Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 2 grudnia 2014

Katowice oczami przechodniów


Niedzielny spacer pomiędzy katowickimi osiedlami 
- Tysiąclecia i Witosa


Oto Tysiąclecie. Sztandarowy obrazek z Katowic lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Drugie obok "gwiazd" na Zawodziu osiedle eksploatowane do znudzenia na okładkach wszelakich przewodników i folderów i ujmowane we wszystkich chyba możliwych układach na widokówkach. Miejsce symbol. Symbol nowoczesności, szerokich perspektyw, "drugiej Polski" i chyba przede wszystkim przywracania świetności terenom cokolwiek zapomnianym czy też nawet zniszczonym. Ot, taki peerelowski Śląsk 2.0. Czy udany? Raczej tak, choć imponująca nawet dziś jeszcze architektura miejscami zwyczajnie przytłacza, a enklawy zieleni, aczkolwiek obecne, nie są w stanie tego przykrego wrażenia zniwelować. Z drugiej jednak strony otoczenie dzielnicy jakim jest od północy Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku (obecnie nazywany Parkiem Śląskim) a od południa sporej wielkości staw Maroko dają możliwość szybszego niż to najczęściej w miastach bywa wyrwania się ku zieleni, ciszy i spokojowi. Tak więc po zaakceptowaniu "koncepcji orzecha" w której zieleń otacza, ale raczej nie przenika, "Tauzen", bo tak od lat Katowiczanie nazywają to miejsce, może się nawet podobać.

Postanowiliśmy z Agatą sprawdzić na ile dziecinne wspomnienia z wypraw do ZOO czy Wesołego Miasteczka wespół z wyobrażeniami bardziej już dorosłymi z chwil w których w ten czy inny sposób Tysiąclecie pojawiało się w naszym życiu zgadzają się z rzeczywistością Anno Domini 2014 i wybraliśmy się na sporej długości spacer rozpoczynając go (jakżeby inaczej!) naprzeciwko Alei Żyrafy - tej samej którą w lipcu udawaliśmy się na zwiedzanie ogrodu zoologicznego.

Niedziela 23 listopada 2014 godzina 10:53
 
Z centrum Katowic dojeżdżamy autobusem linii 673 do przystanku "os. Tysiąclecia ZOO", kojarzącego mi się przez swą niefortunną nazwę z nadgorliwcami, którym za komuny zdarzało się mówić o "osiedlu Tysiąclecia PRL-u" i mając przed sobą rondo im Henryka Sławika, a za plecami wspomnianą już żyrafę ruszamy ulicą Tysiąclecia w kierunku ronda im. Karola Stryi. Jest to jedna z najważniejszych tras osiedla i zarazem dobra jego wizytówka. Najpierw mijamy starsze, pochodzące z lat 60 i 70 bloki, dokładnie te, które pierwsze przychodzą nam na myśl, kiedy wspominamy tą dzielnicę, pomiędzy nimi na wprost widzimy już powstałe w latach 80 "kukurydze" i wreszcie po prawej wyłaniają się będące jeszcze w trakcie budowy najnowsze, bardziej już typowe, acz również jak te wcześniejsze, potężne budynki ciągle jak z tego wynika rozrastającego się kompleksu.


Chociaż wbrew pierwszym obawom napotykamy tu i ówdzie drzewa, skwerki i zwykłe trawniki, to jednak nie równoważą one ilości betonu, asfaltu, stali i przede wszystkim wrażenia totalnego zaplanowania wszystkiego i wszędzie. Brakuje jak na razie odrobiny naturalnej natury ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, ale za to bez sztucznego koloryzowania, po prostu zostawionej samej sobie. Na szczęście za czas jakiś, już na pożegnanie osiedla, troszeczkę jej będzie. Ale o tym za chwilę.

Po minięciu marketu przy rondzie Stryi skręcamy w lewo i ulicą teraz już Mieszka I docieramy do imponującego, niezwykle oryginalnego ceglanego kościoła ukończonego na początku lat 90. To parafia pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. Nietuzinkowa i bardzo ładna zarazem budowla, kojarząca się, zwłaszcza gdy się ją ogląda od strony rzeki Rawy z baśniowym zamczyskiem, ze względu na kręcone schody i mury, jest mi prywatnie znana także z tego, że przyglądałem się jej codziennie przez długie miesiące w końcówce lat 80 dojeżdżając osinobusem na budowę ośrodka zdrowia przy ulicy Ułańskiej, także na Tysiącleciu, tyle że Górnym. My, co zaznaczam, cały czas jesteśmy na Dolnym. A powyższe wspomnienie niech będzie dowodem, że i niżej podpisany dołożył niegdyś swą cegiełkę, najzupełniej dosłownie zresztą rozumianą do powstania tej dzielnicy...


