Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 18 kwietnia 2017

Przerzutki kontra wywrotki

Z rowerem u mnie jak z górami. Albo jeżdżę przy każdej okazji, albo przez lata wcale. Na przykład na początku, na samiutkim początku. Nic a nic. Większość dzieciaków które znałem zaczynała od małego czegoś z kółeczkami z boku, ewentualnie, ci bardziej zdesperowani (albo będący dziećmi bardziej zdesperowanych rodziców) z patykiem wciśniętym między tylny błotnik a ramę, a ja nie i nie. Po prostu nie chciałem. Więcej nawet. Nigdy nie miałem swojego małego rowerka, mimo, że w czasach PRL-u o takie chyba było najłatwiej. Rodzice widząc moje wycofanie uznali, że zakup nie ma sensu. Ale z czasem pojawił się kłopot. Rówieśnicy zamieniali swoje "Reksie" czy co tam mieli na rowery ciut większe, czy nawet "dorosłe", z ich punktu widzenia, składaki, a ja nadal nie umiałem jeździć. O ile podczas podwórkowych zabaw nie było to wielkim problemem, bo zawsze obok tych urządzających kolejne "Wyścigi Pokoju" byli inni, aktualnie bawiący się bardziej stacjonarnie, to jednak nadchodził wielkim krokami dramat w postaci obowiązkowego szkolnego egzaminu na kartę rowerową. Ano tak. Po pierwsze karta rowerowa była czymś oczywistym i obowiązkowym dla ucznia, co uważam było świetne, a po drugie, no wydało się, trudno, ja ciągle jeszcze wtedy byłem rowerowym analfabetą...
 
Podręczniki z Bolkiem i Lolkiem czytałem, owszem, znaków drogowych nauczyłem się sam dużo wcześniej, tu ciekawostka, z wielkich plansz dla kierowców, które ktoś kiedyś wyrzucił na naszej hałdzie i generalnie wszystko było ze mną OK. ale... no właśnie.
 
Uprosiłem więc na ten dzień usprawiedliwienie u mamy. Takie lewe chorobowe. No bo cóż z tego, że znaki znałem, że miałem już wtedy teoretycznie (o tym za chwilę) rower, skoro egzamin w szkole polegał na egzaminie właśnie, w teorii i praktyce, a nie na NAUCE? I jak ja się mogłem przyznać, bądź co bądź już poważny człowiek, że nigdy w życiu nie jeździłem? 
 
A ten rower? No miałem i nie miałem. Ojciec był fanem kolarstwa, czy może bardziej turystyki rowerowej. Jeździł od wczesnej młodości, a takie tam drobiazgi, niewyobrażalne dla mnie nawet dziś, jak jazda z Katowic do Bielska albo jakieś grupowe wyścigi przez (sic!) Kubalonkę, to była dla niego normalka. Miał jakiś tam drogi sprzęt, który smarował, dopieszczał, uzupełniał i potrafił rozłożyć i złożyć z zamkniętymi oczami. Mama też jeździła, dużo mniej, dużo bliżej, na przykład do Doliny Trzech Stawów*, ale jeździła. Ja niestety bywałem tylko balastem na ich bagażnikach, co zresztą tatę, posiadacza baaardzo przecież drogiej wyścigówki irytowało, no bo jak to tak, poważny sportowy sprzęt za ciężkie pieniądze, a na nim BAGAŻNIK i synalek, bynajmniej nie najmniejszy w klasie?!
 
Oficjalnie zatem rower mamy był moim. Tak się mówiło dalszej rodzinie, bo przecież zakup roweru to było wydarzenie na miarę upolowania meblościanki Agata albo telewizora Elektron, tak się nawet przyjęło między nami, w domu. Ot, encyklopedyczny przykład tajemnicy poliszynela. Zatem rower powiedzmy, że miałem. Sporo zresztą potem na nim przejeździłem, więc mogę go dziś oficjalnie wpisać do swojego cyklistycznego CV.
 
