Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Pociąg przyjaźni

Ponad dwadzieścia lat temu w pewnym dalekim kraju usiłowałem kupić dwa bilety do Polski i jeden powrotny. Sprawa niby prosta, ale gdy się dołoży daty, ceny, klasy, przesiadki oraz… kompletną nieznajomość języków obcych, robi się dramat. Tym większy, że za plecami rośnie i pohukuje kolejka bynajmniej niemająca problemu w artykułowaniu swoich uczuć.

Chyba dziesiąty raz pokazuję na palcach, piszę na kartce, powtarzam głośno i wyraźnie, że „Dwa stąd tam, a jeden stamtąd tu. Oraz miejscówka”.
No signal.
Wszelkie próby obudzenia w kasjerze ducha internacjonalistycznej współpracy spełzają na niczym, a on sam demonstracyjnie obraca się do mnie bokiem i przestaje reagować. W przeciwieństwie do kolejki, która reaguje jak najbardziej. Negatywnie.
I wtedy zjawia się ona. Wysoka, szczupła w ciemnozielonym paletku.
-Poliaki?
-Tak… Da… - Rozkładam ręce wskazując wzrokiem na obrażonego kasjera i próbuję wyjaśnić, że "dwa na pierwszą klasę stąd i...
Kobieta uśmiecha się porozumiewawczo i stuka w szybę, za którą miłościwie nam (nie) sprzedający prawie już zasypia. Kilka rosyjsko tutejszych zdań,  z których rozumiem tylko „Katowice” i oto po kilku chwilach staje się cud.  Nieznajoma odchodzi od okienka i wręcza mi moje wymarzone bilety. Takie, jakie miały być, bez żadnego błędu.

-Yyyy… Bardzo… dzię… Spasiba… – Jestem tylko w stanie wydukać czerwony jak burak. Jeśli słyszała wszystko, co i jak mówiłem wcześniej po polsku (z domieszką zapewne łaciny) to raczej mam się czego wstydzić.

Takie nic. Drobiazg. Symbol. A przecież pamiętam tą scenę jakby zdarzyła się wczoraj. I Ona i ja byliśmy (co chyba najważniejsze w tej historii) w tak samo dalekim i obcym dla siebie miejscu, a jednak...

Od tamtej pory, gdy ktoś z moich znajomych psioczył na „ruskich” przypominałem mu (lub sam sobie) o pani w zielonym palcie, dzięki której bezproblemowo i na czas wróciliśmy do Polski.

-----------------------
Życie składa się z gestów, ze słów, z symboli. I czasem od tych wielkich, wydumanych, ociekających lukrem, po wielokroć skuteczniejsze są te ludzkie, proste, zwyczajne, ale jednocześnie właśnie dlatego ważne i oczekiwane.

Przypomniała mi się ta historyjka ponieważ myślę sobie, że gdyby ktoś przeprowadził w piątek i dziś badanie sondażowe na temat polskich opinii o Rosji i Rosjanach, mógłby przeżyć szok. Jak najbardziej pozytywny.

Spasiba!

niedziela, 11 kwietnia 2010

Mały Rycerz

Warszawa powitała dziś trumnę z ciałem prezydenta Kaczyńskiego tak, jak wcześniej witała tylko papieży, tłumami na ulicach, wspólnym śpiewem i kwiatami. Powitała tak, jak w Polsce wita się bohaterów. Niezrozumiany, wyszydzany i odsuwany na bok jak ciężar polityk bez szans na reelekcję, po śmierci powrócił ze Smoleńska w glorii najwyższej państwowej chwały. Tak wielkiej i spontanicznej, o jakiej za życia zapewne nie marzył. Czy to nie przerażające, że dopiero gdy zginął zadaliśmy sobie trud zrozumienia go?

