WYCIECZKA DWUDZIESTA PIERWSZA
WĘGIERSKA GÓRKA - GLINNE - MAGURKA WIŚLAŃSKA - GAWLASI - CIENKÓW
Po powrocie z wycieczki dwudziestej stanąłem przed koniecznością wyboru, jakiego jeszcze kilka dni
wcześniej bym się nie spodziewał. Oto miałem z jednej strony przygotowane od
tygodni, rozrysowane, wyliczone w metrach, kilometrach i złotówkach kolejne
trasy, z których kilka wykraczało wreszcie dość odważnie poza Beskid Śląski a
jedna chyba tylko miała mniej niż 20 km, a z drugiej konstatację, że w
towarzystwie Agaty, króciutka przecież, znana mi już i należąca do średnich,
jeśli chodzi o widoki wędrówka (miało być pół na pół – i ładnie i niezbyt
trudno) okazała się po prostu dobrą zabawą od pierwszej do ostatniej minuty. I
to mimo zabójczego przecież ponad trzydziestostopniowego upału.
A skoro tak, to postanowiłem
przyjąć wyżej wspominaną Agatę do mojej bandy i ruszać dalej w świat.
-To gdzie tam jest najładniej według
ciebie? - zapytała mnie któregoś dnia.
-Myślę, że na Baraniej Górze i w
jej okolicach.
-To idziemy na Baranią Górę!
-Ale…
-Żadne ale, idziemy.
Jest czwarty
lipca, szósta czterdzieści siedem. To pierwsze zdjęcie. Nieczynny dworzec w
Węgierskiej Górce. Właśnie odjechał przyjemnie klimatyzowany Elf, a dookoła
nas, mimo wczesnej pory coraz mocniej przygrzewa słoneczko.
Który to już raz ta
Węgierska Górka? Najpierw oglądałem ją jadąc aż na granicę – do Zwardonia latem
2013 roku, potem już jesienią, w październiku, ruszałem stąd na Fajkówkę i
dalej na Baranią Górę, wreszcie w połowie marca 2014 przecierałem zaśnieżony
jeszcze miejscami szlak czerwony przez Glinne, ten sam, którym i my za chwilę
pomaszerujemy. Ciekawe jak też wygląda latem odcinek, na którym niżej podpisany
między Magurką Wiślańską a Baranią właśnie „maszerował” na czworaka trzymając
się… śniegu.
Ruszamy! Dla przypomnienia słów
może kilka o trasie. Przechodzimy obok dworca po jego lewej patrząc od peronów
stronie i lekkim łukiem (to ulica
Kolejowa) dochodzimy obok słynnej
odlewni żeliwa do skwerku z
przystankiem autobusowym, pomnikiem Jana Pawła II i charakterystycznymi
rzeźbami po drugiej stronie poprzecznie przebiegającej ruchliwej drogi (ul. Zielona). Dokładnie za przejściem
dla pieszych stoi drogowskaz. W lewo zielony na Fajkówkę, w prawo czerwony na
Baranią. Uprzedzając pytanie. Zarówno stopień trudności jak i atrakcyjności jest zbliżony, a cechą szczególną obu tras jest to, że są bardziej długie niż
strome, choć i stromości się na nich spotyka.
Agata jako „zwierzę miejskie”
(jak w starym dowcipie chciała, żebym zabrał w słoiku trochę spalin z Katowic
żeby ją ocucić w górach) obfotografowuje domy, sklepy i urzędy, a ja pozując na
starego wygę (bardziej to pierwsze niż to drugie) w swoim przynajmniej przekonaniu fachowo
objaśniam gdzie i co wycieczka aktualnie ogląda. A więc Aleja Zbójników, Urząd Gminy, parking za nim i… uwaga, to ważne miejsce,
tu właśnie, zaraz po minięciu parkingu, skręcić należy niepozornym chodniczkiem obniżającym się lekko
w lewo.
