Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


czwartek, 7 kwietnia 2011

Wall Street

Pewien mój znajomy zmienia pracę. Wybiera się do jednej z firm specjalizujących się w sprzedawaniu ludziom rzeczy niekoniecznie im potrzebnych za niekoniecznie adekwatne do wartości pieniążki. 

Rozmawialiśmy przy okazji o mechanizmie takiej sprzedaży i w związku z nim o moralności, jeśli można użyć tak wielkiego słowa samego sprzedającego, czyli potencjalnie między innymi owego znajomego w nowej roli.
Usłyszałem słowa proste, a jednak dobitne.

„Jeżeli zarobię tyle, że będę mógł żyć tak jak chcę i tak jak marzę, to co za różnica czy robiąc przecież coś legalnego będę świadom, że naciągam klienta na chłam?”

Mocne. Na pierwszy rzut oka (i ucha) brutalnie prawdziwe. Sprzedaż jest zgodna z prawem, towar także, a że jego wartość, (bo tu tkwi kruczek) nijak się ma do ceny, to już problem klienta. Ja idę dalej.

Zdarzają mi się takie rozmowy po których zapada w pamięć jedno zdanie, konkretny pogląd, jakaś ściśle wymierzalna emocja. Tak jest i w tym przypadku. Te kilka słów o "odłączalnej" moralności skłoniło mnie do szerszego przemyślenia kwestii gry fair w codziennym życiu.

Niewiele jej znalazłem, zapewne dlatego, że przez każdego jest inaczej definiowana. Moim zdaniem mieści się w niej i płacenie abonamentu RTV, o którym niedawno pisałem i oddawanie przysłowiowego już grosika w sklepie i nawet zachowywanie dla siebie czegoś, co ktoś mówi nam w sekrecie. Mówiąc krócej jest to według mnie dokładnie wszystko, co sprawia, że z ludźmi z którymi nie musimy walczyć nie walczymy.  

Ciężko, ale miło być uczciwym. Inna sprawa czy ktoś może powiedzieć, że jest takim ZAWSZE i bezwarunkowo. Ja z pewnością nie mogę, bo bym skłamał, a nie kłamię, gdyż takie mam zasady (proszę, jaka piękna kwadratura koła).

Gdyby w tej ogólnej uczciwości chodzić miało wyłącznie o kontakty handlowe i inne oficjalne, to może i dałoby się z tym żyć, bo wiadomo, raz się przegra, raz wygra, ale sądzę, że może i częściej stajemy przed dylematem „grać czy nie grać” w sferze najzupełniej prywatnej, bardzo szeroko rozumianej zresztą, czego efektem w wersji hard bywają rozbite małżeństwa, niekochane dzieci, zostawieni samym sobie rodzice i katowane za nasikanie na dywan zwierzaki. W wersji soft to mogą być choćby czyjeś łzy. Łzy kogoś, kto okazał się głupi (?), bo nam uwierzył, a przecież wiedział…

 „Zebranie się przedłużyło.”
„Tęskniłem, ale nie mogłem zadzwonić.”
 „Nikomu tego nie powiem.”
„Jestem pierwszym właścicielem.”
„Będę tam. Słowo.”
„Nie posiadam innych dochodów."
 „Oczywiście, że pamiętam.”
 „Nie zostawię cię w chorobie.”
„Zawsze mówię prawdę.”
"Kocham Cię"

etc.

Wnioski?

Może właśnie tak trzeba? Może tak ma być?

Gryźmy więc, kopmy, przeciskajmy się łokciami. Omijajmy przepisy, żerujmy na naiwnych, zostawiajmy słabych, chorych i przegranych. Idźmy do przodu. TKM!

Wieczorem w zaciszu własnej łazienki zapłaczemy sobie jaki to świat jest wredny.
A od rana zaczniemy uwredniać go bardziej.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Ślązak w dyskoncie

Satyryk by być zauważonym, a przede wszystkim skutecznym powinien umieć przerysowywać pewne ludzkie przywary w sposób, który zwróci na nie uwagę. Prawie tak samo postępuje pisząc swój tekst dziennikarz czy program wyborczy polityk. Obaj czasem muszą „przestrzelić”, aby choć część sedna sprawy została w naszych głowach. I my, obserwatorzy ich wszystkich powinniśmy wyłapywać te właśnie przerysowania, aby wyłuskać z nich to, co ważne i prawdziwe we właściwej formie i wymiarze. To chyba jest miara dojrzałości zarówno widza w kinie czy teatrze jak i obywatela w polityce.

Jarosław Kaczyński od kilkunastu dni jest na ustach i klawiaturach połowy Polski najpierw za sprawą swojej niefortunnej wypowiedzi o zakupach w Biedronce, a ostatnio za dokument, w którym jego partia zasugerowała, iż tzw. narodowość śląska jest de facto „zakamuflowaną opcją niemiecką”.  Proszę zwrócić uwagę, że obydwie kwestie oceniane są dziś w oderwaniu zarówno od całości, z której pochodzą, jak i od meritum problemu, który moim przynajmniej zdaniem został celowo, choć z pewnym brakiem wyczucia przerysowany.

Tea time

Nie przypominam sobie abym popierał PiS czy któregoś z braci Kaczyńskich w jakimkolwiek momencie ich kariery politycznej. Nie skłamię także stwierdzając, że wiele osób z kręgów „okołopisowskich” śmieszy mnie bądź przeraża swoimi wypowiedziami czy stosunkiem do przeciwników politycznych, ale tutaj, w tych konkretnych sprawach przy dość mocnych i oczywistych zastrzeżeniach do formy muszę jednak PiS-owi właśnie czy też dokładniej jego prezesowi przyznać częściową rację. To dosyć ciekawe uczucie u kogoś, kto tą stronę sceny politycznej ocenia ostatnimi czasy nader krytycznie. Skoro jednak powstało, to powinno zostać opisane.

