Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


środa, 26 czerwca 2013

Na web i na szyję

WYCIECZKA JEDENASTA: WILKOWICE - MAGURA - BYSTRA

Wilkowice-Bystra, a dokładniej stacja kolejowa o tej nazwie, podobnie jak Radziechowy-Wieprz współdzielona przez dwie odrębne gminy, to miejsce szczególne. Bez zbędnych dojazdów komunikacją miejską, przesiadek i poszukiwań można stąd zacząć nie tylko kilka różnych wycieczek w Beskid Śląski, ale i gdyby ktoś miał ochotę, wyruszając w przeciwnym kierunku, trafić do Beskidu Małego. Nie ma się wobec tego co dziwić, że pierwszym skojarzeniem, jakie już wiele miesięcy temu przyszło mi do głowy wraz z planem stopniowego poznawania coraz dalszych punktów na trasie linii kolejowej do Zwardonia była akurat ta miejscowość. I mało tego! Na przełomie marca i kwietnia, gdy mogło się jeszcze wydawać, że zima nigdy się nie skończy rozrysowałem sobie na jakimś karteluszku najprostszą z możliwych jak wtedy sądziłem, tę właśnie dzisiejszą trasę. Szybką, krótką i w gruncie rzeczy nieco ulgową. Ale za to idealną na wczesnowiosenne rozpoczęcie sezonu.
Czas pokazał jednak, że po pierwsze owo rozpoczęcie odbyło się gdzie indziej, bo w Radziechowach, po drugie zaś z pewnym pobłażaniem potraktowana marszruta z Wilkowic przeniesiona z kwietnia na czerwiec okazała się tą, która po raz pierwszy zmusiła mnie do wywieszenia białej flagi…
Ale zacznijmy od początku.
 
Nie wiem czy opowiadałem już jak to dawno, dawno temu wynalazłem Internet? Uhmm… Badania okresowe mam ważne, proszę nie robić takiej miny. Sam wynalazłem, nikt mi nie pomagał, ha ha ha. Otóż jako dzieciak wymarzyłem sobie urządzenie, coś na kształt dzisiejszego bankomatu, także jak on z wyświetlaczem, na którym po wetknięciu w odpowiednie miejsce monety lub banknotu będzie można przeczytać cóż też za nie dałoby się dostać. I oczywiście takie wybrane przez obsługującego przedmioty dostarczone zaraz jakimiś rurami wypadałyby potem z odpowiedniej klapki wprost do rąk! Mowa wtedy była rzecz jasna o takich najpotrzebniejszych sprawach, typu ciepłe (lub zimne) lody, miśki, pepsi, ciężarówa z przyczepą, scyzoryk czy sto plastikowych żołnierzyków (to ja chyba bardziej Allegro wymyśliłem niż Internet!), ale zostawmy to. Chodzi o pomysł, samą jakby to powiedział ze swoim cudownym akcentem towarzysz Gomułka „ideję”.
 
Albowiem ta to właśnie „ideja” staje mi znów przed oczami, kiedy nie całkiem dobudzony i niezupełnie jeszcze kompletnie ubrany kupuję bilet w góry. Ale nie na dworcu, skąd. W swoim pokoju, na swoim krzesełku, przed swoim komputerem. Wybieram, klikam, płacę szybkim przelewem i… włączam drukarkę. Jeszcze sekundka i oto jest. Science fiction w domu i zagrodzie.
 
A kiedy już się wydało bladym świtem plus minus piętnaście złotych, to jechać trzeba. Taka kupa szmalu nie może przepaść! No to jadę. Plecak, buciory, nóż, woda, apteczka, zestaw map, kanapki, czekolada, telefon, zapasowy telefon (dobry patent – polecam!), aparat fotograficzny i moro. Niestety nie Joanna, a tylko czapeczka. Wolałbym Joannę… yyy… nieważne.
 
Każda z moich wycieczek, o czym już kiedyś pisałem, zaczyna się podobnie. W drodze na stację jestem na nie. Może pogoda się popsuje, może lepiej było poleżeć w domu skoro jest okazja, może za biedny jestem na taką turystykę (jestem, ale to inna kwestia), ble ble ble. To stadium kończy się jednak dosyć szybko, bo już przy wejściu do wagonu. Sadowię się w miękkim fotelu, wtulam w zagłówek, rozkoszuję ciszą, prędkością i… klimatyzacją, a potem zaczynam odpływać. Ciężko jest może osiągnąć ten stan w poczciwym EN-57, nie bez podstaw zwanym przez znawców tematu „kiblem”, nieco łatwiej w kojarzącym się z wakacyjnymi podróżami nad morze pulmanie, ale miejscem idealnym jest Elf. Takie sobie skrzyżowanie statku kosmicznego z pojazdem pościgowym z „Seksmisji”. Na suficie też tak jak tam przelatują paski, a dokładniej promienie słońca i sprawiają wrażenie jakbyśmy pędzili z niesamowitą prędkością daleko w inną rzeczywistość…
 
Trzeci etap „wyzwalania” to po prostu pierwsze spojrzenie na góry. Czasem już za Tychami, czasem dużo później, nieważne zresztą, gdzie i kiedy dokładnie. Ważne, że jeśli są na tym świecie góry, są także marzenia. A jeśli są marzenia, to warto żyć.
 
