Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


piątek, 27 czerwca 2014

Dom w Dolinie Mgieł


WYCIECZKA DZIEWIĘTNASTA
WILKOWICE - KLIMCZOK - MAGURA - MESZNA - WILKOWICE


Widok z Klimczoka na Magurę. Materiał zawiera lokowanie produktu :)


Pomiędzy całkiem poważną wycieczką osiemnastą na Baranią Górę, a zobowiązującą poniekąd, bo przecież jubileuszową – dwudziestą, postanowiłem wyszukać sobie coś niedużego, niedługiego i niedrogiego. Udało mi się zrealizować tylko to trzecie założenie, ale skłamałbym mówiąc, że było ono najmniej ważne.
Zdecydowałem się oto po raz drugi odwiedzić Magurę (1109 m n.p.m.), na której byłem w ubiegłym roku i która mimo swojej relatywnie dobrej dostępności okazała się jedynym jak do tej pory szczytem, który zmusił mnie do skrócenia trasy. Jeżeli dodać do tego, że skracałem wtedy i tak jedną z najkrótszych swoich wycieczek, to każdy chyba zrozumie, że wracając tam poczułem coś na kształt niepokoju połączonego z niechęcią.

Oczywiście (oczywiście - wg. PKP) nieczynny dworzec Wilkowice-Bystra.

Tak samo jak przy wyprawie jedenastej rozpoczynam swój marsz od stacji kolejowej Wilkowice-Bystra, ale poza punktem startu i poniekąd też celem (wycieczka znów „w pętelkę”) wszystko dziś okazuje się inne. Poprzednio już rano przypiekało słońce, a w południe upał był nie do wytrzymania, teraz za to wita mnie mgła, lekki chłodny wiatr i szare, acz raczej niegroźnie wyglądające chmury. 

Ze stacji cofam się ulicą Dworcową do ulicy Wyzwolenia (szlaki rozpoczynają się już przy wyjściu z tunelu pod peronami, ale drogowskaz jest dopiero przy głównej drodze), aby tam skręcić w lewo. Znaną już trasą obok trwającej wciąż wielkiej budowy dochodzę zataczając łuk do skrzyżowania ze Szczyrkowską. Tu odcinek powtórkowy się kończy. Kończą się też Wilkowice, a zaczyna Bystra. Kolor zielony odchodzi w prawo, niebieski wiedzie prosto – ulicą Klimczoka (sympatyczna rzeźba słynnego zbójnika na jej samym początku), którą w kilka minut docieram do koryta Białki a tym samym do biegnącej po jej drugiej stronie ulicy Juliana Fałata.

Kto by się rozmyślił ma tu znów możliwość „przesiadki” na szlak zielony albo chociaż odskoczenia z trasy dla zwiedzenia muzeum słynnego malarza. Warto też pamiętać, że i do źródeł mijanej właśnie rzeczki dotrzeć można również ścieżką zieloną. Ten nieco nietypowy (bo nie dosłowny przecież) węzeł szlaków można potraktować także jako pierwszy potencjalny punkt wypoczynkowy, niezwykle atrakcyjny ze względu na sporo usytuowanych po obu stronach Białki ławek, niepowtarzalną nostalgiczną atmosferę okolicy czy może przede wszystkim pełen pięknych rzeźb w drewnie mini park vis a vis „Fałatówki”.

Ciąg dalszy mojego marszu to ulica Bliska, ścinająca spory łuk ulicy Klimczoka, na którą jednak szlak po kilku minutach znów powraca, by obok szkoły skręcić w lewo w Halną, a chwilę później już w prawo, po raz pierwszy dziś wznosząco w Samotną. Należy tu zwracać dużą uwagę na oznakowanie, istniejące co prawda, ale dość rzadko rozmieszczone.

Kończy się wreszcie asfalt, kończą zabudowania, a ja przez łąkę docieram (ze sporą zadyszką) do charakterystycznej kapliczki na samotnym drzewie. I chociaż wiodąca ku górze droga znów na moment się „cywilizuje” prowadząc po betonowych płytach, to jednak rekompensują to już tutaj z nawiązką piękne i coraz szersze widoki dookoła. Warto przystanąć w tym miejscu i zrobić kilka zdjęć, ponieważ właściwie w każdą stronę spoglądając dostrzeżemy coś interesującego. Niestety wielbiciele „turystyki hamburgerowej” także się tu odnajdą za sprawą dwóch bardziej pseudo niż góralskich obiektów wyraźnie inspirowanych tzw. Dworem Skibówki z Równicy, które za chwil kilka przyjdzie im minąć po prawej.

Widoczek za plecami :)

Dla uspokojenia nerwów polecam spojrzenie co jakiś czas za siebie na piękną panoramę gór oraz przyjrzenie się godnym uwiecznienia na płótnie może bardziej niż na kliszy czy karcie pamięci samotnym ruinom bardzo starego chyba gospodarstwa w polu po lewej stronie drogi.

