Problemy z dodaniem komentarza? Wyślij mi go mailem - opublikuję. Adres znajdziesz w moim profilu!

Uwaga! Komentarze pojawiają się z opóźnieniem - po przejrzeniu dla odsiania spamu (i tylko jego!)


piątek, 18 grudnia 2009

Moja noc na białym końcu świata...

Pierwsza gwiazdka psa Pawłowa

Nadchodzi wielkimi krokami ten dzień, te dni, w których to świat rzekomo jest inny, a przynajmniej stara się lepiej lub gorzej sprawiać takie wrażenie. Sąsiad szczerzej się uśmiechnie (albo w ogóle, bo dla niektórych i to jest sukcesem), listonosz i pani Jadzia ze spożywczaka złożą nam życzenia i wreszcie zasiądziemy do suto zastawionego stołu, aby w ciepłym, rodzinnym gronie… ponarzekać, jak co roku.


Polak już tak ma, że jeśli aktualnie nie macha szabelką, to zostaje mu tylko narzekanie albo któraś z kolei smutna rocznica narodowa. Stały repertuar, można by rzec. I jako masa i jako szarzy Kowalscy strasznie lubimy, kiedy nam jest źle. To znak niechybny, że żyjemy. Przyszło mi to do głowy, gdy uśmiechałem się z sarkazmem na widok autobusu, który mimo zawiei i zamieci przyjechał nie tylko czysty i ogrzany, ale i wcześniej o minutę niż powinien. Skąd ten sarkazm? Z natury! No, bo jak to tak?! Autobus w zimę nie ma prawa przyjechać punktualnie! Jakby był stary, zimny, brudny, spóźniony i z bandą kiboli w środku, to owszem. To jest normalne. I już można narzekać (czytaj: żyć) po ludzku. Chociaż nie da się ukryć, że narzekanie na brak powodów do narzekania też jest narzekaniem. Ale to nie to. Taki ersatz, a tu człowiek chciałby wywalić cały wór pretensji do świata, aury, polityków, drogowców, programu telewizyjnego i może jeszcze nowego auta tej zołzy z drugiego piętra. Ech…


Te całe święta na przykład. Nie mogli to tego zrobić w lato, jak jest ciepło? Walnęłoby się grilla na balkon i już, a tak…
Kolędy… Nawet nie wiadomo czy toto legalnie ściągnięte. No, ale dobra. Święta są i trzeba z tym żyć, więc co nam pozostaje? Jeszcze choinka!
-Choinkę, Zdzisek, kupiłeś? Taka mała?! Ty już całe życie wszystko chcesz mieć małe? Żadnych ambicji? A Nowakowa ze swoim starym to ze wsi przywieźli taką prawie jak… ooo… dawny minister edukacji! To jest choinka! A ile dałeś? Coooo? No tyś chyba głupi! Za taką suszkę?! Matko jedyna! Takiego gdzieś posłać!


W ogóle Boże Narodzenie to taki czas, kiedy nasi bliscy stają się jeszcze bliżsi i możemy cieszyć się ich obecnością do woli…
-Mamusi to nie za ciepło w tym swetrze? Mamusia zdejmie. Roxi! Zobacz tam o której babcia ma autobus, żeby zdążyła! Tak, tak… Bardzo rzadko do nas mamusia wpada, a przecież życie tak pędzi i tyle spraw przelatuje nam koło nosa…
-O Której? No co ty? Patrz na wieczorne, nie nocne! Aaa… O czym to ja?


No właśnie... W Święta trzeba być dobrym i kochać wszystkich dookoła za to tylko, że są.
OK. Wszystkich.
Spoko. Wporzo. No problemos. Ale chyba nie tego gnoja, co nam w maju uszkodził błotnik i się jeszcze głupio wypierał?! Ta jego matka lepiej by się wzięła za niego, bo chłopak, kto wie, co może zmalować. Ale zresztą czy to ona niby lepsza? Ten chłop, co z nim jest, to trzeci jak pamiętam, a z tym ryżym, co to trzy lata temu byli na Krecie to będzie czwarty. Nie ma co, trafili się nam sąsiedzi!