Powinniśmy jak sądzę wszyscy postawić sobie pytanie podstawowe; czy pomiędzy drwinami, pogardą, marginalizowaniem, a łzami, modlitwą i setkami tysięcy zniczy na ulicach naprawdę nie było miejsca na ocenianie tego człowieka, naszego prezydenta, za jego poglądy, działania, intencje nawet, a za to bez odnoszenia się do jego prezencji, sposobu mówienia, światowości wreszcie czy rzekomego jej braku. Czy ponad to wszystko nie mogliśmy się wznieść my, obywatele Rzeczypospolitej, wtedy, gdy żył jeszcze? Czy potrzebne były niektóre wypowiedzi np. Lecha Wałęsy, Radosława Sikorskiego czy Janusza Palikota nieodnoszące się przecież stricte do polityki, a do człowieka? Czy prezydent Lech Kaczyński nie był niezrozumianym po części przez to, żeśmy go sami tak a nie inaczej traktowali? Czy nie jest to sprzężenie zwrotne?

Wiele różnych zdań o prezydencie przeczytałem od soboty na forach i blogach. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale nawet w takiej chwili spotkałem wśród moich Rodaków ludzi potrafiących porównywać katastrofę z Rosji do wypadków samochodowych w przeciętny weekend. Nawet taka tragedia nie uzmysłowiła co niektórym, że dawno już nie ma ONYCH i że prezydent, senatorowie i posłowie są naszymi przedstawicielami. Żadne tłumaczenia typu „ja na niego nie głosowałem” nie mają tutaj znaczenia. Oni wszyscy znaleźli się w tym miejscu i czasie dlatego, że reprezentowali NAS.
To myśmy ich tam wysłali.

Śmierć nie ma legitymacji partyjnej ani narodowości, a od zmarłych nie można wymagać by poprawili swoje błędy - napisałem wczoraj w jednym z komentarzy i dziś to powtarzam. To raczej oni mają prawo oczekiwać czegoś od nas. Czegoś więcej niż znicz i puste słowa.

Kiedy Lech Kaczyński przemawiał na wiecu w Gruzji, kiedy organizował wyjazd nań kilku przywódców państw Europy Środkowo Wschodniej, kiedy był rzecznikiem interesów narodu gruzińskiego na forum międzynarodowym, byłem z niego autentycznie dumny. Było to pozornie igranie z ogniem, działanie chaotyczne i prowokujące, a jednocześnie tak wzruszająco polskie, że w tym wszystkim na głowę bijące ostrożne i sztampowe reakcje Zachodu. Może nie każdy z nas go wtedy popierał, ale chyba każdy rozumiał. Pewien jestem, że nie tylko wtedy.

Nasz prezydent był typem państwowca, z różnych względów trochę nieprzystającym do współczesności, ale bez wątpienia kierującym się chęcią budowania państwa silnego, stabilnego i jednocześnie otwartego na obywatela. Wiele jego poglądów, wiele planów czy intencji zapewne bezproblemowo obroniłoby się gdyby wygłosił je ktoś inny. Powinniśmy o tym pamiętać. Powinniśmy z tego wyciągać wnioski.

Być może On mógł być lepszym prezydentem, ale i my z pewnością mogliśmy być lepszymi obywatelami.

Nadal zresztą możemy...

---------------------------------
*- melodia "Pieśni o Małym Rycerzu" z serialu "Przygody pana Michała" miała być motywem kampanii prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku.

sobota, 10 kwietnia 2010

Książki niekoniecznie słusznych wniosków

Przez Internet kupowałem już chyba wszystko od papieru toaletowego poprzez komputery aż do… pieca węglowego. Ostatnimi czasy wzbogacam biblioteczkę. Doszedłem do wniosku, że wypożyczenie książki to nie to samo, co posiadanie jej. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, ale załóżmy, że książka nam się podoba, wzbudza dobre emocje, cieszy, wzrusza, skłania do zastanowienia. Odkładając ją na swoją, a nie biblioteczną półkę zatrzymujemy te uczucia na zawsze i możemy wrócić do nich, gdy poczujemy taką potrzebę. Tego nie da nam ani biblioteka ani .pdf przy niezaprzeczalnych, choć odmiennych od siebie plusach jednego i drugiego rozwiązania. Książka ma w sobie magię. Coś wyraża, coś odkrywa, coś nam przekazuje. Jest malutkim kawałkiem świata. Warto mieć go na wyciągnięcie ręki.