Po kilku minutach ścieżka lekko się wznosząc wchodzi w najpierw rzadki, potem już (co za ulga) gęściejszy, „prawdziwy” las i poprzez zalegające wokół wciąż jeszcze jesienne liście doprowadza mnie do skrzyżowania, które już kiedyś odwiedziłem. Napotykam tu szlak czarny do kościółka w Szczyrku (w lewo w dół), szlak czerwony na Magurę (nieco dalej, też w lewo, ale wznosząco, tam po chwili marszu zobaczyć można piękny leśny ołtarz), dalszy ciąg szlaku niebieskiego na wprost oraz po prawej kolory: czarny do Bystrej Górnej i czerwony przez nią na Błonia Mikuszowickie.

I jak tu nie wierzyć w sny?

Kieruję się zgodnie z planem prosto płaską prawie leśną drogą mając po prawej interesujący widoczek daleko w dole na Bystrą, zaś po lewej mijając łany całe sympatycznego fioletowego kwiatuszka o nazwie Żywiec Gruczołowaty.

Pierwsze skojarzenie? Mleczna Goplana. No ewentualnie Milka. :)

Od tego miejsca prawie do samego już schroniska na Magurze towarzyszyć mi będą mniejsze i większe strumyczki pojawiające się co rusz na ścieżce, którym także warto się przyjrzeć, a przede wszystkim chociaż zamoczyć w nich dłonie. Szlak znów się tu wznosi, spokojnie, ale zdecydowanie i oto docieram do szerokiej drogi przecinając którą ruszę dalej, ale… nie od razu. 
Po prawej wyłania się bowiem dość niespodziewanie zza drzew ogromna, majestatyczna wręcz bryła Szyndzielni, nie kojarzącej mi się jakoś do tej pory, mimo trudów jej zdobywania podczas wycieczki drugiej, z górami monumentalnymi. Błędnie jak się okazuje.

Jeszcze kilka minut kamienistym szlakiem w górę i… prawie przysiadam. Teraz już nie tylko Szyndzielnia, ale i potężna, niewyobrażalna wręcz dolina przed nią sprawiają, że stoję tak w milczeniu kilka minut. Ręczę każdemu, kto chciałby moje opowieści wykorzystać do własnych wycieczek, że napotka tu nie punkt, ale wręcz cud widokowy. Lekki wiatr, cisza dookoła i jeszcze przecież kamieniołom, potężna skalna ściana tuż za plecami sprawiają, że ma się wrażenie przebywania w górach o wiele poważniejszych niż poczciwe Beskidy.

Szyndzielnia jakiej nie znałem...

Droga na chwilę łagodnieje. Pośród wysokich drzew i ponad stromym zboczem wiedzie mnie wraz ze śpiewem ptaków i szumem wody ku widocznemu od pewnego momentu szczytowi Klimczoka (1117 m n.p.m.), przed którym jednak pośród niezmiennie fascynujących widoków skręca nagle w lewo i najpierw polanką a wreszcie już bardzo stromym i męczącym, ale też krótkim podejściem wyprowadza za budynkiem Klementynówki.

O samym schronisku opowiadałem już nieco przy okazji wycieczki jedenastej, dziś zatem dodam tylko jako ciekawostkę, że trafiłem całkiem niedawno na album z reprodukcjami dawnych pocztówek i fotografii z Beskidów i odnalazłem w nim zarówno „nieśmiertelne” zdjęcie z Klimczoka w kierunku Magury jak i vice versa, obydwa z początku ubiegłego wieku. I zabrzmi to niewiarygodnie, wiem, ale poza masztem na Klimczoku nie zmieniło się tu właściwie NIC.

Klementynówka.

A więc schronisko. Godzina dziewiąta trzydzieści. Wokół żywej duszy, tylko z kuchni dobiegają czyjeś rozmowy. Nie ma turystów ani przed budynkiem ani w zasięgu wzroku. Klimat jakby niedzielnego poranka. A niech tam! Decyduję się podbić stawkę i podejść na Klimczok drogą, którą mam prawie na wprost przed sobą. Nie jest to podejście długie, ledwie piętnastominutowe, ale z pewnością męczące. Biorąc jednak pod uwagę relatywnie wczesną porę stać mnie na to, by się tam jakoś doczołgać i odpocząć nawet i godzinę, jeśli będzie trzeba. 

Schodzę zatem do przełęczy Kowiorek (1042 m n.p.m.) (inne nazwy: Kowiorki, Siodło pod Klimczokiem) i stamtąd czarnym szlakiem pnę się powoli ku szczytowi. Okazuje się to dużo łatwiejsze niżby wyglądało, zwłaszcza patrząc z daleka. Zdyszany bo zdyszany, ale bez strat w ludziach docieram do Chatki u Tadka, czyli hmm.. no właśnie… CZEGOŚ na kształt ogrodowego domku pełniącego tu rolę darmowego i samoobsługowego schroniska na powiedzmy dwie, góra trzy osoby. Cóż napisać, podczas którejś z pierwszych moich wędrówek skrytykowałem to faktycznie mocno kiczowate coś, jako oszpecanie gór i wizualny low end. Dziś postanawiam sprawdzić jak też ów przybytek prezentuje się wewnątrz. I z mieszanymi nieco uczuciami odsuwam płócienne drzwi…

 Raz kozie śmierć! :)) Wchodzę!