Taaak. Cud miód i orzeszki. Cicha noc, Przybieżeli do Betlejem i Make Love, Not War! Akurat!
Złudzenie apteczne, jak mawiał Adolf Dymsza. My przecież musimy się uśmiechać, musimy składać sobie życzenia i musimy jeszcze ze sto innych rzeczy. To znaczy, żeby było jaśniej nie tyle musimy rzeczywiście, ile raczej WYDAJE NAM SIĘ, że musimy. Koło się zamyka. Stajemy się sztuczni, bo sądzimy, że tylko będąc migającym lampkami skrzyżowaniem Papieża ze Świętym Mikołajem jesteśmy trendy, cool and jazzy.


Czy chciałbym przez to wszystko powiedzieć, że Święta są złe? Nie, broń Boże! Czy WSZYSCY są sztuczni? Nie. Oczywiście, że nie. Więc co? Ano za wysokie wymagania sprzętowe. Za dużo chciejstwa, za mało człowieczeństwa. Aktorstwo zamiast naturalności i pozy zamiast charakterów. Market, bankiet i faktury VAT.


Trochę z tymi Świętami jest jak w starym powiedzeniu o małżeństwie, jako oblężonej twierdzy, z której jedni chcieliby się za wszelką cenę wydostać, a inni znaleźć w jej środku.


Ci, którzy na życzenia i opłatek de facto nie zasługują (albo dokładniej: są im one obojętne) i tak, jak co dzień skoncentrują się na pozorach i lansiarstwie i będzie im z tym dobrze, zaś inni, którym nie robi różnicy szynka za 18 czy 88 złotych kilo, a pragną tylko móc przełamać się opłatkiem z kimś najukochańszym na Ziemi, pewnie uronią łzę gdyby okazało się, że właśnie zabłysła pierwsza gwiazdka, a tego kogoś (ze stu milionów różnych możliwych powodów) nie ma przy nich. I cała reszta w postaci choinek, prezentów, pustych rozmów i pełnych talerzy nie będzie miała dla nich znaczenia.


Tym sposobem trochę niechcący jedni i drudzy, (choć to zapewne tylko bieguny milczącej większości) pokażą przez chwilę swoje prawdziwe oblicza, potwierdzając sami sobą, że magia Świąt, choć wyblakła, nadal na szczęście gdzieś istnieje. 

czwartek, 10 grudnia 2009

Yes! Yes! Yes! albo herbatka u Stalina

Ochroniarz Maciej Guz wygrał przed sądem sprawę przeciwko firmie o dziwnym skrócie ;) udowadniając, że gdy zatrudniony był na zlecenie w kilku jej spółkach córkach, faktycznie pracował na umowę o pracę w JEDNEJ tylko z nich. Brawo! Tak trzymać! Mam nadzieję, że pojawią się kolejne pozwy, a firma bedzie miała duuuuże kłopoty, aż do utraty koncesji włącznie, czego jej życzę z całego swojego portierskiego serca.



-------------------------------------------------------------------------------------------------------Obiecałem sobie wprawdzie swego czasu, że temat firmy, której nazwy tutaj nie wymienię w trosce o swoje nerwy, zamykam wraz z serwisem portierskim Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, ale z racji tego, że sam po cichu kontynuuję swoją "krucjatę", o czym po części za moment, uznałem za stosowne podokuczać jeszcze i tutaj, na moim blogu, drużynie pana Arkadiusza R. co też niniejszym czynię z nieodmienną satysfakcją.

O tym jak działa i jaki reprezentuje poziom merytoryczny dział kadr tego smutnego zakładu pisałem już wielokrotnie. Słowo amatorszczyzna byłoby tu komplementem. Totalny chaos, oto jest miara porównawcza. To że nikt niczego nie wie i że prawie nigdy nie trafia się tam na osobę której się w danym momencie potrzebuje już nie dziwi. Dziwi natomiast jak to wszystko się jeszcze nie rozleciało przy takiej organizacji. Żeby nie być gołosłownym powiem tylko, że praktycznie każda ze znanych mi osób mających w swoim CV epizod współpracy z "czarnymi koszulami" miała również kłopoty z uzykaniem w trakcie lub po zakończeniu "kariery" tamże jakichś mniej lub bardziej ważnych dokumentów. I choć ja sam byłem przekonany przez dłuższy czas, że tego rodzaju problemy mnie ominęły, okazałem się być w błędzie. Oto po mniej więcej pół roku od chwili zakończenia pracy w [...] napisały do mnie panie z kadr. Nie po to niestety żeby przekazać mi fikcyjną umowę zlecenie za pomocą której płacono czasem nawet 1,40 zł/g (sic!), ale po to, aby... poprosić mnie o zwrot świadectwa pracy, jak się okazało błędnie wypisanego.

