Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


wtorek, 19 maja 2015

Wiślańskie kółko turystyczne

Ze szlaku niebieskiego pomiędzy stacją kolejową w Głębcach a przełęczą Łączecko dostrzec można ponad doliną Łabajowa charakterystyczną, masywną, częściowo tylko zalesioną górę z kilkoma budynkami na wysoko położonej polanie. To Kobyla, szczyt w pobliżu którego prowadzą dwie trasy łączące dzielnicę Wisły Dziechcinkę z Małym Stożkiem i zarazem Głównym Szlakiem Beskidzkim na odcinku Barania Góra – Czantoria. Dziś poznamy jak wieść niesie ciekawszą z nich. Zapraszam.
 
WYCIECZKA DWUDZIESTA CZWARTA
19 października 2014
WISŁA DZIECHCINKA – KOBYLA –  PRZEŁĘCZ BESKIDEK – WISŁA UZDROWISKO
 
Autor pod szczytem Wielkiego Soszowa - zdjęcia autorstwa A.B.
 
Przystanek kolejowy Wisła Dziechcinka z którego rozpoczynamy nasz marsz wygląda dokładnie tak, jak przeciętnie zaawansowany beskidzki deptacz mógłby go sobie wyobrażać. Tor biegnie łukiem po zboczu góry, peron zatapia się w roślinności i właściwie gdyby szyny zamienić na ścieżkę, to już można by poczuć się jak na jakiejś polance w połowie podejścia. Malutka ta stacyjka powstała wraz z linią do Głębiec i do lat 90 XX wieku posiadała jeszcze drewniany domek pełniący funkcję kasy i poczekalni. Niestety później obiekt ów został najpierw opuszczony a później zdewastowany przez „oczywiście” nieznanych sprawców i wreszcie około roku 2000 podpalony. Tym to sposobem Anno Domini 2014 mamy tu już tylko goły peron pośród lasu. Szkoda. Kto chciałby jednak zobaczyć co stracił niech wyjrzy przez okno ZANIM do Dziechcinki dotrze. Podobny budyneczek znajduje się do dziś na przystanku Wisła Obłaziec, czyli dwie stacje wcześniej.

A skoro już o kolei mowa, to proszę wybaczyć, ale nie mogę się oprzeć pewnej, że się tak dosyć oryginalnie wyrażę retrospektywnej dygresji przedwstępnej. Otóż jedną z moich pod każdym względem najlepiej wspominanych wycieczek jest ta, której charakterystycznym elementem było dwukrotne (rano i popołudniu!) pomylenie przeze mnie pociągów i potem szaleńczy bieg do właściwego składu. I jeżeli miałby to być jakiś znak, to jest przepraszam, ZNAK, to przyznać muszę że i dwudziesta czwarta zaczęła się niezgorzej. Albowiem, choć trudno może w to uwierzyć, pociąg który przywiózł Agatę i mnie do Wisły wyjechał z Katowic Ligoty niezapowiedziany, nie z tego toru, nie z tego peronu i jeszcze bez jakichkolwiek napisów informujących o stacji przeznaczenia zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz! Cudownie, prawda? Do tego widok tłumku biegnącego na łeb na szyję najpierw do tunelu, a potem drugim peronem do już, już zamykających się drzwi przypomniał mi jako żywo najlepsze (?) lata PRL-u. Ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. I przy okazji niejako zasadę „pierwszego potu”, o której opowiadałem w poprzedniej relacji mieliśmy za sobą już na starcie. Z tą drobną różnicą jednak, że był to zimny pot na widok ruszających bez nas wagonów…


Tymczasem tyle wspominek. Pora ruszać. Słupek z drogowskazami odnajdą Państwo zaraz przy zejściu z peronu, samo zaś zejście tuż obok wyblakłej tablicy z nazwą stacji. Spójrzmy. Mamy tu dwie trasy, o tyle ciekawie poprowadzone, że jedna jest jakby objazdem drugiej. Zacznijmy może od tej dłuższej, oznaczonej kolorem żółtym. Prowadzi przez Kobylą Sałasz na Wielki Stożek i z niego przez Kiczory i Młodą Górę do Jaworzynki Trzycatka. Niezły to moim zdaniem pomysł na osobną bardzo rasową wycieczkę (kto ma obawy, że za długą, może z Młodej Góry zejść zielonym wprost do Istebnej) i sądzę, że warto o niej pamiętać. My jednak ruszymy dziś szlakiem niebieskim, który powiedzie nas inną nieco, podobno atrakcyjniejszą trasą na Kobylą, by tam już za szczytem połączyć się dopiero z żółtym. 

Cóż więc teraz? Schodzimy gęsto osłoniętym roślinnością chodnikiem ku ulicy Sosnowej i nią oddalamy się chwilowo od torów. Lekko się obniżając droga ta doprowadza nas wkrótce do znacznie ruchliwszej już ulicy Dziechcinka (tu na wprost kościół Chrześcijan Baptystów), gdzie zwracamy się w prawo zostawiając za plecami (ważna informacja dla turystów korzystających z własnego środka transportu) rondo na którym stykają się drogi wojewódzkie nr 941 i 942, tj. odpowiednio trasy Harbutowice – Istebna i Bielsko-Biała – Wisła.