W środku napotykam ławę, leżak, mapy, sporo zdjęć, zabawnych napisów i zadziwiającą wręcz czystość. Ogólnie klimat bieszczadzko – studencko - peerelowski przynajmniej tak, jak ja go sobie wyobrażam. Wbrew pozorom zupełnie przyjemne zestawienie. Drżącą jeszcze ze zmęczenia dłonią wpisuję się do pamiątkowego zeszytu i po kilku chwilach odpoczynku udaję na dobrze już mi znany szczyt kilkanaście metrów wyżej, by tam przy ciężkim stole skonsumować śniadanie i nacieszyć oczy widokami.

Po może kwadransie w zupełnej samotności dociera do mnie i przysiada na pobliskich ławach kilkuosobowa grupka turystów w wieku późno średnim. Jak to zawsze w górach bywa zaczynamy „obwąchiwanie” od nieśmiertelnego pytania, tym razem zadanego przeze mnie: A skąd to państwo idą?
-Ze schroniska, o tam.
-Z Magury?
-Tak.
Muszę mieć dziwną minę, rozbawioną raczej, bo słyszę po sekundzie pełne szacunku:
-A pan z daleka?
-Z Katowic, ha ha ha. Ale tak dosłownie to idę od stacji w Wilkowicach, czyli coś koło ośmiu, dziewięciu kilometrów.
-Ooo... to sporo.

Nie, nie jestem zwolennikiem podniecania się odległościami czy wysokością. Tu raczej rozbawiło mnie to, że ktoś będąc w górach zaczyna dzień o 10:00, ale cóż, każdy wędruje po swojemu. Państwo wybierają się na Błotny i planują powrót stamtąd przez Karkoszczonkę, ale jak wspólnie dostrzegamy na mapach żeby nie wracać tym samym szlakiem musieliby iść z powrotem z Błotnego traktem „końskim” (bardziej poważnie: jeździeckim), bo jest takowy w kierunku Chaty Wuja Toma. 

Hmm… Ciekawa nawet alternatywa.

Magura z podejścia na Klimczok.

Po kilkunastu minutach ożywionej dyskusji o znakarzach z PTTK, kulturze turystów na szlakach i ogólnie wszystkim co dookoła żegnamy się jak starzy znajomi i ruszamy w swoich kierunkach. Oni w stronę Trzech Kopców (Proszę zawsze pamiętać o przyjrzeniu się tam ruinom poniemieckiego schroniska! Dla „smakoszy tematu” jest też autentyczna jaskinia niedaleko od szlaku.), ja – na dół, znów do przełęczy Kowiorek, a potem lekko wznosząco ku szczytowi Magury. A więc powtórkowo kolor czarny do siodła, potem niebieski do Klementynówki i dalej już premierowo - żółty.

Na trasie cisza, przy schronisku nadal nikogo, tylko puste ławki i plac zabaw. Maszeruję wolno rozglądając się nieco zdziwiony tym spokojem, mijam chatkę GOPR (tu także można przenocować!), dożywające swych dni ostatnie łaty śniegu w lesie i wychodzę na zupełnie płaski odcinek szlaku. W dali zza mgły majaczy sylweta Skrzycznego, a przede mną znany już z wycieczki jedenastej rzadki las w środku którego na jednym z drzew napotkać można tabliczkę z oznaczeniem szczytu, jak to piszą fachowcy - mało wybitnego (zupełnie jakbym słyszał moją panią od matmy). A potem już duża otwarta przestrzeń z ostatnim spojrzeniem na Szyndzielnię w tyle po lewej i bardzo strome, choć niedługie zejście w kierunku Kotliny Żywieckiej do rozstaju szlaków. Tutaj towarzyszący mi od schroniska kolor czerwony skręca ku Bystrej (i skrzyżowaniu nad nią, które opisywałem) wiodąc obok ruin dawnego basenu i drugiego schroniska na Magurze, zaś żółty prowadzi mnie pomiędzy zaroślami najpierw w prawo, a potem w lewo. Okolica jest… zabawna. Sporo wysokich traw, krzaków, z rzadka tylko i raczej wokół rosnące drzewa. A szlak robi zakrętasy. Zapewne, gdyby tu wszystko ładnie wykosić dałoby się iść prosto i jak zaraz się okaże, tak byłoby najlepiej…

Docieram do przepięknego leśnego skrzyżowania godnego uwiecznienia w rasowym kalendarzu i to nawet na okładce i rozanielony tym widokiem GUBIĘ TROP! Yyyy… znaczy się SZLAK. Wstyd mi i to bardzo, ale opowiem o tym, żeby inni nie popełnili tego samego błędu. Uwaga.

Patrząc od rozstaju kolorów czerwonego i żółtego zejście w kierunku Wilkowic mamy plus minus na dwunastej, może wpół do pierwszej, tyle że w dali. Szlak prowadzi nas, jak już opisywałem, po łuku w kształcie literki C, a „kalendarzowe” skrzyżowanie mamy u jej dołu, jeśli przyjąć że idziemy „od góry” (bo przecież idziemy, prawda?). Zaraz za skrzyżowaniem, gdy nasza wyimaginowana literka się kończy należy skręcić „ku przepaści” wąską, prawie niewidoczną ścieżynką w prawo! Oznaczenie tu jest bardzo mylące, bo zamiast strzałki mamy normalne znaki, tyle że oddalające się od głównej drogi na kolejnych drzewach, co w zamyśleniu można uznać za przypadek.