 
O ósmej dwie wysiadam (znów jak poprzednio w Radziechowach) sam samiuteńki na pustym peronie w Wilkowicach-Bystrej. Pociąg odjeżdża, a ja wolno schodzę do nieco absurdalnego na zarośniętym dworcu podziemnego przejścia. To zresztą już u jego wylotu zaczynają się dwa szlaki, żółty i niebieski, prowadzące w tym samym co mój kierunku, czyli na Magurę, ale inną trasą. A co z zielonym? Nie ma. A z tabliczką? Tabliczki też ani śladu. Obchodzę zabity na amen budynek (bardzo ładny dodajmy) wilkowickiego dworca i oganiając się od uszczęśliwionego przyjazdem kogoś do gryzienia kundla kieruję się w stronę ulicy Wyzwolenia, czyli jakby wstecz – twarzą do Bielska.  Skoro jak zapamiętałem z mapy szlak zielony ŁĄCZY Beskid Mały ze Śląskim, to przecież nie może się ZACZYNAĆ, a musi PRZEBIEGAĆ. I tu się nie mylę, po kilkudziesięciu metrach po lewej stronie trafiam na drogowskaz. Nieco zabawny, (ale nie w chwili gdy małe, uparte bydlę gryzie mnie w nogawkę) bo wskazujący w lewo trasę na Magurkę, a na prawo na Magurę. Zabawność ta kryje się zresztą nie tylko w samym podobieństwie nazw, ale także w ich dopasowaniu. Magurka to Beskid MAŁY, Magura – Śląski. 
 
Ważna uwaga. Kierunek trasy patrząc na drogowskaz to prawo, ale oczywiście dochodząc od strony dworca do ulicy Wyzwolenia będzie to oznaczało – w lewo. A jeszcze prościej tak: NIE PRZECHODZIMY przez tory, a zaczynamy marsz ustawiając się do nich plecami, o!
 
Szlak na tym odcinku i co z radością muszę tu dodać TYLKO NA TYM ODCINKU jest z racji trwającej wokół przebudowy węzła komunikacyjnego słabo oznakowany, dlatego zamiast wypatrywać znaczków lepiej chyba zastosować się do mojej podpowiedzi. Kiedy przed sobą zobaczymy nieco po lewej nowy wiadukt, należy przejść pod nim i dalej kierować się prosto, tam już znaki są dobrze widoczne.
 
Nie mając tej wiedzy osiemnastego czerwca, a będąc zbyt leniwym na wykopywanie z plecaka mapy sięgam po analogowego GPS-a w postaci wracającej z zakupów mieszkanki Bystrej, którą najpierw pytam o drogę, a potem, jako że idziemy w tym samym kierunku delikatnie wciągam w rozmowę na tematy różne, od polityki poprzez emerytury aż do cen biletów kolejowych. I fajnie nam się rozmawia, ponieważ, co już zauważyłem podczas wcześniejszych wypraw, taki prowokacyjnie czasem staroświecki turysta, jakim przecież bywam, wzbudza sympatię wydając się może bardziej autentycznym w swojej pasji…
 
Na skrzyżowaniu (po pożegnaniu sympatycznej pani z zakupami) skręcam w prawo ulicą Szczyrkowską.  Szlak niebieski wiedzie stąd prosto, również jak już wspominałem na Magurę, ale ja przecież wertując przewodniki i mapy wybrałem z pełną premedytacją najdłuższe ze wszystkich podejście.
 
Mijając przystanek autobusowy dochodzę po kilku chwilach do jakby środka litery Y i na nim wybieram drogę odchodzącą w lewo aby przez mostek przejść na ulicę Juliana Fałata, którą także idę w lewo, w dużym uproszczeniu sprawę ujmując, za każdym razem tam, gdzie bardziej zielono i cicho. Nie od rzeczy będzie tu dodać, że „nakarmiony” od dworca solidną porcją spalin i pyłu mogę dopiero teraz po raz pierwszy głębiej odetchnąć.  To naprawdę duża ulga.
 
Mając u boku szumiącą cicho Białkę, a z drugiej strony ciąg niejednokrotnie bardzo interesujących zabudowań docieram do muzeum i parku imienia (jak ulica) Juliana Fałata – słynnego polskiego malarza, który od 1902 roku mieszkał i tworzył w Bystrej. O ile muzea raczej mnie nie pociągają (eksponat to ja widzę patrząc w lustro), to jednak urokliwy mini park wzbudza sympatię już od pierwszego spojrzenia. Pełne zieleni alejki, sympatyczne, zadbane ławy, kilka metrów za nimi rzeka, no po prostu idealne miejsce na… randkę. 
 
 
Tutaj pozwolę sobie na dygresję dotyczącą pewnej rozmowy sprzed lat, w trakcie której mój kolega opowiadał jak to zaprosił wybrankę swego serca do… marketu Auchan, nieco absurdalnie w tej sytuacji informując ją, że czyni tak z braku kasy(!). I choć wiele się zmieniło przez ten czas, a para jest razem i dorobiła się nawet piątki czy szóstki dzieciaków, to jednak brak kasy pozostał szkieletem ich związku, bo po wpisaniu w Google nazwiska owego pana zamiast Facebooka czy NK wyskakuje… Internetowa Giełda Długów.
Ale pal licho jego i jego historie. Skupmy się na parku. 
 