Najpierw pomyślałem sobie (No dobrze, przekleństwa pominę. ;) A więc PO PIĘCIU MINUTACH pomyślałem sobie) że nie i koniec! Wy nie dajecie dokumentu potwierdzającego pracę, ja nie daję wam świadectwa! Po kilku tygodniach jednak mając coś do załatwienia nieopodal katowickiej siedziby mojej "ulubionej inaczej" firmy postanowiłem i do niej zajrzeć.

I cóż... Idę sobie raźnym krokiem, w kieszeni zapobiegawczo pracuje już dyktafon :) a dusza "rwie się do boju". No bo jak to tak? Bać się? Przecież mam rację, a racja może być tylko jedna! O wy, tacy, siacy, owacy! Już ja wam powiem! Już ja wam teraz wygarnę prosto z mostu!

Zimny poranek, pusta ulica i kilku "czarnoarmiejców" palących papierosy przed wejściem. Klimat literacko inspirujący. Taki wczesny NEP plus minus. ;) Wewnątrz gmachu półmrok, a w głównym holu przepiękna recepcjonistka, co to, powiedzielibyście, nigdy, przenigdy nie mogłaby mieć niczego wspólnego z całym tym... nieporządkiem. Ale ma. Ma, ponieważ jest jego częścią obliczoną na to, aby zwieść, uspokoić, rozbroić. No, bądźmy szczerzy, nie tylko ona. Cała reszta również. Choćby pani z działu rekrutacji która dłuuugo rozmawia przez telefon ignorując zupełnie rosnącą pod jej drzwiami kolejkę, a potem jakby nigdy nic wychodzi z jakimś Bardzo Ważnym Dokumentem gdzieś w dal korytarzy, by po kilkunastu minutach wrócić i... z innym pismem pójść znów w tą samą trasę... Piętnaście minut, dwadzieścia, pół godziny...

O wy, tacy, owacy! Już ja wam tu zaraz! Ale kto? Nikogo nie ma, tylko ta kolejka.
I teraz chwyt mistrzowski. Pani powraca. Wolno, majestatycznie i bez emocji. Otwiera przeszklone drzwi swojego gabinetu, wchodzi... Już, już ożywiam się, że to teraz, że pełny atak, bez litości! a tu masz! Drzwi się zamykają. Pani podchodzi do okna, rozgląda się, potem cofa dwa kroki do biurka i siada. Powooooli....
-Proszszszsz.... - słyszę wreszcie.
No więc teraz!

Ona nie wie. Ona nie rozumie. Nawet... uwierzylibyście? Nawet jest jej smutno, bo to na pewno pomyłka, że Warszawa nie odpowiada na listy ani nie przesyła umowy. Trzeba pisać! Pisać! - prawie, że poklepuje mnie po ramieniu. No i jak tu takiej powiedzieć to wszystko, co sobie człowiek tak długo układał?
Jeszcze świadectwo odebrała i kwit podbiła bez szemrania, więc nie można tak z pretensjami zaraz...

Dyrektor! Pójdę do dyrektora! A co!? Wygarnę mu to i owo!
-Dyrektora nie ma.
-To z kimś, kto go zastępuje!
-Też nie ma.
-To kto jest?
-Pan [...]. Na dole. Czekać trzeba.

Czekam. To już ponad godzina odkąd tu przyszedłem. Pan, nazwijmy go X wraz z kolegą zaśmiewają się do łez oglądając coś na ekranie komputera. Czekam... Nic. Obaj widzą doskonale, że tu stoję, ale co tam...

I tak to działa.
Na nic złość i na nic planowanie. Na nic pełna mobilizacja. Tutaj nikt nie przejmuje się kolejnym Don Kichotem na korytarzu. Postoi, postoi, nogi go rozbolą i pójdzie. Żadnych awantur nie będzie.
Genialne, prawda? Proste, a genialne.