Ja uznałem. I niech mi wszyscy święci wybaczą to, co przez najbliższe kilkanaście minut wypowiedziałem pod adresem znakarzy maszerując prosto, ha ha ha. Ale widoki miałem przednie, tak że trudno powiedzieć, bym wiele stracił, poza może tylko odrobiną czasu.

I tutaj w prawo!!!

A teraz superdygresja na poważnie. Podobno, z czym po szybkim zaznajomieniu się z tematem jestem skłonny się zgodzić, polski system znakowania szlaków jest jednym z najdoskonalszych na świecie. Tym samym „wychował nas” na prowadzeniu za rączkę, a to niezbyt dobre przyzwyczajenie. Co więc robić, gdy coś nie gra, gdy mamy nieoznakowany rozstaj, gdy nagle znaki „znikają” albo zgoła trafiamy na inne? Po pierwsze zawsze mieć ze sobą mapę i przewodnik. ZAWSZE. Nieważne jest ile mamy lat i ile doświadczenia za sobą. Mogliśmy jeździć rowerem po Giewoncie, a zabłądzimy na Szyndzielni, jeśli jej nie znamy. Zero szpanu, tylko zapobiegliwość. Mapa (osobiście polecam w skali 1:25000), przewodnik (wywalić wszystkie inne, a kupić coś autorstwa GENIUSZA BESKIDU ŚLĄSKIEGO - pana Mirosława Barańskiego) i otwarte oczy. Oraz spokój.

Nie ma znaków? Wracamy do ostatniego miejsca gdzie są i patrzymy „w zwolnionym tempie”. Może skręciły? Może po prostu nie ma ich fizycznie, ale szlak prowadzi dalej, bo nic nigdzie nie odchodzi? Gdzieś być muszą.

Tu właśnie porównujemy rzeczywistość z mapą i opisem z przewodnika. Na nieoznakowanym rozstaju to samo. Jeśli nie widać znaku ani w lewo ani w prawo COFAMY SIĘ (do tyłu, ha ha ha) i wypatrujemy informacji wcześniej. W ostateczności idziemy kilkadziesiąt metrów w którymś z kierunków i szukamy dalszych oznaczeń. Nie ma ich? Wracamy i robimy to samo z drugą odnogą.

W końcu końców mamy w komórce wpisany numer do PTTK w danym rejonie i do GOPR-u, nawet, jeśli uważamy, że w „takich górkach” ten stopień asekuracji to obciach.
Amen.

Polski system oznaczeń szlaków turystycznych (Wikipedia).

Niżej podpisany obejrzał piękne widoczki, przypomniał sobie wszystkie przekleństwa, jakich w swoim życiu był używał i odświeżył je sobie na głos, po czym niczym syn marnotrawny powrócił i zobaczył, czego nie zobaczył. I zszedł był. Na szczęście nie z tego świata.

Zatem mamy jasność. Szlak wygląda tak C, (koniec „literki” C i uciekamy przecinkiem, czy raczej w tej sytuacji przecinką w prawo). I tu szok kolejny. Tatry. Tam Tatry! Himalaje! Alpy! Biedronka z jedną czynną kasą! Po prostu dramat.

Zejście jest bardzo strome i niezwykle niewygodne, bo kamieniste. Widać, że jest to szlak nowy (na wielu starszych mapach i w przewodnikach go nie ma!), a jego widokowość zeszła na plan dalszy wobec konieczności GDZIEŚ GO POPROWADZENIA. I ta konieczność w takim wydaniu bywa dla (nóg) turysty bolesna...

Gdy kamienie się kończą skręcam lekko w lewo i dochodzę do drogi, którą pomiędzy odwiedzonym już dziś skrzyżowaniem nad Bystrą a (przepięknym, polecam!) kościółkiem w Szczyrku (dojść do niego można również kolorem niebieskim z przełęczy Kowiorek) prowadzi trasa czarna. Napotykam tu także niezwykle interesujący szlak różańcowy, wyznaczony malutkimi drewnianymi kapliczkami. I teraz już sytuacja się klaruje. Oznaczenia wręcz idealnie rozmieszczone, nowe, czytelne i nie budzące wątpliwości, a i droga prosta, płaska i wygodna. Można odetchnąć z ulgą.

A skoro tak, to warto przystanąć tu i dobrze się rozejrzeć. Panorama nie pierwszy dziś raz imponuje swoim ogromem.

Dom(-y) w Dolinie Mgieł...

Daleko w dole z łatwością dostrzeżemy stąd charakterystyczną białą bryłę kościoła w Mesznej. I jakkolwiek niewiarygodne się to z tego miejsca wydaje, będziemy za czas jakiś przechodzić tuż obok niego! 
Tak, tak. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Jedna ze stacji Szlaku Różańcowego.

Ruszamy! Warto zapamiętać, że po zejściu na drogę jedną z kapliczek (ale nie tą ze zdjęcia powyżej!) ma się zaraz za plecami po lewej. I tak ma zostać.

Trasa prowadzi stąd najpierw płasko jakby półką, ale po kilku minutach znów ostrzej schodzi lasem w prawo mijając pojedyncze gospodarstwa. I tutaj dopiero napotykam kolejnych dziś turystów, wyraźnie zresztą zziajanych, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że wybierając kolor żółty do zejścia a nie podejścia na Magurę trafiłem w dziesiątkę.