Po dalszych kilku minutach marszu dochodzimy do wiaduktu kolejowego będącego mniejszą kopią tego bardziej znanego - z Głębiec, a powstałego również przy okazji budowy linii Goleszów – Zwardoń* w 1932 roku. Obiekt ten ma trzy przęsła, ponad 68 metrów długości, 12,5 metra wysokości i jest, co warto zaznaczyć jako osobną zupełnie sugestię turystyczną, częścią śląskiego Szlaku Zabytków Techniki łączącego Częstochowę z… Cieszynem. 


Zaraz za wiaduktem – tu proszę zwrócić uwagę na zrekonstruowane w 1985 roku tablice upamiętniające jego powstanie - ścieżka niebieska przekraczając potok Dziechcinka zawraca pod trzecim przęsłem, by po chwili zacząć się wspinać w prawo. Szlak żółty prowadzi nadal prosto asfaltem. Jako ciekawostkę dodam, że do tego miejsca dotrzeć też można od stacji polną dróżką wzdłuż torów, jeśli się na samym początku trasy, czyli tuż po zejściu z peronu skręci w prawo i przejdzie malutkim tunelem, za nim już zwracając się w lewo.
 

Szlak wyprowadza nas teraz wznosząc się łukiem ku pierwszemu jak to piszą fachowcy wybitnemu punktowi widokowemu. Oddalając się nieco od zabudowań docieramy do rozległych łąk zza których roztacza się wspaniała, zwłaszcza w promieniach wschodzącego słońca panorama okolicznych szczytów. Agacie i mnie tego poranka obraz ten ubarwiła jeszcze dodatkowo swoją obecnością beztrosko skubiąca trawę sarna… Po prostu miód na duszę dla mieszczuchów! Wbrew pozorom nie jest to jednak całkowite już rozstanie z cywilizacją. Obok krzyża św. Andrzeja i charakterystycznej plastikowej szafy elektrycznej przekraczamy tory kolejowe, które tym samym napotykamy już dziś po raz trzeci i ulicą Ochorowicza w prawo wspinamy się już nieco ostrzej pomiędzy zabudowaniami. Na rozstaju (uwaga na znaki!), na którym nasza droga rozchodzi się aż na trzy inne kierujemy się na wprost i wreszcie docieramy do kolejnej połaci łąki, poprzez którą biegnie trasa zjazdowa i wyciąg narciarski Siglany (wg. innych danych Siglane). Szlak zakręca teraz wzdłuż ogrodzenia w prawo i obok ostatnich zabudowań wchodzi w zarośla, pomiędzy którymi doprowadza nas do najwyższego punktu trasy narciarskiej. To dobre miejsce na pierwszy postój, przegryzienie czegoś, wzięcie głębszego oddechu a przede wszystkim sfotografowanie wszystkiego tego, co widzimy, zwłaszcza, że widać naprawdę sporo i ładnie. A to przecież dopiero początek!  


Nasza ścieżka staje się tu ścieżką prawdziwą, wąską, momentami słabo widoczną a na dodatek pełną kałuż i błota, które zresztą są stałym elementem wspomnień większości turystów przemierzających te okolice. Idziemy początkowo po płaskim - polankami wśród traw i krzaków, potem już jednak nieco bardziej stromo pomiędzy coraz gęściej rosnącymi drzewami. A choć następne warte uwiecznienia panoramy napotkamy już kilka chwil później po prawej, kto zerknie w tym samym czasie w lewo szybko o nich zapomni. Tu bowiem pojawia się nagle nieprzystająca jakoś do Beskidu Śląskiego potężna skalna ściana… To wysoka na 12 a szeroka na około 60 metrów Krzakoska (a. Krzakowska) Skała, mekka wielbicieli wspinaczki, ale też po prostu bardzo atrakcyjny i specyficzny zarazem ozdobnik naszej wycieczki. Tym ciekawszy, że już za kilka minut znajdziemy się prawie zupełnie bezboleśnie na jej wierzchołku! 
 

Po męczącym nieco, ale na szczęście krótkim ostrzejszym odcinku dochodzimy do drogi wyłożonej betonowymi płytami na której zwracamy się w lewo i mając po prawej nieliczne gospodarstwa osiedla Kobyla docieramy do skraju urwiska. Widoki stąd są mimo skromnej przecież ciągle wysokości przewspaniałe i już dają pojęcie o potędze gór. Domy, ulice, osiedla – wszystko wydaje się tu jakąś makietą, dziecinną zabawką, nieledwie żartem. Jakby to zapewne powiedział Barack Obama – „W takich chwilach wszyscy jesteśmy Janosikami!
Hej!

Proszę – ostrożnie – zbliżyć się teraz do krawędzi gruntu… Pod nami bielejąca w słońcu kamienna ściana poprzerastana mchem. Rachityczne drzewka balansujące na pomarszczonych deszczami, śniegiem i wiatrem skalnych schodkach a przede wszystkim –  to już bardziej WOKÓŁ niż POD – niczym nieograniczona przestrzeń. Pięknie, prawda? Ano pięknie.



