, ale nie potrafię inaczej.
No i właśnie teraz, proszę. Już je widać. Z każdą kolejną stacją coraz więcej i coraz bliżej. Pociąg mija Bielsko, potem Wilkowice, Żywiec, wreszcie „moje” Radziechowy, malutką miejscowość, która tak jakoś zapadła mi w serce i pamięć że właśnie myślę o niej per „moja”, i wreszcie dociera do terra incognita, czyli… Węgierskiej Górki. Nigdy wcześniej nie byłem ani tutaj ani na żadnej z kolejnych stacji. Nigdy nie podchodziłem stąd na żadną górę i może dlatego nieco na przekór jak to ja wybrałem od razu najdalszy z możliwych punkt startowy i najdłuższą zarazem z dostępnych mi dziś tras.
 

Proszę zerknąć na mapę. Linia kolejowa prowadząca z Bielska do Zwardonia pomiędzy Węgierską Górką a Zwardoniem właśnie odsuwa się od Beskidu Śląskiego i zbliża do Żywieckiego. Od razu widać, że to już inne góry. Wyższe, jeszcze bardziej zielone, znacznie mniej ludne. Kolejny level jakby to powiedział maniak gier komputerowych. Z prawie przyklejonym do szyby nosem przyglądam się wszystkiemu dookoła. Spodziewałem się serii miasteczek pokroju przynajmniej Pszczyny, a napotykam coraz skromniejsze przystanki, bo już nawet nie stacje przypominające mi te z kolejki objeżdżającej swego czasu Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Milówka, Laliki, Sól, Sól Kiczora i wreszcie… Zwardoń. Koniec trasy. Koniec Polski. Początek wycieczki.
 
Przejazd pociągiem z Katowic trwał dwie godziny i czterdzieści dwie minuty. Sporo. Mało ekspresowe tempo wynagradzają jednak piękne widoki po drodze i klimat  wielkiej przygody jaki tworzą obładowani sprzętem turyści będący od pewnego momentu głównymi jeśli nie jedynymi czasem pasażerami pustoszejącego z każdą kolejną stacją składu.
 
A zatem Zwardoń. Cóż to za miejsce? Encyklopedie mówią najczęściej, że bardzo znana i ceniona przez turystów i narciarzy wieś w gminie Rajcza.  Punkt stycznikowy szlaków Beskidu Śląskiego i Żywieckiego, jedna z najwyżej położonych stacji kolejowych w naszym kraju (673 m. n.p.m.) i znane już od wieków przejście graniczne. Dodałbym tu jeszcze, że pierwszy pociąg zajechał do Zwardonia w 1884 roku, zaś w 1933 otwarto tu na wzór Dworca Tatrzańskiego w Zakopanem schronisko o nazwie Dworzec Beskidzki (od 2009 roku niestety nieczynne).  A co ciekawego oferuje Zwardoń „deptaczom” takim jak ja? Na przykład szlak na Wielką Raczę albo Rachowiec w Beskidzie Żywieckim lub też wybrany dziś jako trasa mojej trzynastej wycieczki kolor niebieski w kierunku Baraniej Góry.
 

sobota, 31 sierpnia 2013

Już za chwileczkę, już za momencik...

..."Piątek z Pankracym" zacznie się kręcić ;))
 
 
Żeby nie było, że mnie nie ma, uprzejm(n)ie donoszę, że najpóźniej 6 września pojawi się na tym blogu relacja z mojej wcale nie pechowej, za to rekordowej trzynastej wędrówki przez Beskid Śląski. Zapraszam w imieniu swoim i świstaka Alojzego.
  



 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Mój songbook

Często mówimy, że jakaś piosenka kojarzy nam się z konkretnym miejscem czy osobą, a czasem nawet, że z jakimś dłuższym okresem naszego życia („Godzina piąta, minut trzydzieści!!!”). Jest jak okładka zeszytu, pierwsze zdanie ulubionego wiersza albo… drogowskaz na szlaku. Nadaje kierunek naszej pamięci.
 
