Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 października 2021

Na sztokholmskim lajcie

W długiej już mojej że tak zażartuję karierze zawodowej napotykałem bardzo różne typy pracowników z którymi nie sposób mi się było identyfikować.  Do jakiegoś momentu wydawało mi się, że najbardziej odpychający są wazeliniarze. Do dziś siedzi mi w głowie np.  pewien portier który co piątek żegnał wychodzących okrzykiem (sic!) "I życzę miłego weekendu!" wydawanym przez okienko w pozycji kukułki zegarowej, nie zauważając absolutnie, że jest obiektem drwin. Ale co by nie mówić on nikomu krzywdy nie robił. Miał takie nawyki (cytat kolejny: "To do czwartku, BO MNIE JUTRO NIE MA!") i koniec. Fakt faktem, że każdy jego zmiennik zwyczajnie tylko reagujący "proszę-dziękuję" i "dzień dobry - do widzenia" wychodził prawie że na gbura, ale nadal nie było to niczym strasznym. Dopiero lata później, choć niestety także w branży ochroniarskiej napotkałem przypadek dużo gorszy, który zresztą był jednym z wielu nie tylko tam i nie tylko wtedy. "Porwany". I nie, nie chodzi mi tu o stan odzieży roboczej delikwenta, bez obaw. Bardziej mam na myśli tak zwany syndrom sztokholmski w wersji light. 

Środek zimy 2009/2010. Gnijąca budka z dykty na pustym placu po umierającej firmie. Pilnujemy rozpadających się budynków i paru maruderów pracujących tu i ówdzie na ogromnym terenie. Do ukradzenia nie ma tam nic. Do pilnowania także. I nagle wśród nas pojawia się nowy kolega, mężczyzna około trzydziestki, który okazuje się większym służbistą od naszego kierownika, który to (o czym mówiłem w "Urobionych") robił mi wymówki w środku nocy o to, że nie noszę krawata. Bo tego że do połowy łydek mam mokre od śniegu nogi we własnych starych butach i że pracuję za 3,70 (pozdrawiam wielbicieli pana Tuska, to oni, peowcy tak dbali o rynek) nie zauważał. Ale to nie o nim miało być. A więc ten nowy kolega. Sprawny, zorganizowany, zaangażowany. Ani stawka, ani otoczenie go nie deprymują. On się łasi, on wierzy, że dostanie umowę o pracę, że go przeniosą, ba!, może nawet mianują jakimś ochroniarskim generałem czy kim tam. Wydzwania do kierownika, pyta, notuje, biega na obchody, no po prostu cud pracownik. Tyle że dureń.

Ktoś kto czyta mojego bloga od lat, pamięta zapewne ile razy pisałem o tym, że zaangażowanie i uczciwe wykonywanie obowiązków nie powinny zależeć od stawki czy umowy, że jest to nasza część porozumienia z pracodawcą i my ją powinniśmy wykonywać jak należy, skoro na siebie przyjęliśmy. Tak właśnie robiłem. Nie spałem na służbie, nie wpisywałem fikcyjnych obchodów, kilka razy złapałem złodziei, zebrałem też ileś pochwał. ALE! Ale proszę Państwa, to było TYLKO wykonywanie obowiązków. Można rzec, że coś jakby naprawianie dziadowskiej firmy dobrym pracownikiem. Zawsze w stronę petenta, jak najmniej w stronę pracodawcy - oszusta. 

A ten bidok wydzwaniał, poprawiał ten krawat patrolując pusty plac o drugiej w nocy, bał się zamienić z kimś na zmianę i w ogóle brać głębszy oddech bez wiedzy władzy. A to wszystko za 3,70... 

Żebyśmy mieli jasność. On wiedział, że zlecenie na jakim pracujemy jest na warunkach umowy o pracę, wiedział, że firma nas okrada, łamie prawo, ma głęboko w nosie. Ale on tę firmę kochał.

Minęło circa pięć lat. Znalazłem się w ogromnym zakładzie produkcyjnym na jakże popularnym w naszym kraju stanowisku operatora maszyn. To już były inne pieniądze, to fakt, ale poza tym jak w ochronie albo i gorzej. Wyzwiska ze strony tak zwanych "liderów", ciągłe poganianie, ignorowanie przepisów prawa pracy i bhp i tak dalej i tym podobna. A do tego wyścig szczurów, bo przecież raz na pół roku kto się naprawdę angażował (soboty, niedziele, nadgodziny, normy) mógł dostać prawdziwą umowę o pracę. I w takiej to firmie spotkałem którejś nocy piękną ciemnowłosą dziewczynę. Wydała mi się jakaś inna, spokojniejsza, ciekawsza od całego tego oszalałego tłumu wokół. O jakże się myliłem! Plus minus w środku dniówki traf chciał że zastawiłem wózkiem na odpady jej wózek. Ot, musiałaby swoje ścinki wrzucić górą albo do mojego. Żaden problem, tym bardziej, że wszystko trwało może ze trzy minuty. Wiązanki jaką wtedy od niej usłyszałem nie jestem w stanie do dziś powtórzyć, a święty nigdy nie byłem. Te bluzgi, te wyzwiska pod adresem bądź co bądź starszego od niej, kogo widziała pierwszy raz w życiu zwyczajnie mnie powaliły.

Norma! Czas! Wydajność! Lider! A ty taki owaki i tak dalej... 

A przecież ona wiedziała, że tę upragnioną umowę powinna mieć od pierwszego dnia, że dodatek nocny którego na zleceniu nie ma też jej się należał, że nagradzanie etatem to żenada. Ale cóż tam, ważne, że może ktoś zauważy, pochwali, podrapie za uchem... O tym, że się gdzieś przez ten wyścig powoli odczłowiecza pewnie nie pomyślała.

Nie tak dawno poznałem kolejnego takiego człowieka. Nie jest młody. Nie jest też stary. Sporo umie. Od lat pracuje na minimalnej dostając resztę (niewielką) pod stołem, od lat znosi wyzwiska szefa i chamskie komentarze kierowników, od lat tłumaczy się z każdego dnia urlopu czy chorobowego. A i tak nie ma tygodnia żeby nie był szmacony. A i tak tę firmę kocha. I tak nawet nie zerknie na ogłoszenia w których za jedną z kilku jego umiejętności oferują pensję o tysiąc albo i więcej złotych wyższą od tej którą ma. 

Takich ludzi są tysiące, a może dziesiątki tysięcy. Karmieni chlebem ze smalcem zamiast suchego chleba zapomnieli już że istnieje szynka. Są tragiczni potrójnie. Krzywdzą siebie samych i swoich bliskich, upewniają złodziei i oszustów że mogą dalej kraść i oszukiwać, a wreszcie gdy ktoś obok krzyknie DOŚĆ! to oni pierwsi go uciszą, zanim pracodawca zdąży otworzyć usta.

Bójmy się ich.

sobota, 15 sierpnia 2020

Rewizor

 W czasach mojej oby dawno minionej pracy na budowie wielkim poruszeniem odbiło się dnia pewnego przyjęcie do firmy nowego pracownika, na którego identyfikatorze mój kolega odczytał był napis „elektronik”. Pośród kilkudziesięciu murarzy, płytkarzy, malarzy i jednego mało aktywnego zawodowo tudzież prywatnie elektryka była by taka to nowa osobistość nawet nie perłą między wieprzami, ale wręcz Koh-i-Noor’em na miejskim wysypisku, i tak też tę informację odbieraliśmy do momentu, gdy sami ujrzeliśmy owego nowoprzyjętego z wystającym spod kufajki kartonikiem „robotnik budowlany”.  Jako że nikt wcześniej w naszym zakładzie takiego tytułu nie nosił widocznie owo słówko robotnik wyglądało dla nie dość spostrzegawczego prawie jak elektronik…

A że prawie robi różnicę, to już wszyscy wiemy. Z reklam.

I ja o reklamie właśnie. Zawisła sobie taka w kilkudziesięciu egzemplarzach w mojej okolicy udając jednak, kto wie czy nie lepiej niż wspomniany na wstępie pan (bo świadomie), że absolutnie reklamą nie jest. Słowa „robotnik budowlany” zastąpiono tu tylko poważnym zwrotem „zawiadomienie”. I oto na karteluszku tym, a warto tu dodać, że absolutnie nie wiszącym na byle tablicy czy słupie a raczej „poważnie” na skrzynkach na listy, ogrodzeniach czy elektrycznych szafkach, napisano że W związku z coraz większą liczbą awarii urządzeń gazowych oraz zatruć tlenkiem węgla Zakład Instalatorstwa gazowego [tak w oryginale – dop. mój] będzie przeprowadzał zapisy na kompleksowe czyszczenie piecyków, tzw. junkersów oraz kuchenek gazowych. W czasie trwania zlecenia usługa będzie wykonywana z 50% rabatem. Usługa przeznaczona jest dla osób chętnych. Tyle „elektronik”, pora na "robotnika budowlanego”. Oto on. W ofercie posiadamy czujniki czadu. Usługi hydrauliczne – montaż –serwis – naprawa piecyków. Zapisy tylko telefonicznie [tu numer] w godzinach od 10 do 18:00. I „elektronik” po raz drugi: Dziennik Ustaw nr 74 z dnia… ble ble ble

W czym problem, zapytają Państwo?

Można powiedzieć, że w tym, iż nie wiadomo w porównaniu do czego ani jak duża w ogóle, gdzie, kiedy i jak liczona jest np. ta coraz większa liczba awarii i zatruć albo jakiż to konkretnie i gdzie się mieszczący Zakład Instalatorstwa gazowego oferuje nam swoją pomoc, ewentualnie jeszcze, od jakiej ceny i czy kiedykolwiek istniejącej liczona jest ta ogromna 50% zniżka, czym jest okres trwania zlecenia i wreszcie, już z przymrużeniem oka, jak rozumieć zapis o tym, że klient powinien być chętny. Ale zostawmy to. Sedno leży gdzie indziej.

Zatytułowanie REKLAMY zwrotem ZAWIADOMIENIE wprowadza potencjalnego klienta w błąd sugerując, iż wszystko, co znajduje się w takim druku jest czymś, do czego mniej lub bardziej jest on zobowiązany lub zobowiązywany właśnie od teraz np. przez jakiś urząd lub przepis. Powoływanie się w reklamie na w żaden sposób niedoprecyzowane „coraz większe liczby awarii i zatruć” jest sugerowaniem jakoby wydarzyło się w ostatnim czasie coś, co wymaga od użytkownika/klienta podjęcia jakichś konkretnych działań najlepiej jak najszybciej. Użycie miana Zakład Instalatorstwa gazowego bez podania pełnej nazwy firmy, nazwiska właściciela czy adresu siedziby tworzy wrażenie jakoby druk był sygnowany przez mniej lub bardziej oficjalny czynnik w rodzaju np. firm zajmujących się dystrybucją gazu czy prądu. Zwrot „zapisy” sugeruje, że istnieje jakiś określony czas, liczba wolnych miejsc lub konkretna sytuacja („liczne awarie” na przykład) w trakcie których skorzystanie z oferty jest możliwe. I wreszcie powołanie się w zakończeniu na Dziennik Ustaw (w druku opisany dokładnie ze wszystkim paragrafami i datami) a także miejsca wywieszenia reklam tworzą  w czytającym przeświadczenie, że podjęcie przez niego działań opisanych wyżej jest, jeśli nie konieczne, to przynajmniej pożądane. Drobiazgiem jest tu dodanie, że ustawa nie wspomina o wymogu korzystania z usług firmy będącej autorem opisywanej reklamy, a jednie mówi, że użytkownik odpowiedzialny jest za sprawność instalacji, co jest oczywistą oczywistością. 