Dawniej, jak już kiedyś opowiadałem szlak wiódł prosto
do mostu drogowego i dopiero za nim skręcał na Trakt Cesarski, teraz jednak dochodzi doń przez tzw. Most Zakochanych, który jest
przeznaczony tylko dla ruchu pieszego. Najkrótszy opis przebiegu szlaku
czerwonego brzmiałby tutaj tak: od drogowskazu na ulicy Zielonej zaczynamy
„rysować” ogromną jedynkę, której ramię doprowadza nas do rzeki. Po drodze zaś warto przyjrzeć się zarówno dobrze już stąd widocznym górom w dali, jak i bardzo nowocześnie zagospodarowanym
terenom Bulwarów nad Sołą,
przez które przechodzimy, a może i nawet przysiąść na którejś z licznych
ławeczek. My na przykład przysiedliśmy bardziej wirtualnie, bo z wrażenia, na
widok czegoś małego, białego i czworonożnego, co przybiegło nie wiadomo skąd i
niczym słynny kot-przytulak z Orłowej (polecam – zwierzak mieszka na szlaku z
Równicy na Trzy Kopce Wiślańskie!) zażądało głaskania. A okazało się
przeuroczym puchatym pieskiem towarzyszącym tu jakiejś grupie prawdopodobnie
kolonistów. Piesek ten jednak jak sądzę nie należy do stałego elementu trasy,
wobec czego jego braku proszę nie uznawać za dowód pobłądzenia. Jeśli ulica
Zielona jest za plecami, a Soła przed oczami, to wszystko idzie w dobrym
kierunku. A propos kierunek – chodnikiem wzdłuż rzeki udajemy się w prawo, w
stronę widocznego a przepięknego z każdej odległości mostu.
Zarówno tym jak i drugim brzegiem
w kilka minut można też udając się w lewo dotrzeć do szlaku zielonego (most Junaków), zaś następna taka możliwość
to szczyt Glinnego, bo tam z kolei napotkamy ścieżkę prowadzącą na
Czerwieńską Grapę. Jeśli ktoś ma ochotę poeksperymentować – proszę
bardzo - można mieszać.
Robi się coraz cieplej, więc
zatrzymujemy się na chwilę nad wodą, a potem po
obfotografowaniu okolicy i przegryzieniu czegoś słodkiego ruszamy przez Most Zakochanych ku „cysorce” (przepraszam, ale takie zdanie budzi
u mnie dziwne skojarzenia przyczynowo skutkowe), czyli Traktowi Cesarskiemu. I
tutaj znów w lewo i zarazem po raz pierwszy „oficjalnie” pod górę. Piszę
„oficjalnie”, ponieważ pierwsze wzniesienie terenu to… taras widokowy zaraz za,
a raczej powyżej mostu. Jeśli się nie ma kondycji można tu zawsze zagrać
wielkiego estetę i przysiąść, aby nacieszyć oczy widokami a przy okazji nie
dostać zawału. My stajemy tu również dla zrobienia zdjęć z gatunku
„każdy, zawsze” i prawie zaraz pochrupując sucharami ruszamy dalej w kierunku fortu Waligóra, do którego jednak, o
czym proszę pamiętać, szlak oficjalnie nie prowadzi – trzeba zejść nieco w dół
nieznakowaną ścieżką tuż przed miejscem, gdzie nasza trasa zakręca łagodnie w
prawo.
Agata pędzi więc zdigitalizować
w swoim wielkomiejskim zachwycie każdy metr sześcienny żelbetu, a ja uspokajam
oddech, bo choć jak pamiętam z mojej marcowej tu bytności, chwilę za zakrętem
skończyła mi się czekolada, a to znaczy, że było naprawdę ciężko, to jednak
dziś dochodzi jeszcze tropikalna temperatura, której mocny przedsmak mimo
wczesnej pory już mamy.
Szlak wznosi się nieprzerwanie i wiodąc nad coraz głębszą doliną (w kategoriach
beskidzkich – przepaścią nawet momentami) doprowadza nas do sympatycznej
kapliczki na drzewie i ostatnich zabudowań w otoczonym zielenią i czarującymi
widokami siodle.
-Ale pięknie… - słyszę przy
akompaniamencie trzaskania migawki. Uśmiecham się.
-No widzisz. Mówiłem.