Pospacerowałem więc sobie wczoraj troszkę po swojej przeszłości, odnalazłem kilka zapomnianych już prawie obrazków i doszedłem do wniosku, że chyba nagrać powinienem taką płytkę z soundtrackiem do mojego CV. I wcale nie byłoby tam wyłącznie moich naj naj naj przebojów, a po prostu takie właśnie skojarzynki… 

Mieczysław Wojnicki - Kaczuszka i mak

Kiedy byłem zupełnym maluchem a zachowywałem się niegrzecznie, mój tata zamiast prosić czy grozić... śpiewał mi tę piosenkę. I starczało kilka chwil bym był zalany łzami. Nie wiem skąd mi się to wzięło, nie wiem dlaczego ZAWSZE skutkowało, ale nie wiedzieli tego także moi rodzice. Ważne, że "kaczuszka" to było ich wunderwaffe na moje szaleństwa. Przez długie, długie lata.
 
Dużo później, gdy byłem już dorosły, ojciec zapytał mnie, co tak działało na mnie w tej historyjce. Po głębszym zastanowieniu (No mów, bo zacznę ci śpiewać!) doszedłem do wniosku, że strasznie żal mi było biednej kaczuszki, która zamiast prawdziwych róż cieszyć się musiała tylko zwykłymi makami... Takie nic, zwykły kwiatek, a ona nawet tego nie miała.
 
Kaczuszko wiesz maki są tak duże, duże, duże
a ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki
Kaczuszko wiesz maki są czerwone tak jak róże
kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest...
 
Jasny gwint! Miałem tylko skopiować i wkleić ten kawałek tekstu, nie czytając!
Ma ktoś chusteczkę?
 
Andrzej Rybiński – Nie liczę godzin i lat
 
Wielki hit wakacji 1983, a dla mnie prywatnie obrazek z wczasów nad morzem w luksusowym jak na PRL przynajmniej (a o dziwo istniejącym do dziś) ośrodku „Grodno II” koło Międzyzdrojów. Niepowtarzalny jak to pisywała Stefania (nomen omen) Grodzieńska „zapach hotelu” ubarwiony smakiem nieosiągalnej na Śląsku Pepsi Coli. Zygzakowate zejście na plażę, dmuchane kolorowe piłki, plastikowy samolot z kręcącymi się skrzydłami, wariackie rowerowe rajdy po okolicy i… bąk (albo inny podobny stwór), który użądlił mnie dokładnie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. Musiało naprawdę boleć, skoro pamiętam to po trzech dekadach, no ale przecież NIE LICZĘ godzin i lat…
 

piątek, 2 sierpnia 2013

Dworzec PKP Katowice Ligota

Krótkie spojrzenie na niszczejący dworzec kolejowy w Katowicach Ligocie na którym nie można kupić biletu, skorzystać z WC, umyć rąk czy nawet usiąść, ale za to można... obejrzeć spektakl teatralny.

Temat zaniedbanych stacji poruszałem już w postach Dewa Stacja oraz Portier pyta - PKP odpowiada w ubiegłym roku.


 

niedziela, 28 lipca 2013

Trzy kolory...

SZARY
 
Kiedy się spogląda na J. można odnieść wrażenie, że wyszedł z dobrego katalogu mody. Jest zawsze nienagannie ubrany, pełen dobrych manier, zadbany, pachnący i nieco staroświecko elegancki. Jako jedyny chyba w całym kombinacie jeździ dziś już raczej nietypowym, ale przecież nieustająco rasowym samochodem.  Ma swój własny styl.
 
J. zresztą w wielu aspektach służyć mógłby za wzór. Kłania się na przykład z daleka każdemu, nawet byle portierowi, bez ucinania i mruczenia odzywa pełnym „dzień dobry” i demonstracyjnie maszeruje "na produkcję" okrężną drogą za kontenerami zamiast jak niektórzy przepychać się przez naszą budkę. Choć jeśli mam być szczery to to ostatnie akurat wespół z historią, o której opowiem nabiera nieco innego wymiaru…
 
Którejś Wigilii J. przyjechał przed południem po jakieś drobiazgi zostawione w biurze. Nie był tego dnia pierwszym, ani też ostatnim, ale to właśnie jego wizyta została mi w pamięci na zawsze. Oddając klucze złożył mi przy okazji jak wszyscy chyba tego dnia życzenia świąteczne.  Stał może o dwa kroki przede mną, więc w naturalnym odruchu wyciągnąłem do niego dłoń i… napotkałem pustkę. Oraz coś gorszego – cofającą się bezwiednie rękę mojego rozmówcy. Szybkie spojrzenie prosto w twarz i oto zobaczyłem zdegustowanie tak prawdziwe, tak czyste, że w sekundzie niweczące wszystkie piękne słówka z rozpędu jeszcze płynące w moją stronę.
 