Ogromnym łukiem prawie że zawracamy teraz i zostawiając kościół za sobą dochodzimy alejką nad Rawą do kolejnego ronda, tym razem imienia Konstantego Wolnego, z którego w prawo ulicą Jana Pawła II docieramy do chyba najpiękniejszego zakątka osiedla,  czyli stawu Maroko. Jak wieść niesie w ogromnym trzcinowisku tuż obok niego żyją sobie nie tylko powszechnie znane kaczki, łabędzie czy żaby, ale także np. piżmaki i zaskrońce, a zatem stworzenia raczej rzadko w miastach spotykane. Cały zaś teren użytku ekologicznego "Stawy na Tysiącleciu" ma ok 16 hektarów, w tym powierzchnia stawów (są dwa) ponad 8, czyli całkiem sporo.

Przez wiele lat tuż nad brzegiem funkcjonował tu ośrodek wodno rekreacyjny kopalni Kleofas, a kolejnym (Państwo wybaczą autoreklamę!) epizodem z życia autora związanym z odwiedzaną dziś dzielnicą było malowanie płotu wspomnianej placówki, którego dokonał był jesienią 1989 roku ku swej wielkiej radości zresztą, bo przecież w czarującej tak wtedy jak i dziś okolicy.


No właśnie, skąd ją znam? Czy raczej: skąd JESZCZE znam ogólnie Tysiąclecie? Z wczesnego dzieciństwa na przykład, gdy z mamą przyjeżdżałem do okolicznych, prawdopodobnie lepiej zaopatrzonych sklepów na zakupy. Z czasów zawodówki, kiedy to z praktyk na których pomagaliśmy ekipom usuwającym szkody górnicze w prywatnych mieszkaniach najczęściej w okolicach ulicy Dębowej (i dzielnicy Dąb) wracałem tędy na kopalnię, a także ze wspomnianych już wypraw do WPKiW, pracy na budowie przy ulicy Ułańskiej oraz właśnie ośrodka nad stawem o którym przed sekundką. Okazuje się, że całkiem tego sporo, prawda?
 
No ale nic, idziemy dalej. Nowoczesnym wiaduktem nad Drogową Trasą Średnicową zbliżamy się już do granicy Tysiąclecia i Załęża, czyli ulicy Gliwickiej. Krajobraz zmienia się tu diametralnie, rzec by można o kilkadziesiąt lat. Zresztą skoro o latach mowa, to warto zaznaczyć, że  idąc w prawo doszlibyśmy do osiedla o bliskiej mi nazwie Kolonia Mościckiego (wcześniej Kolonia Belojannisa, wcześniej kolonia Mościckiego, a w międzyczasie jeszcze Rudolf Hess Kolonie), zaś dokładnie prawie naprzeciwko niego, w czasach PRL-u odnaleźlibyśmy giełdę owocowo warzywną i samochodową, na której autor niniejszego bloga zamierzał dawno temu zakupić samochód (?) marki syrena za całe 40.000 polskich, acz komunistycznych niestety złotych. Ale nie zakupił.

Na Gliwickiej skręcamy w lewo (w kierunku centrum miasta) i mijając najpierw raczej skromny Park Załęski, a zaraz za nim masywny budynek dawnego kopalnianego Domu Kultury dochodzimy do charakterystycznego krzyża po lewej i vis a vis niego kierujemy się w Wiśniową. Tu czas zatrzymał się już bezdyskusyjnie. Poza irytującym tandetnością szyldem sklepu spożywczego wszystko jest jak dawniej. Czyli jak kiedy dokładnie? Jak w latach osiemdziesiątych, sześćdziesiątych, trzydziestych. Jak zawsze. Tak. Aż się dziwnie robi. Ale przyjemnie. To taki niefałszowany Śląsk "kopalniany" jak z filmów. Są brudne familoki i pełne prania balkony, są komórki na węgiel i gołębniki na placu, są zawsze obecni sąsiedzi na ławeczkach pod oknami i jest klimat. To najważniejsze. Prosty. Jak talerz żuru po ciężkiej szychcie. Warto tu zajrzeć, by poczuć i spróbować zrozumieć ten dawny, zanikający już świat...