Wigry 2. Mówi to Państwu coś? No tak, klasyka. Typowy peerelowski składak. Ale nie do końca, bo tym typowym był raczej Wigry 3, z nieco inną, bardziej łagodnie ukształtowaną kierownicą. Nasza, moja, "dwójka" miała kierownicę prawie jak litera U i jakiś tam podobno inny kształt błotników, czego sobie nie przypominam, ale w każdym razie na pewno nie miała hamulców na kierownicy, a tylko ten w torpedzie. Dodać tu zresztą muszę, że ówczesna produkcja Rometu, który nic nie ma wspólnego z chińskim czymś dziś produkowanym pod tą marką była na tyle wewnętrznie kompatybilna, że składak Wigry 2 mógł się stać trójką po dołożeniu właśnie ręcznego hamulca przedniego i innej kierownicy, a piątką po dokręceniu do tego jeszcze... plastikowej chorągiewki odblaskowej. Tak że wielkich wyzwań finansowych przy takim "apgrejdzie" raczej nie było.

Wigry 2.
Zdjęcie ze strony chlopcyrometowcy.pl
 
 
Rower był żółty, dość dobrze mi się na nim jeździło, no i przede wszystkim to na nim właśnie jeździć się wreszcie nauczyłem. Podobnie bowiem jak z maszynopisaniem, obsługą komputera czy... montażem okien, to, czego od innych "przyjąć" przez lata nie chciałem, samemu opanowałem na złość światu (?) w ciągu jednego dnia....  A zamiast kółeczek i patyków za siedzeniem zastosowałem metodę jak mi się do dziś wydaje najprostszą. Siadałem na rower, prawą nogę kładłem na pedale (mam nadzieję, że mi tego korekta nie zablokuje jako aktu przemocy) naciskałem z całej siły, a gdy rower ruszał, lewą stopę usiłowałem do tego wszystkiego dołożyć. Po kilkunastu próbach, czyli w sumie może także po kilkunastu minutach  już jeździłem. Gdyby ktoś znał Katowice, to nawet przyznam się, że rzecz miała miejsce na parkingu przed Centralnym Szpitalem Klinicznym w Ligocie, który do dziś jest świetnym do tego miejscem.

 Parking zaznaczony strzałką oraz przy okazji Zakłady Teorii Medycyny SUM i CSK w Katowicach Ligocie. Widok... z dachu szpitala dziecięcego. (Chodziło się tu i ówdzie swego czasu, he he he) Zdjęcie moje.
 
 
No i cóż? Przyznaję się po raz kolejny. Wręczaną mi BEZ EGZAMINU (komuna, układy, wicie, rozumicie) kartę rowerową odbierałem już kilka tygodni później najzupełniej pewnie, wszak, jak uważałem, egzamin zdałem jakoś tam sam przed sobą. A skoro zdałem, a mama ciągle jednak z roweru korzystała należało zorganizować dla mnie inny. Przynajmniej na tyle inny żebym mógł go dobijać rodzinnymi rajdami po panewnickich lasach i osiedlach które sobie dość szybko upodobałem. Jak to się wtedy mówiło, z braku laku, dobry i kit. Tata sprzedał swoją słynną, ale do dziś nie wiem jakiej marki, drogą "kolarzówkę" i poza kupką banknotów dostał też w rozliczeniu składak Karat oraz... małego czarnego kota o wdzięcznym imieniu Jabol.
Jak już kiedyś na tym blogu wspominałem, ówcześnie fakt posiadania WŁASNEGO KOTA był dla mnie znacznie bardziej ekscytujący niż nowy, a de facto mocno używany rower, ale zostawmy to.
 
Więc Karat. Nie pamiętałem czy nawet nie znałem do dziś jego nazwy, ale pomogła mi Wikipedia, w której odnalazłem dobrze znany pojazd bez trudu. Dodać tu jednak muszę, że mój egzemplarz był dość nietypowy, bo srebrny, malowany zdaje się jakąś farbą do pieców i to niejeden raz. No tak. Inny to był świat, nieprawdaż? Malowało się rowery wszystkim co nie spływało po deszczu. Olejna z odnawiania płotu czy drzwi też była dobra. Minia, czyli farba podkładowa także się sprawdzała. A że coś tam ktoś miał łaciate, z zaciekami, czy jak dziś samochody młodych gniewnych składane z części pochodzących z kilku różnych egzemplarzy to nikogo specjalnie nie dziwiło. Ale też o ileż trwalsze były te rowery od dzisiejszych!
 