Polanka, lekkie obniżenie i po
chwili znów idziemy pod górę. Najpierw mając po lewej prawie
zaraz za przysiółkiem majestatyczne skały, z których wiosną przyglądał mi się
kozioł, a po prawej dolinę i buchające nieskażoną zielonością góry, ale już
wkrótce po prostu lasem, coraz węższą ścieżynką przedzierając się przez kolejne
powalone drzewa. Drogę utrudniają nam gałęzie, kamienie, drobne strumyki,
czasem błoto. Wreszcie docieramy do śródleśnej drogi i tu bardziej z przymusu
niż z wyboru postanawiamy na chwilę przystanąć. I robi nam się podwójnie
dziwnie, bo oto najpierw mija nas para może dwudziestokilkulatków z małą, ale
bardzo dzielnie maszerującą pociechą, a minutę po nich… TIR z ogromną
naczepą. Mina kierowcy wskazuje, co myśli o ludziach, którzy urządzili sobie
biwak tuż przy drodze. Nie wiem czy kurz pozwala mu jednak dostrzec, co my
myślimy o ciężarówkach w górach…
No właśnie. Jesteśmy na szlaku
czerwonym. Niby nic takiego, ale to Główny Szlak Beskidzki, podobno duma
naszego kraju ciągnąca się aż daleko w Bieszczady, więc jednak coś więcej niż
jakaś tam ścieżka od stacji do schroniska. I wyobraźmy sobie, że chcąc pokazać
zagranicznemu turyście piękno polskich gór zabieramy go na spacer, żeby wysoko
na trasie napotkać PĘDZĄCĄ CIĘŻARÓWKĘ!
Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, niech wie, że jest to tak niewyobrażalnie żenujące i
głupie, że aż smutne.
Solidarnie dzieląc się żelkami
ruszamy w ślad za raźno maszerującą rodzinką teraz już jakby łagodniej się
wznoszącą ścieżką by po chwili napotkać… kolejny samochód. Tym razem już wprost
na szlaku. Mniejszy co prawda, ale jednak. Skąd on tutaj? Ano starczy się zatrzymać, wsłuchać i w moment wszystko staje się jasne.
Mały dostawczak to zaplecze ekipy, która wysoko na stoku ścina drzewa. Pnie
ściągają do drogi konie, na szczęście dla przyrody, na nieszczęście dla nich
samych, bo jest tam naprawdę bardzo stromo, ciężarówką zaś zwozi się to po
pewnie załadowaniu jakimś dźwigiem w dół do miasteczka.
Skręcamy błotnistym traktem w
prawo i wreszcie docieramy do czegoś naturalnego - kilku cudownie szumiących
źródełek tuż przy szlaku a nieco wyżej za nimi polany z widokiem na Beskid
Żywiecki i Węgierską Górkę daleko już w dole pod nami… To jedno z najpiękniejszych miejsc naszej
wycieczki, ale i w ogóle jedna z lepszych panoram w Beskidzie Śląskim.
Oddychamy głęboko i cała złość znika tak samo szybko jak się pojawiła. Tu
przynajmniej te góry są nadal takie, jakimi były i być powinny.
Trasa zakręca, a wręcz zawraca
tu bardzo ostro w lewo i przypominam sobie jak to święcie byłem przekonany
kilka miesięcy temu, że góra, którą widzę dochodząc do tego punktu od źródełek
jest już Magurką…
A gdzie tam do niej!
Chwila lasu i ponownie przechodzimy
przez wysypaną kamieniem drogę. Tuż przed nią po lewej napotykamy ukrytą
w cieniu i przykurzoną nieco kapliczkę a zaraz potem wszystko cichnie wreszcie
i znika. Teraz już tylko góry.
Przyglądam się badawczo jak też
moja towarzyszka znosi trudy marszu i widzę, że coraz częściej nadrabia miną.
Upał też robi swoje. Pora najwyższa na prawdziwą przerwę, ale najpierw jeszcze
strome i tatrzańsko kamieniste podejście na Glinne osłodzone
tylko przepięknymi widokami po lewej. Las kończy się tu nagle jak ucięty nożem
i oto przed sobą widzimy już Baranią, Magurki, Skrzyczne i nawet Jezioro Żywieckie. Z prawej zaś mijamy niepozorną
ścieżynkę na Czerwieńską Grapę, czyli ostatnią, a wspomnianą już wcześniej szansę przesiadki na szlak
zielony.

Oto więc Glinne. Zdobyte i
pokonane. W moim przypadku po raz drugi.
Decydujemy się zrobić przerwę
śniadaniową w dolince między Glinnem a Magurką, bo tylko tam jest jakaś szansa
na schronienie w cieniu, choć niewielka raczej jak się później okazuje.
Przysiadamy na kilkanaście minut i jemy w milczeniu. Czuję, że za chwilę
usłyszę coś, czego usłyszeć nie chcę, ale…
-Szukaj jakiejś krótszej trasy,
bo ja chyba nie dam rady.