Na dość krótko w tym miejscu kolor czarny oddala się w prawo, a mój, żółty, samotnie skręca w lewo, by niedługo pod kątem prostym bardzo stromo przez rozległą łąkę doprowadzić mnie do Chaty na Groniu, czyli średnio sympatycznego zajazdu/pensjonatu przy ulicy Nadmesznej. Zejście to acz krótkie i przepiękne widokowo jest trudne a w warunkach deszczu czy śniegu może być wręcz niebezpieczne nawet dla doświadczonych turystów. Proszę to mieć na uwadze.

Uwaga! Tu można wywinąć orła!

Chata na Groniu, cóż można o niej…

Moim najzupełniej subiektywnym zdaniem jest to typowy przedstawiciel raczej młodego, powstałego w latach 90 XX wieku gatunku obiektów górskich łączących „image” schroniska z komercją typowego pensjonatu rodem ze Szczyrku czy Wisły. Dobrze to czy źle, nie oceniam, ale sam z podobnych przybytków po prostu nie korzystam. Jeśli już, wybieram raczej tradycyjne schroniska PTTK.

Chata na Groniu.

Wespół ze szlakiem czarnym, który znów na krótko dołączył tu do żółtego (zza budynku) ruszam w dół (patrząc od wcześniejszego zejścia łąką - w lewo!) zostawiając Chatę za sobą, by pośród imponującego lasu dotrzeć do jaru, w którym płynie Mesznianka. Przechodząc tu nad nią na drugi brzeg kieruję się w prawo, drogą przypominającą mi bardzo zejście z Przysłopu na Karolówkę, ku ulicy Sportowej, która doprowadzi mnie wkrótce do białego kościoła w Mesznej, tego samego któremu nie tak dawno przyglądałem się z góry.

Zanim to jednak nastąpi polecam spojrzenie na towarzyszący nam tu potok (można też wejść na kładkę nieco dalej, obok pierwszych gospodarstw), który płynie najpierw "grzecznie" tuż przy szlaku, ale po kilku minutach marszu już w bardzo głębokiej i rasowo wyglądającej "przepaści".


Na tym mostu skręcamy w prawo, w dół potoku, "rysując" odwróconą  literkę U.

Oto już asfalt, zabudowania, poszczekujące psy i cywilizacja w pełnej krasie. W takim jednak, miejsko wiejskim klimacie nawet mi odpowiadająca. Mijając kolejne domy docieram do cmentarza i zaraz za nim do „znanej mi już” parafii pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny i ulicy (nihil novi) Kościelnej. Nią zaś po chwili przerwy na kontemplację udaję się przekraczając znów Meszniankę w prawo, by po kilku minutach skręcić w lewo bardzo niepozorną ulicą Agrestową (uwaga na znaki!) i spacerem pomiędzy zabudowaniami dotrzeć do… ulicy Szczyrkowskiej. Tak jest, tej samej którą przekraczałem rano rozpoczynając samodzielną trasę szlaku niebieskiego. A będąc przy niej mam, tak dla jasności to napiszę, w prawo – Buczkowice i Szczyrk, a w lewo Wilkowice i Bielsko. Maszeruję oczywiście w lewo.

Komercja, ale jednak miła oku ;)

No cóż, nie zamierzam tu nikomu wmawiać, że ten etap jest ciekawy. Nie jest. Samochody hałasują, dawka spalin odpowiada tej znanej mi z centrum Katowic a biedny turysta idzie zwyczajnym miejskim chodnikiem. Widać nie dało się inaczej.

Ponieważ jednak jak to mawiał premier a wcześniej towarzysz Leszek Miller mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, nie od rzeczy będzie tu dodać, że należy mieć oczy i uszy otwarte. Szlak skręca bowiem nagle w prawo ulicą Wspólną (najpierw na Szczyrkowskiej po lewej będzie wiata przystankowa), a z niej po kilkuset metrach w lewo ulicą Do Boru, która wijąc się wśród rzadkiego lasku, a potem łąk i wreszcie prowadząc na wprost dochodzi do nowopowstającej drogi S69 (Bielsko Biała – Żywiec), nad którą należy przejść kładką, bowiem już za nią jest Dworcowa i co za tym idzie dworzec właśnie.

(Prawie że) ostatnia prosta ulicą Do Boru.

I tu ważna informacja dla potencjalnych moich naśladowców. Należy przejść na drugą stronę "autostrady" betonową kładką! Pierwotnie zapewne szlak po prostu prowadził prosto, że się tak mało oryginalnie wyrażę. W chwili jednak, gdy szedłem tą drogą budowa trwała sobie w najlepsze (trwała - w dosłownym rozumieniu -  to znaczy nic się na niej nie działo) a oznakowania nie było. Najzwyczajniej (?!) urywało się na uliczce Do Boru, z której wyszedłem.

Stąd też czując, że ciąg dalszy i zarazem cel wędrówki są już niedaleko postanowiłem jednak dojść tam nieco dłuższą a pewniejszą w tej sytuacji drogą i maszerując wzdłuż budowy dotarłem do ulicy Wyzwolenia (którą rano startowałem) i nią dopiero naddając kilkaset metrów zawróciłem do stacji.

S69. Widoczna kładka w kierunku ulicy Dworcowej.