Pan „elektronik” z mojej historii chyba nawet nie dowiedział się nigdy, za kogo go błędnie wzięto i jak się jego przybycia na budowę wystraszono a pomyłka ta stała się potem tylko naszą firmową anegdotką, pan „robotnik” z roku 2020 zasłania wirtualną kufajką swój identyfikator tak, że nawet, gdy sam mówi, że elektronikiem nie jest, robi to w sposób, który każe, przynajmniej mniej zorientowanym myśleć inaczej. 

Nie twierdzę, że to nielegalne, skądże, za to niesmaczne z całą pewnością.

poniedziałek, 27 lipca 2020

Cham idealista

Czy można usprawiedliwiać niską jakość swojej pracy równie niską płacą jaką się otrzymuje, gorszą formą zatrudnienia albo np. głupim przełożonym? Bardzo wiele osób które spotkałem w swoim życiu tak właśnie robiło. Tekstów o tym, że "dopóki robię za dychę" albo "na zleceniu to ja ich..." czy wreszcie "skoro cymbał nie chce kupić porządnych narzędzi, to..." nasłuchałem się do bólu. I choć co do pretensji jakie mieli je wypowiadający najczęściej zgadzałem się w pełni lub nawet doświadczałem tego samego, co oni, to jednak zawsze też twierdziłem, że nie jest to żaden argument. 

Przykładowo w czasach swojej "kariery ochroniarskiej" byłem praktycznie zawsze chwalony, uważany za uczciwego, inteligentnego, zaangażowanego, samodzielnego i skutecznego, a przecież płacono mi wtedy np. 3,70 zł za godzinę  na przedłużanej powiedzmy co miesiąc śmieciówce. I co? I pstro! Jasne, że uważałem, iż łamane jest wobec mnie prawo pracy i też opluwana moja godność, ale co temu byli winni petenci z którymi się stykałem albo dlaczego na tym mieliby korzystać np. złodzieje planujący jakąś akcję na "moim" obiekcie? A więc idąc tym tropem rozumowania przez 10 lat zmarnowanego w branży ochrony mojego żywota przespałem na służbie około 10 minut, których zresztą nie zapomnę już nigdy bo zwyczajnie o 4:40, na właśnie 10 minut przed zmianą a po kolejnym obchodzie w trzaskającym mrozie, "na sekundę" przytuliłem się do grzejnika. I tyle.

Ileś razy w pracy, także tej późniejszej, poochroniarskiej, a rozrzut specjalizacji miałem i mam niczym Irena Kwiatkowska w Czterdziestolatku, zdarzało mi się robić coś lepiej, więcej, dokładniej niż inni oraz  w ogóle cokolwiek, wtedy, gdy wiedziałem, że nikt nie widzi i nikt nie sprawdzi, prawie zawsze ze świadomością, że marne są szanse by ktoś to moje podejście docenił. Dlaczego taki byłem? Dlatego oto, że ani stary pędzel wręczony mi do malowania czegoś tam, ani dyrektor o "wybiórczej" inteligencji nie zmieniali mojej uczciwości. Och, mało tego. Na trzy moje choroby w ostatnim roku, dwa razy żądałem od lekarzy skrócenia chorobowego a raz zamiast niego wziąłem urlop. A chory byłem dość mocno, w każdym razie na tyle, by wstając z łóżka w swoich najgorszych dniach płakać z bólu jak dziecko. Więc jasne, trzeba wypocząć półtora tygodnia czy nawet dwa, to trzeba. Masochistą nie jestem. Leżę, leczę się i oglądam teledyski na You Tubie. Ale jeśli potem da się już z grubsza funkcjonować biorąc leki i nie szalejąc, to żadne dodatkowe ferie nie są mi potrzebne. Taki byłem, taki jestem i taki mam nadzieję pozostanę. 

Rozróżniam po prostu układ pomiędzy mną a  pracodawcą, który może być kulawy i należy działać a nawet walczyć o to by go zmienić, od układu pomiędzy mną a petentem, klientem, odbiorcą wyników mojej pracy. Oraz last but not least pomiędzy mną a moim, Państwo wybaczą wielkie słowa, honorem. Amen.

A dziś usłyszałem i to na pół ulicy, żem cham jest zwyczajny i tyle.

Dlaczego? Ano dlatego, że komuś, kto wykonał pracę dla mnie w 1/3 czasu na tę właśnie pracę wyliczoną, jeśli ma być zrealizowana dobrze i uczciwie oraz za tyle wymaganą do zapłacenia ośmieliłem się zwrócić uwagę, że podkłada mi do podpisu dokument na którym jest nieprawda. Ktoś ten zaczął się natychmiastowo pienić, wyrzucać mi, że firma płaci mu 10 zł za godzinę, w związku z czym czego to ja wymagam i w ogóle cham jestem jak już wspomniałem na wstępie.

Może i jestem. Ale z zasadami.

sobota, 16 maja 2020

Byłem listonoszem

Swoje zatrudnienie w Poczcie Polskiej kilka lat temu zawdzięczam w sporej mierze górze, ale bynajmniej nie chcę przez to powiedzieć, że szefostwu, nie, nie, zwykłej górze, a dokładniej to górom.

Pamiętam jak dziś ten pochmurny listopadowy dzień z pierwszym śniegiem, choć za nic nie mogę sobie przypomnieć skąd wziąłem akurat taką ofertę pracy i co skłoniło mnie do odpowiedzenia właśnie na nią. Dość jednak, że po kilku dniach od wysłania życiorysu i listu motywacyjnego zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną do jednego z większych urzędów pocztowych w naszym mieście i właśnie w ten ponury, pierwszy taki tej jesieni dzień tam się stawiłem. Przede mną były dwie osoby, więc w oczekiwaniu na swoją kolej pogrążyłem się w lekturze reklam i ogłoszeń zastanawiając się, czym właściwie mam wykazać swoją niezbędność na oferowanym mi stanowisku. Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wreszcie po około pół godzinie zaproszono mnie na zaplecze i potem do gabinetu pani naczelnik. Miła dość osóbka w średnim wieku poprosiła mnie o zajęcie miejsca i zagłębiła się w lekturze moich dokumentów. Widziałem i czułem jej lekkie zdziwienie, ale było ono dla mnie oczywiste. Kopalnia, budowy, ochrona, niczego związanego choć trochę z pracą pocztowca tam nie było. Wreszcie zaczęliśmy rozmawiać. 
Najpierw ogólnie o poprzednich firmach i powodach ich opuszczenia, potem o obowiązkach, jakie na mnie ewentualnie czekają i wreszcie…
-Ale co właściwie skłoniło pana żeby do nas aplikować?
W zasadzie pogodzony już z tym, że nie mam szans, opowiedziałem coś z lekka naiwnego o swoim pokoleniu, dla którego zawody takie jak strażak, motorniczy czy listonosz były czymś magicznym, o chęci założenia granatowego munduru i wielgachnej torby a potem niesienia ludziom „dobrych wieści” i kilka innych podobnych historii, które były z całą pewnością dalekie od tego co się na rozmowach o pracę a zwłaszcza na rozmowach o pracę na poczcie słyszy. Ale to właśnie sprawiło, że pani naczelnik zaczęła się uśmiechać. Z sympatią, nie jak się obawiałem z politowaniem. Idealista, pomyślała zapewne. Krok po kroku nasza rozmowa zaczęła się robić coraz swobodniejsza. Na pytanie o kondycję do parogodzinnych marszów opowiedziałem o górach, a potem to już… poszło z górki. Z kwadransa zrobiło się ponad pół godziny, pośmialiśmy się, powymieniali górskimi wspomnieniami i praktycznie pewny byłem, że już tu pracuję. Nie za papiery, nie za umiejętności, nie za znajomości. Za naturalność. Nie myliłem się. W kilka godzin później oddzwoniono do mnie, że zostałem wybrany właśnie ja. 
Po kilku dniach rozpocząłem zupełnie nowy etap swojego CV. Zostałem listonoszem.

Ten niedługi co prawda, ale pełen nowych doświadczeń fragment mojego życia zawodowego wspominam dziś i pewnie zawsze już będę wspominał z wielką sympatią i tęsknotą jako jeden z najciekawszych i najprzyjemniejszych jakie mi się przytrafiły. Mimo, że to nie Poczta a ja go zakończyłem. Ale o tym później. Zacznijmy od początku.

Nie dostałem munduru, nie przydzielono mi rejonu. Ze wszystkich magiczno dziecinnych wyobrażeń ostała się tylko wielka skórzana torba kojarząca mi się nieodmiennie z kangurem, niewykluczone, że przez analogię, albowiem zostałem skoczkiem, czyli listonoszem zastępczym, który każdego praktycznie dnia lub w najlepszym razie tygodnia obsługuje inną dzielnicę. Z całą pewnością była to wysoko postawiona poprzeczka. Nie tylko dla moich złudzeń, ale i dla nóg, głowy oraz cierpliwości. 

Zanim jednak wyruszyłem w pierwszą trasę przydzielono mnie do starszego kolegi, który przez kilka dni miał wprowadzać mnie w arkana zawodu, sam zresztą, co się bardzo często u takich ludzi zdarza, psiocząc na niego niemiłosiernie. Tym to sposobem po raz ostatni zapewne w swoim życiu stałem się na około tydzień znów „młodym” co to się przyucza dopiero i wszystko trzeba mu wytłumaczyć. A tłumaczenia było sporo. Pominę je tu jednak aby przejść wprost do opisu mojej już samodzielnej pracy.

Listonoszowy dzień zaczynał się około piątej rano. Zależnie od dnia albo najpierw pomagałem kierowcom rozładowywać i sortować na rejony listy zwykłe albo je już mi przez innych przydzielone odbierałem z wielgachnego regału i na swoim stanowisku układałem w przegródki małej szafeczki. Było tego mnóstwo, ale też na tym moje wyobrażenie o pracy listonosza się kończyło, a przecież był to tylko wstęp. Najłatwiejszy, mimo tego, że ilościowo czasem mocno stresujący. O co chodziło z tymi szafami i szafeczkami? Już tłumaczę. Listy „dla mnie” czyli dla rejonu, który obsługiwałem były zgrupowane w sortowni w specjalne pojemniki. Z nich trafiały na samochody, a z samochodów do salki w naszym urzędzie, gdzie już każdy rejon miał ileś swoich półek. Jak wspomniałem zawsze ktoś z kolegów albo ja (choć żaden z nas nie musiał) pomagał toto rozładowywać. Potem już każdy listonosz z dużego regału zabierał swoje listy na stanowisko przy którym układał je sobie ulicami w przegródki nad biurkiem. Te przegródki zaś, to po prostu trasa marszu. Według ulic i według ich stron. Ot, cała tajemnica. Po przesortowaniu listy spinało się w paczuszki i tak pakowało do torby.  No to już, można iść, tak?
A gdzie tam!

Teraz to samo, ale z poleconymi. I tu już było trudniej, albowiem poleconych listonosz nie może rozpisać sobie sam. Mogą to zrobić panie obsługujące urząd lub… inny listonosz na zasadzie ja tobie, ty mnie. Oczywiście robi się to komputerowo ażeby mieć potem listę do rozliczenia. I proszę mi wierzyć, trochę to trwa. 
Później gazety. Prenumerata. Kto tam jeszcze pamięta, że istnieje coś takiego? Ano istnieje. Trzeba zatem było pobrać gazety. Już?
Nie.
Pora na przesyłki sądowe, które niby też są poleconymi, ale zapisuje się je i potwierdza wydanie nie na zwykłej liście, a na tablecie. Czyli jeszcze tablet. No i kolejka po same już polecone i podbitą listę z nimi. Czas biegł, a torba robiła się coraz cięższa… Oczywiście listy znów musiałem posortować według ulic, pospinać ładnie w pliki i ułożyć w drugiej kieszeni torby. Powiedzmy, że była wtedy 7:00 rano, a przecież jeszcze pieniądze. Jak Wam ktoś powie, że nikt już nie odbiera przelewów „analogowo” nie wierzcie mu. Po prostu nie wierzcie.