Zapewne zgodnie zresztą z odczuciem wewnętrznym moja mina wyrażała w tej chwili tylko wściekłość, bo po sekundzie konsternacji wyraźnie zagubiony J. kordialnie już ściskał obiema dłońmi moją i raz jeszcze, teraz już głosem prawie że ojcowskim składał mi życzenia.
 
Pewien jestem, że po tym spotkaniu obaj umyliśmy ręce z obrzydzeniem, choć możliwe, że on w droższym mydle…
 

niedziela, 21 lipca 2013

Iść ciągle iść w stronę Stożka!

WYCIECZKA DWUNASTA:
WISŁA GŁĘBCE - STOŻEK - KUBALONKA - ISTEBNA
 
Wycieczka dwunasta, na którą pozwolę sobie Szanownych Czytelników dziś zaprosić ma poza walorami turystyczno krajoznawczymi dwa inne jeszcze ciekawe aspekty. Po pierwsze w trzech różnych miejscach na krótko styka się z trasą mojej wyprawy numer siedem (Ustroń Polana - Wisła Głębce), o czym będzie jeszcze mowa poniżej, po drugie zaś stanowi po kwietniowym marszu Radziechowy – Biały Krzyż kolejny etap „odcinania” różnych dojść na Baranią Górę, tak, aby poznając je same do celu jednak jeszcze przez jakiś czas nie docierać. Ot, taki sobie plan okrążający. Bądź co bądź Barania jest ostatnim ważnym szczytem Beskidu Śląskiego jaki mi pozostał do zdobycia poza oczywiście sporą jeszcze ilością drugo i trzecioligowych gór i górek między pomiędzy. Ale dziś nie o Baraniej będzie, a o Wielkim Stożku z przyległościami. Odwiedziłem ten szczyt latem ubiegłego roku i już wtedy zapisałem sobie w pamięci, że należałoby tu wrócić, aby poznać dalszy ciąg Głównego Szlaku Beskidzkiego.
 
Słowo się rzekło, turysta u płotu. Wczesnym przedpołudniem dziewiątego lipca roku pańskiego 2013 pojawiam się na peronie pełnej uroku stacji kolejowej w Wiśle Głębcach, aby ruszyć na dwunastą już moją wyprawę.


Kolor zielony, kierunek Wielki Stożek. Po wyjściu z pociągu proszę poszukać w lewo od budynku dworca tabliczki z opisami tras lub po prostu przejść z peronu za ów budynek i skierować się drogą wzdłuż torów w stronę z której przyjechaliśmy. Początkowo szlaki zielony i niebieski wiodą tą samą drogą – przedłużeniem ulicy Dworcowej, ale po kilku chwilach niebieski odchodzi w lewo przy dawnym (obecnie podobno w remoncie) domu wczasowym fabryki farb i lakierów Lechia, zaś zielony bardzo stromo sprowadza nas w dół, przez sekundę prawie po szynach (!!!) do ulicy Turystycznej.

Wycieczka w komplecie? No to proszę wycieczki, sprawy mają się tak…
 

Po prawej widzimy słynny wiadukt kolejowy (ze szlaku można w połowie zejścia skręcić wprost na niego – górą, ale tego ze względów bezpieczeństwa nie polecam), przed sobą potok zwący się identycznie jak i cała dzielnica – Łabajów, zaś po lewej spokojną drogę, ponad którą już wkrótce dane nam będzie ujrzeć szczyt Stożka. Szlak zielony prowadzi właśnie w lewo i choć jak w poprzednich moich wycieczkach odcinek „asfaltowy” można łatwo pominąć dojeżdżając autobusem na przykład spod szkoły w Głębcach, to jednak ja równie tradycyjnie tego rozwiązania nie polecam. Skracając trasę (Po co, skoro przyjechaliśmy na wycieczkę?)  stracimy wtedy bezpowrotnie wiele czarujących widoków zupełnie jeszcze w dobrym znaczeniu tego słowa „przedwojennej” miejscowości wypoczynkowej.
 
A więc idziemy. Morze zieleni, szumiący potok, wiejska, bardzo rzadko używana przez samochody droga i rozsiane po zboczach wille. Zapach lasu, śpiew ptaków, słońce. Niesamowity, wyciszający klimat. Zupełnie pozaczasowy. Tutaj chyba nie można być wczasowiczem, tutaj się jest LETNIKIEM. Po raz któryś już mam wrażenie, że Wisła to wciąż jeszcze Druga Rzeczpospolita.
 