Nam także udzielił się nastrój tego miejsca i postanowiliśmy zrobić tu sobie krótki postój żałując tylko, że PTTK nie postawiło nad skałą jakichś ław i stołów (a może i barierek!) lub choćby tylko małej tablicy informacyjnej. Pewnie by to zysków wielkich nie przyniosło, ale z pewnością podratowało nieco dobre imię tej organizacji… 


Znad skały polna droga kieruje się w prawo pomiędzy dwa ogrodzone pastwiska. Tu również po obu stronach trasy napotykamy urokliwe pejzaże, ale pośród nich wzrok przyciąga już przede wszystkim znajdujący się dokładnie na wprost szczyt Kobylej (802 m n.p.m.) mający formę zalesionego pagórka. Niestety szlak nie doprowadza nas do jego najwyższego punktu, a tylko lekko się wznosząc po kilku minutach odbija w prawo i wychodzi z lasu na płaską zupełnie łąkę, która chyba każdemu, kto ją zobaczy, skojarzy się natychmiast z piłkarskim boiskiem. Na Polanie właśnie, bo tak się to miejsce oficjalnie nazywa, to kolejny dziś bardzo przyjemny punkt w którym można zrobić krótką przerwę, o tyle wygodną, że są tu nawet parkowe ławki.  Kto stwierdziłby jednak, że nie ma na postoje ochoty, niech wie, że następna taka okazja trafi mu się dopiero pod schroniskiem na Soszowie, czyli bardzo daleko stąd. 


Po dojściu do płytowo asfaltowej drogi idziemy nią w prawo mijając kilka gospodarstw, pasące się tu i ówdzie krowy i raz lasem raz znów łąkami prawie połogo docieramy po około kwadransie do Sałaszu Kobyla, czyli końca szlaku niebieskiego i jednocześnie drugiego dziś spotkania z żółtym, który pożegnaliśmy w Dziechcince. Nim właśnie podążymy dalej.


Droga znów się tu wznosi i lekkim łukiem wiedzie nas w lewo, oferując coraz to szersze i ciekawsze widoki najpierw tylko na Wielki Stożek, ale zaraz potem także Kiczory i całą panoramę innych szczytów otaczających Wisłę. Kto korzystał kiedykolwiek z trasy zielonej pomiędzy Stożkiem a doliną Łabajowa od razu dostrzeże, że momentami na tym odcinku obydwa szlaki są do siebie łudząco podobne a co za tym idzie tak samo atrakcyjne. Ale gdy już gotowi bylibyśmy uwierzyć, że właśnie Stożek stał się nie wiedzieć czemu bezpośrednim celem naszego marszu ścieżka zwraca się nagle znów w prawo i początkowo pomiędzy drzewami mijając mniejsze i większe gospodarstwa wywodzi nas wreszcie płasko łąką do styku z Głównym Szlakiem Beskidzkim na Małym Stożku (843, według innych źródeł 825 m n.p.m.,). Czas przejścia odcinka od Sałaszu na Kobylej do tego punktu, to około dwudziestu minut wolnym krokiem. Tutaj, obok dawnego przejścia małego ruchu granicznego żegnamy już definitywnie kolor żółty i kierujemy się w prawo czerwonym w kierunku Cieślara (918, według innych źródeł 920 m n.p.m.). 


O ile na szlaku niebieskim nie spotkaliśmy dziś żadnego turysty, na żółtym w drugiej jego części widzieliśmy już kilku, tak tutaj mijamy ich dziesiątki i nie jest to absolutnie sytuacja wyjątkowa. Proszę zwrócić uwagę, że w okolicy umiejscowiono aż cztery wyciągi krzesełkowe (Wielki Stożek, Soszów, Stokłosica, Mała Czantoria) co daje wspaniałe możliwości planowania krótkich, dość lekkich wycieczek czy wręcz spacerów pomiędzy stacjami, lub też podjazdu i zejścia do Ustronia albo Wisły. Powinny o tym pamiętać zwłaszcza osoby zaczynające dopiero wędrowanie po górach, ale także turyści bardziej doświadczeni, gdyż i dla nich w razie pogorszenia pogody czy samopoczucia jest to rozwiązanie wręcz wymarzone. O atrakcyjności widokowej tego odcinka wycieczki dwudziestej czwartej nawet nie wspominam, bo jest... permanentna. No ale też nie ukrywajmy, czegóż innego można by się po Głównym Szlaku spodziewać? Niech zresztą o jego wyższej klasie zaświadczy nieco nietypowo i to, że jest jedynym chyba w Beskidzie Śląskim w przeważającej części wyposażonym w... kubły na śmieci. Niby drobiazg, a cieszy, prawda?

Polna droga najpierw płasko, potem już stopniowo się wznosząc doprowadza nas umiarkowanie męczącym podejściem na Cieślar. Do niedawna jedynym oznaczeniem jego wierzchołka była domowej roboty deseczka przybita na drzewie oraz kopczyk kamieni z pamiątkowymi wpisami turystów. Od mniej więcej dwóch lat, za nimi, jakby na wysepce otoczonej dwiema alternatywnymi ścieżkami szlaku czerwonego zamontowano też ozdobny słup (przypominający wbity w ziemię ogromny… przecinak) z wyrytą na nim nazwą i wysokością góry. Ale nie to jest tu najważniejsze. Najważniejsze są widoki, a te są wręcz imponujące, nadto zaś prawie dookólne. Z pewnością warto się tu zatrzymać, by się nimi nacieszyć. Także samo podejście oferuje nam wspaniałą panoramę na Wielki Stożek i Kiczory, zostające teraz w dali za nami. Proszę nie zapomnieć obejrzeć się co najmniej kilka razy za siebie!