Kolejny pokój i kolejne regały. A w nich wydruki do wypłat. I znów komputer. Przeliczanie i kolejka do okienka po gotówkę. No to już komplet. Teraz tylko krówki. Say what?! Tak! Krówki. Powód mojego odejścia z Poczty. Cukierki, klocki, misie i inne (proszę wybaczyć) drogie i nikomu niepotrzebne pierdoły, które listonosz powinien (?) sprzedawać. I mimo, że podobno robić to mają tylko ci korzystający z samochodu, nacisk na sprzedaż jest równy dla wszystkich. A za sprzedaż jest premia. Za z kolei notoryczne niesprzedawanie jest "pogadanka" z szefem lub szefową. Proszę zgadnąć czego częściej doświadczałem?
Torba albo dwie listów, pieniądze, gazety i cukierki. Na zegarze powiedzmy 7:40. Można ruszać. W moim akurat przypadku na autobus. Life is brutal.

Wędrowałem po różnych dzielnicach. W każdą pogodę. Raz z radością innym razem szorując twarzą po ziemi. Do czternastej, do piętnastej, do siedemnastej. Zawsze mając płacone tylko za osiem godzin… Ale to nie te kilometry, godziny za darmo, wylany pot czy bolące plecy mnie zniechęciły. To krówki i pieniądze. Dziwne zestawienie? No dziwne, fakt, ale tak się złożyło, że prawdziwe. Dojdziemy i do niego.

Cóż zatem dalej? Dojeżdżałem na rejon i według… półeczek mojego regału rozpoczynałem wędrówkę. Czasem część listów zostawiałem sobie na przechowanie w okolicznym urzędzie pocztowym jako mojej bazie wypadowej. A potem to już wiadomo. Torba na ramię i w drogę. Zwykłe do skrzynek, polecone osobiście (jeśli podpiszesz odpowiedni druczek listonosz może Ci je także doręczać do skrzynki, poza sądowymi, bez zostawiania awiza), sądowe tylko adresatowi i za podpisem na tablecie, małe paczuszki, które nominalnie też są listami do skrzynek lub drzwi no i pieniądze po wylegitymowaniu odbiorcy jemu lub członkowi rodziny. 

Napisze jak to jest z tymi napiwkami czy nie napisze? Spokojnie, napisze.
Są. Bywają spore. Mało który listonosz Wam to przyzna, ale często tylko one sprawiają, że jeszcze nie rzucił tej pracy. Od razu jednak zastrzegam, że ktoś, kto jak ja zastępuje innych po kilka dni szanse na takie dodatki ma znacznie mniejsze. Po prostu jest obcy.

Wrócę teraz na chwilę do mojej rozmowy kwalifikacyjnej. Wszystko co tam mówiłem, było prawdą. Chciałem jak na filmach roznosić listy od zakochanych, nieść dobre wieści, być wyczekiwanym gościem. Byłem. I to właśnie, a nie końcówki emerytur wspominam najmilej. Poznałem starego pisarza w pełnym zakurzonych książek ciemnym mieszkaniu, rozmawiałem z wieloma samotnymi ludźmi, dla których byłem często jedynym gościem i okazją do poplotkowania, sprawiałem zwykłym pismem albo no cóż, pieniążkami, że ktoś skakał ze szczęścia. Po drugiej czy trzeciej wizycie na jakiejś ulicy ludzie już mnie poznawali i witali jak starego znajomego. A ja cieszyłem się razem z nimi. I to oni, ich głosy, ich uśmiechy, to było to najważniejsze, czego już zawsze będzie mi brakować. Paru buców których przy okazji także musiałem napotkać tego obrazu nie zmienia.

Popołudnie lub późne popołudnie. Powrót na pocztę. Na razie na tę rejonową, jeszcze nie macierzystą. Tu zostawiałem resztę korespondencji a panie z okienka podbijały mi fakt jej przejęcia. I do tego momentu byłoby ok. gdyby nie to, że potem wracać musiałem do punktu wyjścia czyli już mojego właściwego urzędu. Wieczorem, przez pół miasta, autobusami. 

I to właśnie, obok nacisku na sprzedaż słynnych krówek i innych cudów był drugi powód mojego późniejszego odejścia z tej pracy. Bo przecież nie dość, że musiałem na swojej poczcie wszystkie pobrane rano a niewypłacone pieniądze ponownie zdać do kasy (często znów stojąc w kolejce), to także jeszcze rozpisać je na specjalnym druku na wszystkie możliwe monety, banknoty i ze dwa razy dla pewności przeliczyć. Po dwunastu powiedzmy godzinach na nogach. Lekko mi z tym nie było, zwłaszcza gdy np. wracałem z rejonu, który miałem o dwa, trzy przystanki od domu.

Gdybym miał podsumować dla potomnych co może być plusem w tej pracy powiedziałbym tak:
-jesteś na państwowym, w najstarszej polskiej firmie
-nie grożą Ci umowy cywilnoprawne
-nie ma mowy o pracy w soboty czy niedziele
-za używanie swojego samochodu firma Ci dopłaca
-za korzystanie z komunikacji miejskiej (tylko dojazd na rejon i powrót) masz darmowe bilety
-napiwki są naprawdę fajne
-spotykasz mnóstwo ciekawych ludzi
-wykonujesz zawód, który ciągle jeszcze budzi sympatię

Co na minus?
-płacą Ci za osiem godzin, a masz małe szanse by się w nich wyrobić. Standardem jest około dziesięciu, ale znam takich, którzy zawsze, niezależnie od dnia, robią po dwanaście - trzynaście
-w razie braku zastępstwa za nieobecnego robi się tak zwane „rozbiórki” czyli dobiera część listów z sąsiadującego rejonu (robi to zwykle dwóch - trzech listonoszy). Jest to płatne dodatkowo jako nadgodziny, ale też zabiera Ci jeszcze więcej czasu
-oczekuje się od Ciebie żebyś sprzedawał znaczki, zabawki i słodycze
-jeśli nie masz samochodu, nie zostałeś przyjęty jako listonosz z autem służbowym albo masz słabą kondycję padniesz jak kawka po tygodniu
-schody, bardzo dużo schodów, niebezpieczne okolice, psy itp.
-pogoda!
-sporo papierkologii (awiza to tylko mały fragment)


***

Czy zatem warto być listonoszem?
Warto

Dla służbowego auta albo dopłaty do własnego, dla darmowego biletu i słynnych końcówek z emerytur. Albo dla chwili, kiedy ktoś na Twój widok powie "nasz pan listonosz" i coś dziwnie zadrapie cię w gardle...


poniedziałek, 16 września 2019

Boczne drogi rozsądku

Dawno dawno temu, w czasach, kiedy piszący te słowa zaliczał się jeszcze do młodzieży, a przynajmniej mniej niż dzisiaj osób protestowałoby gdyby się zaliczyć odważył, zdarzyło mu się stanąć przed obliczem komisji lekarskiej oceniającej zdrowie poborowych. Tam na wieść, że wyżej wymieniony leczy się kardiologicznie skierowano go na konsultację do przychodni, z tym tylko, że nie tej w której miał kartotekę. Lekarz widzący delikwenta wspomnianego pierwszy raz na oczy wysłuchał oczywiście co wysłuchał, zanotował co zanotował, a potem podał młodzieńcowi tabletkę na zbicie ciśnienia i... wysłał go na spacer po Katowicach.
Po powiedzmy godzinie czy półtorej usatysfakcjonowany... działaniem tabletki wpisał ów jegomość do odpowiedniego formularza, że pacjent jest zdrowy, sprawny i niczego mu do szczęścia nie brakuje. 
Gdyby nie to, że się potem ów pacjent na piśmie domagał był przed komisją wojskową konsultacji w przychodni w której się ileś tam czasu LECZYŁ, dziś byłby już może nie ex-portierem a kto wie, generałem dywizji na przykład. Na nagrobku jakiegoś cmentarza...

Sytuacja ta, głupia od A do Z wydawała mi się jednorazowym zupełnie przypadkiem przez długie dziesięciolecia aż do dziś, kiedym to stanął przed obliczem pewnego starszego pana, sądząc po podejściu do pacjenta co najmniej spokrewnionego z tamtym...

A było to tak...
W piątek dokładnie przeziębiłem się na amen i początkowe kichanie oraz drapanie w gardle już w nocy zamieniło się w objawy dużo poważniejsze. Przez weekend leżąc plackiem jadłem tyle co nic, piłem herbaty owocowe jak smok, a nadto faszerowałem się aspiryną, kroplami wszelakimi, tabletkami na gardło i dla urozmaicenia także syropem. Scenariusz taki jak zawsze. W sobotę boli, w niedzielę nie boli, ale stopniowo traci się smak, a w ślad za nim i słuch :)) Gorączka męczy, głowa pęka, nogi się uginają, a chusteczki schodzą jak na festiwalu wenezuelskich telenowel.

Praca, dodajmy praca fizyczna w takim stanie to absurd. Ledwo człowiek kuśtyka po domu a poci sie jak mops wchodząc po byle schodach. Decyzja może być tylko jedna - lekarz.

I tutaj zaczyna się najlepsze.
Pan doktor ignoruje informacje o lekach i twierdzi, żem zdrowy jest jako szczupak! Temperatura 37 stopni (w półtorej godziny po dziesiątej od piątku aspirynie!) go rozśmiesza, drożny po rozpoczętej kolejnej buteleczce kropli nos doprowadza do rechotu a ból głowy zgłoszony jako jeden z objawów nasz medyk zalicza na poczet "być może problemów z kręgosłupem" docelowo niedwuznacznie sugerując, że ktoś proszący o chorobowe w poniedziałek niechybnie w sobotę był na czyichś na przykład imieninach... 

Według takiego pana (a słów na jego określenie, z przewagą tych wulgarnych, mam sporo) pacjent aby móc myśleć o chorobowym ma przyjść do niego niejako saute, z gorączką która by go powalała na czworaka, z zatkanym nosem i nieledwie charczący coś z zakażonego gardła...

Bo inaczej... jest zdrowy.


Nie, nie ma puenty. No może taka, że o swoje trzeba walczyć, co też w obu przypadkach uczyniłem, nie chwaląc się, z sukcesem, ale jednak, że sie tacy "medycy" wciąż jeszcze trafiają, to już wydaje mi się niewiarygodnym po prostu...

niedziela, 7 lipca 2019

O tych, co nie przeskoczyli muru

Po 1989 roku tysiące Polaków poczuło się sierotami systemu. Wychowani, wykształceni lub już funkcjonujący zawodowo w PRL-u nagle zostali rzuceni na fale dzikiego kapitalizmu lat 90, wprost w świat, który do tej pory był im przedstawiany jako zły, wrogi i bezduszny. W ogromnej większości to spotkanie okazało się dla nich mniejszą lub większą przegraną. Albo nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości wcale, albo nauczyli się trwać tylko na niższych jej pułapach, podświadomie chyba utożsamiając ich biedę z tak dobrze sobie znaną biedą komunistycznej Polski albo wreszcie, w najlepszym wypadku zacząć musieli kształtowanie swojego świata i samych siebie od nowa. 