Na trawnikach pomiędzy ławkami rozstawiono dość pokaźne rzeźby, będące nagrodzoną w konkursie pracą artystyczną przenoszącą w „trójwymiar” obraz „Polowanie na niedźwiedzia” autorstwa wiadomego. Jest i zresztą także prawie rzeczywistych rozmiarów niedźwiedzica z małym, która, co nie było zapewne intencją autora uświadamia mi jak nieciekawym przeżyciem (?) mogłoby być napotkanie „misia” na szlaku…
 
Po krótkim rekonesansie kontynuuję marsz w kierunku gór, które już doskonale widać na horyzoncie. Jeszcze tylko krótkie odwiedziny nad brzegiem rzeki, kilka zdjęć i wreszcie upragniony „koniec świata”, czyli pętla autobusowa.
No właśnie. Jak mi się to już kilka razy zdarzyło, tak i tutaj pokonuję trasę, której znaczący odcinek można „odciąć” dojeżdżając tanio i wygodnie np. z dworca w… Bielsku autobusem linii 57. Czy tym razem warto? Moim zdaniem nie. Klimat podgórskich miejscowości jest sam w sobie doświadczeniem estetyczno kulturowym niemniej ważnym od szczytów, przełęczy i metrów nad poziomem morza. Poznać wszak, to znaczy także zrozumieć. Poznawajmy, rozumiejmy, doświadczajmy. A za trzy złote zaoszczędzone na bilecie lepiej kupmy sobie (albo mnie!) czekoladę na drogę.
 
Ostatni odcinek asfaltu niewiele jest szerszy od miejskiego chodnika. Obok opuszczonego domu wczasowego MSWiA „Magnus” (jest na sprzedaż gdyby ktoś z Czytelników miał ochotę) trafiam na budynek leśniczówki i… dwie ogromne, czyściutkie i niezwykle sympatyczne gęsi „ujadające” na mnie zza ogrodzenia. Jedna typowo poduszkowo biała, a za to druga… nie wiem jak się określa taką barwę. Porcelanowa! Druga gęś jest koloru porcelanowej figurki.  Figurki gęsi rzecz jasna.
Jak mogłyby nazywać się takie ptaszyska? Hmm…
Mam!
Daktyl i Ptero! 
 
Pamiątkowa fotka, chwila rozmowy (?) i czas ruszać dalej. Zaczyna się las. A pierwsze z nim spotkanie okazuje się niestety typowe dla Beskidu Śląskiego ostatnimi czasy. Ciężki sprzęt, masy ściętych drzew i krzątający się robotnicy. Ale to tylko tutaj, na samym brzeżku.  Po kilku minutach zagłębiam się w zieloność.
Szlak prowadzi najpierw prosto przedłużając ulicę, potem po lekkim łuku w lewo, a wreszcie dość mocno w górę bardzo błotnistą, acz szeroką ścieżką. Pośród gęstej, ciemnej i soczystej roślinności wspinam się zataczając (tu mogłaby być kropka!) kolejny, bardzo szeroki łuk, tym razem w prawo. To gdzieś na nim pojawia się po raz pierwszy plaga dzisiejszej wycieczki – chmary much, muszek, komarów, gzów i wszystkiego co tylko lata i zajmuje się wkurzaniem porządnych ludzi.
Bzzz… Bzzz… Bzzz… 
 
Chwila równego i znów zakręt w lewo a za nim strome i meczące kamieniste podejście. Ciężko dysząc postanawiam zrobić krótką przerwę na widocznej z daleka polance (która okazuje się być Przełęczą Kołowrót, czyli bardzo ważnym punktem dzisiejszej trasy), ale nie wytrzymuję i staję wcześniej zrzucając plecak na ogromny pień tuż przy ścieżce.
 
Wyjmuję wodę, piję, zakręcam butelkę i… czuję, że ktoś na mnie patrzy! Wstrzymując oddech wolno obracam głowę i napotykam czarne jak dwa węgliki oczka ponad całkiem sporym wilgotnym noskiem…
Refenir! Renifor! Kurde! Zwierzojeż!
SARENKA!!!
 
Jak babcię kocham a jej rentę szanuję! Niech mnie gęś kopnie a komar pogryzie! Oto o ledwie kilka metrów ode mnie leży sobie najspokojniej w świecie autentyczna mała sarenka. Aparat! Gdzie jest aparat! Woda… Żelki… Ręcznik… Mapa… Zaraz mnie…
Jest!
Pstryk! Pstryk! Pstryk! Uff…
 
Malwinka. Dobre imię? Myślę, że jak na nią w sam raz. 
Przypatrujemy się sobie jeszcze chwilę w zupełnej ciszy i zaczynam już nawet niepokoić się czy aby moja nowa znajoma nie jest np. kontuzjowana, ale w tym momencie doganiające mnie właśnie dwie turystki mimo mojego machania podchodzą (zbyt) raźnym krokiem do krawędzi scieżki i…
Szast-prast! Malwinka tylko mignęła i tyle ją widzielismy.
-Tam była…?
-Uhm. Sarenka – odpowiadam głosem doświadczonego trapera i ostentacyjnie chowam aparat.
-Ojej… A myśmy…
No właśnie.
 