Jeżeli tutaj, na blogu, po miesiącu albo roku dojdę do wniosku, że chciałbym coś zmienić, wystarczy kilka kliknięć, a tam, wśród nierzadko pożółkłych kartek świat nadal jest takim, jakim był pięć, trzydzieści czy sto lat temu.

Jak już kiedyś wspominałem poza jednym wyjątkiem (link) nie czytam beletrystyki, książek jak mówię „wymyślonych”. Cenię ich pomysłowość i styl, ale ani jedno ani drugie nigdy nie zastąpi życia. Co nie znaczy, że nie można opowiadać fikcją o prawdzie. Można. Z tym, że ja za takim rozwiązaniem nie przepadam.

Przeciętny człowiek zresztą jest w stanie świadomie wybrać, jakiego rodzaju doświadczenie (mam na myśli formę oczywiście, nie cel) pragnie przeżyć zagłębiając się w lekturę, bo chyba mało kto czyta coś, o czym albo o czego autorze nie wie dokładnie nic. Trzymam się więc raczej zasady, że lepiej być pozbawionym królewien na wieżach i gadających kotów na przykład, a poznać coś, co da się w miarę dokładnie ulokować w miejscu, czasie i historii.

Skoro jednak powiedziałem, że książka jest fragmentem określonej rzeczywistości, najczęściej zresztą już nam dalekiej, to staję często przed dylematem, co zrobić, gdy czytam o czymś, co dziś już uznane jest za błąd, nadinterpretację czy wręcz kłamstwo. Ano nic. Brnąć dalej, poznawać, rozważać punkty widzenia albo nawet… dobrze się bawić.

Wertuję więc na przykład tomiska wydane w płytszym i głębszym komunizmie, w których, jak w starym dowcipie, prawdziwa jest czasem tylko data druku i… nie akceptując wyrażanych w nich poglądów czy uzasadnień poznaję właśnie albo inny punkt widzenia na coś (nieważne, że błędny) albo samą technikę manipulowania rzeczywistością. Przy czym należy zauważyć, że to drugie niejako automatycznie pobudza do szukania wiedzy dzisiejszej i konfrontowania jej z zastaną w starych publikacjach. Nikt chyba nie zaprzeczy, że trochę niechcący można się tym sposobem sporo nauczyć.

Pomyślałem sobie w związku z powyższym, że skoro bez użycia niedozwolonych środków farmaceutycznych udało mi się przebrnąć przez „Krótki kurs WKP(b)” (cena 4 złote plus autentyczne radzieckie korniki) i nadal żyję, jest to znak ;) abym na tym blogu co jakiś czas dzielił się swoimi odczuciami po lekturze książek które stanęły na drodze mojego (allegrowego najczęściej) żywota.

Ten post niechaj pełni rolę przedmowy.

czwartek, 8 kwietnia 2010

TIR-ostyka amatorska


Plaaask!
Jeszcze godzinę temu TAM, a teraz już TUTAJ. 
Za szybą  uciekający w ekspresowym tempie świat. A my poza nim. Nie stąd i nie stamtąd. Poza. Outside.

Ona idzie po bułki, on lekko zgarbiony do pracy. Mają swój tor i swoją kolej. Kolej rzeczy, która zaczyna się i kończy w ściśle określonych miejscach.
Szyyyp!

Las.

Huup!
Już inne miasto.
I znów.
Most, zakręt, stacja benzynowa. Zjazd, podjazd, szybko, wolno. Następne małe TERAZ. Zamknięte w swojej płytkości. Ograniczone swoim odtąd dotąd.
Dalej!

Silnik pracuje równo, mocno, dumnie. Jest naszym murem. Nie dotyczy nas reszta. Reszty nie dotyczymy my. Kiełbasa z rusztu w leśnym barze, sen na poboczu w szoferce przy cieple gazowego płomyczka. Dzień, noc, miasto, pole, droga. Wolność.

Dalej! Dalej!

Portier 2002

niedziela, 4 kwietnia 2010

Dlaczego? Bo tak!