A więc temat pierwszy, czyli o „biedakach z Biedronki”. Uprzedzając czyjąkolwiek obrazę informuję, iż połowa zawartości mojej lodówki stamtąd właśnie pochodzi, co w zestawieniu z moim zeznaniem podatkowym już wystarcza by prezesowi Kaczyńskiemu przytaknąć, ale spróbujmy jednak ciut głębiej i ciut poważniej.

Czy Jarosław Kaczyński miał na myśli akurat portierów upijających się herbatą po 1, 90 zł za sto torebek? Przecież nie działał w imieniu konkurencyjnej sieci, a powiedział to, co wiele znanych mi prywatnie osób potwierdza na co dzień.
Kto z nas z własnej woli kupuje towary de facto bezmarkowe, gdy mógłby droższe i lepsze? Nikt. Czy zatem nie jest to tak, że mogąc wybrać pomiędzy Delicjami na przykład za 3, 60 zł paczka, a teoretycznie identycznymi ciastkami po 3, 70 za dwupak kupuję te drugie gdyż na dwie paczki oryginalnych musiałbym pracować godzinę? Ależ tak właśnie! Czy w związku z tym jest ten wybór efektem mojego kaprysu czy też biedy, która w ustach pana Kaczyńskiego tak zabolała co niektórych? Niestety, tu również prawidłowa jest odpowiedź be.

Można oceniać różnie sam pomysł „posłania prezesa na zakupy” w trakcie których wyraźnie sobie nie radził, ale chciał on jak mi się wydaje zwrócić uwagę na to jak duże mogą być obciążenia finansowe związane z czymś tak podstawowym jak produkty żywnościowe, które każdy chyba kilkakrotnie w miesiącu nabywa. I nie całkiem tak jakby chciał – zwrócił.

Do momentu zresztą, gdy rzecz cała sprowadzała się do oceny autentyczności i sensu wizyty PiS-owskiej wierchuszki w spożywczaku trzymałem stronę „reszty świata”, ale gdy przyciśnięty do muru Kaczyński wspomniał o „biedakach z Biedronki”, a wokół zawrzało, niespodziewanie sam dla siebie stanąłem w swoich poglądach po stronie prezesa.

Czy zatem nie obraża mnie nazwanie biedakiem? Ani trochę. Obraża mnie to, że ktoś płaci mi grosze, wtyka śmieciowe umowy i uznaje za coś równie ważnego jak biurko w spisie inwentarza, a że w efekcie tego wszystkiego trafiam do akurat takiego sklepu i dokonuję akurat takich zakupów jest tylko dalszym ciągiem tego stanu rzeczy. I tu tkwi sedno.

Tak. Byłem wściekły, gdy rzucili się mnie bronić dziennikarze i handlowcy różnej maści, zgadza się, krew mnie zalewała, gdy socjologowie wraz z socjolożkami jęli na wyścigi zachwalać zakupy w dyskontach, jako wolny wybór i prawie efekt rosnącej zaradności rynkowej szarego Kowalskiego. A działo się tak dlatego, że przemawiała przez nich, być moze nieświadomie, obłuda. Coś, czego nie znoszę.

Ci sami dziennikarze milczą o tym, że w 2011 roku ktoś może jeszcze zarabiać miesięcznie 650 albo 800 złotych netto, ci sami obrońcy nie biją w tarabany, gdy „biedakom Kaczyńskiego” wciska się zlecenia i „dziełka” za psie pieniądze i we własnym ubraniu, bo tak taniej. Nie, tam ich nie ma.

Przyleźli tutaj żeby pokazać, że herbata po 1, 90 to pychota, którą wybieram jako znawca rynku i doświadczony, choć skromny przedstawiciel kapitalizmu.

A ja robię to, bo na tyle tylko mnie stać!


----------------- 


Chaja jak pieron

Taki tytuł pojawił się na ekranie TVN-owskich Faktów, jako ilustracja skierowania przez PO wniosku do prokuratury przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu za użyte w tekście „Raport o stanie Rzeczypospolitej” porównanie wyboru narodowości śląskiej do wybrania „opcji niemieckiej”.

Może na początek zacytuję ów pechowy akapit.

„Istnieje wiele przesłanek, by twierdzić, że kategoria Narodu nie jest podnoszona w programach i zasadniczych wystąpieniach przedstawicieli PO, choć mówi się tam o Polakach czy pozycji Polski. Z drugiej strony, PO w swoim przekazie mocno podkreśla znaczenie regionalizmów, czego szczególnym przykładem jest ostentacyjne akcentowanie przez Donalda Tuska swojej kaszubskości. Niedawno umieszczono, wbrew wyrokowi Sądu Najwyższego z 2007 roku, narodowość śląską w spisie powszechnym. Sąd Najwyższy słusznie bowiem wywiódł, że historycznie rzecz biorąc, niczego takiego jak naród śląski nie ma. Można dodać, że śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej. W PO nie budzą protestu postawy jawnie antypolskie, wręcz obrażające Polaków. Przykładem jest choćby długotrwała obecność w tej partii Kazimierza Kutza, którego publicystyka w wielu wypadkach jest jadowicie antypolska. Ważny jest też stosunek do Ruchu Autonomii Śląska, którego członkowie kandydowali z list PO, mimo że ta formacja jawnie odcina się od polskości. Jej szef Jerzy Gorzelik mówi wprost: jestem Ślązakiem, nie Polakiem, Polska nie jest dla mnie najważniejsza.”  