Przechodzimy teraz pod wiaduktem kolejowym (Polecam zerknięcie na zdjęcie podtopionego tu autobusu w książce pt. Monografia rzeki Rawy) i oto jesteśmy na ulicy Obroki, do roku 1990 zwanej ulicą Rewolucjonistów. Po lewej w dali mamy tu od dziesięcioleci już słynne: katowicki "szaberplac" i giełdę owocowo warzywną, na wprost dawną halę sportową jeszcze dawniejszej  kopalni, a wreszcie za nią i obok niej w prawo równie nieaktualne niestety Domy Górnika (w jednym z nich ćwierć stulecia temu zamurowywałem okienka w piwnicach, ha ha!) i... no nie, o tym trzeba opowiedzieć nieco szerzej.

Po pierwsze za Domami Górnika jest pawilon handlowy. W pawilonie tym niżej podpisany w początku lat 90 był stałym klientem działu monopolowego (Ha ha ha! Tak - był, ale bez obaw - jako "donosiciel", nie konsument!) oczekując grzecznie w kolejce na magiczną godzinę trzynastą (wcześniej alkoholu nie sprzedawano), zaś około roku 1993 zakupił nóż kuchenny. I co z tego, zapytacie Państwo? Ano sporo. Nóż ów, nabyty jako się rzekło w 1993 roku mam do dziś, NIGDY niczym go nie ostrzyłem, a nadal tnie bezproblemowo nawet kości i blachę z konserw. I zawsze sobie obiecuję, że jak tylko cofnę się w czasie, to pierwsza sprawa - kupić jeszcze jeden! Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak ten się kiedyś stępił.

Za sklepem jest osiedle czerwonych czteropiętrowców. Budował je w pierwszej połowie lat 80 między innymi mój ojciec, którego nieraz tu odwiedzałem. W trakcie takich wędrówek po budowie czy wielogodzinnego nudzenia się w szatni zdarzało mi się na otrzymane od taty talony spożywać obiady właśnie w okolicznych hotelach robotniczych. I nawet przez myśl mi nie przeszło wtedy, że za kilka lat będę naprawdę pracował na Kleofasie! 

Tutaj dygresja. Tata pracował w PBPW, Przedsiębiorstwie Budowlanym Przemysłu Węglowego. Nie był górnikiem, tylko murarzem a przed samą emeryturą również instruktorem praktycznej nauki zawodu, ale mimo to dostawał np. co roku Barbórkę (ok. 1,5 przeciętnej wypłaty), żywiła go jak widać z akapitu powyżej także "moja" kopalnia, bo to dla niej budowano to osiedle, a i zamiana mieszkania czy wczasów pomiędzy różnymi firmami, w tym, co jasne, także kopalniami właśnie, była czymś oczywistym. A dziś weźcie i poproście kogoś o pozwolenie podpięcia przedłużacza do gniazdka na pięć minut!
 
Podążamy w górę ulicy Obroki. Mijamy tu po prawej samotny market, zarośnięty plac wokół i resztki betonowego ogrodzenia. Kiedyś także stały tu kolejki, ale nie wózków do kasy a ciężarówek po odbiór węgla. Kierowcy wegetowali dniami i nocami a może tygodniami nawet w kabinach swoich ZIŁ-ów, Starów i Jelczy. Na placu unosiły się tumany kurzu, w dali do drewnianych magazynów rozładowywano wprost z pociągów tony wapna, cementu i czego tam jeszcze, a ogromne ładowarki przewalały tony połamanego drewna wydobytego wraz z węglem z dołu. I to drewno, proszę sobie wyobrazić, można było za darmo nabyć w praktycznie dowolnej ilości na opał ponosząc tylko koszty transportu. I to nie było sto lat temu, a raptem dwadzieścia.
AŻ dwadzieścia, macie Państwo rację.