Przełęcz Kołowrót. Na mapie moje podejście wygląda dziś nieco dziwnie w porównaniu z chociażby dwoma alternatywnymi trasami z Wilkowic. Sprawia złudzenie marszu bardziej OBOK niż NA Klimczok z przyległościami, ale dokładnie tak miało być. Po przejściu ledwie kilkunastu metrów dochodzę do szlaku żółtego (Cygański Las Szyndzielnia) i choć przez chwilę rozważam „przesiadkę”, to jednak postanawiam zostać przy dotychczasowym kolorze zielonym. Szeroką, niestety także dlatego że rozjeżdżoną przez samochody drogą idę zatem w lewo podpierając się znalezionym gdzieś przed chwilą kosturem. Tutaj na szczęście szlak jest zupełnie płaski a nawet w pewnym miejscu zaczyna opadać.  Pomiędzy drzewami spoglądam na ciągle jeszcze daleki (i wysoki) szczyt Klimczoka i delektując się ciszą wolniutko przemierzam kolejne metry. 
 
I nagle przed sobą dostrzegam… koparkę. Gdybym był młodszy powiedziałbym teraz „i kopara mi opada”. Ciężki sprzęt budowlany to stanowczo nie jest to, czego bym tutaj najbardziej pragnął, a przede wszystkim czego bym się spodziewał! Staję i przez chwilę niczym dzieciak przyglądam się z pewną fascynacją ogromnemu dinozaurowi, który „odgryza” kolejne kamienne tafle ze stoku nad drogą i układa je za sobą.
 
No cóż. Ja nie wiem, nie znam się, nie wnikam. Być może jest to ważne, legalne i planowe, ale mnie się nie podoba. Tym bardziej, gdy dochodząc już zupełnie blisko widzę rozrzucone w trawie butelki po oranżadach, puszki po pasztecie czy foliowe torebki. Zaciskam zęby żeby nie powiedzieć operatorowi czegoś głupiego i idę dalej, ale już po chwili moja cierpliwość wystawiona jest na kolejną próbę. Chlapiący wokół błotem gazik mija mnie o jakieś pół metra.
Zdziwione spojrzenie kierowcy spotyka się z moim – wściekłym.
-No co!? – warczę do niego unosząc ręce i w tej samej chwili uświadamiam sobie, że jestem śmieszny w tej złości, bo nawet jeśli racja jest po mojej stronie, to rzeczywistość po jego.
 
Rzucam w kułak jakieś obrzydliwe przekleństwo i ruszam dalej przeskakując pomiędzy koleinami. Kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymuję się u źródeł Białki – rzeki, obok której szedłem przez Bystrą. Zdejmuję czapeczkę i obmywam twarz i złość zimną wodą.
Już dobrze. 
 
Przysiadam na kamiennych stopniach przed ukrytym pomiędzy drzewami budyneczkiem i przez chwilę jeszcze cieszę się lodowatym czystym chłodem spływającym mi po dłoniach. Przede mną otwiera się piękna panorama otoczonych bezchmurnym niebem szczytów…
Ale fajnie…
 
 
Białka poprzez drogę spada ostro w dół przecinając las, a ja ruszam wąziuteńką, miejscami ledwie widoczną stromą ścieżką odchodzącą teraz w prawo. To ostatni fragment szlaku zielonego zachowany w oryginalnym stanie sprzed wytyczenia drogi "spychaczówki" w początkach lat 90. Już tylko minuty dzielą mnie od Przełęczy Kowiorek pomiędzy Klimczokiem a Magurą. Jeszcze tylko „pułapka” z przewróconych na szlaku drzew (powtórka na o wiele mniejszą skalę mojej kwietniowej przygody z Magurki Wiślańskiej) i nagle stromizna się kończy. Staję na ogromnej łące mając po prawej szczyt Klimczoka i drącą się na nim wniebogłosy „Echooo!!! Echooo!!!” wycieczkę szkolną, też z prawej, ale bardziej za plecami Szyndzielnię, na wprost zejście na Karkoszczonkę i do Szczyrku, a po lewej Magurę. 
 
Węzeł szlaków, na którym się znajduję daje jak widać szerokie możliwości, bo przecież jest tu także łącznik do trasy na Trzy Kopce, Stołów i Błotny, ale moja marszruta została nieodwołalnie ustalona jeszcze w domu. Skręcam na Magurę. Chociaż nie, jeszcze jedna sprawa. Według wspomnianego planu miałem zrobić tu przerwę. Przerwę taką normalną, kanapkowo odpoczynkową, jaka się każdemu turyście należy. Wprawdzie nie da się ukryć, że mam półgodzinne opóźnienie, ale gdy się weźmie pod uwagę temperaturę, to i tak cud, że w ogóle żyję. Czyli przerwa się należy, prawda?
Zatrzymuję się więc najpierw obok budki trafo z sympatycznym zacienionym balkonikiem. Potem próbuję przysiąść na pniach z drugiej strony łąki. Nie ma szans. Robactwo, o którym wspominałem wcześniej lata dziś dosłownie chmarami, kąsa, szczypie i bzyczy nad uchem. Ze schronisk wprawdzie nie korzystam, ale zrobiłbym w tej sytuacji wyjątek, tyle że zrobili go już przede mną uczestnicy kilku co najmniej wycieczek, bo wokół budynku aż gęsto.
No to kicha, jak to mawiają nabywcy podrabianej viagry...
Trzeba iść dalej.
 
Łagodnie, bardzo łagodnie się wznoszącą szeroką ścieżką przechodzę obok schroniska. Jestem tu po raz pierwszy w życiu mimo tylu przecież bytności na Klimczoku i w jego okolicach! Ile to lat? Może dwadzieścia osiem, może ciut więcej albo mniej. Nie jestem pewien. Pamiętam tylko, że moja pierwsza w życiu styczność z Beskidami i górami w ogóle to był właśnie spacer od kolejki na Szyndzielni do Szczyrku w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Ogrom, ogrom czasu.
 