Koniec cytatu.

Proszę zwrócić uwagę, że cały dokument ma ponad sto stron, a zaistniał w świadomości medialnej tylko dzięki temu fragmentowi, który pozwoliłem sobie zacytować powyżej. Niezależnie od jego oceny, a może być ona różna, uważam, że jest to dla całości wysoce krzywdzące, bo przenosi negatywny wydźwięk jakiejś części na resztę pracy w większości ogółowi nieznanej. Skoro jednak wojna toczy się o śląskość właśnie to przypatrzmy się i jej. Jako Ślązak myślę że mam tu pełne prawo do własnych ocen.

Pierwszy rzut oka – sprzeciw. Pisane to jest tendencyjnie, ostro i zbyt ocennie, ale gdy się wczytać, wyłagodzić i przeanalizować otrzymujemy być może nie tyle stan rzeczy ile pewien głos w sprawie, która powinna być ważna dla każdego.

Odrzucam zdanie o śląskości, jako zawoalowanej „opcji niemieckiej”, bo jest absurdalne gdy czytać je dosłownie, ale jak wynika z reszty tego fragmentu tekstu nie o dosłowność chodziło autorom, a o zrównywanie śląskości jako takiej z przynależnością do odrębnego narodu. I tutaj już mamy problem.

Wspominałem na tym blogu o pewnej organizacji promującej się (?) m.in. hasłem „Stop wariatom z centrali!”, (obecnie już jakże innym: „Autonomia to sprawdzona droga!”) które to hasło mnie osobiście, jako polskiego obywatela obraża, a nadto tolerującej na swoich forach (przynajmniej w czasie publikacji tamtego wpisu) głosy tyleż czasem agresywne, co absurdalne. Pisałem o tym wtedy i piszę dziś, bo o ile sama działalność takiego ruchu i krzewienie przezeń ducha śląskiej odrębności kulturalnej czy językowej są czymś ważnym i potrzebnym, o tyle budowanie (?) zrębów narodu na niechęci do „innych” jest już wysoce nie na miejscu.

Niemieckość w śląskości? Trudna kwestia. Paradoksalnie potwierdzająca jak daleka droga dzieli odrębność od narodowości. Zgadza się, są pewne akcenty niemieckości, moim prywatnym zdaniem wstawiane jako plomba tam, gdzie samej śląskości by brakło. Nie bardzo np. rozumiem proporczyki czy naklejki z napisem Oberschlesien zamiast (i owszem, dlaczego nie) Gurny Ślunsk. Ale to drobiazgi. Rzecz idzie o wymowę całości. A wymowa ta bywa bardzo różna, jeśli poza stronami powiedzmy "głownego nurtu" odwiedzi się także inne podobnej treści, a przede wszystkim wczyta w ich zawartość. A więc o niemieckości pojawiającej się czasem gdzieś w tle można dyskutować, choć na pewno nie jest ona automatycznym wynikiem deklarowania się przez kogokolwiek Ślązakiem. Dla mnie i myślę, że po części także dla autorów dyskusyjnego dokumentu bardziej ważne jest jednak to, o czym wspomniałem wcześniej – budowanie odrębności na niechęci.

Przykład? Służę.
To tylko głos z forum. Naturalnie nie musi się z nim zgadzać redakcja danej strony, w porządku, ale on tam nadal jest. I nadal jest czytany. A zatem zostaje w umysłach i kojarzy się z danym serwisem.

Pora wrócić do tematu.
Nie zgadzam się bezkrytycznie z ujęciem sprawy śląskości w dokumencie PiS i z pewnością nie uważam Ślązaków za „krypto Niemców”, ale z drugiej strony (znów) podkreślam, że poprzez wgrany schemat „Kaczyński plecie bzdury” zamiast dyskutować o ważnym i niewątpliwie trudnym problemie zamykamy się w wojence na słowa (pewien dziennikarz nazwał dziś PiS „skinami w garniturach”), która do niczego poza chwilową rozrywką nie prowadzi. Znów jak tydzień temu „biedronkowiczów” tak teraz Ślązaków wszyscy nagle bronią i kochają. Bo zły prezes chce ich zjeść.

Proszę wybaczyć zestawienie tych dwóch kwestii, ale niezależnie od tego czy robi się zakupy w tanich sklepach czy też szczerze wierzy w odrębność narodową swoją i swoich bliskich trzeba być bardzo naiwnym by liczyć na takich obrońców. 

środa, 30 marca 2011

1999

To chyba był Ericsson, wtedy jeszcze bez Sony z przodu. Takie małe nic wielkości może dwóch batoników. I ta antenka na górze. Można ją było pogryzać w oczekiwaniu na ważny telefon.
Wcale mi się to urządzenie nie podobało.
Ale A. był wniebowzięty, głównie chyba dlatego, że stał się za sprawą swojego nowego nabytku bohaterem dnia i co rusz musiał odpowiadać na przeróżne pytania.

Kilka miesięcy później podobny telefon pojawił się w ręce innego mojego kolegi. I tego także wszyscy w pracy oblegali, choć Bogiem a prawdą, czarne pudełeczko nie miało absolutnie żadnej funkcji, która by nawet wtedy mogła oszałamiać. Właściwie to nie miało niczego. Ot, telefon z sms-ami. Taki jak każdy w tamtych latach. I tak jak każdy kojarzący się jeszcze wtedy z czymś niesamowicie drogim, profesjonalnym i rzecz jasna szpanerskim. To przecież z tamtego okresu pochodzi określenie "skóra, fura i komóra".