Katarzyna Duda odnalazła po latach osoby, które w trakcie transformacji ustrojowej nie miały odwagi lub możliwości by "wziąć swoje sprawy w swoje ręce", między innymi dlatego, że latami wmawiano im, że to państwo zrobi to za nich, i zapytała o to jak dziś, po 30 latach nowego ustroju wygląda ich codzienność. Poprzez smutne, ale jednak bardzo subiektywne wspomnienia pełne opowieści o bezrobociu, goryczy, niespłacanych pożyczkach i pracy za najniższe stawki przebija się, jak sądzę nie całkiem zamierzone przez autorkę, pytanie, na które każdy z czytelników sam musi sobie znaleźć odpowiedź. Czy "ofiary transformacji" są ofiarami faktycznymi, poszkodowanymi przez nieczułych kapitalistów, czy też może właśnie tym bezwładnym "człowiekiem sowieckim" którego usunięcie z rynku było mimo wszystko ceną za to by zaistnieć mogła nowa rzeczywistość.

***

Będąc jednym z bohaterów tej publikacji stanowczo skłaniam się ku tej drugiej tezie, ponieważ jak już na tym blogu pisałem, nie wolno utożsamiać goryczy wynikającej z łamania prawa pracy czy złej organizacji państwa z automatycznym gloryfikowaniem socjalizmu czy tzw. Polski Ludowej.  Narzekanie na psujący się często samochód nie oznacza tęsknoty za furmanką.


piątek, 3 maja 2019

Lenin, lecz nie żywy

Podczas pewnej rozmowy, która odbyła się jakiś czas po moim wywiadzie do "Urobionych" pytano mnie o wspomnienia z okresu przemian 89 roku i nastawienie do poprzedniego ustroju z naciskiem na jego prosocjalną politykę. Oczekiwanie, że będę wspominał PRL z rozrzewnieniem było aż nazbyt widoczne. Podobne lub może częściej ewoluujące w stronę współczesnej lewicowości akcenty pojawiały się także w większości recenzji, komentarzy i dyskusji nad tamtą książką już po jej wydaniu usiłując świadomie lub nie stawiać znak równości pomiędzy walką z nieuczciwymi pracodawcami a walką z kapitalizmem jako systemem. O ile pierwsze takie pytanie nieco mnie zaskoczyło, zastanowiło i zmusiło do pewnych głębszych przemyśleń, o tyle wszelkie późniejsze słowa jakie na ten temat czytałem, oczywiście nie tylko w odniesieniu do siebie, ale i do innych urobionych czy po prostu źle traktowanych w pracy stopniowo coraz bardziej mnie irytowały.

Zupełnie niedawno znów "dowiedziałem się", że mój spór z przełożonymi o niższą niż kolegi z tej samej klasy stawkę w naszej pierwszej po skończeniu szkoły pracy i wszystko to co robiłem lata później wobec firm ochroniarskich, to była ta sama, niezmienna walka z kapitalizmem... Nie da się zaprzeczyć, że w PRL-u, gdyby ktoś wystawił mi taką laurkę mógłbym już nie martwić się o nic, bo dziś pewnie uczono by o mnie w każdej szkole, ale jednak, bez urazy, mało to ma wspólnego z rzeczywistością i jako takie wcale mi nie odpowiada.

Kiedyś może mniej, ale od około piętnastu lat prawa pracownicze są dla mnie czymś szczególnie ważnym, czymś czego przestrzegania wobec mnie jako pracownika bezwarunkowo oczekuję, na czego łamanie składam skargi i o co pytam ludzi pracujących na różnych stanowiskach w różnych firmach, by wiedzieć jak to wygląda u nich i jak sami to odbierają. Takich firm i takich rozmów było z pewnością kilkadziesiąt jeśli nie więcej. Czasy mamy takie, że o mniejszych lub większych oszustwach lub utrudnieniach słyszę prawie zawsze, ale nigdy, podkreślam to słowo, nigdy nie usłyszałem w takim kontekście o nadziei na rządy lewicy czy idącą w najlżej socjalistycznym choćby kierunku zmianę polityki państwa. Na nowego Lenina, Gierka czy Jaruzelskiego nikt z moich rozmówców nie czeka. Dla jasności dodam, że na Biedronia, Palikota czy Nowacką także nie. Oni, my, ja, czekamy na sprawiedliwość. A ona nie jest lewicowa ani prawicowa, zaczyna się od działającego w obie strony (na rządzących i rządzonych) dobrego prawa a kończy na karach za jego nieprzestrzeganie. Tylko tyle i aż tyle. Powie ktoś, a czy to ważne? Jeśli sprawiedliwości nie wprowadzi prawica, tylko lewica, to czy nie będzie ona sprawiedliwością? Oczywiście, że będzie, odpowiadam, ale nie będzie mimo to lewicowa, a tu tkwi sedno, bo właśnie tego nomen omen koloryzowania naszych życiorysów barwnikiem E120 sobie nie życzę.

Pamiętam dobrze jak ponad dekadę temu wyglądało przekazywanie około stu dwudziestu portierów "mojego" uniwersytetu do zewnętrznego pracodawcy. Wtedy to słynny i z tradycjami lewicowy jak najbardziej związek zawodowy nie zrobił nic prawie (odliczając pismo, które na biurku i komputerze mojej szefowej z wieloletnim stażem, nota bene członkini tegoż związku, pisałem ZA NIĄ ja oraz kilka także z mojej inicjatywy powstałych zapytań do pani kanclerz), a działali i inspirowali działania tylko i wyłącznie sami zainteresowani. Takich chwil się nie zapomina. Takich "związkowców" również. Nie słyszałem o związkach (choć były) w mojej pierwszej firmie ochroniarskiej, w której zmuszono mnie do podpisania fikcyjnej umowy zlecenia po to by uniknąć płacenia nadgodzin albo gdzie moją koleżankę za odmowę tegoż właśnie "zesłano" karnie pod market na drugim końcu województwa. Trzymając się nadal lewicy, zupełnie tak, jak ona usiłuje przyczepić się do takich jak ja, nie sposób nie wspomnieć jeszcze i słynnego "bojownika antykaczystowskiego", czyli pana towarzysza Jerzego Urbana, który co prawda podesłał był swego czasu do naszej akademii swojego dziennikarza, ale tego nasza sytuacja również nie zainteresowała, bo przecież "teraz tak jest wszędzie". 

Pamiętam idąc dalej szefa pewnego związku, a i owszem, jak najbardziej lewicującego, z pewnego dużego przedsiębiorstwa branży energetycznej, który wiedział o tym, że pod tym samym dachem co on pracują obok etatowców za minimalną także śmieciobiorcy na zleceniach po 3,70 na godzinę a jedni i drudzy jako codzienność mają fikcyjne szkolenia, fikcyjne kontrole i całą masę tym podobnego błota. Ale to byli ochroniarze, nie jego firma, nie jego sprawa. Tyle mi powiedział, gdy go o wstawiennictwo prosiłem. Nie on jeden zresztą, bo podobnych prób w różnych miejscach i wobec różnych ludzi podejmowałem kilka.

Szanowni zatem malowani socjaldemokraci, socjaliści, komuniści, zieloni, różowi i wszelacy inni. Nie było Was tam, gdzie świat w wieku XXI cofnął się do XIX, nie mieliście czasu, odwagi, czy może to nie był Wasz rejon. Odpieprzcie się od robotnika.

---

Polecam zainteresowanym lekturę dwóch bardzo ciekawych książek pokazujących jasno, że w walce o prawa pracownicze dziewiętnastowieczni robotnicy nie czytali Marksa i Engelsa, ani nie planowali zakładania PGR-ów, a tylko (aż!) domagali się najpierw poszanowania prawa, które kulawe bo kulawe, ale już wtedy istniało, a później usiłowali na rządzących wpłynąć, by prawo to udoskonalić. I to właśnie była walka o sprawiedliwość, może nawet o prawo i sprawiedliwość, ale na pewno nie o rewolucję socjalistyczną. 

Wydawnictwo Odnowa Londyn 1970

Wydawnictwo Śląsk Katowice 1966

czwartek, 23 sierpnia 2018

Sługa lokaja

Za osiem dni pewna nie najmłodsza już pani ochroniarka straci pracę. Nie dlatego, że z niej uciekła, coś ukradła albo była pijana, nie dlatego, że non stop chorowała albo pokłóciła się z szefem. Nic z tych rzeczy. Dlatego tylko, że wykonywała swoje obowiązki w ostatnich kilkunastu minutach dniówki w prywatnym ubraniu i została na tym "złapana" oraz dlatego także, że w ocenie przełożonego swoim wyglądem, wiekiem i zachowaniem nie dość dobrze reprezentowała firmę i jej powagę.
 
Nawiązując tym wpisem nieco do książki "Urobieni" muszę jednak stanąć okoniem wobec pojawiającej się wokół niej tezy. Takie przypadki, jak ten o którym mówię, tak przecież podobny do tam opisanych, to nie żaden "wypaczony neoliberalizm" dla którego jedynym ratunkiem ma być rzekomo euro bądź nie euro lewicowość. To, proszę wybaczyć szczerość,  zwyczajne polskie skurwysyństwo, które dobrze się ma w każdym ustroju, bo zawsze gnębi tylko tych, którzy nie mają sił, odwagi lub wiedzy, by się bronić. To ponadczasowe skurwysyństwo, które ubiera ludzi w mundurki, wpaja im wojskowy dryl i policyjną nomenklaturę, wmawia, że praca poniżej dwustu godzin w miesiącu, to lenistwo, a jednocześnie nie potrafi dać wody mineralnej w upał albo długopisów do wypełniania przez nikogo nie czytanych sztampowych raportów. To praco i śmieciodawcy, którzy wchodzą tylnym wejściem każdemu, kto ich wynajmie, ale ludzi, swoich ludzi, dzięki którym mają dochód, traktują jak przedmioty. I przy okazji przyzwalają, choć nikt im takiego prawa nie dał, na to, by wynajmujący ich też tak do tychże ludzi podchodzili.
 
Koniec końców o zwolnieniu pracownika decydować może ktokolwiek w miarę ważny z firmy, która ochronę wynajęła. To tak jakby dajmy na to pasażer po uczciwie opłaconej jeździe spóźnionym jednakże autobusem mógł za to zażądać zwolnienia kierowcy. Głupie? No jasne, że głupie, ale nie w ochronie, bo ona w Polsce ze zdrowym rozsądkiem nie sąsiaduje nawet przez ścianę.
 
I oto proszę, nasz wspomniany wyżej pan Ważny, niczym Chińczyk pod pokładem statku płynącego do Europy "wykonuje telefon", po którym ktoś uważający się za szefa, ale tylko wobec pracowników, bo wobec wynajmujących jego firmę usłużny prawie jak spinacz z pakietu Office, trzask prask oznajmia, że pani może swoje manatki zabierać albowiem podpadła straszliwie.
 
Nieważne, że najpierw, widząc ją, wiedząc ile ma lat, jakie doświadczenie, głos, posturę itp. przyjął ją do pracy, nieważne, że sam skierował na taki a nie inny obiekt, nieważne, że to on powinien ponosić odpowiedzialność za jej doszkolenie, i bez znaczenia tu również, że skuteczność całego systemu ochrony tegoż obiektu z nią czy bez niej jest porównywalna ze skutecznością przeciętnego płynu na porost włosów, nic to, powiadam wam. Liczy się tylko, że wobec MIŁOŚCIWIE NAM PŁACĄCEGO można wykazać się dynamiką i zdecydowaniem. Taki drobiazg, że w zgnojeniu swojego pracownika, to już można pominąć.
 