Aha.
Cóż, muszę tu napisać słowa, które
może przydadzą się kiedyś kolejnym turystom dopiero zaczynającym swoją przygodę
z „małymi górkami”. Kryzys, jaki przydarzył się mojej towarzyszce jest
dokładnie takim samym, jaki ja przeżywałem na żółtym szlaku od zapory Mościckiego
na Szyndzielnię jesienią 2011 roku, zresztą mnie złapało wtedy dużo mocniej, i
też jak Agata sam się o to prosiłem wybierając za trudną jak na swoją kondycję,
czy może bardziej obeznanie z chodzeniem po górach trasę.
Czymże więc jest to obeznanie?
Zbiorem wielu różnych prawd małych i dużych. Na przykład takich, że przez góry nie
chodzi się miejskim dynamicznym krokiem, a dużo spokojniej (co nie zawsze
oznacza wprost – wolniej), że utracone na jakimś podejściu siły szybko się
regenerują, nie do stu procent co prawda, ale do osiemdziesięciu, potem
siedemdziesięciu pięciu i tak dalej, że trzeba robić przerwy nie tylko te poważne,
jedzeniowo wypoczynkowe, ale także mniejsze, te zwykłe, na złapanie oddechu,
napicie się, czasem po prostu zatrzymanie. Bo to przecież wycieczka, nie bieg
za autobusem, prawda?
Nie, nie wymądrzam się. Pamiętam po
prostu jak stałem wtedy sam w lesie, miałem zawroty głowy, robiło
mi się słabo i bałem się, że gdzieś tam runę pomiędzy drzewa. Ale właśnie
dlatego potem do takich a nie innych wniosków nomen omen doszedłem.
Mijając grupę młodych ludzi,
którzy także postanowili odpocząć sobie kilkadziesiąt metrów za
nami docieramy krótkim stromym podejściem na Magurkę. A Magurek jak wiadomo
jest w górach jak Kowalskich i Nowaków na nizinach – multum i jeszcze trochę.
Ta tutaj należy do tych mniej znanych, zwłaszcza w porównaniu do swoich
bliskich kuzynek – Radziechowskiej i Wiślańskiej jak i do dalszej rodziny –
Magurki Wilkowickiej w Beskidzie Małym i oczywiście „Big Mama”, czyli Magury leżącej
tuż obok Klimczoka. Zresztą widoki z niej są tylko te sprzed chwili, właśnie
przy podchodzeniu od Glinnego, potem jest las. Nic szczególnego. Za lasem za to
cudowna jak zawsze, przeogromna i przewspaniała Hala Radziechowska, jeden z moich prywatnych siedmiu cudów Beskidu Śląskiego.
Co robimy? Cóż, rozwiązaniem
najprostszym jest teraz zejście do Radziechów
szlakiem niebieskim. Nie jest krótkie, chyba też momentami nie należy do
najłatwiejszych, ale ma tę zaletę, że na już prowadzi w dół, a na dole ma…
przystanek autobusowy z bezpośrednim połączeniem do Żywca. Widokowo zresztą też
jest niczego sobie.
Stawiam sprawę otwarcie widząc po
minie mojej towarzyszki, że zasada o wracających zawsze siłach
jednak działa.
-Możemy zejść tędy do Radziechów,
ale jeśli dasz radę proponuję iść tam – pokazuję palcem górkę niedaleko – to
Magurka Radziechowska. Z niej możemy iść szlakiem zielonym do Ostrego koło
Żywca i tam już mamy busy.
-Dobra, spróbujmy!
No to próbujemy. Jest o tyle
łatwiej, że wysoko i bez większych wzniesień w pobliżu. Widoki i atmosfera tego
miejsca też robią swoje. Niby się jest zmęczonym, ale chce jeszcze. Znam to.
Kolejne „Ale tu pięknie” w ustach
Agaty brzmi dla mnie jak najwyższe wyróżnienie. No w końcu to ja „odkryłem”
Halę Radziechowską dla świata, ha ha ha.
Szlak prowadzi nas łagodnie
w lewo (tu wspaniały widok na daleką jeszcze Baranią Górę!) przez
rozległe pastwiska, potem jednak zwraca się nagle w prawo i wznosząc pomiędzy
coraz wyższymi zaroślami dociera wijącymi koleinami do… no właśnie, jeszcze nie
szczytu, choć można tak pomyśleć. To tylko drogowskaz oznaczający punkt
zetknięcia z kolorem zielonym. Przed nami oddzielone imponującą doliną
Skrzyczne. Majestat w pełnej krasie.