Czy ktoś, kto dziś z narażeniem... budżetu domowego ratuje od wysypiska stare magnetowidy VHS mógł w 1999 roku oprzeć się takiej magii? Nie mógł. Zaczął zatem marzyć (?) o własnym aparaciku. I wtedy to sieć Idea (dzisiejszy Orange) wyciągnęła do niego dłoń (???) proponując po raz pierwszy w Polsce telefon nie za 250 czy 190, ale za ledwie (tutaj chyba słusznie pisane osobno) 99 PLN. To już wespół z abonamentem Idea 50 (60 zł miesięcznie) dało się przełknąć. Pozostawało jeszcze pytanie do kogo i po co dzwonić. Pytanie dość dziwne dziś, ale wtedy wcale, wcale. Przynajmniej dla mnie.


Idea oferowała wtedy dwie taryfy i… dwa aparaty, to znaczy w TEJ PROMOCJI akurat dwa do wyboru, ale i poza nią niewiele więcej. Ericssona i Motorolę. O ile ten pierwszy (patrz fotografie poniżej) nie wzbudzał mojego pożądania, o tyle „tłuściutka” ;) Motka jak najbardziej. Pamiętam że nie rozumiejąc wtedy jeszcze zupełnie zasad działania, a zwłaszcza kosztów użytkowania telefonii komórkowej odwiedziłem przed zakupem chyba trzy salony zanim zdecydowałem się na podpisanie umowy. Pytanie podstawowe dotyczyło rzecz jasna samego „wejścia do sieci”, to znaczy ceny telefonu, opłat abonamentowych, cen za przekroczenie abonamentu oraz aktywacji i wszelkich innych kosztów ukrytych.

 Gdy już jak mi się wydawało uzyskałem pełnię wiedzy wróciłem do jednego ze sklepów na wyrost salonami zwanych i dokonałem zakupu. Z tej chwili zapamiętałem dość komiczny dialog dwóch pań – pracownicy salonu i klientki z niesprawnym telefonem. Pani z Idei najpierw wysłuchała z uwagą opisu usterki, potem obiecała szybko coś zaradzić, a po dalszych kilku sekundach widząc na wyświetlaczu napis PLUS delikatnie zasugerowała klientce że chyba jest niepoważna licząc TUTAJ na pomoc. I ją pożegnała.

A ja już trzymałem w rękach swoją Motorolę. I cieszyłem się jakby mi sera do kieszeni nakładli.

Nie, nigdy wcześniej nie miałem telefonu. Żadnego. I jakkolwiek dziwnie to zabrzmi przez całe swoje życie do tego momentu telefonowałem gdzieś może ze cztery razy po trzy do pięciu minut. Czyli łatwo mi nie było.

Po rozpakowaniu sprzętu i pokazaniu go najbliższej i nieco dalszej rodzinie, sąsiadom, kolegom oraz psu uznałem, że pora gdzieś zadzwonić. Ale się nie dało! Jeden kolega – nic, kuzyn – nic, ciotka – zero. W determinacji (niech mi to wybaczy, kto może) wybrałem numer Pogotowia. Tu OK.  Więc dalej, kolejne spisane zawczasu numery. I znów żaden nie odpowiada. No to Policja. Odezwali się. Z nimi jednak nie miałem pomysłu na ciekawą rozmowę, więc zadzwoniłem do biura obsługi. Takich chwil się nie zapomina.
„Czy mój telefon jest aktywowany? (W tamtych czasach na aktywację czekało się i parę dni po zakupie) Tak? No to coś jest zepsute, bo tylko do was i na policję mnie łączy, a nigdzie indziej nie chce”
„A prefiks pan wpisał?
Tutaj około minuty ciszy z mojej strony i rozpaczliwe przeszukiwanie mózgu w celu odnalezienia jakiegokolwiek znaczenia słowa wypowiedzianego przez panią po drugiej stronie. Bezskuteczne.
„Czy wpisał pan numer kierunkowy?” – zorientowała się chyba konsultantka
„Yyy…”
„Musi pan zawsze wpisać najpierw numer”

Wpisałem. Jakże znajome "Czego?" wypowiedziane głosem mojego kuzyna po drugiej stronie uświadomiło mi, że oto jestem "online".


Wpisuję już więc tak te numery dwanaście lat. I nadal mam w aparacie tą samą kartę SIM z logiem Idei oraz co chyba ważniejsze choć wynikające z pierwszego, ten sam niezmieniony numer.

Oraz bodajże dwudziesty telefon…

sobota, 26 marca 2011

Wyjście awaryjne

Nie jestem jakimś szczególnym wielbicielem kina, ot czasem obejrzę sobie coś dla poprawienia humoru. Nie jest to nawet takie trudne zważywszy, że wychowany na pirackich kopiach twórczości made in Hong Kong z lat osiemdziesiątych mogę bez szkody dla organizmu znieść dość dużą dawkę absurdu. Przynajmniej tak mi się jeszcze do dziś wydawało.

Nagrałem sobie oto wczorajszą nocą pewien film. W roli głównej Jean-Claude Van Damme znany mi jak najbardziej. Pomyślałem, że dobrze będzie zerknąć cóż też tam „dziadek” Jean porabia(-ł w 2003 roku).

No i zaczęło się.