Zeznawałem kiedyś w sprawie jaką wytoczyła tejże firmie moja koleżanka. Gdybyście widzieli solidową panią adwokat... Blondynka, długie włosy, niebieskie oczy... Tylko skrzydeł brakowało.

I powiedz takiej, że cię okradali z pensji! Że ci kazali coś podpisać albo karnie przenosili. A ona wtedy spojrzy na ciebie i tymi niewinnymi oczami krzyknie prawie: Jak to? My? My nigdy!
I koniec.

Ale wojna trwa. I nawet jeżeli dziś tutaj ze mną wygrali oni, to jutro znajdzie się drugi, trzeci, setny pan Guz i prędzej czy później zrobimy porządek w firmie o dziwnym skrócie. Nie za miesiąc, to za rok. Warto poczekać. Bedzie ciekawie.

środa, 9 grudnia 2009

Łowca dusz

Kiedyś w przypływie dobrego samopoczucia i erupcji ego wydumałem sobie, że oto zrozumiałem najważniejszą prawdę w życiu. Ba! Że ją wręcz stworzyłem. Sam!
Tak, wiem. Toto ma swoją nazwę medyczną i podobno nawet jest uleczalne, ale bez obaw. Interwencja serwisu nie jest konieczna. Moja prawda (była taką, dopóki nie przeczytałem tej samej myśli w wywiadzie z genialną Ireną Kwiatkowską) głosiła, że wypatrując w życiu marzeń i dalekosiężnych celów przegapiamy sprawy tylko trochę lub tylko krótko niezwykłe albo też nie uznajemy ich za warte zapamiętania. Takie to proste, a takie ważne.

Zbyt wiele oczekiwać od życia, to nie zawsze znaczy oczekiwać niemożliwego. To znaczy czasem tylko: nie cieszyć się pół i ćwierć spełnieniem marzeń.
Idę sobie późnym wieczorem z najpiękniejszą dziewczyną na Ziemi. Mogę ją przytulić, pocałować, powiedzieć jaka jest dla mnie ważna. Ale ja jestem zły. Zresztą tam zły. Nie w sosie raczej. Myślę o tym, dlaczego nie możemy (niestety) być razem na zawsze, dlaczego ten wieczór się kończy, dlaczego… A chwila przemija, znika, marnieje w oczach. I już nic. Pustka. Wspomnienie. Tęsknota.
Gdzie radość z tego, co było, co się udało, czego nikt nie zdążył nam zepsuć?
Nie ma. Jak cieszyć się znalezieniem dychy, gdy zgubiło się stówkę zapyta ktoś. Można i tak.
Mimo wszystko ta „dycha” to też coś, kiedy chwilę wcześniej nie miało się złamanego grosza.

Do tej mądrej (i wcale nie szkoda, że nie mojej) teorii dołożyłem później jeszcze drugą myśl, uzupełniającą poniekąd, choć w sporej części będącą stwierdzeniem niezależnym. Nasze życie, nasza wartość, a może dokładniej – wartość naszego człowieczeństwa, to nie tyle sukcesy w pracy czy złote karty kredytowe, to nawet nie do końca dom i rodzina, ale po prostu CZŁOWIEK. Każdy człowiek wśród tysięcy tych, których spotykamy od narodzin aż do śmierci na swojej drodze.

Kochamy ich, nienawidzimy, traktujemy obojętnie, omijamy z daleka lub robimy wszystko by móc być z nimi jak najdłużej. Z przymrużeniem oka porównując przypomina to grę w „węża” znaną z telefonu komórkowego. Wzbogacamy się każdym napotkanym bytem, a im bardziej jesteśmy duchowo rozwinięci, tym trudniejsze wyzwania jesteśmy w stanie podejmować ucząc się nawet od tych (z pozoru) prostszych od nas czy wręcz nam wrogich. Tym tylko różnimy się od wirtualnego węża, że cały czas biorąc – dajemy, a dając, możemy otrzymywać. O ile wykażemy się minimum zaangażowania, rzecz jasna.