-To tutaj. Jeśli chcesz, tędy możemy
zejść do Ostrego.
-A co jest dalej na czerwonym?
-No… Najpiękniejsze widoki, zupełnie
płaska, spacerowa trasa pomiędzy obiema Magurkami. Właściwie zaczyna się zaraz
za tymi tam krzaczkami.
-To idziemy.
No tak. Z jednej strony o taką
reakcję mi chodziło, z drugiej niepokoi mnie świadomość, że wybierając dalszy
marsz pozbawiamy się jakiejkolwiek możliwości wcześniejszego zejścia (pomijając
zejście z tego świata, czyli to które akurat pominąć bym wolał).
-Ale żebyś wiedziała, że to daleko…
-Dawaj, idziemy!
Ostatnie tęskne spojrzenie na
schodzącą stromo ścieżkę zieloną i cóż, maszerujemy w lewo. Chwila dosłownie
jeszcze pośród zarośli i nagle czuję się jak piłkarz wychodzący z tunelu na
boisko. Ogarnia nas ogrom przestrzeni nieosiągalny w żadnym innym miejscu
Beskidu Śląskiego poza może samym szczytem Baraniej. Ogarnia i aż przygniata
zmysły. Dosłownie nie wiadomo, gdzie spojrzeć. Ale gdziekolwiek się spojrzy
jest pięknie. Zwalniamy kroku. Strzelają
migawki aparatów. Ponad nami pełne słońca niebo.
To właśnie takie góry, jakie kocham. I jeszcze ta cienka ścieżka, którą
idziemy. Ścieżka na której, co także uwielbiam, widzi się swoją przyszłość o
jakąś godzinę do przodu…
Mijamy kopczyk kamieni
oznaczający szczyt Magurki Radziechowskiej, bez tego prawie nieodczuwalny, bo
wokół płasko jak na stole, potem kolejne wychodnie skalne i wreszcie na ostatnim odcinku przed Magurką Wiślańską przysiadamy pod jedną
ze skał przypominającą daszek przystanku autobusowego,
aby odpocząć chłonąc widoki na bardzo głęboką tu dolinę pomiędzy nami a
Skrzycznem.
Według planu mamy iść teraz na
Baranią a z niej na Przysłop i potem czarnym szlakiem pod Zamek Prezydenta. Ale
to przecież jakieś trzy godziny lekko licząc. A jest już dobrze po trzynastej… Do
tego zmęczenie… Hmm…
Co zrobiłbym sam? Pewnie jednak szedłbym dalej. Z przerwami, ale do końca. Nauczyłem się już odpowiednio rozkładać siły
i jakoś wiem, gdzie i na co mogę sobie pozwolić. Ale nie jestem pewien czy mam
prawo oczekiwać tego samego od Agaty…
-Tam gdzie ten płotek jest
szczyt. Zrobimy porządną przerwę, zjemy coś i zerknę na mapę. Chyba mam
pewien pomysł…
Idziemy. Ostatnie metry przed
szczytem są coraz trudniejsze, ale mimo to gdyby nie ciut za szybkie tempo,
jakie sobie narzuciliśmy (nazywam to „przegryzaniem się przez podejście” i
bynajmniej nie pochwalam) nie odczuwałoby się go aż tak mocno. Ale skoro tam
będzie jedzonko…
Jesteśmy! Magurka Wiślańska. Trochę
jakby z bocznej drogi wjechać na autostradę. Odcinek pomiędzy Skrzycznem a
Baranią o każdej porze roku jest zaludniony, więc nie dziwota, że i dziś, mimo
upału ciągną tędy tłumnie wędrowcy.
Przysiadamy na
spróchniałym pniu tuż pod drogowskazem i przyglądamy się im z minami wilków mor…
yyy… górskich. Dominują dwa typy. Sportowy („adidaski”, czyli irytujące mnie do
bólu metroseksualne buciki trekkingowe, dresy i saszetki na pasku) oraz
spacerowy (biała koszula, markowe spodnie i ciemne okulary). Turystów
plecakowych prawie nie widać. O ciupagach czy kosturach także można zapomnieć.
Kijki. Wszędzie kijki. Kilka takich supermodnych zapewne, ale za to gustownie
pokrzywionych już na szlaku spotkałem…
Nieważne.