To że Rosję w filmie imitowała Bułgaria,  rosyjski samochód więźniarkę jak najbardziej polski Jelcz „ogórek”, a strażnicy z czerwonymi gwiazdami na czapkach śpiewali nieśmiertelną Kalinkę jeszcze zniosłem. To że w rosyjskim więzieniu siedział Murzyn, do tego domorosły filozof cytujący przemyślenia godne Poldka Staffa z najlepszych lat również strawiłem, ale już gdy do leżącego po kolejnej bójce głównego bohatera przybył pod postacią jakiegoś robala (ćmy czy czegoś tam) duch jego zamordowanej na początku filmu żony nie dałem rady!

Wyrwałem kasetę (Mega Scanic Extra High Grade Super Pro za 1,5 zł plus koszty przesyłki wielbłądem) i poszedłem się napić. Herbaty.

Może więc telewizja wynagrodzi mi stracone nerwy? Zerknąłem w EPG. Film pierwszy opowiada historię faceta który wyszedł nocą po prezerwatywy i miał jakieś dziwne przygody. No nie, super kino. Dziękuję postoję.

Film drugi był za to o dwóch Niemcach mieszkających w Ameryce (skoro w RosjoBułgarii w więzieniach siedzą Czarni, to i Niemców nie ma się co spodziewać nad Szprewą) którzy jadą do Monachium na Oktoberfest, a następnie przegrywają z tubylcami w konkursie picia.
Taki film to u nas za pawilonem można nakręcić co wieczór!

I koniec końców obejrzałem sobie Hannę Montanę.
Ta przynajmniej ma wszystko na swoim miejscu.

Zdjęcie pochodzi z Wikipedii

czwartek, 24 marca 2011

O urokach posiadania błony

To był słoneczny wrzesień Roku Pańskiego 1992. Niedawno otwarty salon firmowy Kodaka na katowickim rynku i ja wydający połowę wypłaty na nowiutki aparat fotograficzny. Suma to była niebagatelna i także samo brzmiąca. Dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy złotych. Czyli dziewięćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt na dzisiejsze gdyby ktoś nie pamiętał przelicznika. Siła nabywcza oczywiście absolutnie nieporównywalna. Ale ja nie o tym miałem.

Postanowiłem sfotografować swoją historię znajomości z pewną damą, a raczej wszystkie miejsca, które na ową historię miały wpływ, a co do których wartości widokowej odnosić się można było wyłącznie w kategoriach emocjonalnych. Tak mnie jakoś naszło.
Zdjęcia miały być zresztą uzupełnieniem czegoś, co może w lekkim zadufaniu nazwałem książką, a co faktycznie było (i jest do dziś) zapełnionym po brzegi drobnym maczkiem mojego pióra zeszytem A4.
W sumie fotografii nie potrzebowałem aż tak dużo. Może piętnaście, może dwadzieścia. Dziś w epoce cyfrówek są to ilości nader powiedziałbym detaliczne, ale na filmie mającym 24 lub 36 klatek wartość każdej z nich liczyła się inaczej. I nie tyle mówię tu o wartości materialnej, choć o niej także, ale bardziej o tej zwykłej – w znaczeniu zaangażowania.

Za milion bez jednego tysiąca stałem się zatem właścicielem mojego pierwszego aparatu. W długim pudełku przypominającym bombonierkę otrzymałem także rolkę filmu i baterie, a więc wszystko, co było mi potrzebne do „pracy”. Mogłem zaczynać.

Doświadczenie w fotografowaniu? Żadne. Aparaty? Owszem, dwa. Miałem w ręce kiedykolwiek. Pierwszy to jakiś radziecki kolos – własność mojego ojca (robić tym zdjęcia to jak prowadzić rozpędzonego TIR-a z zamkniętymi oczami) i drugi, kupiony specjalnie dla mnie, a nigdy chyba nieużyty w akcji kultowy Ami66, którego nie znosiłem.


Tymczasem Kodak nawet dziś wygląda nowocześnie za sprawą z jednej strony oryginalnego kształtu „zużytej do połowy kostki mydła”, a z drugiej doprowadzenia do szczytu wymagań względem braku inteligencji właściciela. I tutaj akurat stosowany podówczas termin idiotenkamera był jak najbardziej uzasadniony. Co w niczym nie zmieniało faktu, że zdjęcia robiło toto przepiękne.

A więc najpierw nasza historia, wędrówki ranne i nocne dla uwiecznienia jakiegoś budynku ważnego dla „akcji książki”, a później, bo przecież nikt nie kupuje aparatu dla 24 zdjęć, kolejne filmy i kolejne wyprawy. Beskidy, moja kopalnia, Śląskie ZOO, spacery z psem, sam pies w stu milionach odsłon i wszelakie rodzinne uroczystości.
Aparat przeżył sporo. Przez lata noszony w oryginalnym pudełku, które było wygodne o tyle, że pozwalało załadować i rolkę z filmem i zapasowe baterie, a później już pod koniec lat 90 w jakimś naprędce dopasowanym etui z masowo już wtedy produkowanych idiotenkamer bywał ze mną nawet na budowach, na których pracowałem, a także wędrował po Polsce i pozwalał mi wzbogacać wizualnie wydawane przeze mnie w latach 1992 – 2005 gazetki.

Nie od rzeczy będzie tu dodać, że gdy podczas jakiejś firmowej uroczystości w roku bodajże 1999 zobaczyłem taki sam sprzęt w rękach jednej z najważniejszych osób w naszym zakładzie poczułem się właścicielem czegoś naprawdę wysokiej klasy. Zresztą chyba od początku tak uważałem, bo z racji i zaawansowania technologicznego i nietypowego wyglądu mój Kodak zawsze się podobał i wzbudzał ciekawość.