Za osiem dni będzie wolne miejsce w pewnej firmie ochroniarskiej. Uczcie się dzieci, bo jak się nie będziecie uczyły, to wy też możecie tam kiedyś trafić... 
 

sobota, 2 czerwca 2018

"Urobieni", czyli zbierając na peronówkę

 
Spotykamy się pewnego szarego zimowego dnia na katowickim dworcu, w miejscu tyleż przypadkowym, co i jak się później okaże, symbolicznym. Dworzec to wszak miniatura współczesnego świata, obszar w wiecznym ruchu, z tysiącami ludzi przemieszczającymi się w różnych kierunkach pomiędzy rozmaitymi małymi rzeczywistościami, w których funkcjonują, funkcjonować będą albo od których uciekają.  Z pozoru można by uznać, że tylko cel, długość i jakość tych podróży ich od siebie różni, ale przecież są tu i tacy, którzy z różnych powodów nigdzie nie jadą. Ciężko ich dostrzec, ale z pewnością są. I to o takich jak oni będzie ta rozmowa.
 
 
Marek Szymaniak – „UROBIENI”
Wydawnictwo Czarne 2018
(zdjęcie okładki pochodzi ze strony wydawnictwa)
 
 
W 1989 roku Polacy przekroczyli ustrojowy Rubikon nie mając pojęcia, co czeka ich po drugiej stronie, ale nie mając też żadnej liczącej się alternatywy. Uświadamiani przez polityków i media o konieczności zmian nie zauważyli, że sedno kapitalizmu, jakim jest organizacja pracy zamieniono w polskiej wersji prawie wyłącznie na jej wydajność, i to właśnie stało się później jedną z przyczyn pojawienia się „urobionych”. Kilku pokoleniom wmówiono bez mrugnięcia okiem, że są winne słabej kondycji gospodarki, ponieważ pracowały źle, za mało, za krótko, zbyt wolno i tak dalej, przechodząc do porządku dziennego nad tym, gdzie, jak, czym i pod czyim kierownictwem ta praca była wykonywana. Musicie biec szybciej – zdawali się później przez lata twierdzić politycy i przedsiębiorcy, dodając tylko półgębkiem – ale buty kupcie sobie sami. Normalność poprzedniego ustroju będącą paradoksalnie wcale nie tak daleką od normalności zachodniej Europy, czyli ośmiogodzinny dzień pracy, wolne weekendy i pensje mniejsze lub większe, ale zawsze pozwalające przeżyć, uznano i nierzadko uznaje się do dziś za lenistwo, postawę roszczeniową albo zawodową bierność. Od tego sprowadzenia do parteru krok już tylko był do wmówienia, że piwnica to dach, co też stało się, gdy w miejsce dużych wymagań weszły próby szeroko rozumianego ograniczania czy wręcz łamania prawa pracy, jednego z tych, które budują podstawową sprawiedliwość społeczną współczesnego świata.

Pojawili się zatem urobieni. Urobieni ciężką pracą, dyscypliną, wymaganiami i wyścigiem szczurów dotykającym każdej już chyba branży starzy i średni, ale, co kto wie czy nie jest gorsze w skutkach, także urobieni młodsi, urobieni, bo wpasowani w za ciasny kostium zdeformowanego kapitalizmu już od pierwszego dnia i nie wiedzący nawet, że to nie jest normalne. 
 
Pracują dużo lub o wiele za dużo, ale czasem nie pracują wcale, bo tej pracy dla nich nie ma. Ledwie wiążą koniec z końcem za trzycyfrowe wypłaty lub inkasują co miesiąc grube tysiące nie mając nawet kiedy ich wydać, bo oddający za nie swój czas, młodość, rodzinę, marzenia. Godzący się na utratę swoich praw i swojej  godności w imię przetrwania lub w imię utrzymania wysokiego standardu. Ci po studiach i ci po podstawówkach. Maklerzy, portierzy, drobni przedsiębiorcy, sprzedawcy, sprzątaczki, pracownicy produkcji.
Urobieni zniewoleni i urobieni dopasowani. 
 
Jestem jednym z nich. Urobionym. Dziś siedząc na katowickim dworcu kolejowym za przykurzoną budką z fastfoodem jak za ucieleśnieniem nowej Polski, która adoptowała mnie w 1989 roku opowiadam o swoim życiu i słuchając sam siebie przechodzę przez nie po raz drugi. Nie jest to łatwe, bo człowiek, do którego mówię, jest już z innego pokolenia i pewne sprawy dla mnie oczywiste widzi inaczej. Ale ma to i swoje dobre strony, bo właśnie jego reakcje powodują, że sam w kilku momentach spoglądam na swoje doświadczenia z dystansem. Nie próbuję nawet jak początkowo miałem ochotę się usprawiedliwiać, kreować, korygować. Po prostu opowiadam. Rozmawiamy tak bardzo długo. Przechodzę jeszcze raz, prawie jak na Sądzie Ostatecznym długą drogę od normalności do współczesności.  Tuż obok pulsuje świat, przebiegają ludzie, odjeżdżają i przyjeżdżają pociągi, zmieniają się godziny. Mówię, mówię, mówię. Wreszcie wstajemy, podajemy sobie dłonie i żegnamy się. Schodzę w ciemność do podziemnego przystanku, skąd zabierze mnie do domu ten sam od lat żółty autobus.  
 
Więc to już? Wszystko?
Nawet nie byłem na peronie.
 
---
 

Urobieni, to książka, w której dziennikarz TVN-u Marek Szymaniak opisuje życiorysy tych, którzy w zderzeniu ze współczesnością rynku pracy przegrali. To grupa bardzo różnych osób z różnymi charakterami, wiekiem, pozycją społeczną czy wykształceniem. Ich przegrana także bywa różna. Jedni stracili pracę, inni pieniądze, jeszcze inni godność, a wcale niemała część życie prywatne. Ich reakcje na to również były odmienne. Spotkamy tam tych, którzy się pogodzili i poddali, tych, którzy nigdy nie zaprzestali walki, takich, którzy postanowili zacisnąć zęby i wyciągnąć z realiów ile się da i wreszcie, czemu nie ma się co dziwić, tych, którzy zdecydowali odwzajemnić się codzienności pięknym za nadobne i spróbować oszukać ją choć trochę w zemście za to, że ona oszukuje ich. Ale to nie te konkretne osoby są tu sednem. Ta książka to przede wszystkim obraz ostatnich 28 lat polskiej historii, który powinni poznać i przemyśleć ci wszyscy, którzy uważają, że podczas tak zwanej transformacji przegrali tylko ci, którzy nigdy nie spróbowali zrobić niczego, by się zmienić. Jedna z tych opowieści jest o mnie.
 
PREMIERA 27 CZERWCA 2018

 ---
 
 
 

sobota, 19 maja 2018

Raport służbowy

Pamiętam doskonale dzień w którym po raz pierwszy w życiu ubierałem na swój portierski dyżur irytujący mnie wcześniej u innych firmowy czarny mundurek. Był nowy, pachnący, ładnie zaprasowany, świetnie skrojony (nie twierdzę, że od Hugo Bossa, ale skrót nazwy firmy pewne historyczne skojarzenia budził)  i po prostu dodający męskości. Dopiąłem ostatni guzik i niepewnie spojrzałem w lustro...
 
O Boże...
Wyglądałem świetnie!
 
Oto ja, pierwszy w naszej uczelni, którzy podjął na wszystkich możliwych frontach walkę przeciwko przekazaniu cywilnych portierów do jakiejś tam ochrony, także pierwszy założyłem ochroniarski uniform, gdy już stało się jasne, że ani związki zawodowe ani nasi przełożeni palcem nie kiwną by przeciwstawić się decyzji "żelaznej kanclerz". Wczoraj biegałem po kampusie z listami zbiorowymi, wysyłałem petycje do mediów, ministerstw, Inspekcji Pracy i kogo tam jeszcze, tłumaczyłem, wyjaśniałem, pobudzałem do walki, a dziś szedłem wyprostowany po korytarzu napawając się stukotem butów...
 
Zdziwione a częściej zgorszone wręcz miny i komentarze moich koleżanek i kolegów rekompensowało mi w dużej mierze nagłe po "zmilitaryzowaniu" przejście z odwiedzającymi uniwersytet policjantami z dzień dobry na cześć oraz wcale głośne westchnienie pewnej ładnej pani, gdy zobaczyła mnie któregoś wieczora w niebieskiej koszuli poprawiającego na jej widok krawat. Marsowa mina, surowy głos, sztywniejsza postawa, stopniowo rodzące się przekonanie o posiadaniu jakiejś wyimaginowanej władzy. Zachorowałem.
 
Setki tysięcy koleżanek i kolegów po fachu przechodziło to wcześniej lub przechodzi obecnie, a nie ma się co łudzić, że na nich historia się zakończy. Choroba pagonowa jak ją sobie nazwałem będzie trwała jeśli nie zawsze, to przynajmniej dopóty, dopóki istnieć będą miejsca w których choćby najmniejszą władzę nad innymi otrzymywać będą osoby, które nie mają władzy nad samym sobą. Każdy z nas spotkał w swoim życiu takich "zainfekowanych". To, żeby trzymać się tylko ochrony, ci na przykład portierzy, którzy gonią po parkingach, galeriach handlowych czy szkołach z nieśmiertelnym jak sama branża "Eeee, kolego! Tam nie wolno!", to także ci, którzy próbują nam grozić, gdy nie mają do tego podstaw, szarpią się z nami, krzyczą, wchodzą w niepotrzebne dyskusje, a jednocześnie nie potrafią czegokolwiek wyjaśnić czy załatwić NAPRAWDĘ. To wreszcie i przede wszystkim jako ich najbardziej wyrazista medialnie i skondensowana forma słynny nocny portier z filmu Kieślowskiego, który zainspirował mnie do stworzenia tytułu tego bloga.
 
Można powiedzieć, że jak każda choroba i ta ma swoje stadia. Gdy wczorajszy hydraulik albo kierowca dziś w mundurze twierdzi, że przyczepa kempingowa to posterunek a spacer wokół budowy i obsikanie drzewa w kącie to patrol, możemy mu to wybaczyć. Gdy wściekły emeryt tłumaczy nam wymachując rękami, że tu parkować nie wolno - także, bo tutaj w każdym przypadku granicą jest zwyczajna ludzka kultura a punktem odniesienia konkretna sytuacja. Nasza i jego. Są jednak przypadki bardziej delikatne, a zarazem groźniejsze.
 
Mężczyzna sprawdza detektorem dziesiątki osób wchodzących i wychodzących z pewnej instytucji. Czasem gdy jest zmęczony sprawdza wyłączonym, żeby było szybciej. Większość i tak tego nie zauważy. Czasem go włącza i kontroluje naprawdę. Ludzie wyjmują wtedy pęki kluczy, portfele, telefony i co tam ciekawego mają. Unoszą lekko ręce i sprawdzani są po raz kolejny. I następny, i dalej. Taśmówka.
 
Pusty korytarz, ładna, młoda dziewczyna. Detektor jakimś cudem włączony. Piszczy. Komuś innemu nasz bohater poleciłby wyjąć zawartość kieszeni i sprawdził go jeszcze raz. Jej, na oczach kilku obojętnie pracujących niedaleko mężczyzn poleca zdjąć sweterek i podnieść ręce do góry. Nie jak reszta petentów, o trzydzieści centymetrów od ciała, ale wyprostowane, wysoko nad głowę. I jeszcze stanąć z boku, blisko, bliziutko...
I nie komentować, skoro inni nie komentują.
 
Ochroniarz? Portier? A skądże!
Cieć.
 
***
 
Moja choroba pagonowa zaczęła się i skończyła dawno temu na poczuciu wyprzystojnienia po założeniu mundurka. Jakieś tam miny i ton głosu na szczęście nigdy nie przeszły na jakość i technikę mojej pracy. Mimo zmilitaryzowania nadal pisałem skargi na łamanie prawa, wydawałem gazetki, walczyłem o sprawiedliwość. Dziesiątki osób mogłyby to potwierdzić. Na każdym z wielu obiektów jakie w swojej karierze poznałem słyszałem pochwały. Za skuteczność, kulturę i samodzielność, nie za wymądrzanie się i pomiatanie innymi. Tym samym, mimo, że od 2016 roku jestem już kimś innym, to duchowo zawsze już będę portierem. Jedynym który rzeczywiście zaistniał w Internecie i tym, który słówko Portier wprowadził do Wikipedii. To zobowiązuje.
 
