Satyryk by być zauważonym, a przede wszystkim skutecznym powinien umieć przerysowywać pewne ludzkie przywary w sposób, który zwróci na nie uwagę. Prawie tak samo postępuje pisząc swój tekst dziennikarz czy program wyborczy polityk. Obaj czasem muszą „przestrzelić”, aby choć część sedna sprawy została w naszych głowach. I my, obserwatorzy ich wszystkich powinniśmy wyłapywać te właśnie przerysowania, aby wyłuskać z nich to, co ważne i prawdziwe we właściwej formie i wymiarze. To chyba jest miara dojrzałości zarówno widza w kinie czy teatrze jak i obywatela w polityce.
Jarosław Kaczyński od kilkunastu dni jest na ustach i klawiaturach połowy Polski najpierw za sprawą swojej niefortunnej wypowiedzi o zakupach w Biedronce, a ostatnio za dokument, w którym jego partia zasugerowała, iż tzw. narodowość śląska jest de facto „zakamuflowaną opcją niemiecką”. Proszę zwrócić uwagę, że obydwie kwestie oceniane są dziś w oderwaniu zarówno od całości, z której pochodzą, jak i od meritum problemu, który moim przynajmniej zdaniem został celowo, choć z pewnym brakiem wyczucia przerysowany.
Tea time
Nie przypominam sobie abym popierał PiS czy któregoś z braci Kaczyńskich w jakimkolwiek momencie ich kariery politycznej. Nie skłamię także stwierdzając, że wiele osób z kręgów „okołopisowskich” śmieszy mnie bądź przeraża swoimi wypowiedziami czy stosunkiem do przeciwników politycznych, ale tutaj, w tych konkretnych sprawach przy dość mocnych i oczywistych zastrzeżeniach do formy muszę jednak PiS-owi właśnie czy też dokładniej jego prezesowi przyznać częściową rację. To dosyć ciekawe uczucie u kogoś, kto tą stronę sceny politycznej ocenia ostatnimi czasy nader krytycznie. Skoro jednak powstało, to powinno zostać opisane.
A więc temat pierwszy, czyli o „biedakach z Biedronki”. Uprzedzając czyjąkolwiek obrazę informuję, iż połowa zawartości mojej lodówki stamtąd właśnie pochodzi, co w zestawieniu z moim zeznaniem podatkowym już wystarcza by prezesowi Kaczyńskiemu przytaknąć, ale spróbujmy jednak ciut głębiej i ciut poważniej.
Czy Jarosław Kaczyński miał na myśli akurat portierów upijających się herbatą po 1, 90 zł za sto torebek? Przecież nie działał w imieniu konkurencyjnej sieci, a powiedział to, co wiele znanych mi prywatnie osób potwierdza na co dzień.
Kto z nas z własnej woli kupuje towary de facto bezmarkowe, gdy mógłby droższe i lepsze? Nikt. Czy zatem nie jest to tak, że mogąc wybrać pomiędzy Delicjami na przykład za 3, 60 zł paczka, a teoretycznie identycznymi ciastkami po 3, 70 za dwupak kupuję te drugie gdyż na dwie paczki oryginalnych musiałbym pracować godzinę? Ależ tak właśnie! Czy w związku z tym jest ten wybór efektem mojego kaprysu czy też biedy, która w ustach pana Kaczyńskiego tak zabolała co niektórych? Niestety, tu również prawidłowa jest odpowiedź be.
Można oceniać różnie sam pomysł „posłania prezesa na zakupy” w trakcie których wyraźnie sobie nie radził, ale chciał on jak mi się wydaje zwrócić uwagę na to jak duże mogą być obciążenia finansowe związane z czymś tak podstawowym jak produkty żywnościowe, które każdy chyba kilkakrotnie w miesiącu nabywa. I nie całkiem tak jakby chciał – zwrócił.