Automatyczne przewijanie filmu po każdej klatce oraz po zakończeniu całości, licznik, automatyczna ostrość, manualnie uruchamiana lampa błyskowa (wbrew pozorom to wygodniejsze niż grzebanie w menu cyfrówki!) i jakość zdjęć, która do dziś robi wrażenie. O ile kogoś nie fascynuje na przykład ilość palców na nóżce karalucha czy coś w tym guście.

Tutaj mała dygresja.
Jakież prawie szpiegowskie przeżycia dał mi w 2000 roku mój aparacik np. przy okazji wystrychnięcia na dudka ochroniarzy ze znienawidzonej przeze mnie później „firmy z dziwnym skrótem”! Proszę sobie wyobrazić pracę przy budowie marketu i doszkalających się w swoich obowiązkach „żołnierzyków”. Panowie mieli za zadanie kontrolować, co wnosi się i co wynosi z hali, na której (całuski dla Sanepidu) pod folią leżały już na półkach niektóre towary.
Oczywiście mając w ręce detektor czegoś tam, a na ramionach czarne pagony nie każdy jest w stanie panować nad emocjami, co sprawiało, że panów ponosiło, a teksty w rodzaju Hande hoch! lub Ruki wierch! były na porządku dziennym.
Postanowiłem pokazać, że taka ochrona to żadna ochrona i założyłem się z kolegą o to, że wniosę na halę aparat i zrobię lub przynajmniej będę miał niezaprzeczalną okazję do zrobienia kilku zdjęć. Ponieważ panowie kontrolowali nas tylko przy wychodzeniu ze sklepu z wniesieniem sprzętu nie miałem żadnych problemów, zresztą z udawaniem, że robię zdjęcia także, ale problemem było wyjście i detektor. Nie zastanawiając się długo postanowiłem dać ochroniarzom to, czego tak pragnęli. Poczucie siły. Włożyłem aparat do rękawiczki, a podchodząc do kontroli zamarkowałem na poły żart, a na poły strach podnosząc ręce do góry zupełnie jakbyśmy byli na wojnie. Miny panów „mundurowych” wskazywały, że mile połechtałem ich próżność, a tymczasem aparat wisiał wysoko nad obszarem kontrolowanym detektorem…
Nie mogłem pohamować śmiechu po wyjściu z budynku.

Ostatnie swoje zadania spełniał mój Kodak w okolicach roku 2004, wtedy już jako aparat „półcyfrowy” mojego wynalazku, to znaczy bez robienia odbitek u fotografa, (kto pamięta, że za komuny czekało się czasem i tydzień?), a tylko z wywoływaniem i skanowaniem negatywów wprost do komputera. Wychodziło nad wyraz tanio. Tak dokumentowałem na przykład ostatnie budowy prowadzone przez firmę, w której pracowałem i tak też do czasu zakupu pierwszej cyfrówki ubarwiałem swoje gazetki korzystając z dobrodziejstw komputerowej edycji analogowych „na wejściu” klisz.

Przez cały rok 2005 aparat porastał kurzem w czeluściach mojego biurka, a na początku 2006 trafił do kogoś jako prezent. I tak zniknął Kodak z mojego życia. Nie licząc jakiejś tam cyfrówki tej marki, która zdjęcia mimo swoich nominalnych 7 mpix robiła koszmarne i szybko się jej pozbyłem.

Kilkanaście dni temu wędrując jak to mam we zwyczaju nocą poprzez Allegro napotkałem „swój” aparat znowu. Nawet w lepszym stanie niż ten prawdziwy, za którym czasem tęskniłem i z którym wiązało się tyle wspomnień…

Czy to nie symboliczne, że po 19 latach kupiłem za 9 złotych coś, za co kiedyś dałem 999? Być może. Ucieszyłem się rozpakowując paczkę. Znowu mam swojego kochanego Kodaka.

Miał być tylko załataniem dziury we wspomnieniach, ale coś czuję, że nie powstrzymam się przed kupieniem co najmniej jednej rolki filmu…



 Prawda, że ładny? ;)

środa, 23 marca 2011

Słodki Wawel


  
 

Copyright by Portier 2011

czwartek, 17 marca 2011

Strefa wolna od IQ

Powoli już chyba wszyscy przyzwyczajamy się do śmiecia w telewizji, prasie i Internecie. Przestajemy reagować na kretyńskie reklamy uwłaczające jakiejkolwiek inteligencji a czasem i kulturze, mechanicznie przerzucamy bzdurne informacje o tym jak to aktorce X widać było majtki, zaś aktor Y z tajemniczą brunetką odjechali z imprezy w niewiadomym kierunku. W jakiejś części zapewne jednak uznajemy to nic za informację, a co za tym idzie równoprawną część naszego świata. Na przykład sms-y według których każdy z nas jest już (potencjalnym) właścicielem czterech samochodów, dwóch wycieczek na Kretę oraz oczywiście wianuszka pięknych bezpruderyjnych i gotowych na seks bez zahamowań kobiet (mężczyzn) wokół siebie...

Ale spam imperium nie odpuszcza. Portal jak najbardziej poważny i zajmujący się informacją przez jak na razie duże I posunął się nawet do tego, że pod tekstem o bezsensowności „lajkowania” wszystkiego w pewnym serwisie społecznościowym zamieścił (a jakże!) właśnie „lajka” – jeden z moim zdaniem symboli skretynienia świata. Czy naprawdę interesuje mnie że mój szef „lubi” dziś koncert Czerwonych Gitar, a znajoma obniżkę cen na spódnice? NIE!