 
Romet Karat, podobno pierwszy polski składak.
Proszę zwrócić uwagę na malowanie błotników i charakterystyczne wzmocnienia ramy... Zdjęcie pochodzi z Wikipedii.


 
Karata i składaka mamy używałem od tego czasu naprzemiennie. Jednego do lasu i jeżdżenia po osiedlu, drugiego na bardziej reprezentacyjne trasy. I właśnie wtedy, jak to zwykle bywa, gdy ktoś zbyt nomen omen szybko uzna, że coś już dobrze potrafi zdarzył się dramat. Może nie jakiś szczególnie wielki, skoro dziś piszę te słowa, ale jednak...
 
Proszę spojrzeć jeszcze raz na zdjęcie fragmentu ligockiego ośrodka akademickiego, które zamieściłem powyżej. Budynek po prawej to szpital, a dokładnie tam, gdzie widać na nim ciemniejszy sektor będący oszkleniem łącznika, znajduje się u dołu przejazd na drugą stronę, jakby tunel. To przezeń właśnie z kuzynostwem urządzaliśmy wyścigi wykorzystując przyspieszenie jakie dawała górka. No mądre to to nie było, przyznaję. Tego dnia też ruszyliśmy spod drzwi izby przyjęć zjeżdżając drogą dla sanitarek, aby wyjechać właśnie po stronie widocznej na fotografii. Nawet pamiętam jaką piosenkę śpiewaliśmy wtedy na głos!
 
I gaz do dechy!
Sekunda.
Kuzynka omijając kamień zatarasowała mi możliwość skrętu, a ja byłem już rozpędzony... Nie dałem rady wjechać na drogę przechodzącą pod budynkami. Pojechałem prosto. Nie wiem czy do dziś, ale jeszcze niedawno niezmiennie od lat stał tam taki ogromny stalowy stół.
Trach!
Uderzenie, ból, szum, cisza.
Wszyscy pojechali. Jak to mówią, z rodziną wiecie gdzie się najlepiej wychodzi...
 
Po kilkunastu minutach upaćkany krwią wróciłem jakoś do domu. Pamiętam jeszcze jak przerażony ojciec kuzynki dobrowolnie uczył mnie potem prowadzenia swojego nowiutkiego auta. Tak się bał, skubany...
 
Ale nic. Przeszło. Od tego czasu miałem do Karata awersję. Przesiadłem się na Wigry a osiedlowe rajdy zamieniłem na okazjonalne, znacznie spokojniejsze wycieczki z ojcem oraz długodystansowe solówki jakkolwiek dwuznacznie to brzmi. Najpierw Panewniki  - Zawodzie, potem, po kilku latach przerwy Panewniki  - Bogucice, Zawsze tak samo - przez Dolinę Trzech Stawów. I spokojnie, nóżka za nóżką.
 
Skąd przerwa? No cóż, mój pierwszy czy tam drugi, zależy jak liczyć, rower, po prostu mi skradziono. Dodam dla pasjonatów historii Katowic, że pod barem mlecznym Sielanka w Ligocie (dziś jest tam apteka). Ale najdziwniejsze jest to, że ja WIEDZIAŁEM, że mi go ukradną. Nie wiem skąd, ale wiedziałem. Prekognicja to się bodajże nazywa.
Kilka dni wcześniej wychodząc ze sklepu zauważyłem, że roweru nie ma. Nie ma i już. A wokół ławki na przystanku kilkanaście metrów dalej jakiś młody chłopak ku uciesze swoich kolegów kręci na nim kółeczka! Na moim składaku! Podbiegłem doń nastawiony na jakąś poważną walkę a ten zwyczajnie oddał mi rower jeszcze przepraszając. To był tylko żart, a właściwie przypadek, ale od tej chwili czułem już, że rower zniknie, jakby przestał w tym dniu być moim. I mimo że dało mi to wszystko do myślenia, to nie na tyle, żeby zabezpieczyć się lepiej niż tylko w lichy łańcuszek...
 