Odnalazłem przełożonego tego pana w miejscu które tego dnia odwiedziłem. Złożyłem na niego oficjalną skargę. Mam nadzieję, że zaboli.
 
Ma boleć, cieciu!


EPILOG Z CZERWCA 2018

Obecnie służbę pełni obsada damsko męska. Mężczyzna ma prawo kontroli tylko mężczyzn, kobieta, tylko kobiet. Nieskromnie uważam, że zmiana ta nie nastąpiłaby bez mojego udziału...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Tyle samo prawd...

Czasem w życiu bywa tak, że słyszy się bicie własnego serca, a może zresztą bardziej nawet odczuwa niż słyszy. Świat zwęża się wtedy niemalże do jednego zmysłu, jak w sytuacji ekstremalnego zagrożenia, nawet, jeśli to zagrożenie realnie nie istnieje, a jest tylko mglistą obawą przed nim. Tak właśnie czuję się dziś. Stoję opierając się lekko rękami o śliski blat stołu. Ponad przerastającym wszystko oceanem szumu w mojej głowie unosi się ostatnia cienka nitka realności po której płynie do mnie głos odczytujący zdania na które czekałem wiele miesięcy, a których nie wiedzieć czemu zacząłem się bać ledwie kilkadziesiąt minut temu...
 
...uznaje, że w wymienionym okresie był zatrudniony na umowę o pracę...
...zasądza...
...bez wątpienia...
...czynnik ekonomiczny nie uzasadnia stosowania takich rozwiązań wobec pracowników...
 
Fala nagle opada, szum ustępuje, serce wraca na swoje miejsce. Nie, to mi się nie śni. Wygrałem. Spoglądam na ławkę naprzeciwko. Moja dawna "władza najwyższa" z miną skrzywdzonego dziecka, nie wierząca w to co słyszy, zirytowany i jakby skulony jej prawnik całym sobą mówiący "nieważne, chodźmy stąd i przygotujmy PRAWDZIWY odwet", jego podobnie zagubiona koleżanka, jakaś nieznana mi pani na widowni. A sędzia spokojnie wygłasza kolejne zdania... Uśmiecham się. Przecież ten "czynnik ekonomiczny nie uzasadniający takich działań" to moje własne słowa sprzed kilkunastu minut. Dziwnym trafem po raz już drugi w życiu moje słowa trafiają do wyroku sądu pracy. Kiedyś było to w sprawie mojego kolegi zdanie "przełożony to nie tylko osoba wydająca polecenia, ale przede wszystkim MAJĄCA PRAWO wydawania poleceń". No bo czyż nie tak właśnie jest? Nie chwaląc się zresztą, to akurat zdanie było jednym z punktów które pozwoliły mu wygrać wtedy z pracodawcą wystawiającym umowy o dzieło zamiast o pracę.

Czego się zatem bałem, skoro prawda jest tylko jedna?

Nie wiem. Może dlatego strach był większy.

Prawie dwa lata temu, o wiele za późno, złożyłem skargę do Inspekcji Pracy na firmę w której byłem podówczas zatrudniony na umowie śmieciowej i za śmieciowe pieniądze. Kiedy dziś sięgam pamięcią do tych dni, w zasadzie trudno jest mi ocenić co miało tu znaczenie decydujące, ale najprawdopodobniej był to jakiś drobiazg, który po prostu przepełnił przysłowiową czarę goryczy. Wniosek trafił więc pocztą do PIP, a sama inspekcja w kilka tygodni później pojawiła się w moim zakładzie. Przewertowano tomy akt osobowych, przesłuchano kilkunastu przypadkowych ochroniarzy, potem mojego kierownika, jego szefa i wreszcie gdzieś między pomiędzy, oczywiście niby to przypadkiem, mnie. Inspektor po przeanalizowaniu dokumentacji, sytuacji na obiektach oraz zeznań pracowników bez cienia wątpliwości uznał, że stosunek łączący mnie z firmą jest stosunkiem pracy, nie umową cywilnoprawną. To samo orzeczono wobec każdego z przesłuchiwanych w trakcie kontroli moich kolegów. Jedno tylko wyglądało inaczej. Poza pewnym emerytem, któremu jak sam stwierdził aż tak na tej pracy nie zależało oraz mną NIKT inny nie zgodził się na podpisanie w protokole stwierdzenia, że nie akceptuje obecnej formy zatrudnienia i domaga się umowy o pracę.  Nie oceniam tych ludzi, ponieważ w dużej mierze ich rozumiem, ale przypomnieli mi się, gdy pewna osoba twierdziła potem w sądzie, że na grube setki pracowników takich jak ja "zbuntowanych" można by przez lata policzyć na palcach jednej ręki...

Po kontroli inspektorzy nakazali mojemu pracodawcy natychmiastową zmianę formy mojego i moich kolegów zatrudnienia, co ten oczywiście (?) zignorował. Prawnicy z PIP-u zajęli się zatem sporządzeniem pozwu do sądu. Mój udział w tym, to kilkustronicowe zeznanie, przygotowane zresztą samodzielnie przed spotkaniem z inspektorem, w którym to piśmie zawarłem wszystkie swoje usystematyzowane już wtedy pretensje i argumenty co do warunków zatrudnienia i płacy oraz kilka dodatkowych smaczków obrazujących jak firma podchodzi do poszanowania prawa w ogóle.

Około roku temu rozpoczęła się wreszcie sprawa sądowa. Przesłuchiwano w jej trakcie moich kolegów z obiektu, kierownika, dyrektora, a wreszcie samą wierchuszkę z zarządu i last but not least mnie. Padały różne słowa, od takich które świadomie lub nie wpasowywały się  moją narrację poprzez te zwyczajne, zwyczajnie również jej zaprzeczające, aż po takie po których włosy stawały dęba, gdy się miało świadomość, że są co najmniej dalekie od rzeczywistości a mimo to wygłaszane bez cienia zażenowania. Dla mnie jednak najdziwniejszym było coś innego. Oczywiście w sądach, także sądach pracy, bywałem już w życiu parokrotnie, ale jakoś zawsze wcześniej moje zeznania to było coś w rodzaju "niech świadek opowie...", a więc po prostu opowiadałem. Tutaj głównie odpowiadałem na pytania i to pytania czasem mające mnie urazić, obrazić lub zirytować. Byłem także łapany za słowa, wciągany w pułapki i atakowany na różne sposoby w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób. I to ani łatwe ani miłe nie było, ale zaręczam że odwdzięczałem się potem pięknym za nadobne określając pewne działania mojego eks pracodawcy wprost takimi za jakie je uważałem, a to na pewno bolało.

Nie opiszę tu szczegółów ponieważ ani nie chcę, ani mi jeszcze nie wypada, ani nawet nie o nie chodzi. Opowiadam za to z grubsza o całej historii, gdyż ważniejszym w niej jest to, jak właściwie sprawa toczyła się od momentu gdy zebrałem się w sobie by zawalczyć z dotychczasowym zakładem pracy, aż do chwili gdy usłyszałem korzystny wyrok sądu. Cóż, jak widać, nie było tam niczego co byłoby nie do przejścia dla średnio rozgarniętego Kowalskiego. Tym bardziej, że rozpoczęcie od kontroli PIP dało mi także wsparcie prawne, oczywiście darmowe, na każdym etapie sprawy (i rozprawy) a także zdjęło ze mnie obowiązek sformułowania pozwu, któremu pewnie bym podołał, ale jednak nie z takim profesjonalizmem jak fachowcy dla których to codzienność.

Czy to więc już koniec? Czy mam świadectwo pracy, nową umowę i kilkadziesiąt tysięcy złotych w kieszeni?
Nie.

Bez wątpienia moi adwersarze odwołają się jeszcze a walka potrwa dłużej. Jestem na nią gotowy. Myślę, że teraz znacznie bardziej niż na początku.

Chciałbym, żeby tak samo jak ja dwa lata temu, ale przede wszystkim jak ja dziś, pomyślały w podobnej sytuacji setki tysięcy ludzi, którzy w imię posiadania jakiegoś tam zatrudnienia godzą się na warunki krzywdzące ich lub przynajmniej umniejszające to, co im się z mocy prawa należy.

Owszem, życie to nie film. Każdy czasem się boi, każdy zająknie, pomyli słowa, wpakuje na minę ku radości przeciwnika. Mało który też portier czy sprzątaczka znają na wskroś prawo pracy i fachową terminologię. Ale prawda jest jedna. Tylko jedna. Zdrowi i silni czy pokiereszowani codziennością na śmieciówkach musimy mieć odwagę o nią walczyć, skoro innym nie brakuje odwagi by ją wypaczać na swoją korzyść.
 
 

sobota, 3 marca 2018

Bałagan na kółkach

Każdy autobus naszego głównego miejskiego przewoźnika, czyli PKM Katowice jest codziennie myty i sprzątany według ściśle określonych zasad. Nie wchodząc w drobiazgowe opisy można powiedzieć najprościej, że po zjeździe z  trasy i zatankowaniu na następny dzień najpierw myje się taki wóz częściowo automatycznie, częściowo ręcznie z zewnątrz, a potem do środka wkracza wyposażona w odkurzacze i szczotki brygada i bierze się za to, co dla nas, pasażerów, najważniejsze, czyli siedzenia, uchwyty, podłogi i (to już nie codziennie) okna. Kiedy jednak na dworze jest duży mróz sprzątanie ogranicza się do zamiatania, odkurzania i ewentualnie zupełnie podstawowego przecierania. Autobusu z zewnątrz się wtedy nie myje. Wystarczy przyjrzeć się prywatnym samochodom jeżdżącym po Katowicach na przykład w mijającym tygodniu, kiedy temperatury dochodziły nocami do  dziewiętnastu kresek na minusie, aby dostrzec, że nie tylko PKM tak robi. A zatem okej, nie mamy  co mieć pretensji, bo przecież jest to podyktowane troską o pojazd, któremu podobnie jak nam kąpiel a potem "wyjście na dwór" mogłoby zaszkodzić. Ale, proszę państwa, jedno jednak muszę dodać zastrzeżenie. Przyglądając się kilka lat temu wielokrotnie jak to wszystko wygląda w praktyce, nigdy, podkreślam to, nigdy nie zauważyłem aby niezależnie od pogody dopuszczono do wyjazdu takiego brudasa, jak ten na zdjęciach poniżej.
 
Autobus linii 292 w piątek drugiego marca. Według informacji ze strony KZK GOP operatorem świadczącym usługi na tej trasie jest prywatna firma pana Krzysztofa Pawelca z Pacanowa.
 
Nie mam co prawda zdjęć z zewnątrz, ale te wewnętrzne doskonale pokazują w czym rzecz. Przez wszystkie szyby wozu poza tymi w szoferce nie widać dosłownie nic. Brud, błoto, sól, Bóg wie co tam jeszcze. Takiego, proszę wybaczyć, SYFU, nie widywałem nawet za głębokiej komuny. A gdy na dodatek tuż za tym czymś na przystanek podjeżdża żółciutka "12" z PKM-u - czysta od kół po dach, to już naprawdę trudno się nie zirytować...
 