Można zadać sobie nawet dosyć odważne w naszych czasach pytanie ile zostałoby ze świata który znamy gdyby usunąć zeń to nic, o którym mowa. Reklamy tabletek na wzwód sprzed informacji i kremu na zaburzenia Ph okolic intymnych w trakcie rozmowy o mądrych, wartościowych książkach. O ile dziennie zmniejszyłaby się ilość maili w naszych skrzynkach a o ile i czy wzrosłaby ich jakość. Czy pomogło by to wychować rzeszę niegdysiejszych dzieci neostrady koczujących np. na Allegro, którym się wydaje, że w Internecie można już każdemu i w każdej sytuacji walić per ty i to nawet bez dużej litery na początku zdania. („możesz odebrac dvd u mnie, napisz czy ci pasuje”) i czy my sami, każdy z nas po usunięciu spamu i tandety ze swojego życia umiałby i chciał być lepszym.

Wiem że są to kwestie retoryczne i raczej dalekie od możliwości realizacji, ale pomyślałem o tym gdy dziś rano jednym z maili w mojej skrzynce był ten zapraszający mnie do założenia profilu na pewnej stronie wraz z informacją, że jest tam rzekomo jakiś mój znajomy zamieszkujący w Schlochau.

Jeżeli ktoś zgrzytał zębami na komiks promujący Szopena jako zaje...go gostka, a kiwał (jeszcze) głową na reklamowanie Poznania zdjęciem hitlerowca, jako miejscowego bohatera, to i tutaj powinien się co najmniej zirytować.

Schlochau to po prostu Człuchów, tyle że przed 1945 rokiem i bynajmniej nie w Polsce.

aLe cO tO zA rOozNeEcA, cO nIe?


wtorek, 15 marca 2011

Kaliber osiem milimetrów. Barwna.

Niepowtarzalne, wspaniałe uczucie, kiedy po obejrzanym filmie, przeczytanej książce, nowopoznanym człowieku aż zapiera nam dech, kotłuje myśli, przyspiesza tętno. Jakże bogatym jest choćby najbiedniejsze życie, w którym potrafimy odnaleźć takie emocje…

 ---

Wstyd przyznać, ale obejrzałem dziś ten film po raz pierwszy. Oczywiście nie był mi całkowicie nieznanym, ale wiedzieć a widzieć, to jednak różnica. No właśnie. A więc nagrałem, obejrzałem i przetrawiam. Nie wiem doprawdy, dlaczego coś tak wielkiego serwuje się widowni o drugiej w nocy, a tandetne seriale z aktorstwem godnym „Detektywów” czy W11 powtarzane są do znudzenia.

Amator – Krzysztofa Kieślowskiego.

O rany! – to moje pierwsze słowa po napisach końcowych. To jest kino!

Czy jest sens opowiadać film mający tyle lat i na dodatek tak znany? Nie, nie ma. To klasyka absolutna, więc nie będę bawił się w recenzje, tym bardziej, że irytują mnie one na innych blogach. Darujmy sobie więc film, a zastanówmy się nad przesłaniem.

Któregoś dnia wiele lat temu do firmy budowlanej w której pracowałem przyjęto nowego kierownika, starszego pana w okularach i z siwą czupryną. Takiego można by rzec typowego inżyniera made in PRL. Chyba nawet dosłownie był nim właśnie.

Z racji tego, że firma przygotowywała się akurat do rozpoczęcia jakiejś nowej inwestycji pan ów pierwsze dni, a może tygodnie przesiadywał w biurze pomiędzy stosami papierów i nie miał kontaktów z załogą. Wiedziano tylko, że jest.

Pierwszym jego faktycznym zadaniem jako przełożonego, a może nawet nie tyle zadaniem, ile drobnym epizodem miał być nadzór nad rozbiórką starej betoniarni i pracą przy tym około pięciu, sześciu ludzi plus koparko ładowarki. W tej piątce, co nie od rzeczy będzie wspomnieć, znajdowałem się także ja, wtedy jeszcze bynajmniej nie portier.

Nasz kolega w „Ostrówku” miał za zadanie burzyć konstrukcję drewnianej nazwijmy to sterowni, a reszta teoretycznie usuwać mu spod kół to, co już usunąć się dało. Tyle teoria, bo praktyka była inna. Taka mianowicie, że nie było ani sposobu, ani sensu, by wchodzić tuż pod łyżkę ładowarki w celu wyciągnięcia paru desek, skoro sama maszyna radziła sobie z tym bezproblemowo. Uznaliśmy zatem, że odciągniemy na bok co trzeba gdy już główne zadanie postawione przed operatorem i jego sprzętem zostanie wykonane.

Kierownik nie mógł jednak spokojnie patrzeć, że stoimy obok niego zamiast pracować (czytaj: ryzykować życiem wchodząc pomiędzy walącą się konstrukcję) i zaczął nas do tego przekonywać. Dość oryginalnym słownictwem i także nieadekwatnie do hałasu podniesionym głosem.

Po godzinie takiej pracy zgłosiłem się wraz z dwiema innymi osobami do biura i poprosiłem o interwencję, aby uchronić nas od wysłuchiwania tak nonsensownie i na dodatek niekulturalnie wydawanych poleceń.

To było nasze pierwsze starcie.
Starcie, w którym kierownik przegrał z kretesem, ale i zapamiętał dzięki komu i za co. Z wzajemnością.