Wycieczka zaś dziewiętnasta, którą tym sposobem zakończyłem okazała się być poza wszystkimi atrakcjami turystyczno wizualno emocjonalnymi najtańszą i jedną z najszybszych zarazem w moim dorobku, głownie poprzez wyeliminowanie dojazdów autobusowych. Mimo zatem niezaprzeczalnej nudy na ostatnim odcinku, a przynajmniej jakiejś jego części, jako całość polecam ją każdemu z pełnym przekonaniem. Uparciuszki zawsze mogą przecież ze Szczyrkowskiej dojechać już do mety, czyli Wilkowic lub Bielska autobusem.
Do zobaczenia na szlaku!


===

5 kwietnia 2014

Trasa/Punkty do wyszukania na mapie: Wilkowice-Bystra PKP - Bystra - Magura - Przełęcz Kowiorek (Siodło pod Klimczokiem) - Klimczok- Meszna

Stopień trudności: niski do średniego.

Up & Down: Początek trasy równy, podejście na Magurę stale wznoszące, nietrudne, od Klementynówki do przełęczy Kowiorek lekko w dół, na szczyt Klimczoka stromo, podejście męczące. Droga powrotna: z Klimczoka stromo w dół, łagodnie wznosząco do szczytu Magury, potem na zmianę odcinki połogie i bardzo strome, miejscami kamieniste, trudne, aż do Chaty na Groniu. Od niej szlak lekko opadający do ulicy Sportowej, następnie zupełnie płaski aż do stacji PKP. 

Atrakcje widokowe: Białka,  kilkakrotnie niezwykle piękne panoramy podczas podejścia na Magurę, widok ze szczytu Klimczoka, Kotlina Żywiecka, szlak różańcowy, Mesznianka.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Wilkowicach, Bystrej oraz Mesznej, schronisko na Magurze i noclegi „U ratowników” w stacji GOPR tamże. Chatka u Tadka na Klimczoku (jako zależnie od pory roku, schronienie przed opadami lub owadami, ha ha ha).

Komunikacja: Do i  z Wilkowic koleją lub autobusami np. z/do Bielska. 

Opis marszruty: Od stacji PKP Wilkowice-Bystra do przełęczy Kowiorek szlak niebieski, na szczyt Klimczoka - czarny, potem powrót znów czarnym i niebieskim a od schroniska na Magurze kolor żółty do Wilkowic. 

Odległość: Około 20,1 kilometra, mój czas przejścia sześć i pół godziny.

Opinia: Szlak bardzo łatwy przy podejściu i w swoim końcowym odcinku od Chaty na Groniu. Trudny acz krótki fragment przed szczytem Klimczoka i zejście z niego, następnie w drodze powrotnej miejscami bardzo trudne, niebezpieczne odcinki (kamienie, trawa, stromizny). Odcinek niebieski dostępny dla każdego, fragmenty czarny i żółty zalecane raczej dla osób obytych już z górami. Stanowczo nie polecam zejścia żółtym szlakiem przy złej pogodzie!

Możliwości zmian: 1. Dojście na Magurę od stacji lub od Fałatówki szlakiem zielonym, 2. Rezygnacja z podejścia na Klimczok, 3. Z przełeczy Kowiorek zejście do Szczyrku lub do górnej stacji kolejki na Szyndzielnię, 5. Przejście na szlak czarny do Bystrej Górnej od spotkania przy szlaku różańcowym, 6. Z Mesznej możliwość dojazdu autobusem do Buczkowic, Szczyrku lub Bielska Białej.


PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ W PICASA WEB ALBUMS

KLIKNIJ TUTAJ!

===

15 MINUTOWY FILMIK  HD Z KOMENTARZEM AUTORA

KLIKNIJ TUTAJ!

niedziela, 15 czerwca 2014

Żelki i wanilia

Jako że opisanie mojej dziewiętnastej wycieczki w Beskid Śląski przedłuża się w nieskończoność a dodatkowo razem z Agatą pojechaliśmy już w międzyczasie na wycieczką dwudziestą (jej własne odczucia z tej trasy TUTAJ), więc materiału do opracowania jest sporo, postanowiłem wbrew tradycji zacząć od "deseru" i opublikować najpierw świeżo zmontowany filmik z dziewiętnastki, a do relacji pisanej dołożyć w swoim czasie już tylko zwykłą galerię.
Prezentowana poniżej propozycja to jakby alternatywna wersja trasy jedenastej, czyli "pętelki" Wilkowice - Magura. Przy zupełnie innej niż wtedy pogodzie i zupełnie inną drogą, a na dodatek o jakieś siedem kilometrów dłużej...

Rozpoczynam kolorem niebieskim ze stacji PKP Wilkowice-Bystra i od przełęczy Kowiorek odbijam czarnym na szczyt Klimczoka żeby po kilkudziesięciu minutach powrócić na Magurę i poprzez Meszną do Wilkowic iść już kolorem żółtym.
Relacja filmowa to (tytułem eksperymentu, bo bardzo odmiennie niż dotychczas) ponad 15 minut nagrania w jakości HD z komentarzem oraz zdjęciami i muzyką.

Zapraszam na szlak!