Rozkładam mapę. Pierwsza myśl –
Zielony Kopiec i przed Malinowską żółtym w prawo do Ostrego. No można. A coś
innego? Gawlasi (wg. innych źródeł Gawlas – jedna z najtrudniejszych do odmiany
nazw, jakie spotkałem. Wolę już bardziej powszechnie używane, np. Sałasz Dupne,
ha ha ha. Jest coś takiego na żółtym z Kiczorów do Jaworzynki.) i stamtąd też
żółty (inny) na Cienków i do Nowej Osady…
Ale, ale! Na Cienkowie jest
przecież kolejka linowa!
Po krótkiej naradzie postanawiamy
zmienić plany. Zdjęcia oddalonego stąd już tylko o godzinę drogi
szczytu Baraniej muszą nam wystarczyć. Schodzimy zielonym w kierunku
Malinowskiej Skały. SCHODZIMY, to najważniejsze.
W każdej wycieczce przychodzi
taki moment, który nazywam sobie po prostu „do domu”, taki w którym czasem może
i jeszcze nawet kilka godzin marszu przed nami, ale jednak już na ostatnim
odcinku dokądś. Teraz właśnie taki odcinek zaczynamy. Z każdym metrem niżej.
Skalistą, ale szeroką i nawet wygodną drogą schodzimy z Magurki mijając kolejne
mniejsze i większe grupy idące w przeciwnym kierunku. Jest już lżej i jakby spokojniej. Jeśli
zjedziemy kolejką, będzie to wręcz idealne zakończenie, choć i odcinek pieszy od
Cienkowa do Nowej Osady nie jest jakoś szczególnie męczący czy długi. Będzie dobrze.

Po lewej towarzyszy nam teraz
rezerwat Baraniej Góry a za nim Jezioro Czerniańskie i Zamek, a po prawej
dolina zakończona w dali połyskującą w słońcu taflą Jeziora Żywieckiego. Przed
nami Zielony Kopiec – szczyt, który darzę sporą sympatią z racji
nietypowego nieco kształtu. Co to znaczy? Ano tyle tylko, że Zielony
jest jak góra z dziecinnych rysunków – taki trójkąt. Wchodzi się nań i zaraz prawie
schodzi. Zabawne. Ale gdyby ktoś się tam wybierał,
to od razu uprzedzę, że podejście od Malinowskiej Skały jest dużo trudniejsze
od tego z… no właśnie. Z Gawlasi? Z Gawlasa? Z Gawlasiów? Nie mam pojęcia jak
to się pisze. Ale stamtąd.
A my na tym właśnie „niewymownym”
szczycie odbijamy ze szlaku zielonego na żółty. Zanim to jednak nastąpi mijamy jeszcze
po lewej grupkę, jakby to w zgodzie z poprawnością polityczną napisać, powiedzmy,
że PATAFIANÓW. Osobnicy ci przy trzydziestostopniowym upale rozsiedli się w
lesie i zrobili sobie grill party. Na
ognisku. A ognisko na igliwiu.
Dżizas Krajst! Bić i patrzeć czy
równo puchnie! Wrrr…
Przy drogowskazie zatrzymujemy
się jeszcze na chwilkę ciesząc oczy i obiektywy panoramą przed nami i
niepozorną ścieżką pomiędzy drzewami schodzimy w lewo w kierunku Cienkowa. Zejście
to początkowo dość ostre łagodnieje zaraz i lekkim trawersem prowadzi nas w
towarzystwie licznych strużek przecinających szlak w stronę lasu poprzez „pustynno
podobne” zbocza. Z drugiej strony doliny spogląda na nas Barania Góra.
Tam mieliśmy dziś być… Hmm… Trochę
żal. Może kiedy indziej się uda?
Zdjęcie. Zdjęcie, a może tylko obrazek wyryty w pamięci. Młoda dziewczyna myje
twarz w ściekającym z górskiego zbocza strumyczku. Ufamy matce przyrodzie, choć
tak wyrodnymi jej dziećmi bywamy…
I znów mrok lasu, chłód, wilgoć. Ale
króciutko. Po lewej charakterystyczny korzeń w kształcie…
głowy łosia, który zapamiętałem ze swojej poprzedniej tu bytności (to moja trasa
Wisła Głębce – Skrzyczne z 2012 roku) i oto jesteśmy na „afgance” jak nazwałem
sobie pylistą drogę, którą teraz już bardzo wygodnie maszerujemy przyglądając się
widokom po drugiej stronie doliny.