Strasznie się bałem reakcji rodziców, ale poza ostrzejszą awanturą nic wielkiego się nie wydarzyło. Zresztą nie od razu sprawa się wydała. Mieliśmy taki układ w garażu, że mój rower "od zawsze" stał za ścianką działową i od wejścia widać było tylko kawałek  jego koła. Wiem, że to śmieszne, ale gdy wróciłem tamtego dnia z baru, najedzony co prawda (to była fasolka w sosie pomidorowym, nie zapomnę!), ale i okradziony, bezwiednie postawiłem jakieś pętające się pośród szpargałów inne kółko w tej samej pozycji, żeby tata wchodząc tu niczego się nie domyślił. Na długo to nie pomogło, ale na pewno skala mojego strachu miała potem wpływ na brak lania gdy kradzież wyszła na jaw.
 
Na Karacie nie chciałem jakoś jeździć, chyba że bardzo okazyjnie, załatwić coś, np. oddać butelki do skupu i mieć kieszonkowe na weekend, więc gdy ojciec dodzierał kolejny już swój rower ja przemieszczałem  się pieszo. A Karata wreszcie za grosze  komuś tam sprzedaliśmy.
 
Około roku 1986 lub 87 dosiadłem natomiast czegoś, hmm, bardzo szczególnego. Było to tanie, mocne, duże i jako jedyne dostępne bez jakichkolwiek kolejek w wielu sklepach. Mowa o rowerze Ukraina.
 

Kałasznikow na kołach, czyli rower Ukraina. Zdjęcie ze strony bikestats.pl
 
Zakupiłem to cudo radzieckiego przemysłu w domu towarowym Zenit w Katowicach i o ile pamiętam opakowane czymś w rodzaju natłuszczonego papieru toaletowego, prowadziłem z ogromnym wstydem przez miasto. No ale cóż począć, dziś pewnie byłbym takim ekscentrycznym estetycznie pojazdem zafascynowany, wtedy byłem tylko zdesperowany żeby nie mając nadmiaru pieniędzy znów mieć rower. Szukając jakiegoś zrozumiałego dla młodszych pokoleń porównania napisać mogę, z przymrużeniem oka oczywiście, że Ukraina była takim Chuckiem Norrisem wśród jednośladów, czyli że gdy wjeżdżało się na krawężnik zbyt ostro, to on się wyginał, nie koło. Ale rzeczywiście, krowa to była niesamowita. Wniesienie jej na trzecie piętro po schodach wymagało co najmniej dwóch przerw, a też manewrowanie tym potem w mieszkaniu... osobna historia. Generalnie był to sprzęt jak większość wówczas i dzisiaj produktów ze wschodu zapóźniony o kilka dziesięcioleci. Skórzane siodełko na grubych sprężynach, również skórzana torebka na klucze, gruby bagażnik, niespotykany w polskich rowerach i nawet dzwonek jakby na sterydach. Ileś części oczywiście niewymiennych z polskimi ileś rozwiązań zupełnie z sufitu, wszystko grube, stalowe, proste, praktycznie bez tworzyw sztucznych, ale generalnie czy ja wiem? Jakiś urok toto miało. Typowy podówczas rower wiejski, którymi panowie w beretach z antenką i skórzaną teczką na paski jeździli do pracy np. w jakimś tartaku...
 
Taki przynajmniej obrazek utkwił mi w głowie z wakacji na wsi. Choć nie wiem, czy tamte rowery, raczej stare, polskie, nie były dużo lżejsze.
 
Koniec kropka po około dwóch latach Ukrainę, która wyciskała ze mnie siódme poty,  sprzedałem koledze, choć fakt, że od tamtego czasu nasza znajomość wygasła może świadczyć, że rower nie spełnił wszystkich jego oczekiwań. Albo że po prostu przewrócił się na niego podczas jakiegoś pikniku za miastem...
 