 
 
 
 
 

sobota, 27 stycznia 2018

Ciemna strona szlabanu

Historia do której odnosiłem się w poprzednim wpisie otrzymała właśnie zaskakujący dalszy ciąg. Aczkolwiek ani o jotę nie zmienia on mojej opinii o outsourcingu i jego skutkach, w tym przede wszystkim stwierdzenia, że skoro szpital potrzebuje obsługi portierskiej, to i szpital powinien takową zatrudniać, to jednak ma jeszcze jedno, głębsze dno, ponieważ pokazuje pośrednio jak manipulują nami media.
 
Okazało się właśnie, że to nie do końca lekarz był bohaterem a portier złym duchem, że też nie do końca jeden chciał i prosił a drugi odmawiał i ignorował, i wreszcie niestety, że tzw. parcie na szkło pierwszego było wprost proporcjonalne do wycofania drugiego. Brutalne słowa jakie pojawiły się potem w komentarzach, żałosne sondy, takie jak ta którą skopiowałem ze strony Faktu i wszechobecna fala krytyki zasłoniły drobiazg, że samego portiera do pewnego momentu nikt o sprawę nie zapytał. Ba! Jego własna firma w żenującej nadgorliwości od razu zarzekła się, że zostanie ukarany. WIEDZĄC jak się teraz okazuje, że był niewinny! Trudno w tej sytuacji nie stwierdzić, że karą (niezasłużoną) jest dla niego już sam taki właśnie pracodawca.
 
Ale do rzeczy. We wczorajszym reportażu TVN-u wyjaśniono wreszcie, że parkingowy NIE MIAŁ TECHNICZNEJ MOŻLIWOŚCI OTWARCIA SZLABANU od niewłaściwej strony, gdyż odpowiednie czujniki były tylko od wjazdu , nie było ich zaś, ani innego sposobu otwarcia blokady od wewnątrz, a przynajmniej nie przez portiera znajdującego się na miejscu. Mógł to zrobić drugi, z innego posterunku, ale po odpowiednim zgłoszeniu. Tego zgłoszenia nie otrzymał, ponieważ lekarz zdążył już szlaban wygiąć.
 
Smutne to wszystko, naprawdę. Mamy tu i obłudę i kłamstwa i medialny lincz. A teraz dla odmiany ckliwą historyjkę broniącą niesłusznie oskarżonego człowieka. Problem w tym że jedno i drugie pisane tym samym piórem. Wszystko dla kliknięć, bo dziś tylko one się liczą. Zamiast obiecywanej tyle razy "całej prawdy, całą dobę"...
 
 
 
=====================================
Winny jest portier.
 
Jak można tak hejtować niewinnego portiera?!
 
====================================
 
 
 
 ====================================







 
 

niedziela, 21 stycznia 2018

Szlaban na outsourcing!

Nagłówek tekstu ze strony Faktu
------------------------------------------------ 
Kilka dni temu media obiegła wiadomość o wydarzeniu które miało miejsce piętnastego stycznia na przyszpitalnym parkingu w Zielonej Górze. Oto lekarz wyjeżdżający karetką do pilnego wezwania zmuszony był do wyłamania szlabanu, ponieważ portier odmówił otwarcia go jako służącego wyłącznie do wjazdu, a nie wyjazdu z terenu szpitala. Ocena tej sytuacji wydaje się z pozoru prosta: całą winę ponosi jakiś bezmyślny parkingowy, nieprawdaż?
Ano, moim zdaniem, NIE. 

Zacznę od przypomnienia kolejności zdarzeń. Piętnastego stycznia około godziny 14 karetka otrzymała zlecenie pilnego wyjazdu zaraz po tym jak dowiozła innego pacjenta na izbę przyjęć. Pomocy potrzebowała kobieta, którą kilka dni wcześniej wypisano ze szpitala. Jej stan był teraz poważny, liczyła się każda minuta. Załoga zdecydowała zatem aby dla skrócenia trasy wyjechać bramą wjazdową, czyli pod prąd, i dzięki temu także ominąć korki na pobliskim skrzyżowaniu. Po dojechaniu do szlabanu okazało się jednak że portier odmawia jego otwarcia i kieruje auto do zwykłego wyjazdu ignorując informację od lekarza o powadze sytuacji. Po kolejnej próbie polubownego załatwienia sprawy, w tym argumentacji, że przecież po godzinie 22 i tak ten wjazd jest stale otwarty, lekarz zdecydował się wyłamać (a właściwie wygiąć) szlaban i przejechać mimo ostrzeżeń, że poniesie koszty swojego działania.

Oczywiście jak można się było spodziewać na głowę portiera posypały się gromy. Media, czytelnicy, widzowie, przedstawiciele szpitala i nawet firma w której pracował jęli prześcigać się w udowadnianiu swojej rzekomej "papieskości".  Po czymś takim nie dziwi wynik sondy na stronie Faktu, w której 94% respondentów z ponad tysiącstuosobowej grupy uznało za słuszne ukaranie za całe zajście parkingowego i tylko jego. Zresztą już to przyobiecał także pracodawca owego pana zapowiadając jego upomnienie i przeniesienie na inny obiekt.



I tak właśnie uspokaja się zbiorowo sumienie tych, którzy są w tej i setkach podobnych, choć na szczęście najczęściej mniej dramatycznych sytuacji winni naprawdę, nawet jeśli nigdy ani wspomnianego pana ani jego szlabanu na oczy nie widzieli.

Pozwólcie Państwo, że do sprawy podejdę szerzej. Winnym numer jeden jest tu według mnie nie portier, a szpital, ten konkretny z naszej historii, ale i każdy inny, generalnie cała służba zdrowia i nawet nie tylko ona. A razem z nimi modne słowo outsourcing, którym maskuje się robienie taniej i gorzej czegoś, co powinno być robione drożej i lepiej, aby móc uznać, że jest robione w ogóle!

Od lat panuje w Polsce moda na zewnętrzne firmy różnego rodzaju. Są one w powszechnym mniemaniu tańsze, bardziej elastyczne, zdejmują ze zleceniodawców część obowiązków niezwiązanych z sednem ich działalności, a do tego pozwalają zaoszczędzić na składkach na PFRON, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w branży ochrony mienia i czystościowej są zakładami pracy chronionej. O tym, że taka ochrona czy sprzątanie jest wykonywane gorzej, nierzadko na umowach śmieciowych, z naruszeniem norm godzinowych itd. itp. prawie się nie wspomina. O tym, że generalnie przygotowanie fachowe pracowników w firmach tego typu, także innych branż, jest słabsze niż potencjalne u bezpośredniego pracodawcy, również. A już fakt, że gdzieś w biurowcu widzimy po raz dziesiąty w danym roku nowego portiera chyba nikomu absolutnie nie przeszkadza, mimo że w wyniku tej zmiany on nic nie wie, a za to ten, który odszedł, wie aż za dużo. Także o nas, ale któżby tam nad tym myślał...

Kwestia druga to więź z firmą. Takie niby komunistyczne coś, co się dzisiaj zamienia w lukrowane obłudą wyjazdy integracyjne a co guzik ma ze swoim pierwowzorem wspólnego, bo zwyczajnie nie działa. A szkoda, bowiem nie ma i nigdy nie będzie lepszego pracownika od tego, który swoją pracę, swój zakład, po prostu lubi i szanuje. Nie rozumiała tej prostej zależności na przykład jedna z moich dawnych pracodawczyń - "żelazna" kanclerz SUM w Katowicach  - pani Bernadeta Kuraszewska, gdy w 2007 roku jednym pociągnięciem pióra pozbyła się sprawdzonych przez nierzadko dziesięciolecia i oddanych całym sobą ponad stu portierów na rzecz pseudoochroniarzy, dla których uczelnia była tym samym co wcześniej budowa a później kopalnia czy baza autobusów. I którzy także za ewentualne błędy niekoniecznie bać się musieli zwolnienia a co najwyżej przeniesienia, które i tak było dla nich codziennością. Czy taki człowiek się angażuje? A czy się identyfikuje, utożsamia w miejscem w którym pełni służbę? Wolne żarty.

Winny numer dwa to śmieciodawcy. Nieważne czy z firm ochrony osób i mienia, okołoprodukcyjnych, sprzątających czy np. tylko obsługujących parkingi. I nawet nieważne czy faktycznie zatrudniający na zleceniach. Firmy, które nie są prawdziwymi pracodawcami, a tylko handlarzami.  Przez szacunek do samego siebie jako jednego z ich dawnych śmieciobiorców napiszę tylko, że handlarzami pracowników.

Fabryka. Ubranie, skierowanie do pierwszej z brzegu brygady, praca. Powiedzmy do śniadania wolniej, żeby się wprawić, a potem już norma.  Ochrona. Mundur, pokwitowanie szkolenia BHP, adres obiektu i nieśmiertelna dniówka z "panem Zdziskiem, co to wszystko wie". Sprzątanie. Ciuchy, adres i "pani Jola pani pokaże". I włóczą się takie zombi rynku pracy od Annasza do Kajfasza, ciągle licząc na to że Zdzisek i Jola wytłumaczą tak, żeby nie było wpadki. Bo firma nie ma przecież czasu na takie drobiazgi jak prawdziwe szkolenie stanowiskowe, ale za to ma dla nas np. 9,70 netto. A jeszcze półtora roku temu bywało, że 3,70 zł wraz z umową w której zrzekamy się składek na ZUS.
Handlarze, nie pracodawcy.

Rok temu, w styczniu 2017 roku udzielałem wywiadu na temat moich doświadczeń w ochronie. Usłyszałem w nim pytanie, które mnie autentycznie oszołomiło. "Jak wygląda szkolenie ochroniarza?"
Szko...co???

Nie ma szkoleń. Nie ma personalizacji pod dany obiekt, nie ma wpajania pewnych ogólnych wzorców zachowań, umiejętności kojarzenia faktów, obserwacji, sposobu prowadzenia rozmów, samodzielności działania itp. Jest tylko "pan Zdzisek". To z jednej strony. W środku mamy zakres obowiązków. Najczęściej ogólnikowo wazeliniarskie brednie pisane masowo pod wszystkie obiekty danej firmy z tylko dokładanymi lub odejmowanymi kilkoma zdaniami dla pozorów. A na drugim biegunie czeka na nas katalog kar, często nielegalnych z punktu widzenia Kodeksu Pracy, za najdrobniejsze uchybienie w rodzaju braku krawata albo plakietki.  Kto wie czy czasem i za wypuszczenie kogoś bramą do wjazdów także czegoś nie wymyślono. Bo takie to bywają realia w bagnie zwanym outsourcingiem.

Dwa przykłady z dziesiątków z mojego życia:
Przełożona ustawiła mnie kiedyś do pionu i to w dość ostrych słowach, ponieważ za własne pieniądze odesłałem listem poleconym znalezioną w śniegu przed budynkiem dokumentację medyczną osoby z innego miasta. Pani kierownik chciała, żeby owa dokumentacja trafiła do jej szuflady, bo może ktoś się zgłosi! A jeśli się nie zgłosi, to trudno.

Inna firma, inny czas. Wezwałem pogotowie do leżącego na trawniku przed pobliskim marketem pijanego, który mógł umrzeć w upale, a obok którego przejeżdżało ileś samochodów i przechodziło obojętnie iluś pieszych.
-A co pana obchodzi co się dzieje za płotem? Przecież to nie nasz teren? - usłyszałem.

I jeszcze jedno na dobitkę. Pracowałem w swoim życiu jako ochroniarz na kilkunastu bardzo różnych obiektach w trzech firmach, a w czwartej zacząłem, ale zrezygnowałem. KAŻDA z tych firm łamała polskie prawo. Nie tylko pracy, bo chociażby fałszowanie dokumentów albo oszukiwanie ZUS-u to raczej kryminalka na poważnie. Ale te firmy nadal działają i nadal też mają klientów. Bo tak to już jest, że czasem wolimy być ślepi.