Różna bywa ta nasza duchowa percepcja. Różne stawiamy przed nią zadania. Jedno jest niezaprzeczalne. Zmieniając punkty orientacyjne naszego życia z kolejnych RZECZY I SPRAW na LUDZI, być może nawet czasem tego nie dostrzegając będziemy się wzbogacać i rozwijać. A co najwazniejsze dana nam będzie jakże twórcza szansa, by móc się im wszystkim odwzajemnić.

poniedziałek, 16 listopada 2009

"Kłamiesz, szmato!"

Widmo komunizmu krąży nade mną. Nie żebym wierzył w duchy czy coś, ale to akurat zjawisko jest zupełnie realne. Zaczynam rozumieć tych wszystkich, którzy w XIX i początkach XX wieku z czerwonymi sztandarami w dłoniach wzniecali bunty, strajki i rewolucje. Zaczynam rozumieć ich zacietrzewienie, ich determinację, ich odwagę czy wręcz brawurę. I choć nadal sam czerwony sztandar, a zwłaszcza jego główni, że tak powiem nomen omen historyczni „nosiciele” są mi obcy jak rozmiar S, to jednak spoglądam dziś na świat, jeżeli nie socjalistycznie, to z całą pewnością socjalnie.

Zanim pojawił się Lenin i Stalin, zanim powstał GUŁag, Wielki Brat, pochody pierwszomajowe i zimna wojna, zanim wreszcie ojcowie takich jak ja, my sami, a potem nasze dzieci odłożyliśmy całą głupią i pełną fałszu ideologię gdzieś w najdalszy kąt pamięci, było wszak coś innego. Pragnienie sprawiedliwości. Przecież nie takie, żeby zabrać bogatym, a dać biednym, nie takie żeby zamknąć „burżujów” za drutami, ani nawet, żeby „każdemu według jego potrzeb”. Prawdziwe, płynące z serca, niepytające o narodowość, klasę czy poglądy. Ludzkie. Właśnie dlatego bardziej socjalne niż socjalistyczne.

Niechże do cholery jasnej ten świat będzie wreszcie sprawiedliwy!

Niech obowiązują w nim zasady, poniżej których się nie schodzi! Niech bogaty ma dużo, a biedny mało, zgoda, ale niechaj to mało też wystarcza do godnego, normalnego życia!

Łatwo powiedzieć! Co to znaczy „normalne życie” zapyta ktoś. Moim skromnym zdaniem normalne życie, to takie, w którym biednego nie stać na samochód i wczasy, ale nigdy, przenigdy nie musi się bać, że nie będzie miał co jeść i za co się ubrać. Niech mu ta bieda, rozumiana tutaj, jako minimum zarobków za minimum umiejętności pozwala jakoś żyć i owszem, mieć też apetyt na więcej. Niech go to co ma i może mieć MOTYWUJE zamiast dołować. I niech ta motywacja będzie motorem rozwoju, niech zachęca, a nie odstrasza, ale przede wszystkim niech będzie realna. Coś jak Windows Anytime Upgrade, jeśli wiemy, o czym mówię.

Kiedy prowadziłem portierski bunt w Śląskim Uniwersytecie Medycznym spędziłem całe mnóstwo godzin na spotkaniach i dyskusjach z moimi koleżankami i kolegami o wszystkim tym, co przeszkadzało nam w normalnej pracy, pewnie niewiele mniej czasu poświęciłem pisaniu tekstów do kolejnych gazetek, skarg do wszelakich instytucji czy artykułów na stronę internetową i wreszcie odpowiadaniu na maile. Gdy patrzy się na jakąkolwiek sprawę samemu, nie ma się szans na dostrzeżenie wszystkich jej aspektów, choćby z pozoru było się tego bliskim. Właśnie dlatego tak cenię sobie tamte dwa lata.

Co to ma wspólnego z moim OMC socjalizmem? Sporo. Tym więcej, że po odejściu z uczelni (jak to dumnie brzmi, a człowiek tylko klucze wydawał…) spotykam przecież w innych firmach i miejscach innych ludzi, inne problemy i inne nadzieje. Tylko żal jest taki sam. Tylko poczucie odrzucenia takie samo.