Potem był Jubilat. Jubilat 2 dokładnie. Jak się powszechnie uważa i z czym się zgadzam, był to po prostu rower Wigry na kołach 24 zamiast 20 calowych. Generalnie jednak ze wszystkich do tej pory wymienionych ten był najelegantszy i najmniej awaryjny, tyle, że pojęcia nie mam, co się z nim potem stało. Zaraz pójdę poszukać w garażu. Kurczę, nie wiecie co to za kółko tam stoi za ścianką?

A tak poważnie, to chyba sprzedałem go kuzynce. Ale i tak był różowy, to nie ma czego żałować. Co do ciekawostek, to pamiętam, choć Internet nie dostarczył mi tu na szybko jasnego potwierdzenia, że były też jakieś wersje z przerzutkami, ale być może to inny model na tej samej ramie.
 

 Jubilat 2.
Zdjęcie ze strony chlopcyrometowcy.pl
 
Czas biegnie. Mamy pierwszą połowę lat 90, niżej podpisany pracuje na kopalni (zawsze mówię NA, bo pracowałem na powierzchni, gdyby W kopalni to byłoby na dole, ha ha ha) a że mercedesy nie tanieją tak szybko jakbym chciał, to pozostaje mi, a jakże, kupno następnego roweru. Tym razem jednego z pierwszych tanich (?!) "górali", choć Bogiem a prawdą tyle tylko miał on wspólnego z górami, że cena była wysoka. Nazywało się toto Apacz, Apache dokładnie i moim zdaniem było chińskie, ale pewności nie mam. Możliwe, że wtedy akurat ktoś jeszcze (słyszałem opinie, że Czesi) takie wynalazki produkował. Krótko i węzłowato rzecz ujmując rower kosztował 6 999.000 zł. czyli siedemset nowych złotych po polsku (bez 10 gr) i to w czasie, gdy oznaczało to więcej niż dwie miesięczne wypłaty...

Rower Apache.
Ta sama kolorystyka i "wyposażenie", tylko w moim rama była tradycyjna - z prostą rurką od kierownicy do siodełka. Zdjęcie z portalu olx.pl
 
Nie zapomnę nigdy przygotowań do pierwszej kilkunastokilometrowej trasy. Na sucho, w mieszkaniu, potem na placu, wreszcie na naszej ulicy. Wydawało mi się wtedy, o naiwności, że skoro rower ma przerzutki, to sam z siebie osiągnie drugą kosmiczną po jednym obrocie pedałami. Niestety, jeździć to trza umić jak powiedziałby klasyk. Dojechałem do celu dwa razy bardziej wymęczony niż na Jubilacie. Albowiem właśnie oprócz tego, że się przerzutki ma, trzeba wiedzieć też po co, kiedy i jak ich używać.

Ale potem było już lepiej. Najpierw w końcówce lat 90 wespół z kolegą z pracy robiliśmy dość regularne rundki po Panewnikach, z czego do dziś mam zdjęcia, a potem, około 2003 roku w mniej więcej godzinę kursowałem ekspresowo z firmową korespondencją z Katowic do Tychów i z powrotem, przy okazji doprowadzając się na skraj wyczerpania, tym bardziej, że po ośmiu godzinach pracy na budowie. Mimo wszystko jednak dawałem radę i nawet dobrze mi z tym było.

Poza wspomnianymi przerzutkami i ciężko oprocentowanym kredytem ten rower nie miał nic. No koła i rama po prostu. Żadnego oświetlenia, błotników, hamulców... Bida z nędzą. Dziś w byle lombardzie można coś takiego kupić za 70 zł, czasem nawet  z czymś z dodatków właśnie. I ja też za tyle go sprzedałem około 2009 roku. Bez żalu, choć jakiś dreszczyk emocji czułem jadąc nim po raz ostatni do kupca...

Tutaj taka dygresja. Gdy usiłowałem w 1991 roku kupić dwudziestocalowy monofoniczny, ALE KOLOROWY telewizor na raty, z tym, że koniecznie bez żyrantów, to kupiłem sprzęt warty około 350 zł (czyli 3 500 000 zł wtedy) za 550 plus wszystkie tam odsetki i prowizje. Dlaczego? Dlatego, że wtedy tylko jeden sklep w Katowicach dawał takie raty. Podobnie z "Apaczem". Rowery górskie i w stylu górskich akurat wchodziły na rynek. Skoro inni nie umożliwiali zakupów ratalnych albo wymagali wielu zabezpieczeń, to będąc w tym wyjątkiem można było żyłować ceny. I dlatego właśnie za takie nic dałem w 1994 roku tyle kasy.