 
Magura. Wystarczy rzut oka na mapę by spostrzec, że Magur i Magurek jest w polskich górach sporo. Podobnie jak Trzech Kopców czy Palenic na przykład. Nie każdy zatem słysząc te nazwy będzie zawsze prawidłowo kojarzył gdzie naprawdę byliśmy. Sprawy nie ułatwia również nazewnictwo stosowane w odniesieniu do tutejszego schroniska. Wedle jednych znajduje się ono na Klimczoku, wedle innych, w tym mnie, na Magurze właśnie. Żeby było ciekawiej często też nazywane jest na pamiątkę dziewiętnastowiecznej właścicielki tego terenu Klementynówką. Naprawdę może się to wszystko mylić, a przecież na dobitkę jeszcze miejsce z którego przed chwilą przyszedłem także ma dwie nazwy: Siodło pod Klimczokiem oraz Przełęcz Kowiorek.
Uff…
 
Mijając rozbrykaną dzieciarnię na placu zabaw trafiam na szlak czerwony prowadzący do Mikuszowic i przechodząc obok małego budynku mieszczącego stację GOPR ruszam ku oficjalnemu szczytowi Magury, który po minięciu ściany lasu, a następnie niewielkiej polanki okazuje się tylko niepozorną tabliczką na jednym z drzew obok praktycznie równej ścieżki. Żadnych sensacji. Za to widoki są przednie. Po prawej dobrze już znana sylwetka Skrzycznego, po lewej panorama na leżące u stóp gór miasta i miasteczka, a również po lewej, tyle że dalej, już daleko za mną, Szyndzielnia.
 
Jak mi się to już parę razy zdarzyło także i dziś poza okolicą schronisk nie spotykam prawie ludzi. Od Bystrej do Magury tylko dwie panie, a od Magury już do… końca trasy (a gdzie koniec, o tym za chwil kilka) nikogo. Za to jak wspominałem na Przełęczy Kowiorek przetoczyła się obok mnie ogromna multiwycieczka szkolna. Uśmiecham się. No racja! Przecież lata temu ze mną było tak samo. Autobus – kolejka - parę kroków do Szczyrku i znów na krzesełko! Plus nasiadówka w jednym czy drugim schronisku. Dopiero od 2011 roku naprawdę „nauczyłem się chodzić”. Na wszystko w życiu jest jak widać czas…
 
Polana przez którą teraz maszeruję pośród kiwających się na wietrze traw przypomina mi nieco szczyt Palenicy na szlaku Wapienica - Błotny.  A to oznacza mówiąc najprościej, że jest spokojnie, cicho, słonecznie i przyjemnie. Dla duszy i dla ciała. Doskonałe widoki, w tym niezwykła wręcz przestrzeń Kotliny Żywieckiej dopełniają tego obrazu. Cóż, nie od dziś wiadomo, że takie szczytowe trasy, to to co w górach najlepsze.
 
 
W którymś momencie ścieżka się urywa. Wygląda to z pewnej odległości tak jakby kończyła się przepaścią, ba!, wygląda to nawet tak samo z kilku kroków, ale na szczęście to tylko łagodne zejście do rozstaju, na którym biegnące dotychczas razem szlaki czerwony i żółty rozdzielają się. Żółtym, idąc stąd prosto doszedłbym do stacji kolejowej w Wilkowicach, z której zacząłem dzisiejszy marsz, czerwonym za to skręcam po łuku w lewo i dochodzę do jednego z najsłynniejszych, choć z pewnością nie najmocniej fascynujących wizualnie miejsc w okolicy...
 
To właśnie tutaj przedwojenny i okupacyjny zarazem właściciel „Klementynówki” niejaki Giersig wybudował w latach trzydziestych ubiegłego stulecia otwarty basen, a nieco później drugie schronisko nazywane „Magurą Kąpieliskiem”.  Jako ciekawostkę, a pośrednio i dowód zagmatwania naszej historii można tu dodać, że córka owego pana miała na imię Wanda, była wdową po polskim oficerze Śniegoniu i nawet w czasie wojny pozostała życzliwie nastawiona wobec Polaków. W 1945 Giersig wraz ze Śniegoniową uciekli na zachód a schronisko ostrzelane przez sowiecką artylerię doszczętnie spłonęło. Basen zaś nieużywany po wojnie rozsypał się i poprzerastał drzewami. Dziś śladem po dawnej świetności tego obiektu są tylko wystające z trawy resztki murów.
 
Warto przystając tu rozejrzeć się i sfotografować po raz chyba ostatni na tej trasie tak dobrze widoczne Jezioro Żywieckie oraz (plus minus na jedenastej, gdy jezioro na wpół do pierwszej) kolejny kawałek historii – opuszczony dom wczasowy Kozubnik, mekkę urban explorerów, ostatnio po latach umierania poddawany generalnemu remontowi.
Czas ruszać.
 