środa, 26 czerwca 2013

Na web i na szyję

WYCIECZKA JEDENASTA: WILKOWICE - MAGURA - BYSTRA

Wilkowice-Bystra, a dokładniej stacja kolejowa o tej nazwie, podobnie jak Radziechowy-Wieprz współdzielona przez dwie odrębne gminy, to miejsce szczególne. Bez zbędnych dojazdów komunikacją miejską, przesiadek i poszukiwań można stąd zacząć nie tylko kilka różnych wycieczek w Beskid Śląski, ale i gdyby ktoś miał ochotę, wyruszając w przeciwnym kierunku, trafić do Beskidu Małego. Nie ma się wobec tego co dziwić, że pierwszym skojarzeniem, jakie już wiele miesięcy temu przyszło mi do głowy wraz z planem stopniowego poznawania coraz dalszych punktów na trasie linii kolejowej do Zwardonia była akurat ta miejscowość. I mało tego! Na przełomie marca i kwietnia, gdy mogło się jeszcze wydawać, że zima nigdy się nie skończy rozrysowałem sobie na jakimś karteluszku najprostszą z możliwych jak wtedy sądziłem, tę właśnie dzisiejszą trasę. Szybką, krótką i w gruncie rzeczy nieco ulgową. Ale za to idealną na wczesnowiosenne rozpoczęcie sezonu.
Czas pokazał jednak, że po pierwsze owo rozpoczęcie odbyło się gdzie indziej, bo w Radziechowach, po drugie zaś z pewnym pobłażaniem potraktowana marszruta z Wilkowic przeniesiona z kwietnia na czerwiec okazała się tą, która po raz pierwszy zmusiła mnie do wywieszenia białej flagi…
Ale zacznijmy od początku.
 
Nie wiem czy opowiadałem już jak to dawno, dawno temu wynalazłem Internet? Uhmm… Badania okresowe mam ważne, proszę nie robić takiej miny. Sam wynalazłem, nikt mi nie pomagał, ha ha ha. Otóż jako dzieciak wymarzyłem sobie urządzenie, coś na kształt dzisiejszego bankomatu, także jak on z wyświetlaczem, na którym po wetknięciu w odpowiednie miejsce monety lub banknotu będzie można przeczytać cóż też za nie dałoby się dostać. I oczywiście takie wybrane przez obsługującego przedmioty dostarczone zaraz jakimiś rurami wypadałyby potem z odpowiedniej klapki wprost do rąk! Mowa wtedy była rzecz jasna o takich najpotrzebniejszych sprawach, typu ciepłe (lub zimne) lody, miśki, pepsi, ciężarówa z przyczepą, scyzoryk czy sto plastikowych żołnierzyków (to ja chyba bardziej Allegro wymyśliłem niż Internet!), ale zostawmy to. Chodzi o pomysł, samą jakby to powiedział ze swoim cudownym akcentem towarzysz Gomułka „ideję”.
 
Albowiem ta to właśnie „ideja” staje mi znów przed oczami, kiedy nie całkiem dobudzony i niezupełnie jeszcze kompletnie ubrany kupuję bilet w góry. Ale nie na dworcu, skąd. W swoim pokoju, na swoim krzesełku, przed swoim komputerem. Wybieram, klikam, płacę szybkim przelewem i… włączam drukarkę. Jeszcze sekundka i oto jest. Science fiction w domu i zagrodzie.
 
A kiedy już się wydało bladym świtem plus minus piętnaście złotych, to jechać trzeba. Taka kupa szmalu nie może przepaść! No to jadę. Plecak, buciory, nóż, woda, apteczka, zestaw map, kanapki, czekolada, telefon, zapasowy telefon (dobry patent – polecam!), aparat fotograficzny i moro. Niestety nie Joanna, a tylko czapeczka. Wolałbym Joannę… yyy… nieważne.
 

wtorek, 11 czerwca 2013

ABC i tak dalej

...czyli okołobeskidzkich wspomnień
z dzieciństwa i młodości spora garść ;)
 