 
Panorama z Cieślara - autor Edward Moskała
(Aby powiększyć otwórz w nowym oknie środkowym przyciskiem myszy)
 
Po chwili oddechu na szczytowej polance rozpoczynamy łagodne dość zejście szeroką ścieżką w kierunku Wielkiego Soszowa (886 m n.p.m.). Po lewej towarzyszy nam las, po prawej niezmiennie wyśmienite, sięgające horyzontu krajobrazy. Do kolejnego szczytu docieramy tym sposobem bez większego wysiłku (dopiero na ostatnich kilkudziesięciu metrach lekko pod górkę) w około dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. I sądzę, iż dobry to moment  aby przypomnieć, że na całym odcinku GSB od Stożka do Czantorii dominują czeskie oznaczenia szlaków opisujące też polskie znaki czerwone, ale tym się głównie od naszych różniące, że podające wszelkie odległości w kilometrach, nie w godzinach i minutach. Jak już kiedyś pisałem, jest to moim zdaniem rozwiązanie lepsze, bo zachowujące obiektywną wartość informacyjną niezależnie od naszej kondycji.

A propos kondycji! O ile trasa z Cieślara na Soszów nie należy do trudnych, o tyle zejście ze szczytu do schroniska już troszkę tak. Nie jest wprawdzie kamieniste czy też ekstremalnie ostre (te akurat w Beskidzie Śląskim najczęściej są bardzo krótkie), ale jednak mocno się obniża i to na dość długim odcinku. Zresztą od jego pierwszej, widocznej z wierzchołka części znacznie poważniej prezentuje się kolejna, kończąca się po najpierw jeszcze ostrym zakręcie tuż przed stacją kolejki linowej. Co jasne, obie pokonywane w drugą stronę, też a raczej tym bardziej jeszcze wymagają niezłej wydolności fizycznej. 


Zanim zejdziemy proszę spojrzeć sobie na wprost – ponad ścieżkę. Stąd właśnie, czyli ze szczytu Wielkiego Soszowa po raz pierwszy widzimy dziś tak dokładnie Czantorię z charakterystyczną wieżą i nieco niżej od niej maszt na polanie Stokłosicy. Za chwilę znów znikną przesłonięte lasem. 


Jako się więc rzekło po dwuetapowym zejściu docieramy do schroniska pod Soszowem (792 m n.p.m.) by tutaj na całe 35 minut spocząć na ławach przed budynkiem oddając się długo wyczekiwanej konsumpcji tudzież kontemplacji. I jeśli o tym drugim mowa, to w największe zadziwienie wprowadził nas nieskrywany entuzjazm pań i panów w wieku różnym pojawiający się u nich masowo na widok dwuosobowej… drewnianej huśtawki, co ciekawe przez dzieci jakby nieco ignorowanej. Dzieci mają tu zresztą ciekawszą rozrywkę w postaci dużego kolorowego placu zabaw, znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej – tuż obok stacji wyciągu i trasy zjazdowej dla narciarzy. Tam też czekają na wędrowców kolejne stoły i ławy na otwartej przestrzeni oraz bufet. Ogólnie jest w czym wybierać, ale czy powinno być tego aż tyle w jednym miejscu, to już kwestia do dyskusji. Kolejne wędrówki uczą mnie niestety, że niektórzy bez "cywilizacji" nie uszliby nawet dziesięciu kilometrów, a jeśli już by uszli, to nie bardzo chyba wiedząc, po co…

My wiemy i dlatego choć nogi zaczynają już boleć ruszamy bez wahania w dalszą drogę. Najpierw płasko, polanką, potem lekko w górę w głąb lasu i w nim już bez praktycznie jakichkolwiek dalszych widoków, ale za to w czarującej atmosferze prawdziwej jesieni po ogromnym łuku w prawo. 



Szlak pustoszeje tu nagle, a głośne rozmowy kolejnych grup turystów zastępuje już tylko szelest liści, szum wiatru i łagodne popołudniowe słońce. Wolnym krokiem w około pół godziny dochodzimy do Przełęczy Beskidek /Beskydske Sedlo/ (684, według innych danych 680 m n.p.m.) na której z czerwonego przesiadamy się na kolor czarny i nim skręcamy w prawo do Wisły Jawornika. Kto z Państwa szedłby tędy naszym śladem niech pamięta, że oznaczenia początku wspomnianego szlaku ani tym bardziej drogowskazu nie uświadczy. Sugerować należy się wyłącznie czeskimi tabliczkami na GSB i szukać ścieżki ZA NIMI (tak, by słupek mieć za plecami) – potem znaki są już rozmieszczone normalnie. Ciekawym jest jednak, że mimo iż chory ten stan zgłaszałem oddziałowi PTTK w Wiśle w marcu 2014 na podstawie obserwacji o pół roku wcześniejszych do dziś nikt nie znalazł środków na kawałek deski i trzy maźnięcia pędzlem…  Najłagodniejsze określenie jakie przychodzi mi na myśl w takiej sytuacji to: żenada. Absolutna żenada. Ale dość o tym. Wracajmy na trasę. Ścieżka najpierw łagodnie, po chwili już dużo bardziej stromo schodzi przez las ku pastwiskom i łagodniejąc nieco w połowie zakręca w jakby gigantyczną literę C. Przed nami szeroka panorama doliny, ogromne połacie łąk i dość zabawnie na nich wyglądające „krzywe”, bo pasące się na stokach krowy. Krajobraz jak idealnych wakacji. Kolejny już dziś, a jeden z niestety ostatnich warty dokładnego obejrzenia a przede wszystkim sfotografowania.