  
Kolory na mapie są identyczne jak kolory przebytych szlaków.
Zaczynamy niebieskim.

wtorek, 3 czerwca 2014

25 lat Wolnej Polski

 Fragment kalendarium roku 1989 z czasopisma "Na przełaj"
---
Pierwszą myślą i pierwszym zarazem skojarzeniem z rocznicą, którą jutro będziemy obchodzić jest dla mnie Gazeta Wyborcza – dziennik, który początkowo ukazywać się miał tylko do wyborów*, a okazał się czymś nad wyraz trwałym i stabilnym na polskim rynku prasowym i nie tylko. Ze zdziwieniem niejakim uświadomiłem sobie a raczej zwyczajnie - przypomniałem, że począwszy od któregoś z pierwszych numerów kupowałem ją codziennie plus minus do 1993 roku. Mało tego! Zbierałem co ciekawsze artykuły i wyklejałem nimi kolejne zeszyty zatytułowane nieco pretensjonalnie „O tym jak Polaczki wypruły z komuny flaczki”.

Czy to znaczy, że w pełni identyfikowałem się z zawartością tegoż wydawnictwa? Nie do końca. Najkrócej rzecz ujmując GW była dla mnie przez długi czas ucieleśnieniem zjednoczonej opozycji antykomunistycznej, czyli w gruncie rzeczy czegoś, co nigdy naprawdę nie zaistniało. Ale była też novum, czymś wręcz rewolucyjnym pośród zatęchłych dzienników ogólnopolskich i niepewnych każdego słowa regionalnych. Summa summarum zresztą sama Solidarność, sam ruch antykomunistyczny z drugiej połowy lat osiemdziesiątych wpasował się idealnie w moją ówczesną (czy tylko?) potrzebę buntu wobec świata zastanego. Był moim prywatnym Jarocinem, jeżeli mogę użyć tego porównania, a przynajmniej tak oddziaływał na mój światopogląd polityczny jak właśnie festiwal w Jarocinie na gusta muzyczne moich koleżanek i kolegów.
 
 Bardzo trafna karykatura komunistycznego rozumienia pluralizmu.
Obrazek z "Na przełaj".

Ale początek mojego przebudzenia politycznego datuje się na jesień 1988 roku i pamiętne spotkanie Miodowicz – Wałęsa. Do tego czasu może komunistów nie kochałem, ale też jednak nadal nie wierzyłem i nie miałem zaufania do opozycji, której obraz wynosiłem stety - niestety z oficjalnych mediów. Głupi, niezaradny, niszczycielski i wrogi Polsce Lech Wałęsa okazał się jednak podczas dyskusji telewizyjnej politykiem nowoczesnym, dynamicznym, pewnym siebie, trafnie dobierającym argumenty i zwyczajnie po ludzku sympatycznym, bo wcale nie planującym jak to mu i jego ludziom zarzucano wieszania komunistów na latarniach, a po prostu zmianę Polski na lepsze.
Od tego listopadowego dnia wyczekiwałem kilkakrotnie przecież przekładanego rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu jak wielkiej nadziei i szansy. Skakałem prawie z radości, gdy  wreszcie się udało, a gdy ogłoszono termin wyborów pewien już byłem, że coś ożywczego wisi w powietrzu. Nie było to już wtedy wielką odwagą, ale gdzieś koło kwietnia – maja 1989 zakupiłem sobie u pań sprzedających na katowickim rynku reklamówki i oscypki znaczek Solidarności (bo handlowały one wszystkim prawie) i dumnie paradowałem z nim po mieście czując się prawie ambasadorem nowych czasów.
  Fotografia propagandowa z lat stanu wojennego.
Stąd też wspomniana już Gazeta Wyborcza, którą pierwszy raz przez przypadek, a później już z pełnym przekonaniem kupowałem co dnia w tym samym kiosku przed bramą mojej kopalni. Tu dodać mogę jako marketingową ciekawostkę, że pierwszy jej numer kosztował 50 zł (dziś 1/2 grosza) i przez kilka jeszcze lat w rocznicę jego wydania, mimo że normalnie cena gazety dawno już wzrosła i to parokrotnie, nadal można go było kupić za taki sam zielony banknot.  

"Notowania" - stały cykl GW z jak widać jedną z ostatnich ingerencji cenzury.
Miasto okryło się nieznaną w PRL-u masą plakatów przedwyborczych z których najsłynniejsze były chyba trzy. Pierwszy z kowbojem i napisem „W samo południe – 4 czerwca”, drugi na którym polska flaga wynurzała się w trzech fazach z morza czerwoności zmieniając w biało czerwoną z napisami w kolejności 0%, 35% (tyle miejsc wyznaczono jako maksimum dla opozycji w sejmie) i 100% oraz trzeci z zegarem podpisanym „Nie śpij, bo cię przegłosują!”. Mnie jednak zapadły w pamięć plakaty inne, których pomysł powtórzył niedawno przed wyborami europejskimi (ośmieszając się tym samym nieco, gdy się zna jego stosunek do Wałęsy) Jarosław Kaczyński. Ale mniejsza z nim. Na plakatach o których mówię, Lech Wałęsa stał obok kandydatów Solidarności jakby samą swoją osobą gwarantując ich wiarygodność. Był to wtedy chwyt genialny i jak pokazały wybory – skuteczny.