Mam za sobą dużo czasem trudnych, ale prawie zawsze inspirujących rozmów. Słucham, pytam, roztrząsam problemy na tyle, na ile pozwala mój mały portierski rozumek i cóż spostrzegam? Ano ni mniej ni więcej to, że ten idealny sprawiedliwy świat istnieje i wcale nikt nie musi go wymyślać. Stworzono go już dawno w konstytucjach, kodeksach i zarządzeniach. Tyle, że mało kto bierze go serio, a gdy już się taki znajdzie, to najczęściej jest to (ze szkodą dla siebie) ten któremu się coś należy, a nie ten który coś powinien.

Nie ma sensu wymieniać tu dziedzin życia, w których rozmaici „racjonalizatorzy” znaleźli już furtki dla stworzenia sobie „większej połowy” sprawiedliwości i zrobili to podpierając się na dodatek wypaczonym i chorym interpretowaniem legalnych, obowiązujących i w założeniu uczciwych ustaleń wyjściowych. Taka np. pensja minimalna jest tu przykładem idealnym, mimo że jednym z wielu. Gdyby oznaczała ona naprawdę najniższe wynagrodzenie za pracę, świat wcale nie byłby taki zły. Niestety, nie oznacza i tyle tymczasem w tej kwestii.

Rewolucyjne poglądy niechybnie muszą kiedyś przerodzić się w przynajmniej chęć rewolucyjnych czynów i wtedy jak mawiał generał Jaruzelski „powstaje pytanie” – „O co walczymy, dokąd zmierzamy?”

Skoro założyłem, że różnice społeczne są czymś normalnym i nieuniknionym, to nie mogę chcieć ich burzyć, ale skoro zaraz potem stwierdzam, że sprawiedliwość współczesna jest co najmniej kulawa, muszę też stopień tej kulawości umieć zdiagnozować i leczyć, czy też może lepiej umieć PRÓBOWAĆ leczyć. Jak każde leczenie, tak i to niesie ze sobą zagrożenia. Niestety nie mam ulotki ani tym bardziej farmaceuty, z którym mógłbym się w tej sprawie skonsultować. Pozostaje chłopski rozum i nadzieja, że go w ogóle posiadam, skoro wierzę, że świat może być lepszy.

„Kłamiesz, szmato!” to tytuł dość oryginalny i trącący wulgaryzmem, ale wybrałem go celowo. Zawiera sedno sedna, creme de la creme i w ogóle kropkę nad i pisaną tłustym drukiem.

Pewna moja dobra znajoma zapytała swego czasu o to, co planuję zrobić ze sprawą pożal się Boże biznesmena, który przyjmując mnie do pracy zażyczył sobie dniówki w wersji demo (bez zawartej jakiejkolwiek umowy), a potem ustami swojej sekretarki bezczelnie stwierdził, że prawo pozwala mu zatrudnić kogoś na próbę bez płacenia nawet grosza.
-Cóż, - odpowiedziałem wspomnianej znajomej – poczekam do […], a potem wiesz, program standard.
Roześmialiśmy  się w tej samej chwili.

„Program standard” to wniosek do PIP, informacja do instytucji, która owemu panu wydała zezwolenie na działalność i może jeszcze jakiś deserek na otrzeźwienie. Tak, wiem, że to niewiele da i że Inspekcja Pracy działa powiedzmy to najłagodniej z małym zaangażowaniem. Jasne. Ale czyż nie jest tak, że to Ty, drogi Czytelniku i ja tworzymy po części ten świat? Czy ktoś odebrał nam prawo nazywania kłamstwa kłamstwem, złodziejstwa złodziejstwem, a podłości podłością? Nie? A zatem korzystajmy z tego!

To my sami, nie urzędy i instytucje, ale Ty, ja, ona i on, musimy domagać się, by nas i nasze prawa szanowano. A ponieważ one istnieją, są zapisane, podzielone na paragrafy i znane ogółowi, zostaje nam tylko dobijać się do wszystkich możliwych (i niemożliwych także) drzwi WSZYSTKIMI DOSTĘPNYMI SPOSOBAMI i przypominać o nich aż do skutku.