 ***
Kiedy 30 września 2011 roku po wielu latach przerwy wsiadałem znów do pociągu jadącego do Bielska miał to być tylko epizod, swego rodzaju dalszy ciąg wspomnieniowych odwiedzin w miejscach znanych mi i zapamiętanych z dzieciństwa i wczesnej młodości. Po spacerze przez osiedle na którym dorastałem, po wzruszającej do łez łazędze po umarłej kopalni Kleofas, a „chwilę” przed powrotem po kilku dekadach do szpitala w którym jako osiemnastolatek przeżywałem zauroczenie pewną pielęgniarką, znalazły się Beskidy.
Chciałem tylko na nie zerknąć, poszukać przeszłości i wrócić.  Ale o ile moje osiedle było już tylko pustą, de facto obcą mi skorupką, kopalnia strupieszałymi ruinami, a szpital w znanej mi wersji dobiegał właśnie końca swych dni za sprawą generalnego remontu, to w górach nikt nie kazał mi biec. Przeszłość trwała tam tak samo pewnie jak wtedy, gdy była teraźniejszością. To chyba dlatego już później przy każdej kolejnej wycieczce, nawet w zupełnie nowe, nieznane mi miejsca czułem się jak gdybym przechodził przez lustro, wprost do krainy zaczarowanego, słodkiego dzieciństwa, gdzie nic być nie musi, a wszystko może.
 
 *** 
Bielsko-Biała w tych wspomnieniach to właściwie tylko okolice dworca. Sam budynek od pierwszego spotkania wydający mi się sympatycznym, gmach BPBP naprzeciwko, oczywiście dworzec autobusowy, estakada i przystanek „mojej” ukochanej ósemki. Dlaczego ukochanej? Może dlatego, że zawsze wzruszał mnie napis „Szyndzielnia” na tabliczce, a teraz wyświetlaczu. Wydawał się jakiś nierealny w porównaniu z różnymi „osiedlami”, „pętlami” i wszystkim podobnym. I choć w każdym mieście są takie dziwne nazwy (w Katowicach był kiedyś autobus „zatytułowany” „Wesoła kopalnia Lenin”) to jednak ta spodobała mi się najbardziej ze wszystkich.

Na tym przystanku od lat wszystko jest (dla mnie) niezmienne. Zimny, czasem chmurny poranek, ludzie, wcale nie turyści, zwykli codzienni szarzy ludzie wracający do domów z zakupami, szumiące z dala pociągi i wreszcie….
-Jedzie!
-Masz bilety?
 
Czasem wstydzę się spojrzeć w oczy współpasażerom, bo moje prawie że wzruszenie może wydać im się śmiesznym, ale tak samo dwadzieścia osiem lat temu jak i dziś z nosem przyklejonym do szyby przeżywam całym sobą niedługą przecież w sumie podróż, by wreszcie na cichym, otoczonym lasem i górami placyku obok dolnej stacji kolejki linowej wysiąść i rozejrzeć się za każdym razem nie umiejąc pochłonąć naraz tego piękna.

Prosta, prozaiczna wręcz trasa od szczytu Szyndzielni poprzez Klimczok do Szczyrku jest dla mnie również wyjątkowa z wielu względów. To tędy po raz pierwszy w życiu szedłem z ojcem na górską wycieczkę, to tędy szła lat ileś wcześniej także z nim moja mama („A wiesz jak mnie kolana bolały!?”), to też tutaj deptał z podobnie jak ja pierwszego dnia kwaśną miną jego brat. Wszyscy my nieco "na siłę" ciągnięci w Beskidy. Ale czar działał. Z bratem jeździł mój tata jeszcze wiele razy (w tym na rowerach z Katowic do Wisły na przykład!), mama do dziś wspomina panoramy z Klimczoka, a ja…
A ja zrozumiałem dopiero niedawno, że wśród wielu spraw małych i dużych w których oczekiwań ojca nie spełniłem jest ta jedna przynajmniej z której na pewno gdyby żył byłby szczęśliwy. Pokochałem jego góry. A może należałoby napisać; zrozumiałem.

środa, 5 czerwca 2013

Kwestie formalne

Wykorzystując po raz milionowy swój filmik z przejazdu pociągiem pomiędzy Szopienicami a Zawodziem wzbogaciłem go o warstwę muzyczną i niniejszym zapraszam do zerknięcia tudzież posłuchania tak zmiksowanej całości poniżej. Wykonawcą utworu jest... rosyjska grupa Stoner Train.
 
Na You Tube dostępna jest także zmieniona wersja filmu z dziesiątej wycieczki w Beskidy, zaś na Dysku Google mój subiektywny po nich (o mało co) przewodnik w formacie PDF.
 