Kampania była burzliwa. Z jednej strony komuniści którzy całe lata nie przebierali w słowach i planach wobec opozycjonistów kreowali się teraz zbiorowo na poważnych i odpowiedzialnych ojców narodu, karcących delikatnie społeczeństwo za jego nieodpowiedzialne w ich mniemaniu ciągoty do opozycji, z drugiej Solidarność, która nie zawsze do końca rozumiejąc ich zasady stosowała w końskich dawkach sposoby bardzo zachodnie i bardzo nowoczesne. Ale wydaje mi się, że nie to zdecydowało. Ludzie nie głosowali wtedy na kogoś i za czymś, głosowali przeciwko czemuś i przeciwko komuś. W końcu czekali od wojny na to by bezkarnie skreślać komunistów. I skreślali ich masowo, dając swoje głosy często ludziom o których nigdy wcześniej nie słyszeli. Nie, oczywiście nie zupełnie na ślepo, ale po prostu wierząc, że nowi będą lepsi, a co najważniejsze – inni od tych których bajania tyle lat musieli wysłuchiwać. Dając im swoje zaufanie w dużej mierze na kredyt. To między innymi sprawiło, że już w 1993 roku protestując przeciwko skutkom transformacji znów głosowali na czerwonych, ale jednak były to już inne czasy i inne wybory. W tych, o których piszę, PZPR z „przystawkami” nie miała szans. I niech miarą tego będzie fakt, że w drugiej turze to opozycjoniści namawiali społeczeństwo aby zagłosowało umożliwiając obsadzenie miejsc, które i tak z umowy zagwarantowane były dla partyjnych. 

Autentyczna ulotka wyborcza z 1989 roku.
Wyniki były szokiem dla obu stron. Nikt nie przewidywał, że Solidarność na sto miejsc w senacie obsadzi 99 (o tym setnym artykuł poniżej) i że zarówno słynna lista krajowa jak i działacze regionalni związani z partią przepadną albo wejdą do sejmu ostatkiem sił. Opozycja planująca nadal krytykować i blokować stała się z dnia na dzień siłą polityczną kształtującą państwo (w lecie powstał rząd premiera Mazowieckiego w koalicji OKP-ZSL-SD) a tym samym zmuszoną do podejmowania działań i decyzji do jakich nie była jeszcze w pełni przygotowana, zaś PZPR stała się partią za moment jeszcze współrządzącą, ale już z jasną perspektywą upadku (rozwiązała się pół roku później). Zaczynała się Nowa Polska.
  
  
Henryk Stokłosa - "Człowiek który zatrzymał Solidarność" - GW
W drugiej połowie lipca 1989 prezydentem został wybrany Wojciech Jaruzelski (walczący o to stanowisko jak przystało na komunistę sam ze sobą), na początku sierpnia rząd Rakowskiego urynkowił handel znosząc obowiązujące do tego dnia kartki na mięso i powodując w kilka dni lawinowy wzrost cen, ale zarazem napełnienie sklepów wszelkim towarem, a krótko potem wspomniany już Tadeusz Mazowiecki wybrany został pierwszym powojennym premierem niekomunistycznym. 
 Powyborczy wywiad z tow. Marianem Orzechowskim - GW
Od wszystkich tych wydarzeń minęło ćwierć wieku i myślę, że oceniać je można w trzech wymiarach. Jako ciągłość, jako spojrzenie z 2014 roku i wreszcie, jako obrazek z powiedzmy maja 1989.

Dla kogoś z końcówki komunistycznej Polski cały rok 1989 był pasmem spełniania się niemożliwego, niekoniecznie zawsze oczekiwanego, ale jednak tworzącego absolutnie nową rzeczywistość. Wierzono, że lepszą, błędnie, o czym już kiedyś pisałem zakładając, że komu się w kapitalizmie nie powiedzie, ten zostanie z tym co ma dziś. Skończyło się jak skończyło, czego sam jestem niechlubnym przykładem.

Z 2014 roku rok 1989 jest historią zamierzchłą, muzealnym eksponatem z epoki świata bez Internetu, komórek, Facebooka i otwartych granic. Śmiesznym czasem pełnym  ludzi w ortalionach, z wąsami „na Wałęsę” i nieprzeszkadzającymi nikomu gigantycznymi brakami w uzębieniu. Po prostu odległą przeszłością.

Ale to tylko takie gry wyobraźnią.

Rok 1989 jest punktem na linii ciągłej tak jak każde dziś zależne jest od wczoraj i wpływające na kształt jutra. Oceniać powinniśmy nie konkretne dni i słowa, ale to co z nich a priori wyniknęło dla przyszłości, której kształt dziś współtworzymy. Zawsze pamiętając, że za lat ileś ktoś tak samo badawczo spojrzy na nas…
=== 
* - Gdy już jasne się stało, że GW wydawana będzie i po wyborach ogłoszono konkurs na jej tytuł. Jedną z propozycji, pokazujących "nieśmiałość" oczekiwań wobec rzeczywistości była "Nasza Gazeta". Czytelnik, który ją nadesłał argumentował, że wprowadzi to zamieszanie do cotygodniowych konferencji prasowych Jerzego Urbana, który będzie musiał używać zwrotów w rodzaju "A w naszej gazecie kłamią, kiedy piszą, że..."
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.