Idziemy dalej na wprost. Po lewej towarzyszą nam bloki, po prawej resztki zabudowań Kleofasa przekazane teraz różnym hurtowniom i biurom. Wreszcie mijamy brudny budyneczek administracyjny, dawny bar i sklep tuż przy bramie (rany, przy każdej wypłacie stało tu z dwudziestu albo i więcej amatorskich „dystrybutorów” kina klasy B, C a zwłaszcza X na kasetach VHS!) i docieramy do budynku biura przepustek. Pawilon ten powstał około roku 1990, ale dziś jest zdewastowany tak, jakby ktoś w złości dołożył mu ze trzydzieści lat. Wewnątrz, zaraz przy wejściu był kopalniany kiosk, dalej rejestratory czasu pracy, pomieszczenie strażników, pokój ich dowódcy, magazyn broni i ubikacje. Szyk, przestronność, nowoczesność. A dziś? A dziś wita nas brud, gruz, wybita w murze dziura na rurę z piecyka (sic!) i otwarta brama, której nikt nie pilnuje. Ale mimo to nie wchodzimy, idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów obok dawnej dyrekcji, siedziby związków zawodowych (teraz mieści się tam między innymi... szkoła rodzenia!) i na chwil kilka zaglądamy pomiędzy familoki szukając pewnej dziury w płocie, tej samej, którą tyle razy przechodziłem na teren kopalni jeszcze jako uczeń…


Ale jak się okazuje, nie ma już nie tylko dziury, ale i płotu. Nie ma zresztą zupełnie niczego tam, gdzie zdawałoby się coś jeszcze być powinno. Zniknęły budynki straży pożarnej, działu szkoleniowego, budowlanki, głównego magazynu, transportu, działu spawalniczego… Wszystko zniknęło. Przypominam sobie najpierw rok 2011 i moją tu pierwszą po latach bytność. Szok, jaki wywołały we mnie zabudowania, drogi i place, które znałem, zdewastowane i zarośnięte. Dziś wrażenia są tym głębsze, że wokół zieje absolutna pustka. Po prostu ugór, u którego kresu migocze przejeżdżający właśnie w dali pociąg. Niewyobrażalne! Jakby świat chciał wmówić nam, że nigdy niczego tu nie było!
Jeszcze przez moment wracam pamięcią do roku 1994, kiedy się z kopalnią żegnałem.
-Tu była część dyrekcji, tutaj szkoleniówka, a tam na piętrze…
-Tu w 1988 roku sadziłem żywopłot…
-Tamtędy…

Cisza.

Agata pilnie fotografuje każdy skrawek historii wyglądający jeszcze gdzieś ukradkiem i w milczeniu słucha moich wspominek. Dziwne doświadczenie, jakby przekonywać kogoś, że przed chwilą widziało się stado różowych słoni. A co, jeśli one były tu naprawdę? Bo przecież były.


Wracamy znów przez podwórka do ulicy. Gdyby iść teraz dalej w kierunku Chorzowa dojdzie się najpierw do hal targowych, potem do jeszcze jednego kopalnianego szybu, a raczej miejsca, w którym kiedyś był i wreszcie do biurowca Elkopu, usytuowanego na granicy miast. My jednak już zawracamy, oglądając jeszcze po prawej dawną szkołę górniczą, która obecnie jest liceum ogólnokształcącym. Uśmiecham się tu w duchu przypominając sobie jak to zupełnie niedawno udało mi się odnaleźć w Internecie naszą panią dyrektorkę i podziękować jej mailem za tamte czasy…
Dziwne to może, ale miałem taką potrzebę.

Znów jesteśmy przed bramą kopalni. Teraz w prawo, w kierunku osiedla Witosa. Zostawiamy za sobą dawną piwiarnię „Pod dzwonem” do której nieraz wymykałem się z kolegami za kwadrans trzecia, parking, który jest tu „od zawsze” a na którym było też wejście do warsztatu kopalnianych ogrodników i małe rondko na którym zakręcały autobusy. Skoro już jednak wspomniałem ogrodników, to jeszcze słówko. To tu między innymi do pomocy im właśnie przychodziliśmy na praktyki ze szkoły. I zapadł mi w pamięć pewien pan, którego z racji nie całkiem dopasowanego obuwia i ubrania roboczego nazywaliśmy Charlie’m. Dopóki był po prostu kimś tam mającym się nami zająć, był dla nas śmieszny, co jakoś zupełnie mu nie przeszkadzało, ale gdy po kilkunastu minutach okazało się, że żaden z nas nie potrafi prawidłowo trzymać, a co dopiero używać grabi… nasze podejście zmieniło się diametralnie. A „Charlie” każdemu, spokojnie, grzecznie i po kolei tłumaczył i pokazywał co i jak należy robić, aby grabie nie działały jak łopata…
Łopatologicznie pokazywał.