Droga z polnej zamienia się wkrótce w płytową i już jako ulica Branców znów ocieniona lasem zakręca w lewo mając po prawej głęboki jar. W ten sposób stale się obniżając dochodzimy wreszcie do pierwszych zabudowań wyłaniających się zza drzew. Polecam tu dokładne przyjrzenie się okolicznej starej architekturze, bo ta, mimo, że najczęściej prosta, ma w sobie wiele ponadczasowego uroku. Poza tym  ciekawe bywają także inne obrazki z wiejsko miejskiej codzienności Wisły w których powaga lat trzydziestych ubiegłego stulecia przeplata się płynnie z siermiężnością PRL-u i kolorową tandetą  początków XXI wieku. Na szczęście odwrotnie niż to ma miejsce np. w Szczyrku tutaj ten ostatni świat ciągle jest jeszcze w mniejszości.

Zdjęcie z serwisu Google Street View

Szlak doprowadza nas po kilku minutach do ulicy Jawornik dochodząc do niej dokładnie vis a vis zejścia koloru niebieskiego z Soszowa ulicą… Soszowską (chciałbym widzieć rozpytującego o to niemieckiego lub angielskiego turystę!). Skręcamy w lewo i po chwili już miejskim zupełnie chodnikiem maszerujemy w stronę centrum. Dla zmęczonych dobra wiadomość – proszę po prawej wypatrywać przystanku autobusowego. Korzystając z niego a raczej z autobusów, które przy nim stają, dojechać możecie do dworców kolejowego i PKS ścinając sobie ostatni, w większości asfaltowy, ale mimo to niczego sobie jeśli chodzi o widoki odcinek.  Odcinek, dodajmy to, niebieski, bo kolor czarny kończy się już za moment przy ulicy Jodłowej. Wiatę przystankową odnajdziemy zaś w głębi zatoczki, czy też może parkingu zaraz za charakterystycznym mostkiem, przez który przechodzi nasza droga.

Skoro cywilizacja, to cywilizacja. Mijamy bary, sklepy, wille z pokojami do wynajęcia, ale mimo to nadal mamy też piękne góry tuż ponad nami i jeszcze bliżej chłodny potok Jawornik nad który można w każdej chwili skręcić. Tak, tak. Macie Państwo rację. Dziwne to trochę. Potok Jawornik w Wiśle Jaworniku przy ulicy Jawornik. Ale za to przynajmniej łatwo tu trafić, nieprawdaż? A że ruch samochodowy jest mały, krajobrazy ciekawe, a nam przynajmniej trafiła się też bardzo dobra pogoda, to te kilka kilometrów więcej można/warto jakoś przeboleć. Zresztą co jakiś czas zabudowania ustępują jednak miejsca zieleni łąk. I w związku z tym jest pięknie.



Kiedy ulica którą idziemy skręci w prawo i przejdzie już ponad potokiem, a w dali zobaczymy również po obu stronach drogi kolejne biało niebieskie barierki należy „przygotować się do wysiadania”. Uwaga! Przez drugi most nie przechodzimy! Szlak skręca niepozornym chodnikiem tuż przed nim w prawo. I w tym momencie otoczenie zmienia nam się radykalnie. Wchodzimy w ciemny las mając po lewej stromą skarpę i płynącą w dole Wisłę, a po prawej stok góry, oddzielającej nas jakby klinem od doliny Jawornika, którą dopiero co szliśmy. Ta góra, a właściwie bardziej górka, to Czajka (572m n.p.m.).

Zdjęcie z serwisu Google Street View

Wąski chodnik staje się wkrótce asfaltową dróżką a potem drogą. Jesteśmy na ulicy Lipowej. Z osiedla Zdejszy dołącza tu do nas jedna z najnowszych tras Beskidu Śląskiego – wytyczony w 2012 roku szlak zielony z Soszowa również jak nasz prowadzący do dworca kolejowego Wisła Uzdrowisko. W tym też miejscu towarzyszące nam dotąd koryto rzeki oddala się, a my niedługo później również jakby w ślad za nim przechodzimy malutkim tunelem pod torami kolejowymi, za którymi w prawo w kilka minut dochodzimy do centrum miasta, by tu zakończyć wycieczkę.

Zdawałoby się… pół świata, a to tylko siedemnaście kilometrów. Ale za to jakich!
---
* - Ze względu na wybuch wojny trasę doprowadzono tylko do stacji w Głębcach...


 



Punkty do wyszukania na mapie:
Wisła Dziechcinka, Krzakoska Skała, Kobyla, Mały Stożek, Wielki Stożek, Cieślar, Soszów, przełęcz Beskidek, Czantoria Wielka, Wisła Jawornik.

Stopień trudności:
średni.