Smacznego!
 
 

Kliknij w obrazek poniżej aby przejść
do pobierania darmowej książeczki "Zadyszka za dyszkę"!
 

wtorek, 4 czerwca 2013

Oranżeria

Czasem rozmawiając z kimś o tym co mnie irytuje, opisując to na blogu lub interweniując gdzieś zdarza mi sie słyszeć, że się czepiam, że przesadzam, że przecież błądzić jest rzeczą ludzką oraz (nie wiem dlaczego coraz częściej, ha ha ha!), że na starość robię się zmierzły.

Ale taki już jestem, sorry Winnetou. Nie wymagam od świata więcej jak tylko zgodności obietnic z rzeczywistością albo... milczenia, gdy się czegoś zrobić nie może, czy też nie potrafi.

Moja dzisiejsza opowiastka związek ma z Orange, operatorem telekomunikacyjnym z którego usług (wcześniej pod marką Idea) korzystam nieprzerwanie od 1999 roku i którego od plus minus 2007 oceniam raczej słabo, mimo szczerej nadziei, że kolejnym razem będzie inaczej.

Taki kolejny raz (i kolejny nieudany) miał miejsce kilka dni temu, a związany był z przedłużeniem umowy abonenckiej. Rzecz cała zaczęła się od dokonania przeze mnie wyboru odpowiedniego aparatu, wysokości abonamentu i czasu trwania zobowiązania, a następnie złożeniu zamówienia na dostarczenie przesyłki. Jako że decydując się na konkretny model telefonu przeszukiwałem najpierw strony producentów, serwisy testujące oraz oczywiście You Tube, miałem jako taką wiedzę na temat tego, co kupuję. Przyszłość pokazała, że większą niż pracownicy "pomarańczowego" Biura Obsługi.

poniedziałek, 27 maja 2013

Kredyt bez zwłoki*

Swego czasu wytoczyłem na tym blogu ciężkie działa przeciwko „cywilizacji żółtych karteczek” jak nazywam czasem naszą rzeczywistość, czyli wszelakim gotowcom, fejsbukom i innemu dziadostwu próbującemu zamieniać słowa i uczucia na kliknięcia. Jednym z kilku, ale zapewne decydującym impulsem ku temu był wysyp pseudo życzeń świątecznych jakimi zostałem obdarowany przez kontrahentów z Allegro, przyczyną poboczną zaś także chęć obrony tych wszystkich, którzy z różnych powodów mogliby dać się nabrać na ten planowy sentymentalizm.
 
Bo przecież rozejrzyjmy się… Codziennie na nasze konta mailowe nadchodzą listy w których tematach i treści wszystko jest wyjątkowe i tylko dla nas. Większe mieszkania, łatwiejsze kredyty, lepsze samochody, dłuższe penisy, krótsze umowy i tańsze wyjazdy.  
OK. Takie czasy, nie ma co wybrzydzać. I też nie sama reklama mnie irytuje, ale pewna jej forma, właśnie ta bliższa „życzeniom” od handlarza tuszem czy kogokolwiek podobnego.
 
„Drogi Marku**!
Pamiętając, że pięć lat temu kupowałeś w naszej stale rozwijającej się i oferującej szeroką gamę produktów oraz zniżki firmie pasek do zegarka za 3,99 PLN przesyłamy Ci tę oto niepowtarzalną i przygotowaną specjalnie dla Ciebie ofertę zakupu mieszkania w centrum Katowic. W dowód naszej pamięci o stałych klientach tylko do jutra do każdego zakupionego mieszkania dodajemy gratis pendriva 4 GB marki NoName.” 
 
To oczywiście przykład wymyślony i mocno przerysowany zarazem, ale oddaje styl. Pisze się po imieniu (proszę zwrócić uwagę jak często stosują tę formę również telefoniczne biura obsługi!), sugeruje, że oferta jest absolutnie indywidualną (przy nieśmiertelnym dopisku, że oferta nie jest ofertą w rozumieniu itd.), dodaje jakiś gadżecik i wzbudza co? Potrzebę odwdzięczenia się za tę pamięć np. dokonaniem zakupu. Oczywiście nie mieszkania, ale np. telewizora, telefonu czy nowej pralki.
No bo skoro oni tyle trudu i specjalnie dla nas…

Ile to wszystko warte można sprawdzić bardzo szybko zakładając konto mailowe z adresem innym niż imię.nazwisko@coś.tam lub choćby samo imię. Nagłówków w stylu „Witaj portiernia!”, Drogi portiernia!” i „Uwaga! Ten list jest tylko dla Portiernia!” naczytałem się już tyle, że przestały mnie śmieszyć.  
 