A teraz... Teraz aż się dziwię, bo sprzęt na który patrzę i który zamyka dzisiejszą listę czy może lepiej napisać peleton, kupiony został przeze mnie już siedem lat temu, a jeżdżony w tym jest może przez rok. Wiekowy, ale sympatyczny, niemiecki z krwi i kości (do czwartego pokolenia nordyk) Pegasus. Tak, wiem, że PlayStation jest lepsze, ale ja mam Pegasusa i koniec, ha ha ha!


Pegasus. Zdjęcie moje, aczkolwiek postarzone. Prawie jak autor :)

Jak ten czas leci, rany Julek! Jakby to było wczoraj! Wyszukałem sobie wtedy na Allegro, a właściwie to kilka tygodni wyszukiwałem, rowerek używany, niedrogi, do bólu klasyczny, ale ze wszystkim co być powinno i  za niecałe chyba 240 zł z dostawą (!) wreszcie go kupiłem. Ciekawostką jest fakt, że rower z drugiego końca Polski do bazy kurierskiej w Sosnowcu dotarł na drugi dzień, a stamtąd do Katowic "szedł" kolejne cztery doby. Firma Kolporter to była, pamiętam. Teraz K-EX jakby ktoś chciał wiedzieć. Keks z zakalcem. Ale nieważne. O rowerach miałem. A na tym właśnie zacząłem (znów!) od rąbnięcia twarzą o asfalt. I to bynajmniej nie z wrażenia.

Jakbyście wysłali komuś rower kurierem? Zapewne odkręcając przednie koło i skręcając albo wyjmując kierownicę. Słusznie. I ja zrobiłbym to samo. To samo też zrobił miłościwie mi sprzedający. I tylko gdybym pomyślał, że imbusa nie zastępuje się śrubokrętem...

Tak właśnie. Koło wiadomo, na "łapkę", przykręcić, zamknąć i po sprawie, ale kierownicę trzeba mocować KLUCZEM. Na moje nieszczęście śrubokręt też pasował, więc pomyślałem (?), że wystarczy. Dokręciłem, było sztywno. Wyjechałem na ulicę i po około pięciu sekundach jazdy całowałem już ziemię, TĘ ZIEMIĘ.

Po jakichś tam epizodach miejsko turystycznych w 2010 i 2011 roku po raz kolejny po remoncie scentrowanego w międzyczasie koła i szwankujących hamulców wsiadłem na rower dopiero kilka tygodni temu. Tak, w 2017 roku. Dziwnie mi było jakoś, za wysoko, to znów za nisko, inaczej, i kolana bolały i w ogóle, ale... znów mi to zasmakowało. Któryś już "pierwszy raz" w życiu. I tym razem bez wywrotki.

Jeżdżę zatem. Staram się robić co kilka dni jakieś spacery po okolicy. Albo i przejażdżki po starych kątach, gdzie uczyłem się lata temu na moim żółtym składaku. I gdy już się na moim "Pegazie" jakoś wpasowałem w siodło jak na złość akurat około Wielkiejnocy prawie pod domem zainstalowali mi stację NextBike'a ze świetnymi rowerkami za złotówkę od godziny...
Nie było wyjścia - zostałem jednym z pierwszych klientów.

Klęska urodzaju, mówię wam!

Ale to już zupełnie inna historia.


 Rowery co prawda wypożyczone, ale bardzo przyjemne. Zdjęcie moje.
 


  ===
 
 
* - Dla nieznających Katowic. Nazwa Dolina Trzech Stawów brzmi bardzo tatrzańsko, ale to po prostu taki duży park.
 
 
 ===========================
 
 
 
BONUS
czyli Słony Krokiet w akcji ;)
 
Zanim ktoś się przyczepi od razu informuję, że film
jest odrobinkę zmanipulowany, ha ha ha.