Do momentu zresztą, gdy rzecz cała sprowadzała się do oceny autentyczności i sensu wizyty PiS-owskiej wierchuszki w spożywczaku trzymałem stronę „reszty świata”, ale gdy przyciśnięty do muru Kaczyński wspomniał o „biedakach z Biedronki”, a wokół zawrzało, niespodziewanie sam dla siebie stanąłem w swoich poglądach po stronie prezesa.
Czy zatem nie obraża mnie nazwanie biedakiem? Ani trochę. Obraża mnie to, że ktoś płaci mi grosze, wtyka śmieciowe umowy i uznaje za coś równie ważnego jak biurko w spisie inwentarza, a że w efekcie tego wszystkiego trafiam do akurat takiego sklepu i dokonuję akurat takich zakupów jest tylko dalszym ciągiem tego stanu rzeczy. I tu tkwi sedno.
Tak. Byłem wściekły, gdy rzucili się mnie bronić dziennikarze i handlowcy różnej maści, zgadza się, krew mnie zalewała, gdy socjologowie wraz z socjolożkami jęli na wyścigi zachwalać zakupy w dyskontach, jako wolny wybór i prawie efekt rosnącej zaradności rynkowej szarego Kowalskiego. A działo się tak dlatego, że przemawiała przez nich, być moze nieświadomie, obłuda. Coś, czego nie znoszę.
Ci sami dziennikarze milczą o tym, że w 2011 roku ktoś może jeszcze zarabiać miesięcznie 650 albo 800 złotych netto, ci sami obrońcy nie biją w tarabany, gdy „biedakom Kaczyńskiego” wciska się zlecenia i „dziełka” za psie pieniądze i we własnym ubraniu, bo tak taniej. Nie, tam ich nie ma.
Przyleźli tutaj żeby pokazać, że herbata po 1, 90 to pychota, którą wybieram jako znawca rynku i doświadczony, choć skromny przedstawiciel kapitalizmu.
A ja robię to, bo na tyle tylko mnie stać!
-----------------
Chaja jak pieron
Taki tytuł pojawił się na ekranie TVN-owskich Faktów, jako ilustracja skierowania przez PO wniosku do prokuratury przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu za użyte w tekście „Raport o stanie Rzeczypospolitej” porównanie wyboru narodowości śląskiej do wybrania „opcji niemieckiej”.
Może na początek zacytuję ów pechowy akapit.
„Istnieje wiele przesłanek, by twierdzić, że kategoria Narodu nie jest podnoszona w programach i zasadniczych wystąpieniach przedstawicieli PO, choć mówi się tam o Polakach czy pozycji Polski. Z drugiej strony, PO w swoim przekazie mocno podkreśla znaczenie regionalizmów, czego szczególnym przykładem jest ostentacyjne akcentowanie przez Donalda Tuska swojej kaszubskości. Niedawno umieszczono, wbrew wyrokowi Sądu Najwyższego z 2007 roku, narodowość śląską w spisie powszechnym. Sąd Najwyższy słusznie bowiem wywiódł, że historycznie rzecz biorąc, niczego takiego jak naród śląski nie ma. Można dodać, że śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej. W PO nie budzą protestu postawy jawnie antypolskie, wręcz obrażające Polaków. Przykładem jest choćby długotrwała obecność w tej partii Kazimierza Kutza, którego publicystyka w wielu wypadkach jest jadowicie antypolska. Ważny jest też stosunek do Ruchu Autonomii Śląska, którego członkowie kandydowali z list PO, mimo że ta formacja jawnie odcina się od polskości. Jej szef Jerzy Gorzelik mówi wprost: jestem Ślązakiem, nie Polakiem, Polska nie jest dla mnie najważniejsza.”
Koniec cytatu.
Proszę zwrócić uwagę, że cały dokument ma ponad sto stron, a zaistniał w świadomości medialnej tylko dzięki temu fragmentowi, który pozwoliłem sobie zacytować powyżej. Niezależnie od jego oceny, a może być ona różna, uważam, że jest to dla całości wysoce krzywdzące, bo przenosi negatywny wydźwięk jakiejś części na resztę pracy w większości ogółowi nieznanej. Skoro jednak wojna toczy się o śląskość właśnie to przypatrzmy się i jej. Jako Ślązak myślę że mam tu pełne prawo do własnych ocen.