Nie wiem i wcale nie twierdzę, że taka też była na przykład firma zatrudniająca "pana od szlabanu", ale po raz któryś powtórzę - outsourcing to zawsze gorsza jakość faktyczna, nawet jeśli cena i organizacja z pozoru są lepsze czy lżejsze. Tam po prostu nie ma miejsca na profilowanie pracownika tak, jak to się dzieje z natury rzeczy u normalnego pracodawcy, którym, wracając do naszej historii powinien być szpital. Amen.

Czy zatem wreszcie uważam, że nieszczęsny parkingowy jest bez winy? Nie. Uważam, że powinien otworzyć szlaban, ale rozumiem dlaczego go nie otworzył. Moja kartoteka znaleziona w błocie też powinna trafić na zawsze do biurka mojej kierowniczki, a pijany mężczyzna któremu pomagałem miał tam leżeć, bo był poza terenem. Zrobiłem dobrze, ale łamiąc zasady swojej pracy. On także miał je złamać, ale wolał się ich trzymać. I ja go rozumiem. Spróbujcie choć trochę zrozumieć i Wy, drodzy czytający.

"To jest wjazd i tylko wjazd. Nie wolno panu nikogo tędy wypuszczać, zrozumiano?"

"Jak to odesłał pan kartę poleconym? Kto panu pozwolił?

"A co pana jakiś pijak na trawie obchodzi? To poza terenem firmy!"
 
 
POST SCRIPTUM
 
1. Pytanie do 94% uznających portiera za winnego. Któż byłby winnym, gdyby karetka wyjechała po otwarciu szlabanu wprost na rozpędzoną inną, jadącą NORMALNIE do szpitala?
 
2. Wjazd na parking po 22 jest do rana otwarty, ale czy to oznacza, że staje się wtedy dwukierunkowy? Raczej  nie,  jak widać dość wyraźnie na zrzucie z Google Street View.
 
 
 
---
 
 
Linki
 
Artykuł na stronie Onetu (proszę zwrócić uwagę na to jak pomieszano w nim opis sprawy)

wtorek, 28 listopada 2017

Biedny złodziej

Nawet wśród najbardziej radykalnie nastawionych przeciwników obecnej władzy trudno by było znaleźć niedostrzegających rewolucyjnej dla polskiego rynku pracy zmiany, jaką są stawki minimalne dla umów zleceń. I także nikt nie zaprzeczy, a nie kryję, że piszę to z satysfakcją, iż Platforma Obywatelska przez wszystkie lata swoich hurraoptymistycznych rządów nawet nie spróbowała ucywilizować patologii jaką były płace czasem w wysokości 3,60 zł netto za godzinę obowiązujące dla niektórych jeszcze rok temu.

Oczywiście stawka minimalna nigdy i w żadnym kraju nie będzie stanowić dochodu satysfakcjonującego i pozwalającego funkcjonować na miarę pełni potrzeb, ale by zrozumieć (dobrą) zmianę jaka się dokonała pomiędzy grudniem 2016 a styczniem 2017 wystarczy porównać płacę, która dla osoby wykonującej swoje obowiązki (na śmieciówce) przez 168 godzin w miesiącu wyniosłaby odpowiednio 604* i 1629** zł netto. Myślę, że jakikolwiek komentarz na temat tych kwot jest zbędny. 

Ludzi zarabiających minimum jest w Polsce bardzo dużo, ale niestety mało się o nich mówi i też rzadko który z tego grona sam ma moc, aby się gdziekolwiek ze swoimi problemami przebić. Może więc tylko przypomnę, że najniższe dochody jako standard, to domena nie tylko jak się powszechnie sądzi branży ochrony mienia czy usług czystościowych, ale także bardzo często produkcji czy wszelkich innych prac najogólniej określanych mianem pomocniczych, od wykładaczy towarów, roznosicieli ulotek aż po pracowników w teorii wykwalifikowanych, ale dopiero gdzieś zaczynających. A to wszystko, to już są grube setki tysięcy ludzi, by nie zaryzykować twierdzenia, że więcej.

I znów, podobnie jak z wspomnianymi ochroniarzami i sprzątaczkami popełnić możemy błąd, zakładając, że minimum to minimum, trudno i kropka, albowiem niestety Polak potrafi i czasem z tych prawem nakazanych stawek schodzi się jeszcze mocniej, cały czas zachowując pozory legalności. Pierwszym takim zejściem, a przynajmniej pierwszym, które ja zauważyłem funkcjonując na rynku pracy od kilku dziesięcioleci, były chyba umowy zlecenia na wypłatę nadgodzin. Poprzez stosowanie ich wypłacano pensję za dodatkowe godziny z etatu w formie gołej stawki za pracę świadczonej rzekomo dla innego niż główny pracodawca podmiotu. Osobną kwestią, a od połowy pierwszej dekady XXI wieku wręcz plagą są zlecenia na warunkach umowy o pracę, ale to w dzisiejszym wpisie aspekt, który choć bardzo znaczący, odkładamy na bok. Cóż zatem dalej z tym przebijaniem dna? Przykładów niestety jest wiele, często ekstremalnych***. W 2015 roku wielką popularnością cieszył się np. sposób "na malowanie trawy", czyli rozdzielanie pensji ze śmieciówki na dwie umowy, z których pierwsza była mikroskopijna, powiedzmy na 50 zł i do tego pod każdym względem fikcyjna, ale za to oskładkowana, zaś druga, faktyczna, zawierała klauzulę, że oto jej wykonawca nie chce mieć potrącanych składek, ponieważ takowe odprowadza już z innej umowy. Zgadnijcie Państwo której? Tak! Dziwnym trafem z tej symbolicznej! Dzięki takim to druczkom dziesiątki polskich firm oszukało ZUS nie odprowadzając doń należnych kwot, a dodatkowo tysiące pracowników tak samo (choć bez własnej winy) okłamało później Urzędy Skarbowe wypełniając PIT-y wg. danych z przekazanych im przez pracodawców rozliczeń. O wysokości ich emerytur za lat ileś wyliczonych z takich właśnie dochodów nawet nie wspominam. Historii podobnych do wyżej wymienionych jest zresztą wiele więcej i nie wszystkie dotyczą tylko najmniej zarabiających, choć jednak ich bez wątpienia częściej niż innych. Choćby popularne do dziś zatrudnianie na pensji minimalnej z wypłatą faktyczną, czasem bardzo wysoką, jak to się mówi pod stołem. Ot, Polska! Co do tego ostatniego przykładu, to dodać tu muszę, że szczerze wzruszyłem się, gdy jesienią ub. roku zaproponował mi takie właśnie warunki pracy pan, u którego circa 15 lat wcześniej pracował na identycznych mój dobry kolega... Kiedy zastanowić się ile to czasu minęło, ilu pracowników, ile zysku, a potem skonstatować, że cały proceder toczy się nadal bez przeszkód, to naprawdę ręce opadają...

Wydawać by się mogło, wracając do kwestii umów zleceń i stawek na nich, że po zmianach wprowadzonych przez PIS nie da się już płacić nikomu mniej niż 9,70 za godzinę. Że zwyczajnie nie ma już na to żadnego haka. O naiwności!

Krótko po wprowadzeniu nowych stawek głośne stały się przypadki w których np. sprzątaczka musiała "wynajmować" odkurzacz, ubranie robocze czy wiadro od firmy i płacić za nie "raty", a gdzie indziej za spóźnienie czy inne drobne przewiny karano potrąceniami rzędu 200 zł, co we wszystkich przypadkach skutkowało tym samym - zejściem stawki godzinowej do poziomu poniżej minimum, mimo, że de iure owo minimum jak najbardziej było wypłacane. Ale to i tak nie koniec. Kilka miesięcy temu zetknąłem się na przykład z firmą, w której stawka naliczana była między innymi za... wygląd. Tak! Szef tejże argumentował w rozmowie ze mną, że przecież "tamten jest stary i ledwo łazi" a "ten znów niewyraźnie mówi" no i jakże on by miał im dawać (!) aż 9,70? Więc wypłacał zależnie od gustu po 8 czy 9 zł na przykład. Jak? Prosto. Albo co innego każąc podpisywać a co innego wypłacając do ręki (w sensie dosłownym, żeby nie było śladów) albo, częściej, zwyczajnie zaniżając liczbę godzin do ilości "tworzącej" jakby nową stawkę. W tym drugim przypadku ktoś pracował dajmy na to 180 godzin, wypłacano go ze 160 powiedzmy i tym samym nie miał już stawki z umowy, mimo... że ją miał.

I wreszcie wczoraj. Wczoraj odwiedziłem człowieka który poprzez popularny portal internetowy poszukiwał pracowników do zatrudnienia jak najbardziej na umowę o pracę. Na miejscu okazało się, że nie do końca, albowiem:
1. Okres próbny jest tylko na zleceniu, co samo w sobie jest niezgodne z prawem, i za najniższą stawkę, mimo, że specyfika pracy nie wiąże się z nabyciem jakichś szczególnych umiejętności po tym czasie a pracuje się pośród ludzi zarabiających dużo więcej.
2. Później, już będąc na etacie, świadczy się pracę średnio ok. 32 godziny miesięcznie ponad limit, ale nie ma się żadnych płatnych nadgodzin, tylko gołą stawkę godzinową jako jakiś fikcyjny dodatek.
3. Ubranie trzeba sobie (na zleceniu) albo samemu kupić albo wpłacić zań kaucję pracodawcy.
4. Miałbym dać słowo, że nie pójdę za dwa tygodnie na chorobowe.

"Bo przecież ja bym zbankrutował jakbym miał wszystko tak normalnie" rzekł pan ów na koniec naszej rozmowy.

Ktoś może zapytać teraz jakiż jest sens tego posta jeżeli zaczynam od radości ze zmian a kończę na smutku z trwania złodziejstwa, jakim jest ograniczanie pracownikom ich praw, które to złodziejstwo jak widać niestety wciąż ma się dobrze?

Sens ten sprowadza się do kwestii z powiedzenia o wędce i rybie. Wielu ludzi, którzy nigdy nie poznali uroków życia za grosze, uważa, że stawki minimalne (albo dodatek 500+, choć to zupełnie inna bajka) to tylko rozdawnictwo pieniędzy za nic, a upowszechniając takie mniemanie utwierdza w nim i beneficjentów tych zmian, którzy godzą się później płacić swoisty haracz od "luksusu". Haracz ze swoich praw, powiedzmy to jasno, w tym prawa do godnego życia. Tymczasem owe pieniądze to wędka. To krok do tego by pracownik był świadom wartości swojej i pracy którą wykonuje, a zatem nie tylko właśnie dostawał, ale także wymagał, stawiał warunki i działał dla ukarania łamiących prawo. Summa summarum, by zaistniał wreszcie w Polsce stan w którym pracodawca złodziej i pracodawca oszust są skazani w społeczeństwie na wieczną infamię, że już o odpowiedzialności prawno finansowej, jako czymś oczywistym, nie wspomnę. Rzecz w tym, że nie stanie się tak, dopóki ludzie, którzy wczoraj mieli mało a dziś mają lub potencjalnie mogą mieć trochę więcej, będą się tym "więcej" dzielić dla świętego spokoju z innymi, którzy na nich bezwstydnie żerują.



========================

* - stawka godzinowa netto 3,60 zł
** - stawka godzinowa netto 9,70 zł
*** - Z doświadczeń najbardziej absurdalnych. Spotkałem się w 2016 roku z firmą, która zatrudniała ludzi poprzez fikcyjną, istniejącą tylko na papierze, własną agencję pośrednictwa pracy, a nawet dwie takie agencje na dwóch osobnych umowach zleceniach, ale dalibóg nie wiem jaki był w tym jej zysk, choć jakiś był na pewno.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.