Po lewej skręcając w uliczkę Dulęby mamy teraz przed oczami sklep mięsny, a za nim, bardziej w stronę kopalni – spożywczy. Kiedyś było na odwrót. Spożywczy był mięsnym, a mięsny - warzywniczo spożywczym. I to tu właśnie, w tym ciasnym, ciemnym sklepiku lat temu wiele po raz pierwszy ktoś zwrócił się do mnie per pan… O rany, ależ to wspomnienia!

W warzywniczym pracowało wtedy starsze małżeństwo, z racji bliskości szkoły doskonale obeznane z młodzieżowymi zagrywkami i slangiem. Tłumnie zresztą ówczesna młodzież ten sklepik odwiedzała na długich przerwach i pewnie był on wtedy dla nas czymś więcej niż tylko miejscem robienia zakupów. Rodzajem klubu, mini baru, czegoś takiego.

Dmuchany ryż, czerwona oranżada w woreczku, słonecznik (Nie być Żyd, sypnij słoniola!) i może jeszcze czasem jakieś jabłko. Niewielki był wybór, ale jak w każdej zamkniętej społeczności, tak i tu sama możliwość wyjścia na dużej przerwie do sklepiku (czytaj po prostu: posiadanie gotówki) nobilitowało. „Plebs” szedł palić fajki za salę gimnastyczną, „szlachta” za to delektowała się landrynówą z woreczka kupioną na dwóch. Następnego dnia najczęściej role się odwracały.

Ale żeby dojść do sklepu trzeba było opuścić teren szkoły a to oznaczało minięcie najpierw stołówki i kuchni a zaraz potem bloku, który do dziś widać z ulicy Dulęby doskonale – wtedy internatu, nieco później hotelu robotniczego i wreszcie aż do dziś - siedziby rozmaitych instytucji mniej lub bardziej z górnictwem związanych. Budynek ten był na przełomie lat 80 i 90 poszerzany a raczej wydłużany dobudówką przy powstawaniu której również i ja pracowałem. I tu nie mogę nie wspomnieć pewnego górnika odsypiającego nockę i w związku z tym zirytowanego hałasem na dole. Po krótkiej acz burzliwej wymianie zdań przez okno dobiegł nas, pracujących na parterze ryk: Szanujcie nas kur..., bo jakby nie my, gorole, to byście do dziś rękami jedli!
Uśmialiśmy się do łez na takie dictum i w rewanżu za poprawienie nam humoru zaczęliśmy od tego momentu rzeczywiście zachowywać się możliwe najciszej.


I cóż, Państwo wybaczą daleką dygresję, ale myślę, że to dobry, najlepszy może moment by się nią podzielić. Urodziłem się i mieszkam od dziesięcioleci w Katowicach, uważam się za Ślązaka, ale jest to dla mnie wtórne wobec bycia zawsze i przede wszystkim Polakiem. Stąd też z głęboką niechęcią odnoszę się do dzielenia mieszkańców naszego regionu na tubylców i przyjezdnych. Szczególnie zaś śmieszy mnie utożsamianie górnictwa ze śląskością w sytuacji, gdy tysiące tych właśnie tak pogardzanych tu „goroli” oddało swoją pracę, zdrowie a nierzadko życie pracując w kopalniach i przemieszkiwując latami w dalekich od luksusów hotelach robotniczych. Bo przecież wbrew temu co się często głosi, nie tyle oni przyjechali na bogaty Śląsk za pracą, ile Śląsk ich ściągnął, bo miejscowi do tej pracy najwidoczniej się nie kwapili. Prywatna moja prośba do wszystkich czytających te słowa: Pamiętajcie Państwo o tym.
Tyle dygresji. Wracamy na ulicę Dulęby Anno Domini 2014.