No to jak Towarzysze? Pomożecie? ;)

czwartek, 5 listopada 2009

Zatrzymane w kadrze ;)

"Przekaz nadprogowy" - 5 listopada 2009

Kliknij lewym, aby otworzyć na całym ekranie
lub środkowym, aby otworzyć w nowej karcie.

niedziela, 25 października 2009

Moje własne Mandżukuo

Pu Yi – ostatni cesarz Chin był postacią tragiczną. Urodzony w 1906 roku wstąpił na tron mając ledwie trzy latka, ale jego władza nigdy nie była pełna i realna. Po rewolucji demokratycznej w 1911 roku został zmuszony do abdykacji, a kilka lat później, w 1924 do oddania się pod opiekę Japonii. Mianowany przez Japończyków prezydentem, a później cesarzem marionetkowego państwa Mandżukuo sygnował większość dokumentów o treści de facto wymierzonej przeciwko państwowości chińskiej, którą zwalczała wówczas okupacyjna armia Japonii. W 1945 roku został internowany przez władze Związku Sowieckiego, a w 1950 przekazany Chinom Ludowym gdzie spędził w więzieniu prawie dziesięć lat, by następnie po zakończeniu przymusowej „reedukacji” i ułaskawieniu rozpocząć żywot ogrodnika w ogrodzie botanicznym, a później archiwisty. Zmarł w 1967 roku w Pekinie. Jego dzieje, same w sobie będące materiałem na kilka życiorysów zostały opisane w wielu książkach oraz sfilmowane przez Bernardo Bertolucciego, ja jednak skoncentruję się dziś na autobiografii cesarza, która ukazała się w naszym kraju nakładem Wydawnictwa Łódzkiego w 1988 roku.

Książka ta, składająca się z dwóch tomików jest lekturą tyleż trudną, co poruszającą. O ile część pierwszego tomu, mówiąca głównie o dorastaniu cesarza i objaśniająca wszystkie jego rodzinne zawiłości może być nieco nużąca, tym bardziej, że chińskie imiona są dla Europejczyków trudne do rozróżnienia, o tyle końcówka i tom drugi opisujący wydarzenia po roku 1945 są ciekawe chociażby z racji ideologicznych wolt głównego bohatera.

W pewnym momencie dociera do nas granicząca z obrzydzeniem świadomość małości duchowej autora. Jego bezwarunkowe akceptowanie coraz bardziej absurdalnych ograniczeń swojego funkcjonowania, wśród których te czysto polityczne są chyba najmniej ważne.

Strach, uległość, bezustanne poszukiwanie swego rodzaju opiekunów duchowych połączone z brakiem odwagi, każą nam oceniać zachowanie Pu Yi prawie jak bezradność dziecka. I pewnie byłoby w tym sporo racji, gdyby nie fakt, że tym „dzieckiem” jest dorosły człowiek, jakby nie patrzeć była głowa państwa, po której z natury rzeczy (?) można spodziewać się zachowań bardziej odpowiedzialnych i odpowiednich przede wszystkim.

Wspomnienia te oceniać możemy w trzech płaszczyznach. Po pierwsze, jako tylko książkę, intrygującą historię i fascynującą wędrówkę w czasie, po drugie, jako studium tchórzostwa połączonego z infantylnym, acz bezgranicznym akceptowaniem każdej siły, z którą nie można wygrać i wreszcie po trzecie i moim zdaniem najważniejsze – jako odniesienie do współczesności, do każdego z nas. Swego rodzaju przypowieść z morałem.

Przyznaję, że w którymś momencie rzuciłem tomikiem o stół zbrzydzony do granic wytrzymałości brakiem, jak mi się wydawało, odrobiny szacunku do samego siebie prezentowanym przez bohatera. Było to do tego stopnia mdłe i odstręczające, że prawie namacalne. Oślizgłe.

Po kilku godzinach zapytałem jednak sam siebie. A ty? Nie, nie co sądzisz, to wiadome, ale co byś zrobił na jego miejscu? Czy kiedy cały świat, w którym funkcjonujesz i od którego mniej lub bardziej jesteś zależny zmienia swoje oblicze o 180 stopni, miałbyś odwagę wytrwać? Załóżmy, że tak, ale wtedy pojawia się pytanie większe – po co i za jaką cenę?

Łatwo jest być bohaterem, kiedy się wygrywa, kiedy się walczy, kiedy ma się szansę, ale czasem bycie bohaterem KIEDY SIĘ PRZEGRAŁO wymaga dużo większej odwagi. I tak z ręką na sercu, kto z nas, stawiając na szali swoje istnienie byłby do niej zdolny?