Szlak, który w stosunku do szczytu Magury zatoczył właśnie literę U odbija teraz w prawo i poprzez raz gęściej raz znów rzadziej rosnące drzewa wiedzie mnie ku Bystrej. Jeszcze tylko przekraczam pełną pyłu drogę, krótką łączką skręcam po raz kolejny w prawo i oto wracam do ciemnego, gęstego i chłodnego lasu, prawie identycznego jak ten, którym podchodziłem na Kołowrót. W lesie tym napotykam najpierw szlak czarny, a potem niebieski i teraz może słówko o nich. O ile sprawa niebieskiego jest prosta; jest to po prostu alternatywna droga z Wilkowic na Magurę i Klimczok, to znacznie ciekawszy jest kolor czarny. Po pierwsze dlatego, że prowadzi stąd do kościółka przy zejściu z Klimczoka do Szczyrku, po drugie zaś ponieważ na niektórych mapach, w tym nawet niedawno wydawanych zaznaczany jest szczątkowo lub nie ma go wcale. Tymczasem jest, wydaje się ciekawy i co także powinienem tu dodać jak cała trasa od Magury posiada świeżutkie, odnowione i bardzo wyraźne oznakowanie.
 
Jest trzynasta pięćdziesiąt pięć, kiedy czytając kolejny „szlakowskaz” uświadamiam sobie, że nie dam rady skończyć tej wycieczki zgodnie z planem… I nie mam tu na myśli czasu, bo ten już dawno i grubo przekroczyłem. To akurat żaden problem. Także temperaturę i ból w kolanach jeszcze (trochę) bym zniósł. Niestety nie potrafię już wytrzymać plagi robactwa, która nie odpuszcza mi od początku drogi. Nie zrobiłem żadnej przerwy dłuższej niż trzy minuty, nic nie zjadłem i zwyczajnie kończy mi się cierpliwość do bezustannego oganiania się od latających wokół intruzów.

Jaki mam wybór? Prosty, choć smutny. Do Mikuszowic godzina i kwadrans, do Bystrej czterdzieści pięć minut. Sprawa rozbija się o te pół godziny, w czasie których musiałbym jednak podchodzić znów pod górę i zaraz z niej schodzić. Może gdybym mógł teraz gdzieś przysiąść, odpocząć choć z dziesięć minut, to kto wie, ale w tym tropiku jest to niemożliwe. Na domiar złego przyplątały się jeszcze nieobecne do tej pory bąki.
Trudno. Poddaję się. Kierunek: Bystra!
 
 
Dochodzę do interesującego leśnego ołtarza wraz z kapliczką i kilkoma ławami i od niego skręcam w lewo by po kilku minutach dosyć stromym zejściem dotrzeć do pierwszych zabudowań. Gdzieś jeszcze w polu myję się, doczyszczam buty i spodnie, chowam czapkę i aparat fotograficzny, a o czternastej dwadzieścia staję przed zajazdem „Pod źródłem”, który mijałem dziś rano.
 
Ostatnia nadzieja, odwrotnie niż zwykle w tym, że może NIE BĘDZIE autobusu. Ale wiemy jak to jest. Kiedy czegoś się nie chce, to to akurat się zdarza. Autobus linii 57 mam za trzy minuty. Szansa dojścia na Błonia przepada. Kupuję bilet, rozglądam się jeszcze i już po chwili mam przed sobą zdezelowanego przegubowca do Bielska. Proszę wsiadać, drzwi zamykać!
 
Jest czternasta trzydzieści. Wycieczka numer jedenaście dobiegła końca.
 
 
18 czerwca 2013

Trasa/Punkty do wyszukania na mapie: Wilkowice-Bystra PKP - Bystra - Przełęcz Kołowrót - Przełęcz Kowiorek (Siodło pod Klimczokiem) - Magura - Bystra Górna

Stopień trudności: średni.

Up & Down: Początek trasy równy, podejście na Kołowrót miejscami dosyć strome, dalszy odcinek do źródeł Białki płaski lub opadający, następnie do Przełęczy Kowiorek krótki etap stromo w górę i do szczytu Magury odcinek łagodnie wznoszący. Dalej połogo i lekko opadająco, a na ostatnich kilkuset metrach stromo w dół.

Atrakcje widokowe: Podejście na Przełęcz Kowiorek i ona sama, szczyt Magury, panorama na Kotlinę Żywiecką, ruiny poniemieckiego schroniska i basenu kąpielowego.

Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Bystrej, schronisko na Magurze i noclegi „U ratowników” w stacji GOPR tamże.


Komunikacja: Do Wilkowic koleją (alternatywnie do Bystrej autobusem miejskim linii 57 z Bielska – znaczne skrócenie trasy), z Bystrej autobus miejski lub pieszy powrót do stacji PKP Wilkowice.

 

Opis marszruty: Od stacji PKP Wilkowice-Bystra do szczytu Magury szlak zielony, od szczytu do Bystrej - czerwony.

 
Odległość: Około 13,6 kilometra, mój czas przejścia sześć i pół godziny.
 
Opinia: Szlak umiarkowanie trudny, jednak co ważne in minus z relatywnie krótkim odcinkiem szczytowym w stosunku do znacznie dłuższych; wznoszącego i zejściowego. Przy założeniu przerwy na odpoczynek np. na Magurze dostępny nawet dla dopiero rozpoczynających przygodę z Beskidami. 
 
Możliwości zmian: 1. Znaczące skrócenie trasy poprzez dojazd autobusem linii 57 z Bielska-Białej PKP do ostatniego przystanku "Bystra leśniczówka", 2. Dołączenie do trasy podejścia na Szyndzielnię z Przełęczy Kołowrót szlakiem żółtym, a następnie powrót na Przełęcz Kowiorek kolorem czerwonym, 3. Zdobycie szczytu Klimczoka z Przełęczy Kowiorek kolorem czarnym, 4. Zejście z Magury do Wilkowic kolorem żółtym, 5. Przedłużenie trasy o ok. 45 minut poprzez kontynuację marszu z Bystrej szlakiem czerwonym na Mikuszowickie Błonia.
 
PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ W PICASA WEB ALBUMS
 
=======================================





20 komentarzy:

  1. Jak miło powspominać...kiedy to było...:)))
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że trasa jest Ci znana? Dla mnie to odkrywanie świata. Ale to właśnie cały urok, kiedy sie nie ma pojęcia co będzie za zakrętem.

      Unikałem wycieczek "na petelkę" jak ognia, ale w sumie nie było tak źle jak się spodziewałem. Tyle, że summa summarum wolę jednak trasy na których gdzieś wchodzę, potem długoooo idę po w miarę równym i dopiero na końcu schodzę w dół. Tutaj tego "równego" było nieco za mało.

      Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Podziwiam, a opis Twojej wycieczki, jak i innych na zaprzyjaźnionych blogach, każe mi się dobrze zastanowić, czy nie wybrać roweru zamiast nóg w najbliższą niedzielę. I cieszyć się, że na kolejny weekend wybrałam właśnie Karkonosze, które są kamieniste, mało zadrzewione i generalnie (mam nadzieję) nie sprzyjające bzykającym... ;)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówimy o owadach, prawda? ;))

      No powiem Ci, że byłem w szoku. Oczywiście wcześniej tez cos mi za uchem latało i to nie raz, np. gdy szedłem ze Skoczowa na Równicę, ale to co działo się teraz, to był koszmar. Co ciekawe ani ciemny zimny las, ani rozgrzana otwarta przestrzeń niczego nie zmieniały.

      Przez robale nie doszedłem do konca czerwonego szlaku! Szlag by je... :))

      Usuń
  3. Daj mi znać proszę, czy mój komentarz poprzedni zjadło, czy gdzieś się zatwierdza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CIA go sprawdzało, wiesz jak to teraz jest... ;))

      Wprowadziłem pełną kontrolę zamieszczanych komentarzy, bo są dni, że mam po osiem reklam viagry, kredytów, dentystów i przedłużeń wiadomo czego. Z racji pracy nie zawsze mogę szybko takie dziadostwo usuwać, więc zamiast "krzywych literek" do wpisywania wybrałem po prostu dopuszczanie.

      Absolutnie nie oznacza to cenzury. Jeżeli ktoś ma zamiar napisać, że cienias ze mnie a nie himalaista, to też to opublikuję. Ale ostrzegam, że będę z taką opinia mocno polemizował ;)) niewykluczone że z użyciem ciupagi :DD

      Usuń
  4. Ładna wycieczka, przyjemna, sporo widoków miałeś.
    Szkoda, że nie zahaczyłeś też o Kozią Górkę, była po drodze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo tak! W ten sam sposób patrząc na mapę miałem też po drodze np. Szczyrk :)) Jak widzisz już tutaj odpadłem i zamiast na Błonia wróciłem "tylko" do Bystrej. Niby to i tak nieźle, bo ponad 13,5 km, ale jakaś gorycz jest. Z jednej strony mogłem rano dojechać do Bystrej autobusem i przenieść siły z marszu od dworca na ten z pewnością ciekawszy ostatni odcinek, ale z drugiej to, co widziałem idąc asfaltem też miało swój urok. Coś za coś. Myślę, że jeśli zdrowie, praca, pogoda i inne takie pozwolą, to i na Kozią Górę zajrzę. Tylko teraz to już chyba z workiem azotoxu w plecaku :D
      Pozdrowienia

      Usuń
  5. Chodziło mi raczej o to, że zamiast asfaltem iść przez całą Bystrą w kierunku Przeł. Kołowrót można wcześniej skręcić i przez Kozią Górę do niej dojść. Czasowo wychodzi prawie to samo.
    Ale to tak na marginesie, wycieczkę i tak miałeś udaną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahaaa... Musiałbym w takim razie idąc rano skręcić w prawo szlakiem czerwonym w ten jego kawałek, którego mi popołudniu "zabrakło" na Równię nad Bystrą i potem dojść niebieskim na Kozią Górę a z niej żółtym na Kołowrót. I wychodzi toto 16,10 km zakładając, że dalej byłoby jak w mojej wersji. Super! To mi się może w jakiejś konfiguracji przydać. Dziekuję za pomysł.

      Usuń
    2. Dla pewności dodam jeszcze, że jeśli chodziło Ci o jakieś dojście inne niż to opisane powyżej, czyli niekoniecznie znakowanym szlakiem, to takich raczej unikam. Nawet nie ze strachu czy braku orientacji, ale jakoś tak...
      Szlak to szlak, lubię czytać te tabliczki ;))

      Usuń
  6. Ala Koty Katowic1 lipca 2013 09:12

    Jak zwykle piękne zdjęcia, magiczna opowieść :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję. Nie jest to na pewno najciekawsza ze moich wycieczek, ale i tak summa summarum jakieś miłe wspomnienia zostają.

      Kurcze... Tak sobie dzisiaj myślałem na przystanku... Gdyby mnie ktoś wynajął jak Tony'ego Halika, Martynę Wojciechowską albo Wojciecha Cejrowskiego, to mógłbym robić coś, co kocham i jeszcze na tym zarabiać.

      Może ktoś chętny? :)) Portier Globtroter szuka pracy!