W dali widać już pierwsze bloki osiedla Witosa. Po prawej wciąż towarzyszy nam jeszcze teren dawnej szkoły a po lewej najpierw kilka bloków, a potem już tylko na kilometr pachnące PRL-em rozmaite firmy małe i duże. Mijamy rzadki dość lasek, w którym za czasów szkolnych pan od wuefu, a zarazem sekretarz PZPR ganiał mnie i moich kolegów w niekończące się kółeczko „na rozgrzewkę” i wreszcie boisko, na którym soczyście, acz monotonnie klnąc rozgrywają właśnie jakiś swój mecz życia miejscowi oldboje.  Wizualnie nie zmieniło się tu zbyt wiele od czasów mojej młodości. Tylko plac szkolny jest bardziej zaniedbany, płot mocniej zniszczony, a zielska wokół większe. Druga strona ulicy również wygląda jak kiedyś. Szkoda tylko, że budynki i place po dawnych dużych firmach zajmują teraz liliputy z gatunku „ja, mój brat i nasz dostawczak”, o czym świadczy morze szyldów dookoła. Takie czasy, ktoś powie. Kiepskie czasy - odpowiem mu na to.

Betonowymi schodami dochodzimy do barierek oddzielających nas od torów. Torów, których nie ma. To szlak piaskowy pomiędzy szybami – zachodnim i wschodnim – mojej kopalni. Dawno już rozebrany, ale nadal doskonale widoczny. Tylko kłaść szyny i można jechać. Śmieszą trochę te barierki na pustej grobli, ale mimo to nadal nikt ich nie zdemontował. Może więc kiedyś jeszcze popędzi tędy jakiś pociąg? Kto wie.


Osiedle Witosa. Jesteśmy już u kresu naszego dzisiejszego spaceru. Jeszcze kilka zdjęć upstrzonych malunkami graficiarzy bloków i już skręcamy w lewo w kierunku przystanku skąd za dokładnie pięć minut zabierze nas do Ligoty autobus linii 51. Nasza wycieczka trwała niewiele ponad dwie godziny, a przecież ileż ciekawych miejsc, śladów i wspomnień udało nam się napotkać!
 
Do zobaczenia na szlaku! 

 
Mapka trasy.
 Kliknij lub otwórz w nowym oknie aby powiększyć.
 
 
 
***
 

6 komentarzy:

  1. Gdyby nie Ty, spacery po mieście ograniczałyby się do fotek i Wikipedii, a tak, przynajmniej, Twoje historie tchną nieco życia w ulice i budynki :) I oto chodzi !!! Wiem, że nie lubisz betonu, ale ja za to za nim przepadam, zwłaszcza jeśli, jak na Wiśniowej, można cofnąć się w czasie :) Także, wiesz .......... czekam teraz na spacer po kolejnej, przemysłowej dzielnicy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj jednak, że gdybyśmy tą samą ulicą poprowadzili trzech ludzi, urodzonych dajmy na to w latach 80, 70 i 60 ubiegłego wieku, to każdy zobaczyłby co innego i za czym innym też zatęsknił.

      Wspomnienia są jak ustawiony na stałe cyrkiel - moje sięgają gdzie indziej niż innych, ich - gdzie indziej niż moje. Dopiero się uzupełniając tworzymy obraz. Boję się że nadal subiektywny.

      Ale jeśli ulica, dzielnica, dom, sklep, zaułek są tymi sznureczkami, które jak w pudełku z herbatą pozwalają nam wyciągnąć z pamięci właściwą torebkę, to jasne, należy zaglądać tu ówdzie co jakiś czas. Czego Tobie i sobie i całej reszcie Internetu :) życzę.

      Usuń
  2. I tak czasem, aby dotrzeć wgłąb siebie, trzeba wejść na górę. Albo nawet wiele gór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładam że to komentarz do wpisu z lutego, ale tu go zostawiam, bo "przeflancowany" nie miałby już Twojego podpisu :)

      Ale odpisuję tam - pod postem o "starych nowych drogach"

      Usuń
    2. Dziwne, byłam przekonana, że komentuję tamten post. Jak to się stało?

      Usuń
    3. Są akurat trzy na jednej "stronie". Górski, kolejowy i osiedlowy że tak powiem. Żeby przeczytać kolejne trzeba kliknąć na dole "starszy post". Zapewne przewinęłaś za szybko, a że i tam i tu sporo obrazków, to wyszło jak wyszło :)

      Usuń

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.