Up & Down:
Od dworca kolejowego lekko w dół, potem płasko, od wiaduktu kolejowego stale wznosząco, miejscami ostrzej do Krzakoskiej Skały. Dalej zmiennie z przewagą płaskiego aż do podejścia na Cieślar. Podejście raczej łagodne, równie łagodna lekko zmienna trasa na Soszów, następnie dłuższe ostrzejsze zejście do schroniska i znów zmiennie z przewagą płaskiego. Jeden poważniejszy spadek przed przełęczą Beskidek, z niej stale w dół, początkowo stromo, później dużo łagodniej aż do Jawornika. Reszta trasy praktycznie połoga. 

Atrakcje widokowe:
Wiadukt w Wiśle Dziechcince, Krzakoska Skała i widoki z niej, praktycznie cały odcinek (!!!) od Kobylej aż do schroniska pod Soszowem, środkowa część zejścia z przełęczy Beskidek.

Schroniska, żywność, odpoczynek:
Sklepy i bary w Wiśle, schronisko pod Soszowem, tam także fastfood w budynku stacyjnym kolejki.

Komunikacja:
Do i z Wisły kolej, jako opcja z Jawornika do centrum miasta - autobusy. 

Opis marszruty:
Ze stacji w Dziechcince do Sałaszu Kobyla szlak niebieski, dalej żółty do Małego Stożka i czerwony (GSB) do przełęczy Beskidek. Kolor czarny z Beskidka do Jawornika i niebieski z Jawornika do Uzdrowiska.

Odległość:
ok. 17 km. Nasz czas przejścia (po odliczeniu postojów) 6 ½ godziny.

Opinia:
Wycieczka dość długa, bardzo atrakcyjna widokowo, z jednym trudnym odcinkiem zejściowym Soszów – schronisko pod Soszowem i dwoma znacznie jednak krótszymi przed i za Beskidkiem . Dużo możliwości skrócenia lub zmian.

Możliwości zmian:
1. Podejście do Sałaszu Kobyla szlakiem żółtym, 2. Podejście z Małego Stożka na Wielki Stożek szlakiem żółtym i zjazd kolejką do Łabajowa, 3. Zejście z Soszowa do Wisły szlakiem zielonym lub niebieskim, 4. Zjazd kolejką z Soszowa do Wisły, 5. Podejście z przełęczy Beskidek na Wielką Czantorię (bardzo trudne!) i zjazd kolejką ze Stokłosicy do Ustronia Polany (opcja dla najwytrwalszych),  6. Zakończenie trasy w Wiśle Jaworniku i dojazd do Uzdrowiska autobusem.
====



 

14 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak! To była taka prawdziwa złota polska jesień. Piękne kolory, ciepło, ale bez gorąca, wspaniałe widoki. A poza tym uwielbiam Wisłę z przyległościami, nie wiem dlaczego, ale tam jest mi najprzyjemniej. No, hotelu Gołębiewski nie trawię, ale to chyba jak większość :)

      Usuń
  2. Piękny wpis i bajeczne zdjęcia(!), wszystko plastyczne i takie "dookólne":). Czy krowa z filmiku wyraziła zgodę na publikację wizerunku?;)
    Miłego wieczoru!
    617;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyższa matematyka :D

      Witam i pozdrawiam.
      Zdjęcia rzeczywiście jakieś takie bajkowe trochę. Ale to dobrze, bo tak właśnie czuję góry. A co do krów, to mam świadomość, że robienie im zdjęć to jakby lekka... wiocha :)), ale nic to, krowy są fajne. Chociaż pamiętam, że na którejś tam wycieczce (chyba Skoczów - Ustroń Polana) musiałem minąć jedną sam na sam na środku łąki i bałem się niesamowicie że obudzi się w niej dusza hiszpańskiego byka :))

      Usuń
  3. Żeby większość szlaków miała górki z górki, to mogłabym tak chodzić co dwa tygodnie ::P Pogoda wtedy dopisała, cud miód. Ale widoki były bajeczne. Złożymy się na drona i może wtedy nie będziemy mówić, że na zdjęciach tej magii nie da się uchwycić.

    Dziękuję za ten szlak, to była nagroda za te wszystkie początkowe trasy, na których wypruwałam sobie płuca :P I oby więcej podobnych tras w Twoim towarzystwie.

    Pozdrawiam zza administracyjnej granicy !!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest co najmniej kilka szlaków z górki (np. zaczynanych kolejką linową), ale to trochę jak z deserem przed obiadem. Niby o to chodziło, a jednak kurczę, czegoś brakuje. Takie widoki "zdobyte" własnym wysiłkiem, to nagroda, nie darowizna. A zatem warto. Powolutku, a do skutku.

      No i tutaj też mamy potwierdzenie starej prawdy, że w góry powinno się chodzić w kwietniu, maju, i potem od września do listopada. Zupełnie coś innego niż "sauna" w lipcu :)

      PS. Keine grenzen! :P

      Usuń
  4. Witam - W pierwszym akapicie ująłeś to "coś", clou, sens wędrówek górskich:) Widoki, czy też szczyty gór , ciekawe miejsca zdobyte sporym wysiłkiem, przy "litrach" wylanego potu to najlepsza nagroda. Natomiast co do drugiego akapitu - w letnie upały najlepsze są wycieczki w godzinach 17.00 - 19.30. Kilka razy o tych porach wędrowałem - i powiem, że aura jest cudowna - słońce chylące się ku widnokręgu, gra światła i cienia, upał już wtedy tak nie męczy - coś pięknego, polecam. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przeczytać jeszcze raz ;)) ale nie sądzę, żebym pochwalał tu gdziekolwiek widoki okupione wysiłkiem, raczej widoki po prostu. Kiedy się jest naprawdę wykończonym nic już nie cieszy ani nie interesuje. Miałem to np. idąc z Ustronia przez Czantorię i Stożek do Głębiec :))