 

4 komentarze:

  1. Miałem podobną "karierę" rowerową jeśli można tak powiedzieć. Choć jeździć nauczyłem się chyba w wieku 4 albo 5 lat i zaczęło się od takiego małego "pyrtka" jak na niego mówiłem (nie wiem jaka to była marka roweru niestety) to potem już było podobnie tzn Wigry, Jubilat i potem jeszcze jeden miałem ale też nie znam niestety nazwy. Wigry to był okres mniej więcej klas 2-4. Jubilat klasy 5-8. W technikum skończyło się jeżdżenie na rowerze tylko sporadycznie właśnie tym co nie znam nazwy ale szybko złamałem widełki w nim i się skończyła jazda na rowerach aż do roku 2011 kiedy to zmieniłem prace na taką można powiedzieć blisko domu. Wtedy od teścia dostałem starego "górala" Nie wiem jaka marka ale wyglądał bardzo podobnie do tego Twojego Taka sama kierownica i kolor a właściwie kolory :-) Niestety szybko się popsuł i kupiłem taki miejski rower firmy KroSS na którym jeżdżę do dzisiaj. Przejechałem na nim już z parę tysięcy kilometrów i działa bez zarzutu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie się zastanawiam kiedy to był ten egzamin na kartę w szkole i coś mi się wydaje, że w drugiej albo trzeciej klasie. I to wtedy dopiero uczyłem się jeździć. Kiedyś strasznie się tego faktu wstydziłem, teraz jest mi to obojętne. Tak wyszło i już. Zresztą to wieki temu.

      A rowery z mojego życiorysu pamiętam, bo ponoć, nie wiem na jak długo, pamięć mam niezłą. Ale nie obraź się, nigdy, nawet gdybym mógł, a nie mogę, nie kupiłbym roweru za więcej niż nie wiem, pięćset złotych. Uważam, ze każda rzecz ma swój własny przedział cenowy, z którego się nie wychylam. na przykład wszystkie zdjęcia z gór jakie są na tym blogu i w galeriach to aparaty za 30-60 zł plus jeden wyjątkowy Canon za 120. I jak dla mnie jest git :)

      Inna sprawa, że lubię polować na takie taniości tygodniami.

      Pozdrowienia

      Usuń
  2. Z tego co pamiętam to za tego Krossa zapłaciłem coś koło 550-590zł więc jakoś specjalnie drogi nie był. Nie ma żadnych bajerów. Ot zwykły rower miejski ale jestem z niego bardzo zadowolony bo nic się w nim jeszcze nie zepsuło - no może poza pedałami które były plastikowe i się łamały ale zmieniłem teraz na metalowe i jest dobrze. Co do gór to też nie mama żadnego wypasionego aparatu a właściwie nie mam go wcale bo wszystkie filmiki i zdjęcia robię telefonem :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to co innego :))) Nie, no spokojnie, to nie był zarzut, tylko określenie moich poglądów. Śmieszy mnie po prostu podejście w którym rower to musi być wypasione cudo za kilka tysięcy a aparat to musi być lustrzanka. A potem jeden jeździ do parku a drugi strzela fotki swojemu kotu :)) O to tylko mi szło.

      Te dawne moje rowery też przecież tanie nie były porównując z ówczesnymi zarobkami. To dopiero teraz ten "Niemiec" jest za prawie za darmo.

      Co się zaś tyczy aparatów, to jak napisałem, od początku tego bloga miałem ich z dziesięć albo i więcej, ale zawsze tak do 60 zł jakieś używańce z Allegro. Telefonem robiłem zdjęcia na pierwszej i drugiej wycieczce, ale to był super telefon do takich zadań - Nokia 6620c. Zresztą temat starych Nokii z dobrymi aparatami to dobre na jakiś kolejny wpis.

      Usuń

Wszystkie teksty i zdjęcia zamieszczone na tym blogu, o ile nie podano inaczej, są moją własnością. Ich ewentualne dalsze wykorzystywanie i rozpowszechnianie jest zabronione pod odpowiedzialnością karną.