Pierwszy rzut oka – sprzeciw. Pisane to jest tendencyjnie, ostro i zbyt ocennie, ale gdy się wczytać, wyłagodzić i przeanalizować otrzymujemy być może nie tyle stan rzeczy ile pewien głos w sprawie, która powinna być ważna dla każdego.
Odrzucam zdanie o śląskości, jako zawoalowanej „opcji niemieckiej”, bo jest absurdalne gdy czytać je dosłownie, ale jak wynika z reszty tego fragmentu tekstu nie o dosłowność chodziło autorom, a o zrównywanie śląskości jako takiej z przynależnością do odrębnego narodu. I tutaj już mamy problem.
Wspominałem na tym blogu o pewnej organizacji promującej się (?) m.in. hasłem „Stop wariatom z centrali!”, (obecnie już jakże innym: „Autonomia to sprawdzona droga!”) które to hasło mnie osobiście, jako polskiego obywatela obraża, a nadto tolerującej na swoich forach (przynajmniej w czasie publikacji tamtego wpisu) głosy tyleż czasem agresywne, co absurdalne. Pisałem o tym wtedy i piszę dziś, bo o ile sama działalność takiego ruchu i krzewienie przezeń ducha śląskiej odrębności kulturalnej czy językowej są czymś ważnym i potrzebnym, o tyle budowanie (?) zrębów narodu na niechęci do „innych” jest już wysoce nie na miejscu.
Niemieckość w śląskości? Trudna kwestia. Paradoksalnie potwierdzająca jak daleka droga dzieli odrębność od narodowości. Zgadza się, są pewne akcenty niemieckości, moim prywatnym zdaniem wstawiane jako plomba tam, gdzie samej śląskości by brakło. Nie bardzo np. rozumiem proporczyki czy naklejki z napisem Oberschlesien zamiast (i owszem, dlaczego nie) Gurny Ślunsk. Ale to drobiazgi. Rzecz idzie o wymowę całości. A wymowa ta bywa bardzo różna, jeśli poza stronami powiedzmy "głownego nurtu" odwiedzi się także inne podobnej treści, a przede wszystkim wczyta w ich zawartość. A więc o niemieckości pojawiającej się czasem gdzieś w tle można dyskutować, choć na pewno nie jest ona automatycznym wynikiem deklarowania się przez kogokolwiek Ślązakiem. Dla mnie i myślę, że po części także dla autorów dyskusyjnego dokumentu bardziej ważne jest jednak to, o czym wspomniałem wcześniej – budowanie odrębności na niechęci.
Przykład? Służę.
To tylko głos z forum. Naturalnie nie musi się z nim zgadzać redakcja danej strony, w porządku, ale on tam nadal jest. I nadal jest czytany. A zatem zostaje w umysłach i kojarzy się z danym serwisem.
Pora wrócić do tematu.
Nie zgadzam się bezkrytycznie z ujęciem sprawy śląskości w dokumencie PiS i z pewnością nie uważam Ślązaków za „krypto Niemców”, ale z drugiej strony (znów) podkreślam, że poprzez wgrany schemat „Kaczyński plecie bzdury” zamiast dyskutować o ważnym i niewątpliwie trudnym problemie zamykamy się w wojence na słowa (pewien dziennikarz nazwał dziś PiS „skinami w garniturach”), która do niczego poza chwilową rozrywką nie prowadzi. Znów jak tydzień temu „biedronkowiczów” tak teraz Ślązaków wszyscy nagle bronią i kochają. Bo zły prezes chce ich zjeść.
Proszę wybaczyć zestawienie tych dwóch kwestii, ale niezależnie od tego czy robi się zakupy w tanich sklepach czy też szczerze wierzy w odrębność narodową swoją i swoich bliskich trzeba być bardzo naiwnym by liczyć na takich obrońców.