      Nigdy zresztą nie planowałem żadnej trasy tylko dla jej długości czy stopnia trudności. Ma być ładnie, w miarę płasko i długo. Myślę sobie nawet, że te moje kolejne rekordy, od 16 do 25 kilometrów jednego dnia posłużyły mi tylko za punkty odniesienia ułatwiające dysponowanie potem własną wydolnością. Już wiem, że do 16 to spacer, do 18 wycieczka, do 21 porządna wycieczka, do 23,5 droga przez mękę, a 25 to ostateczność i to prawie na czworakach :)) Ale tak czy siak o końcowej ocenie decyduje atrakcyjność widokowa, nie marka trasy czy jej trudność. O takiej choćby Hali Radziechowskiej mało się mówi, a dla mnie to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałem!

      A z popołudniami racja, ale też trudno przecież byłoby zaczynać o 17 i iść dwie, trzy godziny jak piszesz. No chyba, że ma się gdzie spać albo posiada samochód, wtedy zgoda. Zaczynam o 15 i maszeruję do 21:30. Super.

      Generalnie od czerwca do połowy września trzeba się chyba pogodzić z potem i litrami picia w plecaku. Najlepszy jest marzec i kwiecień, zwłaszcza takie suche jak w ub. roku. Zawsze to lepiej, gdy jest zimno a rozgrzewamy się marszem.

      Pozdrowienia :)

      Usuń
    2. Ostatni pociąg z Bielska Białej do Katowic odjeżdża o 22:23, więc możliwości są:) Mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy, gdzie w tym roku już byłeś? Kiedyś pisałeś, że w okolicach Jaworzynki. Ja niestety zaczynam dopiero od przyszłego tygodnia prawdopodobnie. Obydwoje z żoną mieliśmy niespodziewane perturbacje zdrowotne, i z wiosennych wędrówek nici.. żona w ogóle dopiero jesienią będzie mogła się wybrać. Zastanawiam się, gdzie się wybrać, im bliżej, tym bardziej jestem niezdecydowany. Grabowa - Stary Groń - Trzy Kopce, okolice Stożka - Kubalonki. Magurka Radziechowska - tak, ale samemu nie mam odwagi, bo między Skrzycznem a Węgierską Górką niedźwiedzie mają gawry, i to chyba niejeden:) Pozdrawiam

      Usuń
    3. Musiałbyś mieć wyjątkowe szczęście/pecha (niepotrzebne skreślić) żeby w środku lata w Beskidzie Śląskim natrafić na niedźwiedzia. A już żeby Cię zjadł, to w ogóle :)) Tak że nos do góry, mapa w dłoń i do dzieła!

      A co ja Ci mogę polecić? Hmm... To tak, jakbym miał komuś polecać jedzenie albo książkę. Każdy ma inny gust. Mnie podobają się w miarę długie a płaskie, szczytowe raczej trasy. Takie jak odcinek między Skrzycznem a Malinowską Skałą na przykład albo między Halą Radziechowską a Magurką Wiślańską. Nie wiem, co Ty wolisz. Znam np. takich, którzy jeśli góra ma osiemset ileś nawet jej wzrokiem nie dotkną, a co dopiero butem :)

      Ale tak całkiem serio, żeby było ładnie i oryginalnie powiedzmy trzy propozycje ode mnie.

      1. Górki Wielkie - Łazek - Wielka Cisowa - Błotny - Wapienica - piękne widoki, szlak oryginalny, rzadko uczęszczany, dość łatwy poza początkowym krótkim podejściem na Zebrzydkę i stromym zejściem na końcu z Palenicy do Zapory Mościckiego. Dojeżdżasz do Skoczowa busem lub pociągiem i stamtąd PKS do Górek Wielkich. Spod zapory autobus linii 16 do dworca w Bielsku.

      2. Brenna Ośrodek Zdrowia (kolor czarny) - Stary Groń - Grabowa - Biały Krzyż. Męczące, ale nie dramatyczne podejście na Stary Groń a potem płasko, płasko, płasko i niebiańsko dookoła. Ciut pod górę przed Grabową i znowu decha aż do przełęczy. Widoki na medal! A na końcu PKS do Bielska - odjazd 15:15 :))

      3. Olszówka Górna - czerwonym na Szyndzielnię (albo kolejką) i przez szczyt Klimczoka (lub obok niego - łatwiej) na przełęcz Kowiorek, dalej na Karkoszczonkę i z niej żółtym do Brennej. W wersji hard można iść na Kotarz, ale łatwo nie będzie :))

      Co do Trzycatka, to okolica jest piękna, spokojna, powiedziałbym konserwatywna. Trójstyk, zwłaszcza rankiem jest jak ze snu (jedliśmy w marcu śniadanie na słowackiej stronie - cudownie!). Polecam Ci start ze Zwardonia, podejście na Sołowy Wierch, potem zejście z niego - cały czas szlakiem niebieskim - i na Rupience a właściwie chwilę przed nią zwrot w lewo na zielony do Jaworzynki. Trasa łatwa, w sporej części asfaltowa, ale widoki świetne. Pod koniec trochę górek ;) i wreszcie Jaworzynka. Zwiedzanie Trójstyku (kwadrans od przystanku PKS) i powrót autobusem do Wisły, Ustronia lub Skoczowa. BARDZO ORYGINALNA TRASA!