Cóż to tam być może? Zapewne szlak czerwony. Zejście w kierunku Stecówki. A może niebieski? Raczej nie, niebieski powinien być dużo niżej. Zresztą nieważne. Tak czy siak jest pięknie. Tu u nas także. Łąki, pola i oto już kolejna leśna wyspa...
Na
mapie (pozornie) i w mojej pamięci (tym bardziej) las ten „miał" do dziś może ze trzydzieści minut, w rzeczywistości jest jednak o
wiele dłuższy do przejścia. Ale jest chłodno i to wystarcza by wytrzymać.
Już niedaleko.
-Już niedaleko. Pewnie tam gdzie
się rozjaśnia.
-Mówiłeś to ze trzy razy!
-Bo trzy razy się rozjaśniało! Nie wiem,
długo coś…
Nareszcie jest! Najpierw łąka,
pierwsze spojrzenie na zabudowania Wisły Malinki, potem dwa
krótkie, ale bardzo strome zejścia i już niezaprzeczalnie, acz o wiele za późno według
mnie - Cienków. Charakterystyczna wijąca się szczytem droga, ogromne pastwiska,
nieliczne gospodarstwa i przeuroczy widok na Jezioro Czerniańskie. Oraz owce. Udało
nam się natrafić nie tylko jak mnie samemu w 2012 roku na krowy, bo są i te,
ale także, a może przede wszystkim na stado owieczek, które
oczywiście zaraz ujmujemy fotograficznie na sto sposobów. Tym chętniej, że
niektóre pozują wręcz wzorowo.
Zbliża się czternasta trzydzieści.
Oboje mamy już dość. W nogach jakieś osiemnaście kilometrów, a do tego temperatura…
Obojętnie prawie mijamy bar i całkiem sympatyczne ławki mając wzrok wbity tylko
w widoczną od kilku minut w dali stację kolejki linowej. Jeśli się okaże, że
nie jeździ…
-Jedzie! Jedzie!
O tak! Ile by nie kosztowało,
wiem już, że pieszo nie pójdziemy. A że kosztuje sześć złotych od osoby, czyli
darmo prawie, radość jest tym większa.
-Powrotne też sobie państwo
życzą? - pyta kasjer.
-Nie! – odpowiadamy zgodnym chórem.
Na dziś wystarczy.
Szwajcaria. Czekolada. Cisza. Jesteśmy z Agatą jedynymi
pasażerami. Jeszcze klaśnięcie zatrzasku poręczy i oto już szybujemy wolniutko ponad
łąkami. A dokoła jak okiem sięgnąć nikogo, tylko dzwoniące dzwoneczkami krowy
spacerują gdzieś pod naszymi stopami.
Szszszszsz…. Szumi cisza. Dryń,
dryń – odpowiadają jej dzwoneczki.
Góry, słońce,
wolność.
Latawce, dmuchawce, wiatr...
***
EPILOG
Do Wisły Uzdrowiska dojechaliśmy
w kilkanaście minut przyjemnie pustym autobusem i teraz liżąc lody kuśtykamy w popołudniowym
słońcu w stronę dworca kolejowego, aby tam ze
zdziwieniem stwierdzić…
-Koparka!
-Gdzie? Co?
-Na torach stoi koparka! Mieli
coś naprawiać, ale nasz pociąg miał być pierwszym, który popołudniu pojedzie, a
jak ma jechać, skoro jest jak jest?
-I co teraz?
Wyjmuję komórkę i z rozkładu
spisuję numer infolinii Kolei Śląskich. Dzwonię. Cisza. A raczej melodyjka i
informacja o zajętych wszystkich liniach. Ciekawe ile ich jest. Dwie, trzy?
Pięć minut i nic. A pociąg
za niewiele ponad pół godziny!
-Dworzec! Dworzec bez kasy, bez
informacji, bez ławek, bez ubikacji i bez pociągu! – rzucam wściekle. Gdyby
Prezydent Mościcki tego dożył, toby to całe towarzystwo posłał na wakacje do Berezy!
Wyobrażając sobie przez moment, że jest naprawdę rok powiedzmy 1932 pukam stanowczo do budki dyżurnego ruchu.
Cisza.
Pukam jeszcze raz. Nic.