Wydawałem wtedy coś, co może nieco na wyrost nazywano firmową gazetką. Kilkanaście stron A4 pisanych ręcznie, potem maszynowo, a na końcu (w sumie pisemko wychodziło od 1999 do 2005 roku) komputerowo.  Ot, taka sobie namiastka bloga. Trochę historii z budów, trochę humoru, czasem powitania nowych i pożegania odchodzących pracowników, wszystkiego po trochu. Sporo miejsca w tym akurat czasie zajmowała satyra mojej produkcji, w której starając się nigdy nie przekroczyć pewnych granic wyśmiewałem co dziwniejsze firmowe sytuacje, z przyczyn oczywistych najczęściej i tak ogólnie już znane i kojarzone.

Kierownik kilkanaście dni po opisanym wcześniej zdarzeniu objął wreszcie pierwszą budowę. Ludzie już słyszeli co nieco o jego wyrafinowanym inaczej słownictwie i mało rozsądnym dyrygowaniu wyburzeniem. Do tego doszły oczywiście nieuniknione w każdej pracy błędy czy konflikty na nowym obiekcie. Tym sposobem nasz bohater szybko zyskał opinię niezaradnego nerwusa i z taką też etykietką przepracował aż do końca swojej „kariery”, która jak się łatwo domyśleć długo nie trwała. Nie jestem pewien, ale było to góra kilka miesięcy.

„Słuszna linia” uznawana zarówno w biurze jak i wśród robotników była więc nie tylko zgodnie przez wszystkich podzielana po wzbogaceniu własnymi doświadczeniami, ale i także wykorzystywana w moim pisemku do tworzenia fikcyjnych opowiastek o fikcyjnym panu X w którym bez trudu odnajdywano owego kierownika. Byłem przekonany, że oceniam sprawę właściwie i chyba podobnie myślał każdy kto zakosztował pracy u nerwowego inżyniera.

Do czasu.

Gdy po jakiejś kolejnej wpadce, zdaje się związanej z zamówieniem jakiegoś niepotrzebnego czy może źle wyliczonego materiału miarka się przebrała i „panu X” podziękowano, jakimś zbiegiem okoliczności nasze drogi przecięły się raz jeszcze. Widząc mnie przechodzącego (nie pracowałem na tej budowie) zaprosił mnie do siebie do barakowozu i poprosił żebym usiadł.

Są takie chwile w życiu, kiedy się wie, czuje po prostu, że za moment coś ważnego się usłyszy albo… powie. To była jedna z nich.

-Panie […] – zwrócił się do mnie po imieniu –wie pan, że czytałem te pana gazetki? Ma pan talent, naprawdę. Gratuluję. Może nawet to pana pisanie uświadomiło mi wiele spraw o których wcześniej nie pomyślałem, nie wiem. Być może źle was oceniłem na początku i źle się wobec was zachowałem. 

Podał mi rękę. Modliłem się w duchu żeby nie mówił już nic więcej, bo czułem dziwne drapanie w gardle, ale on kontynuował…

-To jest ostatni dzień mojej pracy tutaj, pan wie, prawda? Pokiwałem głową.
-No właśnie. Nie dopasowałem się do was, a może wzajemnie nie dopasowaliśmy się do siebie. Chciałbym żeby pan mnie zrozumiał. Nie jestem aż taki zły jak pan myśli.

-Ja? Ja nie… ja tylko… -(Jezu, nie dam rady!) – Ja tylko… To ja powinienem pana przeprosić. Chyba obaj i zresztą wszyscy – machnąłem ręką w stronę budowy – za wcześnie i zbyt radykalnie siebie oceniliśmy…
-Nie, pan nie musi przepraszać. Pan miał rację. Nawrzeszczałem na was bez powodu. Tutaj też nie wszystko poszło mi jak należy, ale niech pan nie wierzy, że to tylko moja wina. To nie jest takie proste…

-Nie oceniałem pana, wyśmiewałem pewne sytuacje i…

-Ależ dobrze, bardzo dobrze. To pomogło mi zrozumieć jak to widzicie wy, którzy pracujecie tu już lata, wobec tego co widzę ja pracując tak krótko. Są tu pewne sprawy do których ja nie nagiąłem się tak jak pan i pana koledzy nie nagięli się przy betoniarni… Czasem tak w życiu bywa. Ważne żebyśmy wyciągnęli z tego wnioski. I pan i ja i oni – teraz on wykonał nieokreślony ruch.

-Nie mógł pan tego powiedzieć wtedy? – nie wytrzymałem.

-Nie mogłem. Wtedy tak nie myślałem.

Wyciągnąłem rękę.
–Przepraszam pana. Nie sądziłem, że…

Uścisnął mi dłoń i uśmiechnął się. –Wszystko w porządku. Cieszę się, że ta rozmowa ma miejsce. Nie ma pan za co przepraszać. To ja przepraszam pana i tych którzy tam wtedy byli.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć walcząc z drapiącym gardłem, ale przerwał mi…

-Niech pan się nie martwi. Tak miało się stać i tak się stało. Ważne że wszyscy wiemy co zrobiliśmy źle.

 ---

Każdy z nas bywa amatorem, prawda? Każdy z nas idzie czasem na oślep mając pewność, że racja jest po jego stronie, że broni właściwych poglądów, czynów i ludzi, że atakuje autentycznych wrogów, kłamców, złodziei i dwulicowców.

A prawdą nie jest przecież wiedza, ale jej zrozumienie.

Ach, „Amator”! Cóż za wspaniały film!
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.