      Usuń
  7. I znowu mnie oczarowałeś swoją relacją z ostatniej Twojej wyprawy. Dziękuję.:)

    Jeżeli potrafisz zaplanować i odbyć tygodniową wycieczkę poznawczą w naszym kraju za tysiąc zł i później opiszesz i udokumentujesz ją tak pięknie jak wszystkie swoje dotychczasowe wycieczki to chętnie pokryję koszty tej wycieczki plus bonus w tej samej kwocie razy dwa za zmieszczenie się w wyznaczonym czasie i kosztorysie nie przekraczającym tysiąca zeta. Warunek mam jeden – Sudety. Od Ciebie będzie zależało czy zechcę finansować każdą następną Twoją wyprawę oczywiście na razie tylko w granicach Polski.

    Z pozdrowieniem z naszych pięknych gór
    Karolina

    Ps. Miałeś rację, góry na żywo są niezwykle magiczne i piękne. Od mniej więcej tygodnia depczę sobie po nich robiąc każdego dnia wiele kilometrów i pokonując wyznaczone szczyty. Po pierwszym deptaniu bolało mnie wszystko okrutnie, ale już po przespanej nocy wędrowałam znowu i tak od kilku dni. Jest cudnie i dzisiaj już nic mnie nie boli. Te fantastyczne moje wakacje były Twoim pomysłem, to Ty nauczyłeś mnie kochać góry stąd moja propozycja. Co Ty na to? Jeszcze raz pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za tysiąc to ja Ci mogę kobieto świat opłynąć! Nawet na desce do prasowania! :) Tylko za deskę musisz dopłacić ekstra, bo potem już rozmoknie...

      Sudety... Hmm...
      Bursztynowa Komnata, hitlerowska bomba atomowa, podziemne miasta...

      Fajnie by było...

      Za sekundkę odpowiem, ale najpierw jeszcze dygresja. Zerknij na jakąś mapę "moich gór". W dużym uproszczeniu Beskid Śląski otaczają jak macki dwie linie kolejowe. Pierwsza przez Bielsko do Zwardonia, druga przez Skoczów do Wisły. Moje wędrówki zaczynają się i kończą na stacjach jednej lub drugiej trasy. Ktoś jednak "mądry inaczej" tak zmienił rozkład jazdy, że na trasie do Wisły pierwszy (!!!) pociąg jest u celu o 10:15 rano! To jest chore, głupie, bezmyślne do granic absurdu! No i tak kiedyś myślałem, jechać wieczorem, przenocować gdzieś do rana i ruszać o szóstej albo i piątej! Fajnie byłoby nawet drzemnąć się gdzieś na plecaku, np. na peronie dworca w Głębcach... To byłoby takie... oldschoolowe :)

      A co do Twojej propozycji... Ze mną jest ten problem, że dobrze robię w życiu tylko to, czego nie muszę. Kiedy coś, co wczoraj było miłe, dziś ma być pracą, to z miejsca zaczynam myśleć o sobie jak o ostatnim łosiu, który nie umie, nie potrafi, nie da rady. Dłuższa historia. Pewnie dlatego jestem tylko portierem...

      Ale fajnie by tak było, nie powiem. Tony Halik za pensję minimalną :)

      Cieszę się, że te moje opowiastki Ci się podobają. Skoro je lubisz, to pozostaje mi tylko być dumnym i po raz kolejny podziękować.

      PS. Dziś jako stary/stały klient dałem papierową wersję mojego "przewodnika" fryzjerce u której strzygę się już lata... Ależ się zadziwiła :))

      Usuń
    2. Zaraz, zaraz...
      To Ty jesteś w Polsce teraz?! I to jeszcze w górach? To czemu ja nic nie wiem? :)) Czekam na relację na Twoim blogu.

      Usuń
  8. Tak, jestem w Polsce i to w górach. :D
    Jest CUDNIE, CUDNIE, a ja jestem najszczęśliwszą osobą pod Słońcem i to dzięki Tobie, prawdę mówiąc. Dziękuję i podtrzymuję moją propozycję. I spokojnie, zrobisz jak chcesz i kiedy chcesz nie wyznaczam Ci przecież żadnego terminu i proszę wierz trochę bardziej w siebie i w swoje możliwości. Działaj nadal jak do tej pory, tak jakby moja propozycja nie istniała, rób to co lubisz i nie stresuj się. Przecież oboje wiemy, że potrafisz. :) Czekam na Twoje relacje i pamiętaj, że ja zawsze dotrzymuję słowa.

    Po powrocie do domu i po ochłonięciu postaram się opisać mój „romans” z górami najlepiej jak potrafię. Dzisiaj powiem tylko, że polskie góry, są najpiękniejszym zakątkiem ziemi, przynajmniej dla mnie. :D

    Pozdrawiam i życzę Ci spokojnej nocy
    Karolina :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Poprzednie lato - cały łykend! Było cudownie z rodziną. Burza wieczorem a potem upał. Gwiazdy w nocy... Stary dobry Klimczok. Zawsze tu będę wracać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także. Zresztą najlepiej czuję się w trójkącie Szyndzielnia, Klimczok, Błotny. Można powiedzieć, że (turystycznie przynajmniej) tam się wychowałem. Ale z drugiej strony każda kolejna wycieczka dodaje do moich "ulubionych" kolejne nowe miejsca. Tak było również kilka dni temu. Myślę, że do weekendu będzie tu nowy wpis, film i zdjęcia.

      Pozdrowienia i do zobaczenia zatem na szlaku ;)

      Usuń

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.