Za moimi plecami pojawia się nagle
mężczyzna w rozpiętej szeroko koszuli i z jakimś garnuszkiem w dłoniach.
-Pan mnie szukał?
-Za pół godziny powinien tu być
pociąg do Katowic, a na torach stoi koparka. Infolinia Kolei Śląskich nie
działa, a tutaj nie ma żadnej informacji! Może mi pan to wyjaśnić?!
-Ach, no tak. Naprawa się
przedłużyła. Będzie autobus. Ja tam zaraz przyjdę. Proszę poczekać przed
budynkiem.
Rok trzydziesty drugi trwa.
Punktualnie o wskazanej godzinie pod dworzec zajeżdża autokar, a mój pan kolejarz
w przepisowej czapce (sic!) „odprawia go” jak należy przyglądając mi się z ukosa.
No!
Za to w Ustroniu Polanie czeka już na
nas podstawiony zawczasu skład do Katowic. Tak samo swojsko brudny jak ten miesiąc wcześniej z Głębiec. Ale to już przeszkadza nam jakby mniej. Wracamy do domu!
Trzeba nabrać sił przed kolejną wyprawą.
4 lipca 2014
Trasa: Węgierska Górka PKP - Glinne - Magurka – Hala Radziechowska – Magurka Radziechowska
- Magurka Wiślańska – Gawlasi - Cienków.
Punkty do wyszukania na mapie: Węgierska Górka, Glinne, Hala Radziechowska,
Magurka Wiślańska, Barania Góra, Gawlasi, Cienków, Wisła Nowa Osada, Wisła Malinka.
Stopień trudności: średni.
Up & Down: Od dworca kolejowego równo, od Mostu Zakochanych stale
wznosząco, miejscami bardziej stromo aż do Glinnego, dalej w dół i znów do góry
na Magurkę, lekko opadająco do Hali Radziechowskiej, potem wznosząco do Magurki Radziechowskiej, dalej do
Wiślańskiej raczej płasko, lekko wznoszący ostatni, krótki odcinek. Z Magurki
szlakiem zielonym w dół, później prawie płasko, od zejścia przed Zielonym
Kopcem szlak w przeważającej części łagodnie opadający, w środkowej (droga „afganka”) praktycznie płaski. Lekkie
bardzo krótkie podejście do stacji kolejki na Cienkowie.
Atrakcje widokowe: Most Zakochanych i widoki z niego, panorama z punktu
widokowego ponad mostem, fort „Waligóra”, charakterystyczny zakręt przy podejściu
na Glinne i potem do zejścia przed Zielonym Kopcem właściwie wszystko. Panoramy
z zejścia przez Cienków. Widoki z kolejki linowej.
Schroniska, żywność, odpoczynek: Sklepy i bary w Węgierskiej Górce oraz Wiśle. Na całej trasie nie ma schronisk (ewentualnie przy zmianie wg. propozycji nr 5 - schronisko na Przysłopie).
Komunikacja: Do stacji PKP Węgierska Górka koleją lub autobusem. Z Wisły Malinki autobus do centrum. Stamtąd połączenia kolejowe i autobusowe.
Opis marszruty: Od stacji PKP stacji PKP Węgierska Górka szlak czerwony (GSB)
do Magurki Wiślańskiej, dalej zielony do zejścia przed Zielonym Kopcem
(Gawlasi) i żółty aż na Cienków.
Odległość: Ok. 18 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu przerw) 7 godzin.
Opinia: Trasa raczej długa, średnio trudna, bez możliwości skorzystania ze
schronisk czy innych punktów żywieniowych i zadaszonych miejsc odpoczynku.
Niezalecana dla dzieci, osób słabszych i starszych.
Możliwości zmian: 1. Podejście od Radziechów szlakiem niebieskim na Halę
Radziechowską. 2. Zejście do Radziechów szlakiem niebieskim (możliwość
odwiedzenia Matyski) 3. Zejście do Ostrego szlakiem zielonym z Magurki
Radziechowskiej. 5. Marsz na Baranią Górę i zejście szlakiem czerwonym na
Przysłop i czarnym w okolice Zamku. 6. Marsz z Magurki Wiślańskiej szlakiem
zielonym przez Zielony Kopiec i zejście żółtym do Ostrego przed Malinowską
Skałą. 7. Zakończenie trasy w Wiśle Nowej Osadzie szlakiem żółtym z Cienkowa
bez korzystania z kolejki.