Trend o którym mowa  niestety narasta i w bardziej dopracowanej może formie pojawia się także poza Siecią, trafiając do naszych prawdziwych skrzynek pocztowych w postaci np. listów nadsyłanych przez banki. Około dekady temu taką korespondencją obficie raczył mnie przykładowo ówczesny Lukas Bank. I wszystko tam było super and only for me dopóki nie udałem się z takim zaproszeniem do jednej z jego placówek, gdzie już w pięć minut… kredytu mi odmówiono. Sam nie wymyśliłbym lepszej puenty jak ta, którą dopisało życie. Po powrocie do domu ze skrzynki wyjąłem kolejny TAKI SAM LIST!!!
 
O ile jednak wszystkie powyższe przypadki mogą co najwyżej śmieszyć lub irytować, to tego który zaprezentuję teraz w żaden już sposób zaakceptować nie mogę.
 
Oto „niebędąca ofertą w rozumieniu…” propozycja kredytu z Santander Consumer Banku. Treść typowa. Dla wybranych klientów, ograniczony czas trwania, „Szanowny Panie Wojciechu!”, zapraszamy itd.
Po prostu Francja - elegancja.
 
 
 
Pojawia się jednak pewien problem. List adresowany jest do mojego ojca, a ten od ośmiu lat leży w grobie. Chyba nie będzie zainteresowany.

 
================
 
 
* - zwłoki w tytule nie oznaczają zwłok w rozumieniu patomorfologicznym
** - wszystkie imiona w tekście zostały zmienione 
 

wtorek, 21 maja 2013

Ciecie śmiecie

Gdyby zapytać tak zwanego przeciętnego Kowalskiego o grupy zawodowe najmocniej kojarzące mu się z określeniem darmozjady, to prawie pewnym jest, że pracownicy ochrony znaleźliby się w pierwszej trójce takiego rankingu może tylko walcząc jeszcze o palmę pierwszeństwa ze strażnikami miejskimi i oczywiście… politykami.
 
Jaka jest bowiem powszechna opinia o ochroniarzach? Zależy jeszcze, o JAKICH ochroniarzach mówimy. Ci prawdziwi z licencjami i tym samym faktycznymi uprawnieniami do skutecznego działania nie są oceniani najgorzej, choć często się z nich żartuje. Summa summarum jednak już ich praca, czyli np. konwojowanie transportów pieniędzy czy ochrona imprez masowych przynajmniej  pośrednio wzbudza jakiś szacunek. Co jednak z szarą większością "bezlicencyjnych", liczoną w grubych dziesiątkach tysięcy, a towarzyszącą nam w urzędach, zakładach pracy, szpitalach czy sklepach? Tu już jest zupełnie inaczej…
 
Stereotyp? Służę.
Nieciekawie pachnący pan w wieku różnym, intelektualnie poniżej średniej, kulturalnie poniżej dna (Eee! Kolego! Gdzie leziesz?! Przepustka!) w przepoconym quasi mundurku, z tapczanikiem pod oknem, telewizorem w szafce, i rocznikiem „Faktu” pod biurkiem.
I jak takiego szanować? Słuchać? Traktować poważnie?
 
---
 
Jedna z wielu kamer jakie pomagają mi w pracy zarejestrowała któregoś dnia taki oto obrazek. Po dużym placu na którego środku stoi murowany pawilon spaceruje młoda kobieta z dzieckiem.  Przy czym co ważne dzieciak maszeruje sobie solo kilkanaście metrów przed nią. Idą tak najpierw obok otwartych hal warsztatu, potem wzdłuż gruzowiska pełnego wystających prętów, dalej pomiędzy zaparkowanymi osobówkami i wreszcie tuż za plecami ekipy remontowej.  
W każdym z tych miejsc starczy przypadek i kilka sekund, aby wydarzyła się tragedia...
 
Wiedząc, po prostu czując podskórnie jak zostanę potraktowany robię to, za co biorę pieniądze. Chronię. Pardon! PRÓBUJĘ chronić.
 