Mamy Wielkanoc. Kochamy wszystkich dookoła, święcimy pisanki, obdarowujemy się prezentami i składamy sobie życzenia. Bo nikt tak nie czuje magii Świąt jak Polak. Wszak Polak to katolik i patriota, patriota i katolik, człek otwarty na innych i kochający każdego. Polak walczył z zaborcami, bronił Westerplatte, zdobywał Monte Cassino, obdarzył świat wieszczami, bohaterami i wódką czystą wyborową.
I w ogóle. No. Znaczy wyjątkowy jest.
A jak komuś coś nie pasi to z buta go! Z buta!
Bo my som k... mondre i wszysko wiemy, nie? O wszystkim!

Tak się przynajmniej co niektórym bohaterom klawiatury wydaje...

Poniżej skopiowana przeze mnie z dużym niesmakiem drobna część wpisów (w zasadzie nagłówków) z www.tvn24.pl na temat przemówienia kardynała Angelo Sodano przed mszą prowadzoną przez Benedykta XVI w wielkanocne południe. Nie odnoszę się do źródła irytacji piszących jakim są po części ostatnio ujawnione skandale obyczajowe w Kościele, a do poziomu kultury,  inteligencji i szacunku jaki zaprezentowali.

Niziutko, oj niziutko...
------------------------------
 
Oto sa ci co mysleli ze sa panami swiata. Stoja teraz te zalosne przebierance i wspieraja sie i pocieszaja bo wiedza ze przegrali wszystko ... ~H2O / 04.04.2010 16:18

Na szczęście to już koniec. Ostatnie poddrygi tej dziwacznej formacji w cudacznych mundurach.Rozwój przekazu środków przekazu ją ... ~Ortagra / 04.04.2010 14:36

Jak Amerykanie nie dadzą im szmalcu to będzie szybciutko ... ... po herbacie bo nasze owieczki chude i zabiedzone nie dadzą rady same na poziomie do jakiego te wałkonie przywykły tego wszystkiego utrzymać. ~Kasjerka / 04.04.2010 14:48

W Polsce będzie ostatni bastion,ale i tak nic im nie pomoże. ~wj / 04.04.2010 15:24

Jeszcze jakieś 10 lat musimy się pomęczyć. ~Irek / 04.04.2010 16:00

coś mu się pokróliczkowalo może wino mszalne było za mocne? ~apis / 04.04.2010 15:57

kardynal klamie... ~kokot / 04.04.2010 15:39
Sodano w tym roku walnął w infułę z samego rana dlatego tak pogięło. ~Opaliński / 04.04.2010 15:18

Że też nawet takie fajne święta ten cały Benek z kumplami musiał mi popsuć! ~Lolek / 04.04.2010 15:00

No mnie, to odrzuciło od kościoła.  ~Bobi z Wątrobi / 04.04.2010 14:58

Po świętach nie puszczę już moich synów na żadną religię. bo jeszcze jakiś Sodano będzie ich uczył. ~Laura / 04.04.2010 14:41

Policzmy: księża molestują 50 razy częściej niż normalni mężczyźni ~Kamil / 04.04.2010 14:35

jak ksieza moga tak KLAMAC ?! [1]Przeciez to juz nie sa ksieza katoliccy tylko jacys ... ~tez katoliczka / 04.04.2010 14:30

Nie znoszę księży od dawna. Patrzeć nie mogę na te przeżarte hipokryzją , poprzebierane towarzycho. ~Benares / 04.04.2010 14:29

do Kamila :nie denerwuj się niedługo znikną te informacje na zawsze i ta religia [1]jest tak znenawidzona przez Stwórcę ,że zostanie ... ~po prostu / 04.04.2010 14:25

Dać im broń może się wybiją. Będzie spokój ~spoko / 04.04.2010 14:21

Hehe w średniowieczu mordowali pogan [3]Teraz molestują, i ciągle dostają rocznie miliardy od ... ~Hehe / 04.04.2010 14:20

Jakie prawo mają hierarchowie KK do nauczania moralności? Nauczanie innych gdy ma się tyle za uszami to bezczelność. ~nil / 04.04.2010 14:18

Czyzby panika na pokladzie? Przestepcy zaczynaja sie bac? Tylko kogo skoro wladze ... ~Mirek / 04.04.2010 14:17
  