      Pozdrowienia

      Aha! Tras było już sporo od czasu wycieczki tu opisanej. Niektóre jeszcze w ub. roku, inne już w tym. Musiałbym zatrudnić kogoś, żeby mi to tu ładnie opisał, bo jak widać coś mi się poślimaczyło ostatnimi czasy.

      Usuń
    4. Cześć. Udało mi się w ubiegłym tygodniu wybrać na pierwszą w tym roku wycieczkę:) Ostatecznie zdecydowałem się po raz trzeci w życiu odwiedzić Wielki Stożek głównie ze względu na ciekawość odnośnie szlaku czerwonego od strony Kubalonki. Więc od Głębiec szlakiem zielonym na Kubalonkę, dalej czerwonym do Przełęczy Łączecko, tutaj przeskok na szlak niebieski na Stożek, ze Stożka powrót czerwonym na Przełęcz i stąd niebieskim do stacji kolejowej. Tutaj przypomniały mi się Twoje wpisy o "Tajemnicy zejścia szlakiem niebieskim" co wzmogło moją koncenrtację:). Co do Twoich propozycji, to pozycję drugą, trzecią oraz Zwardoń - Trzycatek zostawiam na wycieczki z żoną w okolicach jesieni. Natomiast teraz myślę nad Twoją wycieczką Radziechowy - Biały Krzyż, oraz trasą Wisła Głębce - Cienków- Biały Krzyż. Jeszcze mam w głowie wypad w Beskid Mały i trasę B-B Mikuszowice - Magurka Wilkowicka-Czupel- Łodygowice. Pozdrawiam serdecznie i mimo wszystko czekam na kolejne opisy Twoich wycieczek i może drugą część książeczki:)

      Usuń
    5. No to nieźle się zakręciłeś :) Trasa wygląda jak klucz wiolinowy! Zielony poza domem z tekstami piosenek w oknach (widziałeś?) wiele nie oferuje, a bardziej wkurza, zwłaszcza gdy się idzie o metr od drogi, ale oficjalnie niby to w lesie. Potem czerwony... też na początku kicha - las i las, ale potem już lepiej, gdy zaczynają się pastwiska. Niebieski również jest leśny w sporej części, ale już jakby porządniejszy a na początku (ale przed budową tej głupiej drogi ) nazwałbym nawet bardzo ładnym. Czerwony przez Kiczory jest już bezsprzecznie świetny i w Twoim kierunku nietrudny (wspaniałe skałki na Kyrkawicy!) i co tam dalej mamy? Niebieskim do dworca? Miejscami bardzo ładnie i takie klimatyczne "pagóry" kiedy się już zejdzie z asfaltu w las.

      No to gratuluję w takim razie. Mam nadzieję, że pogodę miałeś znośną, bo nam też w ub. tygodniu słońce i robactwo mocno dały w kość. A trasa była (tyle mogę zdradzić) rekordowa i to nie tylko pod względem długości, ale i czasu trwania.

      Co z blogiem i z opowieściami tego nikt nie wie. Niestety. Ale póki co, jest jak jest.

      Pozdrowienia

      Usuń
  5. Witaj. Czerwony od Stożka do Przełęczy Łączecko jest bardzo oryginalny:) Nie tylko walory widokowe decydują o tym, że dany szlak jest piękny. Natomiast od strony Kubalonki też jest bardzo fajny, ale do momentu zejścia do tej nowej drogi, która biegnie do Mraźnicy. Ogólnie Przełęcz Łączecko to teraz skrzyżowanie Łączecko, gdyż chyba budują tam drugą nitkę, w każdym razie roboty ciągle tam są prowadzone. Kiedyś to miejsce wyglądało inaczej. Klucz wiolinowy:):) Po prostu chciałem w jedną i drugą stronę iść szlakiem czerwonym (po raz pierwszy) więc tak wybrałem. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i super. Najlepsze moje wycieczki to te wymyślone samemu, bez przewodników, blogów czy jakichkolwiek portali miejskich czy podróżniczych. Biorę mapę, coś tam sobie przemyślę, i potem dopiero sięgam po informacje, żeby wiedzieć, co mnie czeka a zwłaszcza jak tam z komunikacją. Ale tylko tyle. Chyba żadna moja trasa nie była wprost od kogoś albo skądś odpisana. A nieskromnie uważam, że zdarzyło mi się sporo bardzo oryginalnie poprowadzonych. Tak jak wczorajsza na przykład "kasująca" kolejny szczyt dotąd nieznany. Zostały mi jeszcze dwa. Jeden taki, od którego byłem dwukrotnie o 10 minut, więc prawie prawie, i jest to góra raczej z drugiej ligi (nie prowadzi tam żaden szlak), i jeszcze jedna która jest punktem na pewnym szlaku pomiędzy czymś tam i czymś tam. No ale chcąc mieć komplet muszę i tam kiedyś zajrzeć.

      Usuń

Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.