On sprzedając się Japończykom, donosząc Rosjanom, kłaniając się chińskim komunistom wierzył najpierw w restaurację swojej dynastii, a potem już tylko w przeżycie. Czy ktokolwiek na tym świecie nie przeszedł tego choćby raz, choć najczęściej nie w tak dramatycznym wymiarze?

Najsmutniejsze jest to, że niezależnie od naszych szczerych intencji i jeszcze szczerszej goryczy spowodowanej tym, co w takich sytuacjach mówimy i czynimy, świat oceni nas nie za pragnienia, a za to, czego naprawdę byliśmy w stanie dokonać.

poniedziałek, 5 października 2009

Powiększenie

Dopisek z 11 stycznia 2010. Ten post miał początkowo tytuł "Dyskretny urok burżuazji", który nawiązywał wprost do zacytowanej w nim wypowiedzi, ale od dziś nazywa się już jak widać inaczej, albowiem ciąg dalszy nastąpił...
-----------------------------------------
Bezrobotny portier to nie jest artykuł pierwszej potrzeby w żadnej chyba firmie. Nawet bez tego „bezrobotny” już samo „portier” jest śmieszne, niedzisiejsze, coraz bardziej abstrakcyjne. Jak siodlarz, zecer albo zdun. Jak sklep „Skup i sprzedaż art. poch. zagranicznego” albo napis „użytek własny” na ciężarówce.
A jeść się chce…

Trafiłem kilka dni temu do pewnej firmy, która reklamuje się między innymi tym, że ma kontrakty z Urzędem Miasta Katowice i sporą liczbą instytucji oraz zakładów produkcyjnych naszego regionu. Po lekturze strony internetowej doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z ekstraklasą profesjonalizmu. Tak było w istocie, choć nie jestem pewien czy dokładnie takiego profesjonalizmu szukałem.

Kolorowa strona internetowa nijak się miała do brudnego placu, ciemnego magazynu, dostawczaka z zieloną plandeką i dwójki znudzonych codziennością pracowników. To był pierwszy sygnał. Zignorowałem go.

Pan Prezes (piszę z dużej litery, bo pewnie tak o sobie myśli) w śnieżnobiałej koszuli i błyszczącym nowością krawacie powitał mnie jowialnie i zaprosił do zajęcia miejsca przy wielkim jak moje nadzieje stole konferencyjnym. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że jego oferta i moje potrzeby spotykają się dokładnie w połowie. Sprawa zarobków, miejsca pracy, obowiązków i oczekiwań obu stron okazała się być załatwioną w kilka minut. Prezes z ojcowską troską i zrozumieniem pytał o warunki pracy w ochronie i nazywał głupotą wymóg posiadania orzeczenia o niepełnosprawności jaki od niedawna w tej branży obowiązuje. Rozmowa, jak to się pisało w dawnych czasach „przebiegała w atmosferze wzajemnego zrozumienia”. Właściwie to czułem się już zatrudniony. I wtedy pojawił się Mr. Hyde…

-Proponuję panu pensję tysiąc złotych płatną tygodniówkami. Na razie zawarlibyśmy taką powiedzmy umowę dżentelmeńską, a potem się zobaczy.
-Dżentelmeńską? Czyli co? Zlecenie zamiast okresu próbnego?
-Nnnie… Pan pracuje, ja panu płacę. Z ręki do ręki…

Nie dostałem tej pracy. Chyba nie jestem dżentelmenem. Nie. TAKIM na pewno nie jestem.
Teksty z tego bloga, moją książeczkę, zdjęcia i filmy można kopiować do użytku niekomercyjnego i/lub umieszczać na niekomercyjnych stronach www, w prezentacjach, publikacjach i innych - bez prawa do modyfikowania - po podaniu autora (Portier) oraz adresu strony z której zasobów zostały pobrane (www.otoportier.blogspot.com). Wykorzystanie komercyjne jakiegokolwiek materiału wyłącznie po kontakcie z autorem i uzyskaniu jego wyraźnej zgody. Adres do korespondencji znajduje się na stronie mojego profilu w serwisie Blogger.