-Dzień dobry
-…
-Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam do pani prośbę żeby nie puszczała pani dziecka samego na taką odległość od siebie…
-Smyczy nie mam!
-…ponieważ jesteśmy na terenie zakładu pracy, jeżdżą samochody, są otwarte kanały, gruzowisko, sama pani widzi…
-Chce pan mi mówić jak mam SWOJE dziecko wychowywać?!
-Chciałbym tylko żeby nie biegało samo po placu, ponieważ…
-Nie biega samo!
-Obiekt jest monitorowany. Pani spacer został zarejestrowany i dlatego tutaj jestem…
-To proszę mi pokazać nagranie! Zresztą co mnie... Daj mi pan… Ja tu też dla rozrywki nie przyszłam!
(W tym czasie dzieciak bawi się w piasku o kilka metrów od wyrywających z hukiem okna budowlańców…)
-Przyjęła pani do wiadomości co powiedziałem?
-Taaa... pewnie.
-Dziękuję.
 
Wracam na posterunek. Uzupełniam raport. Śledzę kamerą poczynania mojej nowej znajomej i już po kilku minutach dana mi jest kolejna surrealistyczna scenka. Oto pani jakby na pokaz przynosi z samochodu piłkę plażową i pomiędzy gruzowiskiem a dojazdem do hali TIR-ów urządza sobie z malcem mecz...
 
A co ja mogę? Nic. Jestem w końcu „gupi cieć”, prawda? Wykonuję żałosną pracę, noszę kretyńską koszulkę i wtrącam się, bo chcę kimś porządzić dla zaspokojenia swojego wypaczonego ego.

Kto tam takiego brałby poważnie.

 

piątek, 17 maja 2013

Koty Ligoty

Z pozdrowieniami dla Ali, Abigail i wszystkich innych kociolubów mój współdomownik Rudy oraz sąsiad z drugiej ulicy - kot Paput.

-Hmm... A co ty robisz na moim podwórku?
Skąd się tu wziąłeś?
 

-Ja?


-Nie wiem... Chociaż czekaj...


-No tak! Jestem przybyszem z kosmosu!
 

-Jam jest Paput Maximus, superkot z Drogi Mlecznej!
 
 
===================================
 
Kot będący głównym bohaterem historyjki powyżej jest moim najukochańszym zwierzakiem na tej planecie. Zapewne w dużej mierze przez swoją oryginalność.
 
Nie miauczy ani nie mruczy. Nie przychodzi na "kici-kici" (na "chodź, napijemy się herbatki" albo coś podobnego - zawsze!). Nie bawi się z innymi kotami, wybierając raczej samotne polowania na liście albo szyszki. Krótko mówiąc jest outsiderem żyjącym własnym życiem.
 
Nazwałem go Paputem ze względu na białe "buciki" na łapkach, ale tak naprawdę nikt nie wie jak ma na imię, gdzie mieszka, jakiej jest płci czy wieku. Kosmita i tyle.
 
Od dwóch albo trzech lat regularnie odwiedza nasz ogród. Robi obchód wszystkich kątów, czasem walnie się w trawę na godzinkę i znów znika. Przez cały ten czas udało mi się go pogłaskać może z sześć razy a dwa razy nawet ponosić. Poza tym jest nieuchwytny.
 
Przez całą zimę Paputa u nas nie było. Początkowo ze względu na aurę wydawało się to nawet zrozumiałe, ale jednak tyle miesięcy i nic? Nawet śladu łapek na śniegu? Domyślając się z grubsza gdzie mieszka wpatrywałem się w mijane co rano podwórka oczekując że stanie się cud, ale cudu nie było. Wreszcie nadeszła wiosna, pojechałem pierwszy raz w góry, a potem równie premierowo skosiłem trawę i zaczęło docierać do mnie że zaczarowanego kota już nigdy nie zobaczę.
 
Któregoś dnia wracając o świcie z pracy znów pomyślałem o puchatym przyjacielu, który często doganiał mnie na ulicy i odprowadzał noga w nogę pod samiutką furtkę. Zrobiło mi się strasznie, strasznie smutno...
 
Kiedy minąwszy zakręt stanąłem już przed swoim domem zobaczyłem na chodniku czekającego na mnie... Paputa!
 
Kilka dni później zrobiłem te zdjęcia. Nie macie pojęcia jak się cieszę, że "kosmiczny kot" znów do nas zagląda.
 
  
 
 
 
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.