Czy nie można jakoś odfiltrować spamu o KK? Plącze się pełno pośród ważnych informacji. Czy da się to ... ~Kamil / 04.04.2010 14:12

sobota, 3 kwietnia 2010

Baź królowej *

___________________

* - Baź w tytule jako skrzyżowanie pazia i bazi (tzw. kotka) rzecz jasna! ;)

czwartek, 1 kwietnia 2010

Opowieść o prawdziwym człowieku

Kilka tygodni temu mijałem się na chodniku z kolegą z dawnej pracy, który jakimś cudem (?) nie usłyszał mojego "cześć", ani nie poznał mnie po półrocznym niewidzeniu. Najpierw minąłem go nieco zszokowany, że na prawie pustej ulicy wczesnym rankiem ktoś tak bardzo interesuje się czubkami własnych butów, a potem, potem zrobiło mi się głupio i smutno jednocześnie. Pracowaliśmy razem pięć lat, no może razem to za mocno powiedziane, ale prawie budynek w budynek. Nie byliśmy jakimiś super kumplami, ale jednak rozmawialiśmy czasem ze sobą. Oko w oko, przez telefon albo w czasie spotkania w większej grupie. A tu nic. Nierozpoznany format pliku.

Jasne, że gdybym pacnął go w ramię czy najzwyczajniej się zatrzymał skojarzyłby mnie po paru sekundach, ale skoro ja poznałem go z kilkudziesięciu metrów, a on mnie nie...

Przeanalizowałem sobie tego dnia ogół moich znajomości i nieznajomości „pracowych” z całego życia i doszedłem do wniosku, że spora ich część nie ma (nie miałaby) racji bytu poza środowiskiem w którym zaistniały. Nie sądzę, aby miało to cokolwiek wspólnego z wyrachowaniem na przykład. To zupełnie inna sprawa.

Informatyka zna pojęcie „cienkiego klienta”, które wbrew pozorom nie oznacza osoby mało zarabiającej ;), a pewien rodzaj komputera funkcjonującego tylko jako część sieci. Poza nią taki sprzęt właściwie do niczego się nie nadaje i nie można z niego korzystać w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni nawet będąc offline na normalnym pececie. Podkreślam, komputer nie jest w sensie dosłownym gorszy, ale ma specyficzne przeznaczenie i sprawdza się tylko w nim. Tym samym bardzo przypomina mi koleżanki i kolegów z pracy.

O czym się z nimi rozmawia? O pracy przecież. O ludziach z pracy, o głupim szefie (Kto nie miał w życiu jakiegoś głupiego szefa?), o romansie Ygrekowej z Iksińskim z trzeciego piętra i o marnych zarobkach (Kto nie ma… No właśnie.) Ale tak poza tym? No dobrze. Są urodziny, może imieniny, wycieczki, spotkania towarzyskie, ale jednak cały czas spoiwem jest praca, ludzie z pracy, sytuacje z pracy itd. W tej roli może być równie dobrze szkoła, wojsko czy osiedle, nie w tym rzecz. Chodzi mi o SIEĆ. O poruszanie się niby w dowolnym kierunku, ale na jednak ciągle ograniczonym obszarze.

Pewnego dnia wylogowujemy się albo nas wylogowują i zostaje absurdalnie powierzchowne cześć - cześć, co u ciebie, a gdzie teraz pracujesz, świetnie wyglądasz, ble ble ble…
Po paru tygodniach już tylko cześć - cześć, a po roku… jakie te moje buty piękne… (przeszedł już?)

Oczywiście przerysowuję, nawet celowo mocno przerysowuję, ale doświadczyłem podobnych „odpływów” tyle razy, że chyba wolno mi uogólniać. Niestety.

I teraz pytanie: czy to źle czy dobrze, że tak to właśnie często wygląda? Chyba jednak… dobrze. Zawsze przecież (i to druga część mojej teorii) znajdzie się w takim zamkniętym środowisku ktoś, kogo poznamy lepiej, polubimy prywatnie, zrozumiemy, zaakceptujemy, uznamy za wartościowego. Za prawdziwego przede wszystkim. I to on jest w takim momencie ważny albo oni, a nie całość.

Koniec końców po wakacjach też nie zabieramy do domu całej plaży, a tylko kilka muszelek.

Albo wręcz jedną.

Mogło być gorzej ;)

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.